Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 253 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przepaść - Michelle Paver

Przeszłość nie chce być pogrzebana. A prawda wcale nie wyzwala.

 

Himalaje, rok 1935.

 

Kanczendzonga. Mityczna góra, trzeci co do wielkości szczyt na Ziemi. Jej lawiny są zabójcze, a rozrzedzone powietrze i ekstremalne wysokości wywołują zaburzenia, które mogą doprowadzić do obłędu.

 

Pięciu Anglików wyrusza z Dardżyling, pragnąc zdobyć święty szczyt. Ich odwaga i upór nie zachwieją się, aż do czasu… Góra nie jest ich jedynym przeciwnikiem – jeszcze jedno, koszmarne niebezpieczeństwo czai się w przepaści…

Opinie o ebooku Przepaść - Michelle Paver

Fragment ebooka Przepaść - Michelle Paver

Tytuł ‌oryginału: ‌Thin Air

Copyright ‌© Michelle ‌Paver 2016

First published ‌in ‌Great Britain in ‌2016 ‌by Orion Books,

an ‌imprint ‌of ‌The Orion ‌Publishing ‌Group Ltd

Carmelite ‌House, 50 Victoria ‌Embankment,

London EC4Y ‌0DZ

An ‌Hachette UK ‌company

Copyright © Wydawnictwo ‌Poznańskie sp.z o.o., ‌2018

Copyright ‌© for the ‌Polish translation by ‌Wydawnictwo Poznańskie sp.z o.o., ‌2018

Redaktor prowadzące: Sylwia ‌Smoluch, Adriana Biernacka

Redakcja: ‌Natalia Szczepkowska

Korekta: Barbara ‌Kaszubowska

Projekt typograficzny, składi łamanie: Barbara ‌Adamczyk

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Fotografia ‌na okładce: © ‌Standret | Shutterstock

Konwersja publikacji ‌do wersji elektronicznej: ‌Dariusz ‌Nowacki

Zezwalamy ‌na ‌udostępnianie okładki książki w internecie.

Wydanie ‌elektroniczne ‌2018

ISBN 978-83-7976-939-1

CZWARTA STRONA

Grupa ‌Wydawnictwa Poznańskiego ‌sp. ‌z o.o.

ul. ‌Fredry 8, 61-701 ‌Poznań

tel.: ‌61 ‌853-99-10

fax: ‌61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl ‌

www.czwartastrona.pl

Czy ‌popełniliśmy ‌błąd, ‌próbując zdobyć ‌Kanczendzongę? ‌Niektórzy ‌powiedzieliby, że ‌tak, że to grzech ‌oblegać najwyższe ‌góry na Ziemi. Co ‌więcej, ‌spośród trzech najwyższych ‌szczytów – Mount Everestu, ‌K2i Kanczendzongi ‌– doświadczeni ‌himalaiści właśnie tę ‌ostatnią uważają za ‌najbardziej zabójczą. Wznosi ‌się niecoz boku, jej ‌lawiny są legendarne,a rozrzedzone powietrze ‌przyprawiao rozstrój ‌nerwowy – można ‌wręcz rzec, że przeraża. ‌Wszystko to ‌wystawia na ‌ciężką ‌próbę siłę charakteru ‌najdzielniejszych ludzi.

Mimo ‌to ‌trwamw przekonaniu, ‌że zdobycie jej byłoby ‌najczystszym wyrazem samego ducha Imperium: podbojem nieznanego, triumfem Człowieka nad Naturą. Tak, nasz atak na Kanczendzongę się nie powiódł. Tak, nasza Ekspedycja zakończyła się tragicznie. Sądzę jednakże, że ciz nas, którzy przetrwali, mają prawo kroczyćz podniesioną głową, jako że, mimo straszliwych warunków, zdołaliśmy wyrwać ciała naszych poległych towarzyszyz lodowego uścisku góryi pochować ichw sposób godny Anglików,z oddaniem należnych honorów, za które zapłacili tak wysoką cenę.

generał sir Edmund Lyell,

Skrwawieni, lecz niezłomni: atak na Kanczendzongę, 1907

Edmund Lyell to pompatyczny gadułai trzeciorzędny himalaista, który zlekceważył Kanczendzongę, co okazało się zabójczei pogrążyło naszą ekspedycję. Zręcznie przydał samemu sobie rozgłosui stał się bohaterem narodowym, spisawszy „bestsellerową” kronikę naszej tragedii. Jego książkaw dużej mierze pomija jednak to, co mnie samego nadal prześladuje kilka dziesięcioleci później,a mianowicie fakt, że chociaż góra zabiła pięciu naszych ludzi, to złożyć na wieczny odpoczynek zdołaliśmy jedynie czterech.

prywatne pamiętniki kapitana Charlesa Tennanta,

nieopublikowane

1.

DARDŻYLING, BENGALZACHODNI,

kwiecień 1935

– ACH, WIĘCTUTAJPANJEST, doktorze Pearce! – Córka Charlesa Tennanta sunie ku mnie przez trawnikz dwoma angielskimi springer spanielamiu stóp. – Ta okropna mgła, nie zobaczy pan teraz góry, jaka szkoda!

– Możliwe, że później się przejaśni – odpowiadam, pochylając się, by pogłaskać psy.

– Nie ma mowy, niebo jest całkiem zaciągnięte. Lepiej niech pan wróci do środka. Nie chcemy, by lekarz ekspedycji złapał przeziębienie jeszcze przed wyruszeniemw drogę!

– Dziękuję, tak właśnie zrobię, gdy tylko dokończę papierosa.

– Słusznie – odpowiadaz wymuszonym, niewyraźnym uśmiechem.

Millicent Tennant ma około czterdziestkii robi wrażeniew swoim tweedowym ubraniu. Lata zaciskania warg sprawiły, że od ust do podbródka wyryły się jej dwie bruzdy, jaku lalki brzuchomówcy. Najwyraźniej bardzo lubi wchodzić ludziomw drogęi w ogóle nie pochwala mojego wymknięcia sięz jej herbatki; być może podejrzewa, że będę chciał ukradkiem zbliżyć się do jej ojca. Strzeże Charlesa Tennanta jak smok skarbu.Z wyraźną satysfakcją oznajmiła nam, że starszy pan miał „atak” tuż przed naszym przybyciemi nie będzie mógł zobaczyć ani nas, ani nikogo innego co najmniej przez tydzień.

– A wtedy już wszyscy będziecie na wyprawie, jaka szkoda.

Pozostali byli srodze zawiedzeni, ale mnie to nie obchodzi, ja jestem zachwycony, żew ogóle mogę tu być. Wprost trudno mi uwierzyć, że po wielu tygodniach podróży naprawdę stojęu podnóża Himalajów, ponad dwa tysiące metrów nad poziomem morza,w ogrodzie różanym Charlesa Tennanta – tego Charlesa Tennanta, ostatniego żyjącego uczestnika wyprawy Lyella.

Może toz braku snu, ale wszystko wokół mnie wydaje się jakoś nienaturalnie intensywne: zapach wilgotnych róż, śpiew tamtego ptaka;a gdzieś zza mgły dobiega mnie zew góry, na którą zamierzamy się wspiąć.

– Uwaga na krawędź, doktorze Pearce – ostrzega mnie Millicent Tennant. – Urwisko jest dość paskudne.

Wychylam się ponad niskim kamiennym murkiemi wstrzymuję oddech.

– Dobry Boże, faktycznie.

W mroku ledwie dostrzegam czerwonawy zarys wioski widoczny dalekow dole. Szczyty drzew pode mną są ponuro nieruchome. Niemal na wyciągnięcie ręki na gałęzi kręci się jakiś ciemny kształt. Pewnie to jedenz tych makaków, przed którymi mnie ostrzegano.

Faktycznie żałuję, że nie widać góry. Dotarłem późno do Dardżylingi w Klubie Plantatorów znalazłem entuzjastyczny liścik od Kitsa,w którym zapraszał mnie na herbatkęz Charlesem Tennantem! Kto wie, może ja będę tym, któremu uda się skłonić go do przerwania jego słynnego milczenia! Kiedy dotarłem do domku starszego pana, po przejażdżce telepiącą się dwukółką, zwaną tutaj tongą, przez zamglone plantacje herbaty, pozostali zapewniali mnie, że jeszcze godzinę temu cieszyli się „zdumiewającymi widokami”. Zanim jednak zdołałem wyrwać sięz salonui znaleźć drogę do ogrodu, nadciągnęły chmuryi przesłoniły górę.

Chmury unoszą się wokół mnie. Ich wilgotna, cicha inwazja przedwcześnie okryła popołudnie mrokiem.

– Czy wspominałam już, że znam rodzinę pańskiej narzeczonej? – mówi Millicent Tennant, spoglądając pogardliwie na moją papierośnicęz kolejnym wymuszonym uśmiechem. – Pańskiej byłej narzeczonej, powinnam była powiedzieć.

– Doprawdy? – odpowiadam mrukliwie. – Nie miałem pojęcia.

– O tak, biedna, kochana Clare to moja ulubienica. Zachowuje się teraz bez zarzutu. Złego słowao panu nie powie. – Obserwuje moją twarz,a jej wąskie oczy aż lśnią ciekawością. Biedna Clare, faktycznie. Nie zamierzam jednak przepraszać teraz Millicent Tennant. Dość się już naprzepraszałemw Londynie. – To było tak strasznie niespodziewane – zauważa. – Niewiele ponad tydzień przed wielkim dniem.

– To prawda, niespodziewane. Ale Clare zgadza się ze mną, że tak było najlepiej.

I nie, prędzej szlag mnie trafi, niż opowiem ci, dlaczego zerwałem zaręczyny, abyś mogła rozpowiedzieć to całemu Dardżyling. Co zresztą miałbym powiedzieć? Że nagle zorientowałem się, że nie wiedzieć kiedy zacząłem zmieniać sięw swojego brata?

Cisza się przedłuża. Moja gospodyni unosi ostro zarysowane brwi.

– No cóż – mówi kwaśno. – Inni będą się zastanawiać, gdzie pan zniknął. Pański brat, biedaczysko, jest raczej niew sosie.

Uśmiecham się, słysząc ten eufemizm. Kits zrobił, co mógł, by oczarować panią Tennanti móc zobaczyć sięz Charlesem,a kiedy mu się to nie udało, wpadłw posępny nastrój.

– Kits jest nieco przygnębiony – wyjaśniam. – Już jako chłopiec podziwiał członków wyprawy Lyella. Zna na pamięć długie fragmenty Skrwawionych, lecz niezłomnych. Bardzo liczył na spotkaniez kapitanem Tennantem.

– Och, jaka szkoda – mówi, strącając liść ze spódnicy. – Cóż, muszę wracać do moich gości. Niech pan pamięta, że jesteśmyw tropikach. Ciemność zapada tu szybciej, niż jest pan przyzwyczajony.

– Dziękuję, wezmę to pod uwagę.

Gdy wreszcie znika, zapalam kolejnego papierosai pozwalam, by mgłai zapach wilgotnych róż wymiotły jąz mojej pamięci.

Wychylam się przez murek. Trudno uwierzyć, że tamw dole jest parna, malaryczna dżungla. Według Kitsa nasza góra znajduje się niecałe osiemdziesiąt kilometrów od nas, ale żeby do niej dotrzeć, potrzeba będzie trzech tygodni forsownego marszu.

Żołądek kurczy mi sięz podniecenia. Udało ci się, Stephen, naprawdę ci się udało. Koniecz Londynem, koniecz Clare, koniecz przepraszaniem. Nic prócz śniegu, lodui skał. Miliony kilometrów od bezładnej plątaniny ludzkich uczuć.

To dziwne, ale odkąd mój statek wypłynąłz Southampton, niemal nie dopuszczałem do siebie myślio samej górze. Może bałem się, że to przyniesie pecha. Wyobrażałem sobie zwyczajny biały szczyt, przypominający Szklaną Góręz książeczek dla dzieci.

Ale teraz wszystko to nagle stało się realne. Nieważne, że nie mogę jej teraz zobaczyć. To ona wysłała te chmury. Przez te chmury jej obecność jest niemal wyczuwalna. Czuję na skórze jej chłodny, oślizgły oddech.

Wyruszamy za trzy dni. Nie mogę się doczekać.

MIAŁARACJĘ: noc zapadła tak szybko, jak trzaska się drzwiami.

Kiedy wlokę sięz powrotem przez trawnik, ciemność zdaje się sunąć krok za mną. Nad murkiem pojawia się jakaś głowa,a po chwili do środka wdziera się ciemna sylwetka. Makaki przejmują ogród.

Idęw stronę świateł wylewających sięz francuskich okien werandy.U stóp schodów uderzam piszczelemw stertę kamienii klnę.

– Kto tam jest?! – woła jakiś męski głos: ostry, szlachetny, stary.

O Boże, to nie są drzwi do salonu, pomyliłem drogę.

– Bardzo przepraszam, ja…

– Nie stój tam jak idiota, tylko wejdźi zamknij za sobą te przeklęte drzwi!

Znalazłem sięw dużym obskurnym gabinecie,w którym unosi się smród gęstego dymu papierosowego. Drewno trzeszczyw kominku, na podłodze leży liniejąca tygrysia skóra, lampaz kloszemz frędzlami ledwie rozprasza panującyw pokoju mrok. Wszędzie widać przybory palacza: ozdobne zapalniczki, kasetki na cygara, mosiężne stojące popielniczki. Na biurkuz drzewa sandałowego leżą sterty papierów przytrzymywanych hinduskimi bibelotami: zabójczym zakrzywionym sztyletem, przerażającą drewnianą maskąz wyłupiastymi oczami. Na mahoniowym pudle leży jakiś miejscowy rodzaj trąbki rzeźbionejw kości, która wyraźnie była kiedyś ludzką kością udową.

Właściciel głosu siedzi przygarbionyw głębokim foteluw rogu,z dala od światła. Nogi przykryte ma kraciastym pledem. Jest stary, ale wygląda na silnego: ma szerokie ramiona, burzę srebrzystych włosów, wąskie nieruchome oczy, którymi mnie teraz lustruje. Jego koścista twarz usiana jest popękanymi naczynkamii uderzająco odmienna od tej ze słynnej fotografii, na której stoi, szczerząc się do obiektywuu boku Edmunda Lyella. Wystająca szczękai skośne brwi są jednak nie do pomylenia.

Na moment znów jestem małym chłopcem, któryz podziwem wpatruje sięw swojego bohatera.

– Pan to Charles Tennant – mamroczę bezmyślnie.

– Wielkie brawa – chrypiw odpowiedzi.

– Ogromnie pana przepraszam, próbowałem znaleźć drogę do salonu…

– Nie histeryzuj, nie znoszę histeryzowania! Skoro już tu jesteś, to możesz zostać!

Mój Boże, to naprawdę on. Podchodzę do niegoi wyciągam rękę, powstrzymując niezbyt szlachetny przypływ podniecenia: biedny Kits, zzieleniejez zazdrości.

– Nazywam się Stephen Pearce, proszę pana. Miło mi pana poznać.

– Nie wyglądasz na wystarczająco dorosłego, aby być lekarzem – mamrocze, ignorując moją wyciągniętą dłoń.

– Mam trzydzieści cztery lata – mówię, pozwalając sobie na lekki uśmiech.

– Były jakieś problemyz lekarzem, jak się zdaje?

– Zastąpiłem poprzedniego w ostatniej chwili. Złamał nogę w wypadku motocyklowym trzy dni przed wypłynięciem… – Głos załamuje mi się z zażenowania. Tennant nie siedzi w zwykłym głębokim fotelu, to jest fotel inwalidzki, taki, którym można jeździć samemu, z drewnianymi uchwytami przy obręczach kół. Charles Tennant stracił stopy z powodu odmrożeń.

Uśmiechając się ponuro na widok mojego zażenowania, domaga się odpowiedzi, dlaczego kląłem na jego werandzie. Wspominam cośo kamieniach,a on odpowiada ponurym warkotem.

– To jest grób, nie zauważyłeś? Foksteriera mojego wnuka. Głupi mały urwis wpadł pod koła tongi. Pies, nie chłopak.

Zaciskam ustai kiwam głową. Wtedy wpada miw oko duża oprawiona fotografia wisząca na ścianie za biurkiemi natychmiast zapominamo wszystkim innym.

Ten widok działa na mnie jak muzyka – przeszywająca na wskroś głęboka, wyrazista nuta. To coś zupełnie innego niż Everest, Annapurna czy K2. To nie jest samotny trójkątny szczyt, ale raczej szeroki muskularny masywo kilku chaotycznie ułożonych wierzchołkachz jednym postrzępionym, górującym nieznacznie nad pozostałymi. Kanczendzonga.

Nie ma powszechnej zgody, co właściwie znaczy ta nazwa. Większość opowiada się za „Pięć skarbów pod wielkim śniegiem”. Do czego jednak miałoby się to odnosić? Do szczytów? Do pięciu gigantycznych lodowców spływających ze zboczy?

Wzruszenie chwyta mnie za serce, czuję to dziwaczne ukłucie zapałui grozy, jakie zawsze towarzyszy mi przed wspinaczką. Zdobędziemy tę górę. Będziemy pierwszymi ludźmi na świecie, którzy staną na szczycie.

Tennant patrzy na fotografię ze zmrużonymi oczami, jakby sam widok sprawiał mu ból. Po chwiliz jakimś dziwnym nerwowym skurczem odwraca się od zdjęcia.

– Lepczowie nazywają ją Kong Chen – mamrocze. – To znaczy „Wielki kamień”. Nie powstrzymuje to tych przeklętych głupców od oddawania jej czci.

– Czy widać ją stąd, proszę pana? Wydaje mi się, że te francuskie okna wychodzą na północ, chociaż teraz oczywiście jest ciemno…

– Zdjęcie zrobiono stamtąd, gdzie teraz stoisz – mówi Tennantz niepokojącą gorycząw głosie. – Nigdy nie wiadomo, kiedy się pojawi.

Kurczowo ściska rękami kolana. Jego dłonie są dużei silne, pokryte siatką niebieskich żył, knykcie zbielały od zaciskania dłoni.

Zastanawiam się, jak może znieść to, że ma górę zawsze przed sobą: nieustanne przypomnienieo towarzyszach, którzy nie zdołali wrócić. Zastanawiam się, co naprawdę widzi, kiedy wpatruje sięw to zdjęcie.

Zaczynam żałować, że nie ma tu ze mną pozostałych, bo czuję się teraz jak nieprzygotowany uczeń. Planowałem poczytaćo wyprawie Lyellaw czasie rejsu, ale bagażowi zgubili moją torbęz książkamiw Southampton, mam więc teraz jedynie mgliste pojęcieo tym, co się wtedy zdarzyło: zamieć śnieżna, lawina, pięciu martwych.

Starszy człowiek siedzi skulony na swoim fotelu inwalidzkim. Jest zupełnie inny, niż się spodziewałem.W Skrwawionych, lecz niezłomnych Charles Tennant jest taki zabawny: niezwykle sympatyczny facet, którego każdy chciałby mieć za przyjaciela.W jaki sposób zmienił sięw ten zgorzkniały, nerwowy wrak człowieka?

Pewnie to, przez co przeszedł, złamałoby niejednego – chociaż wedle wszelkich świadectw nie zdołało to zmienić samego Edmunda Lyella. Stracił nogęi dłoń, ale osiągnął życiowy sukces: książka, objazdyz wykładami, tytuł szlachecki…

Tennantowi nic nie umyka.

– Rozwiałem twoje iluzje, co? Nie jesteś chyba kolejnym przeklętym idiotą, który podziwia nas od czasów przedszkola?

– Nie – odpowiadam spokojnie. – Podziwiałem, póki nie skończyłem dziewięciu lat. Wtedy starszy brat przechwycił mój egzemplarz Skrwawionych, lecz niezłomnych. Pije teraz herbatkęw pańskim salonie. Dałby wszystko, aby być tutaj, mócz panem porozmawiać.

– Czy to ten idiota, który zdecydował, że pójdziecie naszą drogą przez południowo-zachodnią ścianę?

– Nie wiedziałem, że tamtędy idziemy – mówię zaskoczony.

– Co, nie wiesz nawet, którędy idziecie?

Niech to szlag, Kits, mogłeś mi powiedzieć.

– Jak już panu mówiłem, zastąpiłem poprzedniego lekarzaw ostatniej chwili. Sądzę… że wybrali tę drogę, bo jest najlepsza.

– Jest, alei tak wam się nie uda.

– Dlaczego nie? Wam prawie się udało.

Przez moment waha sięi przybiera powściągliwy wyraz twarzy.

– Udałoby nam się, gdyby nie Lyell. Nie wierzw te jego tandetne opowieści. Był marnym alpinistą, fatalnym dowódcąi próżnym człowiekiem. Tak zwani bohaterowie często tacy są.

Mówiz tak zajadłą nienawiścią, że nagle przypominam sobie, że ma już ponad sześćdziesiąt lat i, jeśli wierzyć jego córce, nie jestz nim najlepiej.

– Ta południowo-zachodnia ściana – próbuję. – Jestz nią jakiś problem?

– Problem… – odpowiada mrukliwie. Rzuca okiem na fotografięi nagle wzdraga się, jakby przeszedł go dreszcz. Na jego twarzy na moment pojawia się coś, co bardzo przypomina strach. Po chwili to mijai Tennant odzyskuje panowanie nad sobą. – Jaki mógłby być problem – chrypi – na najbardziej niebezpiecznej górze na świecie? Znasz Himalaje, co? Wspinałeś się już tutaj?

– Nie, proszę pana. Jestem pierwszy razw Indiach.

– Dobry Bożew niebiosach… – mówi, rzucając mi współczujące spojrzenie, od którego się rumienię.

Postanawiam zlekceważyć ostrożnośći zadać mu pytanie, które ciśnie mi się na usta:

– A dlaczego pan nie napisał własnej relacjiz tamtej wyprawy?

– A kto,u diabła, daje ci prawo, aby mnieo to pytać? – Jego ton jest wojowniczy, ale jego spojrzenie kieruje sięw stronę biurka,a ja wstrzymuję oddech. Czy to możliwe, że jednak coś na ten temat napisał?

– Przepraszam za impertynencję – mówię ostrożnie – ale na pewno pan rozumie, dlaczego jesteśmy tak bardzo ciekawi. Minęło niemal trzydzieści lat,a pan nie powiedział ani nie napisało tym słowa…

– Brat będzie się wspinałz bratem? – rzuca. – Dobrze sięz nim dogadujesz?

Zmienia temat tak bezceremonialnie, że to niemal zniewaga.W ten sposób zatrzaskuje furtkę do jakichkolwiek dalszych pytań.

– Wspinamy się razem od lat – odpowiadam chłodno.

– A coz pozostałymi? – pyta, prychającz niedowierzaniem.

– Poznałem ich dopiero dzisiaj. Dotarliśmy tu innymi drogami…

– To po co chcesz się tam wspinać?

– Proszę?

– Słyszałeś. Po co?

– Czy trzeba mieć jakiś powód?

Zaskakuje mnie to, ale moja odpowiedź najwyraźniej mu się podoba. Kąciki jego ust unoszą sięw ponurym uśmiechu.

– Zdajesz sobie sprawę, że Norton uważa tę górę za trudniejszą od Everestu?

– Tak, czytałemo tym.

W ciszy, która zapada, ma się wrażenie, żew pokoju zjawiają się duchy nieszczęsnych towarzyszy Nortona – Mallory’egoi Irvine’a.

Cisza trwa. Jest tak, jakby starszy mężczyzna zupełnieo mnie zapomniał. Nadal trzyma się za kolanai zaciska wystającą szczękę.

– Jeśli da radę, to was zabije – cedzi. –O tak. Nie masz nawet pojęcia…

Raz jeszcze rzuca okiem na fotografięi znów przeszywa go ten dziwny, konwulsyjny dreszcz.

Teraz mam pewność. Jest przerażony. Charles Tennant, jedenz najtwardszych alpinistów, jacy chodzili po ziemi, jest przerażony tą górą.

– Podaj mi tamto pudełkoz biurka – rzuca tak gwałtownie, że aż podskakuję.

– Eee… Które, proszę pana?

– To, na którym leży kangling.

– Przepraszam, co takiego?

– Trąbka, do jasnej cholery!

Zdejmuję zrobionąz kości udowej trąbkęi podaję mu mahoniowe pudełko. Kładzie je na kolanach, po czym zakrywa dłońmi.

Serce zaczyna mi łomotać. Czy przetrzymywał mnie tu nie bez powodu? Oceniał mnie? Dodawał samemu sobie odwagi, aby mi powiedzieć… Co?

A może pozwalam, aby zmęczeniei podniecenie zakłóciły moje zdolności poznawcze?

Cisza staje się nieznośna,a on nie ma najmniejszego zamiaru jej przerywać.

Nadal trzymamw ręku trąbkęz kości udowej. Jej ustnik zrobiony jest ze sczerniałego srebra, drugi koniec nabijany jest przybrudzonymi turkusami. Abyw ogóle coś powiedzieć, pytam go, jak to brzmiało.

Odwraca głowęi wpatruje się we mniez nieskrywanym przerażeniem.

– Co? – pyta łamiącym się głosem. – Jak brzmiało? Co,u diabła, masz na myśli?

Jezu Chryste, co ja takiego powiedziałem? Krew odpływa muz twarzy,a jego usta szarzeją. Moje błahe pytanie najwyraźniej zupełnie wytrąciło goz równowagi.

Kiwa sięw przódi w tył,a jego spojrzenie zdaje się zwracać gdzieś do wewnątrz, jakby wpatrywał sięw przeszłość.

– Każdej nocy – szepcze – każdej nocy, rozumiesz to, widzę ich… moich towarzyszyz Kanczendzongi. Widzę, jak wyciągają do mnie ręce… Słyszę, jak wołająo pomoc… Tak… Już zawsze będę ich widział…

Rozglądam się, szukając wody, szkockiej, czegokolwiek. Na półcez książkami stoi karafka: brandy, sądząc po zapachu. Wlewam trochę do szklaneczkii przysuwam do jego ust, ale odpycha mniez zaskakującą siłą.

– Wynocha! – krzyczy. – Wynoś sięi nie wracaj!

2.

KITSKIPI Z GNIEWU, gdy razem wracamy tongą do Dardżyling.

– Coś ty zrobił? Wpakowałeś się do kapitana Tennanta?I dlaczego, do diabła, nie zabrałeś mnie ze sobą?

– Nie pozwoliłby mi – odpowiadam. – Jest dość władczy.

– Nic mio tym nie wiadomo. Ale co ja mogę wiedzieć, skoro go nie poznałem? Nic nie mogę wiedzieć! Chryste Panie, Stephen, co ty mu właściwie powiedziałeś?

– Nic. Wpadłw jakiś dziwny stan, opowiadało przeszłości. Dlaczego mi nie mówiłeś, że będziemy szli drogą Lyella?

– Sądziłem, że już się zorientowałeś!

Niby jak? – mam ochotę odpowiedzieć. Przed jego wyjazdem do Bombaju widzieliśmy się tylko raz. Miałem wtedy ciężką przeprawęz rodziną Clare,a on miał problem, bo potrzebował lekarza. Kwestia wyboru drogi nigdy się nie pojawiła.

Siedzimy ramięw ramięw tondze, tyłem do kierunku jazdy. Kits sztywno wpatruje sięw drogę. Oczy ma zaszklone wściekłością, kąciki ust opadły mu jaku buldoga. Robił taką minę, gdy byliśmy chłopcamii miał zamiar zaraz mi przywalić.

Kusi mnie, aby mu powiedzieć, że stary Tennant uważa go za idiotęz powodu wyboru południowo-zachodniej ściany, ale obiecałem sobie wcześniej, że nie będę sięz nim kłócił. Dajmy temu spokój, jesteśmy dorosłymi ludźmi.

Droga jest ciemna, jedziemy przez opadający tunel między zwisającymi cedramii skrzypiącymi bambusami. Deszcz na razie nas omija, ale jest zimno,a chmury wokół są gęstei bezustannie nadciągają, jak gościez innego świata.

Jestem roztrzęsionyi mam wyrzuty sumieniaw związku ze starszym mężczyzną, chociaż naprawdę nie wiem, dlaczego niewinne pytanieo miejscowy, paskudny bibelot miałoby kogoś tak wytrącićz równowagi.

Ciągle widzę Millicent Tennant, która sama przepisuje mu „krople”i patrzy na mnie pogardliwym, bazyliszkowym spojrzeniem, uważając moją ewentualną medyczną diagnozę za całkowicie zbędną. Nadal widzę też przerażeniew oczach starszego mężczyzny.

To przerażenie jest dla mnie zdumiewające. Co to za pomysł, żeby biały człowiek – sahib – miał się bać góry?

Oczywiścieu każdego alpinisty strach odgrywa pewną rolę. Jest strach, jest pożądanie, podziw, respekt, nawet miłość. Ale nie strach, który wyklucza wszystko inne.A Tennant nie był obłąkany. Tego jestem pewien. Więc dlaczego?

Jest jeszcze coś. Mam dręczące mnie podejrzenie, że Tennant spisał jakiegoś rodzaju relacjęz wyprawy.

Dobra, sprawa zamknięta. Nie powiemo tym ani słowa Kitsowi. Bóg raczy wiedzieć, co by zrobił, gdyby się dowiedział, że zmarnowałem szansę wejściaw posiadanie relacji Tennanta.

– No to dlaczego idziemy śladem Lyella? – pytam. – Nie powiem, aby mi się to podobało. Cały czas będzie nam towarzyszyć tamta katastrofa.

– Dlaczego ty musisz zawsze wszystko analizować? Mam nadzieję, że nie będziesz tego robiłw czasie wyprawy. Innym by się to nie spodobało!

– Przyjąłem do wiadomości. To dlaczego idziemy śladem Lyella?

– Bo to najlepsza droga!

– I tylkoo to chodzi?

– Co masz na myśli?

– No nie wiem – mówię sucho. – Pójść śladem twojego bohatera, dokończyć to, co on zaczął…

– Dobra, kpij sobie.W tym jesteś najlepszy, co?

Unoszę ręcew obronnym geście.

Ale dobrze znam mojego brata. Kilka lat temu na północno-zachodniej grani Everestu ktoś natknął się na czekan Irvine’a,a Kits rozpaczał przez kilka tygodni. Dlaczego to nie on go znalazł, dlaczego nie jemu przypadł ten zaszczyt? Tego właśnie teraz szuka: reliktów ekspedycji Lyella.I oczywiście chce dokończyć to, co zaczął ten wielki wspinacz, chce być pierwszym człowiekiem na świecie, który zdobędzie ośmiotysięcznik –i jeszcze zyska dodatkową chwałę, umieszczając na szczycie brytyjską flagęi ucierając nosa cholernym Niemcom.

Żałuję, że pozwoliłem, aby starszy mężczyzna wytrącił mniez równowagi.A jednak to też dobra lekcja. Muszę pamiętać, że cokolwiek mu się przydarzyło, stało się to trzydzieści lat temu. Nie mogę pozwolić, by jego strach zbrukał moją górę. Nie mogę dać się nim zarazić.

Tak więcw pewnym sensie zgubienie książek było szczęśliwym zbiegiem okoliczności. Ani myślę pożyczać jakiejś od Kitsa. Nie zamierzam czytać ani słowao wyprawie Lyella, nie chcę wiedzieć, co im się przydarzyło. To już historia.I nie ma toz nami nic wspólnego.

Czuję zapach węgla drzewnegoi łajna,z oddali dobiega ujadanie psów: zbliżamy się do Dardżyling.

– Słyszałem, że jest tu ciekawy bazar – mówię, nie odwracając głowy. – Byłeś tam?

– Typowe miejscowe śmieci – parska Kits. – Kupiłem kilka bibelotów, żeby zabawić Dorothyi chłopców.

– Cou nich?

– Harry tęskni za domem, ale to minie. Ronnie niedługo będzie kapitanem pierwszej jedenastki – mówi, wydymając wargi. – Idziew moje ślady. Dorothy jest oczywiście bardzo zapracowana. Wiejski festyni tak dalej. Dużo robotyw posiadłości.

– Tak, oczywiście.

Wrony zrywają się do lotuz łopotem skrzydeł, odlatując od czegoś małegoi martwego na poboczu drogi.

– Sądzę, że ojciec Clare mnie pozwie za złamanie przyrzeczenia – mówię do Kitsa.

Rzuca mi pełne irytacji spojrzenie,a później znowu wpatruje się gniewniew drogę. Zawsze to robi. Albo rozmawiamyo nim,o jego rodzinie,o wspinaczce, albo nie rozmawiamy wcale.

– Czy kapitan Tennant mówił coś jeszczeo tej drodze? – pyta.

– Tylko tyle – mówięz wahaniem – że jego zdaniem nam się nie uda.

– A niby dlaczego? – pyta, odwracając głowę.

– Też goo to spytałem, ale nie odpowiedział.

Pobielone kamienie ułożone wzdłuż drogi są gdzieniegdzie usiane ciemnoczerwonymi plamami, które wyglądają jak krew. Pytam Kitsa, co to takiego,a on odpowiada, że nazywa się to paan. Nic mi to nie mówi,a on robi zdziwioną minę.

– Sokz betelu! Miejscowi go żują,a potem wypluwają. Boże święty, Stephen, co ty robiłeś przez wszystkie te tygodnie na statku? Rzuciłem ci linę ratunkową, zabierając cię na tę wyprawę, nie zapominajo tym! Sądziłem, że możesz zrobić choć tylei spróbować zapoznać się niecoz cholernym miejscem, do którego się wybierasz!

– Chciałem, ale bagażowi zgubili moje książki.

– Chryste Panie, jakie to do ciebie podobne!

– Kits – mówię, odwracając się do niego. – Pax.

Wpatruje się ponuro przed siebie, po czym trzepie mnie mocnow ucho.

– Czasami, mój drogi młodszy braciszku, jesteś naprawdę do niczego!

ZDUMIEWAJĄCE, ile człowiekowi może dać dobry obiadi kilka szklanek whiskyz wodą sodową. Mój niepokój związanyz Charlesem Tennantem całkiem zniknął, udało mi się też ułagodzić zjeżonego Kitsa, wypytując goo jego nową salę bilardowąi o