Prześladowani za wiarę - Brother Andrew, Al Janssen - ebook
Opis

Wyobraź sobie świat, w którym z powodu wiary w Chrystusa zostaniesz napiętnowany, wyłączony ze społeczności, dyskryminowany w miejscu pracy. Świat, w którym nie będziesz w stanie zapewnić bezpieczeństwa swoim bliskim, w którym jednej nocy możesz stracić dorobek całego życia oraz ludzi, których kochasz.

Wyobraź sobie świat, w którym groźby i prześladowania są na porządku dziennym. Świat, w którym za wiarę w Jezusa Chrystusa możesz zapłacić najwyższą cenę.

To świat chrześcijan nawróconych z islamu.

Wybierz się z nami na Bliski Wschód i poznaj…

Ahmeda stojącego w obliczu decyzji, która zmieni jego życie;
Salimę, nastolatkę z bogatego domu, która odkrywa w telewizji intrygujący program;
Mustafę, byłego terrorystę, który pragnie poznać prawdę;
Abunę Aleksandra, duchownego próbującego chronić swoich wiernych w obliczu rosnących prześladowań;
Butrosa, który po latach studiów w Anglii wraca na Bliski Wschód, by wspierać tamtejszy Kościół…

oraz wielu innych, którzy przeszli przez piekło tylko dlatego, że zaufali Chrystusowi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 406

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

Secret Belivers.

What Happens When Muslims Believe in Christ.

Przekład:

Monika Wilk

Korekta:

Joanna Raczkowska

Redakcja techniczna:

Paweł Pietrzyk

Zdjęcia na okładce:

Copyright © shutterstock.com

Projekt graficzny okładki:

Radosław Krawczyk

Original Publisher: Revell, a division of Baker Publishing Group, P.O. Box 6287, Grand Rapids, MI 49516-6287, www.revellbooks.com

Copyright © 2007 Open Doors International

Printed under licensing from Open Doors International

Copyright for the Polish edition © 2011 by Wydawnictwo KEFAS

All rights to the Polish edition reserved.

Wszelkie prawa do wydania polskiego zastrzeżone.

Książka, ani żadna jej część, nie może być przedrukowywana

ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie,

fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

W sprawie zezwoleń należy zwracać się do:

Wydawnictwo KEFAS

ul. Polnej Róży 1, 02-798 Warszawa

02-792 Warszawa 78, skr. poczt. 41

Redakcja: tel. (22) 648 54 50,

Dział handlowy: fax (22) 648 03 79, tel. (22) 648 03 78,

ISBN 978-83-62715-11-4

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

PrologDobry dżihad

Dobry dżihad. Brzmi paradoksalnie aż do momentu, gdy otworzymy swoją Biblię na Drugim Liście do Tymoteusza, w którym św. Paweł mówi: „w dobrych zawodach wystąpiłem” (2 Tm 4,71). W arabskim tłumaczeniu te słowa brzmią: „w dobrym dżihadzie walczyłem”.

Bierzemy udział w bitwie. Właściwie to w wojnie. Wiąże się ona z wyzwaniami islamu. Wśród milionów muzułmanów osiadłych w Europie i Ameryce Północnej są tacy – musimy to przyznać – którzy nienawidzą Zachodu. Widzieliśmy tego dowody: 11 września, zamach w nocnym klubie na Bali, bomby w pociągach w Madrycie, zamachy w londyńskim metrze, Iran, Irak. Pochłonęły tysiące ofiar, a organizacje ekstremistyczne, takie jak Al-Kaida, zapowiadają nową falę ataków.

Nie jest to jednak taka wojna, na jaką wygląda. Nie o takiej wojnie apostoł Paweł pisał do Tymoteusza. Tamte wydarzenia są raczej przejawem wojny duchowej, niewidzialnego konfliktu. Jak odpowiemy na nie my, chrześcijanie? Karabinami i bombami? Czy to jest dla nas jedyne wyjście? Zapewniamy was, że z takim podejściem nie wygramy wojny duchowej. Po pierwsze, jest to podejście czysto obronne i stanowiące reakcję na atak. Nadszedł czas, aby to chrześcijanie przeszli do ofensywy.

Jak więc mamy walczyć w dobrej wojnie duchowej? Szukając odpowiedzi na to pytanie, przyjrzyjmy się chrześcijanom żyjącym w krajach islamskich. Kościół istnieje przecież w świecie islamu, w krajach takich jak Iran, Irak, Indonezja, Pakistan, Egipt, na Bliskim Wschodzie i w Azji Centralnej. W niektórych miejscach działa w ukryciu i jest bardzo słaby. W innych istnieje od czasów Pięćdziesiątnicy2. Te właśnie kościoły były świadkami powstania i ekspansji islamu. Często doświadczały okrutnych prześladowań. Jeśli chcemy wiedzieć, co może ocalić Europę i Amerykę Północną, powinniśmy przyjrzeć się z bliska tym kościołom chrześcijańskim w krajach arabskich i uczyć się, wyciągając wnioski z ich sukcesów i porażek.

Tylko jak opowiedzieć tę historię? Chcemy przedstawić Czytelnikom kilka wyjątkowych osób, jeśli jednak ujawnimy ich imiona i miejsce zamieszkania, narazimy je same oraz kościoły, do których należą, na wielkie niebezpieczeństwo. Ponieważ chcą pozostać anonimowe, posłużymy się nietypową metodą. Część I, Wierzący w ukryciu, stanowiąca 85 procent książki, jest pewnego rodzaju opowieścią. Wszystko, o czym tu przeczytacie, jest prawdą. Niczego nie wymyśliliśmy, choć w pewnych miejscach wypełniliśmy luki, bazując na wiedzy przyjaciół, którzy żyją i służą w świecie islamu.

Zauważycie, że akcja opowieści rozgrywa się gdzieś na Bliskim Wschodzie. Bohaterowie – z wyjątkiem mnie – noszą pospolite imiona i niekiedy stanowią połączenie kilku realnie istniejących osób. W ten sposób mamy nadzieję uchronić naszych przyjaciół i jednocześnie dać wam możliwość wejrzenia w prawdziwy świat, w którym żyją nasi bracia i siostry w wierze. Choć ja sam również pojawiam się w tej opowieści, nie gram w niej głównej roli. Moim zadaniem jest wspieranie Kościoła w kraju muzułmańskim wszelkimi dostępnymi sposobami. Nie jest to jednak moja historia, dlatego też usuwam się w cień, odnosząc się do siebie w trzeciej osobie, a moich przyjaciół sytuując w centrum uwagi.

Na końcu książki przedstawimy kilka refleksji związanych z opowiedzianą historią. My, ludzie Zachodu, odgrywamy zasadniczą rolę w dobrej walce, dlatego też chcemy poddać wszystkim pod rozwagę strategię odpowiedzi na wyzwania, które rzuca nam islam.

Najpierw jednak chcemy przedstawić Czytelnikom kilka niezwykłych osób. Udajmy się razem do Suq al-Khamis, typowego arabskiego miasteczka. Poznacie tam Ahmeda, muzułmanina stojącego w obliczu niezmiernie ważnej decyzji, która odmieni jego życie, i abunę3 Aleksandra, miejscowego księdza prawosławnego z kościoła Świętego Marka, próbującego troszczyć się o swoich parafian w samym środku wrogiego im społeczeństwa muzułmańskiego. Następnie spotkacie się z Butrosem, który właśnie kończy studia w Anglii i musi dokonać wyboru między pozostaniem na obczyźnie a powrotem do domu. Poznacie też Nadirę, żonę Butrosa, Mustafę, ważnego członka lokalnego oddziału fundamentalistycznego Bractwa Muzułmańskiego4, Hassana, jednego z bliskich przyjaciół Ahmeda, Salimę, nastolatkę, która odkrywa coś niezwykłego w telewizji satelitarnej, Karima, wysokiego urzędnika rządowego, oraz Lajlę, chrześcijańską dziewczynę, której wuj przeszedł na islam.

Teraz usiądźcie wygodnie i zanurzcie się w ich opowieści. Wrócimy, gdy skończycie czytać, i wspólnie zastanowimy się, co można dalej z tym zrobić.

Brat Andrew

CZĘŚĆ IWierzący w ukryciu

Rozdział 1Kraj na Bliskim Wschodzie

W miasteczku Suq al-Khamis wstawał niedzielny poranek, gdy Ahmed, wysoki i chudy nastolatek, rozważał coś, o czym nawet nie powinien był pomyśleć. Chodził po pokoju tam i z powrotem, próbując zdecydować, czy warto podjąć to ryzyko. Spojrzał na plakat wiszący nad łóżkiem, choć wypisane na nim słowa znał na pamięć:

Allah jest naszym celem,Prorok – naszym przywódcą,Koran – naszym prawem,Dżihad – naszą ścieżką.Śmierć na ścieżce Boga jest naszą jedyną nadzieją.

Ten ostatni werset wywołał w nim nieprzyjemny dreszcz. Zeszłej nocy Ahmed miał kolejny koszmar. Był w dole pełnym węży wszelkiego rodzaju. Wiły się wokół niego, wbijając w jego ciało przerażające zęby. Obudził się zlany potem, kolejny raz przypominając sobie o wiecznym potępieniu obiecanym przez Allaha tym, którzy nie są wierni zasadom islamu, jego pięciu filarom. Koszmary miały różną postać. Czasem czuł płomienie trawiące jego ciało, innym razem wieszano go za włosy i obdzierano ze skóry. Takie było potworne przesłanie islamu, głoszone przez frakcję Bractwa Muzułmańskiego, które często pojawiało się w jego domu. Tak, Allah był litościwy, ale był to także Bóg budzący grozę i przerażenie, znajdujący przyjemność w torturowaniu niewiernych. Według nauki każdy chrześcijanin był kafir, niewiernym. Jedyną nadzieją Ahmeda na ucieczkę od piekielnych męczarni było przykładne życie według zasad islamu albo śmierć w świętej wojnie.

Zaki wyjechał na studia i wkrótce napisał do Ahmeda, zadając skandaliczne pytania, które uderzały w samo sedno ich wspólnej religii. Ahmed przyjaźnił się z Zakim przez całe życie. W każdy piątek chodzili razem do meczetu, by słuchać ognistych kazań imama. Razem chodzili do chrześcijańskiej szkoły – ich ojcowie zgadzali się co do tego, że zapewni ona ich synom najlepsze wykształcenie. Religia stanowiła ważną część ich edukacji. Każdego dnia uczniowie zgłębiali zasady wiary – chrześcijanie w jednym pokoju, pod nadzorem abuny Aleksandra, miejscowego księdza, a muzułmanie w drugim, nauczani przez młodego absolwenta Uniwersytetu Islamskiego mieszczącego się w stolicy. Ahmed musiał przyznać, że choć uczęszczał do szkoły prowadzonej przez chrześcijan, nigdy nie rozmawiał z nimi na temat ich wiary, chyba że prześmiewczo, gdy z Zakim i ich kolegą Hassanem próbowali nawracać chrześcijańskich uczniów na islam.

Teraz jego najlepszy przyjaciel sugerował mu coś, o czym nawet nie powinien był myśleć: może jednak w chrześcijaństwie tkwi jakaś prawda? Zaki zdobył Indżil, chrześcijańską Ewangelię, i w ukryciu czytał o Isie. Nie pierwszy raz słyszeli o Jezusie – wiele razy wspominał o nim Koran – jednak święte pisma chrześcijan przedstawiały zupełnie inny obraz tego Proroka.

Ahmed wyciągnął z kieszeni zmięty list i raz jeszcze odczytał szokujące słowa Zakiego: „Isa jest najbardziej zdumiewającym człowiekiem, jaki chodził po tej ziemi. Wciąż porównuję go do naszego Proroka. Pokój z Nim! Nie powiem nic więcej. Zdobądź kopię Indżil i przeczytaj sam. Porozmawiamy, kiedy wrócę do domu na wakacje”.

Wcisnął list z powrotem do kieszeni i raz jeszcze zastanowił się nad całą sytuacją. Sny stawały się coraz gorsze. Jeśli istniała szansa znalezienia odpowiedzi w kościele, warto było zaryzykować. Musiał jednak zachować ostrożność. Nikt z jego rodziny nie mógł się o tym dowiedzieć.

Pomknął przez salon i wybiegł na zewnątrz, w stronę skutera zaparkowanego przed drzwiami. Uruchomił go kopnięciem i ruszył piaszczystą drogą w kierunku głównej ulicy, zostawiając za sobą tuman kurzu. Prześliznął się przez poranny zgiełk, mijając wozy ciągnięte przez osły, ciężarówki jadące przez miasto do stolicy i furgonetki z wyściełanymi siedzeniami, służące jako lokalny środek masowego transportu. Po drodze minął rzędy sklepów, kilka meczetów i gwarny bazar, suq, któremu miasto zawdzięczało swoją nazwę, aż dotarł na peryferia, gdzie stała ceglana prawosławna cerkiew pod wezwaniem Świętego Marka. Kilka osób szło w kierunku wejścia, w którym stał abuna Aleksander, ubrany w czarną sutannę z prostym krzyżem na szyi, i witał wiernych.

Ahmed zaparkował skuter przy szkolnym parkanie naprzeciw kościoła. Narastała w nim niepewność. A jeśli ktoś go rozpozna? Jak wytłumaczy się ojcu? Spoglądał dokoła, ale nie widział nikogo znajomego. Przeszedł przez ulicę i ruszył w stronę budynku. Chciał szybko wbiec po schodach i usiąść na końcu.

Ksiądz jednak już go zauważył i na jego twarzy pojawił się niepokój.

– Znam cię – powiedział. – Ze szkoły, prawda?

Ahmed kiwnął głową.

– A to niespodzianka! Co cię sprowadza do kościoła Świętego Marka?

– Chciałbym tylko tu posiedzieć. Obiecuję, że nie sprawię kłopotu.

Abuna Aleksander zaśmiał się nerwowo i odparł:

– To nie jest dobry pomysł. Wracaj do domu. To jest miejsce dla chrześcijan. Jeśli chcesz się modlić, idź do meczetu.

Te słowa zaskoczyły Ahmeda. Nie przyszło mu do głowy, że może być w kościele niemile widziany.

– Chcę się tylko dowiedzieć, w co wierzycie – tłumaczył się niezdarnie.

– Przykro mi. To nie jest odpowiedni czas i miejsce.

Głos księdza stał się poważny. Było jasne, że nie wpuści Ahmeda do budynku.

– Czy mogę chociaż pożyczyć Indżil?

– Po co ci Indżil? Masz swój Koran. Idź już. Zaraz zacznie się nabożeństwo. Lepiej, żeby cię tu nikt nie widział.

Ahmed zaczął protestować, gdy spostrzegł, że kilku parafian przystanęło i przygląda się tej dziwnej scenie. Stracił szansę na wśliźnięcie się po cichu. Gdyby został jeszcze chwilę, ktoś mógłby donieść o tym jego ojcu. Odwrócił się i szybko przebiegł przez ulicę w stronę miejsca, gdzie zostawił skuter.

Dlaczego ten muzułmański chłopiec chciał wejść do kościoła? Abuna Aleksander pogładził się po brodzie zdumiony, patrząc, jak młody chłopak wskakuje na skuter i odjeżdża. Zmrużył oczy w jasnym słońcu odbijającym się od piaszczystej drogi. Obok kościoła przejechał chłop na wozie ciągniętym przez leniwego osła i kierował się na pole rozciągające się daleko za Suq al-Khamis, aż do wioski oddalonej o trzy kilometry. W kościele około pięćdziesięciu wiernych czekało, aż abuna Aleksander rozpocznie liturgię.

Nie chodzi o to, że kapłan nie lubił muzułmanów. Bardzo się starał być dobrym sąsiadem, nawet gdy obok kościoła Świętego Marka zbudowano nowy meczet, którego głośniki specjalnie podkręcano, by zagłuszyć jego nabożeństwa. Utrzymywał serdeczne stosunki z kilkoma imamami. Co roku życzył im szczęśliwego Eid al-Fitr, święta, które kończyło ramadan5, a niektórzy z nich życzyli mu wesołych świąt Bożego Narodzenia. Mimo to w okresie wielkanocnym imamowie wypominali mu, że muzułmanie nie wierzą w śmierć Jezusa na krzyżu. Według nich Bóg po prostu zabrał go do siebie. Czuł się bezradny, próbując bronić zasad chrześcijaństwa przed podobnymi atakami.

Ich koegzystencja naznaczona była niepewnością. Mniej niż dziesięć procent z siedemdziesięciu pięciu tysięcy mieszkańców miasteczka uważało się za chrześcijan, a i tak było to więcej niż w innych okolicznych społecznościach. Oficjalnie każdy miał prawo wybrać własną religię. W praktyce oznaczało to, że każdy miał prawo wybrać islam. Koran mówił, że każdy, kto odstępuje od islamu, jest niewiernym, a niewierni zasługują na śmierć. Poza tym szariat6, gorliwie propagowany przez lokalną sekcję Bractwa Muzułmańskiego, przewyższał w oczach oddanych wyznawców islamu każdy inny system prawny. Właśnie ci fundamentaliści zaczęli ostatnio utrudniać życie kilku ludziom z jego parafii. Sklep jednego z parafian, handlarza złotem i zarazem głównego donatora kościoła, został okradziony przez tych młodych chłopców. Miejscowa policja nie zajęła się sprawą. W mniejszych społecznościach presja była jeszcze większa. W jednej z pobliskich wiosek ekstremiści podpalili kościół.

Po co zatem wpuszczać muzułmanów do kościoła? Zmąciłoby to spokój jego małej trzódki. Jako ksiądz był odpowiedzialny za swoich wiernych. Miał obowiązek bronić ich przed wilkami – a niektórzy muzułmanie mieszkający w okolicy w istocie nimi byli. Choć obecnie w ich małej społeczności panował niepewny rozejm, w przeszłości zdarzało się, że próbowano oszukać i pożreć wiernych chrześcijan. Nawet teraz niekiedy przekupywano członków Kościoła, by nawrócili się na islam.

Był taki czas wieki temu, kiedy Kościół był silny. Arabowie znaleźli się wśród tych, którzy słuchali Piotra głoszącego Słowo w dzień Pięćdziesiątnicy. Wkrótce potem ustanowiono w świecie arabskim Kościół Chrystusowy. Chrześcijaństwo rozprzestrzeniało się jako religia dominująca aż do momentu, gdy w VII wieku n.e. narodził się islam. Wkrótce armie muzułmanów najechały chrześcijan, zmuszając ich do odstąpienia od wiary. Przez tysiąc czterysta lat ci, którzy nie przeszli na islam, cierpieli pod jego rządami. Zgodnie z filozofią dhimmitude7 chrześcijanom wolno było istnieć, ale przyznawano im drugorzędny status i obarczano dodatkowymi podatkami.

„Musimy być ostrożni i pamiętać o tym, że w przeszłości niektórzy muzułmanie nas oszukali” – przypominał władzom parafii abuna Aleksander. „Udawali, że się nawrócili, tylko po to, by uwodzić wasze córki i brać je za żony, a potem wracać do dawnej religii”. Młodzi muzułmanie udawali poszukujących prawdy, a w rzeczywistości przychodzili popatrzeć na dziewczyny z gołymi nogami i bez chust na głowach. Nie, nie mógł zapraszać do kościoła jego prześladowców, by rzucali na kobiety pożądliwe spojrzenia.

Gdy tak powtarzał sobie, że jego obowiązkiem jest chronić wiernych, poczuł ukłucie sumienia. Wiedział dobrze, że Bóg ofiarował zbawienie wszystkim bez wyjątku. Jak jednak muzułmanie mieliby zostać zbawieni? I dlaczego chrześcijanie mają im pomagać? Czy niesłusznie narazili się na gniew Boga? Jeśli pozwoliłby temu chłopcu wejść do kościoła, wystawiłby wszystkich na niebezpieczeństwo. Natychmiast zjawiłaby się tajna policja i zadawała pytania. Mogliby nawet zamknąć kościół na stałe. Nie można było do tego dopuścić. Z pewnością chłopiec był tego świadom. Nie powinien stawiać księdza w tak niezręcznej sytuacji. W kościele rozbrzmiały dzwony, przypominając abunie Aleksandrowi, że czas rozpocząć nabożeństwo.

Rozdział 2Anglia – dwa lata później

Pociąg do Londynu kołysał się, pędząc przez wiejski krajobraz. Z wyjątkiem chwil, gdy nadrabiał zaległości w spaniu, Butros z upodobaniem wpatrywał się w bujny, zielony pejzaż, szukając wzrokiem starych chat pokrytych strzechą. Charakterystyczny żywopłot oddzielał farmy od falujących pól z pasącymi się owcami i krowami, a gdzieniegdzie stadami kucyków szetlandzkich. Widok stanowił jaskrawy kontrast dla suchej, dzikiej pustyni w jego domu na Bliskim Wschodzie. Wkrótce Butros miał skończyć studia. Wisiało nad nim widmo ostatecznej decyzji: zostać w Anglii, gdzie swoim talentem mógłby wesprzeć kilka organizacji misyjnych, czy wrócić do ojczyzny, gdzie Kościół karłowaciał pod naciskiem despotycznej kultury zdominowanej przez islam?

Walkę wewnętrzną, przybierającą na sile wraz ze zbliżaniem się końca studiów, komplikowała obecność młodej dziewczyny o imieniu Nadira. Studiując na sąsiednich uczelniach, poznali się na spotkaniu dla chrześcijańskich studentów. Nadira, tak jak Butros, pochodziła z Bliskiego Wschodu. Lubili spotykać się w kawiarni, by po arabsku rozmawiać o wierze w Chrystusa. Oficjalnie nie byli parą, ale Butros wiedział, że wkrótce porozmawia z jej ojcem i poprosi o jej rękę. Jako że pochodzili z różnych krajów, byłoby im łatwiej osiedlić się w neutralnej Anglii, gdzie było też więcej możliwości zarobienia na rodzinę. Butros czuł jednak, że Bóg ma wobec niego inne zamiary i modlił się o czytelny znak, by mógł je rozpoznać.

Pociąg zajechał na Victoria Station i pasażerowie podnosili się, zbierając swoje rzeczy. Butros czekał wciąż pogrążony w rozmyślaniach i dopiero gdy wszyscy opuścili przedział, powoli wstał i wyszedł na peron. Z torbą na ramieniu przeszedł przez dworzec w kierunku stacji metra. Miał zamiar złapać pociąg do domu.

Nagle usłyszał głos wołający do niego po arabsku:

– Drogi bracie muzułmaninie, nie zapomnij przyjść do meczetu na piątkowe modlitwy! Nie pozwól, by Zachód schwytał cię w swe sidła. Jeśli pozostaniemy wierni Allahowi, pewnego dnia zdobędziemy Anglię dla islamu.

Butros zatrzymał się i utkwił wzrok w śmiałym misjonarzu, po czym odpowiedział łagodnie:

– Mylisz się, nie jestem muzułmaninem. Wierzę w naszego Pana, Jezusa Chrystusa.

Na twarzy misjonarza pojawił się wyraz obrzydzenia. Odwrócił się na pięcie i odszedł na drugi koniec peronu. Butros wsiadł do pociągu, a gdy drzwi się zamknęły i pociąg ruszył, zobaczył owego misjonarza gorliwie przemawiającego do innego zaskoczonego obcokrajowca.

Nagle Butros usłyszał w myślach słowa: Celem tego misjonarza jest zdobycie tego kraju dla islamu. A co z nakazem głoszenia Ewangelii, który Ja ci dałem?. Butros poznał, że głos był subtelnym podszeptem Ducha Świętego. Jego serce odparło: Panie, ten nakaz dotyczy całego świata. Z pewnością mogę zostać w Anglii i tu głosić Twoją Ewangelię. Wtem przypomniał sobie słowa Jezusa z Dziejów Apostolskich: „[…]i będziecie moimi świadkami w Jerozolimie i w całej Judei, w Samarii i aż po krańce ziemi” (Dz 1,8). Apostołowie zaczęli głosić Ewangelię najpierw we własnej ojczyźnie, a potem ruszyli dalej. Z tego względu Butros czuł potrzebę powrotu do swojego kraju. Wzdrygnął się na myśl o konsekwencjach, przypominając sobie z lekcji greki, że to samo słowo określa świadka i męczennika. Czy oznaczało to, że miał zapłacić najwyższą cenę za świadczenie o Chrystusie w swoim kraju?

Wagonik metra trząsł nim lekko, pędząc z łoskotem przez tunel, a Butros mocował się z Bogiem. Przecież misjonarze służyli w jego kraju przez wiele lat. Chociaż działalność misjonarska była obecnie zakazana, wielu chrześcijan pracowało w świeckich zawodach, głosząc Ewangelię swoim życiem. Poza tym jak miałby utrzymać rodzinę po powrocie do domu? Mógłby zostać pastorem, ale kościelne pensje były bardzo skromne. Gdyby chciał rozwinąć własną działalność, potrzebowałby wspólników, a jak znalazłby ich w kraju, gdzie dziewięćdziesiąt pięć procent populacji stanowią muzułmanie? Co sądził o tym wszystkim Bóg? Stukot pociągu był jedyną odpowiedzią.

Niemal przegapił swój przystanek. Padał deszcz, gdy po schodach wyszedł na ulicę i przebiegł dwie przecznice do swojego mieszkania. Otworzył drzwi i podniósł stertę listów, która uzbierała się podczas jego kilkudniowej nieobecności. Pobieżnie przejrzał rachunki i reklamy. Jeden list przyciągnął jego uwagę. Został nadany w Holandii. Rozciął kopertę i wyjął z niej list od Brata Andrew.

Rok wcześniej Butros poznał go podczas letniego projektu misyjnego na Cyprze. Ten misjonarz weteran zorganizował tam kilka pogadanek. Po ukazaniu się jego książki zatytułowanej Boży przemytnik, mówiącej o potajemnym dostarczaniu egzemplarzy upragnionej Biblii do kościołów w Europie Wschodniej i w Związku Radzieckim, Brat Andrew nie miał już wstępu do krajów komunistycznych. Zwrócił się wtedy ku krajom muzułmańskim, a jego przesłanie skupiło się na zagrożeniu, jakie stanowi islam dla chrześcijańskich organizacji misyjnych. Między spotkaniami Brat Andrew wysłuchał Butrosa mówiącego o ciężkich próbach, którym poddawany jest Kościół w jego kraju na Bliskim Wschodzie. To on zasugerował mu, że Bóg może mieć dla niego specjalną misję właśnie w tym rejonie.

Butros ochoczo czytał słowa swojego mentora: „Zachęcam cię do powrotu do ojczyzny zaraz po studiach”. Jego oczy napełniły się łzami, gdy czytał słowa łagodnie przypominające mu o tym, że jest potrzebny w swoim kraju, by wypełnić misję, którą Bóg właśnie mu zlecił. Jeśli przed chwilą miał jeszcze wątpliwości co do wyboru tej drogi, rozwiały je ostatnie słowa listu: „Wiem, co czujesz. Myślisz, że to zadanie jest niemożliwe do wykonania w pojedynkę. Pamiętaj jednak, że jeden człowiek i Bóg to razem większość”.

*

Kilka tygodni później Butros poleciał do Amsterdamu i spędził dzień z Bratem Andrew, rozmawiając o możliwościach działalności duszpasterskiej w swoim kraju. Gabinet Andrew wydawał się oazą spokoju w hałaśliwym, nieprzychylnym świecie. U sufitu nad biurkiem Andrew cicho szumiał grzejnik. Za drzwiami mieścił się kolejny pokój, wychodzący na bujny ogród, w którym Andrew spędzał większość czasu, kiedy nie padało. Wilgoć porannego deszczu okryła świetlistą łuną gęste zielone drzewa, krzewy i wysoki żywopłot, oddzielający jego ogród od sąsiadów. Brat Andrew usiadł w bujanym fotelu, a Butros usadowił się na wytartej kanapie ze sztucznej skóry.

Butros rozejrzał się po pokoju, który przypominał bibliotekę. Dwie ściany zastawione były półkami pełnymi książek, a na trzeciej wisiały pamiątki Andrew z lat podróży. Na środku stał wielki stary miech kowalski, służący jako stolik. Andrew przyniósł go tu z kuźni.

– Przypomina mi, że kiedyś byłem kowalem i że mój ojciec był kowalem. W książce nazywam go Rembrandtem kowali. Ze wszystkich sił próbował nauczyć mnie zawodu, ale poniósł ogromną porażkę – powiedział Andrew i wyciągnął małego pluszowego pieska, którym zatkany był otwór w miechu. – No, tylko bądź grzeczny i nie zacznij dmuchać, bo będę miał sadzę na całym dywanie.

Butros się zaśmiał.

– Dziękuję, że znalazłeś dla mnie czas – powiedział.

– To dla mnie przyjemność – odparł Andrew. – Jestem gotów ci pomóc, tak jak tylko będę umiał.

– Cóż, na początek powiem, że zdecydowałem się wrócić do swojego kraju. Wierzę, że Bóg powołał mnie do pracy właśnie tam, ale nie wiem, od czego zacząć.

– Od początku! – roześmiał się Andrew. – Pierwszym krokiem jest wyjazd. Kiedy znalazłem broszurę na temat zjazdu młodzieży komunistycznej w Polsce, złapałem paszport, kupiłem bilet i pojechałem. Gdy już tam byłem, rozejrzałem się za braćmi. A kiedy już znalazłem kościoły, reszta potoczyła się sama.

– Już mi to mówiłeś. Dobrze. Szukam braci, ale co potem?

– Słuchasz.

Andrew chwycił jedną z Biblii leżących na półkach i otworzył ją.

– Apokalipsa, rozdziały drugi i trzeci.

– Listy do siedmiu kościołów – powiedział Butros.

– Zgadza się. Słowa skierowane do kościoła w Sardes stały się moim życiowym powołaniem. „Stań się czujnym i umocnij resztę, która miała umrzeć” (Ap 3,2). Chciałbym, żebyś zwrócił uwagę na dwie wspólne rzeczy we wszystkich siedmiu listach. Po pierwsze, każdy z nich kończy się słowami: „Kto ma uszy, niechaj posłyszy, co mówi Duch do kościołów” (Ap 3,6). Znaczy to, że Duch ma coś do powiedzenia w każdym czasie, w każdym pokoleniu, w każdej sytuacji. Mówiłem o tym duszpasterzom podczas konferencji na Górze Oliwnej wiele lat temu. Podniósł się wtedy pewien pastor i poprosił: „Powiedz nam, co dziś mówi Duch do kościołów”. Tego nie mogę zrobić. Musisz słuchać, co mówi Duch do Kościoła w twoim kraju.

Butros przymknął oczy, zastanawiając się nad tymi słowami. Dla Andrew były tak naturalne, jak gdyby głosił to przesłanie już setki razy. Nie tylko głosił, ale nim żył.

– A zatem mam porozmawiać z liderami wspólnot wyznaniowych? Z biskupami? – zapytał.

– Powinieneś powiadomić ich o tym, co robisz. Idź jednak do miast i wiosek. Usiądź z pastorami i słuchaj ich. Niech opowiedzą ci o swoich lękach i nadziejach. Dowiedz się, w jakiej kondycji duchowej są ich wspólnoty, jak silni duchowo są wierni.

– Nie sądzę, żeby byli zbyt silni – odparł Butros ze smutkiem.

– Dowiedz się, dlaczego tak jest. Na przykład Pismo Święte mówi, że każdy człowiek na świecie ma prawo usłyszeć Ewangelię. Jak Kościół się z tego wywiązuje? Czy wychodzą do ludzi? Czy mają wpływ na lokalną społeczność? Czy widzą ludzi przyjmujących wiarę w Jezusa Chrystusa?

– Przecież my żyjemy w społeczeństwie muzułmańskim, gdzie chrześcijanie stanowią najwyżej pięć procent populacji – westchnął Butros.

– Czy Bóg chce, by muzułmanie usłyszeli Ewangelię? – zapytał Andrew.

– Tak, wiem, że chce. Takie jest też pragnienie mojego serca, ale większość chrześcijan boi się świadczyć o Chrystusie.

– Co więc mówi Duch w twojej sytuacji? Czy chce, żebyś pomógł umocnić wierzących w kościołach, aby stali się prawdziwymi świadkami wśród muzułmanów? Wiem, że to uczyni cię bezbronnym. Ale zauważ, że Jezus też był bezbronny. Ocalił innych, ale nie ocalił samego siebie. Może musimy znaleźć się w położeniu, w którym sami będziemy bezbronni, po to, by ratować innych. Nie wiem, do czego to doprowadzi. Może chrześcijanie oddadzą swoje majątki, by służyć muzułmanom w ich okolicy. Może podejmą ryzyko i pójdą rozmawiać z przywódcami terrorystów. Pamiętaj, jesteśmy tu po to, by ratować innych.

Butros westchnął ciężko, wyraźnie zmartwiony tym, co usłyszał. W jego kraju ludzie rzadko wypowiadali się tak dosłownie. Andrew jednym zdaniem zmusił go do stawienia czoła głównym problemom, które napotka po powrocie do kraju.

– Powiedziałeś, że we wszystkich listach są dwa wspólne elementy.

– Drugim jest to, że w każdym liście Jezus mówi o zwycięzcy. A to oznacza, że Kościół powinien walczyć. Wychodzić do innych. Nie tyle próbować przetrwać, ile stanąć do walki. A kiedy już to zrobi, jest mu obiecane, że bramy piekielne nie wytrzymają ataku Kościoła. Jezus mówi o tym, który zwycięży. Daje też do zrozumienia, że możemy ulec. To stąd wzięła się moja życiowa dewiza: „Umocnij resztę, która miała umrzeć”.

– Myślę, że w moim kraju Kościół stara się przetrwać.

– To go umocnij. Bóg ma dla ciebie ważne zadanie. Misją Kościoła nie jest przetrwanie. On istnieje po to, by głosić Ewangelię. Jego misją jest czynienie uczniów Chrystusa ze wszystkich narodów. Wiesz o tym, że islam nawraca bardzo agresywnie. Większość naszego Kościoła nie podejmuje tego wyzwania. Nie robimy tego, czego chce od nas Bóg. Pamiętaj, że celem Kościoła jest to, by cały świat poznał Pana.

– Masz jakieś programy, które sprawdziły się w innych krajach, a z których mógłbym skorzystać?

Andrew potrząsnął głową.

– Nigdy nie dawaliśmy gotowej recepty na uleczenie chorego lub cierpiącego Kościoła. Jechaliśmy tam i zadawaliśmy pytanie: „Co możemy dla was zrobić?”. To Duch musi do nich przemówić. Jedziemy i staramy się umocnić Kościół, by mógł funkcjonować w obecnej sytuacji, pod ciężarem reżimu politycznego czy religijnego, który ich osłabia i przeszkadza im w głoszeniu Ewangelii. W Europie Wschodniej najbardziej potrzebowano Biblii. W innych miejscach brakuje seminariów i nie ma gdzie kształcić duszpasterzy. Większość chrześcijan w krajach muzułmańskich nie umie czytać, więc aby umocnić Kościół, uczymy ich czytać i pisać. Gdzie indziej chrześcijanie znajdują się na najniższym szczeblu drabiny ekonomicznej. Pomagamy im założyć własną działalność, tak aby mogli być samowystarczalni i skuteczniej świadczyć w swoim otoczeniu.

– Już słyszę protesty. Muzułmanie nie pozwolą nam ewangelizować ludzi. Kultura islamu jest zorientowana na uciskanie chrześcijan. Pastorzy powiedzą, że wychodzenie do ludzi jest niebezpieczne dla Kościoła.

– Oczywiście, że jest. Jednak będzie o wiele bardziej niebezpieczne dla Kościoła, jeśli tego nie zrobimy. Nawet w zwycięskiej armii są polegli. Bezpieczeństwo nie jest brane pod uwagę, jeśli w grę wchodzi głoszenie Słowa. Celem Kościoła nie może być przetrwanie czy nawet rozkwit, ale służba. I to, jak służymy…

Andrew zamilkł na chwilę, po czym dodał:

– Czasem słudzy giną, pełniąc swoją służbę.

Przez kilka chwil żaden z nich nic nie mówił. Grzejnik wyłączył się i ciszę przerywał tylko delikatny stukot deszczu o świetlik nad ich głowami.

– Muszę być uczciwy – odezwał się Butros. – Nie wiem, czy zdołam to zrobić.

Andrew wpatrywał się bacznie w przyjaciela.

– Wiem – powiedział łagodnym głosem. – Czujesz, że się nie nadajesz. Dokładnie tak samo się czułem, gdy ruszyłem za żelazną kurtynę. Jednak szybko dołączyli do mnie inni. Pamiętaj, nie robisz tego sam. Jest z tobą Duch Święty. On cię poprowadzi. Pobudzi braci w twoim kraju, by cię wsparli. Z czasem poznasz innych, którzy jak ty służą prześladowanemu Kościołowi w krajach muzułmańskich, komunistycznych i hinduistycznych. Pomoże też Kościół na Zachodzie. Kiedy ludzie usłyszą, jakich rzeczy dokonuje przez ciebie Bóg, będą chcieli się modlić i wesprzeć cię materialnie. Jeśli będziesz posłuszny Panu, On da ci wszystko, czego będziesz potrzebował. Wiedz o tym, że będę się za ciebie modlił każdego dnia. A jeśli jest coś, co mogę zrobić, by ci pomóc, na pewno to zrobię.

Rozdział 3Kraj na Bliskim Wschodzie – rok później

Ahmed czuł nadchodzącą depresję, szarpiącą jego umysł, gotową ponownie wciągnąć go w otchłań rozpaczy. Jeśli nie zwalczy tych myśli, z pewnością tej nocy powrócą stare koszmary. Chwycił notatnik i długopis. „Racjonalny człowiek, który zadaje pytania, poddaje w wątpliwość, wierzy, jest sto razy większy niż bóg, który posługuje się nożycami cenzury i okiem policyjnego donosiciela, by szpiegować i okradać”. Czuł gniew przepływający przez długopis. Arabski jest idealnym językiem do wyrażania tego rodzaju emocji, a poezja arabska była w jego rodzinie otaczana szacunkiem. To były niebezpieczne słowa, ale dwudziestoletni student nie znał innego sposobu, który pomógłby mu poradzić sobie z wojną toczącą się w jego umyśle. „Człowiek, który się z tobą nie zgadza, a jednak pozostaje przyjacielem, jest sto razy większy niż bóg niemogący znieść odmiennego zdania lub krytyki – kruchy jest tron dyktatora”.

Poezja wypełniała pustkę po wyjeździe Zakiego. Zaki, jedyny przyjaciel, który wiedział o duchowej podróży Ahmeda, który sam zachęcił go do stawiania sobie zakazanych pytań dotyczących islamu i który przyniósł mu Biblię, wyjechał za granicę studiować medycynę. Zaki jako jedyny wiedział o lęku Ahmeda przed śmiercią. Gdy Ahmed nie mógł w nocy zasnąć, wyobrażał sobie tortury czekające tych, którzy nie spełniają oczekiwań Allaha.

Ahmed wiedział, że igra z ogniem, który trawił go w jego snach. Mimo to nie mógł oderwać się od Biblii, która była zupełnym przeciwieństwem wszelkiej znanej mu literatury. Przeczytał dzieła kilku poetów arabskich i wychwycił w nich subtelny przekaz o Bogu islamu, który traktuje ludzi jak niewolników. Przeczytał pisma Jeana-Paula Sartre’a8 i Karola Marksa i przez pewien czas rozważał utopijną wizję komunizmu. Jego sny rozwiały się, gdy na studiach dowiedział się o brutalnych reżimach Stalina i Mao. Potem Zaki podesłał mu dzieła sufickiego9 poety, który pisał o Mahdim, nadchodzącym mesjaszu islamu. „Chcąc pokazać swoją twarz, Bóg posłał na świat Jezusa”. Co za dziwna myśl. Czytając dzieła tego poety, Ahmed po raz pierwszy usłyszał o krzyżu i ukrzyżowaniu.

Jego koncentrację zburzyło wezwanie do modlitwy, adhan, dochodzące z sąsiedniego meczetu. Dzisiejsza modlitwa południowa miała być zwieńczona cotygodniowym wykładem z Koranu dla miejscowych studentów. Ahmed opuścił już kilka spotkań i koledzy dopytywali o powód jego nieobecności. Złapał więc dywanik, zdjął Koran z górnej półki i pospiesznie udał się do meczetu – małego, prostego budynku z drewnianą podłogą i jednym minaretem. Zdjął sandały, obmył twarz, dłonie i stopy przy jednym z kranów przeznaczonych do ablucji, po czym wszedł do środka. Nie zastał tam tłumów, ponieważ większość wiernych odprawiała modły w miejscu pracy.

Sala modlitw była przestronna i pozbawiona dekoracji, z wyjątkiem mihrabu – niszy w przedniej ścianie, wskazującej kierunek Mekki. Na ramie mihrabu wykaligrafowane były wersety z Koranu. Ahmed położył swój dywanik, zwracając się twarzą w stronę Mekki, w chwili gdy imam rozpoczął recytację pierwszych wersetów Koranu:

– W Imię Boga, Pana Wszechświata, Litościwego, Miłosiernego, Pana Dnia Sądu, Ciebie chwalimy i Ciebie prosimy o pomoc, prowadź nas drogą prostą, drogą tych, których obdarzyłeś łaską…

Ileż to już razy recytował te słowa? Tysiące. Czy w nie wierzył? Oczywiście. A mimo to się zmieniał. Którego Boga wolał? Przez ostatni rok wiele razy przeczytał Indżil. Nauki Jezusa, Proroka zwanego w Koranie Isa, wciąż go zachwycały. Nauczył się na pamięć kilku słów Proroka z Ewangelii: „Jeśli cię ktoś uderzy w [jeden] policzek, nadstaw mu i drugi” (Łk 6,29). Koran natomiast nakazywał walczyć i zabijać. „A ja wam powiadam: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa” (Mt 5,28). Koran pozwalał mieć cztery żony i zatrzymać dla siebie wszystkie kobiety schwytane na podbitych ziemiach. Znał argumenty przeciwko Biblii – że jest zniekształcona i trzeba ją poprawić z pomocą Koranu. Jezus jednak przyciągał Ahmeda, tak jak kolorowy kwiat przyciąga motyla.

Ahmed skłonił się, z dłońmi na kolanach i prostymi plecami, gdy imam recytował krótką surę, rozdział Koranu. Wraz z całym zgromadzeniem podniósł głowę i odpowiedział: „Bóg słyszy tych, którzy go chwalą”. Potem wszyscy padli na kolana i skłonili się, czołem i nosem dotykając podłogi.

– Bóg jest największy… – recytował imam.

Jak wielki był Prorok Jezus… – myślał Ahmed. Byłeś bogaty duchem, ubogi na zewnątrz. Jak mogłeś dawać, skoro nie miałeś nawet gdzie głowy położyć? Dałeś nam swoje serce – ogromną przestrzeń, która wciąż nas otacza, utrudzonych i obciążonych. Wielu ma bogactwa – słoną wodę, która nie zaspokoi ich pragnienia. Widzisz ich głodnych w swoich twierdzach. Siedzą w klimatyzowanych pałacach – wygłodniali. Metalowe sejfy ich nie nasycą. One mogą tylko rdzewieć.

Powstając w trakcie modlitwy, Ahmed przyglądał się raz jeszcze tym rozważaniom o Jezusie. Coś się z nim stało. Kiedy dokonała się ta zmiana? Nie potrafił wskazać tej chwili, ale wiedział już, że w końcu uwierzył. Życie bez Jezusa nie było już możliwe, ponieważ tylko Jezus nadawał temu życiu prawdziwy sens. Ponieważ Jezus w swej istocie jest… Bogiem.

Co muzułmanin miał począć z taką konkluzją? Widzieć Boga w jakimkolwiek stworzeniu było największym grzechem islamu, było szirk. Szirk oznacza przypisywanie boskich atrybutów lub oddawanie boskiej czci komukolwiek innemu niż Allah. Mahomet, nie Jezus, był według Koranu ostatnim z proroków. Allah nie miał syna, miał jedynie wysłanników. To był nonsens. Mimo to Ahmed nie mógł zaprzeczyć temu, co wywnioskował, a tak gorącego przekonania nie dało się długo utrzymać w ukryciu. Musiał opowiedzieć o prawdzie. Tylko gdzie? Jak?

Gdy modlitwy dobiegły końca, Ahmed odwrócił się do swojego sąsiada i powiedział:

– Pokój z tobą.

Zauważył, że na czole młodego człowieka już zarysowała się ciemna plama, będąca skutkiem częstego i mocnego przyciskania głowy do podłogi. Gorliwi muzułmanie obnosili ten znak z dumą, pokazując wszystkim wokół, jak bardzo są pobożni, bo modlą się pięć razy dziennie.

Usiedli na podłodze, a imam położył Koran na ozdobnym drewnianym stojaku, zwanym rehal. Powodowany młodzieńczym entuzjazmem i pragnieniem poznania prawdy, Ahmed poczuł naglącą potrzebę zabrania głosu. Może inni też mieli podobne przemyślenia, ale brakowało im śmiałości, by głośno mówić o swoich wątpliwościach. Chciał zadać właściwe pytanie, uczciwe pytanie. Grzecznie zwracając się do imama, zapytał:

– Dlaczego my, religia, która obdarza czcią proroków, lekceważymy największego proroka ze wszystkich?

Imam spojrzał na niego zaskoczony, że ktokolwiek odważył się odezwać, zanim on rozpoczął wykład.

Ahmed nie mógł już się powstrzymać.

– Czy jest większy prorok niż Isa? Patrzę na niego i widzę doskonałość. Patrzę na niego i widzę Boga.

W tym momencie nad Ahmedem rozpętało się piekło.

*

Abuna Aleksander spotkał Butrosa przed wejściem do kościoła Świętego Marka i zaprowadził go do znajdującej się za ołtarzem zakrystii, czy raczej pomieszczenia, w którym przechowywano szaty liturgiczne. W jednym rogu stało drewniane biurko, naprzeciw niego zlew i mały blat pokryty popękanym linoleum, na którym stał czajnik elektryczny i kilka szklanek.

– To jest moja kancelaria – powiedział ksiądz, podając gościowi składane krzesło. – Skromnie tu, ale cicho. Mogę myśleć spokojnie, uczyć się i modlić.

– Jestem wdzięczny, że zechciał ojciec ze mną porozmawiać – odparł Butros.

– Właściwie… Jestem ciekaw, czym się teraz zajmujesz. A tak… powinienem włączyć czajnik. Napijesz się kawy czy herbaty?

– Poproszę herbatę.

Ksiądz napełnił czajnik wodą i czekając, aż się zagotuje, przygotował dwie małe szklanki, wrzucając do każdej szczyptę liści herbaty i czubatą łyżeczkę cukru.

– Od jak dawna jesteś w domu? – zapytał.

– Od sześciu miesięcy – odparł Butros. – Kiedy skończyłem studia w Anglii, poczułem, że Bóg wzywa mnie z powrotem do kraju.

Ksiądz popatrzył na niego zdziwiony.

– Nie jesteś pastorem?

– Cóż, mógłbym być. Mówiłem już z wielu ambon, pozwalając odpocząć protestanckim pastorom. Myślę jednak, że moim powołaniem jest służba innym duszpasterzom.

– Jesteś żonaty? – zapytał abuna Aleksander, nalewając wrzątek do szklanek i mieszając herbatę łyżeczką.

– Tak, ożeniłem się trzy miesiące temu.

– Gratulacje! Niech Bóg da ci wielu synów.

Trzymając palcami brzeg szklanki, ksiądz wręczył Butrosowi gorący napar, po czym wziął swoją i usiadł na skrzypiącym biurowym krześle.

– Chciałbyś posługiwać innym pasterzom? Mój biskup jest moim pasterzem.

Butros rozumiał hierarchię kościelną i natychmiast odparł:

– Nie chcę podważać autorytetu biskupa. Już się z nim widziałem i powiedziałem mu o tym, co robię. Zamierzam złożyć mu dokładne sprawozdanie, kiedy już zorientuję się w sytuacji.

– Chcesz odwiedzić wszystkich księży i pastorów w kraju?

– Tak, jeśli to będzie możliwe. Nie jest ich aż tak wielu.

– Mogę zapytać dlaczego?

– Chcę się dowiedzieć, jaka jest kondycja tutejszego Kościoła.

– Udaje nam się przetrwać – odparł abuna Aleksander z wymuszonym uśmiechem.

– Tak, ale zastanawiam się, czy Bóg nie chce czegoś więcej niż przetrwania.

Butros wziął głęboki oddech i zaczął mówić. Powtarzał te słowa w każdym duszpasterskim pokoju, który odwiedził.

– Nasz Pan powiedział, że mamy być solą i światłem. Czy kościoły w tym kraju, tutaj, w Suq al-Khamis, są solą i światłem?

– Radzimy sobie całkiem nieźle jak na Kościół, który istnieje tutaj od dwóch tysięcy lat.

Butros zrozumiał, że ksiądz wystawia go na próbę. Młodzieniec był protestantem. Jego wyznanie założyło tu placówkę misyjną dopiero około stu lat temu. Między protestantami a przedstawicielami tradycyjnych wyznań wyczuwało się ciągłe napięcie. W rezultacie współpraca między nimi nie układała się najlepiej. Butros wiedział swoje – Bóg polecił mu umocnić każdy Kościół, który przyjmie jego pomoc.

– Ojcze Aleksandrze, dziękuję Bogu, że ty, ojcze, oraz inni prawosławni księża i biskupi zachowaliście tu wiarę przez wieki. Pozostaliście wierni mimo inwazji islamu i wytrwaliście w ciężkich prześladowaniach. Dziś, jak sam ojciec wie, chrześcijanie stanowią tu najwyżej pięć procent populacji. Ci, których na to stać, uciekają stąd na Zachód…

– W tym roku straciłem dwie rodziny – przerwał mu abuna Aleksander. – Mają krewnych w Europie.

– Walczymy więc z poważnymi przeciwnościami. Jednakże ja wierzę, że Bóg chce tutaj silnego Kościoła. Nie protestanckiego, katolickiego czy prawosławnego, ale Ciała Jezusa Chrystusa. Chcę, by Kościół stał się mocnym świadkiem. Pragnę ujrzeć, jak Kościół wypełnia powierzoną mu misję.

Butros zamilkł i czekał.

Ksiądz skończył herbatę i postawił szklankę na biurku. Bawiąc się długą siwą brodą, przyglądał się Butrosowi, który wiercił się na niewygodnym, chwiejnym krześle. W końcu zapytał:

– Chcesz wiedzieć, co jest moim największym problemem?

– Oczywiście – odparł Butros.

– Protestanci. Nie mogą nawrócić muzułmanów, więc działają wśród moich parafian. Kilka rodzin porzuciło nasze wyznanie i poszło do zielonoświątkowców na drugim końcu miasta.

W powietrzu zawisło oskarżenie. Butros słyszał o tym już wcześniej. Sami „nawróceni” powiedzieli mu, że w ich kościele brakowało im rozważań biblijnych i że nabożeństwa protestanckie były żywsze. Butros znał energiczne wspólnoty katolickie i prawosławne. W niektórych kapłani odpowiadali na potrzeby parafian i tam czytano wspólnie Biblię bądź realizowano programy skierowane do młodzieży. Mimo to czuł pewien dyskomfort.

– Rozumiem frustrację ojca – powiedział. – Nie powinniśmy rywalizować o wiernych. Jest nas tak niewielu, że współdziałanie to nasza jedyna nadzieja. Moim pragnieniem jest nas zjednoczyć, a nie pogłębiać istniejące podziały.

Nieświadomie obracając w dłoniach drewniany krzyż zawieszony u szyi, abuna Aleksander zapytał:

– Jak zamierzasz służyć Kościołowi?

– To właśnie próbuję odkryć. Chcę słuchać i uczyć się. A potem wraz z twoim biskupem, ojcze, oraz zwierzchnikami innych wyznań, mam nadzieję opracować plan działania.

– Kto cię finansuje?

To był delikatny temat, ale ukrywanie prawdy nic by nie dało. Rzecz jasna, w tym kraju trudno było znaleźć środki na tego rodzaju działalność. Butros pomyślał o Bracie Andrew i w duchu podziękował mu za to, że jego wspólnota wraz z innymi zorganizowała fundusze niezbędne do rozpoczęcia pracy.

– Jest w Holandii organizacja, która mnie wspiera. Kiedy będę miał plan, może dadzą więcej. Skontaktuję się również z innymi organizacjami.

Ksiądz pokiwał głową. Służył w kościele w Suq al-Khamis od wielu lat i nikt, poza jego biskupem, nie interesował się jego pracą i nie oferował mu pomocy. Chciał porozmawiać. Potrzebował tego.

– Pokażę ci kościół.

Abuna Aleksander podniósł się i poprowadził Butrosa z zakrystii do małego schowka. Otworzył go. W środku była muszla klozetowa i umywalka.

– Ubikacja nie działa od lat – powiedział. – Jeśli ktokolwiek chce skorzystać z toalety, musi iść do mojego mieszkania albo zaczekać, aż wróci do domu.

Zamknął drzwiczki i zaprowadził Butrosa do kościoła.

– Popatrz na sufit – powiedział.

Butros odchylił głowę i dostrzegł kilka dziur.

– Kiedy pada, na ławkach i podłodze ustawiamy miednice. Przyjrzyj się ścianom.

Podeszli do najbliższej ściany, popękanej i pokrytej łuszczącą się farbą.

– Widzisz?

Butros pokiwał głową. Zrozumiał, w czym tkwi problem. Na jakikolwiek remont kościoły potrzebowały pozwolenia, a otrzymywały je niezwykle rzadko.

– Nie masz pojęcia, od jak wielu lat staramy się naprawić dach i ubikację. Nie pamiętam, ile razy ubiegaliśmy się o zgodę. Spójrz na zewnątrz – rzekł abuna Aleksander, chwytając Butrosa za ramię.

Wyprowadził go na zewnątrz i wskazał budynek sąsiadujący z kościołem.

– Każdy może dostać pozwolenie na budowę meczetu. Ten wybudowali cztery lata temu, choć dwie przecznice stąd także stoi meczet. Spójrz na te głośniki wycelowane prosto na nas. Czasem podczas naszych nabożeństw podkręcają je, próbując nas zagłuszyć.

Butros westchnął ciężko. Słyszał już podobne skargi w innych miejscach. Budynki kościelne znajdowały się w opłakanym stanie. Był jednak większy problem, który spędzał mu sen z powiek.

– Pozwól, ojcze, że zadam jeszcze jedno pytanie – powiedział. – Jaka jest duchowa kondycja parafian?

Abuna Aleksander zaniemówił. Butros spostrzegł, że w oczach księdza mignął głęboki smutek. Wpatrywał się w jego twarz, pokrytą zmarszczkami i plamami, i widział w niej człowieka kochającego Boga i służącego Mu od wielu lat. W końcu ksiądz powiedział:

– To bardzo dobre pytanie. Mam w swoim kościele kilku oddanych ludzi. W mojej parafii jest siedemdziesiąt pięć rodzin, ale nie wszyscy przychodzą do kościoła. W niedzielę jest najwyżej czterdzieści, pięćdziesiąt osób. Dla reszty chrześcijaństwo jest tym, co odróżnia ich od muzułmańskich sąsiadów. Było w ich rodzinie od pokoleń, od wieków, więc i oni są chrześcijanami. Przychodzą jednak do kościoła tylko w Boże Narodzenie i Wielkanoc. Albo żeby wziąć ślub lub ochrzcić dzieci.

W Butrosie obudziło się współczucie dla wiernego, starego kapłana. Postanowił zrobić wszystko, co w jego mocy, by go wesprzeć i dodać mu odwagi.

– Ojcze, obawiam się, że nie uda mi się naprawić twojego kościoła – powiedział cicho. – Ale może razem znajdziemy sposób na naprawienie serc twoich parafian.

Miesiąc później

Ahmed jęczał z bólu. Cały był posiniaczony. Kilka razy w ciągu ostatnich paru tygodni ojciec poważnie obił go bambusowym kijem. Wił się na podłodze, podczas gdy jego bracia i siostry kopali go, krzycząc: „Niewierny! Nawróć się na islam!”. Jakimś cudem zdołał wczołgać się do pokoju i wspiąć na łóżko.

Słysząc rewolucyjną przemowę Ahmeda, miejscowy imam aż wrzasnął ze złości. Obecni tam studenci porwali chłopaka, wypchnęli go z meczetu i zawlekli do domu, popychając i bijąc po drodze. Imam nakazał rodzinie wbić mu rozum do głowy. „Bijcie go, aż wyrecytuje szahadę10”– powiedział.

Ahmed musiał jedynie, trzymając Koran, wypowiedzieć: „Nie ma Boga, prócz Allaha, a Mahomet jest Jego Prorokiem”, a jego cierpienie dobiegłoby końca. Rodzina odzyskałaby honor. Młodsza siostra, Fara, szepnęła mu nawet na ucho: „Po prostu powiedz to, nie musisz w to wierzyć”. Ale Ahmed nie mógł zaprzeczyć prawdzie, którą właśnie poznał. Jezus tak bardzo różnił się od Mahometa. Prorok był czczony za sukcesy militarne. Jezus nigdy nie stał na czele armii, a jest wielbiony za przykazanie miłości. Nie słyszano, by Mahomet dokonał jakiegokolwiek cudu, podczas gdy Indżil pełna jest opisów cudów dokonanych przez Jezusa. Dlaczego miałby chcieć powrotu do proroka na wskroś ludzkiego, podczas gdy Jezus był prawdziwym Bogiem? Wybór był oczywisty. Z drugiej strony, jak długo jeszcze mógł znosić nieustające naciski? Członkowie dalszej rodziny już debatowali nad tym, czy nie należałoby go zabić. Kilku z nich wykrzykiwało: „Sprowadziłeś hańbę na nas wszystkich! Zasługujesz na śmierć”. Jeden z kuzynów uśmiechnął się szeroko, mówiąc: „Allah się ucieszy, kiedy cię zabiję”.

Myślał o śmierci i o tym, jak bardzo go zawsze przerażała. Teraz jednak śmierć nie wydawała się taka straszna. Zaskoczyło go to i próbując ułożyć się wygodnie, starał się zrozumieć tę przemianę. W islamie był tylko jeden pewny sposób dostania się do raju: zginąć w dżihadzie. Chwała męczeńskiej śmierci rozbrzmiewała w meczetach i na zajęciach z Koranu. Tym, którzy oddali życie w walce o islam, obiecano tłumy dziewic i niekończące się przyjemności. Niektórzy wierzyli nawet, że męczennik może ściągnąć do raju swoją rodzinę. Tyle było w tych obietnicach wspaniałości, że Ahmed nie wierzył w ani jedno słowo.

W co zatem wierzył? Jego umysł zalały słowa Ewangelii. Kiedy Jezus wskrzesił Łazarza, powiedział: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie” (J 11,25). W to wierzył Ahmed i nie bał się oddać życia za prawdę, którą odkrył. Mimo to czuł, że choć gotów jest umrzeć za wiarę w Chrystusa, jeszcze nie nadeszła odpowiednia chwila.

Nazajutrz zdołał zebrać resztki sił, wymknął się z domu, wskoczył na skuter i pojechał na obrzeża miasta. Zaparkował w uliczce dwie przecznice od kościoła Świętego Marka i ostrożnie poszedł okrężną drogą do mieszkania księdza, które znajdowało się przy bocznej ulicy, pół przecznicy od wejścia do kościoła. Zapukał cicho. Nie było żadnej odpowiedzi. Zapukał mocniej. Drzwi uchyliły się lekko i stanęła w nich kobieta, żona duchownego11. Spojrzała na niego w osłupieniu i szybko zamknęła drzwi. Ahmed przyjrzał się swojemu odbiciu w oknie i zrozumiał, że jego wygląd musiał ją wystraszyć. Zanim zebrał siły, by odejść, drzwi uchyliły się znowu. Abuna Aleksander rozejrzał się pospiesznie i otworzył je szerzej.

– Wchodź szybko, zanim ktoś cię zobaczy – powiedział.

W domu abuna Aleksander przez chwilę wpatrywał się z bliska w twarz Ahmeda.

– Spotkaliśmy się już, ale nie pamiętam gdzie – stwierdził.

Ahmed skinął głową.

– Chciałem wejść do kościoła.

Ksiądz kazał Ahmedowi usiąść przy stole i przez następnych kilka minut opatrywał skaleczenia i siniaki na jego twarzy i torsie. Kiedy skończył, siadł naprzeciw niego. Z początku nic nie mówił.

W ciszy Ahmed coraz niżej opuszczał głowę, nie mogąc spojrzeć księdzu w twarz i bojąc się odrzucenia.

W końcu staruszek powiedział:

– No dobrze. Jesteś tu bezpieczny. Przynajmniej na razie. Opowiedz mi, co się stało.

Gdy Ahmed skończył, nastała długa cisza. Wreszcie ksiądz wstał i poszedł do kuchni. Po kilku minutach wrócił z żoną, która postawiła przed Ahmedem talerz jajecznicy, pitę12 i ser. Ksiądz usiadł i rozmyślał, a Ahmed jadł ochoczo, po raz pierwszy od kilku dni.

Kiedy już zaspokoił głód, spojrzał na księdza. Abuna Aleksander miał bardzo poważną minę.

– Nie możesz tu zostać – powiedział. – Niedługo rodzina zacznie cię szukać i byłoby lepiej, gdybyś opuścił miasto. Masz jakieś pieniądze?

Ahmed potrząsnął głową.

– Uciekłem przy pierwszej sposobności. Zabrali mi wszystko oprócz ubrań, które mam na sobie, i skutera. Wciąż stał przed domem.

– Pracujesz?

– Nie. Uczyłem się w miejscowym college’u. Nie mogę tam wrócić. Nie wiem, co robić.

– Znam kogoś, kto być może będzie mógł ci pomóc. Dasz radę jechać przez godzinę?

Ahmed skinął głową.

– A zatem pójdę zadzwonić. Jeśli się zgodzi, dam ci pieniądze na benzynę i jedzenie. A potem… wola Boża.

Rozdział 4Trzy miesiące później

Biblia i Koran leżały otwarte na biurku. Trzydziestoletni mężczyzna gładził czarną brodę, wpatrując się w obydwa teksty.

– To niewiarygodne – wyszeptał do siebie.

Hałas ruchu ulicznego wpadał do mieszkania przez otwarte okno. Mustafa wydawał się dziś nadzwyczaj wyczulony na dźwięki, które normalnie nie zwracały jego uwagi. Ciągłe trąbienie samochodów, autobusów i ciężarówek, których odgłosy różniły się od siebie, tworzyło swoistą symfonię. Pojazdy grzmiały i brzęczały, a Mustafa mógł niemalże rozpoznać nastrój każdego z kierowców po sposobie, w jaki trąbił na innych – krótko i po przyjacielsku lub długo i ze złością. Nic nie zakłócało nieustannego zgiełku ruchu ulicznego, w którym sznury pojazdów próbowały przecisnąć się przez wąskie ulice starego miasta. Zdawało się, że każdy z nich klaksonem obwieszcza swoje niezadowolenie, ponieważ musi czekać kolejne pół minuty, zanim posunie się o następne kilka metrów.

Uciążliwy letni skwar jeszcze nie zawisł nad pustynią i górny wentylator kręcił się wolno na najniższych obrotach. Z akademickiego meczetu dwie przecznice dalej rozległ się zaśpiew muezina13. Mustafa często chodził tam na popołudniowe modlitwy, po których spotykał się ze swoimi uczniami z Bractwa Muzułmańskiego. Zazwyczaj zostawali w meczecie, siadali w kręgu na podłodze i rozważali słowa Koranu. Dziś jednak Mustafa nie mógł zmusić się, by tam pójść. On, który uporczywie twierdził, że nic nie usprawiedliwia opuszczenia modlitwy, bo nawet chory może modlić się oczami, zamykając je i otwierając wtedy, gdy inni klękają i skłaniają się ku Mekce, dziś nie mógł opuścić pokoju.

Odchylił się na krześle i pomyślał przez chwilę o swojej młodości, gdy dorastał w wiosce w pobliżu Suq al-Khamis. Co by teraz pomyślał o nim ojciec? Mustafa miał trzech braci i cztery siostry, ale to w nim ojciec pokładał największe nadzieje. Uczęszczał do szkółki islamskiej we wsi, a ojciec namawiał go do zapamiętywania długich fragmentów Koranu, za co dostawał pieniądze zawsze wtedy, gdy wyrecytował poprawnie trzy sury. Potem kuzyn zwerbował go do bractwa Muzułmańskiego, które powstało w północnym Egipcie w latach dwudziestych i stamtąd rozprzestrzeniło się na inne kraje Bliskiego Wschodu. Kuzyn zaspokajał jego głód wiedzy, podsyłając mu książki Hassana al-Banny, założyciela Bractwa, i innych myślicieli fundamentalistów, jak Sajjid Kutb14, którego Milestones, napisana w więzieniu, stała się inspiracją dla tysięcy wojowników dżihadu na całym świecie.

Z czasem Mustafa stał się zbyt radykalny nawet dla swojego ojca. Zarzucił swoim rodzicom bezbożność. Kiedy ojciec protestował, mówiąc: „Modlę się, poszczę i robię wszystko, co zalecił Prorok. Pokój z Nim!”, Mustafa odparł: „To nie wystarczy. Musisz wyznać, że społeczeństwo, w którym żyjemy, jest bezbożne i każdy, kto się nie modli, jest bezbożnikiem”. Potem zarzucił ojcu: „Moja matka jest niewierna, bo się nie modli. Jeśli jesteś prawdziwym muzułmaninem, musisz się z nią rozwieść, ponieważ islam nie pozwala żenić się z niewiernymi kobietami”. Wtedy ojciec uderzył go i wypędził z domu. Mustafa zamieszkał u innego członka bractwa.

Dając wyraz całkowitemu oddaniu radykalnemu islamowi, Mustafa i jego towarzysze terroryzowali małą społeczność chrześcijańską, plądrując sklepy chrześcijan w Suq al-Khamis i w pobliskich wioskach. On sam nie uważał tego za kradzież – to był dżihad. Islamskie teksty mówiły, że chrześcijanie powinni płacić dżizję, specjalny podatek nałożony na żydów i chrześcijan, albo przejść na islam. Albo że powinno się ich zabić. Do furii doprowadzała go myśl, że jego kraj tolerował dhimmi. To właśnie stanowiło problem – żadne państwo muzułmańskie nie było w pełni oddane islamowi i zasadom szariatu. Bracia Muzułmanie mieli zamiar to zmienić.

Mustafa zaniósł to przesłanie do sąsiedniego kraju na Bliskim Wschodzie. Gorliwie nawoływał, by królowie, emirowie i wysocy urzędnicy państwowi kierowali się tylko Koranem, odrzucając wszelkie zapisy wykazujące podobieństwo do zachodnich systemów prawnych. Jego żarliwość wtrąciła go do więzienia, skąd został deportowany do własnego kraju. Od tamtej pory Mustafa skoncentrował swoją aktywność na kampusie w stolicy, rekrutując do bractwa młodych studentów. Jego zaangażowanie wielce sobie cenił szejk15, przewodniczący lokalnej sekcji Braci Muzułmanów, który szybko wykorzystał chłonny umysł młodego bojownika, zlecając mu napisanie kilku krótkich rozpraw. To właśnie jedno z tych zadań było przyczyną obecnego kryzysu Mustafy. Nieco wcześniej słyszał o chrześcijańskich misjonarzach próbujących nawracać muzułmanów. Tak bardzo go to rozgniewało, że postanowił skorzystać z sugestii szejka i napisać książkę ujawniającą wypaczenia wiary chrześcijańskiej. Aby tego dokonać, musiał przeczytać Biblię. Postanowił dowieść, że przesłanie Biblii zostało zmienione, a nawet celowo zafałszowane, jak głosiło wielu islamskich uczonych. Jak jednak miałby udowodnić, że księga jest fałszywa, jeśli nie mógł porównać jej z oryginałem? Korzystał z opracowań wielu autorów, kiedy jednak wyszukiwał wersety, do których się odnosili w swoich rozważaniach, okazywało się, że brzmią zupełnie inaczej bądź też wcale nie istnieją. Wtedy szejk polecił mu pisma Izhara al-Haqqa, którego argumentowanie było bardziej racjonalne, ale zawierało te same błędy, co inne opracowania.

W ciągu ostatnich kilku dni Mustafa analizował proroctwa zawarte w Torze – pierwszych pięciu księgach Starego Testamentu – oraz w Indżil, do której odwoływał się Prorok Mahomet. Choć w Świętej Księdze nie pojawiało się imię Proroka Mahometa, było tam dwadzieścia sześć tekstów, które rzekomo o nim mówiły. Niecierpliwie przeczytał pierwszy z nich, pochodzący z Księgi Rodzaju: „Nie zostanie odjęte berło od Judy ani laska pasterska spośród jego kolan, aż przyjdzie ten, do którego ono należy, i zdobędzie posłuch u narodów” (Rdz 49,10). Al-Haqq napisał, że proroctwo odnosi się do Mahometa, lecz gdy Mustafa poddał to twierdzenie analizie lingwistycznej, retorycznej i prawnej, wywnioskował, że Isa Chrystus wypełnił to proroctwo o wiele lepiej niż Mahomet.

Zajrzał zatem do Księgi Powtórzonego Prawa: „Pan, Bóg twój, wzbudzi ci proroka spośród braci twoich, podobnego do mnie. Jego będziesz słuchał” (Pwt 18,15). Al-Haqq wyjaśniał, że synowie Izaaka i synowie Izmaela byli braćmi, dlatego też Mahomet był bratem synów Izaaka. Kiedy jednak Mustafa zajrzał do Koranu, przeczytał tam, że prorok miał pochodzić spośród Arabów i mówić po arabsku. W Torze pisano o proroku pochodzącym z narodu żydowskiego i mówiącym po hebrajsku. Jeśli tym prorokiem byłby Mahomet, przestałbym ufać Koranowi – pomyślał Mustafa. Była to bardzo niebezpieczna myśl.

Mustafa przeanalizował dogłębnie wszystkie podane fragmenty i doszedł do wniosku, że żaden z dwudziestu sześciu tekstów nie odnosił się do Mahometa. Teraz wpatrywał się w werset z sury zatytułowanej Stół zastawiony: „O ludu Księgi! Wy nie opieracie się na niczym, dopóki nie wypełniacie Tory i Ewangelii, i tego, co zostało wam zesłane przez waszego Pana”16. Koran potwierdzał wiarygodność świętych ksiąg żydów i chrześcijan. Otworzył kolejną surę i przeczytał: „My wierzymy w Boga i w to, co nam zesłał; w to, co zostało zesłane Abrahamowi, Izmaelowi, Izaakowi i Jakubowi, jak i plemionom; w to, co zostało dane Mojżeszowi, Jezusowi i prorokom – od ich Pana. My nie robimy rozróżnienia między żadnym z nich i jesteśmy Jemu całkowicie poddani”17. Jak to możliwe, żeby Bóg chrześcijan i Allah mogli być jednym i tym samym Bogiem? Ewangelia mówi: „Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie” (Mt 5,44-45). Koran głosił coś zupełnie przeciwnego. W surze zatytułowanej Skrucha Allah nakazywał: „Zabijajcie bałwochwalców tam, gdzie ich znajdziecie; chwytajcie ich, oblegajcie i przygotowujcie dla nich wszelkie zasadzki”18. Niemożliwe, żeby była mowa o tym samym Bogu! Niemożliwe, żeby obie księgi mówiły prawdę. Choć Biblia i Koran miały ze sobą wiele wspólnego, różnice między nimi były fundamentalne. Jedna z nich musi się mylić – pomyślał Mustafa.

Modlitwy dobiegły końca i życie ulicy wróciło do normy. Mustafa wiedział, co należy zrobić. Allahu, Boże mój, która księga jest prawdziwa? Wskaż mi tę, która mówi prawdę – modlił się w duchu.

Ogarnął go spokój i poczuł pewność, że Bóg objawi mu prawdę.

*

Butros lubił ciszę swojego pokoju, gdy wstawał wcześnie rano. Mieszkanie, w którym mieszkał z Nadirą, było małe, ale wygodne. Jeden z dwóch małych pokoi służył mu do pracy. Były tam półki zastawione książkami, małe biurko i niewielka kanapa służąca jako łóżko dla gości. Czuł się dobrze w otoczeniu książek teologicznych i opracowań, które zgromadził podczas kilku lat studiów w Anglii. Ich autorzy byli przyjaciółmi i mentorami, wskazującymi kierunek jego samotnej pracy. W niedługim czasie miał zamiar spakować większość tych książek i przenieść w nowe miejsce. On i Nadira pobrali się pół roku temu, a przed dwoma miesiącami żona przekazała mu wspaniałą wiadomość, że spodziewa się dziecka. Wkrótce ten pokój miało zająć maleństwo.

Zaraz po ślubie Nadira otrzymała posadę nauczycielki w pobliskiej szkole podstawowej. Jej pensja, wraz z niewielkim dofinansowaniem od organizacji z Holandii oraz sporadycznym wsparciem przyjaciół z Anglii, stanowiła ich skromny dochód. Butros otrzymał również mały spadek po ojcu, w tym kawałek ziemi, który wydzierżawił rolnikom z okolic Suq al-Khamis.

Martwiło go jednak, że nie może zapewnić lepszych warunków żonie, która wychowała się w zamożnej rodzinie. Jej ojciec już kilka razy proponował mu pracę w rodzinnej firmie. Wkrótce ich życie miało ulec poważnej zmianie. W ich kraju kobieta rzadko wracała do pracy po urodzeniu dziecka. Kiedy jednak Butros zastanawiał się głośno nad przyjęciem propozycji teścia, Nadira nie chciała o tym słyszeć. „Bóg przywiódł cię tutaj – zapewniała go – i ja ci pomogę. Bo to dotyczy nas obojga. Musimy Mu ufać, a On da nam wszystko, czego potrzebujemy”.

O tak wielu rzeczach trzeba było pomyśleć! Butros odwiedził prawie wszystkie kościoły w kraju. Wypił wiele filiżanek kawy i herbaty, słuchając pastorów, księży i świeckich liderów, którzy chętnie zwierzali się przychylnemu słuchaczowi. Dzięki temu wiele się dowiedział. Liczni duchowni, zwłaszcza z okolic wiejskich, nie mieli wystarczającej wiedzy teologicznej. Większość nigdy nie była w seminarium ani na kursie biblijnym. Zdarzało się, że piastowali to stanowisko tylko dlatego, że jako jedyni we wsi umieli czytać i pisać. Brakowało też materiałów pomocniczych – opracowań i innych narzędzi, z których na co dzień korzystali duszpasterze na Zachodzie. Za pomocą Forum Biblijnego działającego w sąsiednim kraju Butros uzyskał kilka cennych opracowań, którymi wzbogacił prywatne biblioteki pastorów. Zdobył również trochę egzemplarzy Bożego przemytnika po arabsku, o szumnie brzmiącym tytule Dokonać rzeczy niemożliwej. Butros czuł, że tytuł dokładnie opisuje jego obecną sytuację. Chciał, by młodzi ludzie z jego kościoła w stolicy i pozostałej części kraju mieli szansę czerpać inspirację z opowieści o wielkiej wierze Brata Andrew.

Oprócz potrzeb materialnych rodziny Butrosa martwiły również fundusze na dalszą działalność. Nie miał żadnych dodatkowych środków, dzięki którym mógłby zająć się realizacją większych programów, zwłaszcza po przyjeździe Ahmeda, przysłanego tu przez księdza z Suq al-Khamis. Z pomocą członka jego wspólnoty, zarządzającego kilkoma lokalami, Butros znalazł mu małe mieszkanie. Ahmed szukał pracy, ale udawało mu się znaleźć jedynie dorywcze zajęcia. Od Butrosa oczekiwał kierownictwa duchowego i obiadu raz lub dwa razy w tygodniu. W jakiś sposób Bóg dawał Butrosowi środki na utrzymanie rodziny, na literaturę, podróże po kraju, na wsparcie Ahmeda oraz innych, którzy prosili o pomoc… Jeśli jednak miał zrealizować swoją wizję, potrzebował znacznie więcej.

Do pokoju wśliznęła się Nadira.

– Wcześnie dziś wstałeś – powiedziała.

Usiadła naprzeciw Butrosa i położyła rękę na jego ramieniu.

– Przepraszam, że cię obudziłem – odezwał się Butros. – Mam wiele spraw do przemyślenia i jeszcze więcej takich, o które chcę się pomodlić. Jak się dziś czujesz?

– Trochę lepiej. To już prawie trzeci miesiąc, więc poranne mdłości powinny powoli ustępować.

– Napijesz się herbaty?

Nadira uśmiechnęła się w odpowiedzi, więc podreptał do maleńkiej kuchni, by przygotować dzbanek herbaty, która – jak mniemał – ukoi delikatny żołądek żony. Wiedział, że wielu mężczyzn w jego kraju nigdy nie wchodziło do kuchni. Wiele razy rozmawiał z żoną o tym, że ich małżeństwo powinno być odbiciem ich wiary. Nie popierał powszechnego poglądu, według którego kobieta była włas-nością mężczyzny. W jego kraju niewiele kobiet pracowało poza domem. Oczekiwano od nich, że zostaną w domu, urodzą i wychowają dzieci, a jeśli będą musiały wyjść na zewnątrz, zakryją głowę hidżabem19. Dla nich jako chrześcijan rodzina nie była wcale mniej ważna. Przeciwnie, dla Butrosa Nadira była nie tylko matką jego dzieci. Była przyjaciółką i powierniczką, a ponieważ nauczała kobiety, była również partnerką w pracy duszpasterskiej i często prosił ją o radę.

Butros wrócił do pokoju z tacą, na której stał dzbanek gorącej herbaty, dwie filiżanki, mleko i cukier. Podczas jego nieobecności Nadira zdrzemnęła się na kanapie. Gdy postawił tacę na biurku, przeciągnęła się i usiadła. Butros podał jej filiżankę. Wypiła kilka łyków i zapytała:

– Dlaczego mój mąż wstał dziś tak wcześnie?

– Próbuję sformułować plan działania. Chcę go wysłać Bratu Andrew i zapytać go o zdanie. Popatrzył na żonę i się uśmiechnął. – Muszę też znaleźć źródło dochodu dla mojej rodziny. Poza tym będę potrzebował ludzi do pomocy.

Nadira odwróciła się w stronę męża i przysiadła na piętach.

– Co zamierzasz? – zapytała.

– Najważniejszą rzeczą jest szkolenie duszpasterzy. W większości pracują sami i nie mają prawie żadnego wykształcenia… mam na myśli seminarium lub szkołę biblijną. Rozmawiałem już z biskupami i liderami innych wyznań. Chcę organizować konferencje, coś w rodzaju rekolekcji, raz lub dwa razy w roku, podczas których duszpasterze mogliby nabrać sił i zapału do pracy, a przy okazji trochę się podszkolić. Mam poparcie zwierzchników tutejszych kościołów. Jako pierwszego mówcę chciałbym zaprosić Brata Andrew.

– Całkiem niezły początek.

– Jest wiele potrzeb i nie zdołamy zaspokoić ich wszystkich naraz. Martwię się o kościoły na wsiach. W niektórych w ogóle nie ma duszpasterza. Warunki są zbyt ciężkie, żeby mógł się tam osiedlić młody człowiek z rodziną. Tych biednych wspólnot nie stać nawet na bardzo skromne wynagrodzenie. Nie ma też szkół. W najlepszym wypadku jest meczet, który oferuje jedynie zajęcia z Koranu. Możliwości kształcenia dzieci istnieją tylko w miastach. Boli mnie kiepski stan wiejskich kościołów i zastanawiam się, co świeccy liderzy mogliby zrobić w tej sprawie. A do tego zbyt wielu chrześcijan nie umie pisać i czytać. Nie mogą czytać Biblii, więc niewiele wiedzą o własnej wierze. Nie mają szans na lepszą pracę i poprawę swojej sytuacji ekonomicznej, co oznacza, że wywierają niewielki wpływ na społeczność lokalną.

– A więc mój mąż zamierza zmienić strukturę społeczeństwa – zaśmiała się Nadira. – Rozwiąże problem analfabetyzmu i poprawi sytuację finansową społeczności chrześcijańskiej.

Butros nie mógł powstrzymać uśmiechu. Jego żona uwielbiała się z nim droczyć, co pozwalało mu zachować zdrową perspektywę.

– Zaczniemy od małych rzeczy – powiedział. – Chciałbym założyć w kilku wioskach małe szkółki. Jako że w wielu wsiach nie ma pastora, moglibyśmy umocnić te wspólnoty, ucząc dorosłych chrześcijan czytać i pisać. Może z czasem uda nam się zorganizować przyuczenie do zawodu.

– Nie dysponujesz żadnym sprzętem i nie masz trenerów…

– Wiem. Jest tak wiele do zrobienia… Dlatego wstałem tak wcześnie. O tyle rzeczy trzeba się modlić.

Nadira postawiła na podłodze pustą filiżankę, wyciągnęła ręce i ujęła nimi dłoń męża. – Jestem tu, żeby ci pomóc. Możemy zacząć od wspólnej modlitwy.

Wsparcie dobrej żony było cennym darem, za który Butros w duszy podziękował Bogu.

– Jest jeszcze ktoś, o kogo musimy się pomodlić – powiedział. – Młody Ahmed.

Rozdział 5Trzy miesiące później