Wydawca: Psychoskok Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 177 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przemiana. Opowiadanie zapisane w pamięci - Agnieszka Mun


Istnieje wiele opowiadań o siłach nadprzyrodzonych. Wszędzie na świecie znajdują się nawiedzone miejsca, które fascynują ludzki umysł. Mnie natomiast nigdy nie interesowały tego typu tematy. Wszystko jednak zmienił wypadek samochodowy, który wywołał u mnie śpiączkę. Obudziłem się dopiero po czterech miesiącach. Dowiedziałem się o śmierci żony i syna co sprawiło, że stałem się ludzkim wrakiem. Tylko dzięki przyjaciołom z redakcji stanąłem na nogi i wróciłem do pracy. Z zawodu jestem dziennikarzem śledczym z nagrodą Pulitzera na koncie. Tylko praca pozostała mi po stracie rodziny. Praca i to coś co dopadło mnie w trakcie śpiączki.

Nikt tak naprawdę nie wie co do końca dzieje się w umyśle człowieka którego pochłonął „chory sen”. Mój mózg zapisał mi w pamięci wiele historii, których nigdy nie doświadczyłem i w żaden sposób nie mogłem pozbyć się ich z głowy.

Zdaniem mojego terapeuty powinienem je spisać aby oczyścić swój umysł. Długo się przeciwko temu pomysłowi przeciwstawiałem bo znałem ciekawsze tematy o których chciałem pisać. W końcu uległem terapeucie i zacząłem przelewać na papier wszystko co pamiętałem. Nie zmieniłem niczego.

Nazywam się Frank Frost.

Czytelnik ma okazję poznać postaci i miejsca z mitologii chińskiej, zwierzęcą symbolikę Indian Ameryki Północnej i magiczne zwierzęta, które wg wierzeń i legend sieją postrach. W książce cały świat magiczny przeplata się z rzeczywistym, tworząc pełną przygód historię o miłości, zdradzie, nienawiści, zbrodni, klątwach, czarach i demonach.

Opinie o ebooku Przemiana. Opowiadanie zapisane w pamięci - Agnieszka Mun

Fragment ebooka Przemiana. Opowiadanie zapisane w pamięci - Agnieszka Mun

Agnieszka Mun "Przemiana – opowiadanie zapisane w pamięci"

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok, 2013

Copyright © by Agnieszka Mun, 2013

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Wydawnictwo Psychoskok

Projekt okładki: Wydawnictwo Psychoskok, Agnieszka Mun

ISBN: 978-83-7900-019-7

Wydawnictwo Psychoskokul. Chopina 9, pok. 23, 62-507 Konintel. (63) 242 02 02, kom.665-955-131

wydawnictwo.psychoskok.pl

http://ebooki123.pl

e-mail:wydawnictwo@psychoskok.pl

Agnieszka Mun

Przemiana– opowiadanie zapisane w pamięci

Wydawnictwo Psychoskok 2013Konin

PROLOG

Istnieje wiele opowiadań o siłach nadprzyrodzonych. Wszędzie na świecie znajdują się nawiedzone miejsca, które fascynują ludzki umysł. Mnie natomiast nigdy nie interesowały tego typu tematy. Wszystko jednak zmienił wypadek samochodowy, który wywołał u mnie śpiączkę. Obudziłem się dopiero po czterech miesiącach. Dowiedziałem się o śmierci żony i syna co sprawiło, że stałem się ludzkim wrakiem. Tylko dzięki przyjaciołom z redakcji stanąłem na nogi i wróciłem do pracy. Z zawodu jestem dziennikarzem śledczym z nagrodą Pulitzera na koncie. Tylko praca pozostała mi po stracie rodziny. Praca i to coś co dopadło mnie w trakcie śpiączki.

Nikt tak naprawdę nie wie co do końca dzieje się w umyśle człowieka którego pochłonął „chory sen”. Mój mózg zapisał mi w pamięci wiele historii, których nigdy nie doświadczyłem i w żaden sposób nie mogłem pozbyć się ich z głowy.

Zdaniem mojego terapeuty powinienem je spisać aby oczyścić swój umysł. Długo się przeciwko temu pomysłowi przeciwstawiałem bo znałem ciekawsze tematy o których chciałem pisać. W końcu uległem terapeucie i zacząłem przelewać na papier wszystko co pamiętałem. Nie zmieniłem niczego.

Nazywam się Frank Frost. Oto pierwsze opowiadanie jakie zostało zapisane w mojej pamięci.

ZDARZYŁO SIĘ PEWNEGO DNIA

Nazywam się Violett Lafaite i opowiem wam historię, która całkowicie zmieniła moje życie. Wszystko miało swój początek w Paryżu, który przez wielu uważany jest za miasto zakochanych. Dla mnie był jedynie miejscem gdzie się urodziłam i wychowałam. Mieszkałam w odrestaurowanej kamienicy w dzielnicy Montmartre. Codziennie przemierzałam te same ulice mijając teatr Varietes, muzea i sklepy, które kusiły wystawionym w gablotach towarem.

Miejscem docelowym był klub ,,SX” bardzo popularny w środowisku artystów i intelektualistów. Odnajdywałam tam spokój i czystość myśli. Stare francuskie piosenki kołysały moje zmysły dając poczucie harmonii. Każdego dnia byli tam praktycznie te same osoby, ale mogłam również nawiązać nowe znajomości. Przesiadywałam w klubie godzinami i pisałam swoją kolejną powieść, która różniła się od poprzednich tym, że nie mogłam jej zacząć. Kilkanaście razy pisałam i wyrzucałam cały tekst zmieniając wątek i bohaterów jak przysłowiowe rękawiczki. To było irytujące, ale się nie poddawałam. Osiągnęłam sukces literacki i stać mnie było na to aby nic nie robić przez lata. Jednak pisanie było moim życiem, całym sensem mojego istnienia. Gdy wiedziałam, że już nic danego dnia nie napiszę rozpoczynałam pieszą wędrówkę po ulicach Paryża szukając natchnienia we wszystkim co napotkałam po drodze.

Obserwowałam pracę ulicznych malarzy, słuchałam muzyki granej przez kataryniarza i przeglądałam książki na stoiskach bukinistów. Przesiadywałam w ogrodach przysłuchując się ptakom i wdychając świeże powietrze. Błękit nieba i słońce, które opatulało moje ciało zachęcało do dalszej wędrówki w miejsca znane, ale ciągle odkrywane na nowo. Taki spacer zazwyczaj kończył się wizytą u rodziców, z którymi mieszkała również mama mojej mamy. Babcia Teodora była uważana przez rodzinę za ,,studnię mądrości”. W sytuacjach kryzysowych to zawsze do niej zwracano się po radę. Kochałam swoją rodzinę, ale przy każdej wizycie głównym tematem było moje życie uczuciowe.

- Poznałaś kogoś? – pytała mama.

- Codziennie kogoś poznaję – odpowiadałam.

- Powinnaś chodzić nie tylko to tego klubu, ale w inne miejsca – mówił spokojnym głosem ojciec.

- Może zapiszesz się do biura matrymonialnego – zaproponowała babcia.

Wszyscy spojrzeliśmy na nią ze zdziwieniem. Nie byliśmy do końca przekonani czy dobrze żeśmy usłyszeli.

- No co się tak na mnie patrzycie wszędzie się ludzie poznają – stwierdziła babcia.

- Niech mama głupot nie opowiada tam są same życiowe pierdoły a ona jest sławną pisarką – powiedział ze złością w głosie ojciec.

- Przestańcie ciągle rozmawiać o moim życiu uczuciowym gdy tylko do was przychodzę to jest moja sprawa – powiedziałam kończąc dyskusję na ten temat ku niezadowoleniu rodziny.

Po wspólnej kolacji wróciłam do domu taksówką, w której nie miałam ani chwili spokoju bowiem kierowca mnie rozpoznał i wciąż zachwalał moje książki. Starałam się być uprzejma, ale byłam już zmęczona. Po dotarciu do domu wzięłam kąpiel ukrywając swoje ciało pod białą pianą różanego płynu do kąpieli. Leżałam w wannie obserwując jak lustro pokrywa mglista szata i zastanawiałam się nad treścią mojej kolejnej książki. Parę pomysłów zapisałam w moim podręcznym notatniku, który zawsze miałam pod ręką. Były to zwykłe słowa kompletnie ze sobą niepowiązane, ale czasami bardzo przydatne w pisaniu powieści. Po relaksującej kąpieli poczułam nieodpartą chęć pisania. Napisałam dziewięć stron w ciągu pół godziny a później wszystko podarłam i wyrzuciłam do kosza.

- Psia krew – zaklęłam.

Poszłam spać w nadziei, że może następnego dnia uda mi się coś sensownego napisać. Kolejny dzień nie zachęcał do wyjścia z domu. Deszcz i wiatr połączyły swoje siły zakłócając błogi spokój ogrodowym krzakom szarpiąc ich cienkie gałązki i tworząc kałuże na nierównych chodnikach. Wiedziałam, że parasolka poniesie pełną porażkę w walce z wiatrem więc postanowiłam założyć kurtkę przeciwdeszczową i kalosze. Gdy wyszłam na zewnątrz wilgotne powietrze wypełniło moje płuca a ubranie natychmiast pokryły kryształowe krople deszczu. Wiatr napierał na mnie z całej siły próbując wymusić posłuszeństwo i zniechęcić do podróży, ale ja też byłam uparta. Wreszcie dotarłam do klubu lekko zmęczona i zmarznięta. Zamówiłam herbatę i usiadłam przy swoim ulubionym dwuosobowym stoliku, nad którym wisiała stara lampa. Rozłożyłam swoje rzeczy i zaczęłam pisać. Minęła godzina gdy przed lokalem stanął wiśniowy samochód marki Jaguar MK IV z 1946r.. Wysiadł z niego postawny, dość tęgi wysoki mężczyzna w wieku około pięćdziesięciu lat ubrany w prochowiec i kapelusz. Drzwi klubu otworzyły się i usłyszałam:

- Pan De Arrabella, jak miło Pana ponownie widzieć - powiedział właściciel klubu.

- Stęskniłem się za tym miejscem, podróże służbowe zaczynają mnie męczyć – odparł zdejmując prochowiec i kapelusz.

Miał na sobie czarny garnitur, białą koszulę, szaro-czarny krawat i czarne buty. Kapelusz nie skrywał bujnej czupryny a jedynie krótko przystrzyżone włosy, których nie było zbyt wiele. Nigdy wcześniej go nie widziałam, ale jego nazwisko było mi jakoś dziwnie znane. Próbowałam sobie za wszelką cenę przypomnieć gdzie słyszałam to nazwisko i wreszcie doznałam olśnienia.

- Czy to Constantine De Arrabella, właściciel i redaktor naczelny gazety ,,Tajemniczy Świat” – zapytałam znajomego kelnera aby się upewnić.

- Tak to on. Bardzo bogaty i do wzięcia. Ma ogromną posiadłość w St. Germer De Fly na której znajduje się nie tylko jego dom ale również cmentarz i kaplica – odparł stawiając na stoliku kolejną herbatę, którą zamówiłam.

Redaktor usiadł w głębokim fotelu i rozejrzał się po klubie. Gdy mnie zobaczył wezwał gestem dłoni kelnera. Chwilę z nim rozmawiał, napisał coś na kartce i wręczył kelnerowi. Kelner pokiwał głową i poszedł w stronę baru. Przestałam patrzeć w jego stronę próbując wrócić do pisania. Jednak moje myśli były już rozproszone. Nagle podszedł do mnie kelner z kolejną herbatą i moim ulubionym deserem owocowym, który często zamawiałam.

- To od Pana De Arrabelli – powiedział podając jednocześnie karteczkę.

Na kartce widniał tekst: Miłego pisania i smacznego.

Podeszłam do stolika przy którym siedział redaktor i powiedziałam:

- Nazywam się Violett Lafaite.

- Wiem, czytałem Pani książki. Przepraszam nie przedstawiłem się Costa De Arrabella redaktor…

- Naczelny gazety ,,Tajemniczy Świat” – przerwałam mu celowo.

- No proszę, więc nie jesteśmy sobie tak całkiem obcy – odparł z rozbawieniem w głosie.

Resztę dnia spędziliśmy razem rozmawiając o wszystkim co przyszło nam do głowy. Nie zauważyliśmy jak szybko mijał czas. Z klubu wyszliśmy praktycznie tuż przed zamknięciem. Costa zaproponował, że mnie odwiezie. Zgodziłam się, ponieważ pogoda niewiele się poprawiła. Wiatr się nieco zmęczył i tylko od czasu do czasu popychał pieszych. Zamiast jego gwałtowności na granatowe niebo wstąpiły błyskawice, które niebezpiecznie rozświetlały niebo. Gdy dojechaliśmy na miejsce umówiliśmy się na kolejne spotkanie. Regularne spotkania w klubie, wspólne kolacje w znanych paryskich lokalach, wyjścia do teatru i udany seks sprawił, że szybko się w sobie zakochaliśmy. Czułam przypływ energii i znowu zaczęłam pisać tym razem nie wyrzucając niczego do kosza.

Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia a zima była wyjątkowo sroga. Śnieg nieustająco padał paraliżując środki komunikacji miejskiej. Szopka bożonarodzeniowa po raz kolejny ozdobiła plac przed katedrą Notre-Dame a światła i ozdoby świąteczne pokryły ulice i wystawy sklepowe. Gorączka świątecznych zakupów i planów dopadła wszystkich. Postanowiłam święta zorganizować u siebie, ale moje plany zmienił Costa, który zaprosił mnie i moją rodzinę na święta do St. Germer De Fly. Moi bliscy byli zachwyceni pomysłem spędzenia świąt poza Paryżem. Mieliśmy tam być od wigilii do Nowego Roku.

Nadszedł dzień wyjazdu. Costa przyjechał po nas swoim czarnym pick upem Mitsubishi L200, którym jeździł głównie w zimie i na wycieczki weekendowe. Trudne warunki na drodze spowodowały, że jechaliśmy prawie dwie godziny zamiast jednej. Jednak znużenie jazdą minęło gdy ogromna żeliwna brama rozłożyła swoje skrzydła zachęcając do poznania świata które strzegła. W oddali było można dostrzec zabytkowy dom. Po lewej stronie drogi znajdował się zamarznięty staw, przy którym stała altana wraz z miejscem wygospodarowanym specjalnie do rozpalenia ogniska. Natomiast po prawej stronie drogi witał nas las, który wyglądał malowniczo z ciążącym na gałęziach biało-kryształowym śniegiem. Gdy samochód zatrzymał się przed wejściem i wysiedliśmy odezwała się moja mama:

- Jaki piękny dom.

- Dziękuję - odparł Costa.

- Przypomina dom w stylu Ludwika XIII – powiedział ojciec.

- Zgadza się. Oprócz tego na posiadłości znajduje się kaplica, którą odbudowałem bo poprzedni właściciel kazał ją zburzyć oraz stary cmentarz – powiedział Costa otwierając drzwi domu.

- Jak można zburzyć kaplicę przecież to święte miejsce – skomentowała z oburzeniem w głosie babcia.

- Pewien mężczyzna powiedział mi, że poprzedni właściciel postradał zmysły gdy tu….

- Costa porozmawiajmy później najpierw pójdźmy do swoich pokoi – przerwałam mu dając znak aby nie wspominał o tym o czym oboje wiedzieliśmy.

Historia posiadłości była taka, że pierwszym jej właścicielem był nadworny lekarz Louis Leonidas. Otrzymał ją od króla w podziękowaniu za uratowanie życia. Leonidas był bardzo dobry w tym co robił, ale jednocześnie był ogarnięty żądzą poznania tajników magicznych które pozwoliłyby mu na stworzenie eliksirów zapewniających zdrowie, młodość i panowanie nad umysłem drugiego człowieka.

Potajemnie spotykał się z ludźmi uważanymi za opętanych przez demony pod pretekstem pomocy medycznej. Pewnej nocy na ulicy zatrzymał go żebrak.

- Doktorku pomóż mi – powiedział trzymając się zakrwawionymi rękami za brzuch.

Doktor poczuł smród bijący od żebraka i cofnął się gwałtownie.

- Precz ode mnie, nie jestem doktorem – skłamał idąc coraz szybciej.

- A jeśli ci powiem, że mogę dać ci to czego tak pragniesz w zamian za pomoc.

Leonidas zatrzymał się zaintrygowany tym co usłyszał. Obejrzał się i spojrzał na żebraka.

- Skąd wiesz czego pragnę?

- Bo odwiedzasz tych których nikt rozsądny odwiedzać nie chce. Wybrańców upadłych aniołów. Pragniesz nieznanych eliksirów– odparł uśmiechając się krzywo i wystawiając na widok resztkę swoich zepsutych zębów.

- Chcę mieć receptury! – krzyknął.

- Pomóż mi– powiedział żebrak.

Doktor postawił na murku torbę i wygrzebał z niej niezbędne pomoce medyczne.

- Doktorze jest jeszcze coś co musisz zrobić.

- Zrobię wszystko tylko daj mi te receptury – odparł oczyszczając ranę.

- Obiecaj, że zabierzesz mnie z ulicy, znajdziesz jakiś dach i dasz trochę pieniędzy.

Doktor nie wahał się ani chwili bowiem miało się tej nocy ziścić jego największe pragnienie. Żebrak dotrzymał słowa. Jednak Leonidas okazał się niewdzięcznym człowiekiem i zabił swojego pacjenta wrzucając go do zbiorowej mogiły dla bezdomnych i chorych która jeszcze nie była zasypana. Doktor cieszył się z zysku, ale już następnego dnia zaczął mieć omamy i wciąż widział zamordowanego żebraka. Receptury, które otrzymał wyblakły. Jego obłęd przybierał na sile z dnia na dzień. Wreszcie postanowił wybudować niewielką kaplicę z której praktycznie nie wychodził. Mając nadzieję na powrót do zdrowia opowiedział o swojej zbrodni policji, ale ci go zlekceważyli uznając go za człowieka chorego psychicznie. Gdy wracał do domu rozpętała się burza i trafił go piorun, od którego zginął na miejscu.

Ponieważ doktor nie miał rodziny posiadłość ponownie stała się własnością króla. Z czasem król podarował ją naczelnikowi Bastylii pod warunkiem, że na posiadłości powstanie cmentarz, na którym będą grzebani zmarli więźniowie. Oczywiście naczelnik się zgodził i wraz z żoną i nastoletnim synem przeniósł się do nowego miejsca, na którym szybko powstał cmentarz. Z początku wszystko układało się dobrze. Jednak tak jak wcześniej doktor teraz syn naczelnika popadł w niewyjaśniony obłęd i w przypływie gniewu zabił którejś nocy swoich rodziców łopatą. Oczywiście został skazany i powieszony a miejscem pochowku stał się cmentarz wrodzinnej posiadłości.

Od tamtej pory było jeszcze dwóch właścicieli, którzy porzucali to miejsce. Gdy Costa kupował posiadłość od wielu lat stała ona pusta i zaniedbana. Dzięki niemu na nowo powróciła do dawnego wyglądu. Nie byłam pewna czy podjął słuszną decyzję kupując to miejsce, ale chyba podobała mu się mroczna historia posiadłości i to, że pierwszego właściciela trafił piorun tak jak i jego gdy był znacznie młodszy.

Na całe szczęście on przeżył. Konsekwencją tego zdarzenia było to, że zaczęły go nawiedzać duchy zmarłych które prosiły go o pomoc. Ponadto posiadał dar pirokinezy i telekinezy. Nikomu nie mówił o swojej przypadłości, dopiero wyjawił ją mnie. Nie wystraszyłam się. Byłam zakochana a wtedy skacze się z zamkniętymi oczami nie zwracając uwagi na to jak może wyglądać lądowanie.

Po pół godzinie wszyscy znaleźli się w salonie, z którego można było przejść do jadalni gdzie znajdował się suto zastawiony stół przygotowany przez pomoc domową. Dom wypełnił się zapachem ciasta i świątecznych potraw. Do późnej godziny siedzieliśmy i rozmawialiśmy w salonie popijając kawę i herbatę. Od czasu do czasu spoglądaliśmy na bogato ubraną choinkę sięgającą sufitu. Jej światła oświetlały salon na tyle dobrze, że żyrandol nie spełniał już roli do której był stworzony.

Kolejne dni upłynęły na spacerach po posiadłości, modlitwie w kaplicy i co było najmniej przyjemne wejściu na teren starego cmentarza. Jednak nie można go było w żaden sposób ominąć jeśli człowiek chciał spędzić trochę czasu w domu bożym.

Nadeszła sylwestrowa noc i wtedy Costa poprosił mnie o rękę wręczając pierścionek z brylantem. Oczywiście się zgodziłam nie zdradzając swojej rodzinie tajemnicy, którą powierzył mi Costa. Byłam wtedy bardzo szczęśliwa. Ślub wyznaczyliśmy na maj. Przyjęcie miało się odbyć w ścisłym gronie rodzinnym, ale ostatecznie na ślub zostało zaproszonych prawie sto osób. Przysięgę małżeńską złożyliśmy w kościele Saint-Merry gdzie najstarszy paryski dzwon obwieścił wszystkim nasze szczęście i triumf miłości.

Miesiąc miodowy postanowiliśmy spędzić aktywnie. W tym celu wybraliśmy kilka miejsc była nimi Japonia, Anglia, Hiszpania a na końcu Portugalia, w której Costa miał dom. Nie spodziewałam się, że miesiąc miodowy będzie obfitował w spotkania z duchami, widmami i podróżami do miejsc gdzie zapuszczają się ludzie tylko o silnych nerwach.

Ta podróż uświadomiła mi, że każdy człowiek rodzi się dobry a zło nabywa wykorzystując wolną wolę daną przez Boga. Zło, w którym człowiek się zatraca i nad którym nie potrafi lub nie chce zapanować.

MIESIĄC MIODOWY

Tokio, było pierwszym miejscem, w którym się zatrzymaliśmy. Prosto z hotelu ,,The Peninsula” ruszyliśmy na wycieczki do Jokohamy, Kamakury lub do Nikko. Zwiedzaliśmy parki, ogrody i podziwialiśmy zabytkowe świątynie. Odwiedziliśmy Tokijskie Muzeum Narodowe i oczywiście najmodniejsze sklepy w dzielnicy Shibuya. Zwiedzaliśmy prawie przez cały dzień. Żeby dodać trochę pikanterii naszemu pobytowi wynajęliśmy na jedną dobę pokój w jednym z hoteli miłości jakie są w Tokio. Mogą w nim przebywać jedynie pary. Mieliśmy obrotowe łóżko, lustro na suficie i inne rzeczy do dyspozycji, które służyły do pobudzania pożądania. Później wróciliśmy do swojego hotelu. Tak było przez cztery dni.

Piątego dnia postanowiliśmy zobaczyć kościół katolicki Oura zbudowany w 1856 r. który był pierwszym w Japonii kościołem w stylu gotyckim. Kościół przyciągnął ,,ukrytych chrześcijan” bowiem aż do roku 1872 był zakaz wyznawania i praktykowania katolicyzmu przez Japończyków. Słowa nie opiszą tego miejsca. Po prostu trzeba tam być. Zjawiliśmy się tam rano. Właśnie w tym miejscu namierzyło Costę to coś. W pewnej chwili Costa przerwał modlitwę i chwycił mnie mocno za rękę.

- On tu jest – powiedział szeptem.

- Kto?

- Duch dziewczyny a raczej jej głos, który twierdzi, że została zamordowana i potrzebuje naszej pomocy.

- Będziemy bawić się w Sherlocka Holmesa? – zapytałam drwiącym głosem.

- Przestań, Ona twierdzi że upozorowano jej śmierć i powieszono jej ciało w Lesie Aokigahara które jest miejscem dla samobójców. Mówi, że nie może z niego się wydostać i zemścić się na mordercach. Inni samobójcy i stwory nie pozwalają jej na opuszczenie tego miejsca. Uważa, że tylko my możemy jej w tym pomóc.

- Nie nadążam za Tobą. Skoro jest martwa to jak ma zamiar się na nich zemścić? –zapytałam tym razem z powagą w głosie.

- Jest Afrytem powstała ze swojej kropli krwi, która spadła na wystające korzenie drzewa. Dzięki temu może powrócić na ziemię jako duch i dokonać zemsty – wyszeptał Costa.

Nie było wyjścia musieliśmy działać. Wiedziałam, że kiedyś to nastąpi, ale liczyłam, że miodowy miesiąc pozostanie miodowym. Byłam w błędzie. Zamiast zwiedzać ruszyliśmy na zakupy i skorzystaliśmy z internetu aby dowiedzieć się czegoś więcej o tym mrocznym miejscu. Kupiliśmy to co uznaliśmy za potrzebne do podróży która nie wiadomo ile miała trwać. Nylonowy namiot tipi wystarczająco lekki by nieść go w pojedynkę i wystarczająco duży by się w nim wyspać. Śpiwory, ubrania, jedzenie, picie, naczynia kuchenne ze stali nierdzewnej, kuchenkę z palnikiem ciśnieniowym na paliwo, apteczkę oraz narzędzia takie jak nóż, siekierka kieszonkowa w skórzanej osłonie i saperka. Ze sprzętu nawigacyjnego zrezygnowaliśmy ponieważ na terenie Aokigahara nie działał. Musieliśmy więc liczyć na swój instynkt samozachowawczy i ewentualną pomoc Afryta.

Do Aokigahara leżącego u podnóża Fuji ruszyliśmy z samego rana. Pogoda od początku nam nie sprzyjała. Padał deszcz i grzmiało. Gdy dotarliśmy do lasu ujrzeliśmy na konarach drzew liny i sznury. Na nierównej powierzchni opanowanej przez korzenie leżały kości i czaszki pokryte mchem oraz porozrzucane rzeczy osobiste należące do samobójców. Fascynujący widok dla psycholi a potworny dla ludzi takich jak ja. Starałam się omijać czaszki i kości szerokim łukiem. Czułam się jakbym chodziła po grobie i zakłócała spokój zmarłym. Bałam się i ciągle miałam wrażenie, że ktoś nas obserwuje.

- Costa czy słyszysz Afryta?

- Nie, chyba wrócimy i przyjdziemy tutaj jutro.

- Może Afryt zmienił zdanie i nas nie potrzebuje – powiedziałam w nadziei, że powrót do tego wstrętnego miejsca nie będzie konieczny.

- Nie sądzę trzeba będzie przyjść jutro jeśli nic się nie zmieni to wyjedziemy do Portugali.

Okazało się jednak, że wyjście z lasu było znacznie trudniejsze niż wejście. Pomimo, że podążaliśmy tą samą drogą, którą przyszliśmy to wyjścia z lasu nie było widać. Nienaturalne zagęszczenie drzew tworzyły naturalną barierę dźwiękową więc las wydawał się jeszcze bardziej okropny dla tych którzy zabłądzili. W przeciwieństwie do mnie Costa był bardzo spokojny.

- Rozbijemy tu obóz – oznajmił.

- Chcesz tu nocować? – zapytałam.

- Nie mamy innego wyjścia, chodzimy tak już od paru godzin i nie widać wyjścia. Poza tym robi się coraz ciemniej i niedługo nie będziemy widzieć własnej ręki jeśli teraz nie przygotujemy się do spania – odparł Costa zrzucając z siebie kurtkę.

- Nigdy bym nie przypuszczała, że będę nocowała w tak upiornym miejscu i to w trakcie miesiąca miodowego. Całe szczęście, że chociaż przestało padać – powiedziałam zdejmując plecak.

Przygotowaliśmy obozowisko w miarę szybko. Niebo z szarego zrobiło się granatowe i cały las ogarnęła potworna ciemność. Gdyby nie nasze ognisko nic nie byłoby widać.

- Gdyby tak ktoś zobaczył, że rozpaliliśmy ognisko z pewnością byśmy zapłacili karę nawet w tym lesie – stwierdziłam siedząc wtulona w Costę.

- Pewnie tak, ale do tego nie dojdzie, ten las nie chce nas wypuścić z jakiegoś powodu i pomimo, że policja i leśnicy starają się patrolować to miejsce i ratować ludzi to nas nie znajdą – powiedział Costa popijając herbatę.

- Bardzo pocieszające teraz z pewnością zasnę.

- Tej nocy nikt nie będzie dobrze spał. Tak mi powiedział głos Afryta – odparł Costa.

- Odezwała się! – krzyknęłam.

- Właśnie przed chwilą powiedziała, że nadszedł czas na zmierzenie się z przeciwnościami i że mamy podążać za księżycowym światłem jeśli chcemy do niej dotrzeć.

- To znaczy, że musimy podróżować nocą Ja się chyba zastrzelę – odparłam lekko wkurzona.

- Przyzwyczaisz się a może nawet polubisz takie przygody, Ja z początku też często byłem zły i przerażony tym co widziałem, ale czas sprawia że nic już cię nie zaskoczy.

- Obyś się nie mylił. Zwijamy obóz?

- Tak, im szybciej Ją znajdziemy i uwolnimy tym szybciej wrócimy do ustalonej miodowej trasy – odparł Costa całując mnie w czubek nosa.

Ruszyliśmy w drogę starając się namierzyć księżyc, ale gęsto porośnięte drzewa skutecznie ukrywały go przed nami. Nieraz przewracaliśmy się brudząc ubranie i kalecząc dłonie. Nagle dostrzegliśmy ostre światło. Nie zastanawiając się nad ewentualnym niebezpieczeństwem ruszyliśmy w jego kierunku. Byliśmy zmęczeni i potrzebowaliśmy snu.

Ten stan sprawił, że wpadliśmy w pułapkę upiora niosącego widmowe światło. Patrzył na nas swoimi ognistymi oczami. Odór zgnilizny od niego bijący był na tyle silny, że zwymiotowałam.

Upiór z całej siły uderzył Costę, który wylądował parę metrów dalej. Później skoncentrował się na mnie. Złapał za mój plecak, który miałam na plecach i rzucił mnie na tyle daleko, że straciłam z oczu Costę. Później zgasił światło. Nastała ciemność i cisza.

- Costa! Costa! – zaczęłam krzyczeć w nadziei, że usłyszę znajomy głos.

Niestety nie usłyszałam odpowiedzi. Zapaliłam latarkę, której szybka pękła prawdopodobnie w trakcie upadku. Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Strach całkowicie mnie przepełnił.

Mimo to, zaczęłam biec przez las, wołając męża, machając nerwowo latarką w każdą stronę i przewracając prawie na każdym kroku. W końcu straciłam nadzieję i usiadłam przy drzewie.

Nagle coś się poruszyło miedzy krzakami. Poświeciłam latarką w tamtym kierunku i moim oczom ukazał się ogromny biały widmowy wilk o lodowato niebieskich oczach i śnieżno białych zębach. Byłam pewna nadchodzącej śmierci. Stanął przede mną i zjeżył sierść. Chociaż był przerażający nie mogłam przestać się na niego gapić. Patrzyłam mu prosto w oczy a w myślach zaczęłam odmawiać modlitwę. Wilk zamachnął się przednią łapą i zranił mnie w lewe ramię. Prawdopodobnie byłoby już po mnie gdyby nagle nie pojawił się Costa. Wykorzystując swój dar pirokinezy oddzielił mnie i wilka ogniem. To wystarczyło aby stwór się wystraszył i ukrył w ciemnościach lasu.