Wydawca: Ośrodek Karta Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 120 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przemytnicy życia - Bernard Konrad Świerczyński

Bernard Konrad Świerczyński, uhonorowany medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, pisze o swoich przeżyciach i kreśli sylwetki znajomych wywodzących się ze środowiska handlarzy warszawskiego bazaru, którzy w obliczu wojny stają się szmuglerami na granicy getta. Wspomnienia napisane są żywym, barwnym językiem.

Autor wspomnień, jako nastoletni chłopak, mieszkając przy słynnym warszawskim bazarze Kercelego, poznał środowisko tamtejszych handlarzy, cwaniaków, ale też ludzi ciężkiej pracy. Nieobca była mu również atmosfera i postacie handlowego placu Żelaznej Bramy czy Hal Mirowskich. To oni są bohaterami jego opowieści. W 1939 roku, tak jak całe społeczeństwo, stanęli w obliczu wojny. Polacy patrzyli na wznoszący się mur getta, Żydzi musieli radzić sobie po jego drugiej stronie. Specyfika środowiska, przejawiająca się pewną brawurą, ale też jasnymi zasadami przyjaźni i współdziałania, w czasie wojny nie zniknęła, zmieniły się tylko warunki – już nie bazar, ale granica getta stała się najważniejszym terenem działania. Świerczyński precyzyjnie opisuje miejsca i sposoby szmuglowania. Nie wybiela historii, przywołuje prawdziwe zdarzenia i zachowania, i te szlachetne i te podłe. Nie ukrywa, że szmuglerzy nie ryzykowali swojego życia tylko z chęci pomocy, ale na tym procederze zarabiali. W wielu przypadkach potrzeba było jednak zdecydowanie większej determinacji niż tylko ta, która dyktowana jest chęcią zarobku. Ukazuje nie tylko szlachetne postawy, ale także wspomina wydarzenia z udziałem szmalcowników.

„Czytałem wiele publikacji, nierzadko wspomnieniowych, przedstawiających Polaków jako zoologicznych antysemitów, którzy swoją „rasistowską ideologię wyssali z mlekiem matki”. Niestety większość publikowanych faktów była prawdziwa. Ale taki obraz stanowi zaledwie jedną stronę okupacyjnej rzeczywistości. Obok ludzkich szumowin były też tysiące tych, którzy z narażeniem własnego życia pomagali, potrafili zachować ludzką godność i którzy za swą patriotyczną postawę ukarani zostali najwyższym, hitlerowskim wymiarem kary.” Bernard Konrad Świerczyński

 

„Dokument na wskroś prawdziwy, a przecież czyta się jak powieść i to pisaną z humorem. Wspomnienia idealisty, zakochanego od młodości w żydowskiej sąsiadce. Ratował ją w czasie wojny – a przy okazji wielu innych – najpierw w getcie, a potem poza jego murami. Książka ma szansę pobudzić wyobraźnię wielu, którzy raczej nie sięgnęliby po trudny w odbiorze materiał źródłowy.” Profesor Barbara Engelking

Opinie o ebooku Przemytnicy życia - Bernard Konrad Świerczyński

Fragment ebooka Przemytnicy życia - Bernard Konrad Świerczyński

Od Wydawcy

Przedstawiamy świadectwo, które dotyka głębi Zagłady, lecz nie jest typowym wspomnieniem „jednej ze stron”. Szczególnie mur getta warszawskiego dzielił społeczność stolicy w sposób bezwzględny; tu natomiast została zapisana tkanka łączna – przestrzeń, która w ostatecznym rachunku stawała się wspólna.

Książkę publikujemy poza seriami, choć dla Ośrodka KARTA opis doświadczenia wojennego sytuuje się zwykle albo w serii „Świadectwa. Polska XX wiek”, albo w cyklu „Żydzi polscy”. Tu Autor, Polak, zdaje się nie rozróżniać strony aryjskiej i żydowskiej – jakby odmieniał istotę tej historii. Jest kimś, kto zaprowadza własny ład. Kimś, kto nie tylko unieważnia ustawy norymberskie, ale zaprzecza też pogodzeniu się z rzeczywistością, która po nich nastała.

Zbigniew Gluza

Bernard Konrad Świerczyński z żoną Haliną w Ciechocinku, 1955. Fot. archiwum rodziny Autora

Od Rodziny

Ta książka to wstęp do świata Kondka. Świata bez nudy, bez szarości, bez kłamstwa i oszustw, świata prawości i odwagi. W takim świecie chciał żyć…

Piszę o Kondku, moim Tacie, w imieniu moim, mojego nieżyjącego brata, mojej mamy, naszej rodziny i „przyszywanej rodziny”.

Kondek był kolorowy, przekorny, podejrzliwy i ironiczny wobec każdej władzy, ale także ironiczny wobec samego siebie. Można go było uwielbiać albo nie znosić, ale nie można było być wobec niego obojętnym. Większość ludzi dookoła niego uwielbiała go, wybaczając mu z góry wszystko. Była też mniejszość, która nie mogła wybaczyć mu jego prowokacji, nie rozumiejąc do końca, że każda z nich była po części skierowana ku niemu samemu.

Był wyczulony na jakiekolwiek niesprawiedliwości, a w czasie wojny niejednokrotnie wykazał się odwagą cywilną, która jest niemożliwa do zrozumienia dla ludzi, którzy sami tego nie przeżyli. W czasie, w którym było wiele okazji, by postradać zmysły, zapomnieć o przyzwoitości, o człowieczeństwie, on się nie zatracił. Kochaliśmy go, podziwialiśmy i szanowaliśmy. Był dla nas wzorem i inspiracją.

Najbliżsi kochali go za jego troskę, ciepło, humor w najtrudniejszych sytuacjach. Był nadzwyczajnym i bardzo specjalnym mężem, ojcem i dziadkiem. Bawił się z nami, gdy byliśmy dziećmi, prał, sprzątał, pomagał, jak mógł i komu mógł. Pamiętam, że kiedy byłam w ciąży z moimi bliźniaczkami, bardzo się niepokoił, że nie będzie mi w stanie pomóc, bo sam był już wtedy bardzo chory. Zawsze dbał też o siebie, lubił drogie garnitury, zegarki, palił papierosy i fajkę. Fajek miał zresztą sporą kolekcję.

Regularnie na nowo oświadczał się mamie. Był postacią niezwykle barwną, wielowarstwową, kompleksową, pełną radości i energii, wdzięku i fantazji. Był zawadiaką grającym z wnukami na afrykańskim bębenku i na wężu od odkurzacza, wpadającym do znajomych, stepując jak Fred Astaire, zdyszany po jeździe na wyścigowym rowerze. Był nieznośny, prowokacyjny i jednocześnie zawsze obecny w potrzebie.

Czarował dowcipem i specyficznym językiem złożonym z jego własnego sposobu wyrażania się oraz z innych powiedzonek zapożyczonych z gwary warszawskiej, z Potopu lubDobrego wojaka Szwejka. Pamiętamy go jako miłośnika opery i satyrycznego pisma „Szpilki”. Był również pełen przekory, mogącej prowadzić do wygłaszania dosyć skrajnych opinii (nazywaliśmy to wtedy „chlapaniem”).

Tata urodził się jako ósme dziecko i z rodzeństwa jako jedyny pozostał przy życiu. Inne dzieci zmarły w bardzo wczesnym okresie życia z nieznanych nam przyczyn. Był dzieckiem bardzo oczekiwanym i kochanym. Miał rodziców o silnych osobowościach, którzy wiele od niego oczekiwali. Jego ojca cechowały zdecydowane poglądy anarchistyczne, był zaangażowany w sprawy równości i sprawiedliwości społecznej. W imię tych ideałów wielokrotnie trafiał do więzień – w Polsce i w Rosji. Tata miał zawsze ogromny szacunek i podziw dla swojego ojca i dużo od niego przejął. Opowiadał o nim więcej niż o sobie samym.

Jako nastolatek Tata zakochał się w żydowskiej dziewczynie z sąsiedztwa, mojej przyszłej mamie. Od początku postanowił, że nigdy jej nie opuści i nie odda żadnemu konkurentowi. Zawsze zakochany, nigdy nie spuszczał jej z oczu. Byli młodzi i w tych czasach było jednak nie do pomyślenia, by mogli zostać parą bez wywołania głębokiego konfliktu z rodziną, a także z otoczeniem.

Wybuchła wojna. Kordek uratował swoją dziewczynę i wielu innych Żydów-Polaków od zagłady. Z kilkoma przyjaźnił się do końca życia, a ich dzieci traktował jak część swojej rodziny. Podobnie oni go postrzegali. Ubolewał nad Shoah. Cierpiał z powodu losu swojej matki, która od przed wojny chorowała na gruźlicę kości i leżała bezwładnie w gipsowym łóżku. W czasie powstania warszawskiego została wyrzucona na ulicę i prawdopodobnie zastrzelona przez Niemców.

Znajoma pisarka opisała Kondka z tego okresu w jednej z książek jako chłopaka chudego jak szparag z bladą, aż zielonkawą twarzą, który nie wzbudzał żadnych przeczuć ani podejrzeń, ale za okularami którego kryły się wesołe ogniki.

Ten „szparag” w czasie wojny niejednokrotnie narażał swoje życie, jednak nie myślał o nim jako o najwyższej wartości. Za nią uważał życie bliskich. W wywiadzie o Shoah powiedział: „Po prostu ludzie potrzebowali pomocy, byli w śmiertelnym niebezpieczeństwie i dlatego włączyłem się w walkę przeciwko Niemcom”.

Po powstaniu warszawskim poślubił swoją ukochaną, której prawie cała rodzina została zamordowana. Urodziło im się dwoje dzieci, potem wnuki i prawnuki. Po wojnie pracował jako dziennikarz i redaktor. Był autorem felietonów i reportaży. Pisał dużo o sytuacji na polskiej wsi i jej spółdzielczym powojennym rozwoju. Dzięki swojej osobowości i towarzyskości umiał znaleźć wspólny język z najróżniejszymi ludźmi – działaczami partyjnymi, chłopami, robotnikami, a także znanymi aktorami i pisarzami, w tym m.in. Janem Himilsbachem.

W ostatnich latach ze smutnym uśmiechem kpił ze swoich dolegliwości. Jego humor zgasł w roku 2001, na rok przed śmiercią, gdy w niedowierzaniu i milczeniu opłakiwał przedwczesną śmierć ukochanego syna.

Tata, ten pełen animuszu i fantazji, trochę nieobliczalny człowiek, jest z nami nadal. Czuję, że prawie codziennie przechodzi obok mnie, przypominając o swojej niepowtarzalnej osobowości i głębokim humanizmie. Mam wielką nadzieję, że będzie on wzorem i inspiracją dla naszych dzieci, a także czytelników jego książki.

Córka Aniela, syn Robert, żona Halina z rodzinąi „przyszywaną rodziną”

Pragnę podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do wydania książki mojego męża, w tym Jeffreyowi Burtowi, Michałowi Markowi, Annie Rogalskiej-Hedlund, zespołowi Ośrodka KARTA i redaktor Aleksandrze Janiszewskiej. Wysiłek tych oraz innych bliskich mi osób przyczynił się do zachowania pamięci tamtych niewyobrażalnych zdarzeń, a tym samym do przestrzeżenia następnych pokoleń przed możliwością powtórzenia się tej najbrutalniejszej z historii.

Halina (Krystyna) Świerczyńska

Wstęp, czyli skąd się to pisanie wzięło

Kiedy przejrzałem pierwsze kilkadziesiąt stron moich wspomnień, odniosłem wrażenie, że opisywane przeżycia są jakby zawieszone w próżni. Kim był Konrad? Jak to się stało, że niespełna dwudziestoletni chłopak wybrał dla siebie taką właśnie formę walki z okupantem? Pozwól więc, Czytelniku, że zanim opowiem, jak pomagaliśmy Żydom w warszawskim getcie […] i jak szmuglowano do getta dziesiątki ton żywności, spróbuję odpowiedzieć na pytanie, kim byli ci, którzy ryzykując własną głową, spełniali swój polski, patriotyczny obowiązek.

Czytałem wiele publikacji, nierzadko wspomnieniowych, przedstawiających Polaków jako zoologicznych antysemitów, którzy swoją „rasistowską ideologię wyssali z mlekiem matki”. Niestety większość publikowanych faktów była prawdziwa. Ale taki obraz stanowi zaledwie jedną stronę okupacyjnej rzeczywistości. Obok ludzkich szumowin były też tysiące tych, którzy z narażeniem własnego życia pomagali, potrafili zachować ludzką godność i którzy za swą patriotyczną postawę ukarani zostali najwyższym, hitlerowskim wymiarem kary. I to jest druga strona czasów okupacyjnej pogardy. Strona równie prawdziwa jak prawdziwe są gorzkie i tragiczne wspomnienia tych, którzy padli ofiarą szmalcowników i szantażystów. […]

Miałem wielu kolegów i przyjaciół Żydów. Od najmłodszych lat byli towarzyszami moich podwórkowych zabaw i ganiatyk w „berka” czy w „złodziei”. W przedwojennym gimnazjum im. Stefana Żeromskiego (niezapomniany i mądry dyrektor Teofil Wojeński) prawie połowę uczniów stanowili Żydzi. Wszyscy w szkole łomotaliśmy się po „zakutych pałach”, jak mawiał nasz wychowawca łacinnik, prof. Jaklitsch, tak samo wśród jednych i wśród drugich zdarzały się „tumany” lub „marabuty”, jak określał nauczyciel historii prof. Mayzel tych, którzy „przezimowali” na drugi rok. Wśród jednych i drugich bywały „kujony” lub autentyczne talenty z języka polskiego, matematyki czy fizyki.

I mimo że raczkujący polski faszyzm, inspirowany m.in. przez pseudopatriotyczne organizacje studenckie, starał się w niektórych szkołach lub na uniwersytetach wprowadzić podział wśród uczącej się młodzieży, u Żeromskiego każdy podziwiał Frydlanda, bo był najlepszy w łacinie, Gutgesztalta i Świerczyńskiego za to, że byli najlepsi w matematyce.

Ulica Wolska w latach 30. Fot. domena publiczna

A że są w klasie tacy i tacy, uprzytomniały nam dopiero lekcje religii. Rzymskokatolicy szli na „swoją”, a ci wyznania mojżeszowego na „swoją” religię. Podział ten jednak, jako że gimnazjum i liceum im. Stefana Żeromskiego było szkołą postępową, nie zawsze różnił. Tak się składało, że ksiądz, który wykładał historię kościoła katolickiego, i rabin „od wyznania mojżeszowego” zwykli prowadzić swe nauki z zamkniętymi oczyma. Idealna okazja do robienia kawałów! Pamiętam, kiedy „zmówiliśmy się” i rzymskokatolicy poszli na lekcje prowadzone przez rabina, a Żydzi uszczęśliwili swą obecnością księdza. Żaden z wykładowców się nie „skapował”. Dopiero dyrektor Wojeński przyłapał całe towarzystwo i każdemu, Żyd czy nie Żyd, dał po dwójce ze sprawowania…

Okupacja potargała lub zerwała nasze przyjaźnie. Wielu szkolnych kolegów zostało zamkniętych w warszawskim getcie, a jeden z nich – Kostryński o pseudonimie „Kostek” – o ile wiem, został nawet członkiem konspiracyjnego CK Bund1.

Wspominając, pragnę złożyć hołd tym moim przyjaciołom, którzy odeszli, żołnierzom w walce z upodleniem o godność człowieka – Polakom i Żydom. A także wskazać na niektóre społeczne korzenie umacniające nas w tej walce.

Stefan

Na okrągłym stoliku, zbitym z nieheblowanych desek, góra tanich, za pół grosza, cukierków. Wokół krawędzi koła pionowo powbijane małe gwoździki. Cienka listewka przymocowana pod spodem. Umieszczone na jej końcu gęsie pióro trzeszczy, zaczepiając o pionowe gwoździe. Właściciel koła rytmicznie popycha listewkę. Trrr – słychać terkot pióra po gwoździach. Wokół zbierają się gapie. W pewnym momencie, kiedy przy stoliku jest już kilkanaście osób, właściciel obsługujący interes nagle wysoko podnosi rękę, aby za chwilę wystudiowanym, jakimś nienaturalnym i jakby tajemniczym gestem nagle opuścić ją na listewkę. Terkot milknie. W nagłej ciszy stojący obok z tym większym zainteresowaniem czekają na dalszy ciąg występu.

– Szanowna publiczności! Za pięć groszy można wygrać nawet i pięćdziesiąt cukierków! Pucu ni ma! Skoro jeżeli nasza maszina zatrzima się na jakiejś wymalowanej na naszim interesie numeracji – tyle cukierków wypłacam! Można także wygrać fajansowe świnkie na odkładanie forsy, takiegoż słonia albo bukiet pięknych kwiatów dla swojej starej albo i narzeczonej, co wyglądają jak żiwe. Wystarczy po tym w mieszkaniu raz na miesiąc dmuchnąć na kwiecie, czyli odkurzyć, i botanika apiać [znów] cieszy nasze oko, jakby przed chwilą zerwana.

Wysoki, barczysty właściciel cukierkowej loterii nie żałuje głosu. Trzeba przecież zwrócić uwagę gapiów i przechodniów, przekrzyczeć konkurencję. Bo tuż obok rozmieścili swoje „majdany” handlarze dewocjonaliów, odpustowych gwizdków i skarbonek, kartoflanych placków, gorących prosto z wody parówek i serdelków, racuchów, papierowych kapelusików, bębenków, bajgli, trąbek i obwarzanków. Trochę dalej słychać uderzenia ciężkiego młota. To co bardziej krzepcy mieszkańcy Woli mierzą swoje siły. Wypchnięta po stromych szynach niklowa armatka z łomotem leci w górę i z jeszcze większym hałasem spada z powrotem. Czasem słychać wystrzał – to armatka dotarła do szczytu, trafiła w detonator, a wystrzał głosi o wyjątkowej krzepie miejscowego siłacza. Nieco dalej – cyrk. Obok tańce „na dechach”, gdzie za dwadzieścia groszy można kolegom i aktualnej miłości pokazać salonowe otrzaskanie w tańcu figurowym.

Ale najgorsza jest karuzela. Jej właściciel stara się przekrzyczeć własną mechaniczną szafę, która z uporem gra Na sopkach Mandżurii2.

– Tylko u nas, tu na Wenecji3, każden jeden, czy też to mężczyzna, czyli też płeć, za jedne dziesięć groszy ma prawo skolko ugodno [ile tylko zechce] pokręcić się i popatrzeć z góry na całą okolicę. Szczeniakom przykazuję nie pluć z góry na koleżków, bo po kręceniu inny koncman może mu gębę oklepać! Z lotu tak zwanego ptaka zobaczem Wenecję razem ze wszystkimi bałaganami, a także pobliskie kino Italia. A jak kto szyję wyciągnie – Kercelak4 i kino Kometa będzie miał zaszczyt własnoręcznie zobaczyć! Trzy osoby w kupie płacą tylko dwadzieścia pięć groszy! Dzieciaki z familią – po piątaki! A szczeniaki bez forsy niech lecą do pana kierownika Kazia, któren stoi tam oto przy szafie. To gites człowiek, kocha dzieci i z niem można wszystko załatwić.

Wyrostki zmawiają się w trzyosobowe grupki. Podlotki, kawalerowie z pannami, chłopaki pod krawatami i ci, co to im się jakaś partanina trafiła i wietrzą sarę5, ze spokojem i z fasonem płacą po dziesiątce. Kilku chłopców zebrało się wokół pana Kazia i coś tam uzgadniają. Po chwili pan kierownik podnosi kotarę zasłaniającą otwór wejściowy do wnętrza karuzeli. Po krętych schodach młodziaki są już pod samym dachem.

Plakat reklamujący zabawy na Wenecji. Fot. domena publiczna

– Łapta się chłopaki za belki i jak powiem, to zasuwajcie – słychać głos w ciemności.

Jakiś zgrzyt i chrobot. To właściciel karuzeli przyhamował Na sopkach Mandżurii. Teraz powoli kroczy wzdłuż wiszących fotelików, pomaga zapiąć łańcuchy bezpieczeństwa, łagodnie perswaduje tym, którzy chcą pokazać, że się nie boją i łańcuch im niepotrzebny:

– Nie kozakuj, Lalek, bo jak spadniesz na mordę, to komu interes zamkną? Mnie. Jesteś chojzyk? To idź, daj w ryja policjantowi. Ale u mnie jedzie się urzędowo. O! Kogo ja tu widzę!? Starego znajomego! – zwraca się nagle do spokojnie siedzącego i przepisowo zapiętego amatora karuzeli. – „Kulas” się wkręcił na waleta! Nieładnie. No już, szoruj stąd, gnojku, bo ci drugą nogę łydką do przodu wykręcę!

Wzór spokojnego pasażera nagle daje nurka pod zabezpieczający łańcuch, inkasuje po drodze kopniaka „z woleja” i już z bezpiecznej odległości pokazuje właścicielowi karuzeli, gdzie go ma oraz inne, nawet w międzynarodowym kodzie znane ruchy, informujące o najwyższej dezaprobacie dla pana Kazia.

– Kręciem się wkoło i już nam wesoło! – woła kierownik interesu i specjalną korbą nakręca maszynę uruchamiającą Na sopkach Mandżurii. Spod szczytu karuzeli słychać głos:

– No chłopaki! Łapiem się!

Grube belki podobne są do ramion jakiejś olbrzymiej gwiazdy. Stanowią rusztowanie podtrzymujące górną, obracającą się część karuzeli. Przy każdej belce staje pięciu–sześciu chłopców i z całych sił pcha. Kto cwańszy, stara się umieścić jak najbliżej środka. Ten, co przegapił lub po prostu jest tu pierwszy raz, musi biegiem po obwodzie pokonać o wiele dłuższą drogę. Przy następnym kursie ma prawo przesunąć się o jedno miejsce w lewo. A po pięciu, sześciu kursach – frajda. Pan Kazio osobiście przekazuje zgonionego delikwenta na dół, a ten „legalnie” ma prawo do jednej bezpłatnej jazdy.

Teraz pan dyrektor wyjmuje gwizdek i jak najgłośniej, aby zwrócić uwagę następnych potencjalnych amatorów karuzelowej przejażdżki, przenikliwie gwiżdże. To sygnał dla biegających w górze. Mogą już uczepić się lub usiąść na rozpędzonych belkach i tylko czekać, aż karuzela stanie.

Czekający na dole dyrektor nieznacznie wskazuje na kilka rozpędzonych jeszcze fotelików. Znów dali się gnojkom nabrać! Ten „Kulas”, co to narobił tyle zamieszania, bo niby próbował wtrynić się na waleta – to była przynęta! Kiedy pan Kazio się z nim użerał, dwóch innych gapowiczów wtryniło się cichutko na puste fotele i niezauważeni, bo chłopaki na górze już zaczynali kręcić – pojechali.

Pan Kazio ustawia się z jednej strony karuzeli, a dyrektor z drugiej. No, dadzą do wiwatu tym cwaniaczkom!

Młodziaki już w powietrzu odpinają zabezpieczające łańcuchy. Widzą, co