Przemytniczki złotych kości - Cezary Borowy - ebook

Przemytniczki złotych kości ebook

Cezary Borowy

4,5

Opis

Kinga Maria Dunin - publicystka, pisarka, krytyczka literacka tak pisze o książce

„Czy wiecie, jak przemycić przez granicę pięć kilogramów złota? Nie

wiecie, to dobrze, bo nieładnie jest przemycać. Ale pewno - nie bądźmy

hipokrytami - chcecie się dowiedzieć.

Przemytniczki złotych kości to jedna z ciekawszych powieści przygodowych, jakie czytałam.

A poważniej - fascynujący i wciągający reportaż o polskich grupach przemytniczych w

Indiach, Nepalu, Bangladeszu i Singapurze.

Poznajemy ten świat z innej, mniej znanej strony: z relacji kobiet które przez wiele lat regularnie latały do Indii, za każdym razem wynosząc przez granicę po kilka kilogramów złota. Jak również z autentycznych listów jednej z dziewczyn pisanych z indyjskiego więzienia.

Widać, że autor zna i kocha Indie, w końcu zaczynał jako Han Solo,

przemytnik i bohater swojej poprzedniej książki. To, że tym razem

bohaterkami są sprawcze i odważne kobiety, bardzo mnie cieszy!

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 511

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (18 ocen)
10
7
1
0
0
Sortuj według:
Niepokorny7

Dobrze spędzony czas

Ciekawy temat, podziw dla pomysłowości młodych ludzi z siermiężnej Polski. Brakowało mi jedynie relacji z procesu odzyskiwania złota z wody królewskiej. Polecam gorąco.
00
DomiKol

Nie oderwiesz się od lektury

Jedynie religijno-filozoficzne refleksje mnie nudziły. na szczęście było ich niewiele i można przekartkować. Poza tym ... GENIALNIE napisana książka. Wciąga jak sugar. Brown.
00
bozenasup

Nie oderwiesz się od lektury

W tamtym roku miałam wielką przyjemność przeczytać książkę pt. "Spowiedź Hana Solo. Byłem przemytnikiem w Indiach", która zrobiła na mnie duże wrażenie. Kiedy dowiedziałam się, że autor pokusił się o kontynuację, wiedziałam, że czeka mnie czytelnicza uczta. I nie zawiodłam się! "Przemytniczki złotych kości" to kobieca strona pierwszej opowieści. To historia tych dziewczyn, które zajmowały się przemycaniem towarów w Indiach w latach 80-tych i 90-tych. Kobiety te głównie przerzucały złoto na różne pomysłowe sposoby. Jakie? O tym musicie przekonać się sami:) Ta powieść to niesamowita przygoda, niezwykle barwna. Już sama egzotyka takich miejsc jak Bangladesz, czy Singapur robi wrażenie. Jest to opowieść o niezwykle odważnych, ciekawych ludziach, którzy potrafili zaryzykować, rzucić wszystko i wyjechać do nieznanego kraju. Jedni robili to dla zarobku, inni dla adrenaliny. Każda z bohaterek "Przemytniczek złotych kości" ma swoją niepowtarzalną historię i cel, który dzięki przemytowi realizuj...
00

Popularność



Kolekcje



Tylko ryzykowna gra daje wielkie zwycięstwa.

Jerzy Pilch

Mojej mamie.

Prolog

Czas decyzji

Ktoś mógłby powiedzieć, że w życiu nie ma takich przypadków. Takich wyraźnych sygnałów… Od czego? Od kogo?

Jest styczeń 2020 roku, dwa miesiące po premierze moich wspomnień „Spowiedź Hana Solo. Byłem przemytnikiem w Indiach”. Umówiłem się w Poznaniu z koleżanką z dawnych lat. Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku przez osiem lat mieszkała na Dalekim Wschodzie i zajmowała się przemytem elektroniki oraz złota do Indii. Podobnie jak wielu innych traktowała to jak normalną pracę.

Siedzę w prawie pustej o tej porze kawiarni Vandal na poznańskim Łazarzu i popijając espresso, zastanawiam się, czy ją rozpoznam. Na pewno się zmieniła. Jak bardzo? Nie znalazłem jej aktualnych zdjęć na żadnym portalu społecznościowym, ale nie może być inaczej, wszyscy się zmieniliśmy. Nawet nie wiem, czy jeszcze jesteśmy w wieku średnim, czy już w wieku starszym.

Widzę ją. Ubrana w długi, rozpięty płaszcz Mata Hari podchodzi i uśmiecha się z daleka. Minęło prawie trzydzieści lat, odkąd ostatni raz się widzieliśmy, ale poznaję ją, kokieteryjny uśmiech pozostał.

Nasze pierwsze spotkanie po latach, pierwsze spojrzenie, pierwsze wrażenie, jeszcze zanim usiadła na krześle. Ten uśmiech oczami spod rzęs; jest trochę zawstydzona, trochę zaciekawiona.

– Tak, w tym przebraniu to ja – zaczyna od żartu. – Wiem, że wyglądam statecznie. Wielu byłoby zaskoczonych, gdyby wiedzieli, na co się kiedyś odważyłam. – Śmieje się.

„Ma dystans do siebie” – myślę. „Podoba mi się to”. Ten uśmiech przywołuje obraz sprzed lat, widzę młodą, zawsze elegancką dziewczynę z Singapuru.

Zamawia kawę, wypytujemy się wzajemnie o wspólnych znajomych, taki rekonesans, przełamanie lodów. Szybko nam idzie, już jesteśmy w klimacie z tamtych dni. Mimo upływu dziesiątek lat nie ma między nami bariery. Po chwili przechodzimy do omawiania mojego nowego projektu, czyli kolejnej książki o polskich przemytnikach w Indiach. Wspólnym wysiłkiem rekonstruujemy wydarzenia sprzed lat. Kto dla kogo latał, jakie grupy działały, kiedy się rozwiązały. Rozważamy też, które z jej licznych przygód mógłbym wykorzystać.

W pewnym momencie Mata Hari zaczyna czegoś szukać w sporej torebce, którą postawiła obok, na krześle. Po chwili wyjmuje i kładzie na stoliku kilka albumów ze zdjęciami i trzy małe cienkie książeczki. Od razu poznaję – to paszporty. Zielony, granatowy i bordowy, z różnych krajów. Z filuternym uśmiechem i błyskiem w oku otwiera je na stronach ze zdjęciem i przesuwa w moją stronę.

– Patrz, tu jestem na chłopaka obcięta, tu już mam dłuższe włosy, tu spięłam je sobie w kok.

Widzi moją minę i się śmieje.

– No co, pamiątek nie można mieć?

– Mogłaś je sprzedać, w swoim czasie były sporo warte – mówię, biorąc je do ręki.

– No, ale ja chciałam zostawić sobie na pamiątkę.

Nie mogę się powstrzymać od śmiechu, a ona opowiada, ile lotów na którym paszporcie wykonała. Przywołuje nieznane mi epizody, opowiada anegdoty. Przyglądam się dokładnie wypukłym pieczątkom na zdjęciach, świetna robota. Nawet ciekawe nazwiska i łatwe do nauczenia się podpisy. Patrzę na Matę Hari i cały czas się śmieję. Dystyngowana pani, sześćdziesiąt lat, odnosząca sukcesy projektantka wnętrz jako artefakty z młodości trzyma w szufladzie trzy fałszywe paszporty. Zwykle dziewczyny na pamiątkę zostawiają sobie zasuszone kwiatki, listy, prezenty od chłopaków, zdjęcia, bransoletki, a tutaj co mamy?

– Ty, kurczę, naprawdę jesteś Mata Hari. Tylko skończyłaś lepiej niż ona – mówię z podziwem. – Tak dobrze książki robił tylko Adam Grek – dodaję po chwili przyglądania się paszportom.

– Tak, masz rację – potwierdza. – To jego robota.

Przeglądając albumy ze zdjęciami, szybko zapominamy o świecie wokół, o tym, gdzie jesteśmy, o ludziach przy sąsiednich stolikach, którzy przed chwilą weszli do kawiarni. Nie zwracamy uwagi, czy nas ktoś podsłuchuje, czy nie, mówimy przewalackim1 slangiem: Skierniewice, Kraków, Bombka, blacha, kości, zielona, książki, trąbki, skrzynki, sanatorium2 – to wszystko słowa zamienniki, sprawiające, że nasz dialog dla postronnej osoby byłby nie tylko niezrozumiały, ale wręcz idiotyczny. Tymczasem my jesteśmy duchem w Indiach, w Singapurze, przywołujemy tamte czasy.

Kończymy spotkanie serdecznym uściskiem. Idąc do samochodu, zastanawiam się, czy rzeczywiście jestem gotów pisać kolejną książkę. Ciągle mam wątpliwości. Wsiadam i przed odpaleniem silnika patrzę na smartfon. Widzę wiadomość, otwieram i przenoszę się w zupełnie inny wymiar.

Gipsówka, przemytniczka złota, obecnie mieszkająca w Hamburgu, z którą rozmawiałem kilka tygodni wcześniej przez telefon, jest w szpitalu. Jutro ma przejść bardzo poważną operację. Czekając na nią, czyta moje wspomnienia i pyta: „Czy będzie kontynuacja?”.

„No jasne” – odpisuję szybko, bo cóż innego mógłbym napisać, skoro wyraźnie tego oczekuje? W kolejnych zdaniach staram się ją jakoś wzmocnić, chociaż wiem, że i tak jest silna. Na koniec dostaję wiadomość: „Dzięki za wsparcie, jutro o dwunastej zaczną ciąć mi mózg. Pamiętaj, Han Solo, druga książka!”.

Zamykam aplikację, odkładam telefon, patrzę na ludzi idących chodnikiem. Skupieni na swoich myślach, jakby nieobecni, nie mają świadomości, że ktoś gdzieś przeżywa dramat. „Każdy żyje w swojej bańce” – przemyka mi przez głowę mało odkrywcza myśl. Oddycham głęboko kilka razy. Druga książka to poważna sprawa, sam nie dam rady. Wygląda na to, że czeka mnie sporo podróży po Polsce.

Wojna o złoto (część I)

Przez cztery dni, od poniedziałku 19 września do czwartku 22 września 1989 roku, kilkudziesięciu indyjskich celników w cywilu oraz setka umundurowanych policjantów trzymało kocioł na dworcu kolejowym w New Delhi. Każdego dnia czekali w napięciu na nadjeżdżający ze wschodu pociąg. Obstawiali wszystkie możliwe drogi ucieczki. Pasażerowie wychodzący z wagonów na peron byli lustrowani przez tajniaków, którzy szukali wzrokiem cudzoziemców. Zatrzymywali każdego białasa, legitymowali, sprawdzali uważnie bagaże, prosili o opróżnienie kieszeni i pasów z dokumentami. To była od dawna precyzyjnie przygotowywana obława na przemytników złota wracających z Nepalu drogą lądową do stolicy Indii.

Poranny pociąg z Gorakhpuru wtoczył się wolno na peron i po chwili zatrzymał się z głośnym, nieprzyjemnym dla ucha zgrzytem hamulców.

Irmina, szczupła szatynka z Poznania, studentka trzeciego roku germanistyki o wyglądzie młodej podróżniczki z Niemiec albo Szwajcarii, siedziała spokojnie w wagonie sypialnym z trzema kolegami: Darkiem, Arkiem i Piotrkiem. Czekali, aż tłum niecierpliwych Indusów opuści wagon. Po dwóch dobach w podróży byli zbyt zmęczeni, aby przeciskać się w tłoku. Nie czuli już też napięcia, byli spokojni, wręcz znudzeni, bo pierwsza część trasy była za nimi. Cieszyli się na myśl, że czeka ich cały dzień bez żadnych zadań do wykonania. Wiedzieli, co prawda, że tak naprawdę odpoczną dopiero za kolejne dziesięć godzin, gdy zamówią drinka na pokładzie samolotu odlatującego do Singapuru z międzynarodowego lotniska imienia Indiry Gandhi w stolicy Indii. Wtedy dopiero będą mogli powiedzieć, że zamknęli kółko.

Teraz czekali, żeby spokojnie, bez przepychania się w tłoku, opuścić pociąg, następnie wejść schodami na żelazną kładkę nad torami i przejść w kierunku budynku dworca. Po drodze, jak zawsze, będą opędzać się od natarczywych kulisów3 w czerwonych kubraczkach, którzy koniecznie chcieli pomóc podróżnym w niesieniu bagaży, żeby zarobić parę rupii na miskę ryżu dla rodziny. Potem przejdą na drugą stronę ulicy, wsiądą do riksz rowerowych i pojadą piętnaście minut ulicą Main Bazar do hotelu Vishal. Oddadzą kości rezydentowi, każde swojemu, bo przecież byli z różnych grup. Wezmą prysznic, pójdą do baru Koshla na polskie racuchy, gdzie poplotkują z przypadkowo spotkanymi znajomymi, a po południu dostaną swoją porcję waluty do przeszmuglowania. Będą musieli to uważnie spakować, dwadzieścia, czterdzieści tysięcy dolarów, i każde z nich zrobi to na swój sposób. To ważna cześć zadania, bo do Indii można przywieźć bez deklaracji tylko tysiąc dolarów w gotówce i tyle samo stamtąd wywieźć. Zatem w jedną stronę okrężną drogą przez Nepal przemycają złoto, a w drugą banknoty. Różne były zdania na temat tego, kiedy jest większe ryzyko. Niektórzy uważali, że przemyt złota na lotnisku w Katmandu, nie mówiąc już o granicy lądowej między Nepalem a Indiami, to łatwizna. Jak kilkudziesięciu innych młodych Polaków robili to przecież tydzień po tygodniu, prawie od dwóch miesięcy, i już się nawet specjalnie nie denerwowali, rutyna. Poza tym nawet gdyby zatrzymano ich na lotnisku w stolicy Nepalu, to tam za kaucją można wyjść w ciągu kilku dni. W sumie nie było się czym denerwować. W przeciwieństwie do wylotu z New Delhi z dużą ilością waluty, bo za to można było trafić na długo do więzienia, a zwolnienie, bail4, trudno było uzyskać.

„Jeszcze chwila” – myślała Irmina, ciesząc się, że za pół godziny wejdzie pod zimny prysznic. Powoli kończyła się jej wspaniała indyjska przygoda, dla niej to było ostatnie kółko. Z Singapuru wróci Aeroflotem do Warszawy, potem kilka godzin pociągiem do Poznania i będzie w domu, a za dwa tygodnie znów na uczelnię „Jak ja po tym wszystkim odnajdę się na wykładach?” – zastanawiała się coraz częściej.

– No dobra, wychodzimy – dał sygnał Marek. Zarzucili lekkie plecaki na ramiona i po kolei opuścili wagon. Zebrali się gromadką na peronie, spojrzeli po sobie, jakby sprawdzając, czy są w komplecie, czy się nie pogubili, bo z długiego może na kilometr pociągu wyszło na końcowej stacji pewnie ze dwa tysiące osób i tłum wokół ciągle był gęsty. Odwrócili się w kierunku schodów.

– Passports please – powiedział Indus w cywilu, który zastąpił im drogę. Obok niego stał drugi, a z nimi dziesięciu „zapałczanych” policjantów z długimi karabinami jak flinty z dziewiętnastego wieku. Najczęściej bardzo szczupli w spranych zielonych mundurach i granatowych beretach na głowie skojarzyli się kiedyś któremuś z młodych Polaków z zapałkami i tak już zostało. Policjanci otoczyli ich teraz i uważnie obserwowali każdy ich ruch. Irmina zbladła, serce jej załomotało tak, że chyba wszyscy musieli to słyszeć. Po chwili przeszedł ją zimny dreszcz. „Stało się” – pomyślała. Ledwo powstrzymywała łzy, pocieszając się jeszcze, że może to pomyłka, może szukają jakiegoś mordercy czy szpiega.

To był poniedziałek, podobnie było we wtorek i w środę – na peronie zatrzymywano po kilkoro zaskoczonych wieszaków5.

W czwartek w kocioł wpadło trzech chłopaków i dwie dziewczyny, w tym niewysoka szczupła blondynka z kręconymi włosami, Ania Lotówka, która nie była – przynajmniej w tym momencie – Polką, bo pokazała francuski paszport. Ale to niewiele jej pomogło, zabrano ją wraz z innymi na pierwsze piętro dworca kolejowego. Drugą zatrzymaną tego dnia dziewczyną była Kasia Małolata, która w maju zdała maturę, a do Indii ściągnął ją brat Rysiek.

Na pierwszym piętrze dworca zwykle toczyło się codzienne, leniwe życie pracowników kolei. Teraz każda dziewczyna, każdy zatrzymany chłopak po wejściu schodami do przemeblowanej hali rozglądali się ze zdziwieniem. To nie był ten spokojny dworzec, który wszyscy tak dobrze znali. Wokół było pełno policjantów i policjantek oraz facetów w cywilu wykonujących nerwowe telefony. Najwyraźniej oficerowie DRI6 usunęli urzędników i urządzili sobie tutaj centrum dowodzenia akcją.

Ania liczyła, że jej sprawa szybko się wyjaśni, przecież nie miała przy sobie ani jednej sztabki, nawet złotego pierścionka na palcu. Bardzo się przy tym awanturowała, co zrozumiałe w tych okolicznościach. „Czemu mnie zatrzymaliście?!” – krzyczała, bo doświadczenie nauczyło ją, że krzyk białego w Indiach wzbudza respekt. Żądała natychmiastowego zwolnienia. Była przerażona i zdesperowana, bardziej niż o siebie bała się o matkę, którą zostawiła samą w guest house w Katmandu, obiecując, że wróci za dwa dni. Teraz kobieta czeka tam na nią cierpliwie, sama w obcym kraju, bez znajomości języka. Plan miały taki, że jeszcze w czwartek wieczorem Ania wróci do niej samolotem. Była umówiona z szefem grupy, Chudym, który rezydował w New Delhi, że tym razem przypadającą na nią porcję waluty wywiezie ktoś inny, a ona szybko poleci do Nepalu i pojadą razem z matką zwiedzać Pokharę. Potem miały udać się do Tajlandii, poleżeć na plaży pod palmami i popijać przez słomkę sok z kokosa – taki był plan. To miała być dwutygodniowa wspólna podróż po Azji, prezent od córki za trud wychowania. Ania tak się cieszyła, że stać ją, żeby kochanej mamie pokazać kawałek kolorowego świata.

Podczas kilku godzin przesłuchań wielokrotnie wykrzyczano im w twarz, że popełnili very serious offence, a w Indiach za przemyt złota dostaną pięć lat („Five years, czy ty rozumiesz? Zaczniesz mówić? Komu to miałeś dostarczyć? Wolisz zgnić w więzieniu? Wiesz, co tam robią z takimi jak ty?”). Przerażeni młodzi ludzie wiedzieli, że w pokoju hotelowym czeka na nich pewnie już mocno zaniepokojony szef grupy albo jego rezydent, ale nie pisnęli o tym ani słowa. Tylko tego brakowało, żeby tamtych zgarnęli; kto by wtedy wynajął prawników, ewentualnie wpłacił kaucję? Trzymali się historii, że kupili w Singapurze złoto, które zamierzali zawieźć do Polski, a po drodze chcieli zwiedzić Indie. Przyznawali się do błędu, ponieważ nie znali przepisów celnych i nie przypuszczali, że przywóz złota do Indii jest zabroniony. Zresztą wiedzieli, że to bez znaczenia, że nikt w ich wyjaśnienia nie uwierzy.

Po trwających kilka godzin przesłuchaniach zatrzymanych w obławie na dworcu kolejowym – w tym Anię Lotówkę – wprowadzono do radiowozów i przewieziono do komendy głównej policji w New Delhi. Tam wszystko zaczynało się od początku, kolejne ostre przesłuchanie i podpisywanie protokołów. Ania słyszała z sąsiednich pokojów przeraźliwe krzyki bitego kolegi. Potem zaprowadzono ją w obstawie na wewnętrzny dziedziniec komendy. Dreszcz przeszedł jej po plecach, gdy zobaczyła dużą więźniarkę, i łzy popłynęły jakoś same z siebie, kiedy popychano ją, aby szybciej wchodziła do środka zakratowanej ciężarówki wypełnionej do połowy lokalsami o smutnych twarzach. Samochód ruszył, wytoczył się powoli na ulice New Delhi. W towarzystwie lokalnych złodziejaszków zatrzymanych w ciągu dnia w więziennej suce Anię wywożono w nieznane. Powolny przejazd zatłoczonymi ulicami wzmógł w niej grozę, wszyscy się na nią gapili, na białą za kratami. Widziała, jak jej się przyglądają, wręcz fizycznie czuła na twarzy i na plecach wzrok setek ciekawskich oczu. Nie było w nich współczucia. „Jak tam będzie, co mi zrobią?” – kołatało się w głowie młodej kobiecie. Jechali do największego więzienia w Azji Południowej, słynnego z przeludnienia Tihar Jail w New Delhi. Dla Ani Lotówki zaczynała się najtrudniejsza podróż życia.

Jak podawały gazety w Indiach, w feralnym tygodniu łącznie zatrzymano 15 osób, w tym 13 obywateli PRL-u. „Niestety samych kurierów, żadnego szefa” – informował dziennikarz. Skonfiskowano dwadzieścia trzy kilogramy złota i dziewięć kamer wideo.

Tak naprawdę to wszyscy zatrzymani byli Polakami, po prostu dwie osoby, w tym Ania Lotówka, były na lewych paszportach.

Na konferencji prasowej chwalono się sukcesem. Rozłożone na stole sztabki efektownie wypadały na zdjęciach. Oficerowie służb celnych nie byli jednak naiwni, od pięciu lat spotykali tych młodych ludzi z komunistycznego kraju i wiedzieli, na co ich stać. Wielokrotnie wydawało im się, że rozpracowali ich system pracy i ukrócili kontrabandę elektroniki, w której specjalizowali się Polacy. Ale zawsze po kilku miesiącach okazywało się, że wręcz przeciwnie – przemyt idzie na jeszcze większą skalę, tylko zmienioną trasą, inną metodą. Ostatnio celnikom wydawało się, że ci młodzi ludzie wrócili już do siebie. Ponoć tyle zmian w ich kraju. Od trzech miesięcy nie zatrzymano nikogo z magnetowidami ani kamerami. Niestety, potwierdziły się obawy oficerów służby specjalnej DRI, że te świetnie zorganizowane grupy studentów, jak ich nazywali, przerzuciły się na przemyt złota. A to nie była dobra wiadomość. Czy teraz się wystraszą? Między innymi po to była ta akcja, te długie skrupulatne przygotowania. Masowe aresztowania na dworcu miały zakończyć działalność polskich grup przemytniczych raz na zawsze. Niestety, bardziej prawdopodobne było, że zatrzymani dostaną najlepszych prawników i całe możliwe wsparcie, a pozostali na wolności z jeszcze większą determinacją będą odrabiać straty. Tak to będzie wyglądało, tak podpowiadało oficerom doświadczenie.

Wiedzieli też, jak szybko zarabia się pieniądze na przemycie złota, znali przecież ceny na czarnym rynku. Jeżeli teraz Polacy mieli przy sobie 23 kilogramy7, to jakie ilości będą przerzucać za rok? Celnicy mieli świadomość, że próba ich powstrzymania jest jak walka z cieniem. Zatrzymasz piętnaście osób w New Delhi, a za trzy dni pięciu innych przemytników pojawi się w Kalkucie, czterech w Madrasie, a ośmiu w Bombaju8.

Ale złoto to już bardzo poważna sprawa, a oficerowie DRI byli zmotywowani wysoką premią od wartości skonfiskowanych sztabek. Zaczynała się nowa odsłona wojny o złoto, która z dużą intensywnością miała trwać przez następne cztery lata.

MATA HARI

Singapur był dla niej stworzony. Lubiła robić zakupy w markowych butikach i wcale się z tym nie kryła. Porządek, czystość, bezpieczeństwo, szerokie trotuary wyłożone błyszczącymi glazurowanymi płytkami. Gdy wkładała nową sukienkę i eleganckie buty, to żaden detal nie umykał uwadze przechodniów. Idąc ulicą, Mata Hari czuła się jak modelka na wybiegu. Pewna siebie, wysoka, szczupła, czasem blond, czasem ruda, najczęściej obcięta na chłopaka, przyciągała wzrok nie tylko mężczyzn. Tak, Mata Hari zdecydowanie wolała Singapur od Indii.

Kapusta

Teraz stała pod prysznicem w pokoju hotelowym u przyjaciół i ryczała, wreszcie mogła sobie pozwolić na łzy. Woda spływała jej po włosach, ramionach, plecach i co najważniejsze – szumiała, odgradzając Matę Hari od ludzi zebranych w pokoju obok. Sama przed sobą nie musiała udawać twardej, puściły trzymane na wodzy nerwy. Leciały łzy bezradności.

Była u Roberta i Beaty, którzy dla bezpieczeństwa wynajmowali pokój w innym niż większość przemytników hotelu, w Metropolisie.

„Co ja mam teraz robić, do cholery? Co mam robić?” – pytała Mata Hari samą siebie i płakała z bezsilności. Pierwszy raz czuła, że traci kontrolę, że się rozsypuje. Może też dlatego, że przydarzyło się to w takim momencie, kiedy wydawało im się z Dorem, że wszystko mają poukładane. Minęły już cztery miesiące od aresztowań na dworcu, tyle grup, tyle osób latało prawie każdego dnia do wszystkich portów w Indiach, a mimo to nie było żadnych zatrzymań. Dopiero teraz i padło akurat na jej chłopaka. „Przecież byliśmy tacy ostrożni” – łkała pod prysznicem.

Po wpadce Złotego Pociągu we wrześniu 1989 roku polskie grupy przemytnicze zmieniły zasady działania. Dotąd młodzi Polacy bardzo sprawnie i w wyrafinowany sposób omijali kontrole celne na lotniskach. Często jednak po przekroczeniu granicy uważali, że niebezpieczeństwo minęło, i dosyć nonszalancko podchodzili do zasad konspiracji. Zachowywali się trochę jak rozbawieni licealiści na wycieczce życia. Po aresztowaniu piętnastu osób na dworcu kolejowym w New Delhi wszyscy musieli szybko dojrzeć, poziom profesjonalizmu wzrósł skokowo.

„Nie zapomnij kapusty i uważaj, bo mi się śniły zęby” – dokładnie tak powiedziała do Dora, kiedy wychodził. Bo kiedy śniły się jej zęby, zawsze zdarzało się coś niedobrego, przeważnie finansowo.

Od kilku miesięcy wynajmowali na stałe pokój w New Delhi w hotelu Vishal na drugim piętrze. W łazience na stołeczku postawili turystyczną kuchenkę gazową z małą butlą i tam sobie zazwyczaj gotowali polskie jedzenie. Często jeździli do bogatszej dzielnicy i kupowali wędzony boczek, kapustę oraz różne dodatki. Na przykład koperek znajdowali w kwiaciarni, bo dla Indusów to roślina ozdobna. Siostra Maty Hari, Małgosia, była miłośniczką kwiatów i przez przypadek go tam wypatrzyła. Taką kapustę robili ze wszystkim, co było pod ręką, nastawiali duży gar i tamtego dnia też mieli taki plan.

Robert śmiał się zawsze, że kapustą pachniało w całym Vishalu, a Doro zamykał okiennice, żeby nikt z przewalaczy się nie dowiedział, „bo przyjdą na sępa i wszystko wyjedzą”. A przecież w tym hotelu były stare skrzynkowe okna z pojedynczą szybą, które wychodziły na korytarz, na galeryjkę, a za nią było patio, przechodzące przez wszystkie piętra. Kiedy gotowali kapustę na wędzonym boczku, czuć było ją w całym hotelu. Zwykle wspomnienie tej sceny śmieszyło Matę Hari, ale tego dnia stała pod prysznicem i na myśl o kapuście ryczała z bezsilności.

Nie tak miał wyglądać ten wieczór. „Co on tam będzie jadł?” – pytała siebie, łkając, i przedłużała chwile samotności pod prysznicem, a woda zagłuszała jej szloch.

Doro wyszedł tylko do biura Sarupa, największego dilera kontrabandy w New Delhi, po balans9, i miał zaraz wracać. Mata  Hari czekała i czekała, a jego nie było. Wkurzyła się w końcu, bo zaczęło się robić ciemno i zaraz mieli zamykać stragany. Klnąc pod nosem, poszła na targ sama, tak jak stała, wzięła tylko klucze i pas z pieniędzmi na zakupy. Wracała rikszą z reklamówką pełną kapusty, gdy zaprzyjaźniony recepcjonista, Pilaj, wyskoczył przed hotel i zaczął machać do niej ręką: „Jedź, jedź!”. Minęła hotel, wysiadła kilkadziesiąt metrów dalej. Pilaj przybiegł za nią i powiedział, żeby nie wracała do hotelu. W ich pokoju jest teraz rewizja, bo Dora zwinęli u Sarupa.

Matę Hari zamurowało, zupełnie nie wiedziała, co robić. Była już siódma, Pilaj wrócił do hotelu. Ciemno, a ona stała z tą kapustą na ulicy i nie miała pojęcia, w którą stronę iść. Akurat przechodzili Beata z Robertem, przygarnęli ją, zabrali do swojego hotelu, przytulili.

Opowiedziała im to, co wiedziała i co przypuszczała.

Tego dnia po śniadaniu, około dziesiątej, Doro udał się do niepozornego kantorka przy krowim rondzie10, nazywanego przez przemytników office’em od szyldu, który informował, że na tych sześciu metrach kwadratowych znajduje się biuro podróży. Wewnątrz nie było folderów ani zachęcających do wakacji plakatów na ścianach, tylko dwie dwumetrowe twarde ławki dla interesantów i stolik z telefonem, za którym całymi dniami przesiadywał niewysoki, ale bardzo energiczny, łysiejący Indus z brzuszkiem.

Doro zaniósł tam trzydzieści złotych kości11, które porannym pociągiem przywiozła z Katmandu Mała Marzena. Od razu odebrał część pieniędzy, jakieś dwadzieścia tysięcy baksów, i wrócił około dwunastej bardzo zadowolony, bo dostał kasę w samych studolarówkach. Około siedemnastej poszedł po resztę i wtedy właśnie miał po drodze kupić kapustę. No i nie wrócił.

Niestety, jedno było pewne: skoro go zamknęli, to musiał mieć przy sobie gotówkę. Widocznie Sarup wypłacił mu drugą transzę balansu, zanim wpadła policja. „Cholera, nie mogli przyjść wcześniej albo później?”

Ile tego mogło być? Mata Hari zastanawiała się nad tym, gdy spłukiwała szampon z włosów. Nie była pewna, Doro mówił coś o dwudziestu pięciu kawałkach. To, co dostał rano, zostało w pokoju, nawet niespecjalnie schowane, bo przecież Mała Marzena miała wszystko zaraz wywieźć do Singu. Zrobili rewizję i wszystko przepadło. „Cholera, nie jest dobrze. Diabli wzięli psa i łańcuch, czterdzieści pięć koła papieru poszło się czochrać”. Mata Hari róbowała się podnieść na duchu, a ta fraza Daruchny, jedynego w całej społeczności przewalaczy marynarza, a dokładniej kucharza ze statku dalekomorskiego, zawsze ją w trudnych momentach bawiła. Wtedy jednak, pod prysznicem, jakoś jej to nie pomogło. Ryczała i waliła z wściekłości pięścią w marmurową ściankę. Bała się, że jeszcze jedna taka wpadka, a okaże się, że brakuje im kasy na prawników. Poza tym nie bardzo wiedziała, ile tak naprawdę mieli pieniędzy. „Coś w gotówce, ale gdzie? A może w Singu są jeszcze jakieś kości? Kiedy będzie tu Chudy, do cholery, jest wspólnikiem czy nie? Czy ktoś go już zawiadomił?” – takie pytania kotłowały się jej wtedy w głowie, a woda szumiała.

Po dłuższym czasie pod prysznicem Mata Hari zaczęła dochodzić do siebie. Łzy przestały płynąć, oddech się wyrównał i poczuła potrzebę rozmowy z przyjaciółmi. „Może ktoś coś sensownego doradzi?” Nigdy nie odkryła w sobie cech przywódczych, a teraz cała grupa będzie oczekiwać, że to ona zacznie podejmować decyzje. „Zaraz wyjdę, jeszcze tylko chwilka” – uspokajała się i zbierała siły.

W szkole lubiła przedmioty ścisłe, nie chciała jednak iść na politechnikę, bo wydawało jej się, że będą to zbyt wymagające studia. Chciała się bawić, poznać to słynne życie studenckie, a nie tylko zakuwać nocami. Wybrała technologię żywienia w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, gdzie egzaminy wstępne były z matematyki i chemii. Mimo że było kilku kandydatów na miejsce, dostała się bez trudu za pierwszym razem. Przyznano jej też stypendium, które potraktowała jako kapitał do pomnożenia. Za wszystkie pieniądze kupowała co miesiąc na bazarach wełnę i słuchając wykładów, robiła swetry na drutach, a potem je sprzedawała. Bardzo czasochłonne zajęcie, ale na jednym motku włóczki miała w ten sposób trzysta procent zysku.

Bajzel

Przekonywała siebie, że musi iść do tego pokoju po rewizji, wziąć chociaż cokolwiek swojego. „Potrzebuję swoich rzeczy, do cholery” – tłumaczyła przyjaciółce. Paszport na szczęście miała, bo wychodząc po kapustę, wzięła też pas z dokumentami.

W noc po rewizji Beata poszła do Vishala sprawdzić, jaka jest sytuacja. Normalnie na przeszpiegi poszedłby Chudy, jakby nie patrzeć wspólnik Dora, ale tydzień wcześniej poleciał do Polski rozmawiać z jakimiś doktorami czy profesorami chemii na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie o rewelacyjnym patencie na ukrycie złota. Pilaj siedział na recepcji i ze śmiertelnie poważną miną powiedział, że teraz absolutnie nie można wejść do pokoju Dora i Maty Hari, że on da znać, bo drzwi zaplombowali i postawili zapałczanego łepka, strażnika. Dopiero po dwóch dniach przekazał informację, że można przyjść do hotelu, bo nie ma już policji. Mata Hari wybrała się tam sama, choć mimo uspokajających informacji od recepcjonisty miała pewne obawy. Bała się, że może gdzieś w sąsiednim sklepiku czają się tajniacy. „Ale moje rzeczy… Jak mam nie iść?” – rozważała w myślach.

Wyszła przed ósmą rano, bo pomyślała, że o tej porze jest mniejsze ryzyko, iż ktoś będzie obserwował wejście do Vishala. Szła pustą ulicą Main Bazar, minęła krowie rondo12, miejsce na skrzyżowaniu dwóch ulic, gdzie zawsze kręciło się samopas kilka krów. Zobaczyła, jak przy pompie myją się bezdomni mężczyźni. Była jakieś dwadzieścia metrów od nich, zbliżyła się, lecz nie zwracali na nią uwagi. Przecież widzą białe kobiety na Pahargandżu na co dzień. Przechodząc, dyskretnie ich obserwowała. Dwóch namydlonych chłopaków, prawie nagich, tylko w ręcznikach wokół bioder, opłukiwało się wiaderkiem. Trzeci już kończył toaletę; stał zgrabny jak grecki atleta: czarne krótkie włosy, oliwkowa skóra, umięśnione, szczupłe ciało, taka sprężyna. Wycierał plecy naciągniętym w dłoniach ręcznikiem, prężył się i pełną piersią śpiewał głośno i radośnie: „trala la la, trala la la la la”, szczerząc zdrowe, białe zęby.

„Czym są moje problemy w porównaniu do jego życia? Nawet w więzieniu nasi ludzie mają lepsze warunki niż on tutaj, na ulicy” – pomyślała wtedy Mata Hari. „Mieszkam w hotelu, jadam w restauracjach, a od trzech dni czuję się jak zbity pies. On nocą sypia na kartonie w jakimś zakamarku, rano myje się pod pompą uliczną, w dzień zarabia pewnie parę rupii jako tragarz, a potrafi być taki radosny. To musi być dobry omen”.

Weszła do Vishala, minęła w recepcji zatroskanego Pilaja i pobiegła po schodkach na swoje piętro. Na drzwiach pokoju zobaczyła papierowe taśmy z pieczątkami – plomby. Popatrzyła na nie przez moment, zawahała się, ale je zerwała. „W cholerę z nimi, co się będę chrzanić” – pomyślała ze złością. Weszła i zamarła. Pościel, materac wywalone do góry nogami, zawartość wszystkich szuflad i szaf wyrzucona na podłogę.

Wszystko przetrzepali, ale tak po indyjsku, byle jak, bez planu. Ogarnął ją smutek na myśl, że ktoś grzebał w jej osobistych rzeczach. Na drzwiach od wewnętrznej strony, na haczyku, wisiały bawełniane spodnie z zawiązanymi nogawkami, a w nich były dwie pęgi13 waluty. Dwadzieścia tysięcy dolarów, które kilka godzin przed wpadką Doro odebrał od Sarupa. Tego na szczęście gamonie nie znaleźli. Trzymała w ręku pieniądze i po raz pierwszy od trzech dni się uśmiechnęła. To była pierwsza dobra wiadomość od aresztowania. Chociaż tyle im się udało.

Sufit był wyklejony takimi wytłaczankami, w jakich trzyma się jajka. Jedną z nich można było odchylić i tam trzymali lewe książki. Ich też tajniacy nie znaleźli. Pięć sztuk, po tysiąc dolców chodziły, byłoby trochę szkoda, no i mieliby dodatkowy paragraf na Dora. „Tu też się udało, może karty się odwrócą?” – pomyślała, trzymając plik paszportów w ręku.

– Ale dżem ze słoika wywalili, pasty do zębów wycisnęli, całą bieliznę przetrzepali, albumy ze zdjęciami powywalali. To już nie było moje miejsce, zadecydowałam, że więcej tam nie wrócę. Zabrałam parę osobistych rzeczy, albumy ze zdjęciami i wyszłam stamtąd – mówi mi podczas spotkania w kawiarni w Poznaniu z wyczuwalnym nawet po latach smutkiem.

1Polacy handlujący pomiędzy Singapurem a Indiami mówili o sobie, że „przewalają towar przez granicę”, stąd określenie „przewalacze”.

2Singapur, Kalkuta, Bombaj, złoto, sztabki złota, wyjście na lotnisku, fałszywe paszporty, kamery, magnetowidy, więzienie.

3Kulis – tragarz.

4Bail (ang.) – kaucja.

5Wieszak  – slangowe określenie osoby latającej w grupie przemytniczej.

6Directorate of Revenue Intelligence – tajna służba o szerokich uprawnieniach powołana do walki z przemytem.

7W lutym 2021 roku jeden kilogram złota w Singapurze kosztuje 60 000 dolarów. Zatem według cen dzisiejszych 23 kilogramy to równowartość 1 380 000 dolarów. Jednak w 1989 roku złoto było pięciokrotnie tańsze. Wartość skonfiskowanego złota wynosiła zatem 276 000 dolarów po cenach zakupu.

8Celowo używam starych nazw miast indyjskich, dziś zmienionych. Wspomnienia dotyczą okresu sprzed trzydziestu lat, a wtedy dzisiejszy Mumbaj nazywał się Bombaj, Kolkata – Kalkuta, Czennai – Madras.

9Balans – slang, od angielskiego balance – saldo. Oznaczało pieniądze, które ktoś komuś miał wypłacić.

10Skrzyżowanie, na którym często można było spotkać kilka krów, żywiących się resztkami z okolicznych straganów. Nazwa używana przez polskich przemytników.

11Kość – slangowe określenie 116-gramowej sztabki złota. W Azji popularną miarązłota jest tola, czyli 11,66 grama. Przemytnicy kością nazywają sztabkę 10 toli, czyli 116 gramów złota. Czasami używano też określenia „mała kość”, w odróżnieniu od „dużej” – 1 kg.

12Prawdziwa nazwa tego niewielkiego placu to Chai-Tuti-Chowk, co znaczy sześć kranów z wodą.

13Pęga – gruby plik banknotów.

Marginalia

Złoty Ptak – Sone ki Chidiya

Ślady fascynacji ludów Indii złotem sięgają czasów starożytnych. Pliniusz Starszy, pisarz i historyk rzymski żyjący w pierwszym wieku naszej ery, pierwszy dostrzegł i opisał, jak niekorzystny bilans handlowy ma Cesarstwo Rzymskie z Hindustanem. Tak nazywano kraj za rzeką Indus, obecnie tereny Pakistanu i Indii. Odpływ złota na wschód Pliniusz oceniał na 100 milionów sesterców rocznie. Była to według niego jedna z głównych przyczyn kłopotów finansowych cesarstwa za czasów Nerona. „Taką cenę płacimy za nasze kobiety i za nasz przepych” – pisał. Można dziś próbować obliczyć, ile w kilogramach czy tonach odpływało złota z Rzymu do Indii, ale nie oddamy w ten sposób siły nabywczej tego kruszcu w tamtym okresie. Istotne jest, że były to na tyle duże ilości, iż powodowały problemy finansowe potężnego przecież cesarstwa.

W tamtych czasach Indie były bardzo dobrze prosperującym i bogatym krajem. Zachód kupował od Indusów przede wszystkim korzenie, wonności, klejnoty i delikatne materiały. Sprowadzano również cukier z trzciny cukrowej, który w Rzymie był towarem luksusowym. Warto wiedzieć, że słowo „cukier” w polszczyźnie – podobnie jak w większości języków europejskich – pochodzi od sanskryckiego śarkara. Kilka przykładów: sugar – angielski, sukker – duński, zukker – niemiecki, le sucre – francuski, cukr – czeski.

Poza tym sprowadzano ryż i kość słoniową. Indyjskie klarowane masło ghee, które mogło być bardzo długo przechowywane, również budziło zainteresowanie. Tak samo barwnik indygo, laka oraz egzotyczne zwierzęta. I oczywiście niewolnice.

Indusi nie byli specjalnie zainteresowani handlem wymiennym, niewiele towarów z zachodu było dla nich wystarczająco atrakcyjnych. Owszem, do Indii zwożono ceramikę, wyroby ze szkła, trochę wina, ale tamtejsi mieszkańcy przede wszystkim oczekiwali zapłaty w złocie. Dlaczego? Wyjaśnia to Devdutt Pattanaik, znany w Indiach autor, piszący o mitach, baśniach i legendach14.

Według niego złoto od zawsze uszczęśliwiało Indusów. Kobiety chętnie nosiły złote ozdoby, bo to oznaczało, że rodzinie dobrze się powodzi. Przede wszystkim jednak wierzono, że złoto przyciąga szczęście. Skoro tak, to każdy chciał posiadać więcej tego kruszcu, żeby mieć wiecej szczęścia, które przyciągnie więcej złota, a złoto to przecież szczęście i tak dalej, w nieskończoność.

W skrócie uważano, że złoto przyciąga złoto. Im wiecej posiadasz ozdób, monet, sztabek, tym więcej możesz ich mieć w przyszłości. A zatem, poczynając od maharadży, a kończąc na prostym rolniku, wszyscy pragnęli złota, czyli szczęścia. Może to dziś brzmieć dla nas zabawnie, ale pamiętajmy, że na popularnych jeszcze kilka lat temu sesjach coachingu przekonywano, że jeśli chcesz zostać milionerem, musisz już teraz zachowywać się jak milioner.

Rzymianie byli przyzwyczajeni do handlu wymiennego, który dominował w starożytnym świecie. Zastanawiali się więc, co to za miejsce. Tak odległe i tak dziwne, że mieszkańcy nie byli zainteresowani żadnym z ich wspaniałych produktów, chcieli od nich tylko złota. Nazwali ten kraj Złotym Ptakiem – w hindi Sone ki Chidiya, ponieważ miał on opinię najbogatszego regionu starożytnego świata. Na grafikach przypomina złotego wróbla i rzeczywiście często tłumaczy się to na język angielski: the golden sparrow. Wydaje się więc niepozorny, szczególnie w porównaniu do wspaniałego orła, który był symbolem Cesarstwa Rzymskiego. Tylko że w tym czasie to Indusi stawiali warunki, gdyż w żadnym stopniu nie byli zależni od Rzymu. Niemal każdą ilość swoich produktów mogli sprzedać na wschód, do Chin, z którymi od dawien dawna mieli rozbudowane relacje handlowe.

MATA HARI

Na studiach, poza szyciem i robieniem swetrów na drutach, Mata Hari dorabiała, sprzedając wśród koleżanek ciuchy, które przywozili z Indii jej znajomi z roku, Tadek i Krzysiek. Zarabiała na tym nawet przyzwoite pieniądze, robiąc to, co lubiła – doradzając koleżankom w sprawach stylu. Podczas kontaktów z kolegami zorientowała się jednak, że dla nich ciuchy to taki biznes na dokładkę, a prawdziwe pieniądze zarabiają na wyprawach do Singapuru. Delhi, Bombaj, Singapur – słyszała te egzotycznie brzmiące nazwy, co działało jej na wyobraźnię. „Zabierzcie mnie ze sobą” – prosiła. Wykręcali się i z poważnymi minami mówili, że to niebezpieczny biznes i tylko dla wtajemniczonych.

Przygoda życia

Czas się dłużył, wolno mijała minuta po minucie. Mata Hari siedziała w rozgrzanej taksówce i odganiała ręką muchy, trudno przecież w tym upale zamknąć okno. Pojawiła się nieuchwytna nuta niepokoju, tam, głęboko na dnie, gdzie jest prawdziwe ja, atman. Jak się skończy ta przygoda w Indiach? Minęło już tyle dni od zatrzymania Dora, dziesięć, może dwanaście? Każdą godzinę, każdy dzień przeżywała w napięciu. Owszem, dla bezpieczeństwa przeniosła się do nowego hotelu Triple Five na Connaught Place i unikała Pahargandżu, ale niepokój pozostał. Jeszcze za wcześnie, jeszcze się nie oswoiła z myślą, że jej chłopak jest w więzieniu.

Mata Hari teoretycznie była na taką sytuację przygotowana, bo aresztowania zdarzały się w tej robocie. „Albo jesteś w stanie zaakceptować wpadki, albo wracasz do domu” – tak się wtedy mówiło w środowisku przewalaczy. Tyle że z ich grupy (Dora i Chudego) Ania Lotówka siedziała już parę miesięcy, podobnie Marek, którego zgarnęli razem z nią w obławie na dworcu kolejowym, teraz dołączył do nich Doro.

– Tylko mnie jeszcze tam brakowało. Ale tak bardzo chciałam zobaczyć swojego chłopaka, przytulić się do niego – wspomina swój nastrój z taksówki, gdy czekała na widzenie. – Chciałam, żeby ten najmądrzejszy facet, jakiego znałam, powiedział mi, co ja mam, do cholery, zrobić.

W ciągu kilku miesięcy młodzi Polacy z przewalaczy elektroniki, którzy tylko denerwowali kastomsów15, stali się przemytnikami złota, śledzonymi przez tajną policję. Grupa Dora i Chudego miała już trzy osoby w więzieniu, a wszyscy osadzeni liczyli, że koledzy na wolności zrobią wszystko, aby ich jak najszybciej wyciągnąć. Byli bezradni, ufali kolegom i ich przedsiębiorczości. Nie trzeba było nikogo mobilizować, wyciągnięcie przyjaciół z sanatorium16 było priorytetem. Przyjaciół – bo przemytnicy łączyli się w zespoły według kryterium sympatii i zaufania. Pracowali ze sobą tylko wtedy, gdy się lubili i gdy sobie ufali.

Wszyscy obecni w New Delhi przychodzili do Maty Hari, żeby porozmawiać, wesprzeć, pomóc. Jeszcze nikt z piętnaściorga aresztowanych w aferze Złotego Pociągu nie wyszedł, a tu kolejna osoba wylądowała w sanatorium.

– Przypomniałam sobie nasze przekomarzanie o lektury – wspomina Mata Hari. – On ciągle coś czytał, zamawiał pisma i książki z Polski, kupował angielskie tygodniki. Jak dostał sygnał, że przyleciał ktoś z kraju, to zaraz jechaliśmy sprawdzić, czy przywiózł może jakieś gazety. To nic, że cenzurowane. Doro mówił, że umie czytać między wierszami. Pamiętam, jak się kłóciliśmy, bo ja też chciałam przeglądać te gazety, ale on musiał być pierwszy. W kiblu też zawsze leżało coś do czytania. Potrafił tam przepaść na godzinę. Denerwowało mnie to i raz schowałam mu te pisma. Poszedł za potrzebą i wyskoczył po chwili. „Gdzie są moje gazety?” – warknął zły. „Nie ma, nie będziesz w kiblu czytał”. „A właśnie, że będę. O, to będę czytał!” – Złapał lakier do włosów, który przed chwilą ostawiłam na komodę – opowiada Mata Hari ze śmiechem. – Przysunął sobie do oczu etykietę z opisem składu i wrócił robić dalej to, czego jeszcze nie zaczął.

Tak długo go nie widziała… Dwa tygodnie? Może, ale zdawało się jej jednak, że minęło dużo więcej czasu. Gdy go zamknęli, Mata Hari nie mogła pójść na widzenie, była poszukiwana.

Ktoś mógłby dyskutować: co niby mogli jej zarzucić? Ale w Indiach obowiązywała ustawa uchwalona jeszcze za czasów Indiry Gandhi w 1974 roku, która pozwalała na aresztowanie prewencyjne. To była słynna „kawa”, COFEPOSA17. Za samo podejrzenie, że ktoś może w przyszłości zajmować się przemytem, groził areszt. Wystarczyło, że Mata Hari była dziewczyną przemytnika. Jasne, nie mając dowodów, musieliby ją w końcu wypuścić, tylko kiedy? I ile by to kosztowało?

Mimo to parę dni po zatrzymaniu chłopaka poszła z adwokatem do sędziego. Miała coś w rodzaju listu żelaznego, po prostu miała być przedstawiona jako siostra Dora z Polski i było ustalone, że nikt nie zapyta o jej dane. Byli umówieni na konkretną godzinę, a i tak czekali jeszcze trzy. W urzędach indyjskich panuje system after tomorrow. To twórczo rozwinięta wersja południowoamerykańskiego słowa mañana. W końcu zostali poproszeni do gabinetu przez młodego asystenta, prawie chłopca. Mata Hari tak wspomina to spotkanie:

– Weszliśmy do ogromnego gabinetu. Wiatrak pod sufitem mielił powietrze, w głębi stało stare, pokryte ciemnym lakierem drewniane biurko. Podeszliśmy bliżej. Patrzę i widzę, że sędzia, szczupły, szpakowaty mężczyzna w średnim wieku, ubrany w biały kitel, siedzi na krześle w pozycji lotosu. Naprawdę, bose nogi miał zaplecione jak Budda na obrazkach – opowiada. – Siłą zmusiłam się do udawania, że nie zwracam na to uwagi. Słuchałam jego rozmowy z adwokatem, ale nie padły żadne konkrety. Plótł komunały o uczciwym wymiarze sprawiedliwości, o procedurach, a ja cały czas myślałam: „Jak go te nogi nie bolą, ile on musiał ćwiczyć?”. Czułam się, jakbym się przeniosła do końcówki XIX wieku.

Tydzień po rozmowie z sędzią Mata Hari poszła do kancelarii adwokata, by się dowiedzieć, jak szybko może wyjść Doro. Po kilku nieformalnych działaniach prawnik powinien mieć już jakieś konkrety. Oczywiście bagatelizował całą sprawę, przecież Doro został zatrzymany w biurze jakiegoś Indusa z dużą ilością gotówki, ale to nie jest jeszcze przemyt, to nie zbrodnia. Trzeba tylko przełamać kofi pausę18. Ile może zająć „łamanie kawy”19? Adwokat mówił: soon,madam, wkrótce, ale wiedziała, że w ustach Indusa to nic nie znaczy. Obiecał za to załatwić Macie Hari nieformalne widzenie. „To przynajmniej konkret” – pomyślała.

Spotkanie z Dorem było dla niej ważne nie tylko z powodów emocjonalnych. Pojawiła się nowa szansa na szybkie zwolnienie ludzi z sanatorium i chciała dowiedzieć się, co on o tym sądzi. Czy to realne?

Podpowiedziała jej ten sposób Kriszna, radczyni prawna z Lublina, latająca w tym czasie dla Daruchny. Kriszna zaprosiła Matę Hari kilka dni wcześniej na obiad do arabskiej knajpy na Connaught Place. Chciała pomóc i opowiedziała, w jaki sposób Irańczycy, zajmujący się przerzutem ludzi z Afganistanu przez Indie do Europy, wyciągnęli swojego kuriera z Tihar Jail. Ich człowiek zasymulował bóle brzucha typowe dla wrzodów i więzienny lekarz skierował go do szpitala na badanie żołądka sondą. Tam umówiony wcześniej gastrolog przyjął pięćset dolarów i następnie dał taki opis wyników, że aresztowanego zwolniono na leczenie w specjalistycznym szpitalu. „To jest do zrobienia, tylko trzeba mieć umówionego lekarza, znaleźć swoje dojście” – mówiła Kriszna.

Po każdym przesłuchaniu w sądzie adwokat miał prawo porozmawiać z oskarżonym na osobności. To była szansa na potajemne spotkanie Maty Hari z Dorem.

Siedziała w taksówce i widziała z daleka, jak na parking przed sądem podjeżdża więzienna zakratowana ciężarówka. Wyszedł z niej jej chłopak, strażnicy wprowadzili go do budynku. Na jego widok łza pociekła jej po policzku. Nie był skuty, mundurowy prowadził go za rękę, ale w taki sposób, że wyrwanie się z tego uścisku było prawie niemożliwe. Palce ich dłoni były zaplecione jak u pary kochanków. Ściśnięte przez konwojenta do bólu, aż do połamania kości. To taka indyjska specyfika, nawet bandytom oskarżonym o poważne zbrodnie nie zakładano kajdanek.

Po godzinie Doro wyszedł, znów prowadzony przez strażnika, ale w towarzystwie adwokata. Skierowali się do kontenera, który stał obok budynku i pełnił funkcję małego biura, miejsca spotkań obrońców z oskarżonymi.

Strażnik wykonał polecenie adwokata, wprowadził tam Dora i zamknął za nim drzwi. Założył kłódkę i przekazał klucz prawnikowi. W zamian za konkretną opłatę odszedł na przyzwoitą odległość. Adwokat poszedł po Matę Hari do taksówki, zaprowadził ją do kontenera i otworzył drzwi.

Weszła, cała drżąca, zobaczyła swojego chłopaka stojącego w rogu i uśmiechającego się pogodnie, jak gdyby nigdy nic. „Nawet jeśli nadrabia miną, to dobrze mu to wychodzi” – pomyślała wtedy i łzy popłynęły jej po policzkach. Usłyszała dźwięk zamykanej kłódki i mieli godzinę dla siebie.

Doro powiedział jej, że po pierwsze powinna jak najszybciej wyjechać z Indii, bo w każdej chwili mogą ją zamknąć. Nim samym i resztą (z ich grupy w Tihar Jail byli jeszcze Marek i Ania Lotówka) będzie się opiekować Chudy, który na wieść o aresztowaniu wspólnika przyleciał już z Polski. Po drugie, jeżeli ten pomysł Kriszny rzeczywiście kosztuje pięćset dolarów, to trzeba zaryzykować. Tylko najpierw powinna spróbować Ania Lotówka, bo jeśli nagle u wszystkich pojawią się objawy choroby wrzodowej o ciężkim przebiegu, to nikt nie wyjdzie. Po trzecie prosił, aby Mata Hari przekazała Chudemu, że ma porozmawiać z Małą Marzeną, która była ich zaufanym wieszakiem. Doro kilka dni przed aresztowaniem odbył z nią ciekawą rozmowę: powiedziała mu, że zna geniusza chemicznego z Krakowa. „Warto sprawdzić, co on potrafi – wyjaśnił – bo nie stać nas na kolejną wpadkę”.

– Pamiętam, że mówił do mnie wtedy takim zdecydowanym głosem, jakby miał wszystko pod kontrolą. Pewnie chciał mnie wzmocnić i rzeczywiście dodawało mi to otuchy – wspomina dzisiaj Mata Hari.

– „Poradzę sobie. Za murami nie jest tak źle. Jakbym miał gitarę, to czułbym się jak na obozie harcerskim, taki drobny survival” – tak mi wtedy opowiadał, a ja słuchałam z niedowierzaniem. – Wynajął sobie dobrych służących, prali, gotowali, sprzątali, wszystko za niego robili. „To przygoda życia, będzie co wnukom opowiadać”. – Śmiał się. Don’t worry, be happy, my darling. No i w tym momencie to już przesadził – opowiada jeszcze dziś z irytacją w głosie Mata Hari. – Ledwo się powstrzymałam, żeby go nie walnąć. Będzie mi chrzanił: be happy!

Nauka nie zajmowała jej dużo czasu. Handlowała ciuchami, robiła swetry na drutach, a i tak sesje zaliczała w kampanii letniej, czyli w czerwcu. Jednak egzamin z biochemii na drugim roku Wydziału Żywienia Człowieka otaczała aura grozy. Panowało powszechne przekonanie, przekazywane z rocznika na rocznik, że jak ktoś zda, to już nic trudniejszego go nie spotka na drodze do dyplomu magistra.

Mata Hari leżała oparta o ścianę na łóżku w akademiku o wdzięcznej nazwie „Eden”, przy ulicy Nowoursynowskiej w Warszawie, i zastanawiała się nad pomysłem, który jej chwilę wcześniej przyszedł do głowy. Egzamin był za dwa dni, nie miała szans, nie zamierzała nawet podchodzić, po co tracić termin. Chyba że…? Na ostatnim kolokwium z biochemii zauważyła, że profesor, zanim przyszedł do sali na zajęcia, wszedł na moment do swojego gabinetu i wyjął przygotowane testy ze zwykłej szafy. Ostatnio zaś zdziwiona widziała, jak opuszczał wydział i nie zamykał swojego pokoju na klucz.

Czy to możliwe, żeby to było takie proste? „To jedyna szansa, trzeba działać” – zdecydowała. Zajrzała na drugie piętro do pokoju Tadeusza, kumpla z roku, na szczęście był u siebie. Przedstawiła mu swój pomysł. „Wchodzę w to” – powiedział krótko. Kolejnego dnia poczynili odpowiednie przygotowania.

Znaleźli na drugim piętrze wydziału lufcik, do którego można się było dostać z dachu sąsiedniego budynku. Na który to dach z kolei można było łatwo wejść z klatki schodowej. Pozostawili okienko lekko uchylone i po północy weszli przez nie do środka. Szli schodami, korytarzami, uważnie rozświetlając drogę latarką, aby nie potrącić jakiejś popielniczki. Stary stróż drzemał w stróżówce na parterze. Byli jak szpiedzy na filmach wojennych włamujący się do sztabu wroga. Szybko dotarli do gabinetu profesora. Bez trudu odnaleźli arkusze egzaminacyjne.

Zaczęli przepisywać pytania na zabrane ze sobą kartki i szybko zdali sobie sprawę, że nie tędy droga, nie zdążą. To były cztery różne zestawy po sto pytań testowych z czterema odpowiedziami do wyboru. Pisanie długopisem przy świetle latarki było żmudną, czasochłonną robotą. Krótka narada szeptem i odważna decyzja. Zabrali testy i wrócili do akademika. Szybko zaangażowali cztery koleżanki do przepisywania, kolejne cztery do przygotowania zestawu odpowiedzi. Nad ranem odnieśli arkusze i wrócili przez nikogo niezauważeni. To wtedy koleżanka z pokoju nazwała ją Matą Hari, nawiązując do słynnej kobiety szpiega z czasów I wojny światowej.

Ucieczka z Indii

„Jeszcze tylko cztery godziny i… Żeby tylko psy nie szczekały” – modliła się w duchu.

Czy zamierzała opuścić Indie przez zieloną granicę? Raczej nie, bo Mata Hari nie chciała przedzierać się przez dżunglę ani pola ryżowe pełne żmij. Plan miała taki, że o trzeciej rano przekroczy lądową granicę Indii z Nepalem bez kontroli dokumentów. Zakładała, że o tej porze będzie pusto, bez strażników, może zastanie opuszczony szlaban, ale nawet jeśli nie, to nie problem. Po prostu przespaceruje się z jednego kraju do drugiego. Z jednego krańca granicznej miejscowości do drugiego.

– Tylko te psy… Obawa przed nimi nie dawała mi spokoju – opowiada teraz. – Leżałam na łóżku w tym nędznym przygranicznym hoteliku w Raxaul, patrzyłam w sufit, liczyłam biegające po ścianach gekony, zajmowałam umysł wymyślaniem dla nich imion. Te sympatyczne jaszczurki w kolorze piasku były podobne do siebie, ale jeśli spojrzało się uważniej, można je było rozróżnić. Miały kryjówki gdzieś w szparach ścian i były naszymi kolegami w wynajmowanych przez nas pokojach, albo raczej to my byliśmy gośćmi u nich. Mijały minuty, godziny, a ja modliłam się, żeby mnie na pustej ulicy te zdziczałe kundle nie zaatakowały. Bałam się, że jak narobią rabanu, to wszystkich pobudzą. Przecież nocą te psy łączą się w watahy i potrafią być naprawdę groźne.

Miało być inaczej. Po widzeniu z Dorem pojechała pociągiem Rajdhani Express do Bombaju, planowała, że stamtąd wyleci do Singapuru. Maharasztra to inny stan Indii, jej sprawa nie była przecież tak dużego kalibru, żeby mieli jej szukać w całym kraju. Na szczęście coś ją tknęło i poprosiła Dużego Stasia, aby sprawdził jej nazwisko na lotnisku. Zaciągając się papierosem, kiwnął głową ze zrozumieniem. Nie pytał o powody, tylko powiedział, żeby przyszła następnego dnia.

To był Indus, ale świetnie mówiący po polsku. Dorobił się na handlu z Polakami jeszcze w latach siedemdziesiątych, gdy skupował kryształy i drobną elektronikę od uczestników oficjalnych wycieczek do Indii. W latach osiemdziesiątych był już grubą rybą na czarnym rynku tego portowego miasta, no i – co ważne – miał koneksje.

Niestety przekazał Macie Hari, że widnieje w komputerach na lotnisku jako osoba poszukiwana. Wróciła więc do Delhi trochę już przestraszona, nawet bardziej niż trochę. Bo co innego przypuszczać, że jest się poszukiwaną listem gończym w stolicy, a co innego mieć potwierdzenie, że szukają cię pod twoim prawdziwym nazwiskiem na wszystkich przejściach w kraju.

Wracając pociągiem z Bombaju, zastanawiała się, co robić. Tak bardzo chciała wydostać się z Indii. Marzyła o Singapurze, czystych ulicach i spokoju. Nie, nie zamierzała siedzieć na tyłku, chciała normalnie pracować, jak inni. Doro na widzeniu przecież powiedział, żeby zarabiała jako wieszak dla innej grupy, ale na razie tylko w Katmandu, bo tam jest bezpieczniej.

– Tak naprawdę nie miałam dużego wyboru, jeżeli chodzi o trasę ucieczki – mówi, patrząc na mnie. Kiwam głową z akceptacją, bo już wiem, do czego zmierza. – Tylko autobusem do Nepalu.

Postanowiła, że przejdzie tę granicę lądową bez odprawy, bez zgłaszania się do immigration czy tym bardziej do customs, tak po prostu w tłumie minie te ich niby-biura, zwykłe kantorki, bez zaglądania do nich. Bała się, bo skoro na lotnisku w Bombaju była na liście poszukiwanych, to bardzo prawdopodobne, że na przejściach lądowych również.

Każdy, kto był na granicy indyjsko-nepalskiej, wie, że to powinno być proste jak przejście po sklepach na Orchard Road w Singapurze. Mata Hari przyjechała pociągiem z Delhi do Varanasi, a potem autobusem do Raxaul. Wydawało jej się, że tam będzie łatwiej niż w Sonauli. Na miejscu trochę zwątpiła, bo ruch pieszych był mniejszy, niż zakładała. Obawiała się, że ją, wysoką blond dziewczynę, przyuważą celnicy z kantorka i przywołają. Chłodno kalkulując, wybrała przejście przez granicę nocą, gdy zarówno celnicy, jak i straż graniczna mają zamknięte biura. Otwierają je, jak wszystkie urzędy, dopiero rano.

Leżała więc w napięciu w hotelu i czekała, aż minie tych kilka godzin. Nagle zauważyła, że jest już trzecia nad ranem. „Działamy” – powiedziała do siebie zdecydowanym głosem. Włożyła buty, wzięła plecak i przygotowany wcześniej bambusowy kij na ewentualność spotkania z agresywnymi psami. Wymknęła się cichutko, żeby nie budzić recepcjonisty, który spał gdzieś pod ladą na korytarzu. Udało się, nie obudził się albo miał w poważaniu to, co Mata Hari zamierza zrobić. Szła przez pustą, ciemną ulicę, na której walały się tony śmieci – ubrana na czarno, młoda, samotna turystka z chustką na głowie i plecakiem na ramionach.

– To tylko kilkaset metrów, pocieszałam się wtedy, ale czułam się naprawdę nieswojo – mówi. – Psy gdzieś w oddali poszczekiwały, ale na szczęście nie zleciały się do mnie. Szłam czujna i jednocześnie sztywna ze strachu, krok za krokiem, uważnie patrząc pod nogi, bałam się, że w tych ciemnościach mogę potrącić jakąś puszkę i narobić rabanu. Rozglądałam się wokół, próbując się zorientować, gdzie jestem. Jeszcze w Indiach czy może już w Nepalu?

Gdy zobaczyła kilkanaście metrów przed sobą, po lewej stronie, zamkniętą budkę strażników, przeszedł ją dreszcz emocji. „Już za chwilę, za chwileczkę” – szeptała do siebie. Czuła, że zaraz najtrudniejsze będzie za nią, że ta cała wariacka akcja się powiedzie, przecież już nic nie powinno się wydarzyć.

Przypomniała sobie wtedy bajkę o siedmiomilowych butach, oj, przydałyby się, przydały. Serce waliło jak oszalałe, z przejęcia czy ze strachu, nieistotne. Gdy minęła zdecydowanym krokiem zamknięty kantorek z napisem „India Immigration”, wiedziała, że jeszcze tylko kilkanaście kroków i będzie Nepal. Przyspieszyła, bo chciała jak najszybciej oddalić się od Indii. Prawie biegła, szukała zajezdni, parkingu, miejsca, z którego odchodzą autobusy do Katmandu. Wiedziała, że naprawdę bezpieczna będzie wtedy, gdy się gdzieś tam w kącie schowa, żeby żaden plączący się nocą Nepalczyk nie zwrócił na nią uwagi. W końcu dotarła do tego placu. Znalazła nieczynny stragan, usiadła w kącie oparta o plecak, zakryła się ciemnym szalem i zamarła bez ruchu.

– Czy się wtedy bałam? Chyba już nie, czułam, że najtrudniejsze jest za mną. Zastanawiałam się, czy robale w nocy łażą, czy śpią. Wyszło mi z tych rozważań, że są pewnie i takie, i takie. „Dopóki nic mnie nie obłazi, to nie będę się tym zajmować” – postanowiłam wtedy i zmusiłam się, by myśleć o czymś przyjemnym, żeby czas szybciej leciał – opowiada mi Mata Hari, sięgając po filiżankę. –Przypominałam sobie, jak Misiek w New Delhi był zdziwiony, gdy przyszłam do niego na zakupy trzy dni wcześniej. Przyzwyczajony, że zawsze wypytywałam go o markowe, kolorowe ciuchy, które dla polskich przewalaczek trzymał na zapleczu, nie mógł uwierzyć, że szukam ciemnych spodni i ciemnej koszuli. Oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie pokazał mi swoich ostatnich zdobyczy.

Słynny „Sklep u Miśka” prowadził młody Indus, świetnie mówiący po polsku. Na co dzień zaopatrywał w ciuchy na handel tysiące naszych rodaków, którzy co kilka dni zlatywali tu całą chmarą LOT-em lub Aeroflotem. Oni poszukiwali chust, słynnych garsonek w kratę, bluzek z cekinami, to wszystko schodziło w Polsce na pniu.

– Ale czasem trafiały mu się prawdziwe perełki. Trzymał je na zapleczu dla nas, specjalnych klientek, można powiedzieć klientek ze złotą kartą VIP. Dla dziewczyn-przemytniczek. – Mata Hari, opowiadając to jeszcze po latach, rozpromienia się.

To były pojedyncze sztuki wyniesione z fabryk, szyte na zamówienie światowych marek – nie jakieś podróbki, tylko oryginały. Misiek wiedział, że przewalaczki to docenią i zapłacą cenę, którą były warte. Dziewczyna siedziała wygodnie w głębi sklepu na pufie, boso, puszysty dywan pod stopami. Indus po kolei wyciągał i rozkładał przed nią bluzki: Pepe Jeans, Banana Republic, Massimo Dutti, GAP. Mało która klientka butików w Europie wiedziała wtedy, że to wszystko było szyte w Azji.

– Dzisiaj to powszechna wiedza, ale nie wtedy – opowiada Mata Hari i przegląda zdjęcia w jednym z albumów na stoliku. – No oczywiście, że kupiłam trzy sztuki. Jak miałam nie kupić, w przeliczeniu na singi20 to była darmocha. O, tę bluzkę też – pokazuje jedno ze zdjęć z baru na plaży w Malezji. – Siedząc tam, gdzieś pod straganem, po tym nielegalnym przejściu granicy, uśmiechałam się na myśl, że mam teraz te ubrania w plecaku i niedługo włożę je w Singapurze. W wyobraźni kompletowałam zestawy: bluzeczka, tak, ale które buty? Niestety, mimo że próbowałam, nie udało mi się cały czas pozostać w takim nastroju. – Zamyka album i poważnieje. – Może przez to, że siedziałam w ciemności, w jakiejś norze i co chwilę wyostrzałam zmysły, zastanawiając się, czy robale zaczynają mnie już skubać, czy to raczej zwykłe swędzenie. Zaczęłam wtedy myśleć o Ani w Tihar Jail.

„Tak naprawdę w ogóle nie powinno jej tam być. Przecież według grafiku grupy, który ustalał Chudy, jej lot wypadał pięć dni później. Ale ze względu na plany wakacyjne zamieniła się z Szachistką i poleciała wcześniej, prosto w kocioł, ech”.

W połowie września 1989 roku mama Ani przyleciała z Polski do New Delhi na zaproszenie córki. Były w trakcie wycieczki po Azji, gdy po zwiedzeniu Tajlandii i Singapuru Ania poprosiła mamę, aby zaczekała na nią cztery dni w hotelu w Katmandu, a ona wykona w tym czasie tylko jedno kółko i zaraz do niej wraca. Ale nie wróciła, ani po dwóch dniach, ani po czterech. Minęło kolejnych kilka dni, a kobieta cały czas coraz bardziej zdenerwowana czekała na córkę. Dopiero na pierwszym widzeniu Ania mogła przekazać informację i prośbę: „mama czeka pewnie na mnie cały czas w tym hotelu w Katmandu, może ktoś by pomógł i wyekspediował ją do Polski?”. Filipińczyk, który rezydował w Katmandu, zajął się kupnem biletu do New Delhi, a Mata Hari odebrała mamę Ani na lotnisku w stolicy Indii. To było trudne spotkanie. Znały się jeszcze z Warszawy. Kobieta oczekiwała wyjaśnień, była przerażona, miała oczy czerwone od łez i chciała wiedzieć, kiedy jej córka wyjdzie, a nikt przecież tego nie potrafił przewidzieć. W dobrej wierze Mata Hari pocieszała ją wtedy w taksówce, że sprawa powinna się wyjaśnić w ciągu kilku tygodni.

„Ta obława na dworcu kolejowym? Oficerowie DRI naprawdę się spięli, zorganizowali to tak, jakby to nie były Indie, gdzie wszystko jest sznurkiem powiązane, naznaczone prowizorką. Tajniacy w pociągu udający pasażerów i obserwujący przewalaczy. Centrum dowodzenia na piętrze, pełny profesjonalizm”. – No, no, wspominała przemytniczka, siedząc w ciemnym kącie. „Teraz Ania siedzi już ponad cztery miesiące, jak ją wyciągnąć? Może naprawdę pomysł Kriszny zadziała?”

Mata Hari bardzo chciała, aby ten medyczny manewr się powiódł. Musi odszukać Ewę Okulistkę, skonsultować z nią, jakie objawy powinna mieć osoba z pękniętym wrzodem żołądka, w którym dokładnie miejscu ma ją boleć i czy jakoś tak ogólnie, czy punktowo. Ma wyć z bólu czy tylko narzekać na kłucie, a może pieczenie? Trzeba pomóc Ani, przygotować ją na każde pytanie. Ewa nie jest gastrologiem, ale z pewnością ma znajomych, pracowała w szpitalu, może zadzwonić, dopytać. „Gdyby tylko Ania wyszła z więzienia – marzyła dziewczyna, siedząc w czarnej dziurze po nepalskiej stronie granicy – poszłyby razem na zakupy w Mieście Lwa, śmiałyby się z Chińczyków, że tacy z nich sztywniacy, obgadywałyby przystojnych Malajów”. Mata Hari martwiła się wtedy o koleżankę chyba bardziej niż o Dora. Niby Lotówka dobrze się trzymała, ale miała też słabsze dni. No i mimo wszystko jej sprawa wydawała się trudniejsza. Chudy rozmawiał z adwokatem. Rzeczywiście, można wyjść wcześniej, jeśli ma się chorobę wymagającą leczenia na zewnątrz. Tylko według Chudego ich adwokat nie sprawiał wrażenia kogoś, kto ma takie kontakty. Ale przynajmniej obiecał popytać.

Zaczęło się przejaśniać, graniczne miasteczko powoli się ożywiało. Mata Hari opuściła swoją norę, usiadła normalnie na ławce. Musiała przeczekać na przystanku do siódmej, wtedy powinny ruszyć pierwsze autobusy. Kierowcy o nic nie pytają, tylko biorą kasę za przejazd, a w Katmandu czekał już na nią nowy dokument, nowa tożsamość. Pierwszy raz w życiu będzie miała fałszywy paszport.

– To było ekscytujące – wspomina swoje odczucia. – Takie posługiwanie się innym nazwiskiem było dla mnie kolejną przygodą, nie miałam z tym żadnego problemu, wszyscy tak robili. Miałam być Sylwią Lewak z Francji. „Sylwia?” – pomyślałam wtedy. – „Może być”. Cieszyłam się nawet, że mój polski paszport będzie sobie odpoczywał w skrytce w banku. Pomyślałam, że gdy wrócę Polski i jacyś smutni panowie z milicji wezwą mnie na spytki, bo przecież tak się zdarzało, to niewiele wyczytają z mojej książki.

14https://www.mygoldguide.in/speakingofgold-devdutt-pattanaik-why-india-called-sone-ki-chidiya

15Kastomsi – slangowe określenie celników; od customs (ang.) – celnicy,

16Sanatorium (slang) – więzienie.

17COFEPOSA – the Conservation of Foreign Exchange and Prevention of Smuggling Activities. Ustawa uchwalona przez parlament Indii w 1974 roku. Pozwala na zapobiegawcze zatrzymanie osoby przed podjęciem przez nią działań przemytniczych. Zgodnie z przepisami tej ustawy każdego można osadzić w więzieniu tylko na podstawie podejrzeń, że będzie się zajmował przemytem w przyszłości. W przypadku zatrzymania zapobiegawczego nie udowadnia się żadnej winy, nie formułuje żadnego zarzutu, nie ma więc potrzeby obrony. Nie ma wyroku skazującego, który musiałby być uzasadniony dowodami prawnymi. Na dzień 25.03.2021 r. przepis wciąż obowiązuje.

18Kofi pausa lub „kawa” – to slangowe określenie COFEPOSA.

19„Łamanie kawy” (slang), „broken COFEPOSA” po angielsku oznacza dla zatrzymanego przemytnika rozpoczęcie normalnego postępowania procesowego i szansę na uzyskanie zwolnienia za kaucją.

20Singi – slangowe określenie dolarów singapurskich.

Trzydzieści lat później

Długa nocna rozmowa gdzieś w Wielkopolsce

Mówi energicznie, rzuca anegdotą po anegdocie, to prawdziwy potok słów. Ogromne, szybko zarobione pieniądze i jeszcze szybsze straty. Latali na okrągło, nawet nie zwracali uwagi na pogodę. To, że w maju w centrum Indii temperatura dochodziła do pięćdziesięciu stopni w cieniu, nikogo nie powstrzymywało, tak samo jak tropikalne, monsunowe deszcze i chmary komarów latem. Przebywali tam miesiącami, niektórzy latami. Aklimatyzacja i młody wiek – to pozwalało na taką intensywność podróżowania, jaka z pewnością zwaliłaby z nóg każdego turystę.

Przyjechałem do Chudego, który trzydzieści lat temu w Indiach był wspólnikiem Dora i na którego tak liczyła Mata Hari. Chciałem dowiedzieć się, jak potoczyły się losy aresztowanych na dworcu kolejowym. Bo przecież w tej nieszczęsnej piętnastce były dwie osoby od niego: Ania Lotówka i Marek. Byłem też ciekaw, jak Chudy zapamiętał historię z aresztowaniem Dora, którą opowiedziała mi Mata Hari.

Siedzimy wygodnie na kanapach, u niego w salonie, gdzieś w Wielkopolsce. Nie wypytuję, pozwalam, aby rozmowa sama się toczyła, mamy całą noc przed sobą. Słucham z uwagą i wyobrażam sobie początki Chudego na przemytniczym szlaku. Jak ląduje w Katmandu z elektroniką w torbie. Niestety celnicy zakomunikowali mu, że cały towar musi zostawić w depozycie. Wychodzi na miasto z pięcioma dolarami. Wynajmuje pokój w tanim hotelu, nie wiedząc jeszcze, czym za niego zapłaci. Przez trzy dni chodzi głodny, rozmyśla, szukając rozsądnego rozwiązania, jak mając kilka dolarów, wrócić do Delhi. Modląc się żarliwie, obiecuje Opatrzności, że jeśli wyjdzie z tego cało, to nigdy już nic przemycać nie będzie. Spotyka znajomego, pożycza pieniądze i kupuje bilet do Indii. Wyciąga swoją elektronikę z depozytu w Katmandu i ląduje w New Delhi. Na zielonej jest spokój, żadnego celnika, wszyscy pasażerowie wychodzą. „Grzechem byłoby zmarnowanie takiej okazji” – myśli Chudy i też wychodzi ze sprzętem bez zgłaszania.

Po kolejnych kilku zdaniach jesteśmy w innym czasie i w innym mieście. W Singapurze, gdzie ze wspólnikiem za całość swoich pieniędzy kupują dwa kilogramy złota. Przerzut idzie zgodnie z planem. Zadowoleni znów inwestują wszystko, i tak siedem razy. Za każdym razem grają o całość, zero kapitału rezerwowego. Jak hazardziści, którzy w ruletce stawiają wszystkie żetony na czerwone pole. Na ostatnim kółku lecąca dla nich dziewczyna wychodzi na zielonej z siedmioma kilogramami złota, tak po prostu, w plecaczku. Po kilku tygodniach mają już sto dwadzieścia tysięcy dolarów w gotówce. W tym czasie w Poznaniu za dwadzieścia tysięcy można było kupić dom z działką. A Chudy miał dwadzieścia osiem lat, żonę Asię i kilkuletnią córeczkę. Zatrzymuje się na chwilę w tej opowieści, zamyśla, bierze łyk kawy, odpływa gdzieś wzrokiem.

Zastanawia się, jak wyglądałoby jego życie, gdyby wtedy podejmował inne decyzje. Czy mógł postąpić inaczej? Powinien wcześniej się wycofać z przewałów? Wiem, o czym myśli, czego żałuje, trochę znam jego historię z opowiadań innych, ale przecież prowadzi wygodne życie. Siedzimy w przestronnym domu, w pięknym salonie z kominkiem. Kilka regałów książek w części wypoczynkowej tworzy sporą bibliotekę. Wydaje mi się, że na jednej z półek widzę coś znajomego. Korzystając z zadumy Chudego, podchodzę do półki z książkami. Oczywiście, że dobrze rozpoznałem – to Encyklopedia Britannica. W latach osiemdziesiątych była taka moda wśród przemytników, snobizm, że stać mnie, aby wydać tak po prostu trzysta dolarów na książki; kupić w księgarni na Connaught Place w New Delhi te trzydzieści dwa tomy i zabrać do Polski.

Żyje tak, jak wymarzył sobie jeszcze w szkole, robi to, co lubi. Czego mu brakuje? Ma sześćdziesiąt jeden lat, przez większość roku przebywa za granicą jako pilot grup w egzotycznych krajach. Wolny czas spędza w Grecji czy we Włoszech na ścianach skalnych, bo to jego wielka pasja. Codziennie przed śniadaniem biega przynajmniej pięć kilometrów. Nawet, gdy jest z grupą w Meksyku czy Tajlandii, wstaje o piątej rano i ćwiczy. Pięćset pompek jednego dnia to dla niego norma. Gdy jest w domu, na różnego rodzaju treningi poświęca kilka godzin dziennie. Człowiek żyła, same mięśnie, zero tłuszczu, głębokie zmarszczki na twarzy i bystre, ostre spojrzenie.

Po chwili zamyślenia wraca do rozmowy i bez żadnego oporu mówi:

– Mieliśmy wtedy z Dorem konkretny, wymierny cel: zarobić po milionie dolarów, zainwestować i do końca życia grać w tenisa. Tempo, jakie mieli inni, takie systematyczne wrzucanie przez Katmandu, dla nas było za wolne. – Sięga po szklaneczkę whisky, po chwili kontynuuje przerwaną myśl: – Bo nam się wtedy wydawało, że jesteśmy najlepsi, o dwie długości przed wszystkimi.

Ten dystans dojrzałego mężczyzny do tamtego chłopaka wzbudza mój szacunek.

W rozmowie wracamy do lat osiemdziesiątych. Opowiada, że spotkał niewłaściwych ludzi i jak naiwny dzieciak stracił wszystko. Słucham z niedowierzaniem o wielopiętrowej intrydze, która doprowadziła do tego, że dobrowolnie oddał, to znaczy zainwestował, wszystkie pieniądze i więcej ich nie zobaczył. Pojawia się postać Pawła Gawła, tego, który kiedyś naciągnął Prezesa i spółkę na czterdzieści tysięcy baksów21. To historia przynajmniej na kilka rozdziałów.

Znów był na zerze, pożyczył od Chińczyków duże pieniądze, odrobił, ponownie stracił, więc pożyczył jeszcze więcej. Przyznaje, że po jakimś czasie miał już tylko jedno marzenie – oddać pieniądze i wrócić do kraju bez długów.

Niestety podczas wpadki na dworcu kolejowym w New Delhi aresztowano też jego wieszaka, Anię Lotówkę.

– W zasadzie to dwóch wieszaków – wyjaśnia Chudy. – Tylko dziś już nie rozumiem, jak do tego doszło. Jechali, Ania i Marek, ale on był tylko dla towarzystwa. Swoją drogą, to był jego pierwszy przyjazd do Indii. – Uśmiecha się krzywo. – Autobusem z Katmandu do granicy, potem pociągiem do stolicy i od razu aresztowanie na peronie. Czemu też wylądował w Tihar Jail? Tego już nie pamiętam. On był tylko towarzyszem Ani, to ona była wieszakiem i wiozła złoto. Mieliśmy przez to podwójne koszty. Ale wiesz, oni siedzieli dla mnie – dodaje po chwili.

To zdanie dobitnie powtórzy jeszcze kilka razy tego wieczoru: „Oni siedzieli dla mnie”. Tym zwrotem po raz kolejny zdobywa mój szacunek. Musiał się nimi opiekować i zarabiać na prawników. Obiecał sobie wtedy, że nie może mieć już żadnej wpadki. Nie chciał odpowiadać za to, co się stanie z ludźmi w więzieniu. „Musi być jakiś bezpieczny sposób przewalania złota” – powtarzał sobie w myślach. „Może jachtem, nocą do brzegu? Ale skąd wziąć łajbę i zaufaną załogę?”

To wtedy po raz pierwszy pojawił się pomysł, żeby to złoto przerobić, może z czymś wymieszać? Uparli się ze wspólnikiem, Dorem, że da się to zrobić – tak ukryć złoto, żeby nie dzwoniło na bramkach do wykrywania metalu, które mają do dyspozycji celnicy.

– Ale wiesz, mam dla ciebie niespodziankę – przerywa w pewnym momencie wspomnienia i podaje mi pudełko pełne listów, takich w starym stylu. Ręcznie zapisane kartki w dwudziestu siedmiu kopertach. – Od Ani. Lotówka na widzeniach przekazywała mi pisemne relacje z pobytu w sanatorium. To chyba nie wszystkie – dodaje. – Pierwszy jest ze stycznia, trzy miesiące po aresztowaniu. Wcześniej albo nie pisała, albo zaginęły.

– Czytałeś je ostatnio? – pytam, a oczy aż mi się świecą do tego skarbu.

– Nie, nie, jak tylko patrzę na ten nagłówek „Tihar Jail”, to mnie dreszcze przechodzą. Dla mnie to trudne, ale bierz, czytaj, poszukam zdjęć.

Odchodzi do biblioteki, zostawiając mnie sam na sam z lekturą.

Tihar Jail, 17.01.1990

Kochani!22

Siedzę sobie przed celą i obserwuję. Jest już późne popołudnie. Zawsze wieczorem nachodzi mnie chęć rozmawiania z innymi. Całe dnie nie odczuwam tej chęci, dopiero gdy nadchodzi czas zamykania naszych cel. Nasza wioska powoli szykuje się do snu. Jak zwykle Induska (terrorystka23) nie przyszła po ryż. Będę musiała tam iść i odwiedzić baraki. Właśnie wróciłam z tego obskurnego miejsca. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak tam jest okropnie. Jak ludzie mogą spać w tak brudnym i śmierdzącym miejscu? Pomijam toalety, bo gdybym opisała ich wygląd, to nie jedlibyście chyba ze dwa dni.

Ciągle ktoś mnie odrywa od pisania. Zajęłam się handlem wymiennym. Za chleb dostajemy ciapaty do palenia. Ale nie to jest wydarzeniem dnia. Nasze przeciwniczki24 są w trakcie przeprowadzki. Zajęły właśnie dziesiątą celę. I przyszła koza do woza. Pamiętamy jeszcze dzień, kiedy my się przenosiłyśmy. Chciałyśmy sobie ułatwić pracę i zamiast kursować po wodę do pompy, zamierzałyśmy skorzystać z wody w ich celi. Reakcja Helen była zaskakująca. Wyrwała rurkę z kranu, zrobiła się czerwona i powiedziała, że to jej woda i nikomu jej nie da. Teraz ona przyszła po wodę, a raczej przysłała hinduskę pracującą25 u niej. Okażemy się wyrozumiałe i damy jej naszą wodę. Niech wie, że jesteśmy jednak od niej lepsze. I znowu muszę przerwać, zaganiają nas do celi. Jak tu jeszcze dłużej pobędę, to będę już rozumieć świetnie hindi, a może też nauczę się mówić. Najlepszym treningiem są kłótnie przy pompie.

Czwartek. Zlecono mi bojowe zadanie. Zdobyć od lekarki bandaż, watę i coś na oparzenia. Po powrocie Fatmy (Iranki z 300 gramami złota) z sądu miałam zmienić jej opatrunek. Zadanie to wykonałam w 50%, tzn. zdobyłam wszystko, co potrzebne mi było do zrobienia nowego opatrunku. Nawet więcej, pogadałam z lekarką, wydawała się sympatyczna. Pojawiła się jakaś nitka porozumienia. Mówiła, żeby bez obaw przychodzić do niej w razie potrzeby. Jak będzie mogła, to postara się pomóc. Miałam wszystko do zrobienia opatrunku, tylko pacjentka nie wróciła już z sądu. Dostała bail. Spodziewałyśmy się tego. Za taką małą ilość i to w wyrobach nie powinna tu być w ogóle.

Piątek. Dzień jak co dzień. Wyprawiłyśmy Bożenę do sądu i dalej spałyśmy. Wstałyśmy tuż przed dwunastą. Martwimy się o Bożenę, siedzi tu już pięć miesięcy i nic się nie wydarzyło w jej sprawie. Może gdyby Łukasz był na miejscu, byłaby już wolna. Coraz częściej ma chandrę. Wraca do starych listów od męża, częściej płacze. Widzimy, że ta niepewność ją wykańcza. Staramy się ją pocieszać. Wymyślamy powody, dla których Łukasz nie może tu przyjechać, ale mimo to my też nie znajdujemy dla niego usprawiedliwienia. A najgorsze jest to, że my nic nie możemy zrobić, nawet zadzwonić, żeby dowiedzieć się, co się z nim dzieje. Nic, kompletnie nic. Bożenie zostało tylko czekać. I tym optymistycznym akcentem żegnam się z Wami. Do usłyszenia.

Dziewczęta z VI c26 – Ana

Tihar Jail, 19.01.1990

Kochani!

Pozbyłyśmy się niewygodnych cioć27. Zimna wojna z pierwszą28