Wydawca: E-bookowo Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 217 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przepustka z piekła - Michał Gardowski


Powieść historyczno-przygodowa dla młodzieży harcerskiej i nie tylko, osnuta na tle nielegalnej działalności w latach 1946-1949, legendarnej harcerskiej ”Czarnej Trzynastki”, w okupowanym przez Związek Radziecki Wilnie, opowieść barwna o cichym bohaterstwie, przyjaźni, a nade wszystko, o dumie z polskości, o niezłomności ducha, którego nie złamała fizyczna przemoc. (Jest dziś w Polsce drużyn naśladujących tradycje wileńskiej „Czarnej Trzynastki” kilkaset)



Poznali się w chórze kościelnym św. Jakuba w Wilnie w 1946 roku, w momencie, gdy Wilno opuszczała większość Polaków. Rodziny tych chłopców, najczęściej prości i biedni ludzie, zostawali w Związku Radzieckim na mroczną i niepewną przyszłość, nie widzieli sensu opuszczania ojcowizny. Organista, druh Józef Kryptajtis, instruktor z dawnej, słynnej, wileńskiej drużyny harcerskiej „Czarnej Trzynastki”, też się  nie repatriował, na prośbę chłopców, zgodził się utworzyć harcerską drużynę. Działała w oparciu o ideę puszczańską. A rozumiał puszczaństwo druh Józef, nie jako powrót do źródeł czasu, lecz jako wzbogacanie swego wnętrza, przez zgłębianie dostojeństwa, prostoty, ciszy i tajemnic przyrody. Wystarczy chcieć, zgłębiać i próbować. Nie zrażać się niepowodzeniem. Proste, ale w tym właśnie tkwi cała tajemnica. Chłopcy współpracowali z podobną, działającą w ukryciu drużyną żeńską druhny Niki.

Drużyna istniała do roku 1949, do chwili aresztowania jej przywódców przez NKWD.

Trzyletnia barwna historia drużyny, to opowieść o cichym bohaterstwie, przyjaźni, a nade wszystko, o dumie z polskości, ale również o przegranej.  Druh Józef i jego zastępowi starali się przydać życiu swoich chłopców w sowieckim totalizmie cech normalności. Kultywowali niezłomność, intymność, wrażliwość, prawość.

Michał Gardowski

Życie wyczyniało ze mną cuda, za co jestem mu wdzięczny. Zbierałem butelki w gruzach, sprzedawałem wypieki mojej babci na jarmarkach,byłem woźnicą w radzieckim Domu Dziecka, ale i reżyserowałem filmy dokumentalne w Afganistanie i na Kubie, redagowałem, jako naczelny, moją ukochaną Polską Kronikę Filmową.

W owych czasach, nie "wydałem" nikogo,  poza bohaterami dwóch książeczek  z serii "Żółtego Tygrysa": "Uwaga Zefir, nadaję.." i "Akcja Poligon". I nie znajduję się w zbiorze Wildsteina.

Dużo pisałem o młodzieży i filmie. Byłem przez cztery lata, do wyrzucenia z hukiem, guru telewizji w randze wiceprezesa. Później odstawionym na boczny tor, szefem "milczącej" Centralnej Agencji Fotograficznej. Na emeryturze sprzedawałem rybki i kanarki w sklepiku zoologicznym własnej żony. Uważam, że życie miałem super.

Dziś znowu chwyciłem za pióro, bo lubię...

Opinie o ebooku Przepustka z piekła - Michał Gardowski

Fragment ebooka Przepustka z piekła - Michał Gardowski

Michał Gardowski

Przepustka z piekła

Wileńska Harcerska „Czarna Trzynastka”

© Copyright by Michał Gardowski

Projekt okładki: e-bookowo

© copyright by wydawnictwo e-bookowo 2013

ISBN 978-83-7859-106-1

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2013

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

W kościele św. Jakuba w Wilnie przebrzmiały ostatnie dźwięki akompaniamentu organowego do religijnego psalmu. Organista Józef Kryptajtis, rozejrzał się po chłopcach i wyciągniętym kciukiem pochwalił wysiłki. Chłopcy się jednak nie rozchodzili, coś między sobą szeptali, poszturchiwali rosłego, szesnastoletniego dryblasa, Władka.

− Bo proszę druha − zdecydował się wreszcie na przemowę Władek − bo proszę druha − powtórzył − dziewczyny już założyły drużynę harcerską. Prowadzi ich druhna Nika Gojżewska.

− Żadnych nazwisk − przerwał mu organista. − Umówiliśmy się.

Utarło się wśród kościelnych chórzystów mówić do pana Józefa „druhu”. Nie żadne, panie organisto, nie mistrzu, ale właśnie druhu. Był, bowiem Józef Kryptajtis, harcerzem z byłej legendarnej wileńskiej harcerskiej drużyny, „Czarnej Trzynastki.” I niech nikogo nie myli jego litewskie nazwisko. Tu, na tej ziemi, nikogo nie dziwiły niczyje narodowe korzenie i linia podziału nie przebiegała zgodnie z brzmieniem nazwiska. W wielu „pokutował” duch Unii Lubelskiej, ojczyzny Obojga Narodów.

Druh Józef przewidywał tę przemowę od jakiegoś czasu. Widział wśród chłopców narastającą chęć wyrwania się z szarej, przygnębiającej rzeczywistości, tęsknotę za czymś porywającym. Niczego nie przyspieszał, bo sam zmagał się z wewnętrznymi oporami. Kto wie jaką cenę można za taką działalność zapłacić. Jego drużynowy, druh Grzesiak „Czarny”, trafił na Syberię. Niby za działalność w AK, ale czy nie zaliczało też do wrogiej działalności NKWD harcerstwa, tego nikt nie był pewien.

− Sprawę macie przegadaną? − spytał z wahaniem.

− My tam chcemy − brzmiała zgodna odpowiedź.

Są sytuacje, w których przeciąganie decyzji grozi utratą autorytetu, a nawet wymknięciem się sytuacji spod kontroli. A taka sytuacja, zdaniem druha Józefa, właśnie zaistniała. Powstała przecież nielegalna harcerska drużyna dziewcząt.

Druh Józef zszedł z chóru i za chwilę pojawił się z albumem.

− Trochę uchowałem zdjęć wileńskiej, harcerskiej drużyny „Czarnej Trzynastki”.

Siedli w koło i luźne kartki albumu ze zdjęciami przechodziły z rąk do rąk.

− To Czarny − zgadnął któryś z chłopców. − Drużynowy „Trzynastki”.

− A to słowa hymnu „Trzynastki”.

Władek przeczytał na głos słowa z kartki i zanucił melodię:

Choć dla innych trzynastka złowroga

I z wielkim lękiem wszyscy przed nią drżą.

My ją kochamy tę liczbę nam drogą,

W niej my kochamy drużynę swą.

Niech o trzynastce w koło pieśń rozbrzmiewa,

Trzynastakami czujemy się w głąb serc.

W lilii zdobni kwiat, przebojem pójdziem w świat.

Hej w świat, hej w świat, w szeroki świat,

Trzynastak pójdzie chwat.

Piosenka zbliżyła ich jeszcze bardziej do siebie. Zacisnęli bezwiednie krąg, wsparli ramię o ramię. Druh zagrał przyciszone dźwięki melodii. To było ich pierwsze, nieznane dotychczas przeżycie.

− Korzenie, ot, co − powiedział druh Józef. − Opowiem Wam historię jednego chłopca, takiego jak Wy.

Na chórze zrobiło się cicho jak makiem zasiał. W półmroku wpatrywały się w niego zaciekawione oczy chłopców.

− Działo się to w roku 1913, więc przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości po latach rozbiorów. W prastarej polskiej stolicy, Krakowie, mieście równie pięknym jak nasze Wilno. Na plantach Krakowa ćwiczyła musztrę i śpiew zgrana grupa chłopców, a z krzaków obserwował ich trzynastoletni Józek. Przybiegał tu raniutko, wyczekiwał i gubił za nimi oczy. Lecz tamtego lata poszedł do pracy, gdyż musiał zarobić na czesne za nowy okres szkolny. Pracował po 11 godzin dziennie przy robotach drogowych w mieście, dostając 2 korony dziennie. Józek był chłopcem szczupłym, lecz wysportowanym, zawsze z głową nieco uniesioną.

− To był druh Grzesiak, „Czarny”. − Ktoś się głośno domyślał.

− Tak, „Czarny”. Józek urodził się w biednej rodzinie, na przedmieściu Krakowa, zwanym Czarna Wieś, i pokochał tą nazwę i czarny kolor.

− Po Krakowie przechadzali się jeszcze w swoich paradnych mundurach, przy szabli, podwładni austriackiego cesarza, ale na świecie już wrzało, w powietrzu wisiały zmiany.

− W jakiś czas później, kiedy zaczął się rok szkolny, dowiedział się Józek, że obserwował drużynę skautów. Skrzyknął paru kolegów i założyli zastęp „Dziki”. Sprawili sobie długie kije i ćwiczyli się w mustrze i śpiewaniu piosenek.

− Zupełnie jak czasem my − nie wytrzymał Kaziczek.

− Podobnie − uśmiechnął się druh na tę wiadomość − tyle, że oni działali otwarcie. Jeszcze tego samego roku, zastukali do drzwi przystani wioślarskiej „Sokoła” nad Wisłą, do siedziby skautowej i przygarnięto ich. Stali się częścią Krakowskiej Drużyny Skautowej im. gen. Henryka Dąbrowskiego.

− Przyrzeczenie harcerskie złożył Józek w rocznicę Konstytucji 3 Maja, pod kopcem Kościuszki. Z „Dzikiego”, zastęp nazwał się „Czarnymi Wilkami”, i odtąd do Józka przylgnął pseudonim „Czarny”.

− W dwa lata później, w listopadzie roku tysiąc dziewięćset szesnastego, Austria proklamowała utworzenie „samodzielnego” państwa polskiego. „Czarny” skłamał podając się za starszego i wstąpił do Legionów. Pociągnął za sobą starszych chłopców. Służył w pułku Legionów dowodzonym przez pułkownika Edwarda Rydza-Śmigłego i przeżył swój pierwszy życiowy dramat. Lekarze ze względu na zdrowie wykluczyli go ze służby czynnej w wojsku.

− Och − jęknął Karolek.

− Czarny nigdy tego wyroku nie przyjął − stwierdził po małej przerwie drużynowy. − W dwa lata później zastępy „Czarnych Wilków” stały się 13 Krakowską Drużyną Skautową, a Józek Grzesiek, jej drużynowym. Nosili czarne chusty, i nazwali się „Czarną Trzynastką”.

− Czarny we wszystkim był rzeczowy. Stawiał ostre wymagania. Pomysłom nadawał konkretną treść. Harcerska Kasa Oszczędności – skromna, lecz jakże pożyteczna, własna Komisja Dostaw Harcerskich, czyli sklepik drużyny, biblioteka z książkami w ciągłym ruchu, dyżury w Muzeum Czapskich, które dawały sposobność do ciekawych kontaktów. Plenery malarskie, loterię na potrzeby drużyny, kursy lekkiej atletyki i boksu.

− Hende Hoch! − wołali nieuzbrojeni, ale gotowi na wszystko „Trzynastacy”, rozbrajając pod koniec, tysiąc dziewięćset osiemnastego roku pierwszego żołnierza austriackiego na ulicach Krakowa. Później, mając pierwszą odebraną broń, zdobyli 24 karabiny. Stworzyli Oddział Lotny Straży Obywatelskiej.

Niedługo pokazali się i od innej strony. Byli robotni i pomysłowi. Na wystawie osiągnięć skautowych w Krakowie wystawili zbudowaną przez siebie sześciometrową łódź oraz kilkanaście prac z zakresu pionierki obozowej. Robili pomiary melioracyjne na Kujawach, pracę bardzo odpowiedzialną. Zamiast kapeluszy skautowych nosili rogatywki z czarnym otokiem.

− Wojna z bolszewikami w roku tysiąc dziewięćset dwudziestym zmieniła całkiem los „Czarnego”. Skrzyknął Oddział Szturmowy „Czarnej Trzynastki” w sile 21 druhów, którego dewizą było: „Zwyciężyć, nie zginąć!” Skierowany do Wilna, wszedł w skład Wileńskiego Batalionu Harcerskiego, dowodzonego przez braci Romualda i Tadeusza Kawalców. Gdy nasi się cofali, Józek wykazał spokój i rozwagę. Utrzymał wysokie morale swego oddziału. Ranny, za umiejętne dowodzenie w szturmowaniu pozycji wroga w Grodnie, został odznaczony Krzyżem Walecznych

− Harcerze z Krakowskiej „Czarnej Trzynastki”, których wraz z Czarnym los rzucił do Wilna, powrócili do Krakowa. Józef pozostał w Wilnie. Wierny romantycznej miłości, ożenił się z Marią Bobrowicz – sanitariuszką, która się nim opiekowała, gdy był ranny pod Grodnem. Spacer w Ogrodzie Botanicznym w towarzystwie świadków zastąpił ucztę weselną. Czarny wziął w swoje ręce 3 Wileńską Drużyną Harcerzy, którą wkrótce stała się „Czarną Trzynastką” imienia Zawiszy Czarnego. W tysiąc dziewięćset dwudziestym siódmym roku został komendantem Chorągwi Wileńskiej, ale nadal prowadził drużynę. Byli na zlotach skautowych w Pradze, na Węgrzech i w Holandii. W połowie lat trzydziestych redagowali dodatek harcerski w wileńskim dzienniku „Słowo”.

− Wilno po napadzie Niemców na Polskę w roku 1939 znienacka zajęli sowieci. Historia Czarnego jakby zatoczyła koło. „Czarna Trzynastka” utworzyła Związek Bojowników Niepodległości. Później, gdy Wilno okupowali Niemcy, Józek został komendantem garnizonu Armii Krajowej jednej z dzielnic Wilna, a jednocześnie komendantem miejscowej chorągwi Szarych Szeregów. Miał pseudonim „Kmita”. Brał udział w akcji pod kryptonimem „Ostra Brama”, próbie wyzwolenia Wilna przez Armię Krajową. Jego harcerze zawiesili nad Wilnem, na baszcie Giedymina 13 lipca 1944 roku biało-czerwoną chorągiew. Tuż po wyzwoleniu Wilna przez wojska radzieckie, Grzesiak ukrywał się. Był pilnie poszukiwany przez NKWD.

Wydał go prowokator. Aresztowano go na ulicy. Skazany na wiele lat obozu, został wywieziony do Workuty, a z nim jego wielu harcerzy.

Drużynowy zamilkł.

Album wciąż krążył między chłopcami. Były w nim zdjęcia i rysunki tonących w zieleni lasów obozów harcerskich, prujących lustrzaną powierzchnię rzek i jezior kajaków, zawieszonych w powietrzu skoczków narciarskich w czasie harcerskich igrzysk zimowych.

W niezwykłej scenerii, na chórze u szczytu kościoła, niemal po ciemku, w tajemniczych refleksach złoceń organów, poczuli się silni, jak w statku opaczności chroniącym przed falą niesprawiedliwości i pogardy dla ludzkiej wolności i życia, spoiła ich przyjaźń, która zaowocowała siłą przetrwania na wiele lat. I prawdy tej nie umniejszą te, być może zbyt górnolotne, o przyjaźni słowa.

Rozeszli się jacyś tacy wyciszeni i zamyśleni. Następną zbiórkę wyznaczono sobie w domku druha Józefa. Położony na ustroniu, nad Wilią, obsadzony jabłoniami, nadawał się znakomicie na dyskretne miejsce spotkań zastępów.

− Nauczycielka namawia mnie do organizacji pionierskiej − powiedział na pierwszej zbiórce drużyny, któryś z młodszych chłopców. − Co mam zrobić?

− Spytaj, czy nie przeszkadza pionierowi usługiwania do mszy − poradził mu ktoś. − Ode mnie się od razu odczepili.

− Mnie namawiają do wstąpienia do Komsomołu − poinformował Władek.

− Nas też − odezwali się dwaj jego rówieśnicy, Janek i Genek.

Druh Józek zamyślił się.

− Ze mnie zeszli − oświadczył Janek − po tym jak wokół naopowiadałem, że mój pradziadek był carskim policmajstrem.

− A był? − spytał ktoś.

− Też coś − oburzył się Janek. − Był powstańcem.

− Sprawa nie prosta − stwierdził druh Józef. − Trzeba na różne sposoby unikać zniewolenia, udawać durnia, niegodnego takiego zaszczytu, jak pionier czy komsomolec, ale jeśli się pomimo wszystko komuś przydarzy, znajdzie wśród nas zrozumienie.

− Znajdzie − potwierdzili chłopcy.

− Postępować jak Konrad Wallenrod − oświadczył zdecydowanie Władek, wymachując jak skrzydłami wiatraka, długimi rękami. − Patronem drużyny niech będzie Wallenrod.

− Jakub Jasiński − zadeklarował niskim głosem Janek.

Druh Józef spojrzał po swojej gromadce. „Jak długo przyjdzie im spotykać się po kryjomu. Czy w ogóle będą mogli działać kiedykolwiek jawnie?” W roku 1946, w obliczu fizycznej zagłady, wywózek na Sybir, Wilno opuszczała większość Polaków. Zostawiali ukochane miasto, rozgrabione, przetrzebione z młodzieży wywiezionej na Sybir. Przepełnione więzienia, wyręczały przekształcone na miejsca katowni kościoły, cerkwie i bożnice. Na ulicach dumnego niegdyś z umiłowania wolności miasta, królował ordynarny, rosyjski, żołnierski żargon. Gwałty, rozboje, aresztowania i wywózki Polaków i Litwinów były codziennością. Najwięcej zostawało kresowiaków na wsi, ci, nie widzieli dla siebie żadnej perspektywy w nowej, powojennej, polskiej rzeczywistości.

Rodziny tych chłopców zostawały na mroczną i niepewną przyszłość tu nadal. Czy trud samowychowawczy ma jakiś sens? Czy nie jest niepotrzebnym ryzykiem? Czy jednak ryzyko usprawiedliwia tchórzostwo? Czy ceną za spokój ma być wynarodowienie i wyzbycie się własnych korzeni?

Powiedział z rozmysłem: − Nie spieszcie się z patronem. Mamy wokół siebie tylu wspaniałych ludzi, bohaterów, o czynach których nie wolno mówić, których każą nam zapomnieć. Rozejrzyjcie się, przysłuchujcie się. Wybierzemy tych „zwykłych”, spośród waszych najbliższych. Ich uhonorujmy. O nich zbierzmy druhowie informacje. Napiszmy Kronikę Bohaterów.

Pomysł chwycił. I ten, jakże oczekiwany zwrot: „Druhowie”!

− Dziś ustalmy najbliższe zadania − stwierdził druh Józef. − Tworzymy trzy zastępy: Władka, Janka i Genka. Przyrzeczenie i sprawdzian na „Młodzika”. Kto się zapoznał z wymaganiami? Czy coś wymaga wyjaśnień?

− Ja tam nie widzę się w tym harcerstwie − wystrzelił nagle Jędrek, na co dzień zwany „Żyła”, ze względu na swoją niesamowitą elastyczność ciała. − O jakich obowiązkach i serdeczności w rodzince może być mowa, kiedy Baćka pije i bije. Spróbujcie powiedzieć mu coś o dobrym uczynku, wyśmieje i zgnoi.

Zapanowała cisza.

− Życia w regulamin nie da się wcisnąć − powiedział spokojnie druh Józef. − Twoją zasługą jest to, że mimo wszystko nie opuściłeś matki ani rodzeństwa.

Druhowie odetchnęli z ulga, „Żyła” podniósł opuszczoną głowę.

− Mam swoją ulubioną książkę. „Lato Leśnych Ludzi” − krzyknął ktoś.

− Ja „Ludzi morza”, o pierwszej Wojnie Światowej.

− Znam daty świąt rodzinnych i lubię „Koziołka Matołka”.

− Znam okolicę mego domu i pomagam chorej sąsiadce w porządkach koło jej domu.

− Znam już pięć harcerskich piosenek.

− Umiem określić kierunki geograficzne na podstawie zjawisk przyrody, potrafię się posługiwać kompasem.

− A ja mogę wam zaprezentować morsa migowego rękami, albo lusterkiem.

− Nieźle jak na dzień dobry − stwierdził drużynowy. − Od siebie dodam, że każdy z was musi pokonać w sobie jakąś posiadaną wadę.

− Wadę? To znaczy, co? − spytał Marcin, „Elegant”.

Ktoś zachichotał.

− Ty, czego? − wściekł się „Elegant”.

− No właśnie tego. Bez kija nie podchodź.

Druh Józef pozostawił starcie chłopców bez komentarza.

− Każdy z was musi uczestniczyć w przynajmniej dwóch zadaniach zespołowych − powiedział. − Pogadajmy jak można zarobić pieniądze na letni obóz wędrowny, nad jeziorem Narocz. Naśladujcie druhny. Weźcie się za naukę wyrobów ludowych na doroczne święto wileńskich „Kaziuków”. Dziewczęta na stragan jarmarczny dostarczą serc i pierników i palemek, my glinianych naczyń i wyrobów z wikliny. Jak zrobić, poproście o radę starszych. Róbcie po dwóch, trzech u siebie w domu. Pamiętajcie, nic was poza chórem kościelnym nie łączy. Jasne?

− Jasne.

Następnego wieczoru mieli próbę chóru w kościele.

− Ułożyłem jedną dodatkową zwrotkę do hymnu „Trzynastki” − oświadczył niespodziewanie zawsze milczący, wysoki, wychudły, skromny chłopczyna, Karolek. Jego rodzice, pracownicy wojskowości, zostali wywiezieni na Sybir. Karolek mieszkał z babcią. Chłopcy wiedzieli, że od dwóch lat zmagał się z chorobą płuc.

− Wal, chłopcze − zachęcił go druh Józef. − Siadaj za klawiaturą.

Karolek spocony z emocji, usadowił się w starym fotelu za błyszczącą klawiaturą organów. Jako jeden z nielicznych potrafił nie tylko śpiewać, lecz i pięknie grać. Że miał talent poety, tego chłopcy jeszcze nigdy nie doświadczyli. Słuchali uważnie płynących słów.

Tajemnica. Wszystko w sercu i głowie.

Żadnych odznak, sznurów, odznaczeń.

Wszyscyśmy jak dzieci ulicy.

Co polskie gromadzić i przechować w sobie.

Prawdę, Honor i miłość do Ojczyzny.

− Trafiłeś w sedno − powiedział wzruszony druh Józef.

− Super, Karolu, gra − odezwały się głosy kolegów.

− Prawdziwy poeta − z mroków wejścia na chór rozległ się energiczny, ciepły głos druhny Niki. − Zdaje się, że trafiłam tu do was w samą porę. Chciałam pogadać o pieniądzach na obóz, o straganie na rynku w czasie „Kaziuków”. Potrzebuję trzech chętnych do nauki wyplatania koszyków wiklinowych, i dwóch do lepienia garnków. Dziewczęta w rodzinie znalazły artystów ludowych, są chętni uczyć.

− Ja mogę nauczyć robić miotły − powiedział Marcin, „Piegus”, a widząc, że wielu kręci głową z powątpiewanie, dodał − no, co, towar deficytowy. Nie wszyscy są artystami, a zamiatać trzeba.

− Mnie nauczysz − poparł go Władek.

− I mnie, i mnie − zgłosili się ochotnicy. − Surowca nad Wilią nie brakuje, ani na miotły, ani na wyroby wiklinowe.

Zima na Karolinkach

Wileńszczyzna. Ogrom przestrzeni. Nie znajdziesz na niej pasm górskich w wielkim stylu. Znajdziesz natomiast bezmiar dziesiątków jezior, fantazję pofałdowanych wąwozami i wzgórzami przepastnych lasów, spadziste ściany gór, zastygłe w przyrodzie szczątki odległej przeszłości, labirynty głębokich parowów, poszarpane, lesiste zbocza. Las towarzyszył ludziom od zawsze, nasi przodkowie nieomal wszystko zawdzięczali lasom: dach nad głową, odzienie, pokarm, leki, las chronił przed wrogami.

Nie ma też wątpliwości co do roli, jaką odegrał ogień w historii ludzkości. Jak długo człowiek go nie posiadał, musiał obawiać się nocy i dzikich zwierząt. W kręgu ogniska wyrosły wszystkie wspólne zwyczaje, rozwinął się język, sztuka, nauka i rozwinęła się władza. Ogień jest, zatem centralnym miejscem Puszczaństwa. Światło, które oznacza ochronę, przy którym spotykają się ludzie jednakowo myślący, którzy są pod działaniem jego magii.

Wileńszczyzna, jakby ze swojej natury przeznaczona była do harcerskiego, puszczańskiego żywota. I właśnie puszczaństwo było pasją Józefa, jego sens i ideały, po dziś dzień kształtował w sobie. Kochał bezmiar jezior i muzykę. Puszczaństwo uznał również za drogę dla działań drużyny najkorzystniejszą i najbezpieczniejszą w zaistniałych okolicznościach. Jak kiedyś, tak i teraz, las miał zapewnić osłonę i bezpieczeństwo. Wysoki, smukły, druh Józef, ciągle się uśmiechał i uśmiechem tym zarażał wszystkich. Przy nim wszystko stawało się łatwe i emanowało tajemniczością.

Chłopcy uczyli się terenoznawstwa, obozowania, przyrodoznawstwa, gier, tropienia, podchodzenia, sygnalizacji, i wielu innych typowych technik harcerskich, ale obrzędowość samej drużyny miała w sobie coś unikalnego, oryginalnego i strasznie pociągającego… Jak miło wędrować i gromadzić w sobie zapas rodzimych pejzaży, zżyć się z nimi, na co dzień zapałać do nich miłością i zachować na zawsze w sercu. Jak bardzo wówczas głęboko w serce wnika duma z rodzimej przeszłości, umiłowanie wolności, cześć dla bohaterów.

Puszczaństwo to jednak nie tylko zapadła wieś, ciemności lasu, błękit nieba i nieprzebyte jary. Puszczanina znajdziecie w ludnych miastach, gdy zamiast kupować słodycze, dokarmia zimą marznące ptaki, puszczaństwa doświadczycie, wydobywając zwierzęta z wnyków, poczujecie, przygarniając bezpańskiego, ginącego z pragnienia pod płotem szczeniaka, puszczaninem stajecie się nie pozostawiając bezczynnym wobec krzywd zadawanych słabszym i bezbronnym. To też jest zew Puszczy, i jeśli się ma go w sobie, to jest się puszczaninem.

Karolinki są leśnym kompleksem, ciągnącym się od krańców Wilna, od dzielnicy Zwierzyniec, w kierunku północnym, gdzieś nad jezioro Sałata i dalej… Teren mocno górzysty, poprzecinany wąwozami, graniczący od strony południa wysokim brzegiem z rzeką Wilią. Ten, kto zna Karolinki jak własną kieszeń, jest niewidzialny, nieuchwytny, jak „Duch Puszczy” u Karola Maya. Tu chłopcy z drużyny zapoczątkowali swoją harcerską przygodę.

Zawaliły Karolinki białe hurby śniegowe. Wilia miejscami skryła się pod lodem. Po spokojnym atłasie wody płynie kra, szumi, chrupie, trzeszczy.. Mróz skrzypi pod nogami ludzi i koni.

Ktoś rzucił myśl zawodów narciarskich. Niemal u każdego znalazła się para nart. Czasem od pary, czasem nie na potrzebny wzrost. Ale kto by się tym przejmował. Największą bolączką były sparciałe, najczęściej skórzane wiązania, lub ich zupełny brak. Tylko paru chłopców miało przy deskach żelazne szczęki i sprężynowe wiązania, ale te z kolei nie pasowały do walonek czy innych cudacznych butów.

I wtedy z opresji wyratował wszystkich Krzysio „Bynajmniej”.

− Zdobywajcie podeszwy od starych butów − zarządził. „Bynajmniej” zaprezentował swój uniwersalny projekt wiązań narciarskich. Do narty przykręcona śrubami była stara podeszwa z gumowym paskiem z dętki na przód obuwia i gumowym uchwytem na piętę. Pasowało to urządzenie na walonki i na kłumpie, czyli drewniaki. Droga do zawodów na Karolinkach stała otworem. Ustalono trzy narciarskie konkurencje: zjazdową na czas, bieg na przełaj i skoki.

Pomysł, pomysłem, braki w sprzęcie, brakami, ale do szczęścia wielu chłopcom brakowało po prostu umiejętności narciarskich. Dano więc sobie czas dwutygodniowy i wybrano oślą łączkę dla debiutantów. Cztery razy w tygodniu oblatani w jazdach, zabierali podopiecznych na narty. Po raz pierwszy w życiu zaznali chłopcy uczucia, które rodzi ruch i pęd. W krótkim czasie szarżowali i trzeba ich było upominać, żeby zjeżdżali wolniej. Szybko pojęli, jaką przyjemność dostarcza sprawność własnego ciała. Dlatego, na własną już rękę, z samozaparciem, ćwiczyli tężyznę na trzepakach podciągając się i robiąc przerzutki.

W zamian za naukę, debiutanci pod okiem Władka przygotowali bramki na trasie przejazdu i zrobili ze śniegu utwardzoną, niewielką skocznię. Tylko wyjątkowemu pechowi zawdzięczali niektórzy na tej skoczni solidnie stłuczony tyłek.

W wyznaczoną na zawody niedzielę, trzymał prawdziwie wileński, kąsający w policzki mróz, ale nie było wiatru. Śnieg zakrzepł na świerkach, otulonych lekką mgłą. Samotna droga przez las nabrała nieznanej tajemniczości. Wszyscy stawili się na Karolinkach punktualnie i byli bardzo przejęci. Pagórek wyznaczony do zjazdu, stanowił łagodne zbocze, dobrze pokryte śniegiem, miał długości około trzystu metrów.

Gnane wiatrem chmury postrzępiły się i śnieg roziskrzyli się w promieniach słońca. Zimowy pejzaż zapierał dech w piersiach. Napawali się jego krasą, ale mróz domagał się ruchu, piekły z zimna uszy i nosy, drętwiały w byle jakich rękawicach palce u rąk.

Na dół zjechał druh Józef i zatrzymał się efektownie, wzniecając fontannę śniegu. Miał oceniać zjazdy. Na starcie stał Władek i dawał ręką znaki zawodnikom.

Ze zbocza ruszył pierwszy zawodnik. Wykonywał doskonale krótkie, szybkie skręty między bramkami w puszystym śniegu.

− Świetnie – ocenił drużynowy. − Ho, ho! Ten naprawdę umie jeździć na nartach. To chyba Janek?

Nie mylił się. Uścisnął mu rękę i zanotował wynik.

Na trasę ruszył nowy zawodnik. Jechał zbyt szybko i przecenił swoje możliwości. Drużynowy złapał się na tym, że udziela mu półgłosem rad. W połowie trasy zawodnik zaczepił o bramkę i przekoziołkował w tumanie śniegu. Puściło jedno wiązanie i narta pomknęły po zboczu. Narciarz podniósł się, a gdy któryś z chłopców podjechał do niego, by mu pomóc, odepchnął go od siebie, żeby pokazać, że nic mu się nie stało. To był Krzysio „Bynajmniej”, wynalazca wiązań. Odnalazł zgubioną nartę i zjechał na jednej narcie do druha Józka.

− Jestem niezdara – powiedział. − Wygłupiłem się. A wiązania są „bynajmniej” do niczego.

− Szło ci bardzo dobrze. Nie było jeszcze takiego zawodnika, który by od czasu do czasu nie upadł. A wiązania są genialne, uwolniły ci nogę w niebezpieczeństwie.

W tym samym momencie, przy tej samej bramce, przy której upadł Krzysio, przewrócił się następny zawodnik.

Krzysio odetchnął z ulgą.

Po zjazdach nastąpiły skoki i nad podziw wypadły znakomicie. Teraz druh Józek sam mógł z ulgą odetchnąć. Osobiście skoków żadnych nie preferował. Miał lęk wysokości, z którym musiał ciągle walczyć. Skoki niosły ryzyko, bez którego jednak dla większości ludzi życie staje się bezbarwne. Dowodzili tej prawdy chłopcy odważni i zwinni, fruwający i pokonujący lekko jak ptaszki dystans pięciu, sześciu metrów. Bieg na przełaj rozegrać postanowiono w niedzielę następną.

Rozgrzani, roześmiani i przede wszystkim przekonani, że dla chcącego nie ma nic trudnego, wracali pojedynczo do miasta, bo licho nie śpi.

Biblioteka i list od konia