Wydawca: HarperCollins Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 212 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przepis na święta - Debbie Macomber

Marzenia o dziennikarskiej karierze towarzyszą Emmie od dziecka. Zatrudnia się w lokalnej gazecie w stanie Waszyngton, ale szef zleca jej jedynie pisanie nekrologów. Wreszcie Emma dostaje szansę, by się wykazać – ma przeprowadzić wywiad z trzema finalistkami konkursu na świąteczne ciasto. Temat na czasie, bo zbliża się Boże Narodzenie. Redakcja wynajmuje dla niej awionetkę, ale problem w tym, że Emma nie tylko nie znosi ciasta, ale też panicznie boi się latania. A już najbardziej nie lubi takich mężczyzn jak Oliver, pilot i właściciel awionetki. Tak przystojny i pewny siebie, że aż… intrygujący!

Opinie o ebooku Przepis na święta - Debbie Macomber

Fragment ebooka Przepis na święta - Debbie Macomber

Debbie Macomber

Przepis na święta

Przełożyła Anna

ROZDZIAŁ PIERWSZY

W chłodny lutowy dzień 1955 roku, kiedy przyszedłem na świat, moja cioteczna babcia przyniosła w prezencie tradycyjny keks. Przechowuję go po dziś dzień i co roku w święta Bożego Narodzenia przynoszę go ze strychu. Nadal wygląda świetnie i kusi, by odciąć kawałek i spróbować.

Dean Fearing,

szef kuchni restauracji

„The Mansion on Turtle Creek”

Ta praca chyba ją w końcu dobije.

Emma Collins w milczeniu popatrzyła na przystojnego pilota, który znowu zachęcającym gestem wskazał na samolot, z uporem namawiając ją na krótki lot nad okolicą. Nie po to tu przyszła. Jej zadaniem była sprzedaż powierzchni reklamowej w gazecie „The Puyallup Examiner”.

– Nie, naprawdę dziękuję – powtórzyła po raz trzeci. Ten Oliver Hamilton chyba ma problemy ze słuchem, pomyślała z irytacją, lecz nadal robiła dobrą minę do złej gry. Musi zachowywać się jak profesjonalistka, nie może pokazać po sobie zdenerwowania. Nie ma mowy, by dała się wrobić w taką przejażdżkę.

Bała się latać. Lot normalnym samolotem jeszcze jakoś potrafiła przeżyć, lecz za nic by nie wsiadła na pokład tej niewielkiej maszyny pilotowanej przez Olivera. Co z tego, że facet jest całkiem do rzeczy. Jego ciemnoniebieskie oczy lśniły pięknym blaskiem, a brązowa kurtka z postarzanej skóry upodabniała go do pilotów z czasów II wojny światowej. Brakowało mu tylko białego szalika. Była pewna, że gdyby przyjęła jego propozycję, na długo by zapamiętała ten lot. Hamilton dopiero by jej pokazał, co potrafi. Pętle, beczki i inne akrobatyczne popisy – chyba by umarła ze strachu. Wyglądał na takiego, który lubi się popisywać.

Położyła na biurko cennik ogłoszeń reklamowych, odwracając się od okna wychodzącego na lotnisko i stojącego w pobliżu samolotu. Cessna caravan 675, jak wcześniej pouczył ją Hamilton.

– Jak już mówiłam, „The Examiner” wychodzi w nakładzie ponad czterdziestu pięciu tysięcy egzemplarzy, swym zasięgiem obejmuje cztery hrabstwa. Oto nasze stawki – wskazała na cennik. – W grudniu mamy ofertę promocyjną, bardzo interesującą. Proszę tylko zobaczyć. Takich stawek nikt nie jest w stanie przebić.

– Wszystko to pięknie – rzekł Hamilton, podnosząc się i okrążając biurko. – Za to ja mogę zaproponować przygodę życia...

Instynktownie szarpnęła się w tył. Miała głęboki uraz do facetów, którzy sypali obietnicami jak z rękawa. Jej ojciec był właśnie taki. Takim go pamiętała od najmłodszych lat. Pojawiał się i znikał, potem znowu wracał, obsypując ją prezentami i obiecując złote góry. Oczywiście nigdy nie dotrzymywał tych obiecanek. A jednak mama kochała go do końca. Zmarła po krótkiej chorobie, gdy Emma była na drugim roku studiów. Ojciec, trzeba mu oddać sprawiedliwość, płacił za jej studia, lecz ona nie chciała utrzymywać z nim kontaktów. Miała swoje życie i swoje plany, marzyła o karierze dziennikarskiej. Po dyplomie zaczęła pracę w „The Examinerze”. Nie było łatwo, lecz trudności wcale jej nie zniechęcały. Zdawała sobie sprawę, że początki zwykle są trudne. Nie spodziewała się jednak, że połowę czasu będzie spędzać na szukaniu ogłoszeniodawców i pisaniu nekrologów.

„The Examiner” był gazetą o długiej tradycji, należał do wymierającego gatunku – od trzech pokoleń znajdował się w rękach rodziny Berwaldów. Walt Berwald II utrzymał dziennik w trudnych czasach ekspansji koncernów prasowych i rosnącej konkurencji ze strony wielkomiejskich gazet z Tacomy i Seattle. Nie było to łatwe zadanie; nic dziwnego, że przypłacił to atakiem serca. Teraz, po jego niespodziewanej śmierci, stery przejął trzydziestoletni syn Walta. Walt III, nowy redaktor naczelny, wychodził ze skóry, by płynność finansowa gazety nie została zachwiana. Było to prawdziwe wyzwanie.

– Hej, Oskar. – Oliver pochylił się i pogłaskał swojego pieska. – Wiesz, co mi się wydaje? Że ta pani boi się latać.

Emma zagryzła wargi. Była zła, że Oliver tak szybko ją rozszyfrował.

– Co za bzdury – mruknęła.

Pilot zdawał się nie słyszeć tej uwagi. Nadal pieszczotliwie tarmosił zwierzaka. Nie wiedziała, jaka to rasa. Wyglądał jej na jakąś odmianę teriera. Piesek był cały biały, tylko na lewym oku miał dużą czarną plamę. Był kiedyś taki stary przedwojenny film, w którym występował podobny psiak. Nie mogła przypomnieć sobie teraz tytułu.

– Przyszłam tu, by przedstawić naszą nową ofertę – przypomniała. – Liczę, że może się jeszcze namyślisz.

Oliver wyprostował się, skrzyżował ramiona i pochylił się w jej stronę.

– Jak już wspomniałem, moja firma dopiero się rozkręca. Na tym etapie nie mam nieograniczonych funduszy i nie stać mnie na reklamę. Dlatego na razie muszę poprzestać na moich dotychczasowych klientach. Są zadowoleni i polecają mnie swoim znajomym. To całkiem dobrze działa, nie narzekam.

Chyba nie aż tak dobrze, skoro ma tyle wolnego czasu, podsumowała w duchu Emma.

– A jakie to usługi? – zapytała.

– Daję lekcje pilotażu, a ostatnio doszły do tego przesyłki lotnicze.

– Aha.

– Jak dotąd ani razu się nie rozbiłem.

Żartował sobie z niej, to było jasne. I mało przyjemne. Chyba nie liczył, że tą ostatnią uwagą skusi ją do wejścia na pokład malutkiej cessny.

– Chociaż – ciągnął Oliver – zawsze musi być ten pierwszy raz.

– Właśnie miałam to na końcu języka – mruknęła Emma. – No dobrze, na wszelki wypadek zostawię naszą ofertę – dodała przyjaznym tonem. – Mam nadzieję, że może wrócisz do niej, gdy pozwolą ci na to finanse.

Sięgnęła po teczkę i torebkę, ruszyła do wyjścia. Nieoczekiwanie Oliver stanął w drzwiach i wyciągnął rękę, blokując przejście. Po jego twarzy błądził leniwy, seksowny uśmiech. Hm, ciekawe, jak często te dwie rzeczy idą w parze, przebiegło jej przez myśl. Biorąc pod uwagę jego urodę i chłopięcy wdzięk, z pewnością nie miał problemów z czarowaniem panienek. Z miejsca padają mu do stóp. Ale nie ona.

Bez mrugnięcia okiem wytrzymała jego spojrzenie.

– Na pewno nie dasz się namówić na przejażdżkę? – zapytał.

– Na pewno – potwierdziła stanowczo.

– Naprawdę nie ma się czego bać.

– Uhm. Przepraszam, ale na mnie już pora. Zostało mi sporo spraw do załatwienia.

Odsunął się z przejścia.

– Wielka szkoda. Jesteś bardzo zdystansowana, ale masz w sobie coś.

Nie mogła się powstrzymać. Wzniosła oczy do nieba.

Oliver zaśmiał się cicho. Odprowadził ją do samochodu; pies nie odstępował go na krok. W innej sytuacji chętnie by go pogłaskała, lecz teraz zwalczyła pokusę. Oliver mógłby odczytać to opacznie, wyobrazić sobie, że to on ją zainteresował. Lubiła zwierzęta, zwłaszcza psy, i to bardzo. Planowała, że kiedyś też będzie miała swojego. Na razie to nie wchodziło w grę. W domu, w którym wynajmowała mieszkanie, był zakaz trzymania zwierząt. W dodatku właściciel okazał się wyjątkowo przeczulony pod tym względem. Już dawno postanowiła, że gdy tylko nadarzy się okazja, poszuka sobie innego lokum.

Odblokowała drzwi, Oliver otworzył je. Uśmiechnęła się i wsiadła do środka. Chciała już stąd odjechać.

– Na pewno cię nie przekonam?

Emma pokręciła głową. Tacy czarusie na wszystko są odporni, ale jest coś, co zawsze ich bierze – gdy kobieta odmawia. Wiedziała to z doświadczenia, bo taki był jej ojciec. Trudno, panie Oliver, tym razem stanęło na moim, pomyślała. Niech wie, że ona umie bronić swojego zdania.

Zamknęła drzwi. Z hukiem.

Oliver zrobił krok w tył.

Włączyła silnik i ruszyła. Oliver uśmiechnął się do niej. Dziwny był ten uśmiech, tajemniczy. Jakby wiedział o czymś, o czym ona nie miała pojęcia.

Nie przejęła się tym. Ważne, że już ma to za sobą.

Z każdym kolejnym kilometrem uspokajała się. Gdy dojechała do redakcji, była już w całkiem dobrej formie. Od razu poszła do siebie. Jej biurko, podobnie jak stanowiska innych pracowników, mieściło się w podzielonym na boksy pomieszczeniu w piwnicy budynku. Żartobliwie, choć czasem z ironią, zwali je Lochem. Emma weszła do swojego boksu, rzuciła torebkę na biurko. Phoebe Wilkinson, reporterka siedząca po drugiej stronie wąskiego przejścia, popatrzyła na nią ciekawie.

– Co, tak kiepsko? – zapytała, podsuwając się z fotelem bliżej. Phoebe była o kilka lat starsza od Emmy. W przeciwieństwie do niej była niska i miała ciemne włosy ostrzyżone na chłopczycę. Emma była blondynką o długich włosach. Choć zdarzało się jej farbować włosy na rudo lub czarno.

– Ale miałam popołudnie – mruknęła Emma. – Nie uwierzysz.

– Znalazłaś jakichś chętnych? – spytała Phoebe. Wczoraj był jej dzień na chodzenie po mieście i zdobywanie reklamodawców. Udało jej się pozyskać trzech nowych klientów.

Emma skinęła głową. W sumie nie poszło jej tragicznie. Przekonała właścicieli lokalnej pizzerii, że warto spróbować zrobić jakąś akcję. Namówiła ich na kupon rabatowy w środowym wydaniu gazety. Jeden dolar zniżki na każdą dużą pizzę. Uświadomiła im, że w ten sposób najlepiej się przekonają, jak działa reklama. Oby w środę całe miasto przyleciało do nich z kuponami. Lokal „Badda Bing, Badda Boom Pizza” był dzisiaj jej jedynym sukcesem.

– Świetnie się spisałaś – z uznaniem podsumowała Phoebe.

– Przynajmniej nie obetną nam pensji – rzekła z przekąsem.

Phoebe spoważniała, pokręciła głową.

– Walt nigdy by na to nie poszedł.

Phoebe, z którą zdążyła się zaprzyjaźnić, miała słabość do szefa. Emma nie mogła pojąć, jak to się dzieje, że osoba tak stanowcza i asertywna jak Phoebe, przy Walcie stawała się cicha i potulna jak owieczka.

Westchnęła. Ona sama miała zupełnie inny stosunek do mężczyzn. Niestety, raczej cyniczny. Przede wszystkim z powodu ojca, bo od dziecka patrzyła na jego zagrywki. Podczas studiów chodziła raz z kimś na poważnie, ale ten układ szybko się skończył, gdy zachorowała jej mama. Neal oczekiwał, że Emma nadal mu będzie pomagać, a ona wtedy musiała zająć się mamą. Nie zastanawiał się długo. Rzucił ją i szybko znalazł sobie kolejną dziewczynę, też z dziennikarstwa.

Odsunęła fotel, usiadła za biurkiem. Nie po to studiowała, by mieć taką pracę. Czuła się wykończona. Bolały ją nogi, w rajstopach poszło oczko. I co jej z tego przyjdzie, że pół dnia gania po mieście, a drugie pół spędza przy biurku na pisaniu nekrologów?

No właśnie, nekrologów. Walt był dumny z tego, że zdobył kontrakt na przygotowywanie nekrologów dla dużej gazety z Tacomy. Przez ostatnie osiem miesięcy to było główne zajęcie jej i Phoebe. Prawdę mówiąc, wprawiła się i szło jej całkiem nieźle, lecz to zajęcie nie dawało satysfakcji. Chciała robić coś zupełnie innego, pracować na swoje nazwisko.

Nie po to kończyła dziennikarstwo, by teraz namawiać sklep meblowy na zamieszczenie w niedzielnym wydaniu ogłoszenia o wyprzedaży materacy. Przecież jest reporterką! I to dobrą... gdyby tylko ktoś dał jej szansę, by mogła się sprawdzić. Marzyła o napisaniu czegoś sensownego, pragnęła wykazać się wiedzą i umiejętnościami. A pisanie nekrologów podcinało jej skrzydła.

– Wiesz, ja już chyba dłużej tego nie ścierpię – wyznała żałośnie, smutno patrząc na przyjaciółkę. – Albo Walt pozwoli mi napisać prawdziwy artykuł, albo... – Sama nie wiedziała, co wtedy zrobi.

Phoebe głośno wypuściła powietrze.

– Chyba nie zamierzasz stąd odejść?

Emma popatrzyła na nią w zamyśleniu. Obie w tym samym tygodniu zaczęły pracę w gazecie. Jednak Phoebe odpowiadało to, co jej zlecano. Lubiła pisać nekrologi, spełniała się w tym. Do każdego potrafiła znaleźć odpowiedni ton. Z Emmą było inaczej. Zmuszała się, by je pisać. Efekty jej pracy zawsze były świetne, bo bardzo się przykładała i nigdy nic nie robiła byle jak, jednak nie było to zajęcie, jakie chciałaby wykonywać. Była ambitna, marzyła, by pisać prawdziwe artykuły, a z czasem mieć własną kolumnę.

– Nie zamierzam odejść – rzekła z naciskiem. – Ale od sześciu miesięcy nie mogę się doprosić, by Walt dał mi coś do zrobienia. Coś innego niż nekrologi.

– Prześpij się z tym, nie działaj pochopnie – łagodziła Phoebe. – Miałaś ciężki dzień. Rano na wszystko spojrzysz z innej perspektywy.

– Pewnie tak – wymamrotała. Wiedziała, że nie powinna działać pod wpływem chwili. Zresztą jej podły nastrój nie brał się z pisania nekrologów czy pozyskiwania ogłoszeniodawców.

Powodem było nadchodzące Boże Narodzenie.

Gdzie nie poszła, wszędzie panowała świąteczna atmosfera. A przecież nie dla wszystkich te święta są radosne, nie wszyscy czekają na nie z utęsknieniem. Ona, na przykład, nie. To bardzo rodzinne święta, trudne do zniesienia dla kogoś, kto nie ma rodziny. Owszem, ma ojca, ale to niczego nie zmienia. Po śmierci mamy, gdy Emma została sama, ojciec zapraszał ją do siebie do Kalifornii, a ona co roku mu odmawiała, znajdując w tym jakąś ponurą satysfakcję.

Niemal wszyscy, których znała, mieli jakichś bliskich i właśnie z nimi spędzali święta. Ona była sama. Jednak za żadne skarby nie pojechałaby do ojca i jego drugiej żony. W ubiegłym roku poszła po prostu do kina, a zamiast świątecznych potraw zafundowała sobie prażoną kukurydzę z masłem. I też było dobrze.

– Chyba nie odejdziesz tuż przed świętami – rzekła Phoebe.

Emma westchnęła ponownie.

– No nie, masz rację – powiedziała. Ale tylko dlatego, by jej nie denerwować.

Gdy nazajutrz Emma weszła do Lochu, miała zdecydowaną minę.

– Naprawdę chcesz rozmawiać z Waltem? – Phoebe wychyliła się ze swojego boksu i popatrzyła na Emmę pytająco.

– Tak – wymamrotała.

Podjęła decyzję. Musi postawić sprawę na ostrzu noża. Minął rok, a ona nadal tkwi w tym samym miejscu, co na początku pracy. Taka jest prawda. Jeśli chce coś zmienić, musi działać. Ma już dość siedzenia w piwnicy i pisania nekrologów. Dość snucia się po ulicach i namawiania ludzi, by zechcieli się u nich ogłaszać.

– Co mu powiesz? – Oczy przyjaciółki mierzyły ją badawczo.

Nie bardzo wiedziała, co jeszcze może powiedzieć, czego Walt do tej pory nie słyszał. Jeśli znowu zacznie ją zbywać, po prostu wręczy mu wymówienie. Nie odejdzie z pracy przed świętami, przede wszystkim z powodów finansowych. Na razie nie ma pojęcia, gdzie mogłaby poszukać nowego zajęcia.

– Walt nie pozwoli ci odejść – z przekonaniem rzekła Phoebe. – Zależy mu na tobie.

– Kiedy się na mnie nie wydziera, tak?

– No wiesz, on ma tyle na głowie.

Emma popatrzyła na nią zwężonymi oczami. Phoebe była tak zauroczona szefem, że nic do niej nie trafiało.

Musi działać. Teraz albo nigdy. Wyprostowała ramiona.

– Idę do niego. Jak wyglądam? Widać, że jestem zdecydowana?

– Jasne, jak najbardziej! – podbudowała ją przyjaciółka.

– Teraz nekrologi spadną na ciebie – przypomniała jej Emma.

– Nie ma sprawy, to mi nie przeszkadza – zapewniła Phoebe.

– No dobrze, to idę.

Weszła na parter i podeszła do luksusowego gabinetu szefa. No, może to określenie trochę na wyrost, lecz w porównaniu z Lochem, w którym spędzała najwięcej czasu...

Stanęła na progu. Walt podniósł głowę, popatrzył na nią.

– Znajdziesz dla mnie minutę? – zapytała grzecznie.

Jego pochmurna mina nieoczekiwanie zmieniła się w szeroki uśmiech. Dopiero teraz Emma spostrzegła, że szef nie był sam. Otworzyła usta, by przeprosić i szybko się wycofać, lecz Walt nie pozwolił jej dokończyć.

– Właśnie zamierzałem cię prosić, żebyś do mnie zajrzała. – Zrobił zapraszający gest. – Miałaś okazję poznać Olivera Hamiltona, prawda?

Ledwie się powstrzymała, by nie zapytać, co on tutaj robi.

– Witam – wymamrotała, czując ucisk w żołądku. Powinna to była przewidzieć. Oliver nie należy do tych, którzy łatwo przyjmują odmowę.

Podniósł się, wyciągnął rękę.

– Też jest mi miło znowu cię widzieć.

Z przymusem podała mu rękę. Jego przyjazne nastawienie na pewno jej nie zwiedzie. Unikała jego wzroku. Miała dziwne przeczucie, że on coś knuje. I to nic dobrego. Póki co nie miała bladego pojęcia, o co mu może chodzić, jednak instynktownie czuła, że już niedługo to się okaże.

– Usiądź – rzekł Walt, bo dziewczyna stała jak przymurowana.

Przysiadła na fotelu obok Olivera.

Walt oparł się wygodniej w fotelu, popatrzył na nią przenikliwie. W redakcji panowała raczej swobodna atmosfera i pracownicy nosili niezobowiązujące stroje, lecz ona zawsze dbała o swój wygląd. Chciała być postrzegana jako profesjonalistka. I tak się ubierała. Zaczesane do tyłu włosy upinała złotą spinką, strój dobierała starannie. Dziś miała klasyczny czarny kostium w drobny prążek: prostą spódniczkę i dopasowany żakiet.

– Od jakiegoś czasu powtarzasz mi, że chciałabyś zająć się czymś innym niż pisaniem nekrologów – zaczął Walt.

– Tak, bo wydaje mi się...

– Mówiłaś, że interesują cię „prawdziwe historie”, jak to określiłaś.

Emma skinęła głową. Kątem oka zerknęła na Olivera.

– Choć jeśli chodzi o samoloty i takie rzeczy, to raczej...

– Nie, nie o samoloty – wszedł jej w słowo szef.

Emma odetchnęła lżej. Nie uspokoiła się całkiem, ale przynajmniej mogła normalnie oddychać.

– To dotyczy czegoś innego. Chodzi o keks.

Marzyła, by wreszcie pisać prawdziwe artykuły; miesiącami chodziła za Waltem, wciąż mu się naprzykrzała. W końcu się złamał i daje jej temat. Ale taki? Ma pisać o keksie? To chyba pomyłka?

– Chodzi o keks? – powtórzyła, łudząc się, że może źle usłyszała. Nie lubiła keksu, wręcz nie znosiła. To tradycyjne świąteczne ciasto, znane od wieków, wypiekane według przepisów przekazywanych z pokolenia na pokolenie, dojrzewające, jak piernik, całymi tygodniami i miesiącami, nigdy do niej nie przemawiało. Była nawet święcie przekonana, że ludzie dzielą się na gorących miłośników i zawziętych wrogów tego wypieku.

Kiedyś słyszała anegdotę o keksie, który przez lata wędrował po rodzinie, wreszcie stwardniał na kamień i zakończył karierę jako kotwica do łódki.

– W zeszłym miesiącu magazyn „Good Homemaking” ogłosił ogólnonarodowy konkurs na keks – zaczął Walt. – Trzy z dwunastu osób, które przeszły do finału, pochodzą z naszego stanu.

Urwał, chyba czekając na jej reakcję. Pewnie spodziewał się zdumienia i wybuchu radości.

– Całkiem niezły wynik, nie uważasz? – wtrącił Oliver.

Emma powoli pokiwała głową. Nadal była nieufna.

Walt uśmiechnął się, jakby zadowolony z przebiegu rozmowy.

– Chciałbym, żebyś przeprowadziła wywiady z tymi trzema finalistkami i napisała artykuł o każdej z nich.

Cóż, może te artykuły nie doprowadzą jej do zdobycia znaczącej dziennikarskiej nagrody, jednak jest to szansa, o jakiej marzyła. Wywiady z trzema kobietami. Z pewnością każda z nich ma do powiedzenia coś więcej niż refleksje na temat keksu. Opisze ich życie, ich doświadczenia. Naprawdę otwiera się przed nią wspaniała szansa. Nie może jej wypuścić.

Opanowała się, znów stała się profesjonalistką.

– Kiedy mam zacząć? – spytała, starając się stłumić entuzjazm.

– Kiedy tylko zechcesz – odparł z uśmiechem Walt. Oczy mu błyszczały. Wiedział, że już ją sobie kupił. – Zwycięzcę ogłoszą za trzy tygodnie na swoich stronach internetowych, a w następnym numerze zamieszczą wywiad. Bardzo możliwe, że będzie to któraś z naszych pań. Dlatego musisz się postarać. Oczaruj je – radził Walt – i uzyskaj zgodę na zamieszczenie ich przepisów.

– Dobrze – przystała, choć przeczuwała, że to może nie być proste. Nadal była spięta. Podświadomie czuła, że to jeszcze nie wszystko. Zerknęła na pilota. – Domyślam się, że te trzy osoby mieszkają w rejonie Seattle? – Zdawała sobie sprawę, że Oliver nie znalazł się w siedzibie gazety bez powodu. I modliła się w duchu, by jego obecność nie miała nic wspólnego z jej zleceniem.

Walt wzruszył ramionami.

– Niestety, tylko jedna z nich mieszka w tych stronach. – Sięgnął po kartkę. – Peggy Lucas mieszka w Friday Harbor, to miasteczko na wyspie San Juan – rzekł, spoglądając na kartkę.

Czyli dopłynie tam promem. Nie ma sprawy. Wprawdzie zajmie jej to cały dzień, ale lubi być na wodzie. Rejs promem jest o niebo lepszy od lotu samolotem.

– Earleen Williams mieszka w Yakimie – ciągnął Walt. – Sophie McKay w Colville. Dlatego ściągnąłem tu pana Hamiltona.

Spojrzała przez ramię na siedzącego obok niej przystojniaka w skórzanej kurtce.

Oliver puścił do niej oko. Naraz przypomniał się jej ten jego wczorajszy uśmiech. A raczej znaczący uśmieszek. Sugerujący, że wie o czymś, o czym ona jeszcze nie ma pojęcia. I co się jej nie spodoba. Teraz już wszystko było jasne.

Ścisnęło ją w żołądku.

– Mogę pojechać do Yakimy. Do Colville też... – wykrztusiła. Nie miała pojęcia, gdzie leży Colville, pewnie na końcu stanu, chyba koło Spokane. Nieważne. Niech tylko Walt wie, że dla niej to nie problem. Może pojechać w dowolne miejsce. To dla niej pestka.

– Samotna kobieta na drodze o tej porze roku to raczej zły pomysł – z powagą rzekł Oliver. – Trudno przewidzieć, co może się zdarzyć. Jak ci się wydaje? – rzucił pytanie do Walta, lecz nie odrywał wzroku od dziewczyny. Ten jego uśmiech działał jej na nerwy. On o tym wiedział już wczoraj. Wiedział już wtedy, gdy stanowczo podziękowała mu za przejażdżkę. A teraz celowo postawił ją w sytuacji bez wyjścia.

Spiorunowała go wzrokiem. Przemawiał z taką powagą, jakby groziło jej śmiertelne niebezpieczeństwo. Owszem, będzie musiała przejechać przełęcz Snoqualmie, co zimą może być pewnym wyzwaniem. Czasami droga była zamknięta, gdy pojawiało się zagrożenie lawinowe. Śnieg to nie problem, w razie czego założy łańcuchy. Nie warto martwić się na zapas. To droga międzystanowa i służby drogowe utrzymywały ją w dobrym stanie, by zawsze była przejezdna. Sypali sól, odśnieżali.

– Nie chciałbym narażać cię na niebezpieczeństwo – powiedział Walt. – Taka jazda w pojedynkę to kuszenie losu. Poza tym podróżowanie samochodem wiąże się z dodatkowymi kosztami. Hotele, posiłki, paliwo – to wszystko kosztuje. Tak będzie nieporównywalnie lepiej.

– Nieporównywalnie lepiej? – Emma powiodła wzrokiem od jednego do drugiego rozmówcy. Chyba musiała czegoś nie dosłyszeć.

– Znalazło się lepsze rozwiązanie. Firma Hamilton Air Service dostanie u nas powierzchnię reklamową, a w zamian za to Oliver zawiezie cię na wywiady.

Przez mgnienie nie mogła wydobyć z siebie głosu.

– Czy to znaczy... to znaczy, że miałabym polecieć z nim... tym małym samolocikiem...? – wyjąkała ledwie słyszalnym szeptem. Na samą myśl, że znalazłaby się z Hamiltonem w awionetce, robiło się jej słabo.

Walt skinął głową. Najwyraźniej uważał, że to wspaniałe rozwiązanie.

– Ale...

– Jutro wcześnie rano mam zaplanowany lot do Yakimy – rzeczowym tonem odezwał się Oliver. – To chyba nie będzie żaden problem? – Ten jego uśmiech drwił z niej i szydził.

– Och...

– Mówiłaś, że bardzo ci zależy, by pisać coś innego niż nekrologi. – Walt popatrzył na nią znacząco.

– T... tak.

– No to gdzie tkwi problem?

– Nie ma problemu – odparła z trudem, bo głos ledwie przechodził jej przez zaciśnięte gardło. – Żadnego problemu.

– To dobrze.

Oliver podniósł się.

– W takim razie bądź jutro na lotnisku o siódmej rano.

– Dobrze, będę. – Nogi się pod nią uginały, ale zmusiła się, by na nich ustać. Uśmiechnęła się z przymusem i wyszła z gabinetu. Idąc do schodów, obejrzała się za siebie. Walt i Oliver ściskali sobie ręce.

Phoebe czekała na nią w Lochu.

– No i jak? – zapytała z przejęciem.

Emma nie odpowiedziała. Podeszła do biurka, bezwładnie osunęła się na fotel. Miała dziwne poczucie nierzeczywistości. Jakby patrzyła na migoczący na ekranie film bez dźwięku, na nienaturalnie poruszających się aktorów...

– Powiesz coś wreszcie? – Phoebe wlepiła w nią wzrok, głośno wypuściła powietrze. – Złożyłaś wymówienie, tak?

Emma pokręciła głową.

– Nie. Dostałam zadanie.

Phoebe popatrzyła na nią niepewnie.

– No to chyba dobrze? Nie?

– Chyba... chyba tak. Tylko...

– Tylko co?

– Tylko wygląda na to, że przez jakiś czas ty będziesz pisała nekrologi.

Phoebe uśmiechnęła się zdziwiona.

– No to co? Przecież ci mówiłam, że mi to nie przeszkadza.

– Może i nie, ale mam przeczucie, że następny nekrolog, jaki ci przyjdzie napisać, będzie dotyczył mojej osoby.

ROZDZIAŁ DRUGI

Pierwsze, co zrobiła po przyjściu do domu, to sprawdziła zawartość apteczki. Odetchnęła z ulgą, bo w ciemnej buteleczce coś zagrzechotało. Miała jeszcze sześć tabletek. Czyli jest uratowana. Kilka miesięcy temu podczas gry w siatkówkę uszkodziła sobie kolano. Nie obyło się bez lekarza. Dostała wtedy silny lek i po półgodzinie jej nastrój zmienił się diametralnie. Przestała się czymkolwiek przejmować, rozluźniła się, świat wydał jej się piękny. I tak było przez dobrych kilka godzin.

Zachomikowała te cudowne tabletki na czarną godzinę, teraz się przydadzą. Na samą myśl o tym, co ją czeka, robiło się jej niedobrze. Niestety, nie miała wyjścia. Chodzi o jej karierę, jej przyszłość. Zaciśnie zęby i wejdzie do tego podejrzanego samolociku, ale wcześniej musi się odpowiednio przygotować. Wyluzować się, nabrać dystansu. Inaczej nie zdobędzie się na to, by polecieć z Hamiltonem. Zacisnęła palce na buteleczce, odetchnęła głęboko. Zrobi to, nie ma wyboru.

Bez tych tabletek na pewno nie przetrwałaby lotu. Weźmie jedną z samego rana, na podróż do Yakimy. Drugą zostawi na powrót. W rezerwie zostaną cztery. Akurat na dwa pozostałe loty.

Na szczęście Phoebe wykazała się zrozumieniem i obiecała zawieźć ją rano na lotnisko, a po południu odebrać. Emma była jej za to ogromnie wdzięczna. Ogromnie, a nawet jeszcze bardziej. Bo po zażyciu tabletki nie mogłaby prowadzić.

Phoebe podjechała po nią o wpół do siódmej. Emma chwyciła kubek z kawą, złapała skórzaną teczkę i pobiegła do drzwi.

– Nieźle pani wygląda – dobiegł ją czyjś głos. Zaskoczona, spostrzegła zarządcę domu. Na jego twarzy malował się znaczący uśmieszek.

W innych okolicznościach poczułaby się urażona, lecz przy jej obecnym stanie umysłu tylko uśmiechnęła się blado.

Pan Scott oparł się o framugę drzwi do swego mieszkania, trzymał w ręku gazetę. Był niechlujnym mężczyzną w średnim wieku, nalanym, z wydatnym brzuchem świadczącym o zamiłowaniu do piwa. Dziwne, że o tej wczesnej porze już był na nogach. Emma nie miała o nim dobrego zdania i zawsze starała się go unikać. Odstręczał ją jego sposób bycia i wyjątkowa niechęć do zwierząt, zwłaszcza psów i kotów. Według niej świadczyło to o nim jak najgorzej.

– Dzień dobry, panie Scott – odparła, starając się mówić wyraźnie, by zarządca nie nabrał jakichś podejrzeń. Czuła, że lek już zaczął działać, bo nawet widok tego nieprzyjemnego typa nie był w stanie popsuć jej wspaniałego humoru.

– Mamy rześki poranek, co? – zagaił.

Emma kiwnęła głową. Nawet jeśli było bardzo zimno, to wcale tego nie zauważyła, zresztą nic jej to nie obchodziło. Z doświadczenia wiedziała, że za jakieś trzy-cztery godziny działanie leku osłabnie. Nim przyjdzie pora na wywiad, będzie w idealnej formie.

– Pewnie nie słyszała pani o kimś, kto szuka mieszkania? – zagadnął Scott, przymrużając oczy i przyglądając się jej badawczo, jakby zastanawiał się, czy jest trzeźwa. Śmieszne, tym bardziej, że rzadko kiedy widziała go bez puszki piwa.

– Myślałam, że wszystkie mieszkania są wynajęte.

– Pani pod 12B ma kota – wyjaśnił, krzywiąc się z odrazą.

Gdy podpisywała umowę najmu, Scott kilka razy podkreślił, że posiadanie zwierząt jest zabronione. Złamanie tego zakazu skutkowało wypowiedzeniem umowy z terminem tygodniowym.

– Pani Murphy? – wykrzyknęła, przypomniawszy sobie, kto zajmuje mieszkanie blisko niej. Miła starsza pani niedawno owdowiała i bardzo rozpaczała po mężu. – Nie może pan zrobić dla niej wyjątku? – zapytała. – Pani Murphy jest bardzo samotna i...

– Nie ma żadnych wyjątków – ostro uciął Scott. Pchnął drzwi do mieszkania i zniknął w środku, mrucząc coś ze złością.

– O co właściwie chodziło? – zapytała Phoebe, gdy Emma wsiadła do samochodu.

– Ten facet jest straszny. Nie ma w sobie ani odrobiny współczucia. – Ostatnie słowo wymówiła z trudem, jąkając się.

Phoebe popatrzyła na nią badawczo.

– Dobrze się czujesz?

Emma stłumiła ziewnięcie i zachichotała.

– Emmo, co ty zrobiłaś? – zapytała Phoebe, przyglądając się jej podejrzliwie.

– Pamiętasz te tabletki, które dostałam w sierpniu po wypadku?

– Te, po których byłaś taka... dziwna?

– Wcale nie byłam dziwna. Czułam się wspaniale.

– Tylko mi nie mów, że dzisiaj sobie taką zaaplikowałaś!

Zamiast odpowiedzi, Emma zachichotała radośnie.

– Tylko jedną. Musiałam ją wziąć, inaczej bym nie wsiadła do samolotu. Nie zmusiłabym się.

– Emma, przecież masz przeprowadzić wywiad.

– Wiem... ale do tej pory tabletka przestanie działać.

– Ale...

– Nie przejmuj się, nic mi nie jest. Naprawdę. Będzie dobrze.

Phoebe nie wyglądała na przekonaną. Gdy zatrzymały się na światłach, z niepokojem zerknęła na przyjaciółkę.

– Jesteś pewna, że dobrze robisz?

Emma kiwnęła głową. Nagle ogarnęło ją znużenie. Poczuła się strasznie zmęczona. Zamknęła oczy, oparła głowę o okno. Czuła się nierzeczywiście, jakby śniła. Przed jej oczami przesuwał się długi sznur cyrkowych zwierząt, sunących w demonstracyjnym pochodzie do biura pana Scotta i protestujących w obronie pani Murphy. Po chwili słonie wznoszące transparenty i lwy prężące się do skoku, by rzucić się zarządcy do gardła, zaczęły rozpływać się i blednąć. Emma z trudem zmusiła się, by zacząć myśleć o czekającym ją wywiadzie. Keks. Boże, nie znosi keksu. Wolałaby trzymać się od tego tematu z daleka.

Wczoraj, po rozmowie z Waltem, zatelefonowała do Earleen Williams, finalistki z Yakimy. Earleen, emerytowana barmanka, była nieco spięta, ale jednocześnie zadowolona z okazywanego jej zainteresowania. Umówiły się na spotkanie. Emma przez pół nocy szykowała pytania do dzisiejszego wywiadu. Na spanie po prostu zabrakło jej czasu. Nic dziwnego, że teraz czuła się taka wypompowana.

– No to jesteśmy na miejscu – oznajmiła Phoebe.

Emma poruszyła się niespokojnie. Oderwanie głowy od okna wymagało od niej nadludzkiego wysiłku. Wyciągnęła ramiona, ziewnęła. Tak chciało się jej spać, że z trudem otwierała oczy. W dodatku dobijała ją świadomość, że już niedługo znajdzie się wysoko nad ziemią.

– Latanie wcale nie jest takie straszne – zagaiła Phoebe. Najwyraźniej robiła wszystko, by uspokoić przyjaciółkę.

– Latałaś kiedyś takim małym samolocikiem?

– Nie, ale...

– No to nic nie mów. Do zobaczenia wieczorem – wyszeptała, z trudem nad sobą panując. Musi wziąć się w garść, zachować spokój. Przecież ludzie każdego dnia latają maleńkimi samolotami. To nie może być takie straszne, jak jej się wydaje. Choć nie chodzi o to, czy jej strach ma racjonalne podstawy. Strach to strach. Można próbować z nim walczyć, szukać rozsądnych wyjaśnień, ale efekty bywają różne. Być może za kilka dni będzie się z tego śmiać. Poza tym ludzie, którzy parali się pisaniem, zawsze ponosili jakieś ofiary. Sztuka wymaga poświęceń. Jej przypadło latanie tym samolocikiem; musi się z tym pogodzić. Jest szansa, że gdy już skończy robić te wywiady, jej strach całkiem zniknie, rozpłynie się w niebycie. Pokona go. A jeśli nie, to Hamilton i tak się o nim nie dowie.

Oliver i jego pies już byli przy samolocie. Podeszła do nich.

– Gotowa? – zapytał Oliver, rzucając na nią przelotne spojrzenie. Był pochłonięty sprawdzaniem samolotu.

– Tak... a nie chcesz poczekać, aż wzejdzie słońce? – zapytała, pragnąc opóźnić chwilę, gdy będzie musiała wsiąść i zająć miejsce. Zależało jej, by lek osiągnął maksymalne natężenie działania.

– Nie ma znaczenia, czy jest jasno czy ciemno. – Oliver podszedł do skrzydła i zaczął poruszać lotką.

– Coś z nimi nie tak? – zapytała z niepokojem. Podeszła bliżej. Szkoda, że ten Oliver jest taki przystojny, nieoczekiwanie przemknęło jej przez myśl. Gdyby to było inne miejsce i czas... Opamiętała się natychmiast. Nie może pozwalać sobie na takie rojenia. Musi się mieć na baczności. Ten facet jest niebezpieczny. Po pierwsze, przez niego jej życie jest zagrożone, po drugie... Hm, nic nie przychodziło jej do głowy, ale już ten pierwszy powód wystarczy.

Nagle sobie przypomniała. Skoro on jest taki atrakcyjny, to nie tylko ona to widzi. Wysoki, ciemnowłosy, wyluzowany i pełen chłopięcego wdzięku z pewnością robi wrażenie na kobietach. W pewnym sensie to taki typ jak jej ojciec. Czyli z miejsca można go skreślić. Tacy faceci jej nie interesują, woli spokojnych, wyważonych, którzy wiedzą, czego chcą od życia. Rozbuchany, ekstrawagancki i pełen uroku wieczny chłopiec goniący za przygodą to nie jest odpowiedni partner dla takiej kobiety jak ona. I ona ma z kimś takim lecieć tym rozklekotanym gratem!

– Martwisz się o lotki? – W jego głosie zabrzmiało skrywane rozbawienie, jakby pytanie go rozśmieszyło.

– Nie działają jak trzeba? – Nie wiedziała, w jaki sposób te lotki przyczyniają się do utrzymania samolotu w powietrzu, lecz miała wewnętrzne przekonanie, że odgrywają jakąś istotną rolę.

Coś w jej głosie musiało go tknąć – może ledwie słyszalna śpiewna nuta – bo odwrócił się i zmierzył ją przenikliwym spojrzeniem. Zmarszczył czoło.

– Czy ty coś piłaś? – zapytał.

– O tej porze?

– Nie odpowiedziałaś na moje pytanie.

– Nie – odparła zuchwale. – Ja nie piję.

– Nigdy? – Uniósł brwi. Chyba jej jednak nie dowierzał.

Wzruszyła ramionami.

– Czasami, gdy jest jakaś okazja, ale to zdarza się bardzo rzadko.

Pies Olivera, plączący się przy jej nogach, kichnął nagle. Prosto na jej nogawkę, a to były jej najlepsze wełniane spodnie. Założyła je na dzisiejszy wywiad, by zrobić dobre wrażenie. Jak teraz się pokaże z tymi podejrzanymi plamkami? Oskar znów kichnął, i jeszcze raz. Emma cofnęła się jak oparzona.

– Uciekaj! – rzuciła cicho. – No, już!

– Chyba się nie uperfumowałaś? – spytał Oliver takim tonem, jakby przyłapał ją na wnoszeniu na pokład nielegalnej broni.

– Oczywiście, że tak. Większość kobiet używa perfum.

Mruknął coś pod nosem, ale nie dosłyszała. Po chwili rzekł:

– Oskar ma alergię na perfumy.

– To szkoda, że wcześniej mi o tym nie powiedziałeś – zareplikowała, ponownie wycierając nogawkę. Całe szczęście, że ma rękawiczki. I że można je prać.

Oliver nonszalancko wzruszył ramionami.

– Chyba powinienem. Jakoś wypadło mi z głowy. – Znów zaczął uważnie lustrować samolot. – Aha, jeszcze coś – rzucił, podchodząc do drugiego skrzydła i testując lotkę. – Muszę wiedzieć, ile ważysz.

– Słucham? – zdumiała się. Są sprawy, o które mężczyzna nie ma prawa pytać, a ta do nich należy.

– Podaj mi swoją wagę – powtórzył rzeczowo.

Mimo oszołomienia wywołanego przez lek, Emma zesztywniała.

– Nie zrobię tego.

– Emmo, nie pytam tak sobie. To jest naprawdę ważne. Jesteśmy załadowani na full. Muszę wiedzieć, ile ważysz, żeby wyliczyć, ile paliwa możemy zatankować.

Popatrzyła na niego spode łba.

– Myślisz, że ci to powiem? – Żadna kobieta nie zdradzi mężczyźnie tak osobistej informacji na swój temat. A już na pewno nie komuś, kogo w zasadzie nie zna i nie zamierza poznawać.

– Muszę mieć dane do wyliczeń. W razie pomyłki spadniemy i będzie po nas – dodał, najwyraźniej sądząc, że w ten sposób łatwiej ją przekona.

Popatrzyła na niego płonącym wzrokiem. Wciąż miała mętlik w głowie, dlatego trudno jej było zebrać myśli i wysunąć kompromisową propozycję.

– Napiszę ci na kartce.

Nie okazał zdziwienia.

– Jak wolisz.

Wstawiła teczkę do samolotu, wyjęła notesik i ołówek. Nieczęsto wchodziła na wagę; tylko wtedy, gdy czuła, że chyba trochę schudła. Nie była przy kości, lecz praca przy biurku nie pomagała w utrzymaniu figury, jaką szczyciła się w czasie studiów. Przez ostatnie pięć lat przybyło jej tu i ówdzie. Po chwili namysłu napisała coś na kartce. Tyle ważyła w zeszłym roku, gdy była na kontrolnym badaniu. Popatrzyła na cyfry i szybko je starła. Wpisała o pięć kilogramów mniej. Przecież jeszcze nie tak dawno właśnie tyle ważyła. I wróci do tej wagi, gdy tylko zacznie regularnie ćwiczyć.

Wyrwała kartkę z notesu, złożyła ją na czworo, potem jeszcze raz. Teraz nie była większa niż jej paznokieć.

Oliver cierpliwie czekał. Wyciągnął rękę.

Już miała podać mu zwiniętą kartkę, gdy nagle znieruchomiała.

– Przysięgnij, że nikomu tego nie zdradzisz.

Uśmiechnął się. Gdy się tak uśmiechał, wyglądał jeszcze lepiej, po prostu fantastycznie.

– Żartujesz sobie, prawda?

– Nie – odparła kategorycznie. – Mówię bardzo poważnie.

Mruknął coś do siebie pod nosem. Tak cicho, że nie usłyszała słów. Wyciągnął rękę i wziął zmiętą papierową kulkę.

– Widzę, że zapowiada się nam ciekawy lot.

Poszedł gdzieś sobie, po chwili wrócił. I spokojnie, jakby nigdy nic, oznajmił, że można wsiadać. Emma nawet nie drgnęła. Stała przy samolocie, próbując zebrać resztki odwagi. Może na ten pierwszy lot powinna wziąć dwie tabletki?

Oskar już wskoczył na pokład i zadekował się na swoim posłaniu za fotelami. Wyciągnął łeb i spoglądał na Emmę, jakby się dziwił, czemu jeszcze nie wsiada.

– Czemu się ociągasz? – zapytał Oliver. – Przecież nie idziesz na ścięcie.

Nie mogła już dłużej się opierać. Trudno, raz kozie śmierć. Wspięła się i weszła na pokład, niezgrabnie gramoląc się na wąski fotel przeznaczony dla pasażera. Kolana jej drżały, gdy trzęsącymi się palcami sięgała po pas bezpieczeństwa. Zapięła go i zacisnęła tak mocno, że ledwie mogła oddychać.

Oskar wsunął głowę między jej fotel a fotel swojego pana. Emma nie mogła pozbyć się wrażenia, że chyba zajęła miejsce, które pies uważał za swoje. Super, pomyślała. Po prostu super. Całe plecy będzie miała w psiej sierści. Pięknie się zaprezentuje na tym pierwszym wywiadzie.

Oliver podał jej słuchawki i gestem zachęcił, by je założyła.

– Jesteś gotowa? – zapytał.

Zmusiła się, by skinąć głową.

Zaczął rozmawiać z kimś przez radio. Mówił dziwnym językiem; nic nie rozumiała. Same cyfry i litery. Po kilku minutach samolot ruszył z miejsca i zaczął kołować na pas. Podjechał na koniec i stanął.

Nie miała pojęcia, dlaczego się zatrzymali, lecz odczuła natychmiastową ulgę. Była wdzięczna za tę chwilę zwłoki. Serce łomotało jej w piersi, jakby zaraz miało rozerwać się na strzępy.

Oliver zwiększył obroty, silnik zaryczał. Samolot szarpnął się, jakby powstrzymywany przez niewidzialne liny.

Powinna być rozluźniona i spokojna, lecz to okazało się ponad jej siły. Gwałtownie nabrała powietrza, z całej siły złapała za metalowy uchwyt nad drzwiami i niemal wbiła w niego palce.

Oliver nie zwracał na nią uwagi. Puścił hamulce i samolot pomknął po pasie. Ryk silnika wwiercał się w uszy, ogłuszał. Emma zamknęła oczy, wolała nie patrzeć. Wstrzymała dech, w napięciu czekając na moment, kiedy koła oderwą się od ziemi.

Przez długi czas nic takiego się nie stało. Uniosła lekko powieki. Byli już prawie na końcu pasa. Samolot pędził, lecz nie wzbijał się w górę. Mijały sekundy. I nagle z przerażeniem uświadomiła sobie, dlaczego nie mogą oderwać się od ziemi.

Bo okłamała Olivera. Podała mu zaniżoną wagę.

Hamilton włączył jej wagę do obliczeń. Przez swoją głupią próżność zaniżyła wagę o pięć – no, może siedem – kilogramów. I teraz oboje przez to zginą.

Struchlała. Ogarnęła ją taka panika, że już nie mogła dłużej panować nad sobą. Rozpaczliwie nabrała powietrza i zaczęła przeraźliwie krzyczeć:

– Skłamałam! Skłamałam!

Ledwie to wykrzyczała, samolot oderwał się od ziemi i wzbił się w powietrze.

ROZDZIAŁ TRZECI

Keksy to coś podobnego jak teściowie. Pojawiają się w czasie świąt. Nie masz pojęcia, skąd się wzięli, w jakim są wieku i ile czasu będą się plątać po twojej kuchni.

Josh Sens,

niezależny autor z Oakland (Oklahoma),

krytyk kulinarny gazety „San Francisco”

Paraliżujący ją strach powoli zaczynał ustępować. Emma patrzyła prosto przed siebie. Po niebie płynęły jasne chmury. W momencie startu serce biło jej jak szalone, wyrywało się z piersi. Teraz napięcie słabło.

Powoli jej słuch przywykł do głośnego ryku silnika; ten stały dźwięk zagłuszał lęk i działał na nią usypiająco. Czuła, że spływa na nią spokój. Z pewnością przyczyniła się do tego wcześniej zażyta tabletka, zresztą właśnie po to ją wzięła. Wreszcie poczuła się na tyle pewnie, że odważyła się zerknąć w boczne okienko. Tuż przed sobą ujrzała Mount Rainier. Pamiętała, że ten szczyt wznosi się na ponad trzy tysiące metrów. Był tak blisko, że widziała szczeliny lodowe, głębokie pęknięcia w lśniącym lodzie. Mogłaby pomachać wspinaczom, gdyby teraz ktoś próbował go zdobywać.

Głośno wciągnęła powietrze, zamknęła oczy i zaczęła odmawiać w duchu modlitwę. Chyba doświadczyła odnowy duchowej. Wystarczył krótki lot z Hamiltonem, by od razu poczuła się bliżej Boga.

Po czterdziestu minutach dolecieli do lotniska w Yakimie. Oliver, zataczając szerokie koło, zaczął schodzić do lądowania. Emma czuła, jak samolot traci wysokość. Rozpaczliwie chwyciła się obiema rękami za uchwyt nad drzwiami i z całej siły zacisnęła na nim palce.

– Dobrze się czujesz? – zapytał Oliver, zauważywszy jej kurczowo zaciśnięte dłonie.

Jak miło, że wreszcie spostrzegł jej obecność. Przez cały lot nawet się do niej nie odezwał, dopiero teraz. Jedyne, co zrobił, to kilka razy zerknął na nią z ukosa, jakby sprawdzając, czy żyje. I za każdym razem musiał się bardzo hamować, by nie wybuchnąć śmiechem. Widziała te jego miny. I nie rozumiała, co go tak śmieszy.