Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2011

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 5 godz. 24 min Lektor: Roch Siemianowski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Czas: 5 godz. 24 min Lektor: Roch Siemianowski

Opis ebooka Przestępstwo - Ferdinand von Schirach

 

Tematem każdego z jedenastu opowiadań Ferdinanda von Schiracha jest czyn karalny oraz wymiar sprawiedliwości. Wszystkie historie, przedstawione z perspektywy adwokata obrońcy, zostały precyzyjnie skonstruowane i otwierają przed nami świat procesu sądowego. Oto jedna z historii kryminalnych: niejaki Fähner był znanym i szanowanym w mieście lekarzem, miał gabinet na głównej ulicy. Zabił żonę siekierą - po 40 latach małżeństwa, zupełnie nieudanego, właściwie nieistniejącego. Ale przecież Fähner przysiągł Ingrid, że jej nigdy nie zostawi... Co wydarzy się na sali sądowej, jaki zostanie wydany wyrok, jakie były motywy sprawcy? W krótkiej, prostej i mocnej fabule pojawia się także szary, przeciętny i na pozór nieefektowny bohater - jest nim kodeks, prawo, system. Przestępstwo Ferdinanda von Schiracha to w Niemczech jedna z najgłośniejszych książek ostatnich lat, sensacyjny bestseller, do którego prawa kupiło kilkudziesięciu wydawców z całego świata.

Opinie o ebooku Przestępstwo - Ferdinand von Schirach

Fragment ebooka Przestępstwo - Ferdinand von Schirach

FERDINAND

VON SCHIRACH

PRZESTĘPSTWO

przełożył Jakub Ekier

Tytuł oryginału:Verbrechen

Copyright © 2009 by Piper Verlag GmbH, München.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B.,2011

Copyright © fot the Polish translation by WydawnictwoW.A.B.,2011

WydanieI

Warszawa 2011

W książce cytowane są następujące fragmenty utworów:  s. 61 – Francis Scott Fitzgerald,Wielki Gatsby(przeł. A. Demkowska-Bohdziewicz, Warszawa 1982, s. 238); s. 161 -Apokalipsa św. Jana,13, 18,Biblia Tysiąclecia,Poznań 1981.

Przekład: Jakub Ekier

Redaktor serii: Filip Modrzejewski

Redakcja: Andrzej Massé

Korekta: Zuzanna Kowalska, Monika Baranowska

Konsultacja prawnicza: Zofia Józefowicz-Paszewska

Redakcja techniczna: Paulina Potrykus-Woźniak

Projekt okładki i stron tytułowych: Szymon Wójciak na podstawie projektu Rolanda Eschlbecka i Kornelii Rumberg © AgenturR.M.E.,Roland Eschlbeck and Kornelia Rumberg

Fotografia wykorzystana naIstronie okładki: © Paul Taylor / Riser / Getty Images / Flash Press Media Zdjęcie Ferdinanda von Schiracha na skrzydełku: © Piper Verlag, autor: Paulus Ponizak

Skład i łamanie: Tekst – Małgorzata Krzywicka  Piaseczno, Żółkiewskiego 7a

WydawnictwoW.A.B.

02-386 Warszawa, Usypiskowa

5 tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

ISNB 978-83-7747-303-0

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

O autorze

FERDINAND VON SCHIRACH

urodził się w 1964 roku w Monachium; jest prawnikiem i pisarzem. Studiował w Bonn, odbył praktykę w Kolonii, specjalizuje się w prawie karnym. Od 1994 roku mieszka i pracuje w Berlinie, zasłynął jako obrońca w głośnym procesie Güntera Schabowskiego, prominentnego enerdowskiego polityka.

PrzestępstwoFerdinanda von Schiracha to w Niemczech jedna z najgłośniejszych książek ostatnich lat i sensacyjny bestseller, który rozszedł się w 500 000 egzemplarzy. Prawa do tego tytułu kupiło kilkudziesięciu wydawców z całego świata.

Kolejny zbiór opowiadań kryminalnych von Schiracha,Schuld,ukaże się również nakłademW.A.B.

Cytat

Rzeczywistość, o jakiej potrafimy mówić,

nigdy nie jest rzeczywistością samą w sobie.

Werner K. Heisenberg

Wstęp

Jim Jarmusch powiedział kiedyś, że wolałby zrobić film o mężczyźnie, który wychodzi z psem, niż o cesarzu Chin. Ze mną jest tak samo. Piszę o postępowaniach karnych, prowadziłem obronę w ponad siedmiuset naprawdę jednak piszę o człowieku, jego klęsce, winie i wielkości.

Miałem wuja, który był przewodniczącym składu w sądzie przysięgłych. Sądy takie są władne w sprawach przestępstw przeciwko życiu, morderstw i zabójstw. Opowiadał nam, dzieciom, pewne przypadki, a myśmy je rozumieli. Zaczynał zawsze od słów: rzeczy na ogół nie są proste, a wina to sprawa śliska. Miał rację. Gonimy za rzeczami, są szybsze, i w końcu ich nie osiągamy. Opowiadam o zabójcach, dilerach narkotyków, prostytutkach i sprawcach napadów na bank. Każde z nich ma swoją historię i nie bardzo się różni od nas samych. Przez całe życie tańczymy na cienkim lodzie, pod nim jest zimno i szybko się umiera. Pod niektórymi lód pęka i zaczynają tonąć. Ten moment mnie właśnie ciekawi. Nie dochodzi do niego i dalej tańczymy, jeżeli tylko mamy szczęście. Jeżeli.

W czasie wojny wujowi sędziemu, który służył w marynarce, granat urwał prawą rękę. On jednak długo nie dawał za wygraną. Mówiono, że był dobrym, ludzkim sędzią, człowiekiem sprawiedliwym i prawym. Lubił polować i posiadał własny nieduży teren łowiecki. Pewnego dnia poszedł do lasu, wziął w usta podwójną lufę strzelby i kikutem prawej ręki nacisnął spust. Miał na sobie czarny golf, żakiet powiesił przedtem na gałęzi. Rozsadziło mu głowę, o wiele później widziałem to na zdjęciach. Najbliższemu przyjacielowi zostawił list. Napisał w nim, że zwyczajnie ma dosyć, a zaczął od słów: „Rzeczy na ogół nie są proste, a wina to sprawa śliska”. Ciągle mi wuja brak. Codziennie.

O takich ludziach oraz ich historiach mówi ta książka.

Fähner

Friedhelm Fähner był lekarzem ogólnym w Rottweil. Dwa tysiące osiemset wystawianych zwolnień rocznie, gabinet przy głównej ulicy miasta, prezes Koła Miłośników Egiptu, członek Lions Club, żadnych czynów zabronionych ani nawet wykroczeń. Oprócz domu dla siebie posiadał dwie kamienice na wynajem, trzyletniego mercedesa klasyEze skórzaną tapicerką i automatyczną klimatyzacją, mniej więcej siedemset pięćdziesiąt tysięcy euro w akcjach i obligacjach oraz ubezpieczenie kapitałowe na życie. Bezdzietny, nie miał żyjących krewnych prócz młodszej o sześć lat siostry, która z mężem i dwójką dzieci mieszkała w Stuttgarcie. O jego życiu nie było właściwie nic do opowiedzenia.

Prócz sprawy z Ingrid.

Fähner, mając dwadzieścia cztery lata, poznał ją na sześćdziesiątych urodzinach swojego ojca – także lekarza w tym mieście.

Rottweil jest arcymieszczańskie. Przyjezdnemu obwieszcza się na dzień dobry, że to najstarsze w Badenii-Wirtembergii miasto założyli członkowie dynastii Hohenstaufów. Rzeczywiście, widuje się tutaj średniowieczne wykusze i ładne szyldy zXVIwieku. Fähnerowie, cenieni lekarze, sędziowie i aptekarze, byli w Rottweil od zawsze. Należeli do tak zwanych pierwszych rodzin miasta.

Friedhelm Fähner wyglądał trochę jak JohnF.Kennedy w latach młodości. Miał życzliwą twarz, uważano go za człowieka pogodnego, dobrze mu się wiodło. Dopiero po uważnym przyjrzeniu się uderzało w jego rysach coś starego, smutek i posępność, jakie można często zobaczyć w tej okolicy, między Szwarcwaldem a Jurą Szwabską.

Ingrid przyszła na przyjęcie z rodzicami, aptekarzami z Rottweil. Trzy lata starsza od Fähnera, była krzepką prowincjonalną pięknością o ciężkich piersiach. Wodnistoniebieskie oczy, czarne włosy, jasna skóra – wiedziała, że robi wrażenie. Fähnera wytrącał z równowagi jej dziwnie wysoki, metaliczny głos, któremu obce były jakiekolwiek modulacje. Zdania miały u niej melodię tylko wtedy, kiedy mówiła cicho.

Nie ukończyła dziesięcioklasowej szkoły, a teraz pracowała jako kelnerka. „Chwilowo”, powiedziała do Fähnera. Jemu to było obojętne. Przeważała nad nim w innej dziedzinie, która go bardziej obchodziła. Dotychczas miał z kobietami tylko dwa przelotne doświadczenia seksualne, które nie dodały mu pewności siebie. Od razu się w Ingrid zakochał.

Uwiodła go dwa dni później, kiedy po zakończonym pikniku położyli się w szałasie. Była dobra w tych sprawach. Fähner stracił głowę i ledwie minął tydzień, a już się oświadczył. Przyjęła to bez wahania, stanowił tak zwaną dobrą partię; przystojny, delikatny, studiował medycynę w Monachium, był już blisko egzaminów końcowych. Przede wszystkim jednak pociągał ją powagą. Nie umiała tego sformułować, ale przyjaciółce powiedziała, że Fähner nigdy nie puści jej kantem. Cztery miesiące później u niego zamieszkała.

W podróż poślubną pojechali do Kairu, na jego prośbę. Kiedy go później pytano o Egipt, mówił, że to była „beztroska”, choć wiedział, że nikt go nie zrozumie. Był tam jak ogłupiały młody Parsifal i przeżywał szczęście. Zdarzyło mu się to po raz ostatni w życiu.

Wieczorem w przeddzień powrotu leżeli w małym pokoju hotelowym, przy otwartych oknach, ciągle w skwarze, w stojącym powietrzu. Był to tani hotel, pachniało zgniłymi owocami, a z dołu dobiegał hałas ulicy.

Mimo gorąca właśnie przed chwilą się ze sobą kochali. Fähner leżał na plecach i śledził obroty wentylatora pod sufitem, Ingrid paliła papierosa. Obróciła się na bok, oparła głowę na dłoni i spojrzała na niego. Uśmiechnął się. Długo milczeli.

W końcu zaczęła opowiadać. O mężczyznach przed Fähnerem, o rozczarowaniach, błędach, ale przede wszystkim o poruczniku Francuzie, z którym zaszła w ciążę, o aborcji i że się to dla niej omal nie skończyło śmiercią. Rozpłakała się. Przestraszony wziął ją w ramiona. Poczuł na piersi bicie jej serca, był bezradny. Odpowiadam za nią, pomyślał.

– Przysięgnij, że będziesz mnie pilnował. Nie możesz mnie opuścić. – Głos jej drżał.

Wzruszył się, uspokajał ją, no przecież jej przysięgał już na ślubie, w kościele, przecież jest z nią szczęśliwy i chciałby…

Przerwała mu stanowczo, mocniejszym głosem, który nabrał teraz tego metalicznie bezbarwnego brzmienia:

– Przysięgnij!

Nagle zrozumiał, że to nie tylko jakaś tam rozmowa kochanków i wentylator, Kair, piramidy i skwar hotelowego pokoju; wszelkie stereotypy prysły. Odsunął Ingrid lekko, by jej spojrzeć w oczy – i powiedział to. Powiedział wolno, świadom, co mówi:

– Przysięgam.

Pociągnął ją ku sobie, zaczął całować po twarzy. Kochali się jeszcze raz. Tym razem inaczej. Siadła na nim i dogadzała sobie wedle woli. Byli poważni, samotni, obcy sobie. Kiedy dostała orgazmu, uderzyła go w twarz.

– 

Później długo jeszcze nie spał i patrzył w sufit. Tymczasem wysiadł prąd i wentylator już się nie kręcił.

Oczywiście Fähner zdał egzaminy z wyróżnieniem, uzyskał tytuł doktora i w Rottweil podjął w szpitalu okręgowym swoją pierwszą pracę. Znaleźli sobie mieszkanie – trzy pokoje, kuchnia, widok na skraj lasu.

Kiedy w Monachium pakowali sprzęty, wyrzuciła jego zbiór płyt. Zauważył to dopiero, wprowadzając się do nowego mieszkania. Powiedziała, że tych płyt by nie zniosła, bo słuchał ich z innymi kobietami. Fähner był wściekły. Przez dwa dni prawie nie rozmawiali.

Lubił proste wzornictwo Bauhausu, a ona urządziła mieszkanie dębem i sosną, zawiesiła w oknach firanki i nakupiła kolorowej bielizny pościelowej. Ścierpiał nawet haftowane serwetki pod naczynia i cynowe kubki, nie chciał jej niczego narzucać.

Kilka tygodni później Ingrid oświadczyła, że przeszkadza jej sposób, w jaki on trzyma sztućce. Zaśmiał się i stwierdził, że jest dziecinna. Powtórzyła ten zarzut nazajutrz i przez kolejne dni. A ponieważ to nie były żarty, zaczął inaczej trzymać nóż.

Skarżyła się, że Fähner nie wynosi śmieci. Wmawiał sobie, że to takie docieranie się na początku. Wkrótce pojawiły się wyrzuty, że za późno wraca do domu, flirtuje z innymi kobietami.

Pretensje nie ustawały, wkrótce wysłuchiwał ich już co dzień. Że jest nieporządny, brudzi sobie koszule, gazeta jak psu z gardła, on brzydko pachnie, myśli tylko o sobie, wygaduje bzdury, zdradza ją. Nie bardzo już się bronił.

Po kilku latach zaczęły się wyzwiska. Najpierw lekkie, później coraz cięższe. Świnia, wykańcza ją, dureń. Z czasem doszły krzyki oraz kloaczne słownictwo. Dał za wygraną. Nocami wstawał i czytał powieści science-fiction. Jak za studenckich czasów, codziennie godzinę biegał. Od dawna ze sobą nie sypiali. Inne kobiety robiły mu propozycje, ale nie miał romansów. W wieku trzydziestu pięciu lat przejął gabinet lekarski po ojcu, w wieku czterdziestu osiwiał. Był zmęczony.

Kiedy miał czterdzieści osiem lat, umarł mu ojciec, kiedy miał pięćdziesiąt – matka. Ze spadku kupił stojący na skraju miasta dom z pruskiego muru. Z domem tworzyły całość niewielki park, zaniedbane byliny, czterdzieści jabłoni, dwanaście kasztanowców i staw.

Ogród stał się ocaleniem dla Fähnera. Abonował czasopisma fachowe, sprowadzał książki i czytał wszystko, co było do przeczytania o bylinach, stawach i drzewach. Kupował najlepsze narzędzia, poznawał technikę nawadniania i wszystkiego uczył się z właściwą sobie systematycznością. Ogród rozkwitł, a byliny nabrały w okolicy takiego rozgłosu, że pośród jabłoni widywał nieznajomych, którzy robili tam zdjęcia.

W tygodniu długo przesiadywał w gabinecie. Był lekarzem wnikliwym i empatycznym. Pacjenci go cenili, diagnozy Fähnera stanowiły w Rottweil wzorzec. Wychodził z domu, zanim Ingrid się obudziła, a wracał dopiero po dziewiątej. Ciągłe pretensje przy kolacjach przyjmował w milczeniu. Metaliczny głos Ingrid bez melodii, zdanie po zdaniu, mnożył złośliwości. Roztyła się, jej jasna skóra z latami poróżowiała. Mięsista szyja straciła dawną jędrność, obwisły fałd na gardle trząsł się w takt wyzwisk. Ingrid cierpiała na duszności oraz nadciśnienie. Fähner stale chudł. Kiedy któregoś wieczoru, ubierając to w bogate słowa, zaproponował jej zasięgnięcie pomocy u znajomego neurologa, cisnęła w męża patelnią, wrzeszcząc, że z niego niewdzięczne bydlę.

W noc poprzedzającą jego sześćdziesiąte urodziny Fähner nie spał, po tym jak wyjął zblakłą fotografię z Egiptu: Ingrid i on na tle piramidy Cheopsa, w głębi wielbłądy,turyści w turbanach i piasek. Kiedyś Ingrid wywaliła ich ślubne albumy, a on wyciągnął tę fotografię z kosza na śmieci. Odtąd ukrywał ją w szafie na samym dole.

Tej nocy zrozumiał, że do końca życia będzie więźniem. W Kairze złożył obietnicę i musi jej dotrzymać właśnie teraz, w złe dni; nie ma czegoś takiego jak obietnica tylko na dni dobre. Tamten obraz rozmył mu się w oczach. Fähner rozebrał się i nagi stanął przed lustrem w łazience. Długo na siebie patrzył, po czym usiadł na skraju wanny. Pierwszy raz w dorosłym życiu się rozpłakał.

Siedemdziesięciodwuletni już Fähner, który cztery lata wcześniej sprzedał swój gabinet, pracował właśnie w ogrodzie. Tego dnia jak zwykle wstał o szóstej. Cicho wyszedł z pokoju gościnnego, który zajmował od lat. Ingrid spała jeszcze. Poranna mgła ustąpiła, wrześniowe przedpołudnie było rozsłonecznione, powietrze przejrzyste i rześkie. Motyką pełł jesienne byliny – męcząca, jednostajna praca. Był zadowolony. Cieszył się na kawę, którą jak zwykle wypije w przerwie o wpół do dziesiątej. Pomyślał o zasadzonej wiosną ostróżce. Późną jesienią zakwitnie po raz trzeci.

Ingrid gwałtownie otwarła drzwi na taras. Wywrzeszczała, że znowu zapomniał zamknąć okna w pokoju gościnnym, skończony idiota. Aż się zachłystywała. Głos jak czysty metal.

Później miał nie pamiętać dokładnie, co w tamtej chwili pomyślał. Coś mu gdzieś głęboko w głowie zaświtało. Wszystko w tym zimnym świetle było aż nadto widoczne, raziło.

Poprosił Ingrid, by zeszła do piwnicy, a sam dotarł tam schodami zewnętrznymi. Sapiąc, wkroczyła do piwnicznego pomieszczenia, gdzie przechowywał narzędzia ogrodnicze, kompletowane przez lata. Te ładne przyrządy wisiały uporządkowane według funkcji i wielkości na ścianach albo wyczyszczone stały w blaszanych bądź plastikowych wiadrach. Ingrid rzadko tu zachodziła. Kiedy otworzyła drzwi, Fähner bez słowa zdjął ze ściany siekierę do ścinania drzew. Szwedzkiej roboty, ręcznie kuta, była natłuszczona i bez śladu rdzy. Ingrid zamilkła. Na dłoniach wciąż jeszcze miał grube ogrodnicze rękawice. Wpatrywała się w siekierę. Nie uchyliła się. Już pierwszy cios, który jej rozłupał pokrywę czaszki, był śmiertelny. Siekiera z odłamkami kości wbiła się aż po mózg, ostrze rozcięło jej twarz. Zanim upadła, już nie żyła. Fähnerowi trudno było wydobyć siekierę z czaszki, jedną stopę postawił na szyi Ingrid. Dwoma gwałtownymi ciosami odciął głowę od tułowia. Lekarz medycyny sądowej zarejestrował później siedemnaście dalszych ciosów, jakich Fähner potrzebował, by odrąbać jej kończyny.

Oddychał ciężko. Siadł na drewnianym stołeczku, którego kiedy indziej używał do sadzenia, a którego nogi teraz były zakrwawione. Poczuł głód. W pewnej chwili wstał, rozebrał się koło zwłok i w znajdującej się tutaj umywalce spłukał krew z włosów i twarzy. Zamknął piwnicę i wewnętrznymi schodami przeszedł do mieszkania. Na górze się ubrał, zadzwonił pod policyjny numer alarmowy, podał swoje nazwisko oraz adres, i powiedział dosłownie: „Pociąłem Ingrid. Przyjeżdżajcie zaraz”. Zostało to nagrane. Nie czekając na odpowiedź, odłożył słuchawkę. Jego głos nie zdradzał zdenerwowania.

Kilka minut później, bez włączania sygnału, podjechali policjanci. Jeden z nich, będący od dwudziestu dziewięciu lat na służbie, leczył całą rodzinę u Fähnera. Ten dał mu klucze, stojąc przy ogrodowej furtce. Powiedział, że ona jest w piwnicy. Policjant zrozumiał, że lepiej nie zadawać pytań – doktor był bez butów i skarpetek, choć miał na sobie garnitur i bardzo spokojnie się zachowywał.

Proces trwał cztery dni. Przewodniczący izby sądu przysięgłych był człowiekiem doświadczonym. Znał Fähnera, którego miał sądzić. I także Ingrid. A jeżeli jej nie znał dostatecznie, to resztę objaśnili świadkowie. Każdemu żal było doktora, każdy brał jego stronę. Listonosz powiedział, że uważał go za „świętego” i że to „cud, jak on z nią wytrzymywał”. Psychiatra stwierdził, że Fähner miał „kumulację złości”, niepoczytalny nie był.

Prokurator żądał ośmiu lat. Nie spieszył się; przedstawiając przebieg zdarzenia, brodził w tamtej zakrwawionej piwnicy. Powiedział, że Fähner miał wybór, mógł się rozwieść.

Prokurator mylił się, akurat tego Fähner nie mógł. Ostatnia reforma kodeksu postępowania karnego zniosła w procesie obowiązek składania przyrzeczeń przez świadków. Dawno przestaliśmy wierzyć takim formalnym przysięgom. Jak świadek kłamie, to kłamie, i tyle – żaden sędzia nie pomyślałby, że przyrzeczenie mogłoby to zmienić. Ono się dla dzisiejszego człowieka nie liczy. Jednak Fähner – w czym niebotyczna różnica – był niedzisiejszy. Obietnicę złożył kiedyś serio. Wiązała go, ba – więziła przez całe życie. Nie mógł się z niej zwolnić, byłaby to zdrada. Przytłoczenie dożywotnią przysięgą, jej ciśnienie, spowodowało u niego wybuch przemocy.

Siostra Fähnera, która prosiła, bym go bronił, siedziała wśród publiczności. Płakała. Trzymała ją za rękę stara pielęgniarka, która dawniej pracowała u doktora. On sam w więzieniu jeszcze bardziej schudł. Siedział teraz nieruchomo w ławie oskarżonych, drewnianej, ciemnej.

W tej sprawie nie było czego bronić. Stanowiła problem z dziedziny filozofii prawa: jaki jest sens kary? Jaki jej cel? Próbowałem określić go w mowie obrończej. Istnieje tu mnogość teorii: kara ma nas odstraszyć, kara ma nas chronić, kara ma odwieść sprawcę od ponownego popełnienia jakiegoś czynu, kara ma być przeciwwagą krzywdy. Nasze prawo łączy te teorie, ale żadna z nich nie pasowała do sprawy Fähnera. On drugi raz nie zabije. Krzywda, choć oczywista, jednak trudna do zmierzenia. A czy ktokolwiek pragnął odwetu? Mowa obrończa trwała długo. Opowiedziałem jego historię. Chciałem, by zrozumiano, że Fähner tamtego dnia doszedł do ściany. Mówiłem, aż odniosłem wrażenie, że do sądu coś dotarło. Kiedy jeden z ławników pokiwał głową, skończyłem i usiadłem.

Ostatnie słowo miał Fähner. Przed zakończeniem procesu sąd wysłuchuje oskarżonego, by sędziowie zabrali jego słowa na naradę. Ukłonił się, splótł dłonie. Nie były to zdania, których by się musiał uczyć na pamięć, ale streszczenie jego życia:

– Kochałem moją żonę, a w końcu ją zabiłem. Kocham ją nadal, obiecałem jej to, ona jest ciągle moją żoną. To się nie zmieni do końca mojego życia. Złamałem obietnicę. Będę żył ze swoją winą.

Usiadł, zamilkł i znowu wbił wzrok w ziemię. W sali było cicho, nawet przewodniczący sprawiał wrażenie skrępowanego. Wreszcie oświadczył, że sąd udaje się na naradę. Wyrok zostanie ogłoszony nazajutrz.

Tego wieczoru jeszcze raz odwiedziłem Fähnera w więzieniu. Niewiele było już do powiedzenia. Przyniósł wygniecioną kopertę, z której wyjął zdjęcie z podróży poślubnej. Przesunął kciukiem po twarzy Ingrid. Wierzchnia warstwa ochronna dawno się oderwała od zdjęcia, twarz jego żony była prawie biała.

Skazano go na trzy lata, nakaz aresztowania uchylono i Fähnera wypuszczono z aresztu śledczego. Pozwolono mu na odbywanie kary w zakładzie karnym typu otwartego. Znaczyło to, że tam nocował, a w ciągu dnia mógł przebywać na wolności. Warunkiem było wykonywanie jakiegoś zawodu. A wymyślić nowy dla siedemdziesięciodwulatka nie było łatwo. Wreszcie jego siostra znalazła rozwiązanie: Fähner zarejestrował działalność gospodarczą w branży handlu owocami i zabrał się do sprzedaży jabłek ze swojego ogrodu.

Cztery miesiące później do mojej kancelarii dotarła skrzynka, a w niej dziesięć czerwonych jabłek. W załączonej kopercie znajdowała się jedna kartka papieru:

„Tego roku jabłka się udały. Fähner”.

Tanata i jego czarka

Byli na jednej z tych berlińskich otwartych studenckich zabaw. Zawsze się tam znalazło parę dziewczyn, co leciały na chłopaków z dzielnic Kreuzberg i Neukölln, tylko dlatego, że inni. Może tak bardzo chciały odkryć, kiedy oni są bezbronni. Więc i tym razem wyglądało na to, że Samir miał szczęście – ta była roześmiana i miała niebieskie oczy.

Nagle pojawił się przy niej chłopak i kazał mu zjeżdżać, a jak nie, to sfinalizują sprawę na ulicy. Samir nie zrozumiał słowa „sfinalizować”, ale agresję zrozumiał. Obu wypchnięto na zewnątrz. Jakiś starszy student powiedział mu, że tamten to bokser amator, mistrz uniwersytetu.

– Ja to pierdolę – odparł Samir.

Chociaż dopiero siedemnastolatek, miał za sobą ponad sto pięćdziesiąt bójek ulicznych i tylko niewielu rzeczy się bał, a takie walki do nich nie należały.

Bokser był muskularny, o głowę wyższy, sporo szerszy. I jeszcze się głupio uśmiechał. Dokoła obu utworzył się krąg ludzi, a kiedy bokser zdejmował jeszcze kurtkę, Samir czubkiem buta kopnął go w jądra. Buty po wewnętrznej stronie miały stalowe podkuwki, bokser zacharczał i zaraz by się zwinął z bólu, ale Samir złapał go za włosy, szarpnął głowę w dół i jednocześnie walnął go prawym kolanem w twarz. Mimo że na ulicy było dosyć głośno, dało się słyszeć, jak tamtemu trzasnęło w szczęce. Krwawiąc, leżał na asfalcie, jedna ręka przy podbrzuszu, druga przy twarzy. Samir wziął dwa kroki rozbiegu; ten kopniak złamał bokserowi dwa żebra.

Uważał, że postąpił fair. Nie kopnął w twarz, a przede wszystkim – nie użył noża. Poszło mu łatwo, nawet się nie zasapał. Był zły, bo blondyneczka nie zwiała z nim, tylko rycząc, zajęła się mężczyzną na ziemi.

– Zdzira jebana – powiedział i poszedł do domu.

Sędzia rodzinny skazał go na dwa tygodnie aresztu i udział w zajęciach resocjalizacyjnych. Samir, wściekły na to, tłumaczył wychowawcom w zakładzie karnym, że wyrok jest niesłuszny. Zaczął bokser, a on tylko był szybszy. Boks to nie berek, nie zabawa, i sędzia reguł nie załapał.

Dwa tygodnie później do więzienia przyszedł po Samira Özcan, jego najbliższy przyjaciel. Był to osiemnastoletni, wysoki i powolny chłopak o gąbczastej cerze. Już w wieku dwunastu lat miał dziewczynę i swoje poczynania z nią sfilmował komórką. Dzięki temu po wsze czasy stał się kimś. Özcan miał absurdalnie duży penis i przy pisuarze zawsze ustawiał się tak, by inni to zobaczyli. Koniecznie chciał się przenieść do Nowego Jorku. Nie był tam nigdy, nie znał angielskiego, ale na punkcie tego miasta miał obsesję. Nigdy się nie pokazywał bez swojej granatowej czapki z napisem

„N.Y.”.Chciał prowadzić na Manhattanie klub nocny z restauracją i tancerkami go-go. Albo coś w tym rodzaju. Nie potrafił wyjaśnić, czemu akurat w Nowym Jorku, ale się też nad tym nie zastanawiał. Jego ojciec przepracował życie w fabryce żarówek, po tym jak z jedną walizką przyjechał z Turcji. Pokładał nadzieje w synu. Tej sprawy z Nowym Jorkiem nie rozumiał.

Özcan powiedział Samirowi, że poznał człowieka nazwiskiem Manólis, który ma pewien plan. Dobry plan, ale on sam jest „trochę świrnięty”.

Manólis pochodził z greckiej rodziny, która na Kreuzbergu i w Neukölln prowadziła kilka restauracji i kawiarenek internetowych. Po maturze zaczął studia historyczne, a na boku próbował swoich sił w handlu narkotykami. Parę lat temu coś mu nie wyszło. W walizce zamiast kokainy był sam papier i piasek. Kiedy chciał samochodem uciec z pieniędzmi, nabywca wystrzelił do niego dziewięć kul. Nie był dobrym strzelcem, trafiła tylko jedna. Utkwiła w potylicy. No i jak Manólis zderzył się z policyjnym radiowozem, miał jeszcze ten pocisk w głowie. Odkryli to dopiero lekarze w szpitalu, i odtąd był z nim tylko kłopot. Po operacji obwieścił rodzinie, że jest Finem. Co roku, szóstego grudnia, obchodził święto państwowe Finów i bezskutecznie próbował się nauczyć ich języka. Poza tym zawieszał się czasami, i może dlatego nie za bardzo swój plan dopracował.

Jednak Samir uznał, że jakiś plan to jest. Otóż przyjaciółka siostry Manólisa miała pilne potrzeby finansowe, więc za niewielki udział w zysku zaproponowała, by ten włamał się do pewnej willi w dzielnicy Dahlem, gdzie ona sprzątała. Znała kod instalacji alarmowej i zamka elektronicznego, znała położenie sejfu, a przede wszystkim wiedziała, że wkrótce właściciel będzie cztery dni poza Berlinem. Samir i Özcan zgodzili się od razu.

W nocy poprzedzającej przestępstwo Samir źle spał, śnił mu się Manólis i Finlandia. Obudził się o drugiej po południu. Wygonił z łóżka swoją dziewczynę, mówiąc:

– Sędzia jebany. – O czwartej miał być na zajęciach resocjalizacyjnych.

Koło drugiej w nocy Özcan zabrał Samira samochodem. Na Manólisa musieli czekać dwadzieścia minut pod drzwiami, bo zaspał. Było zimno, szyby zaparowały, pomylili drogę, krzyczeli jeden na drugiego. Krótko przed trzecią dotarli do Dahlem. W samochodzie nałożyli czarne wełniane maski, były za duże, zsuwały się i drapały, pocili się w nich. Özcan miał w ustach kłaczek wełny, wypluł go na deskę rozdzielczą. Wciągnęli plastikowe rękawiczki i żwirowaną dróżką pospieszyli ku drzwiom willi.

Manólis wprowadził kod na klawiaturze zamka, drzwi cyknęły i się otworzyły. Przy wejściu znajdował się alarm. Także tam wklepał kombinację liczbową, po czym lampki zmieniły kolor z czerwonego na zielony. Özcan się zaśmiał.

– Złoto dla zuchwałych – powiedział głośno, uwielbiał kino.