Wydawca: Prószyński Media Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 554 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przesilenie - Orson Scott Card

Trzeci tom prequelowego cyklu rozgrywającego się sto lat przed wydarzeniami ukazanymi w „Grze Endera”.

Najważniejsze wydarzenia rozgrywają się na orbicie Ziemi – ludzie wchodzą do wnętrza obcego statku bazy, a potem walczą wszystkimi dostępnymi pojazdami kosmicznymi z lądownikami wracającymi do statku. Świat zaczyna się powoli jednoczyć w walce z Formidami.

W Chinach giną dziesiątki milionów ludzi, zagazowywanych przez Formidów. Mazer Rackham i członkowie międzynarodowego Policyjnego Oddziału Polowego szukają sposobu na wyprodukowanie antidotum, a wolny górnik Victor Delgado przenika do wnętrza obcego statku znajdującego się na orbicie okołoziemskiej. Żeby opanować statek bazę i położyć kres wojnie, będzie potrzebował wsparcia małego oddziału szturmowego wysoko wykwalifikowanych żołnierzy. Tą ostatnią deską ratunku dla ginącej ludzkości może być Mazer Rackham i jego koledzy z POP-u. 

Orson Scott Card (ur. 1951) – jeden z najbardziej popularnych autorów science fiction. Debiutował w wieku 26 lat opowiadaniem „Gra Endera”; zostało ono później rozbudowane do rozmiarów powieści, która zapoczątkowała kultowy cykl. 

Aaron Johnston – scenarzysta, komik, pisarz. Współautor filmowej adaptacji „Gry Endera”.

Opinie o ebooku Przesilenie - Orson Scott Card

Fragment ebooka Przesilenie - Orson Scott Card

w

W PRZEDEDNIU

POŻOGA

GRA ENDERA

MÓWCA UMARŁYCH

KSENOCYD

DZIECI UMYSŁU

ENDER NA WYGNANIU

CIEŃ ENDERA

CIEŃ HEGEMONA

PAMIĘĆ ZIEMI

WEZWANIE ZIEMI

STATKI ZIEMI

ODRODZENIE ZIEMI

DZIECI ZIEMI

TROPICIEL

RUINY

ZAGINIONE WROTA

ZŁODZIEJ WRÓT

Tytuł oryginału

EARTH AWAKENS

Copyright © 2014 by Orson Scott Card

and Aaron Johnston

All rights reserved

Projekt okładki

Dariusz Kocurek

www.darekkocurek.com

Redaktor prowadzący

Katarzyna Rudzka

Redakcja

Agnieszka Rosłan

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8069-905-2

Warszawa 2015

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Scottowi Brickowi,

czytelnikowi, pisarzowi, aktorowi,

gawędziarzowi i pierwszorzędnemu czarodziejowi

Rozdział 1

Kod

Nieczęsto ma się okazję do zmiany przebiegu wojny o przeżycie ludzkości, lecz ośmiolatkom zdarza się to szczególnie rzadko. Kiedy jednak Bingwen spostrzegł, że może to zrobić, nie wahał się. Jak to dziecko, miał ogromny szacunek do władzy – lecz w pełni też zdawał sobie sprawę, kiedy ma rację, a pełniący władzę mylą się lub są niepewni swojej opinii.

Teraz w budynku koszar porzuconej bazy wojskowej w południowo-wschodnich Chinach dorośli byli niepewni. Bingwen miał wokół siebie członków Policyjnego Oddziału Polowego – POP-u – i wiedział, że on, ośmioletni Chińczyk, jest z nimi tylko dlatego, że wziął go pod opiekę Mazer Rackham.

Jak długo pozwolą mu z nimi zostać, skoro Mazer zniknął?

Zniknął i zapewne nie żyje.

Bingwen widział mnóstwo zabitych, od kiedy Formidzi zaczęli spryskiwać pola jego ojczyzny gazem, który zamieniał wszystkie żywe tkanki, zarówno roślin, jak zwierząt, w gnijącą galaretę, rozkładającą się na cząstki organiczne. Zmieniającą się w żyzną glebę. W olbrzymią pryzmę kompostową, gotową do przyjęcia tego, co Formidzi chcieli na niej zasadzić.

Formidzi zabijali masowo. Bezbronnych ludzi przy pracy, przerażonych ludzi, którzy przed nimi uciekali, i żołnierzy, którzy do nich strzelali – wszystkich zabijali z taką samą nieustęp­liwą skutecznością. Bingwen widział tyle śmierci, że cały nią przesiąkł. Nie był głupi. Wiedział, że jego pragnienie, by Mazer Rackham pozostał żywy, nie znaczy, że Formidzi go nie zabiją.

Ale miał pewność, że Mazer żyje, ponieważ misja zespołu się powiodła. Plan okazał się dobry. A gdyby coś poszło źle, Mazer dostrzegłby drogę wyjścia i poprowadziłby nią swoich ludzi. Bez względu na to, czy był ich dowódcą, czy nie.

Tego nauczył się Bingwen, obserwując Mazera Rackhama. On nie dowodził oddziałem POP-u, lecz żołnierze tej jednostki zostali wyszkoleni do samodzielnego myślenia i do słuchania dobrych pomysłów bez względu na to, czy pochodziły od ich przełożonych, od ośmioletnich chińskich sierot, które przypadkiem doskonale radziły sobie z komputerami, czy od półkrwi Maorysa z Nowej Zelandii, który nie został zakwalifikowany do szkolenia w POP-ie, ale właściwie siłą wdarł się do zespołu.

Mazer Rackham był z żołnierzami POP-u w Chinach tylko dlatego, że nigdy, ale to nigdy się nie poddawał.

Ja też taki będę, pomyślał Bingwen.

Nie. Ja taki jestem. Jestem mały, niewyszkolony jako żołnierz, a jako dziecko jestem kimś, kogo ci ludzie chcą chronić, a nie słuchać. Ale nigdy się też nie spodziewali, że będą słuchać Mazera Rackhama. Odnajdę go, jeśli trzeba będzie go uratować, to go uratuję, a potem znowu będzie mógł się mną opiekować.

Kiedy soczewka na dachu koszar pokazała niemożliwie biały rozbłysk wybuchu nuklearnego, a zaraz potem grzyb atomowy, wszyscy obserwowali obraz na monitorze. Wiedzieli, co to znaczy. Zespołowi, składającemu się z kapitana Wita O’Toole’a, Mazera Rackhama i Calingi, udało się przeprowadzić chińskie świdrosanie pod nieprzebytą osłoną, która otaczała lądownik, i zdetonować ładunek jądrowy. Gdyby nie dotarli do celu, nie zdetonowaliby bomby.

Ale czy zdetonowali ją zgodnie z planem, z opóźnieniem, które pozwoliło im z powrotem zanurkować saniami pod ziemię i oddalić się od strefy wybuchu? A może zdetonowali ją w samobójczym akcie rozpaczy, w ostatniej chwili, bo Formidzi przeszkodzili im w ucieczce?

Taka niepewność panowała w koszarach sześć godzin po eksplozji. Czy powinni czekać na powrót O’Toole’a, Calingi i Rackhama? A może powinni założyć, że zginęli, i zbliżyć się do lądownika, by ocenić skuteczność ataku?

Podczas takiego zwiadu Bingwen byłby bezużyteczny. Jego kombinezon promieniochronny został uszyty na niskiego, szczupłego dorosłego, wisiał więc na ośmiolatku jak za duży śpiwór. Chłopiec zgniótł rękawy i nogawki w harmonijkę, by sięgnąć nogami podeszew, a rękawic dłońmi, ale przez to stał z wykrzywionymi nogami i chodził jak kaczka. Kiedy żołnierze POP-u opuściliby koszary, nie wzięliby Bingwena ze sobą – i słusznie.

Przydawał się do jedynego zwiadu, jaki był możliwy w tej chwili – przez radio i komputer. Kiedy tylko eksplozja została potwierdzona, żołnierze POP-u zainstalowali na dachu anteny i niewielki talerz satelitarny. Już otrzymywali potwierdzenia z własnych źródeł w odległych miejscach, że wokół wysadzonego lądownika ustała wszelka aktywność Formidów.

Bingwen był dobry w monitorowaniu chińskich częstotliwości radiowych. On jedyny doskonale znał południowochiński i oficjalny język mandaryński, więc z największym prawdopodobieństwem on mógł coś zrozumieć z wychwytywanych urywków przekazów.

Nawet kiedy słuchał radia, to za pomocą jednego z holobiurek znalezionych w bazie przeglądał dostępne sieci, by się dowiedzieć, o czym mówi się między rozmaitymi grupami chińskich wojskowych.

Wszelkie informacje oficjalne, wszystkie rozkazy ze sztabu głównego byłyby zaszyfrowane. Wiadomości niezaszyfrowane należałyby prawdopodobnie do kategorii „Co się dzieje? Kto spowodował tę eksplozję? Naprawdę była atomowa?” – na te pytania żołnierze POP-u już znali odpowiedzi.

Lecz Bingwen potrafił znaleźć drogę do sieci, które nie chciały go wpuścić. Komputer, którym się posługiwał, znajdował się w biurze przyjmującym oficjalne komunikaty. Przed opuszczeniem bazy przez wojsko komputer został wyczyszczony, ale tylko powierzchownie. Żołnierze wyjeżdżali w pośpiechu. Kogo się spodziewali tutaj w najbliższej przyszłości? Formidów – a Formidzi całkowicie ignorowali ludzkie komputery oraz inne środki łączności, to było ogólnie wiadomo. Komputer wyczyszczono więc pobieżnie i przywrócenie wszystkiego zajęło Bingwenowi tylko parę minut.

Sam nie mógł niczego odkodować, lecz oprogramowanie deszyfrujące znajdowało się w komputerze. Po kilku nieudanych próbach i ponownym załadowaniu programów udało mu się dostać do systemu za pomocą hasła oficera niskiej rangi.

Niestety, ranga oficera była tak niska, że odkodowywał tylko rutynowe wiadomości. To i tak stanowiło znaczny postęp w stosunku do pełnych paniki pytań i radiowych plotek, więc słuchając paplaniny w eterze, wynajdowanej dla niego przez żołnierzy POP-u, Bingwen otwierał wiadomość za wiadomością wyłaniające się z programu deszyfrującego.

W końcu znalazł coś godnego uwagi.

– Deen! – zawołał.

Deen, Anglik, dowodził pod nieobecność O’Toole’a. Wszyscy wiedzieli, że Bingwen by go nie zawołał, gdyby nie miał konkretnej informacji. Przyszedł więc nie tylko Deen, lecz wszyscy, którzy nie wykonywali w tej chwili jakiegoś zadania.

Naturalnie wiadomość była po chińsku. Chłopiec wodził palcem po tekście, tłumacząc na bieżąco.

– Dwaj żołnierze w mundurach POP-u są przetrzymywani w kwaterze głównej generała Simy.

– A więc Chińczycy traktują ich poważnie – stwierdził Lobo. – Sima to gruba ryba.

– Sima to gość, którego w ogóle nie interesowała współpraca z POP-em – zauważył Cocktail.

– A więc żyją – odezwał się Bolszakow – ale są w rękach człowieka, który ma im najbardziej za złe, że się tu znaleźli.

– Dwaj żołnierze – rzekł Deen. – Nie trzej.

Wszyscy wiedzieli, co to oznacza. Albo jeden członek zespołu zginął podczas operacji, albo trzej przeżyli, ale Chińczycy zatrzymali tylko dwóch.

Dekoder wypluł z siebie jeszcze dwie wiadomości; jedna stanowiła uzupełnienie poprzedniej i zawierała nazwiska.

– Więźniowie zidentyfikowani jako O’Toole i Rackham – przetłumaczył Bingwen.

– Czy oni w ogóle skontaktowali się z naszymi ludźmi? – zapytał Deen. – Toczą się negocjacje w sprawie ich zwolnienia?

Bingwen przejrzał wiadomość.

– Nie. Ludzie Simy tylko meldują, że ich mają. Nie pytają, co z nimi zrobić, i nie podają żadnych planów.

– Sima nikogo by nie pytał i nikt nie miałby dość tupetu, by cokolwiek mu sugerować – rzekł Bolszakow. – Nawet na samej górze cywilnego rządu chodzą na paluszkach, kiedy mają do czynienia z Simą.

Na kilka chwil zapadła cisza.

– Ekstrakcja byłaby złym pomysłem – stwierdził Deen. – Ale wszystkie inne pomysły, jakie przychodzą mi do głowy, są jeszcze gorsze.

– Nawet gdybyśmy się dowiedzieli, gdzie dokładnie znajduje się baza Simy, nie wiedzielibyśmy, jak się dostać do środka – zauważył ZZ. – I jak się z niej wydostać.

– Ja po prostu uwielbiam improwizować w środku obcych baz wojskowych – powiedział Lobo.

– A kiedy już się nam uda ich odbić, to zrazimy do siebie jednego z najpotężniejszych ludzi w chińskim wojsku – dodał Deen. – Akurat wtedy, kiedy powinniśmy zdobywać uznanie za uratowanie milionów Chińczyków.

– Mam pomysł – odezwał się Bingwen.

Czekał, żeby go zlekceważyli, kazali mu siedzieć cicho, przypomnieli mu, że jest dzieckiem. Spodziewał się tego, bo tak zawsze robili dorośli. Ale to byli żołnierze POP-u. Słuchali każdego, kto mógł mieć przydatne informacje lub alternatywny plan.

Bingwen zaczął pisać w oknie wiadomości. Pisał w transkrypcji pinyin, ponieważ to był jego rodzimy język, ale tłumaczył na bieżąco.

– Zespół POP-u kierowany przez kapitana Wita O’Toole’a oddaje cześć wielkiemu generałowi Simie i dziękuje mu za wyposażenie żołnierzy POP-u w świdrosanie, by mogli przenieść swój ładunek jądrowy pod linią obrony Formidów.

– Nie dostaliśmy świdrosań od Simy – sprostował Cocktail.

– Dostaliśmy je wbrew jego sprzeciwowi, prawda? – uściślił Bolszakow.

– Dajcie dzieciakowi pisać w spokoju – uciszył ich Deen.

Bingwen wciąż pisał, tłumacząc na angielski.

– Słowa uznania za wymyślenie planu zniszczenia formidzkiego lądownika należą się wielkiemu generałowi Simie z Armii Ludowo-Wyzwoleńczej. Wyrazy wdzięczności dla niego za pozwolenie żołnierzom POP-u, by dostąpili wielkiego zaszczytu zrealizowania jego planu wykorzystania ładunku jądrowego, o co poprosił generał Sima. Z wielką dumą donosimy o całkowitym powodzeniu misji jądrowej. Ocalali żołnierze POP-u wrócili do generała Simy, by zameldować o stuprocentowym powodzeniu jego błyskotliwego i śmiałego planu.

– Co za stek bzdur – oburzył się Bungy.

– Błyskotliwych bzdur – poprawił go Deen. – Bzdur, dzięki którym kapitan i Rackham mogą wyjść z więzienia.

– Ta sierotka radzi sobie w polityce międzynarodowej lepiej od dorosłych – rzekł Bolszakow. – O nic nie prosić, nie błagać, nie atakować. Przypisać generałowi wszystkie zasługi i ogłosić wszystkim, że nasi ludzie są w jego kwaterze głównej. Temu nie zaprzeczy. Lądownik zniszczyliśmy bez jego zgody i powiodło się nam, a przypisując zasługi jemu, wybawiamy Simę z kłopotliwej sytuacji i dajemy mu wszelkie powody, by potraktował naszych chłopców jak bohaterów.

– Napisałem to po chińsku, bo wiem, jak to sformułować, żeby brzmiało oficjalnie i właściwie – powiedział Bingwen. – Ale teraz potrzebuję kogoś, kto lepiej zna angielski i napisze to tak, by brzmiało prawidłowo w wersji międzynarodowej.

Przez następny kwadrans Deen i Bolszakow pomagali chłopcu sporządzić wiarygodne tłumaczenie zdanie po zdaniu na porządny angielski, brzmiące jak oryginał, z którego zostało przetłumaczone oświadczenie Bingwena. W tym samym czasie ZZ i Cocktail sporządzili listę odbiorców, obejmującą ważne chińskie urzędy, kwaterę główną POP-u oraz sieci informacyjne na całym świecie.

– Jeszcze jedno – powiedział Deen. – Podpisz to nazwiskiem kapitana O’Toole’a.

– Nie spodoba mu się to – uznał ZZ.

– Będzie zachwycony, jeśli dzięki temu wydobędzie się z łap Chińczyków – stwierdził Deen.

Kilka chwil później sięgnął do obrazu w holoprzestrzeni i ruchem dłoni wysłał wiadomość.

– Jeśli to nie da efektu, wciąż możemy tam pojechać, zabić mnóstwo ludzi i uwolnić naszych chłopaków jak w filmie akcji – rzekł Cocktail.

– Cocktail mówi – przetłumaczył Bingwenowi ZZ – że jeśli to da efekt, uratujesz mnóstwo ludzi i wydobędziesz nas z kłopotów.

A Bingwen myślał o tym, że Mazera nie zabiła ani bomba, ani Formidzi i że może właśnie ocalił go przed Chińczykami.

Rozdział 2

Świetliki

Victor rozcinał powierzchnię formidzkiego statku z pełną świadomością, że prawdopodobnie już się z niego nie wydostanie. Po prostu było zbyt wiele zmiennych, zbyt wiele niewiadomych. Na przykład co się znajduje za tą metalową ścianą przed nim? Oddział Formidów czekających z bronią w pogotowiu? Automatyczny system bezpieczeństwa, który spali go, gdy tylko przedostanie się do wewnątrz?

Nie mógł się tego dowiedzieć żadnym sposobem. Statek był największą konstrukcją, jaką widział w życiu, większą od asteroid eksploatowanych przez jego rodzinę w Pasie Kuipera. I cały stanowił zagadkę. Jak Victor miał umieścić materiał wybuchowy na mostku, skoro nie miał pojęcia, gdzie ten mostek się znajduje? Zresztą statek mógł w ogóle nie mieć mostka. A nawet jeśli go miał, to jak do niego dotrzeć niepostrzeżenie?

Odepchnął od siebie takie myśli i skupił się na ścianie przed sobą, kręcąc głową od lewej do prawej, żeby promienie światła z hełmu oświetliły powierzchnię statku i ukazały wszystkie szczegóły.

Dotarł do ślepego zaułka, a dokładniej na dno otworu w boku statku, otworu tak głębokiego i ciasnego, że przypominał szyby górnicze drążone w asteroidach. Ojciec nazywał je pajitas por las piedras, słomkami w skale.

Ojciec. Myśl o nim nadal sprawiała ból.

Mimo że o śmierci ojca Victor wiedział już od kilku tygodni, wciąż nie potrafił w pełni pojąć tej wiadomości. Ojca nie ma. Zniknęła jedyna stała w życiu Victora, jedyna niezachwiana podstawa, na której mógł się oprzeć.

Ojciec zawsze był spokojny, zawsze potrafił się odwołać do rozsądku w razie rodzinnego kryzysu. Jeżeli na statku powstała jakaś poważna mechaniczna awaria, jeżeli psuł się układ podtrzymywania życia, ojciec nigdy nie wpadał w panikę, nigdy nie tracił wiary, nigdy ani przez chwilę nie wątpił, że da się znaleźć rozwiązanie. Spokój ojca, jego kamienna twarz wyrażająca całkowitą pewność siebie zdawały się mówić: „Potrafimy to rozwiązać, synu. Możemy to naprawić”.

I jakoś, mimo niewielkich szans powodzenia, mimo braku części zamiennych, ojciec zawsze miał rację. Naprawiali wszystko – pęknięty łącznik, wadliwy uzdatniacz wody, uszkodzony induktor. Jakimś sposobem, przy odrobinie szczęścia, pomysłowości i wznosząc modlitwy do świętych, Victor i ojciec wszystko naprawiali. Efekt końcowy rzadko wyglądał ładnie – zwykle była to prowizoryczna łatanina, która wytrzymywała tylko do najbliższego składu lub stacji wagowej – ale zawsze wystarczał.

A teraz ta opoka pewności siebie zniknęła, a Victor czuł się odcięty od jedynego stałego punktu zaczepienia, jaki znał.

W słuchawce odezwał się głos.

– Jesteś pewien, że chcesz to dalej ciągnąć, Vico?

Imala. Znajdowała się na promie unoszącym się w próżni kilkaset metrów od statku Formidów. Razem z Victorem przyleciała nim z Luny, poruszając się z szybkością dryfu, żeby nie włączył się formidzki system unikania kolizji. Victor przesyłał jej teraz na żywo obraz z kamery w jego hełmie.

– Jeżeli zechcesz się teraz wycofać, nie będę miała o tobie gorszego zdania – powiedziała.

– Sama mówiłaś, że nie możemy siedzieć bezczynnie. Jeśli możemy coś zrobić, powinniśmy to zrobić.

Znała ryzyko tak samo jak on, a mimo to uparła się, żeby mu towarzyszyć.

– Nie wiemy, w co się pakujemy – rzekła. – Nie mówię, że nie powinniśmy pomóc. Mówię, że powinniśmy mieć pewność. Jeśli zaczniesz ciąć tutaj, nie będzie odwrotu.

– To jedyne miejsce, gdzie mogę ciąć, Imalo. Nie mogę przeciąć powłoki zewnętrznej kadłuba. Jest pokryta tymi przesłonami wielkości talerza, które mogłyby się otworzyć, kiedy bym się nad nimi unosił, i bluznąć plazmą prosto w moją przystojną twarz. Cięcie tam byłoby jak przecinanie lufy naładowanej broni.

– Powtarzaj sobie, że masz przystojną twarz, a może się to ziści.

Victor się uśmiechnął. Żartowała, żeby zredukować napięcie, jak kiedyś robiła to Alejandra.

Alejandra, jego kuzynka i najbliższa przyjaciółka na pokładzie jego rodzinnego statku „El Cavador”. Przekomarzali się tak cały czas. Mówiła mu, że ma kościste kolana, albo śmiała się z niego, że piszczy jak dziewczyna, ilekroć ona albo Mono wypadali z kryjówki i go zaskakiwali. A on ją przedrzeźniał, kiedy nuciła przy pracy przyjemne melodyjki, które falowały jak morze.

– Czemu nucisz? – zapytał ją raz. – Co jest takiego przyjemnego w robieniu prania?

– Opowiadam sobie historyjkę – odpowiedziała wtedy.

– Historyjkę? Nuceniem? Historyjki potrzebują słów, Jando.

– Mam ją w głowie, geniuszu. To nucenie jest jak… ścieżka dźwiękowa.

– A więc piorąc cudze ubrania, opowiadasz sobie historyjkę i wymyślasz muzykę. Ależ jesteś wszechstronna, Jando. A te historyjki, niech zgadnę, są o przystojnym nastoletnim mechaniku, który potrafi wszystko naprawić i wszystko zbudować… aha, i pachnie różami.

Była tak zaskoczona, że najpierw pomyślał, że ją obraził. Ale zaraz Janda znowu się uśmiechnęła i wróciła do pocierania ubrań rękami w rękawicach wmontowanych w ściankę pojemnika z wodą mydlaną.

– Victorze Delgado, gdybym kiedykolwiek stworzyła historyjkę o tobie, byłaby prawdziwa – rzekła wtedy. – Nie pachniałbyś różami, tylko bąkami.

A potem otworzyła pojemnik i rzuciła mu w twarz mokrą koszulę. I w następnej chwili śmiała się do rozpuku, bo uchylając się przed mokrym materiałem, rzeczywiście puścił bąka. Oczywiście niechcący, przecież nigdy nie zrobiłby przy niej czegoś takiego, ale stało się.

W końcu przywarł do czegoś stopami, chwycił koszulę i cis­nął ją w stronę Jandy. Dziewczyna nadal się śmiała. Z łatwością zrobiła unik i chwilę później Victor odpływał jednym z korytarzy, upokorzony, a mimo to roześmiany w duchu.

Pamiętał, że wtedy narobiła sobie kłopotów. Z pojemnika wydostała się woda i zebranie jej z powietrza oraz załomków ścian zajęło czterem kobietom dobre dwadzieścia minut.

Powinien był wtedy to dostrzec. Powinien był się zorientować, że ich przyjaźń jest czymś więcej. Dlaczego nie spostrzegł, co oboje naprawdę czują?

Bo nigdy wcześniej tego nie doświadczyłem, powiedział sobie. Uczucia przez całe moje życie pojawiały się stopniowo i kiedy je rozpoznawałem, było już za późno, by je po­wstrzymać.

Teraz nie ma to już wielkiego znaczenia. Janda nie żyje. Tak jak ojciec.

A teraz tak samo zwracam się do Imali. Dlaczego? Bo to jest naturalne? Bo brakuje mi przyjaciółki? To nie jest flirt. A przynajmniej mam nadzieję, że na flirt nie wygląda. Mam osiemnaście lat. Imala… Ile? Dwadzieścia dwa? Dwadzieścia trzy? Jestem dla niej jak dziecko. Czy ona myśli, że flirtuję?

Na wyświetlaczu wewnątrzhełmowym pojawiła się jej twarz, wyrywając Victora z zamyślenia.

– Jeżeli masz jakieś wątpliwości, Vico, przemyślmy to.

Wzięła jego wahanie za strach.

– Nie, Imalo. Ja tylko się zastanawiam, jak to zrobić najlepiej.

Zdjął z pleców worek i wyjął z niego bańkę – nadmuchiwaną kopułę, szczelnie przywierającą do kadłuba statku. Pod jej osłoną mógł wyciąć otwór w poszyciu, nie narażając wnętrza statku na kontakt z próżnią przestrzeni kosmicznej.

Pociągnął za linkę i bańka wypełniła się powietrzem, przyjmując kopulasty kształt. Victor wsunął się do środka ze swoim workiem z narzędziami i przyssał bańkę do kadłuba.

– Cokolwiek się wydarzy, Imalo, nie przerywaj nagrywania.

Umówili się, że Imala nagra wszystko, co Victor uchwyci kamerą w hełmie. Gdyby nie wrócił, powinni podzielić się tym, co znaleźli, z każdym, kto zechce słuchać.

– Nie daj tego tylko Lemowi – powiedział wtedy Victor. – Prześlij to do sieci. Rozgłoś na cały świat. Jeśli wystarczająco wielu ludzi dowie się, co jest wewnątrz statku, to może ktoś dostrzeże sposób na zakończenie tej wojny.

Rozsunął suwak worka i zaczął szukać wśród narzędzi noża laserowego. Namacał go dłonią w rękawicy, wyjął i ustawił na małą moc, a potem przyłożył do ściany i czekał, aż promień się przebije. Ojciec nauczył go tego sposobu przed wielu laty. W tym czasie dostali się w Pasie Kuipera do kilkunastu wraków. Większość wyglądała makabrycznie – wolni górnicy zaatakowani przez piratów; statki unieruchomione przez jakąś awarię, która doprowadziła do śmierci załogi. Kimkolwiek byli ci ludzie, prawie zawsze już nie żyli.

Matka usiłowała ochronić przed tym Victora. Pewnej nocy posprzeczała się o to z ojcem, kiedy oboje myśleli, że Victor zasnął już w swoim hamaku.

– Tę pracę może wykonywać w rodzinie każdy – powiedziała ściszonym głosem. – To nie musi być Vico.

– Nikt nie używa tych narzędzi tak często jak on i ja – tłumaczył wtedy ojciec. – Posługuje się nożem lepiej niż ktokolwiek inny. Nie chcę, żeby robił to ktoś, kto nie ma doświadczenia ze sprzętem. Wszystko może pójść nie tak.

– I właśnie dlatego nie powinien tego robić twój syn.

– Jest członkiem tej rodziny, Reno. Każdy ma swoje obowiązki.

– To tylko chłopiec, mi amor. Un niño.

Dziecko.

– Cierto – powiedział ojciec, też przechodząc na hiszpański, co zawsze robił, kiedy sprzeczka się zaogniała. – Un niño que hace su parte en esa familia, tal como tí y tal como yo.

Dziecko, które wykonuje swoją część pracy w tej rodzinie, tak jak ty i jak ja.

W końcu poszli na kompromis. Victor miał pomagać, ale nie wchodzić na statek i oceniać szkody.

– Zostaw to mężczyznom – powiedziała wtedy matka.

Ojciec już się nie sprzeczał, tak więc Victorowi najgorsze zostało zaoszczędzone. Lecz to, że nie widział wnętrza statków, było może nawet gorsze, ponieważ wyobraźnia zawsze malowała najstraszniejsze obrazy.

Victor nie wiedział, gdzie jest teraz matka. Lem mówił, że kobiety i dzieci opuściły „El Cavadora” i weszły na pokład statku WU-HU, lecz Victor nie miał pojęcia, gdzie on się teraz znajduje ani czy w ogóle przetrwał atak. Kierował się w stronę pasa asteroid, więc wedle wszelkiego prawdopodobieństwa matka znajdowała się teraz właśnie tam, może w jakimś składzie albo wysuniętej placówce, w której zbierali się inni ocaleni. Nie zginęła. Victor nie chciał tego nawet brać pod uwagę. Utrata ojca przysporzyła mu dość bólu. Nie, matka jest gdzieś bezpieczna, opiekuje się kobietami i dziećmi, pociesza je, chroni, tak jak zawsze robiła na „El Cavadorze”. Musiał w to wierzyć.

Laser się przebił.

Victor wyłączył promień i sprawdził odczyty.

– Ściana ma tylko dziesięć centymetrów grubości, Imalo. Mogę ją przeciąć z łatwością.

– Bądź ostrożny, Vico.

Wzmocnił promień, ustawił laser na odpowiednią głębokość i szybko wyciął otwór nie większy od palca. Następnie wsunął do niego kamerę inspekcyjną, żeby zobaczyć, co się znajduje po drugiej stronie. Widział niedużo. Przestrzeń była ciemna i pusta, może to był jakiś szyb. Tak czy owak, Victor zdecydowanie mógł się w nim zmieścić. Co ważniejsze, nie było w nim Formidów.

Wyciągnął kamerę, wyciął otwór na tyle duży, by się przez niego przecisnąć, wepchnął wyciętą część ściany do wnętrza statku i poświecił do środka.

Szyb miał metr wysokości i cztery metry szerokości. Ciąg­nął się w prawo i w lewo tak daleko, jak sięgał wzrok Victora, zakrzywiając się w dół w obu kierunkach zgodnie z pękatym kształtem statku. Odbarwione i brzydkie ściany pokrywała rdza, liszaje, nierówności i skazy, jakby to był kawał złomu, przez kilkaset lat utleniający się gdzieś, gdzie panowała wilgoć. Zupełnie jakby wnętrze statku zbudowano z surowej, nieoczyszczonej rudy, tworzącej brzydkie tło brązów oraz szarości z odrobiną czerni i sprawiającej wrażenie czegoś obskurnego, bardzo starego i zaniedbanego.

Powietrze w szybie nie było lepsze. Wszędzie unosiły się drobiny kurzu i zlepki brązowej substancji. Victor spojrzał na nakładkę na nadgarstku i odczytał wskazania czujników.

– W powietrzu jest dwadzieścia cztery procent tlenu. To tylko trochę więcej niż na Ziemi. Reszta to azot, argon i trochę dwutlenku węgla. Gdybym chciał, mógłbym tym oddychać.

– Raczej nie. W powietrzu mogą być śladowe ilości innych pierwiastków, których nie potrafimy wykryć, a które są śmiertelne, nawet w małych dawkach.

– Nie zamierzałem zdejmować hełmu. Nie z tym całym łajnem w powietrzu.

– Łajnem?

Delikatnie odepchnął unoszącą się w pobliżu grudkę brązowej substancji.

– Domyślam się, że to nie jest błoto.

– Ohyda. Zaglądasz do ścieku?

– Chyba Formidzi nie mają dobrego układu usuwania odpadów. Tak może być w całym statku.

Przecisnął się przez otwór do szybu, wciągając za sobą worek. Chwycił koło wycięte ze ściany, wcisnął je z powrotem na miejsce i zabezpieczył magnesami. Otwór wycięty dla kamery inspekcyjnej wciąż był niezakryty, więc Victor zasłonił go metalową łatą wyjętą z worka. Ściany były tak odbarwione i chropowate, że magnesów i łaty nie było na nich widać.

Upchnął narzędzia z powrotem do worka i zarzucił go sobie na ramię. Światła hełmu omiotły szyb.

– W podłodze biegną rowki, jakby szyny. Głębokie może na pięć centymetrów. Widzę ich trzy. Formidzi muszą mieć jakiś sprzęt, który nimi jeździ.

– Skąd wiesz, która ściana to podłoga?

– Uzasadniona hipoteza – odparł Victor. – Formidzi potrafią chodzić wyprostowani, lecz mieszkają w tunelach. Wolą pełzać i nie potrzebują dużego prześwitu. Zatem szerokość jest ważniejsza od wysokości. Tutaj zmieściłoby się czterech Formidów ramię w ramię, co daje miejsce na kilka pasów ruchu i szyn do przewożenia sprzętu.

– Dokąd teraz pójdziesz?

Victor spojrzał na prawo i lewo. Nie znalazł żadnych wskazówek, dokąd szyb może prowadzić.

– W powietrzu po prawej jest mniej odchodów – rzekł. – Uznam to za dobry znak.

Obrócił ciało w prawo, umieścił stopy na przeciwległych ścianach, odepchnął się i wystrzelił w górę. Ściana przesuwała się w odległości kilku centymetrów od jego twarzy.

– Dobrze, że nie masz klaustrofobii – stwierdziła Imala.

– Urodziłem się i wychowałem na statku górniczym. Byłem mechanikiem jak mój ojciec. Kiedy miałem cztery lata, posyłał mnie do kanałów HVAC i innych ciasnych miejsc, gdzie on by się nie zmieścił. Połowę życia spędziłem wciśnięty w tunele o wiele ciaśniejsze od…

Chwycił się ściany i zatrzymał, a potem mrugnięciem wydał polecenie, gaszące światła jego hełmu.

– Co jest? – zapytała Imala.

– Zobaczyłem światło – odparł ściszonym głosem.

Pojawiło się tylko na moment, nikła zielona kropeczka, która śmignęła z jednej strony tunelu na drugą i zniknęła. Victor unosił się w miejscu i wytężał oczy w mroku, szukając światełka. Czy wyobraził je sobie? To jakiś omam wzrokowy?

Nie, znowu się pojawiło dwadzieścia metrów dalej. Światełko nie większe od jego kciuka śmignęło z powrotem przez tunel i osiadło na przeciwnej ścianie.

– Co to jest? – zapytała Imala. – Świetlik?

Victor zrobił zbliżenie i przyjrzał się lepiej. Czterocentymetrowy robaczek przysiadł na błotnym gnieździe. Jego kulisty odwłok pulsował zielonkawym światłem. Na żółtobrązowym ciele miał czerwone cętki. Czterema nogami przywarł do gniazda i leniwie poruszał dwoma parami skrzydełek. Tylne, przezroczyste i trzy razy dłuższe od samego robaczka, migotały w świetle jego bioluminescencji. Przednie były znacznie krótsze i przypominały łuski, jakby złożone płasko na grzbiecie stanowiły osłonę ciała.

– Chyba właśnie odkryliśmy jeszcze jeden obcy gatunek – rzekła Imala.

– Miejmy nadzieję, że nie tak paskudny jak Formidzi.

– Nie widzę żadnych żądeł ani szczypców.

– Mimo to obejdę go z daleka, może nie zrobi mi krzywdy.

Victor odepchnął się od ściany i ruszył do przodu. Kiedy znalazł się na wysokości robaczka, po prawej stronie pojawił się kolejny, który wypełzł z gniazda. Chłopak znowu chwycił się ściany i znieruchomiał.

Robaczki chyba nie zauważyły człowieka. Jeden oderwał się od gniazda i podfrunął prosto do grudki formidzkich odchodów unoszącej się w powietrzu. Chwycił ją odnóżami, przyciąg­nął blisko do ciała i wrócił do gniazda.

Zaciekawiony Victor podpłynął bliżej. Robaczek wepchnął odchody do otworu w gnieździe, w którym wiły się ciasno upakowane larwy.

– To koprofag – stwierdziła Imala.

– Co to znaczy?

– Żywi się odchodami. A przynajmniej żywią się nimi jego dzieci.

– Obrzydliwość – rzekł Victor.

– Muszą skądś zdobywać minerały, Vico. To jego siedlisko. Nie widzę tu żadnego innego źródła pożywienia.

– W odchodach są minerały?

– Nigdy nie słyszałeś o nawozie?

– Może dla roślin. Karmienie nim dzieci to coś zupełnie innego.

– Gniazda są prawdopodobnie zbudowane z tego samego materiału.

– Gniazda z kup. Z każdą minutą ten statek podoba mi się coraz mniej.

– Tak działa ekosystem, Vico. Tak współistnieją różne gatunki. Każde stworzenie wykorzystuje to, co jest mu dane. Zapewne te świetliki i Formidzi żyją w symbiozie. Robaczki oczyszczają powietrze i oświetlają tunele. A Formidzi dostarczają im obiady.

– Musimy nazywać to obiadem?

Znowu się odepchnął, podążając w górę. Światło zostawionych w tyle robaczków powoli zanikało. Po kolejnych pięćdziesięciu metrach zewnętrzny mikrofon hełmu wychwycił słabe brzęczenie. W miarę jak Victor sunął dalej, brzęczenie narastało.

A potem pojawiło się światło.

Daleko z przodu w szybie zebrały się setki świetlików. Śmigały tam i z powrotem między gniazdami na ścianie, zbierając z powietrza odchody i brzęcząc zapamiętale.

Victor się zatrzymał.

– To mi wygląda na rój, Imalo.

– Nie przedostaniesz się dalej bez zakłócania ich spokoju. Tam jest za ciasno.

– Lem powiedział, że ten skafander jest mocny. Nawet gdyby zaatakowały, zapewne go nie przebiją.

Lem wyposażył ich w cały sprzęt, łącznie z nowymi skafandrami opracowanymi przez Juke Limited do ciężkich warunków pozyskiwania minerałów z asteroid, lecz na tyle czułymi, by potrafiły mierzyć wszystkie dane biometryczne.

– Nie możesz być pewien wytrzymałości skafandra – powiedziała Imala. – Moim zdaniem powinniśmy spróbować udać się w drugą stronę.

– Równie dobrze możemy je znaleźć i tam, Imalo. A już zaszliśmy tak daleko. Jeżeli będę się poruszał wystarczająco powoli, może nie…

W tunelu rozniosło się echem piskliwe zgrzytanie, jakby otwierała się stara, zardzewiała brama. Wszystkie świetliki nagle znieruchomiały; setki punkcików świetlnych zatrzymały się w powietrzu, trzepocząc skrzydłami.

– Co to było? – zapytała Imala.

Kolejny zgrzyt, tym razem głośniejszy. Świetliki pomknęły do swoich gniazd i przywarły do nich, zalewając szyb światłem i zostawiając pośrodku wolną przestrzeń.

– Ten dźwięk je przeraził – stwierdziła Imala.

– Powstała dziura – rzekł Victor. – Idę tam.

– Zaczekaj, Vico!

Ale on już wystrzelił do przodu, usiłując wykorzystać wolną przestrzeń. Przekręcił ciało, chcąc się przecisnąć, nie zawadzając o gniazda.

Źle wyliczył. Skafander był dość obszerny, a niektóre gniazda wystawały daleko na środek szybu. Victor uderzył w jedno z nich lewym ramieniem, odłamał kawałek konstrukcji i rozpędził garść świetlików, które zaczęły niespokojnie brzęczeć. Odwrócił się, by uniknąć zderzenia z robaczkami, i uderzył w drugie gniazdo, a potem w trzecie i czwarte. Nic nie mógł na to poradzić. Były upakowane zbyt ciasno.

Spróbował obrócić się w lewo, ale dzięki ruchowi do przodu już się unosił w górę i tylko jeszcze bardziej zboczył z kursu. Wyciągnął nogi, by się chwycić ściany, i poczuł, że ryje butami ścieżkę w gniazdach.

Świetliki rzuciły się w jego stronę; wirowały wokół niego, siadały mu na rękach i nogach, brzęczały przed twarzą. Pomylił się – tam nie były ich setki, lecz tysiące.

– Wycofaj się! – krzyczała Imala przez radio.

Znowu się obrócił, zorientował w kierunkach, znalazł stopami ścianę i odepchnął się od niej mocno. Nic nie widział. Osłonę hełmu pokrywała warstwa skrzydeł, bioluminescencji i maleńkich, miotających się odnóży. Zielone światło świecące mu w oczy oślepiało, jakby patrzył w sto zapalonych żarówek.

Zwolnił. Znowu się odepchnął, zgniatając kolejne gniazda. Przepłynął następne dziesięć metrów. Potem dwadzieścia. Nawet przez grube warstwy skafandra czuł szczypanie odnóży. Czy świetliki przepalały się do środka? Może się wgryzały? Czy jeżeli zrobią dziurę, to skafander sam się uszczelni? Victor wpadł w panikę. Otrząsnął się, tracąc pęd do przodu. Uderzył w ścianę z prawej strony, zgniatając przy okazji świetliki i ich gniazda. Znalazł oparcie dla nóg, znowu się odepchnął, machając rękami, jakby się paliły, strząsając z siebie robaczki, zostawiając za sobą szlak połamanych skrzydełek i rozmazanej bioluminescencji.

A potem zawadził ręką o ścianę i poczuł metal.

Żadnych gniazd. Wydostał się z kolonii.

Sprawdził – tak, ściany były czyste. Gniazda zostały za nim. Mocno się odepchnął. Świetliki odpadały od skafandra i znikały w tunelu. Nie zatrzymywał się, po drodze strząsał robaczki, które jeszcze zostały na skafandrze.

Tak był zajęty, że zauważył Formidę, dopiero gdy znalazł się tuż przed nim.

POZOSTAŁE ROZDZIAŁY DOSTĘPNE W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI

Rozdział 1. Kod

Rozdział 2. Świetliki

Rozdział 3. Drony

Rozdział 4. Grawitacja

Rozdział 5. Sojusz

Rozdział 6. Posiłki

Rozdział 7. Buldożery

Rozdział 8. Tajemnice

Rozdział 9. Brejomioty

Rozdział 10. Tarcza

Rozdział 11. Możliwości

Rozdział 12. Rena

Rozdział 13. Indie

Rozdział 14. Jaskinia Smoka

Rozdział 15. Spotkanie

Rozdział 16. Holoprojektor

Rozdział 17. Kokony

Rozdział 18. Mały żołnierz

Rozdział 19. Despoina

Rozdział 20. Pociąg

Rozdział 21. Oddział szturmowy

Rozdział 22. Dysze

Rozdział 23. Ofiary

Rozdział 24. Lądowniki

Rozdział 25. Międzynarodowa Flota

Rozdział 26. Kim

Rozdział 27. Pas

Epilog

Podziękowania