Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2018

Przemytnicy książek z Timbuktu ebook

Charlie English  

5 (1)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 497 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przemytnicy książek z Timbuktu - Charlie English

Historia niezwykłych bibliotekarzy, którzy ocalili dorobek cywilizacji przed dżihadystami i zapomnieniem.

Mogło się wydawać, że zagrożeniem dla manuskryptów z Timbuktu są  jedynie klimat i termity, ale gdy miasto zajęli dżihadyści, stało się jasne, że wspaniałe skarby wiekowej cywilizacji zostaną zniszczone. Abdel Kader Haïdara wraz z innymi bibliotekarzami podjął się niezwykłej operacji godnej kart powieści Johna Le Carré. Udało im się potajemnie wywieźć niemal cały zbiór składający się z ponad pół miliona dokumentów – w praktyce ocalili przed zapomnieniem całą cywilizację.

Równolegle Charlie English przywołuje pasjonującą historię europejskich i amerykańskich odkrywców, którzy wyruszali do Timbuktu, by spróbować odkryć mityczną stolicę odległego i bogatego afrykańskiego królestwa.

 

Obydwie te  historie splatają się w bogatą i pełną napięć opowieść o współczesnym i dawnym Timbuktu, pomagając pełniej zrozumieć świat, który przypadł nam w spadku.

 

„Świetnie napisana, wielowymiarowa opowieść… Charlie English zręcznie splata ze sobą historię, reportaż, książkę podróżniczą i esej w subtelną, erudycyjną, a momentami piękną rzecz” – Robert Macfarlane

 

„Wspaniała lektura” – „The Economist”

Opinie o ebooku Przemytnicy książek z Timbuktu - Charlie English

Fragment ebooka Przemytnicy książek z Timbuktu - Charlie English

WSTĘP.CZŁOWIEKINICJATYWYIGENIUSZU

Pośród milionów ‌dokumentów ‌w Archiwach Narodowych znajduje się ‌cienka teczka ‌oznaczona jako ‌CO 2/20. ‌Nie cieszy ‌się wielką popularnością. ‌W końcu przechowuje się tutaj ‌świadectwa, dotyczące ‌tysiąca lat brytyjskiej ‌historii, a większość osób ‌odwiedza przestronne pomieszczenia ‌w Kew, szukając bardziej oczywistych ‌skarbów: Domesday Book, testamentu Szekspira czy nowo udostępnionych dokumentów na temat zdrajców i szpiegów z czasów zimnej wojny. Jednakże co kilka lat ktoś pyta o zeszyt 2/20 Ministerstwa Wojny i Kolonii. Posyła się wówczas wiadomość do miasteczka Winsford w Cheshire, gdzie jest on przechowywany w magazynie, głęboko w trzewiach największej w kraju kopalni soli. Tam pracownik zapuszcza się w ciemność, wydobywa teczkę z ciągnących się ponad 35 kilometrów półek, które przekazano do dyspozycji Archiwów Narodowych, i wysyła ją na południe.

Po kilku dniach w czytelni pojawia się pudełko – tekturowe, przewiązane bawełnianą białą tasiemką. W środku jest plik około stu ręcznie pisanych wiadomości – manuskryptów, można by powiedzieć – które w połowie lat 20. XIX wieku wysłano do Londynu z brytyjskiego konsulatu w Trypolisie. Każdy postrzępiony kawałek papieru, który już swoje zjeździł, rzuca światło na pewien wycinek czasu i zakątek świata, a kilka z nich ma szczególne znaczenie dla naszej opowieści. Są to ostatnie listy niedocenianego podróżnika Alexandra Gordona Lainga. Dotyczą wyprawy, której celem było odkrycie „osławionej, wspaniałej stolicy środkowej Afryki”, jak sam ją opisał, czyli Timbuktu.

Laing, pochodzący z Edynburga major z bujnymi bokobrodami, miał zostać pierwszym Europejczykiem, który dotrze do tego nieosiągalnego miejsca. W latach 20. XIX wieku Timbuktu zdominowało wyobrażenia Europejczyków o Afryce, tak jak swego czasu El Dorado wpłynęło na sposób, w jaki myśleli o obu Amerykach. Sądzono, że Timbuktu sprawuje władzę nad bogatym subsaharyjskim regionem, który zwie się Sudanem, od arabskiego Bilad as-Sudan, „kraj czarnych”. Pogłoski o istnieniu miasta krążyły po Europie od kilkuset lat, o jego bogactwach trąbiono zaś co najmniej od XIV wieku. O ile Cipangu Marco Polo miało być krainą, w której dach królewskiego pałacu zdobią metale szlachetne, o tyle domostwa w Timbuktu były ponoć kryte złotem. Z misją odnalezienia miasta posyłano dziesiątki odkrywców, ale wszystkie te próby kończyły się śmiercią bądź niepowodzeniem.

W 1826 roku przyszła kolej na majora Lainga. Laing był specyficznie brytyjskim typem człowieka, produktem czasów rozpinających się między Waterloo a szarżą Lekkiej Brygady[1], gdy żołnierze szukali śmierci lub chwały, albo ich obojga. Zważywszy jego urodę i egocentryzm, mógłby wyskoczyć prosto ze stron Targowiska próżności, ale to inna powieść – konkretnie Przypadki Robinsona Crusoe – zainspirowała go do życia pełnego przygód. „Lektury na temat wypraw i podróży pochłaniały mi cały wolny czas – wspominał któregoś razu. – Mą młodą wyobraźnię rozpalała zwłaszcza historia Robinsona Crusoe”. Laing, tak jak bohater Defoe, rozpaczliwie pragnął uniknąć „stanu średniego” w brytyjskim społeczeństwie, jak Crusoe ruszał w świat, aby odnaleźć sens i cel. „Winienem uczynić więcej, niż kiedykolwiek uczyniono – pisał swego czasu – i dowieść, że jestem tym, za kogo zawsze się uważałem: człowiekiem inicjatywy i geniuszu”.

Nie każdy podzielał nieskromną samoocenę Lainga. Gdy służył w Sierra Leone w 1824 roku, jego dowódca napisał do ministra wojny i kolonii, że „żołnierskie wyczyny Lainga były [nawet] gorsze niż jego poezja”. Diatryba najwyraźniej nie odniosła większego efektu, w owym roku Laing został bowiem szefem brytyjskiej misji mającej zlokalizować miasto, które – jak wierzył – przeznaczone mu było odnaleźć. Gdyby Laing dotarł do Timbuktu jako pierwszy, dostałby to, czego pragnął najbardziej na świecie, jak to wyjaśnił w wierszu:

Oto, co pierś moją rozpłomienia

Wdrapać się na sławy szczyt wysoki

Z prawymi sławy dzielić wyroki

Nieśmiertelnego dobyć imienia.

Laing wyruszył z Trypolisu latem 1825 roku, wjeżdżając w niemal pięćdziesięciostopniowy upał Sahary. O tej porze roku ziemia była tak sucha, że nawet z wielbłądów została sama skóra i kości. Przewodnik Lainga, na wybrzeżu człowiek łagodny i układny, robił się coraz chciwszy, im dalej na południe się zapuszczali, a zdaje się, że na Tanizrufcie, gorejącej pustyni rozmiarów Kalifornii, zdradził go na rzecz grupy Tuaregów. Nocą ciężko uzbrojeni mężczyźni otoczyli namiot odkrywcy, postrzelili go i posiekli, zostawiwszy na śmierć. Jego opis ran, których doznał podczas napaści, jest jednym z najcenniejszych artefaktów w aktach Ministerstwa Wojny i Kolonii. Powstał 10 maja 1826 roku w obozie na pustyni, 300 kilometrów na północ od Timbuktu. Aż do tamtej chwili meldunki Lainga sporządzane były ekstrawaganckim, pochylonym w prawo kaligrafowanym pismem. Ten list, upstrzony dziś plamkami pleśni, z zagięciami przyciemnionymi przez saharyjski pył, to nierówna bazgranina, spisana – jak sam wyjaśniał – lewą ręką.

„Drogi Konsulu – zaczyna – kreślę do Pana kilka słów, powierzając je niepewnemu przewoźnikowi, aby powiadomić Pana, że dochodzę do siebie po (…) poważnych ranach, wykraczających dalece poza wszelkie kalkulacje, które wedle najbardziej optymistycznych oczekiwań można było przedsięwziąć”. Szczegóły wydarzenia to zaskakująca opowieść o „nikczemnej zdradzie i wojnie”, ale Laing musi zachować je na później. Tymczasem informuje tylko konsula o liczbie i charakterze ran, których doznał w trakcie napaści:

Zaczynając od początku: mam pięć ran ciętych na czubku głowy i trzy w okolicach lewej skroni, kilka pęknięć, z powodu których odpadło sporo kości: jedno na lewym policzku, przez które mam naruszoną Żuchwę i rozdarte ucho, co daje bardzo szpetny widok, jedno wzdłuż prawej skroni, a także potworną ranę na karku, która odrobinę naruszyła tchawicę.

Kula muszkietu utkwiła mu w biodrze, torując sobie drogę przez ciało i ocierając się o kręgosłup. Dostał także pięć cięć w prawą rękę i dłoń, „w trzech czwartych pokiereszowaną”, a przez kości nadgarstka ostrze przebiło się na wylot. Ma także trzy cięcia na złamanej lewej ręce, jedną lekką ranę na prawej nodze i dwie, w tym jedną „okropną ciętą”, na lewej, nie wspominając o szramie wzdłuż palców ręki, której używa do pisania.

Przebiegając wzrokiem ten bitewny obrachunek, jak musiał to zrobić zaniepokojony konsul, gdy sześć miesięcy później list dotarł do Trypolisu, czytelnik szuka oznak odwrotu. Z pewnością Laing zamierza wrócić najkrótszym szlakiem, gdy tylko będzie na siłach, obmyślając sposób, by w drodze powrotnej uniknąć bandytów, prawda? Ależ skąd. Położone za horyzontem Timbuktu, jak dotąd nietknięte wzrokiem Europejczyka, zbyt mocno do siebie przyciąga. Nie zhańbi się, składając teraz broń. Jak oznajmia konsulowi, „czyni postępy” pomimo ran. Żywi nadzieję na powrót do Anglii z „licznymi geograficznymi wieściami wielkiej wagi”. Odkrył wiele rzeczy, które należy poprawić na mapie Afryki, i usilnie prosi Boga, by dał mu czas na dokończenie zadania.

Dwa miesiące później Laing pisze ponownie. Jego sytuacja uległa pogorszeniu. Na obóz spadła „potworna choroba”, podobna do żółtej febry, zabijając połowę ludzi, w tym jego ostatniego sługę. „Jestem ostatnim członkiem misji przy życiu – powiadamia ponuro konsula. – Moje położenie odległe jest od przyjemnego”. Ale ma tak przemożne poczucie, że spełnia się jego przeznaczenie, że nie ustaje w wysiłkach:

Dobrze zdaję sobie sprawę, że jeśli do niego nie zawitam, Świat na zawsze pozostanie w niewiedzy o [Timbuktu] (…) albowiem nie jest próżnym twierdzeniem z mej strony, gdy mówię, że po mnie nie postanie tam stopa chrześcijanina.

Zrealizował swoją wielką ambicję sześć tygodni później, wjeżdżając do Timbuktu 13 sierpnia 1826 roku. Potem stało się coś raczej dziwnego – Laing zamilkł.

Przez pięć tygodni nie powiadomił konsula ani słowem o swoim przybyciu do miasta. Kiedy napisał po raz kolejny, był już 21 września, a list miał ledwie 500 słów. Nadal trzyma pióro w lewej ręce, a jego pismo jest ściśnięte, pełne napięcia. Życiu Lainga zagraża niebezpieczeństwo, oznajmia konsulowi, i śpieszno mu do wyjazdu:

Nie mam czasu zdać panu relacji na temat Tin Buktu, ale winienem pokrótce stwierdzić, że z wyjątkiem wielkości (która nie przekracza czterech mil w obwodzie) miasto pod każdym względem spełniło całkowicie me oczekiwania (…) W trakcie mego pobytu byłem ze wszech miar zajęty, przeszukując miejskie rejestry, których jest pod dostatkiem, & pozyskując wszelkiego rodzaju informacje, i nie bez pospolitej satysfakcji rzec mogę, iż moja wytrwałość została hojnie nagrodzona.

Dzień po napisaniu tego listu Laing opuścił Timbuktu i karty historii. Konsul przesłał jego ostatni meldunek do Londynu wraz z pismem przewodnim, które obwieszczało coś w rodzaju triumfu – był to „pierwszy list wysłany z tamtego miejsca przez chrześcijanina” – ale jeśli chodzi o dostarczenie informacji na temat wielkiego celu europejskiej geografii, wyprawa Lainga okazała się fiaskiem. Jeśli Timbuktu, jak oświadczał odkrywca, „pod każdym względem” spełniło jego wysokie oczekiwania, to gdzie podziały się szczegóły? Najbardziej zagadkowe były zapewnienia Lainga na temat obfitości „miejskich rejestrów”, z których pozyskał „wszelkiego rodzaju informacje”. Jakie rejestry mogły przyciągnąć uwagę wojskowego? W jaki sposób mogły się przydać brytyjskim władzom?

Niemal dwa stulecia później jest oczywiste, że „miejskie rejestry” oznaczały całe mnóstwo w przeważającej mierze arabskich tekstów, znanych pod wspólnym mianem „manuskryptów z Timbuktu”. Miejskich dokumentów, które – jak się zdaje – Laing widział jako pierwszy Europejczyk, jest tak wiele, że nikt nie zna dokładnie ich liczby, choć szacuje się ją na dziesiątki, a nawet setki tysięcy pozycji. Są pośród nich najcenniejsze źródła pisane dotyczące tak zwanej złotej ery Timbuktu, czyli XV i XVI wieku, i wielkiego imperium Songhaju, którego miasto było częścią. Część ekspertów uważa je za afrykański odpowiednik zwojów znad Morza Martwego czy też Kroniki anglosaskiej – dowód na żywą historię pisaną kontynentu.

W 2012 roku wydawało się, że tej historii grozi niebezpieczeństwo. W wyniku przewrotu na południu Mali Timbuktu zostało opanowane przez bojowników z Al-Ka’idy Islamskiego Maghrebu (AQMI, Al-Qaïda au Maghreb islamique). Dżihadyści zaczęli systematycznie niszczyć liczące sobie stulecia mauzolea sufickich świętych. Dwudziestego ósmego stycznia 2013 roku burmistrz Timbuktu oznajmił światu, że spalono także wszystkie manuskrypty.

Dobrze pamiętam tamten ranek. Byłem wówczas redaktorem wiadomości z zagranicy w „Guardianie”, a Mali wiązało się dla mnie ze szczególnymi wspomnieniami. Wiele lat temu, dokładnie w wieku osiemnastu lat, zrodziła się we mnie myśl o przejściu przez Saharę. Rzuciłem szkołę, odłożyłem pieniądze, kupiłem samochód i wraz z przyjacielem wyruszyliśmy w stronę pustyni, podróżując przez Maroko i Algierię do Mali, gdzie dotarliśmy wiosną 1987 roku. Położona na północy kraju osada Aguelhok wyznaczyła koniec wyprawy, nasz szczyt, i gdy już się tam znaleźliśmy, zaczęliśmy gorączkowo szukać nowego pomysłu. A co, gdybyśmy przehandlowali nasz rozklekotany samochód za trzy czy cztery wielbłądy i pojechali do Timbuktu? Byłoby co opowiadać! Znaleźliśmy handlarza i negocjowaliśmy przez tydzień, ale ponieważ udało mu się wynaleźć tylko jedno zwierzę, porzuciliśmy ten plan i pojechaliśmy dalej na południe. W Gao, stolicy dawnego Songhaju, sprzedałem samochód i ruszyłem do Burkina Faso, a następnie do Wybrzeża Kości Słoniowej i do domu. Nie dotarłem do Timbuktu, ale zakochałem się w wyobrażeniu pustyni. Wróciłem na Saharę w 1989 roku, tym razem innym pojazdem, ale był on zbyt niepewny, aby podjąć ryzyko wyprawy do Mali. Miasto trzystu trzydziestu trzech świętych raz jeszcze pozostało boleśnieniedosięgłe.

W lipcu 2012 ze smutkiem i złością oglądałem materiały filmowe, na których dżihadyści niszczyli zabytki Timbuktu, a gdy w styczniu następnego roku powiedziano naszemu korespondentowi, że biblioteka ze średniowiecznymi księgami została podpalona, zamieściliśmy tę informację na stronie głównej internetowego wydania „Guardiana”. Po kilku dniach stało się jasne, że manuskrypty wcale nie uległy zniszczeniu, a co więcej, zostały przeszmuglowane z miasta przez miejscowych bibliotekarzy. Ta historia stała się moją obsesją. Wydawało mi się, że naśladuje ona fabułę powieści satyrycznej Roberta Crichtona The Secret of Santa Vittoria (Tajemnica Santa Vittorii), w której mieszkańcy toskańskiego miasteczka ocalają milion butelek wina przed grabieżą nazistów. Tyle że sprawy przedstawiały się jeszcze lepiej: skarby Timbuktu były nieskończenie bardziej znaczące, a ponadto była to prawdziwa historia. Rzuciłem pracę, zdecydowany zmienić tę opowieśćw książkę.

Bruce Chatwin zauważył swego czasu, że istnieją dwa Timbuktu. Jedno jest realnym miejscem: znużonym miastem na szlaku karawan, gdzie Niger skręca ku Saharze. Drugie jest zdecydowanie bardziej baśniowe – to legendarne miasto z krainy marzeń, Timbuktu przynależące do dziedziny umysłu. Planowałem zdać relację na temat obu tych Timbuktu za pomocą dwóch wątków pojawiających się w jego historii na przemian: trwających stulecia starań Zachodu, by odnaleźć, podbić i zrozumieć to miasto, a także współczesnych prób ocalenia rękopisów i tamtejszej historii przed zagładą. W jednej części tej opowieści przyjrzę się temu, jak legenda ukształtowała nasze spojrzenie na Timbuktu; w drugiej przedstawię historię okupacjii ewakuacji.

Nie wiedziałem tylko, jak bardzo te opowieści się w sobie przeglądają.

Charlie English

Londyn 2017

[1] Bitwa pod Bałakławą (25 października 1854 r.) podczas wojny krymskiej przeszła do historii za sprawą szarży Lekkiej Brygady, ataku porównywalnego do polskiej szarży pod Somosierrą i zakończonego masakrą brytyjskich kawalerzystów (wszystkie przypisy dolne pochodzą od tłumacza, przypisy końcowe zaś są dziełem autora).

„Jeśli nie znasz drogi do Miedzianego Miasta, potrzyj dłoń rycerza. Wówczas rycerz pocznie się obracać, a następnie znów znieruchomieje. Wtedy obierz kierunek, który wyznaczy ci jego wzrok, nie lękaj się i nie trap, tylko podążaj tą drogą, a zaprowadzi cię ona do Miedzianego Miasta”[2].

Księga tysiąca i jednej nocy

[2]Opowieść o Miedzianym Mieście, przeł. A. Czapkiewicz [w:] Księga tysiąca i jednej nocy: wybór, wyboru dokonał i wstępem opatrzył W. Kubiak, Warszawa 1996, s. 204.

1. POSZUKIWACZ RĘKOPISÓW

MARZEC 2012

Pewnego mglistego poranka w Bamako, stolicy współczesnego zachodnioafrykańskiego państwa Mali, stara toyota land cruiser sunęła ostrożnie ku skrajowi betonowego podjazdu, by włączyć się do ożywionego ruchu drogowego. Z przodu siedział wielki, dystyngowanie wyglądający mężczyzna w kłębiącej się szacie i modlitewnym nakryciu głowy. Miał czterdzieści siedem lat, mierzył ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, ważył niespełna dziewięćdziesiąt kilogramów i choć nad jego górną wargą dziarsko podskakiwał francuski wąsik, w jego wyglądzie było coś władczego. Za wyłupiastymi brązowymi oczyma czaiła się psotna inteligencja. Był to Abdel Kader Haidara, bibliotekarz z Timbuktu. Jego nazwisko miało wkrótce stać się sławne na całym świecie.

Haidara nie należał do ludzi niezdecydowanych, ale kiedy tego ranka jego kierowca prowadził przeciążony pojazd pośród chmary wyprodukowanych w Chinach motorów i zdezelowanych zielonych mikrobusów kursujących ulicami miasta, dopadła go udręka wątpliwości. Z nastawionego na Radio France Internationale samochodowego odbiornika płynęły niepokojące doniesienia na temat sytuacji na północy, podczas gdy tanie komórki, które zawsze miał pod ręką, bez przerwy brzęczały od wieści, które otrzymywał od swoich kontaktów w położonym prawie 1000 kilometrów na północ Timbuktu. Rebelianci posuwali się przez pustynię, popędzając przed sobą wojska rządowe i uchodźców. Na dworcach autobusowych tłoczyli się przesiedleńcy, autostrady były zatkane motocyklami i pikapami, a przedpotopowe ciężarówki kołysały się pod masami uciekających ludzi. Opuszczając mieszkanie, Haidara wiedział, że jazda wśród tego chaosu będzie niebezpieczna, ale teraz zaczynało to wyglądać na misję samobójczą. Wkrótce powiedział kierowcy, że ma dosyć, a potem znów zmierzali na zachód, w kierunku obrzeży ciągnącej się bez końca afrykańskiej metropolii.

Responsable to francuski rzeczownik, którego znaczenia ktoś znający język angielski łatwo się domyśli. Niewiele było w tamtej chwili słów, które celniej opisywałyby bibliotekarza, niż responsable, „osoba odpowiedzialna” za olbrzymi kawał zaniedbanego historycznego dziedzictwa, manuskrypty z Timbuktu, tak wielki zbiór sporządzonych ręcznie dokumentów, że nikt tak do końca nie wiedział, ile ich jest, choć sam Haidara szacował ich liczbę na setki tysięcy. Mało kto zrobił więcej, by wydobyć rękopisy na światło dzienne. Nikomu w nadchodzących miesiącach nie przypisze się więcej zasług za ich ocalenie.

Sam bibliotekarz imponował, był człowiekiem o zdumiewająco delikatnym uścisku dłoni – przelotnym powitaniem, które zostawiało po sobie wspomnienie kontaktu, nie więcej. Dobrze orientował się w historii i treści dokumentów, ale wyglądał nie tyle na naukowca, ile na biznesmena, który prowadzi interesy w różnych językach, używając do tego telefonów komórkowych albo robiąc to osobiście, zza biurka rozmiarów małej łodzi. Nie był jedynym właścicielem rękopisów w mieście, ale utrzymywał, iż jako posiadacz największej prywatnej kolekcji i założyciel Savamy, organizacji pozarządowej zajmującej się ochroną piśmiennego dziedzictwa Timbuktu, reprezentuje większość rodzin posiadających manuskrypty.

Haidara wychował się w dużym domu z cegły mułowej, z dziedzińcem pośrodku, takim samym jak setki innych budynków w tej okolicy. Był jednym z czternaściorga dzieci Mammy Haidary, uczonego z Timbuktu. Miasto, w którym dorastał, niewiele się zmieniło przez ostatnie sto lat. W jego sercu znajdowały się trzy wielkie meczety: Dżingereber na zachodzie, Sidi Jahja w centrum i Sankore na północy. Przestrzeń między nimi wypełniały domy i targowiska, a stara medyna miała kształt dużej łzy o obwodzie dwóch i pół kilometra. Krewnych chowano w pobliżu domów, a wraz z rozrastaniem się miasta cmentarze zostały wchłonięte przez sieć alejek i ulic. Żywi i umarli istnieli obok siebie, a w tradycji mistycznego islamu sufickiego podział między nimi się zatarł: najbardziej świątobliwi przodkowie, uczeni, sędziowie i przywódcy z dawnych czasów leżeli we wspaniałych mauzoleach, gdzie czczono ich jako świętych. Ktoś naliczył ich trzystu trzydziestu trzech, a ponieważ była to dobrze wróżąca liczba, mieszkańcy Timbuktu zaczęli je tak właśnie nazywać – miastem trzystu trzydziestu trzech świętych.

Kiedy Haidara dorastał, nie było tu żadnych samochodów: pierwszy dystrybutor paliwa pojawił się w Timbuktu dopiero w połowie lat 70. W mieście roiło się za to od zwierząt. Owce, kozy, bydło i kury skubały skąpą roślinność i zjadały resztki rzucane na ulice. Karawany osłów zwoziły z południa zboże, największym zaś wydarzeniem było co roku przybycie, składających się z tysięcy wielbłądów karawan z solą prosto z kopalni na pustyni.

W wieku sześciu lat Haidarę posłano do szkoły koranicznej, by poznał święte teksty, później zaś do szkoły francusko-arabskiej, aby nauczył się całej reszty. Wspominał dzieciństwo jako sans souci, wolne od zmartwień, ale podobnie jak w przypadku większości timbuktańczyków, w jego rodzinie się nie przelewało. Zasadniczą część majątku stanowiły rękopisy. Przechowywano je po całym domu, jak później wspominał, na półkach, które uginały się pod ciężarem papieru, a także w domach krewnych w mieście i jego okolicach. Spisane głównie w języku arabskim i oprawione w spękaną wielbłądzią i gazelą skórę, zdążyły zostać nadjedzone przez termity i poplamione wodą. Poruszały niemal każdy temat pod słońcem. Były pośród nich prace, dotyczące zarówno astronomii, poezji i medycyny, jak i prozaiczne tytuły własności, orzeczenia prawne i akty notarialne. Nade wszystko jednak były to komentarze do świętych tekstów islamu i interpretacje ich prawnego znaczenia.

Ojciec Haidary wykorzystywał manuskrypty do nauki. Uczniowie przychodzili z całej okolicy, by czerpać wiedzę od niego i z jego książek, przyjaciele zaś – grandes personnalités, przywódcy lokalnej społeczności i dostojnicy z Timbuktu – pojawiali się, by posiedzieć i podyskutować. Czasem ojciec Haidary prosił go o przyniesienie któregoś dokumentu i Abdel Kader przeszukiwał pokoje, by znaleźć odpowiednią pracę. Później zaczął kopiować fragmenty rękopisów i tym sposobem dobrze poznał ich treść.

Mamma Haidara zmarł w 1981 roku, gdy Abdel Kader miał siedemnaście lat. Zgodnie z tradycją rodzina zmarłego i starszyzna miasta zebrali się, by dokonać podziału majątku. W tym celu w zeszycie sporządzono listę z dobytkiem Mammy Haidary, ale wyłączono z niej manuskrypty. Uznano, że zbiór nie zostanie podzielony, sprzedany ani oddany. O cały zbiór miał się zatroszczyć jeden z potomków zmarłego. Starszyzna wybrała Abdela Kadera, zwróciwszy uwagę na jego dociekliwą naturę. To jemu przypadła rola responsable.

Mniej więcej w tym samym czasie do Timbuktu na wykład przybył malijski mędrzec Amadou Hampâté Bâ. Urodził się niemal w początkach ery francuskiej kolonizacji i dobiegał osiemdziesiątki. Był utalentowanym pisarzem, zbieraczem podań, znawcą kultury Afryki Zachodniej, człowiekiem bardzo inteligentnym i cieszącym się wielką renomą. Haidara wybrał się go posłuchać. Hampâté Bâ kazał zgromadzonym wyobrazić sobie, że z kulturowego punktu widzenia miasta świata stoją w szeregu. Swego czasu, stwierdził, Timbuktu znajdowało się na czele, ale potem Bóg nakazał kolejce w tył zwrot i w ten sposób znalazło się na szarym końcu. „Nie wiemy, jak do tego dojdzie – powiedział Hampâté Bâ – ale być może pewnego dnia Bóg znowu zarządzi w tył zwrot i Timbuktu wróci na swoje miejsce. Ale nie należy czekać na tę chwilę z założonymi rękoma. Historii trzeba dopomóc. Musicie wydobyć manuskrypty na światło dzienne. Musicie je wykorzystać”.

Te słowa zapadły Haidarze głęboko w pamięć. Tamtego dnia zrozumiał swoje zadanie. Za pomocą rękopisów miał spróbować wskrzesić miasto.

W latach 80. XX wieku w Timbuktu mieściła się już siedziba organizacji zajmującej się studiowaniem manuskryptów. Za zachętą UNESCO w 1973 roku malijski rząd powołał w mieście instytut badawczy, nazwany imieniem szesnastowiecznego timbuktańskiego uczonego Ahmeda Baby. Zadaniem placówki było gromadzenie i przechowywanie piśmienniczego dziedzictwa Mali. Instytut Ahmeda Baby rozpoczął działalność z niespełna setką rękopisów w zbiorach, ale do 1984 roku, gdy jego dyrektor zwrócił się do Haidary z ofertą pracy jako prospecteur, poszukiwacz manuskryptów, do kolekcji włączono jeszcze około 3300 pozycji. Haidara przystał na tę propozycję. Wkrótce miał zostać najbardziej skutecznym poszukiwaczem w historii instytutu.

Zaczął od kontaktów ze znajomymi, wykorzystywał urok osobisty, nazwisko i wrodzony upór. Ludzie często zaprzeczali, że posiadają manuskrypty, ale Haidara raz po raz do nich wracał, aż w końcu przeciągnął ich na swoją stronę. Szukał w Timbuktu i w całym regionie, przemierzając północne Mali na osłach, wielbłądach, pirogami i land roverem. Czasem podróżował z karawanami przewożącymi sól, wędrując wraz z nimi przez czternaście godzin bez przerwy. Odwiedzał miasteczka, wioski i osady, nakłaniając mieszkańców, by zrzekli się dokumentów, które chowali lub o których zapomnieli. Podróżował do granic z Mauretanią i Senegalem na zachodzie, a także z Burkina Faso i Nigrem na wschodzie. Pojechał do Goundamu, Diré, Tonki, Niafunké, Nioné i do każdej innej osady po drodze. Dawał nawet 200 dolarów za cenny jednostronicowy dokument, a 300 za kompletny rękopis, choć niekiedy zdarzało mu się płacić w naturze, często bowiem zwierzęta ceniono wyżej od gotówki. Najbardziej pożądał manuskryptów historycznych, w drugiej zaś kolejności interesował się rękopisami kunsztownie zdobionymi, bardzo starymi lub spisanymi przez miejscowych autorów. Jeśli jego zdobycz okazywała się nieporęczna, Haidara wynajmował samochód bądź łódkę, którą transportowano manuskrypty do Timbuktu. Krok po kroku zwoził kolejne dokumenty. W ciągu dwunastu lat wzbogacił kolekcję Instytutu Ahmeda Baby o 16 000 rękopisów. Nie zaprzestał później poszukiwań – przestał tylko liczyć zdobycze.

Rozbudowując archiwum państwowe, Haidara coraz więcej myślał o własnych manuskryptach, które leżąc w kufrach, ustawionych jedne na drugich w małych, ciemnych pokojach, narażone były na wilgoć, ogień i termity. Nawet gdyby chciał, tradycja nie pozwalała mu ich sprzedać, postanowił więc założyć własną bibliotekę naukową. Rozesłał faksy do międzynarodowych instytucji i fundacji, zanudzając wpływowych ludzi, którzy odwiedzali Timbuktu prośbami o wsparcie. Otrzymywał oferty kupna rękopisów, ale nikt nie chciał mu zapłacić za ich przechowywanie w Timbuktu.

W 1997 roku do Mali przyjechał wybitny naukowiec z Harvardu, Henry Louis Gates Jr. Haidara zaprosił uczonego, aby zobaczył jego zbiory. Ten rozpłakał się nad dokumentami, które przed nim rozłożono. Dlaczego Gates płacze? – spytał Haidara. Ponieważ przez prawie dwadzieścia lat wykładał na jednej z najlepszych uczelni świata, wyjaśnił Amerykanin, i zawsze powtarzał studentom, że Afryka nie ma historii pisanej, a jedynie oralną. Manuskrypty całkowicie zmieniały postać rzeczy. Kiedy Gates wrócił do Stanów, lobbował na rzecz zbiórki środków finansowych dla projektu Haidary i Malijczyk w niedługim czasie otrzymał wsparcie ze strony Fundacji Andrew W. Mellona. Z biegiem lat inni donatorzy z zagranicy – Fundacja Forda, Fundacja Dziedzictwa Muzułmańskiego Al-Furkan z siedzibą w Londynie i dubajskie Centrum na rzecz Kultury i Dziedzictwa Dżumy al-Madżida – wnieśli swój wkład. W 2000 roku pierwsza dama Mali otworzyła pierwsze nowoczesne prywatne archiwum w Timbuktu: Bibliotekę im. Mammy Haidary. Później Haidara pomagał znajomym w zakładaniu kolejnych instytucji i wkrótce w Timbuktu zaroiło się od bibliotek, a wiele rodzin wyciągnęło manuskrypty z ukrycia.

Do tego czasu rękopisy stały się cause célèbre. Coraz częściej używano ich, by przedstawić nową interpretację przeszłości Afryki, która mogłaby zwalczyć tak długo prześladujący Czarny Ląd rasizm. Zachodni filozofowie i historycy, od Immanuela Kanta do Davida Hume’a, przytaczali brak źródeł piśmienniczych jako dowód na to, że kontynent był zbyt zacofany, żeby mieć jakąkolwiek historię. Hume pisał w 1748 roku: „Nigdy nie było cywilizowanego narodu o innym kolorze skóry niż biały, nie było nawet jednostki, która by się odznaczyła czynem czy myślą. Nie mają oni żadnych zmyślnych wyrobów, żadnej sztuki, żadnej nauki”[3]. Pogląd ten nadal rozbrzmiewał echem w 1963 roku, kiedy brytyjski historyk Hugh Trevor-Roper stwierdzał: „Być może w przyszłości pojawi się afrykańska historia, której można by uczyć. W tej chwili jednak jej nie ma. Istnieje jedynie historia Europejczyków w Afryce. Reszta jest ciemnością”. W całej Afryce Zachodniej nie brakowało manuskryptów, ale te z Timbuktu były najbardziej znane, a teraz okazywano je jako kontrdowód. W 2001 roku prezydent Republiki Południowej Afryki Thabo Mbeki wykorzystał je w kampanii, która miała na celu zdefiniowanie na nowo tożsamości kontynentu – z afrykańskiego punktu widzenia. Mbeki zarządził wybudowanie nowej ogromnej siedziby Instytutu Ahmeda Baby w Timbuktu, z dużą przestrzenią wystawową, salą konferencyjną i warsztatami konserwacyjnymi, w której prowadzono też akademicki program konserwatorski. „[Rękopisy] otwierają możliwość nowego spojrzenia na świat – powiedział prezydent – są okazją, by inaczej spojrzeć na historię”.

Badania nad rosnącą liczbą dokumentów, które trafiały do Timbuktu, nabierały tymczasem tempa. W 2001 roku John Hunwick z Northwestern University, czołowy specjalista w dziedzinie piśmiennego dziedzictwa Afryki Zachodniej, ogłosił, że poruszająca szereg dziedzin – w tym teologię, prawoznawstwo i historię – kolekcja 3000 manuskryptów, którą pokazano mu w Timbuktu, zmusza do „napisania historii od nowa”. „Oczy wyszły mi na wierzch. W życiu nie widziałem czegoś takiego” – powiedział naukowiec „Chicago Tribune”. Jego przyjaciel i współpracownik Sean O’Fahey oświadczył, że było to „jak natknięcie się na kolejną Kronikę anglosaską, która swego czasu oferowała nam nowe spojrzenie na dawną historię Anglii”. Wedle Davida Robinsona, profesora historii Afryki na Michigan State University, znalezisko było po prostu „epokowe”.

Do 2011 roku Haidara i jego polujący na rękopisy koledzy zrobili ogromne postępy, jeśli chodzi o zadanie, które postawił przed nimi Hampâté Bâ, czyli przywrócenie Timbuktu należnego miejsca w świecie. Haidara szacował, że liczba manuskryptów zgromadzonych w samych dużych timbuktańskich zbiorach wynosiła teraz nie mniej niż 101 820 egzemplarzy, a w całym regionie było ich bez mała milion. Gdyby nie pożary, wojny i katastrofy naturalne, byłoby ich dużo więcej.

Wówczas jednak niepokoje, które od dziesięcioleci przetaczały się przez pustynię poza granicami miasta, zamieniły się w kakofonię.

Północne Mali od dawna było burzliwym rejonem, azylem dla bandytów, przemytników, rewolucjonistów. Przywódcy bojówek od czasów kolonialnych żywili urazę do władzy z Bamako i od tamtej pory co jakiś czas wybuchały bunty. W 2003 roku algierscy dżihadyści, toczący wojnę z własnym rządem, schronili się za granicą Mali i wkrótce otrzymali błogosławieństwo Usamy Ibn Ladina, przybierając nazwę Al-Ka’idy Islamskiego Maghrebu. AQMI zapuściło na pustyni głębokie korzenie, czerpiąc zyski z przemytu. Największe pieniądze pochodziły jednak z porwań. Od 2003 do 2010 roku AQMI zarobiło dziesiątki milionów dolarów, porywając zachodnich dyplomatów, pracowników sektora energetycznego i turystów, którzy zabłąkali się tam, gdzie nie trzeba.

W 2011 roku do tego wrzącego kotła dodano kolejny składnik. Libijscy buntownicy, dzięki wsparciu odrzutowców i pocisków manewrujących NATO, obalili reżim pułkownika Mu’ammara Al-Kaddafiego, a setki malijskich Tuaregów, którzy byli najemnikami w wojsku dyktatora, wróciło do domu z całą bronią i amunicją, jaką dali tylko radę unieść. W Mali połączyli siły z ruchem politycznym walczącym o niezależne państwo Tuaregów, które miałoby się nazywać Azawad, i w ten sposób narodził się Narodowy Ruch Wyzwolenia Azawadu. MNLA, akronim od francuskiej nazwy Mouvement national pour la libération de l’Azawad, wypowiedziała wojnę malijskiemu rządowi i przy pomocy sprzymierzeńców z Al-Ka’idy zadała serię upokarzających ciosów zdemoralizowanemu malijskiemu wojsku. W połowie marca 2012 roku grupa zniechęconych młodszych oficerów przeprowadziła zamach stanu. W politycznym chaosie, który po nim nastąpił, buntownicy wykorzystali okazję, sunąc z północy kraju, podczas gdy armia wycofywała się w nieładzie.

Siedząc w samochodzie rankiem 31 marca, Haidara ponownie zmienił zdanie. W tak trudnej sytuacji istniało tylko jedno miejsce, w którym powinien się znaleźć. Niełatwy w prowadzeniu land cruiser raz jeszcze zawrócił i skierował się na północ, ku Timbuktu i wojnie.

[3] David Hume, O charakterze narodowym, przeł. T. Tatarkiewicz [w:] tegoż, Eseje, przeł. T. Tatarkiewicz, oprac. W. Tatarkiewicz, Warszawa 1955, s. 171–172. (Cytat zmodyfikowany).

2. ROZLEGŁA BIAŁA PLAMA

CZERWIEC–LISTOPAD 1788

Poszukiwanie Timbuktu zaczęło się, jak to czasem bywa w przypadku takich przedsięwzięć, w pomieszczeniu nad jednym z londyńskich pubów.

Dziewiątego czerwca 1788 roku dziewięciu upudrowanych mężczyzn w perukach zgromadziło się w St. Alban’s Tavern, rzut beretem od oficjalnej królewskiej rezydencji w St. James’s Palace, i zaczęło rozmawiać o przyszłości wypraw odkrywczych. W spotkaniu tego ekskluzywnego Klubu Sobotniego (to, że był poniedziałek, wydawało się raczej nieistotne) wzięli udział eksminister, przyszły gubernator generalny Indii, kawaler królewskiej komnaty sypialnej, a także kilku rycerzy królestwa. Ośmiu z dwunastu członków klubu zasiadało w parlamencie, sześciu należało do elitarnej instytucji naukowej, Towarzystwa Królewskiego. Jeden z nich, sir Joseph Banks – kluczowy gracz pośród zgromadzenia kluczowych graczy – był jego prezesem.

Banks miał wówczas czterdzieści pięć lat, lubił sobie wypić, zdążył się roztyć. W przeciwieństwie do swego sławnego poprzednika Isaaca Newtona był lubiany – James Boswell opisał go jako „słonia, całkiem spokojnego i łagodnego”, który pozwalał innym „wdrapywać się na grzbiet i bawić się trąbą”. Odebrał wykształcenie w Harrow i Eton, gdzie zapałał nienawiścią do filologii klasycznej i miłością do botaniki. Niedługo po porzuceniu Oksfordu wyruszył w pierwszą wyprawę naukową, podróżując jako naturalista na zmierzającej do Nowej Fundlandii i na Labrador fregacie Królewskiej Marynarki Wojennej. Była to jednak tylko próba generalna przed wyprawą, dzięki której zdobędzie reputację: pierwszą podróżą Jamesa Cooka dookoła świata. Banks wrócił z tego trzyletniego rejsu w 1771 roku z oszałamiającą liczbą 30 000 okazów roślin i opromieniony sławą, która przyćmiła nawet samego Cooka. Stał się przyjacielem króla Jerzego III, przemieniając Królewskie Ogrody Botaniczne w Kew w wielki ośrodek badawczy, a w wieku trzydziestu pięciu lat przewodniczył najważniejszej na świecie instytucji naukowej, Towarzystwu Królewskiemu. Miał piastować to stanowisko przez kolejne cztery dekady, tworząc sieć przyjaciół i znajomych, wśród których znaleźli się najznamienitsi filozofowie przyrody owych czasów (Benjamin Franklin, Karol Linneusz), a także mężowie stanu i twórczy myśliciele, od Thomasa Paine’a do Henriego Christophe’a, króla Haiti. W domu przy Soho Square 32 smarował setki listów, udzielając rad w sprawie projektów, które wzbudziły jego entuzjazm, i biorąc je w mecenat. A ileż w nimbyło pasji!

U schyłku doby oświecenia na każdym polu ludzkiej aktywności podejmowano wielkie wysiłki – od geografii po muzykę, od gospodarki hodowlanej po uprawę rabarbaru. Był to czas rewolucji w polityce (w 1783 roku Ameryka uniezależniła się od jednego monarchy, w 1789 we Francji ścięto innego), ale i w nauce. Banks odegrał olbrzymią rolę w tym drugim przewrocie. Botanik wspierał między innymi Williama Roya, założyciela brytyjskiego Urzędu Kartograficznego, Williama Smitha, twórcę pierwszej na świecie tabeli stratygraficznej, i Williama Herschela, pierwszego człowieka w historii, który odkrył planetę układu słonecznego, Uran. Zasiadając w Radzie Rolnictwa i Komisji Długości Geograficznej pomógł zmodernizować produkcję zboża i nawigację, podczas gdy jako kurator Muzeum Brytyjskiego pracował nad zbiorami, które miały stać się podstawą ekspozycji Muzeum Historii Naturalnej i Biblioteki Brytyjskiej. Zainteresowanie Banksa przyciągały zwłaszcza przedsięwzięcia zamorskie: stał za nieszczęsną misją HMS Bounty w 1787 roku, której celem było przetransportowanie sadzonek chlebowca z Tahiti i wyżywienie niewolników na Karaibach, wspierał też założenie kolonii karnej w Australii. W styczniu następnego roku Pierwsza Flota skazańców przybiła do brzegów[4], które Cook ochrzcił mianem Zatoki Botanicznej, gdzie swego czasu Banks szukał nowych gatunków roślin.

Latem tego samego roku Banks wraz z przyjaciółmi miał właśnie skierować uwagę w nowym kierunku – ku Afryce. Z punktu widzenia geografii Zachodu był to mało znany kontynent, a Banks należał do nielicznych Europejczyków, którzy postawili na nim stopę, gdy Endeavour, okręt Cooka, rzucił kotwicę w zatoce u wybrzeży Kapsztadu w 1771 roku. Odkrywcy mogli przekroczyć koło podbiegunowe południowe, lecz wiedza na temat pobliskiej Afryki zakrawała na żart, czemu jasny wyraz dawała napisana pół wieku wcześniej satyryczna wierszowanka pióra Jonathana Swifta:

Nieznane lądy na mapie Afryki

Kartograf kryje portretami dzikich,

A gdzie się ciągnie nieprzebyty las,

Tam narysuje słonia z braku miast[5].

W połowie lat 70. XVIII wieku zainteresowanie tym lekceważonym regionem rozbudził James Bruce, szkocki ziemianin, który wyruszył, by odkryć źródło Nilu, i na dwa lata osiadł w Etiopii. „Afryka w rzeczy samej staje się modna – pisał Horace Walpole w 1774 roku. – Powrócił tutaj właśnie niejaki pan Bruce, który przez trzy lata żył na dworze władcy Abisynii i co rano śniadał z damami dworu, odkrawając kawałki żywego wołu”. W efekcie wyczyny samego Banksa, odnotował złośliwie Walpole, zostały „całkiem zapomniane”.

Jeśli Afryka rzeczywiście była w Londynie w modzie, stanowiła również przyczynę, wiszącego w powietrzu kryzysu etycznego, który miał ukształtować brytyjską politykę zagraniczną na następne półwiecze. Pod koniec XVIII wieku handel na wybrzeżach Gwinei – które nazywano wówczas zgodnie z najważniejszymi na danym terenie towarami, czyli kością słoniową, złotem, niewolnikami i zbożem – stał się kluczowym elementem gospodarki. Od połowy wieku do 1772 roku wartość handlu afrykańskiego wzrosła siedmiokrotnie, do niemal miliona funtów rocznie. „Jakże doniosłą wagę ma nasz handel z Afryką – pisał tamtego roku anonimowy angielski kupiec. – To pierwsza zasada i fundament zasad pozostałych, najważniejsza siła napędowa, wprawiająca w ruch wszystkie koła”. Walutą w dużej części transakcji byli ludzie: kapitanowie statków z Londynu, Liverpoolu i Bristolu wymieniali broń palną produkowaną w Birmingham i wschodnioangielskie tkaniny na niewolników, których wysyłano do utrzymujących płynność finansową brytyjskiej gospodarki plantacji tytoniu i cukru w Indiach Zachodnich. W latach 60. XVIII wieku brytyjskie statki przewoziły przez Atlantyk 42 000 niewolników rocznie, więcej niż którekolwiek inne europejskie państwo.

Jednakże teraz, gdy ludzie po raz pierwszy zetknęli się z ofiarami niewolnictwa, Brytyjczycy powoli zaczynali mieć wyrzuty sumienia. W latach 70. 10 000 czarnych pracowało w Anglii na służbie, a do lat 80. ukazała się niewielka seria popularnych książek, przedstawiająca szkodliwe skutki handlu. Szczególnie TheInteresting Narrative of the Life of Olaudah Equiano (Interesujące przypadki z życia Olaudaha Equiano) stały się klasyczną pozycją dla kwakierskich aktywistów, sprzeciwiających się niewolnictwu, którzy mieli zainicjować ruch abolicjonistyczny. Według takich członków Klubu Sobotniego, jak poseł Henry Beaufoy, odnalezienie innych afrykańskich towarów dawało widoki na kres handlu niewolnikami. Inni, w tym Banks, bez wątpienia zwęszyli handlowe perspektywy, które mogły okazać się korzystne dla Brytanii.

W klubowych broszurach nie tłumaczono szczegółowo tych motywów. Przedstawiony przez Beaufoya i zaakceptowany przez Banksa pretekst dla nowej kampanii afrykańskiej był stary jak świat – czysty zew odkryć:

Spośród przedmiotów badań najżywiej pochłaniających naszą uwagę żaden być może nie budzi tak nieprzerwanie ludzkiej ciekawości od dziecięctwa po wiek starczy, żadnego kształceni i niekształceni nie pragnęliby po równo zbadać; natura i historia tych świata części nie została bowiem, wedle naszej wiedzy, po dziś dzień poznana.

Sukces brytyjskich wypraw morskich, a w szczególności podróży Cooka był taki, że „nic godnego poszukiwań drogą morską, wyłączywszy bieguny, nie zostało do zbadania”, ciągnął Beaufoy. Przyszłość odkryć leżała teraz na lądzie: co najmniej jedna trzecia nadającej się do zamieszkania powierzchni ziemi, w tym duża część Azji i Ameryki, a także niemal cała Afryka, pozostawała niezbadana. Dzięki wysiłkom George’a Forstera, pracownika Kompanii Wschodnioindyjskiej, który podróżował z Bengalu do Anglii przez Afganistan, Persję i Rosję, było wysoce prawdopodobne, że wiedza o Azji „będzie bliska doskonałości”. W kwestii zachodniej Kanady można było tymczasem polegać na handlarzach futer z Montrealu. Afrykański interior był jednak wciąż „ledwie rozległą białą plamą”, na którą geografowie nanieśli z wahaniem „kilka nazw niezbadanych rzek i niepewnych krain”.

Taka ignorancja, zauważał Beaufoy, „musi być uważana za powód do wstydu dla współczesnej epoki”. Aby zaradzić temu geograficznemu piętnu Klub Sobotni ustanowił nowe ciało geograficzne: Towarzystwo Afrykańskie, które miało wspierać badania owego kontynentu:

Pragnąc wyzwolić epokę od zarzutu ignorancji, który pod innymi względami tak mało pasuje do jej charakteru, kilka osób, mocno naznaczonych przekonaniem o możliwości wprowadzenia w życie i pożyteczności takiego poszerzenia zasobów ludzkiej wiedzy, stworzyło plan powołania Towarzystwa Wspierania Badań nad Interiorem Afryki.

Szybko opracowano regulamin towarzystwa, ustalono roczną składkę członkowską w wysokości pięciu gwinei i wybrano pięcioosobową radę. Banks został skarbnikiem, Beaufoy sekretarzem, a lord Rawdon, biskup Llandaff i prawnik Andrew Stuart członkami wspierającymi. Ich zadaniem miało być zwerbowanie „misjonarzy geografii”, którzy podjęliby się pierwszych wypraw odkrywczych.

Pozostało tylko pytanie, dokąd na tym niezbadanym lądzie owi misjonarze zostaną wysłani.

Tim-buk-tu. Toponimia tych trzech krótkich sylab jest dyskusyjna. Czy oznaczają „mur” bądź „studnię” Buktu, niewolnicy, którzy mieszkali w owianym legendą miejscu osiem kilometrów od wysuniętego najdalej na północ zakrętu rzeki Niger? Może pochodzą z songhajskiego i oznaczają „obozowisko kobiety z wielkim pępkiem”? A może nisko położone miejsce schowane między wydmami? Istnieje wiele teorii, wiele sposobów wymowy i zapisu tego słowa, które Bruce Chatwin scharakteryzował swego czasu jako „rytualne zaklęcie; jeśli raz je usłyszymy, nigdy go już nie zapomnimy”[6]. Jasne wydaje się natomiast, że Tuaregowie założyli tu obóz około 1100 roku i że rozwinął się on w znaczące miasto dzięki położeniu na przecięciu największej gorącej pustyni świata i najdłuższej rzeki Afryki Zachodniej.

Sahara rozciąga się na powierzchni ponad dziewięciu milionów spalonych słońcem kilometrów kwadratowych, rozciągając się od Oceanu Atlantyckiego do Morza Czerwonego i od Morza Śródziemnego do Sahelu. Zajmuje tym samym obszar większy niż kontynentalne Stany Zjednoczone, Chiny czy Australia. Wedle powszechnych wyobrażeń składa się ona z morza wydm i choć rzeczywiście takie morza tam są (grzbiety wydm sięgają ponad 300 metrów), stanowią one mniej niż szóstą część całej Sahary. Tuaregowie nazywają ją tinariwén, pustyniami w liczbie mnogiej, aby oddać jej wiele różnych postaci. Można na niej spotkać góry jak drapacze chmur, wznoszące się na 3300 metrów, i niziny solne wielkości jeziora Ontario, gdzie ruchome piaski mogą pochłonąć samochód. Głównie jednak to miliony kilometrów kwadratowych płaskich, gołych skał.

Sześć tysięcy lat temu Sahara była zielona. Przemierzały ją słonie, żyrafy, hipopotamy i antylopy, popijające z jezior i pożywiające się tutejszą roślinnością. Dziś na dużej część pustyni całymi latami nie zdarza się deszcz. A kiedy już pada, huczące potoki przepłukują spękany krajobraz, zanim chwilę później znikną. Według niektórych pomiarów jest to najgorętsze miejsce na ziemi, temperatura w cieniu potrafi tutaj sięgać 60°C, ale zimową nocą pozbawiona płaszcza chmur, gleby uprawnej i roślinności pustynia potrafi zrobić się biała od przymrozku. Ponad tym nagim bezmiarem ścierają się masy gorącego i zimnego powietrza, co wywołuje porywiste wiatry; czasami dmą przez pięćdziesiąt dni bez przerwy, wzburzając przesłaniający słońce duszący pył i wzbijając trąby powietrzne, które zabijają zwierzęta i wyrywają drzewa z korzeniami.

Jeśli pustynia nie znosi życia, to na swym południowo-zachodnim skraju napotyka ona witalną siłę Afryki Zachodniej, akwen zwany w okolicy Jolibą, „wielką rzeką” bądź „rzeką rzek”, a reszcie świata znany jako Niger. Niger wypływa z położonego 850 metrów nad poziomem morza wąwozu na wyżynie Futa Dżalon w Gwinei, która jest jednym z najwilgotniejszych miejsc na Ziemi. Swe źródła mają tam trzy wielkie zachodnioafrykańskie cieki wodne – pozostałe dwa to rzeki Gambia i Senegal. Każda z nich daje również imię krajowi, ale imię potężnego Nigru, dzięki długiej drodze do morza, noszą dwa państwa. Gdyby rzeka ta płynęła najkrótszą możliwą trasą do Atlantyku, byłaby rwącym 240-kilometrowym potokiem, zamiast tego wyrusza w pewny siebie sposób w złym kierunku, błądząc na północny wschód, by zsunąć się cudownie między pustynnymi wydmami wielkim bumerangiem zakola Nigru, nim 4200 kilometrów dalej wpadnie do Zatoki Beninu.

Z grubsza w jednej trzeciej tej imponującej podróży Niger ginie w ciągnącej się 480 kilometrów płaskiej, śródlądowej delcie. Z lotu ptaka wygląda to jak strumyk pędzący przez plażę: woda rozgałęzia się w dziesiątki płytkich kanałów i potoków. Wyparowują tu dwie trzecie jej przepływu, a pod koniec pory suchej rozległe połacie koryta rzecznego są wyschnięte. W lipcu, gdy deszcz znów zaczyna padać i ogromne ilości wody mkną z prądem, wyschnięte kanały i jeziora się zapełniają i życie ponownie rozkwita. Kołyszące się trawy i dziki ryż wystrzeliwują w górę, lęgną się ryby i owady, czaple i warzęchy przylatują, dołączając do hipopotamów, krokodyli i manatów. Pasterze pędzą bydło ku trawie, która wyrosła wzdłuż brzegów rzeki, rolnicy zbierają ryż, sorgo i proso.

Timbuktu leży w dole delty, w najbardziej na północ wysuniętym punkcie zakola. Handel rzeczny krzyżuje się tu ze szlakami karawan, wedle maksymy to miejsce spotkania „wszystkich, którzy podróżują wielbłądem lub pirogą”.

Podczas gdy coroczne wylewy Nilu dały początek królestwom starożytnego Egiptu, żyzna śródlądowa delta Nilu wykarmiła własne cywilizacje. Doniesienia na ich temat docierały do Europy nawet w czasach antyku. W V wieku p.n.e. Herodot odnotował istnienie obfitującej w krokodyle rzeki na krańcu pustyni. Na jej brzegu znajdowało się miasto zamieszkiwane przez czarnych czarowników. Pięć stuleci później Pliniusz Starszy opisywał potworne plemiona, które tam żyły, w tym Egipanów, „na poły ludzi, na poły bestie”, Troglodytów, którzy nie mogli mówić i wydawali jedynie piszczące odgłosy, które przywodziły na myśl nietoperze, a także Blemmiów, którym „zbywa na głowach, usta i oczy na piersiach zaś mają”[7]. Ci zdeformowani ludzie przetrwają aż po jesień średniowiecza: sporządzona około 1300 roku Mapa z Hereford przedstawia w Afryce zarówno Blemmiów, jak i Troglodytów, podczas gdy późniejsi historycy mieli wyolbrzymiać szpetotę Afrykanów Pliniusza jako ludzi z jednym okiem na środku czoła albo jedną gigantyczną stopą, na tyle wielką, by chroniła ich od słońca.

W VII wieku chrześcijańskiej Europie drogę do Afryki odcięły muzułmańskie wojska, które przetoczyły się przez zachód południowym wybrzeżem Morza Śródziemnego, docierając aż do Atlantyku. Przez 200 lat wieści zza Sahary ograniczały się do pogłosek, które przesączały się za pośrednictwem kupców kursujących po pustyni. Te były zaś często nieprawdopodobne – do średniowiecznej Europy kilkakrotnie trafiały wieści o olbrzymich mrówkach, które wydobywały złoto z koryt afrykańskich rzek – lecz plotki o bogactwie regionu nie były bezpodstawne. Dopóki Hiszpanie nie skolonizowali obu Ameryk, dwie trzecie złota krążącego w basenie Morza Śródziemnego pochodziło z regionu Sudanu. Piszący w XII wieku muzułmański geograf Al-Idrisi relacjonował, że król starożytnej Ghany był tak bogaty, że posiadał „bryłę złota nie spojoną ani uformowaną za pomocą jakowych innych narzędzi, lecz doskonale ukształtowaną przez Boską Opatrzność jedynie, wagi trzydziestu funtów”, gdy w XIV wieku natomiast Ibn Battuta – jeden z największych obieżyświatów w historii – spisywał wyczyny malijskiego władcy Musy I. O Musie (nazywanym niekiedy Mansa Musa, co znaczy „król Musa”) mówiono, że w 1324 roku odbył pielgrzymkę do Mekki w orszaku złożonym z 60 000 żołnierzy i 500 niewolników; miał wtedy ze sobą ponoć tonę złota na drobne wydatki. Król podobno tak beztrosko traktował swe bogactwo, że na całe pokolenie obniżył wartość złota w Kairze.

Timbuktu po raz pierwszy pojawiło się w europejskiej geografii pół wieku później w Atlasie katalońskim, mapie świata z 1375 roku, którą sporządził dla króla Hiszpanii Abraham Cresques, kartograf z Majorki. Nazwę miasta zapisano jako „Tenbuch” i od samego początku kojarzono je z bogactwami, Cresques przedstawił bowiem obok niego Musę w ciężkiej złotej koronie, z ogromnym złotym berłem w jednej i samorodkiem w drugiej dłoni. Późniejsze opisy potwierdzają wiadomości, którymi dysponował Cresques: w 1454 roku pewien wenecki kapitan na garnuszku u portugalskiego księcia Henryka Żeglarza dotarł do Waddanu, oazy handlowej na południe od Trypolisu, i przywiózł relację na temat wielbłądzich karawan, które przewoziły sól kamienną do „Tanbutu”, a później do „Melli, imperium czarnych”, gdzie wymieniały ją na wielkie ilości złota. Jednakże relację z pierwszej ręki na temat Timbuktu opublikowano w Europie dopiero w XVI wieku, przypieczętowując ostatecznie złotą legendę.

Podróżnik nazywał się Al-Hasan Ibn Muhammad al-Wazzan al-Fasi az-Zajjati. Jego biografia jest mglista, ale uważa się, że przyszedł na świat w Granadzie i za młodu przeniósł się do Fezu, gdzie odebrał porządne wykształcenie. Jakoś między 1506 a 1510 rokiem, w wieku siedemnastu lat, miał towarzyszyć jednemu ze swych wujów w misji dyplomatycznej do Sudanu i odwiedzić Timbuktu. Dekadę później został schwytany przez chrześcijańskich korsarzy, którzy zabrali go do Rzymu, gdzie uwolnił go papież Leon X. Az-Zajjati przeszedł na chrześcijaństwo, przyjmując imię Johannis Leo de Medicis, a później miał być znany jako Leon Afrykański. Osiadł we Włoszech i napisał kilka książek, z których największym entuzjazmem spotkało się Descrizione dell’Africa (Opisanie Afryki), gdzie odmalował swe życie w Sudanie. Mówiło się, że odkrył dla Europejczyków nowy świat, podobnie jak Kolumb w przypadku Ameryki.

Wedle opisu Leona Timbuktu było bogatym i czarującym miastem. Choć tamtejsze domy były głównie pokrytymi strzechą lepiankami, w centrum miasta znajdowała się „świątynia z ociosanych kamieni spojonych wapienną zaprawą, wybudowana przez architekta z Béticos [gór w południowej Hiszpanii]… i przez tego samego mistrza murarskiego postawiony wielki pałac, gdzie król przestaje”. Kilka studni zapewniało mieszkańcom świeżą wodę, pod dostatkiem było także zboża, bydła, mleka i masła. Sól jednakże osiągała bardzo wysokie ceny, ponieważ sprowadzano ją z oddalonych o 800 mil kopalni na pustyni. Mieszkańcy miasta cieszyli się „wielkim bogactwem”, zauważał Leon, a zamiast bitych monet używali czystego złota. Poza utrzymywaniem stałej armii, składającej się z 3000 konnych i dużej liczby piechurów, którzy strzelali zatrutymi strzałami, król Timbuktu posiadał również „wielki skarb w monetach i sztabach złota” – jedna z nich ważyła niemal 600 kilogramów – a jego dwór był „wspaniały”:

Kiedy król wybiera się w otoczeniu dworzan z jednego miasta do drugiego, jedzie wielbłądem, a konie są prowadzone przez sługi. Jeśli przychodzi konieczność walki, słudzy pętają wielbłądom nogi, a wszyscy wojowie wsiadają na konie. Gdy ktokolwiek pragnie zwrócić się do króla, klęka przed nim, bierze garść piasku i posypuje nim sobie głowę i ramiona.

Mieszkańcy Timbuktu byli radośni z usposobienia. „Mają w zwyczaju błąkać się po mieście między dziesiątą wieczorem a pierwszą w nocy, grając na instrumentach muzycznych i tańcząc” – pisał Leon. Było tam także wielu ludzi wykształconych. Oznaczało to, że dużym powodzeniem cieszyły się manuskrypty, które na miejskich bazarach ceniono wyżej niż inne dobra:

W Timbuktu jest wielu sędziów, uczonych i nauczycieli islamu; wszystkich sowicie opłaca król, który wysoce sobie ceni uczonych mężów. Sprzedaje się wiele rękopismów z Barbarii[8]. Przynoszą większy zysk niż jakiekolwiek inne dobra.

Dzieło Leona często tłumaczono. Jego angielski przekład ukazał się w 1600 roku, wywołując falę zainteresowania Afryką: prawdopodobne, że Szekspir inspirował się postacią Leona, tworząc Otella, a relacje na temat subsaharyjskich bogactw zachęciły angielskich awanturników do zepchnięcia Portugalczyków u wybrzeży Gwinei dalej na południe. W 1620 roku wyprawa pod przewodem angielskiego szlachcica Richarda Jobsona dotarła do Tendy w Gambii. Tam afrykański kupiec powiedział mu o położonym w górę rzeki mieście zwanym Tombokonda[9], gdzie były „domy pokryte złotem”. Relację z wyprawy Jobsona wznowił w 1625 roku antologista Samuel Purchas, który namawiał usilnie rodaków do dalszego badania kontynentu afrykańskiego. „Najobfitsze hawiernie złota są w Afryce – zauważał Purchas – i nie mogę się nadziwować, że tak wielu posłało tak wielu i tak wiele czasu przepędziło na odleglejszych wojażach na Wschód i Zachód, zaniedbawszy Afrykę pośrodku leżącą”.

Pod koniec XVIII wieku legenda o złotym Timbuktu tkwiła już głęboko w europejskiej wyobraźni. Był to magnes, który miał przyciągać Europejczyków do serca Afryki Zachodniej.

Rada Towarzystwa Afrykańskiego nie traciła czasu. Cztery dni po spotkaniu w St. Alban’s Tavern zebrała się w domu Banksa na Soho Square, by przedyskutować wysłanie pierwszego rekruta, aby „w najwyższym pośpiechu” zorganizować wyprawę, której celem byłyby nowe odkrycia. Nie miało większego znaczenia, że – jak ujął to jeden z dwudziestowiecznych afrykańskich mężów stanu – „nie było nic do odkrycia; nigdzie się stąd nie ruszaliśmy”.

Jakiego rodzaju człowiek miałby wyruszyć ku rozległym, białym plamom na mapach Towarzystwa Afrykańskiego? Ktoś odważny, zdesperowany bądź pyszny na tyle, by zagrać w loterii odkryć, by zaryzykować własne życie – i tylko swoje – w krainie, której krajobraz pozostawał nieznany, nie wspominając o naturze jej mieszkańców, zwierzynie, klimacie i chorobach. Jaka nagroda mogłaby skusić mężczyznę, by wędrował pośród Blemmiów i Troglodytów, uzbrojony w niewiele ponad pistolet i parasol? Każdy obeznany z tematem Europejczyk, któremu w 1788 roku zaproponowano by podróż w głąb Afryki, winien ją uznać za wyrok śmierci (w istocie tak właśnie było) i zostać w domu. Ale werbowani przez Towarzystwo Afrykańskie ludzie nie należeli do ludzi obeznanych z tematem. W tym, pod wieloma względami, tkwił cały szkopuł.

Bariery geograficzne nie były nie do pokonania. Owszem, na pustynnych drogach roiło się od szkieletów zwierząt jucznych i niewolników, ale Saharę, podobnie jak ocean, przecinały wzdłuż i wszerz szlaki handlowe, które od stuleci przemierzały karawany. W strefie międzyzwrotnikowej odkrywcę mogły zatrzymać ulewne deszcze, nie było tu jednak groźnie wyglądających pasm górskich, takich jak w Azji, dżungli nie do przebycia, jak w dorzeczu Amazonki. Podróżnik mógł poruszać się z wioski do wioski za pośrednictwem sieci dróg i ścieżek.

Teoretycznie większe zagrożenie stwarzało przyjęcie, jakiego mógł spodziewać się chrześcijański odkrywca. Po stuleciach konfliktu religijnego muzułmanie z północnej Afryki wiedzieli, że Europejczycy chcą ich handlu i ziemi, wędrujący niewierni stanowili zaś prezent dla pustynnych plemion, które szukały dopuszczalnych przez miejscowe prawo źródeł grabieży. Mieszkający w Senegalu kupiec Antoine Edme Pruneau de Pommegorge zapisał w 1789 roku: „Nie sposób mieć wiedzę o tym, co kryje się w głębi tej krainy, ponieważ (…) białemu, który byłby na tyle odważny, aby brać przed się takową podróż, ścięto by szyję, nim by tam dotarł”.

Dalej na południe niemuzułmanie byli lepiej tolerowani, czyhały tam jednak o wiele większe zagrożenia, jak wyraźnie dawało do zrozumienia stare porzekadło handlarzy niewolników:

Strzeż się, strzeż Beninu zatoki,

Wielu tam trafia, niewielu wychodzi!

Choroby sprawiały, że Afryka Zachodnia była dla Europejczyków najbardziej śmiercionośnym miejscem na świecie. Na początku XIX wieku liczono się z tym, że niemal połowa żołnierzy każdej kompanii stacjonującej na tutejszym wybrzeżu, które zaczęto nazywać „grobem białego człowieka”, umrze w ciągu roku. Interior był rzekomo jeszcze gorszy: pracę w placówkach handlowych w głębi lądu, która dla Europejczyka oznaczałaby niemal pewną śmierć, zlecano kupcom urodzonym w Afryce.

Region mógł się poszczycić tak bogatym ekosystemem pasożytów, wirusów, bakterii i insektów, że żaden odkrywca nie mógłby mu umknąć. Wśród nich była riszta, zwana robakiem medyńskim, której larwy przedostawały się do organizmu za pośrednictwem wody pitnej, a następnie migrowały do tkanki tuż pod skórą ofiary, gdzie rozwijały się w ciągu kilku miesięcy, osiągając nawet metr długości. Jeśli żywicielowi udało się przetrwać te męczarnie, w dolnej partii nogi robiły mu się dotkliwie bolesne ropne pęcherze, potem zaś pojawiało się pęknięcie, przez które wielkie robaki wydostawały się na zewnątrz. Tymczasem pijące krew muchy tse-tse przenosiły śpiączkę; jej początkowe symptomy w postaci gorączki i utraty wagi ustępowały miejsca zaburzeniom osobowości i narkolepsji, gdy choroba atakowała mózg, a ofiara umierała w ciągu kilku lat. Śmiertelne mogły być też infekcje jelitowe, takie jak czerwonka pełzakowa.

Zdecydowanie najbardziej niebezpieczną chorobą była jednak malaria. Plasmodium falciparum, najpospolitszy pasożyt w Afryce Zachodniej, jest zarazem najbardziej śmiercionośny: co roku zabija setki tysięcy osób. Komar, który go przenosi, świetnie radzi sobie w ludzkim otoczeniu, a jego larwy mogą się rozwijać w kałuży wielkości śladu zwierzęcej łapy. Wprowadzone do organizmu malaryczne mikroorganizmy przedostają się do krwiobiegu i podróżują do wątroby, gdzie mnożą się wewnątrz komórek, które pękają od ośmiu do dwunastu dni później; wydobywają się z nich dziesiątki tysięcy pasożytów, atakujących czerwone krwinki gospodarza i zjadających go od środka. Kiedy zaatakowane krwinki implodują, pasożyty ruszają dalej, aż krew żywiciela jest zjadana na masową skalę. Ofiary pasożyta zaczynają wymiotować żółcią, ich skóra, paznokcie i oczy nabierają żółtego koloru. W końcu ich stolec i mocz robią się czarne – śmierć jest już wówczas blisko.

W 1788 roku nie wiedziano nic na temat malarii ani przenoszących ją organizmów: winą za chorobę obarczano złe powietrze albo „miazmaty”. Choć kora chinowca była znanym środkiem leczniczym, nie potrafiono jej skutecznie stosować, a chininę, którą zawierała, wyodrębniono dopiero w 1820 roku. Mieszkańcy Afryki Zachodniej mieli przynajmniej pewną odporność dzięki temu, że stykali się z chorobą już w dzieciństwie, Europejczyków to jednak nie dotyczyło.

Podobnie jak ich odkrywcy, członkowie nowo powstałego londyńskiego Towarzystwa Afrykańskiego w zdecydowanej mierze nie zdawali sobie sprawy z tych zagrożeń. Pobyt Jamesa Bruce’a w Etiopii dowodził, że podróż do Afryki nie musi skończyć się śmiercią, podczas gdy Cook i