Wydawca: Ridero Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 395 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przerwa na życie - Jolanta Wachowicz-Makowska

„Wschody i zachody” to trzy książki („Obietnica”, „Przerwa na życie”, „Spełnienie”), których bohaterem jest pewna rodzina i jej dom. Dom-twierdza, pozwalający zachować tradycje, autonomię i wolność zamieszkującym go ludziom nawet w czasach, kiedy o zachowanie tych wartości było trudno. Akcja „Obietnicy” toczy się w trudnych latach „gierkowskich”, a „Przerwy na życie” to lata stanu wojennego. Jest to także historia wielkich miłości i namiętności. Pięknych kobiet i czarujących mężczyzn.

Opinie o ebooku Przerwa na życie - Jolanta Wachowicz-Makowska

Fragment ebooka Przerwa na życie - Jolanta Wachowicz-Makowska

Jolanta Wachowicz-Makowska

Przerwa na życie

Wschody i zachody cz. 2.

© Jolanta Wachowicz-Makowska, 2016

© Dwór Zascianek Borsuki, projekt okładki, 2016

„Wschody i zachody” to trzy książki („Obietnica”, „Przerwa na życie”, „Spełnienie”), których bohaterem jest pewna rodzina i jej dom. Dom-twierdza, pozwalający zachować tradycje, autonomię i wolność zamieszkującym go ludziom nawet w czasach, kiedy o zachowanie tych wartości było trudno. Akcja „Obietnicy” toczy się w trudnych latach „gierkowskich”, a „Przerwy na życie” to lata stanu wojennego. Jest to także historia wielkich miłości i namiętności. Pięknych kobiet i czarujących mężczyzn.

ISBN 978-83-8104-127-0

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Rozdział 1

Telefon zadzwonił dobrze po północy, a więc wtedy, kiedy Andrzej i Joanna spali pierwszym, najmocniejszym snem. Joanna obudziła się pierwsza. Pomyślała: „Coś niedobrego z tatą”. No bo ojciec poczekałby do rana z każdą, najgorszą nawet wiadomością, byleby nie zakłócać snu i spokoju Asika. Natomiast mama szukałaby pomocy u Andrzeja i Joanny o każdej porze. Przez moment bała się podnieść słuchawkę. Andrzej, nie otwierając oczu, przyłożył ją do ucha. Miał wciąż zamknięte oczy i zaspany głos, ale z wyrazu jego twarzy Joanna zorientowała się, że wiadomość nie jest zła. Tym bardziej więc nie mogła odgadnąć, kto i po co dzwoni o tak niezwykłej porze.

Andrzej zapytał: „kto?”, „gdzie?” oraz „kiedy?”. Powiedział „dobrze” i odłożył słuchawkę na widełki. Joanna zapaliła nocną lampkę.

— Co się dzieje? — spytała, wciąż pełna niepokoju, ale już tylko umiarkowanego. Andrzej leżał bowiem spokojnie, a nawet ziewnął, co oznaczało, że nikt nie zakomunikował mu tragicznej wiadomości.

Potrząsnęła go za ramię.

— Andrzej…

Obrócił się ku Joannie i pogładził jej zmierzwione włosy.

— Uspokój się, Asiulka. To mecenas Olszewski.

Zrobiła wielkie oczy.

— A co u Boga Ojca może chcieć od ciebie mecenas Olszewski o tej porze?

Zawahał się z odpowiedzią, jakby przeczuwając sprzeciw Joanny.

— Chce, żebym pojechał do Gdańska.

Zaniemówiła. Ze zdziwienia.

— Po co?

Wciąż gładził ją po włosach i policzku.

— Poszukują, i to na gwałt, prawników cywilistów. Znających prawo pracy i prawo administracyjne. I przy tym, oczywiście, zaufanych. W tym przypadku — szczególnie zaufanych.

— I ty jesteś ten zaufany? — spytała. — I to szczególnie?

— Dla Janka i tych, którzy już tam są — chyba tak.

— Tam?

— No w Gdańsku…

— Czyli w stoczni?

— Czyli w stoczni. Choć niekoniecznie dosłownie na jej terenie.

— A w Gdańsku nie ma dobrych prawników cywilistów? I szczególnie zaufanych?

— Na pewno są. Ale trzeba wielu głów, aby dać sobie radę z drugą stroną. Też złożoną z prawników i też szczególnie zaufanych.

— I to takie pilne, że musisz wstawać w środku nocy i jechać do Gdańska?

— No, na to wygląda.

— Ale przecież Gdańsk jest zamknięty. Nie wjedziesz do miasta.

— Zawiozą mnie.

Teraz się przestraszyła.

— No tak, ciebie zawiozą. I nawet jakoś — nielegalnie — wwiozą. A ja zostanę tu sama. Drugi raz nie przeżyję rewizji, przesłuchań ani rozmów ostrzegawczych. A jeśli nawet przeżyję, to ja tego najzwyczajniej nie chcę.

Uśmiechnął się.

— Jak to mawiali nasi dzielni i romantyczni praojcowie? „Nie mógłbym cię kochać tak bardzo, gdybym ojczyzny…”. I tak dalej.

Wzruszyła ramionami.

— Nie obchodzą mnie nasi dzielni praojcowie. Nie jestem ani swoją, ani twoją prababcią. Ja się boję i nie chcę, żebyś tam jechał.

Sięgnął po słuchawkę. Podał Joannie.

— Wykręcę numer Janka, a ty mu powiesz, że się boisz i że mnie nigdzie nie puścisz. A potem zgasimy światło i będziemy spokojnie spać do rana.

Odtrąciła słuchawkę. Andrzej usiadł na łóżku. Raz jeszcze ziewnął.

— Spakujesz mnie? — spytał. — Ja się ogolę, ogarnę i napiję mocnej kawy, żeby trochę oprzytomnieć.

Zrezygnowała z oporu i protestów. Wstała z łóżka.

— Nie dam ci kawy. Wystarczy, że napijesz się mocnej herbaty. Kawę mogę ci dać w termosie, żebyś miał na rano.

Ona poszła do kuchni, on do łazienki. Potem, kiedy pił herbatę, wyjęła z pawlacza walizkę i włożyła do niej bieliznę męża, czyste koszule, piżamę, przybory toaletowe, ręcznik, proszki od bólu głowy.

— I nawet nie będziesz mógł zatelefonować.

— No nie. Choć podobno kolejarze przewożą korespondencję i pilne wiadomości. I są jacyś kurierzy…

— A w drugą stronę? Od nas do ciebie?

— No, to chyba nie. Ale mam nadzieje, że to nie potrwa długo.

— Akurat.

Przyjechali po Andrzeja o drugiej w nocy. W samochodzie siedzieli dwaj nieznani Joannie mężczyźni i jeden ze znanych jej prawników z kancelarii Andrzeja. Nikt nic nie mówił. Jakby wszyscy wszystko wiedzieli. I Joanna nagle zrozumiała. Ten nocny telefon zaskoczył tylko ją, nie Andrzeja. On wiedział, że taki telefon albo otrzyma, albo może otrzymać.

Interesowała się, co oczywiste, sierpniowymi wydarzeniami w Gdańsku i codziennie omawiali je z Andrzejem, Rysiami, Markiem, Janisią, jej rodzicami i całym mnóstwem znajomych, z całego serca kibicując Lechowi Wałęsie i stoczniowcom. Radio Wolna Europa każdego wieczora trzeszczało w dolnym salonie, a oni ze skupioną uwagą wyłapywali spośród szmerów, trzasków i szumów pojedyncze zdania czy pojedyncze słowa, z których starali się ułożyć jakąś całość dającą wyobrażenie o tym, co się dzieje na Wybrzeżu i w kraju. Najbardziej zdawała się tym emocjonować Marta. Andrzej zachowywał się z powściągliwym umiarem. Tak przynajmniej wyobrażała sobie, jak się okazało mylnie, Joanna. Teraz, kiedy wsiadał do nieznanego jej samochodu i jechał w znane, a zarazem nieznane, rozumiała, jak bardzo niewiele wie i jak bardzo kiepsko zna swojego męża.

Janisia, obudzona nocną krzątaniną a potem szczekaniem psów, zeszła do hallu w momencie, kiedy Andrzej z niego wychodził.

— A on dokąd? — spytała. — Rozchodzicie się? Ale dlaczego w środku nocy?

— Jedzie do Gdańska — powiedziała Joanna.

— O! — zdumiała się Janisia. — A on tam po co? Postanowił zostać stoczniowcem? Czy marynarzem?

— Doradcą — burknęła Joanna.

— Mam nadzieję, że nie Jagielskiego?

— Nie, Wałęsy.

— A skoro tak, to niech jedzie i doradza. Byle dobrze.

Trzydziestego pierwszego sierpnia, w cztery dni po wyjeździe Andrzeja, obejrzały z Janisią telewizyjny reportaż z podpisania Porozumień Gdańskich. Zatelefonował Marek.

— Asia? Czy wiesz, że od tej chwili żyjemy już w całkiem innej Polsce?

— Co mi z całkiem innej Polski, kiedy nie ma w niej Andrzeja? To znaczy gdzieś w niej jest. Ale nie w „Malwinowej”.

Rozżaliła się:

— I nie mam o nim ani od niego nawet najmarniejszej wiadomości.

— Baby, ach te baby — powiedział Marek. — Komunizm się sypie, wszystko przewraca do góry nogami, a ta jęczy, że mężusia nie ma w domu. A może mógłbym go zastąpić? Choćby do jego powrotu?

Roześmiała się.

— Komunizm się sypie, wszystko przewraca do góry nogami — odcięła się — a ty zawsze o jednym.

— Nie o jednym, tylko o jednej — poprawił.

Andrzej wrócił wielce z siebie zadowolony. I nieprawdopodobnie zmęczony. Kiedy Marek telefonował ponownie, Joanna powiedziała:

— Twoja mama powiedziałaby, że jest zmordowany jak pies husky. Ale oczywiście w świetnym nastroju. Najwyraźniej oczekiwał łuku triumfalnego zamiast furtki. No i fetowania go jak zwycięzcy.

— No to go ufetuj. Zanim ufetują go inne. Nie dopuszczaj do niego żadnej baby. Poczekaj aż to światło nad jego głową ciut przyblednie.

Andrzej niewiele opowiadał. To, co robił w Gdańsku, nie było działaniem ani odrobinę spektakularnym. Siedzieli wraz z grupą prawników, ekonomistów i socjologów w jakimś niewielkim i bardzo zadymionym pomieszczeniu, przynoszono im stosy dokumentów do przejrzenia i poganiano, aby dawali szybkie lub — częściej — natychmiastowe opinie i ekspertyzy, oczywiście bezbłędne i odpierające ekspertyzy drugiej strony.

— Byliście od nich mądrzejsi? — upewniała się Joanna, chcąc usłyszeć potwierdzenie i podziwiać swojego mężczyznę.

— Nie zawsze. To przecież oni konstruowali to prawo. To było i jest nadal ich prawo. My mogliśmy tylko szukać formalnych niedoróbek, luk prawnych, jakichś nieścisłości w sformułowaniach. Na nasze szczęście nie przypuszczali, że kiedykolwiek i ktokolwiek będzie aż tak pilnie i wnikliwie analizował te ich ustawy, uchwały, zarządzenia i paragrafy, więc bywały dość niechlujne. I ta ich niegdysiejsza prawnicza pycha, to była nasza jedyna szansa. Anna Walentynowicz poprosiła kiedyś stojące pod stocznią kobiety, aby pomodliły się w intencji doradców. No i najwidoczniej Duch Święty przeniósł się do tej naszej kanciapy. Bez Niego za cholerę nic by nie wyszło.

— No, ale wyszło bardzo dobrze — pochwaliła Joanna. — Masz rację, Duch Święty pokazał komuchom dulę.

Andrzej roześmiał się.

— Wiesz, Aśka, co to jest dula?

Nie wiedziała.

— No to dobrze. Choć może w tym czasie i kontekście nawet damie przystoi takie określenie.

Odrobinę się zaczerwieniła.

Potem Andrzej wykąpał się, położył do łóżka i poprosił, aby jego kobiety poszczuły psami każdego, kto zechce go obudzić przed upływem doby. Przespał jednak tylko dwanaście godzin i musiały go obudzić. Trudno było poszczuć psami urywające się telefony. A telefonowano zewsząd: z jego kancelarii, z Gdańska, z najrozmaitszych miast i różnych zakładów pracy. Wszędzie poszukiwano i potrzebowano — i to „na już” — „solidarnościowego” prawnika i jego porady, jak założyć — też „na już” — związek zawodowy. Oczywiście samorządny i oczywiście niezależny.

Joanna weszła do sypialni, pochyliła się nad śpiącym mężem, dotknęła delikatnie jego policzka. Andrzej nie otwierając oczu, wziął jej dłoń i przełożył z policzka na czoło.

— Boli? — spytała.

— Trochę. Więc się zabezpieczam przed „bardzo”. Która godzina?

— No, spałeś tylko dwanaście godzin.

— Asiu — jęknął — a czego ojczyzna tym razem ode mnie potrzebuje?

— Nie wiem. Od rana przyjęłyśmy z Janisią szesnaście telefonów. Chroniłyśmy cię, kłamiąc, że nie ma cię w domu i że nie wiemy, gdzie jesteś. To samo robiła w twojej kancelarii sekretarka. Ale przed chwilą zatelefonował Janek Olszewski. Powiedział: „Dobra, dobra. Obudź go”. No to cię budzę.

— Cholera jasna — powiedział Andrzej i usiadł na łóżku. — Niewyspany patriota to żaden patriota.

Wstał jednak i zatelefonował do mecenasa Olszewskiego. Słuchał, nic nie mówił. Potem westchnął i powiedział: „Dobra, pojadę”.

— Gdzie? — przeraziła się Joanna.

— Nie bój się. Niedaleko. Na Powiśle. Do elektrowni.

— Po co do elektrowni?

— Ludzi ogarnął podobno szał związkowości. Czy raczej — solidarnościowości. Zakłady stają, ludzie wiecują i domagają się założenia nowego związku. Ale nie mają, rzecz jasna, pojęcia, jak to się robi. Jest więc apel do prawników, aby pomagali. Takie solidarnościowe: „pomożecie?”.

— I pomożesz?

— A co mam zrobić? — spytał.

Przytuliła się do niego.

— Pomóc — powiedziała.

Kiedy jadł śniadanie, a potem łykał dwie aspiryny, Joanna zatroskała się:

— Ale obiecaj, że będziesz pomagał, ale nie oddasz życia „za sprawę”.

Roześmiał się.

— Życia nie oddam, ale jak będę walczył o „sprawę” w elektrowni, hucie czy w jakimkolwiek innym zakładzie pracy, to nie będę walczył o sprawy swoich własnych klientów. Ergo — nie będę otrzymywał honorariów. Ergo…

— Wiem — powiedziała Joanna. — Będziesz mniej lub dużo mniej zarabiał. Tym się nie martw. Dam sobie radę.

Dla Joanny ten dzień nie był taki, jak inne. Od każdej rozpoczętej pracy odrywał ją dzwonek telefonu. Tym razem jednak mówiła zgodnie z prawdą, że męża nie ma w domu, że nie wie, kiedy wróci i niezgodnie z prawdę, że nie ma pojęcia, gdzie jest. Janisia położyła obok telefonu zeszyt w kratkę i ołówek, aby zapisywać, kto telefonował i jak Andrzej może się z tym kimś skontaktować.

Włączyły radio. Wolną Europę oczywiście. Dowiedziały się, że gorączka zakładania nowych związków rozlewa się po całym kraju. Wymieniano nieskończenie długą listę zakładów pracy, w których taki związek już powstał, powstaje lub pracownicy walczą o jego założenie. Wałęsa jeździ z jednego krańca Polski na drugi, aby — jak to nazywał — „gasić pożary”.

Andrzej wrócił późno z potężnym bólem głowy. Nie chciał jeść, nie chciał rozmawiać. Przez krótką chwilę bawił się z Piotrem i wysłuchał jego opowiadania o dzięciole, którego mały zobaczył w lesie.

— Ale nie wiadomo, czy to prawdziwy dzięcioł, czy tylko dzięciołowaty — mówił chłopczyk.

Wyraźnie mu zależało, aby ojciec rozstrzygnął ten poważny dylemat. Andrzej spojrzał ponad głową synka na żonę. Rozłożyła bezradnie ręce.

— Ja już szukałam w encyklopedii, a nawet telefonowałam do taty. Sprawa „dzięcioł czy dzięciołowaty” jest jednak nadal otwarta.

Była ciekawa, w jaki sposób Andrzej spróbuje obronić swój wizerunek ojca wszechwiedzącego.

— Pójdziemy w niedzielę na spacer — powiedział do synka. — Może raz jeszcze zobaczymy tego dzięcioła czy tego dzięciołowatego. Sfotografujemy go i poszukamy odpowiedzi w jakimś ptasim atlasie.

— Ale — powiedział Piotruś — nie mamy w domu takiego atlasu.

Andrzej raz jeszcze spojrzał na Joannę, a ona raz jeszcze rozłożyła ręce.

— W tym sęk — powiedziała.

Stała za plecami synka, więc mogła się uśmiechać i robić miny. Andrzej musiał zachować powagę.

— No to wobec tego jutro poszukam w księgarniach.

— Ja poszukam — ulitowała się Joanna. — Obok mojego studia jest taka wielka księgarnia. Ty zajmuj się klientami. Jeśli jeszcze jakichś masz. I elektrowniami.

— Dlaczego elektrowniami? — zaciekawił się Piotr. — Tatuś pracuje teraz w elektrowni?

— Nie — odparła matka.

Chciała dodać raz jeszcze „i w tym sęk”, ale pomyślała, że dalszy ciąg rozmowy z Piotrem nie będzie wtedy odbiegał od słynnego skeczu Dziewońskiego i Michnikowskiego. Powiedziała więc:

— Połóż tatusia do łóżka. Jest bardzo zmęczony i bardzo boli go głowa.

— Bo się za bardzo się napracował w elektrowni? — dociekał Piotr.

— Właśnie.

— Przy agregacie?

Tym razem Andrzej się roześmiał.

— Właśnie.

Następnego ranka to on obudził się pierwszy. Joanna czuła, jak mąż odgarnia jej włosy z karku. Potem jego pocałunek. Nie odwracając się, spytała:

— Budzik już dzwonił?

— Nie.

— Boli cię głowa?

Roześmiał się cicho.

— Podobno żonę boli głowa, kiedy tego nie chce, a męża, kiedy tego chce. I nie dostaje.

Odwróciła do niego.

— A zdarzyło się, abyś tego nie dostał?

— Chyba nie.

Przytuliła się do niego.

— A zasłużyłeś? Czy chcesz awansem?

— Nie zasłużyłem — wyznał samokrytycznie. — Niewiele masz ze mnie pożytku.

— No — powiedziała wielkodusznie. — Mogło być gorzej. I pewnie będzie.

— Dlaczego tak myślisz?

— Jak zobaczysz te wszystkie zamówienia na ciebie, jakie mi wczoraj zgłoszono telefonicznie, to zrozumiesz.

— A mógłbym ich nie oglądać przynajmniej „do budzika”? Ani o nich nie słyszeć? Ani o nich nie rozmawiać?

— Mógłbyś.

Pokazała mu zeszyt w kratkę dopiero po śniadaniu. Zaklął.

— Nie, to już zupełne szaleństwo. Tego nikt nie ogarnie.

— A ludzie? No, zwyczajni ludzie? — spytała. — Ogarniają?

— Nie wiem. Są skołowani. I na razie bezradni. Nie potrafią najprostszych rzeczy. Nawet poprowadzić zebrania. Przeprowadzić głosowania. Napisać najprostszego statutu. Odeprzeć najgłupszego kontrargumentu. Jedno potrafią: nie bać się. Ale to jest najgroźniejsze. Ta ich determinacja połączona z ignorancją. Prawną, społeczną, ekonomiczną. Wczoraj się przekonałem, że bez prawnika rzeczywiście nie dają sobie rady. Mogą tylko zorganizować strajk. Albo wyjść na ulicę. Albo — jak grożą — wieszać „czerwonych” na latarniach.

— Przestań! — zawołała.

— Może przesadzam. Ale nie za bardzo.

Wybrał dwie pozycje z listy. Zapisał telefony.

— Poproś panią Halinkę, aby przedzwoniła do reszty tych ludzi. Zna odpowiednich prawnikówm i tych studentów prawa, którzy już mniej więcej się orientują, co trzeba robić.

Pojechał do sądu. Później do wydawnictwa, które zakładało nowy związek zawodowy. Jeszcze potem miał dyżur w swojej kancelarii. Joanna jęczała:

— Nie będzie miał czasu nie tylko na obiad, ale choćby zjedzenie kanapki. Nażłopie się za to kawy. W pośpiechu i na pusty żołądek.

Tego dnia telefonów było jeszcze więcej. Dzwoniono z fabryk, urzędów, teatrów, szkół. Joanna i Janisia zapisywały telefony i nazwiska. Pani Halinka Roy dzwoniła do prawników, kontaktowała ich z tymi, którzy chcieli założyć związek zawodowy. Nic innego nie robiły przez cały dzień.

Pierwsza zbuntowała się Janisia.

— Robię dwugodzinną przerwę. A w przerwie — pyzy faszerowane. Zaproś, Asiu, Marka. Przepada za pyzami i dobrze by było, gdyby przy okazji zmierzył Jędrkowi ciśnienie. Niepokoją mnie te jego bóle głowy.

Joanna najpierw jednak zatelefonowała do ojca.

— Tatusiu, nie radzimy sobie. Mógłbyś przyjechać?

Nawet nie zapytał, z czym sobie jego Asik nie radzi. Przyjechał. Potem skontaktowała się z Markiem.

— Janisia zaprasza cię na pyzy faszerowane. Ze skwarkami i cebulką. Przyjedziesz, czy zakładasz związek zawodowy?

— Już mamy związek zawodowy — powiedział. — Tylko pięć osób zostało w starym. Łatwo poszło. A na pyzy przyjadę.

— Weź ze sobą aparat do mierzenia ciśnienia.

— A co? Myślisz, że na mój widok niebezpiecznie ci podskoczy?

— Zawsze mi na twój widok niebezpiecznie podskakuje. Ale tym razem chodzi o Jędrka. Niepokoimy się, że z jego ciśnieniem nie jest dobrze.

Andrzej przyjechał dopiero po dziewiątej wieczorem. Znowu bolała go głowa i znowu nie chciał jeść.

— Twoje baby kazały mi zmierzyć ci ciśnienie — powiedział Marek.

— Odczep się.

— Muszę. Przejadłem już honorarium.

— Niech cię diabli — powiedział Andrzej i odwinął rekaw.

— Nie masz wysokiego ciśnienia — orzekł Marek. — Nawet, powiedziałbym, całkiem marne. Ja bym je sobie nieco podniósł. Kieliszek czegoś mocniejszego przed snem rozszerzyłby ci naczynia. Ale Aśka na pewno nie pozwoli.

Joanna skrzywiła się.

— Możecie wypić. Ale nie więcej niż po jednym kieliszku brandy.

Marek zaśmiał się.

— No to przynajmniej ty postaraj się podnieść mu ciśnienie, pozwalając na więcej niż jeden raz.

— Jesteś strasznie jednotematyczny — powiedziała.

Następnego dnia Andrzej wstał bez bólu głowy. Marek triumfował.

— Nic lepszego od starych wypróbowanych sposobów. Nowoczesna medycyna jest całkiem do kitu.

Tego dnia Andrzej pomagał w zakładaniu związku zawodowego w zakładach produkujących części do telewizorów. Wrócił bardzo zadowolony. I z wielkim plackiem drożdżowym z kruszonką.

— Niemal same kobiety tam pracują — powiedział. — Z wdzięczności chciały mi wcisnąć jeszcze kilka kurczaków. Poświęciły na to swoje mięsne kartki.

— Boże! — wzruszyła się Janisia. — To wszystko jest takie niezwyczajne.

— No jest — zgodził się Andrzej. — Ale trochę się boję tej nadzwyczajności. Jak jest się na tych wiecach, to czuje się ich temperaturę. I to niesłychane napięcie. Strasznie długo w ludziach gromadziła się złość. Czasem muszę pełnić nie tylko rolę prawniczego doradcy, ale także mediatora. Bo emocje są zbyt silne. Z obydwu stron.

Następnego dnia zbyt silnych emocji doznała Joanna. Wprawdzie to nie ona, tylko jej ojciec przyjmował telefony, ale był jeden, który przekazał córce.

— Pani Helena Michałowska — powiedział.

Joannie drżał głos, kiedy mówiła do słuchawki.

— Tak, Heleno. Czy coś się stało złego?

— Nie — odpowiedziała Helena. — Nic złego. I nie martw się, z Krzysztofem wszystko w porządku. To ja mam sprawę do Andrzeja. Ale chyba potrzebna mi będzie twoja protekcja.

Joanna zdębiała.

— O co chodzi?

— Oczywiście o to, o co wszystkim. O samorządne i tak dalej… Andrzej pomagał je założyć w jednym z warszawskich teatrów. Byli nim zachwyceni, więc obiecałam kolegom, że go ściągnę i do naszego.

— Ale on jest zawalony…

— Domyślam się. Dlatego próbuję przez ciebie. Wesprzesz? To przecież w dobrej sprawie. I nie osobistej.

Tego akurat Joanna nie była pewna.

— Powtórzę mu, że dzwoniłaś.

— I nic więcej?

— Twoje imię i nazwisko są dla niego czymś więcej.

— To ładnie powiedziane, Joanno. Z góry dziękuję. Andrzej ma mój telefon. Przynajmniej mam nadzieję, że jeszcze go ma.

Joanna wolałaby mieć nadzieję, że Andrzej już go nie ma. Kiedy przyszedł, powtórzyła mu rozmowę z siostrą Krzysztofa. Uśmiechnął się.

— Twarda z niej sztuka. Nie odpuszcza.

Ale chyba mu to „nieodpuszczanie” pochlebiło.

— Pójdziesz? — spytała Joanna.

— Nie chciałabyś żebym poszedł, prawda?

— Nie, nie chciałabym.

— Wobec tego nie pójdę. Podeślę jej kogoś innego.

— Helena nie będzie zadowolona.

— Wiem. Ale ty będziesz.

— Owszem — powiedziała. — Bardzo chcę, żeby Polska była Polską, ale chcę też, żeby mój mąż był tylko moim mężem.

— Na równi?

— Może nawet trochę bardziej.

I to też mu wyraźnie pochlebiło.

Rozdział 2

Andrzej wyjechał w piątek do Poznania. Miał wrócić w niedzielę lub w poniedziałek, ponieważ po sesji naukowej obchodzono jubileusz jednego z kolegów-prawników. Andrzej dopuszczał możliwość, a Joanna miała pewność, że w związku z tymi nieoficjalnymi obchodami jej mąż może poczuć się nieco lub całkiem niedysponowany do odbywania podróży.

W niedzielę rano obudził „Malwinę” dzwonek do furtki. Psy rozszczekały się, ale nie tak, jak na kogoś obcego. W poszczekiwaniu Marsa brzmiały całkiem przyjazne tony. Janisia i Joanna, obie w szlafrokach, spotkały się w hallu. Janisia otworzyła drzwi i wyjrzała na zewnątrz. Przy furtce stał ich najbliższy sąsiad. Znali się od dziesiątków lat, ale nie odwiedzali o tak wczesnej porze. Sąsiad stał jednak przy furtce i dawał znaki, aby kobiety ją jak najszybciej otworzyły.

— Momencik — zawołała Joanna. — Tylko założę coś na siebie.

Był trzynasty grudnia i siarczysty mróz.

Zarzuciła kożuch, omotała głowę wełnianym szalikiem, nogi wsunęła w futrzane kozaki. Otworzyła furtkę. Sąsiad minął Joannę i wbiegł do „Malwiny”.

— Co się stało, panie Czesławie? — spytała Janisia, bardzo już teraz zaniepokojona nie tylko wizytą, ale i miną pana Czesława Rachwalskiego.

— Jest pan Andrzej? — spytał.

— Nie — odpowiedziała Joanna zrzucając kożuch. — Jest w Poznaniu.

— I nie wiecie, co się dzieje?

Obie kobiety spojrzały na niego bez słowa. Nie miały pojęcia, co się dzieje. W ich mniemaniu nic szczególnego się nie działo.

— W nocy ogłoszono stan wojenny. Nie ma telefonów, właściwie nic normalnie nie działa. Wojsko na ulicach. No i masowe aresztowania. Z Józefowa zabrano przynajmniej kilkanaście osób. Pod wasz dom nie zajechała żadna „suka”, więc pomyślałem, że pan Andrzej ocalał.

Joanna struchlała.

— Ocalał?

— No, nie zabrali go…

— A gdzie…

Zabrakło jej tchu.

— … gdzie mogliby go zabrać?

Pan Czesław Rachwalski wzruszył ramionami.

— Cholera wie, co się z nimi, czyli tymi aresztowanymi, dzieje. Po prostu podjeżdżali pod dom i zabierali człowieka tak jak stał. No, czasem pozwalali się trochę odziać. Jak za Niemca.

Janisia i Joanna nie mogły dojść do siebie.

— I kogo stąd, to znaczy z naszej okolicy, zabrali? — spytała Janisia.

— Kozłowskiego. I tego, co bliżej stacji mieszka. Jak mu tam? Żułkiewicz?

— Żułkiewicza? — zdumiała się Janisia. — Przecież to nasz milicjant.

— No, nie tego. Jego brata. A poza tym czy to wiadomo kogo biorą, za co i po co? No i dokąd wywożą? Podobno Wałęsę i całą wierchuszkę Solidarności zamknęli. Ale i swoich. Gierka, Jaroszewicza…

— Matko Boska! — jęknęła Janisia. — Wałęsę?

— Włączcie telewizor — poradził pan Rachwalski. — Cały czas tylko o tym gadają. W kółko mówią, za co grozi kara śmierci. Wydaje się, że za wszystko. Nawet za to, że człowiek w ogóle żyje. Mowię — jak za Niemca.

Machnął ręką. Gdyby byli w ogrodzie, to pewnie by splunął.

— Szlag by to wszystko najjaśniejszy…

Joanna i Janisia stały jak sparaliżowane.

— A pan Andrzej — ciągnął sąsiad — to nie wiem, jak i kiedy wróci, bo jest zakaz poruszania się po terenie kraju. Można jeździć tylko ze specjalnymi przepustkami.

— Co takiego? — przeraziła się Joanna. — To do Warszawy też nie można?

— Do Warszawy to chyba od nas można. No bo od Falenicy to przecież już Warszawa, więc może i Józefów też jeszcze w tej strefie. Ale cholera ich wie.

Poszedł do domu, zostawiając Joannę i Janisię w całkowitym osłupieniu. Obie drżały, ale bardziej z przerażenia niż z chłodu.

— Chodź — powiedziała Janisia. — Włączymy telewizor.

Wysłuchały komunikatu i przeraziły się jeszcze bardziej.

— Zrób gorącej herbaty — powiedziała Joanna. — Ubiorę się i spróbuję dostać do Warszawy. Do rodziców, Ryśków, Marka, Basi… Przecież ktoś coś musi wiedzieć. Ale jak odnaleźć Andrzeja, nie wiem.

I rozpłakała się.

Janisia starała się zapanować nad sobą i myśleć racjonalnie.

— Znasz któregoś z prawników, którzy razem z Jędrkiem pojechali do Poznania? –spytała. — Może któryś z nich wrócił.

— Nie znam — odparła Joanna, która mimo wysiłków nie była w stanie ani się opanować, ani myśleć racjonalnie. — Może Halinka wie. Pojadę do niej.

Ale zanim pojechała, Halinka Roy zjawiła się w „Malwinie”. A równocześnie z Halinką — Marek. Okazało się, że przyjechali tym samym pociągiem. Przed dziewiątą rano przybył też pan Michał Ostrowski, a w godzinę po nim rozszlochana Basia. Każde z nich pytało, czy Andrzej jest w domu.

Joanna poszła do kuchni, aby postawić wodę na herbatę. Wszyscy byli podwójnie zziębnięci — i z powodu mrozu, i z powodu zdenerwowania.

Pani Halinka wiedziała, którzy z warszawskich prawników brali udział w poznańskim seminarium, ale zdołała dotrzeć tylko pod jeden adres. I dowiedziała się, że ten adwokat, podobnie jak Andrzej, do Warszawy jeszcze nie wrócił. Trudno było wnioskować, czy jest to wiadomość pocieszająca, czy przeciwnie — zdecydowanie zła.

— Pojechał też chyba mecenas Mayer — powiedziała. — Ale po pierwsze nie wiem, gdzie mieszka, po drugie nie wiem na pewno, czy on tam był.

Marek przywiózł zdecydowanie złą wiadomość. Zaraz po północy aresztowano Martę. Ryszard wysłał na ulicę Narbutta kuriera — swojego kilkunastoletniego sąsiada — z prośbą, aby Marek dał znać Andrzejowi. Sam Ryś najwidoczniej nie mógł opuścić domu. Janisia zaczęła zachodzić w głowę, co to może być. Areszt domowy? Teściowa w szoku? Któreś z dzieci chore? Z jednej strony chciała natychmiast tam jechać, z drugiej nie chciała zostawiać Joanny szalejącej z niepokoju o Andrzeja. Powtarzała więc w kółko: „Jezus Maria”. Joanna przestała się w ogóle odzywać.

Pan Ostrowski już od progu pytał, czy w domu jest dużo „trefnych rzeczy”. Joanna skinęła głową.

— No pewnie — powiedziała Janisia. — Jak w każdym.

— Gdzie najwięcej?

— No, wszędzie. Przez ten rok nazbierało się… I nikt nie chował po kątach. Wydawało się, że wolno przecież było…

— Wydawało się — powiedział z goryczą pan Ostrowski i zażądał dużego worka.

Rozpoczął systematyczne przeszukiwanie domu, pokój po pokoju.

— Tato — powiedziała Joanna — nie dasz rady. To, jak powiedziała Janisia, jest wszędzie.

Ale pan Ostrowski, niezrażony, dokonywał swoistych „czystek”. Worek został napełniony bardzo szybko i Janisia musiała wyciągać z garażu następny.

Basia już w progu wpadła w ramiona Marka. Zanosiła się od płaczu.

— Zabrali Marcina — szlochała. — A ponieważ stawiał opór, to go zbili. Spałowali go na moich oczach. I na oczach Bartusia. Boże Miłosierny! I co teraz z nim będzie? Co z nami będzie?

Marek posadził Basię na kanapie i próbował delikatnie oswobodzić się z jej paraliżującego uścisku.

— Kochanie — powiedział łagodnie i takim tonem, jakim zwracał się do niej niegdyś — gdyby nawet Andrzej był w domu, zapewne niewiele mógłby ci pomóc. To już raczej twój teść…

Basia rozszlochała się jeszcze głośniej.

— Ale go nie ma. Zmobilizowali go już kilka dni temu. Teściowa nawet nie wie, gdzie on jest. A jak się próbowała dowiedzieć, to powiedzieli, że tajemnica wojskowa. I teściowa boi się powiedzieć swoim znajomym, co się stało z Marcinem, bo kto wie, co te bydlaki mogliby zrobić ojcu. Za syna.

— No, fakt — przyznał Marek nie komentując opinii o „tych bydlakach”, do których Basia najwyraźniej nie zaliczała swojego teścia. — Sytuacja jest istotnie bardzo skomplikowana.

Mały Piotruś plątał się wszystkim pod nogami. Pociągnął matkę za spódnicę.

— Tata? — pytał — Gdzie tata?

Joanna wzięła go na ręce. Przytuliła.

— Wróci — powiedziała, ale widocznie bez oczekiwanego przez synka przekonania, bo małemu zadrżała bródka.

— Chodź — powiedział Marek i wziął dziecko z rąk matki. — Zajrzymy do gabinetu taty i zobaczymy, czy okręty stoją każdy na swoim miejscu.

Patrząc na zalaną łzami twarz Joanny, westchnął.

— Asiu, pocieszę małego, a potem zabiorę Basię, odholuję ją do domu i pojadę do Ryśka. Choć nie mam pojęcia, w czym mógłbym mu pomóc.

— Mnie jesteś potrzebny — zaszlochała. — Ale masz rację. Jedź do Ryśka. Powiedz mu, co u nas się dzieje. A właściwie, że nie wiadomo co się dzieje.

Pan Ostrowski napełnił trzeci worek.

Dochodziło już południe. Janisia słysząc o zamiarze wyjazdu Marka i Basi, przygotowała gar żuru z kartoflami, żeby — jak mówiła — nie wychodzili na mróz i na niewiadome z pustym brzuchem. Joanna chciała nakryć stół w jadalni, ale wszyscy woleli zostać w kuchni. Jedli w milczeniu. Każdy zajęty swoją własną, a zarazem wspólną myślą. A także własną i wspólną zgryzotą.

Marek wstał pierwszy.

— Zbieraj się, Baśka — powiedział. — Zanim cię odwiozę do domu i dotelepię się do Ryśka, a wreszcie do siebie, to będzie już ta cholerna godzina policyjna.

— To ja pojadę z państwem — powiedziała Halinka Roy. — Bedzie mi raźniej. Bo przyznam, że samej, to jakoś tak w tym wszystkim nieporęcznie.

Joanna odprowadziła ich do hallu.

— Ryśkowi powiedz — zarządziła Janisia — żeby przywiózł dzieci do „Malwiny”. Wydaje się, że mimo wszystko tu będzie troszkę zaciszniej.

Marek pocałował Joannę, zmierzwił jej potargane włosy.

— Nie wiem, jak teraz należy się żegnać.

— Powiedz, jak zawsze, swoje „adios” — odrzekła Joanna. — Niech ocaleje choć jeden element normalności.

Ale nie wydawało się, aby ocalał choćby jeden.

I Joanna, i Janisia prawie nie spały tej nocy. Najpierw długo siedziały w salonie, rozważając, co mogło się stać z Andrzejem. Pan Michał Ostrowski pocieszał:

— Nie przyjechali w nocy, czyli nie mieli zamiaru go aresztować. Nie sądzę, aby wiedzieli, że wyjechał. A w Poznaniu trudno byłoby go wyśledzić.

Joanna nie wydawała się uspokojona. Niby przyznawała ojcu rację, ale po chwili znowu ogarniała ją trwoga.

— A jeżeli jednak? I jeśli go też bili?

— Jak to — też? — zdumiał się pan Michał — Panią Martę bito?

— Chyba nie. Ale spałowali Marcina Olczaka. Choć chyba wiedzieli czyim jest synem. Więc jeśli swoich biją, to co czeka naszych?

— Jak był w Solidarności, to dla nich już nie jest swój. Odszczepieniec. Zdrajca. Czyli jeszcze gorszy od, jak mówisz, naszych.

Jakoś przebiedowali do rana.

Potem rozpoczął się najgorszy czas. Joanna i Janisia wyglądały co chwila przed dom, choć wiedziały — dopóki psy nie szczekają na powitanie pana, nie ma co się spodziewać powrotu Andrzeja. Ale psy szczekały rzadko. Tego dnia mało kto wychodził z domu.

— Zajmij się małym — radził pan Michał. — Piotrek wyczuwa, że dzieje się coś niedobrego. Oszczędź mu niepokoju. Bałwana ulepcie, albo co…

— Straszny mróz. Śnieg twardy.

— No to wymyśl mu jakąś zabawę w domu.

— A ty nie mógłbyś? Tatuśku… Ja jestem taka roztrzęsiona…

— Nie mógłbym. Chcę zrobić schowek na te wasze samizdaty.

Była druga, pora obiadu, kiedy rozległ sie dzwonek do furtki.

— Ja otworzę — powiedział pan Ostrowski.

Ale nie otworzył, bo psy zupełnie oszalały i nie mógł sobie z nimi poradzić. Joanna poszła więc, aby je zamknąć w zagrodzie. Kiedy jednak spojrzała na stojącego przy furtce gościa, zawahała się. W normalnych warunkach raczej by spuściła psy z łańcucha, aniżeli je pacyfikowała.

Mężczyzna był dość młody, zarośnięty, zaniedbany i najzwyczajniej — potwornie brudny.

— Mówi — powiedział ojciec — że ma wiadomości od Andrzeja.

W jego głosie było powątpiewanie. Joanna też nie uwierzyła, ale mimo to zamknęła psy i otworzyła furtkę. Mężczyzna wchodził do „Malwiny” certując się i mnąc czapkę w ręku. W hallu zatrzymał się i nie chciał, jak rzekł, „ładować się na pokoje”.

— Tu powiem, co mam do powiedzenia i już mnie nie ma.

Janisia, powiadomiona przez pana Ostrowskiego o tajemniczej wizycie, wyszła z kuchni. Spojrzała na przybysza. Skrzywiła się, potem podsunęła mu sukna pod przemoczone buty.

— Niech pan wchodzi — powiedziała. — Jemy gorącą zupę. Panu też się na pewno przyda coś na rozgrzewkę.

Głośno przełknął ślinę.

Wszedł do kuchni i przysiadł na brzegu krzesła. Janisia nalała mu pełen talerz żurku, na drugi nałożyła kopiastą łyżkę parujących kartofli. Potem wyjęła jeszcze chleb i postawiła przed nim na stole. Domownicy przyglądali się nieznajomemu jak przybyszowi z Kasjopei.

— No więc, tego… — powiedział i odchrząknął.

Był zmieszany i jakby wzruszony taką bezpośrednią formą przyjęcia.

— Pan becenas kazał powiedzieć, żeby się o niego nie martwić. On poszedł na dołek, ale tylko na czterdzieści osiem. Nie będzie… no, tego… internowany.

Pan Ostrowski zamachał rękami.

— Panie, mów pan do rzeczy. Kim pan jest i skąd pan zna mojego zięcia?

— No z dołka go znam.

— Jakiego „dołka”?

— Poznańskiego.

— A co mój zięć robi w poznańskim „dołku”?

— No wczoraj w nocy ich, czyli wszystkie papugi, zgarnęli. Przywieźli ich na komisariat i wrzucili na dołek. I potem dopiero ich dzielili. Jednych do tego… no, internowania… A innych tylko do spisania. Po czterdziestu ośmiu albo i wcześniej ich wypuszczą. Ale pewno wcześniej… Bo już miejsc brakuje. Z powodu tego, czyli braku miejsca, mnie wypuścili.

Na razie nikt niczego nie rozumiał. Pan Ostrowski starał się nie stracić cierpliwości.

— A pan co w tym „dołku” robił?

— No, ja normalnie. Zgarnęli mnie w sklepie. Za niby próbę kradzieży.

Janisia dolała mu zupy. Ukroiła pajdę chleba. Jadł zupę, maczał w niej chleb, łyżką zagarniał kartofle. Łapczywie. Musiał być bardzo głodny.

— A za co na ten „dołek” czy do tego „dołka” trafił mój zięć? — dociekał pan Ostrowski.

— No, mówiłem już. One… To znaczy pan Andrzej i inne papugi byli na jakiemś zebraniu, czy czemś takim. I stamtąd ich wszystkich zgarnęli. I dopiero, jak mówiłem, na komisariacie próbowali się rozeznać: któren przez nich poszukiwany, czyli jest na jeich liście… No, tej na internowanie… A którego można puścić. I pana Andrzeja na liście nie było. Więc jak mnie wypuszczali, to on powiada, żeby — jak będę jechał do Warszawy, bo ja tutejszy jestem — to koniecznie dać znać jego żonie, żeby się nie bała. No, to daję znać.

— Jak pan jesteś z Warszawy, to czemu pan siedziałeś w Poznaniu? — spytał nieufnie pan Ostrowski.

Janisia miała inne wątpliwości.

— A co pan mógł ukraść ze sklepu? — spytała. — Ocet?

Gość „Malwiny” zmieszał się.

— Ze sklepu to nic. Faktycznie. Ale w sklepie są przecież klienci…

— No tak — powiedział pan Ostrowski. — Poznańscy klienci noszą przy sobie więcej pieniędzy niż warszawscy?

— Nie w tym rzecz — odrzekł szczerze gość. — Ale w Warszawie to już mocno spalony jestem.

Okazali mu wprawdzie milczące i raczej nieakceptujące, ale jednak zrozumienie. A Joannie zrobiło się go nawet żal. W końcu nadłożył tyle drogi i zadał sobie tyle trudu tylko po to, aby oszczędzić jej godzin czy dni strachu.

— To bardzo szlachetnie z pana strony, że nas pan odnalazł i zawiadomił o losie męża — powiedziała. — Odchodziłam od zmysłów ze strachu.

Głos jej drżał.

— Ale niech mi pan powie… Nie bili go?

— Gdzie tam bili. Dobrze ich traktowali. A na dołku to od razu my się nimi zajęli. Krzywdy nie mieli. Polityczni przecież… Takim szacunek się należy.

Janisia, uspokojona co do losu Andrzeja, zainteresowała się bardziej praktyczną kwestią.

— A jak pan przyjechał z Poznania? Bo podobno można podróżować tylko ze specjalnymi przepustkami.

Gość poszperał w kieszeni.

— Ano, dali mi to… — pokazał druczek z pieczątką — na komisariacie. Pewno chcieli się kryminalnych, i w dodatku zamiejscowych, jak najszybciej pozbyć. Pan Andrzej pewnie też taki świstek dostanie.

Wytarł talerz chlebem.

— A w ogóle to fajny z niego gościu. Inni też w porządku byli. No może dlatego, że ciut mocno narąbani.

Widząc minę Joanny i Janisi dodał od razu:

— Ale grzeczni bardzo. I co trzeba pamiętali. Adres mąż podał dokładny i jeszcze wskazówkę, jak do was dotrzeć. No i o żonę się bardzo zamartwiał.

— A jak w Poznaniu? — spytał pan Ostrowski. — Wojsko też na ulicach?

— No, jakżeby inaczej. Wojna to wojna. Co krok albo czołg, albo inny pancerniak. No i każdy mundurowy pod ostrą bronią.

— Jezus Maria! — zawołała znowu Janisia. — To w Warszawie tak jest?

— Zanim doszedłem do dworca zatrzymywali mnie, skurwysyny, ze cztery razy — powiedział pan Ostrowski, a jego córka po raz pierwszy w życiu usłyszała, jak jej ojciec wypowiada głośno i przy kobietach wulgarne słowo. — Legitymowali i oglądali mnie, jakbym przenosił bombę wodorową pod pazuchą.

Przybysz z poznańskiego „dołka” zjadł obiad, ale nie kwapił się z odejściem. Ciepło domu i ciepły posiłek jakby odebrały mu chęć do dalszej wędrówki.

— Ma pan gdzie spać? — zapytał rzeczowo pan Ostrowski.

— No, niby mam.

— Ale wolałby pan się pewnie przespać tutaj?

— Mnie tam wiele nie trzeba. Derka do przykrycia i już. A państwu może bym się do czego nadał. Gdzieś pojechać, coś przekazać, a w razie czego najgorszego panią becenasową poratować…

— Niech pan zostanie — zadecydowała Janisia. — Rozstawię panu łóżko polowe. A teraz niech pan idzie do łazienki i porządnie się wymyje. Dam panu jakieś ubranie. Może być dres?

Mężczyzna pocałował ją w rękę.

— Myślałem, że pan becenas jest fajny gościu. Ale widzę, że cała rodzina w wielkim porządku.

Rozczulił się.

— Jakby któś chciał jakąś krzywdę pani becenasowej albo pani starszej…

— Może to wszystko się wkrótce skończy — uciął pan Ostrowski. — Przecież to wariactwo nie może się utrzymać dłużej niż kilka dni.

— Ty, tatuśku, oczywiście zostaniesz? — spytała Joanna.

— No pewno, że zostanę. Dopóki Andrzej nie wróci, nie ruszę się stąd.

Andrzej wrócił we wtorek po południu. Był ogolony i czysty. Nawet garnitur miał odprasowany. Zdumiał się na widok swego towarzysza z poznańskiego aresztu. W dodatku ubranego w jego dres.

— A ty, Rafciu, co tu robisz? — zapytał trochę rozśmieszony, ale bardziej zdumiony nieoczekiwanym spotkaniem w nieoczekiwanym miejscu.

— No, jak co robię? Nieładnie było zostawić panią becenasową samą w tym trudnym czasie. Pomyślałam, że przydatny być mogę. Na w razie czego.

— No, no — roześmiał się Andrzej. — Mężowie nie lubią, jak wracają do domu i zastają w nim facetów, którzy starają się być przydatni ich samotnym żonom. Nie lepiej byłoby, gdybyś zajął się własną?

— Moja nie taka delikatna jak pani becenasowa.

Andrzej spojrzał na żonę wczepioną w rękaw jego płaszcza.

— Asiulka — powiedział — już dobrze. Jestem. I nic mi się nie stało. A w ogóle, to i owszem. Stało się. Najgorsze, co mogło się stać.

Ze schodów schodził Piotruś. Najszybciej jak mógł i potrafił. Andrzej wziął go na ręce.

— No, jestem synku. Opiekowałeś się mamą i babisią?

Piotruś milczał. Chyba ocenił, że w roli opiekuna nie wypadł zbyt dobrze. Janisia odgrzewała obiad. Andrzej wziął prysznic i przebrał się.

— Wyglądałeś jak spod igły — powiedziała Joanna — A myślałam, że na tym „dołku” nie ma zbyt komfortowych warunków.

Roześmiał się.

— No, nie ma. Ale zreanimowali mnie w „Brovarii”. Dostałem pokój gratis, gratisowy posiłek, a pokojówki starały się doprowadzić mój ubiór do porządku. Ale obawiam się, że jednak apreturę diabli wzięli.

Joanna żachnęła się.

— Przestań. Nawet nie wiesz, co się tu dzieje. I co się stało.

Spoważniał.

— Co takiego? Byli tu?

— Nie. Ale internowali Martę. I Marcina Olczaka. Wczoraj Rysiek i Basia szukali cię, choć wątpię, abyś mógł im być w czymkolwiek pomocny.

Andrzej zaklął.

— Martę zabrali? Aresztowali czy internowali? I gdzie teraz jest?

— Nie wiem — odparła Joanna. — Ryszard zawiadomił Marka, a Marek nas. Nic więcej nie wiem. Czekałam na ciebie. A dopóki ten… No, ten człowiek nie powiedział nam, co z tobą, to nie myślałam o niczym innym i o nikim innym.

Objął ją, przytulił. Zapłakała cichutko.

— Nie umiem sobie dać rady bez ciebie.

— Ja też. W niczym i z niczym nie dałbym sobie rady, gdybym nie miał ciebie. I twojego kochania.

Spojrzał na zegarek.

— Ta cholerna godzina milicyjna — powiedział. — Powinienem jak najszybciej pojechać do Ryśka, ale nie zdążę wrócić do domu…

— Mimo to jedź — powiedziała wspaniałomyślnie Joanna. — I zanocuj u niego.

Żegnając go, nie powiedziała nawet sakramentalnego „uważaj na siebie”. Andrzej odwrócił się do kumpla z poznańskiego „dołka” i rzekł tak, jak zwykle mówił do Marsa:

— Rafciu, a ty mi pilnuj domu i kobiet.

— Się rozumie — powiedział Rafcio.

Andrzej raz jeszcze się zatrzymał.

— I poproś mojego teścia o wsparcie w papierosach i jednym głębszym przed snem. Moje kobiety tego nie dają.

— Się rozumie — powtórzył Rafcio.

Czuł się bardzo zakolegowany z Andrzejem i bardzo już w „Malwinie” zadomowiony. Rano odśnieżył całą drogę przed domem i z panem Ostrowskim — o nic go nie pytając –piłował i zbijał w garażu drewnianą skrzynkę.

Andrzej wrócił w środę wieczorem. Pan Ostrowski odciągnął go na bok.

— Wszystko, co mogłem znaleźć, no wiesz: bibuły, książki i takie tam rzeczy, wpakowałem do skrzynki i umieściłem ją na razie w psiej budzie. Taki im niby-stryszek zrobiłem. Inne rzeczy poutykałem na strychu. Jak zrobi się spokojniej, będę zabierał do siebie. Mam taką tajną piwniczkę pod schodami.

Andrzej uśmiechnął się.

— Tata, jak widzę, przygotowany do wojny i do okupacji.

— Ano… Przeżyło się to i owo, to wiem, że trzeba być przygotowanym na różne rzeczy. U matki nie byłeś?

— Wpadłem, ale tylko zapytałem, czy wszystko w porządku. Mama ucieszyła się, że jestem i że ojciec dotarł szczęśliwie do „Malwiny”. Udaje dzielną, ale chyba bardzo się boi.

— No, skoro wróciłeś, pojadę do domu. Bieda, że telefonów nie ma. Nijakiego kontaktu.

— Spróbuję zatrzymać tego opryszka — powiedział Andrzej. — Niech robi za telefon. Dopóki kogoś w pociągu nie obrobi, może służyć za posłańca.

Pan Ostrowski skinął głową.

— Obserwowałem go przez cały czas. Masz rację. To z tych patriotycznych oprychów. Pewno rodzice wozili za Niemca rąbankę.

Joanna wyszarpała męża z rąk ojca. Weszli do pokoju.

— Mów, co z Martą? I Ryśkiem?

— Mama Marty jak zwykle wariuje. Rysiek siedzi w domu, dzieci pilnuje. Ale chyba, tak jak Janisia proponowała, przywiezie je do nas. Marta — jak kamień w wodę. Nie wiadomo ani gdzie ją trzymają, ani jakie postawiono jej zarzuty. Żadnych informacji. Moja kancelaria zamknięta na cztery spusty. Halinka jest na Piwnej, w kościele Świętego Marcina. Tam powstał Komitet Pomocy Internowanym. Ludzie przynoszą jedzenie, ubrania… Ale najbardziej potrzebne są informacje. Gdyby ten cholerny Marcin nie wplątał się w politykę, teraz byłby najbardziej pożyteczny. Internowany do niczego się nie przyda.

— I nikt niczego się nie domyśla? Przecież internowano tysiące osób. Ktoś gdzieś musiał ich widzieć. Słyszeć o nich.

— Przebąkuje się, że kobiety są w więzieniu na Grochowie.

Janisia powiedziała swoje „Jezus Maria”. Andrzej usiadł na krześle.

— Asiu, zrób mi gorącej herbaty i daj aspirynę. Głowa mnie boli i jakoś tak w środku mnie trzęsie. Jak na grypę czy inną dżumę.

Joanna położyła mu dłoń na czole. Było rzeczywiście rozpalone. Andrzej przytrzymał jej rękę.

— Nie, nie dawaj aspiryny. Po prostu tak potrzymaj. Choć chwilę.

Przytuliła policzek do jego głowy.

— Idź do łóżka. Przyniosę ci herbatę i aspirynę, położę się obok ciebie i będę trzymała dłoń na twoim czole.

Uśmiechnął się.

— Tak zrobię.

Kiedy leżała już obok niego, spytała:

— Głowa boli cię nie tylko od grypy czy dżumy, prawda?

— Prawda.

— Coś jeszcze się wydarzyło?

— Nie słuchałyście Wolnej Europy?

— Nie. Strasznie zagłuszają.

— Była strzelanina na Śląsku. W kopalni Wujek zginęło kilkunastu górników.

Nie odezwała się. Tylko jej ręka zrobiła się jeszcze chłodniejsza. Zasypiając, wyszeptał:

— Bogu dzięki, że jest jeszcze miejsce w tym oszalałym świecie, gdzie nie rządzi nasz rodzimy Nero, ale pewna młodziutka kobieta z długimi lokami. I czarnymi rzęsami. I delikatnymi dłońmi. I ciepłymi, miękkimi ustami.

Kiedy zasnął, wstała i poszła do kuchni. Janisia i Rafał obierali kartofle.

— Podobno była strzelanina na Śląsku — powiedziała Joanna. — I podobno zastrzelono kilkunastu górników.

— Jezus Maria — jęknęła Janisia.

— Kurwa ich mać… — zaczął Rafał, ale spojrzawszy na kobiety umilkł.

— Możesz dokończyć — powiedziała Janisia. — Tacy właśnie są.

Andrzej był rzeczywiście silnie przeziębiony. Joanna zatrzymała go w łóżku i kurowała herbatą z malinami, nacierała mu plecy olejkiem kamforowym i terpentynowym. Włożyła mu na stopy skarpety z owczej wełny. Poddawał się tym babskim torturom z niezwykłą u niego uległością. Dopiero następnego dnia zorientowała się, że w leczniczych zabiegach wspomaga ją po cichu Rafcio. Przynosił do sypialni wódkę i kawałki imbiru „na zagrychę” i na „lżejszy oddech”. Joanna nie zrobiła tym razem awantury.

— No, dobrze — powiedziała. — Rzeczywiście zapomniałam o grzańcu. Jeśli dostanę piwo, to zrobię takiego, jak robił mój dziadek. A jak nie, to ze spirytusu.

Rafcio zjawił się jak spod ziemi.

— Jak potrzebne panu becenasowi piwo, to ja chętnie skoczę.

— Nie wątpię — powiedziała Joanna i dała mu pieniądze.

— Cóś jeszcze może trzeba? — pytał usłużnie.

— Daj mu na papierosy — powiedział Andrzej.

Dała.

— A cóś do jedzenia?

Wzruszyła ramionami.

— Górkę cielęcą — powiedziała z ironią.

Rafcia nie było ponad dwie godziny.

— Niemożliwe, żeby połakomił się na tak niewielką kwotę — dziwiła się Joanna.

Andrzejowi też wydawało się to nieprawdopodobne.

— No chyba, że go zwinęli, bo oprócz czterech butelek zwędził jeszcze kilka.

Rafcio jednak wrócił. Z czterema butelkami piwa.

— A te górkie cielęcą — powiedział do Joanny — zamówiłem na piątek.

Spojrzała na niego zdumiona.

— Gdzie? U rzeźnika?

— E, tam — u rzeźnika. W kwiaciarni. Tam przywożą co tydzień. Jakby panie chciały na przykład nóżki wieprzowe, to też mogą być. Na przeziębienie bardzo są dobre.

— No, bardzo dobre. — skrzywiła sie Joanna. — Bo można pod nie sporo wypić.

Rozdział 3

Rafcio okazał się człowiekiem prawdziwie opatrznościowym. Każdego ranka odśnieżał drogę przed domem i wjazd do garażu. Oba samochody — i polonez Andrzeja, i maluch Joanny — wyglądały jakby wyjechały prosto z myjni. Zniknęły kłopoty-zmory z zaopatrzeniem. Nie tylko dla domowników, ale także dla psów. Rafcio na trzeci dzień swego pobytu w „Malwinie” przydźwigał worek płatków owsianych i wiadro mięsnych ochłapów. Andrzej studził entuzjazm i wdzięczność żony i Janisi, twierdząc, że płatki są na pewno ukradzione z jakiegoś magazynu, a padlina to resztki pomordowanych kotów i szczurów. Psy nie miały jednak nic przeciw kotom i szczurom w takiej postaci. Rafcio wiedział, gdzie i kto w okolicy „bije” cielaka lub świniaka. Zawsze docierał tam w porę i przynosił najlepsze kawałki ubijanych zwierząt.

— Psów i kotów — upierał się Andrzej ku oburzeniu Rafcia i obu pań.

Rafcio sam o sobie mawiał, że ma bardzo „czułe ręce”. No i rzeczywiście miał. Nie tylko podczas wykonywania swojego złodziejskiego fachu. Potrafił naprawić każde zepsute czy szwankujące domowe urządzenie. Te jego „czułe ręce” umiały też łapać w radiu audycje Wolnej Europy.

Każdego dnia czuł się coraz bardziej zadomowiony i coraz bardziej przywiązany do „Malwiny”. Joanna od czasu wprowadzenia stanu wojennego bała się chodzić z psami na spacery do lasu. Odkąd jednak towarzyszył jej Rafcio, odzyskała poczucie bezpieczeństwa. Andrzej śmiał się, że gdyby rzeczywiście coś jej zagroziło, Rafcio okazałby się ostrzejszym i skuteczniejszym obrońcą od dwóch tresowanych wilczurów. Najbardziej jednak pożyteczna była kurierska misja nowego domownika. Rafcio codziennie jeździł do Warszawy z wiadomościami i po wiadomości.

Jeszcze przed świętami przyjechał do „Malwiny” Marek. Joanna od razu poprosiła go, aby osłuchał Andrzeja, który nie przestawał kasłać i u którego zaczęła podejrzewać zapalenie oskrzeli.

— A daj mi spokój! — opędzał się od niej Marek. — Niech Jędrek idzie do normalnego lekarza albo wezwij lekarza do domu. Nie mam pojęcia o męskich oskrzelach.

Ale po długich namowach i kuszeniu go ciastem z karmelową polewą wyjął stetoskop.

— W oskrzelach niczego szczególnego nie słyszę — powiedział. — Dla mnie Jędrek ma zawalone gardło i pewnie także zatoki. Niech idzie do laryngologa. Ginekolog nie wie, co robić.

— Myślisz, że będzie potrzebny antybiotyk? — nie ustępowała Joanna.

— Pewnie będzie — odparł Marek. — Na razie niech płucze gardło sodą.

Drażniąc się z Joanną, dodał, że „zamawianie” choroby też Jędrkowi nie zaszkodzi. Potem przeszedł do rzeczy:

— Jest szansa wyciągnięcia Marty z tych grochowskich kazamatów. Mam pacjentkę. Prowadziłem jej pierwszą ciążę. Teraz jest w następnej. Strasznie pokomplikowanej. Jej mąż gotów dać mi gwiazdkę jeśli nie z nieba, to ze swoich pagonów, bylebym uratował dzieciaka. To chyba pułkownik. Albo i co wyższego. Z wiadomego resortu. Pytał, czy nie potrzebuję czegoś, bo jakby co… Więc zaryzykowałem i wspomniałem o Marcie. Że też moja pacjentka, że miała takie same problemy jak jego żona, no a teraz… I tak dalej. Zachwycony nie był, ale dowiedział się, gdzie jest i obiecał, że „zrobi dla niej, co może”. Napisałem epistołę o wszelkich katastrofalnych konsekwencjach jej uwięzienia. Nie mogę powiadomić jej, co napisałem, czyli na co chorowała i na co teraz choruje. Ale mam nadzieję, że Marta sama się w tym połapie i przynajmniej nie zaprzeczy, że cierpi na te wszystkie schorzenia.

Ucieszyli się i podzielali wiarę Marka w bystrość Marty. A także w jej pragnienie wyjścia na wolność. I w tym się wszyscy pomylili. Kiedy Marek następny raz pojawił się w „Malwinie, minę miał bardziej niż kwaśną.

— Co się stało? — przestraszyła się Joanna.

— To się stało, że trzeba było uwolnić Marcina, a nie tę wariatkę.

— Marek! — oburzyły się chóralnie Janisia i Joanna.

— Dostała zwolnienie — powiedział — ale odmówiła wyjścia. Nie tylko z kazamatów, ale nawet z celi. Podobno nie chce chodzić na spacery, bo boi się, że ją capną i wyrzucą za bramę więzienia. Czyli na wolność. A ona uparła się, że będzie do końca świata solidarna z Solidarnością i solidarnościowcami i że z więzienia bez koleżanek nie wyjdzie.

— Jezus Maria! — westchnęła Janisia. — Naprawdę wariatka.