Wydawca: My Book Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 567 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przemaluj ten obraz! - Anna Dalia Słowińska

Przemaluj ten obraz! to poruszająca historia młodej, wrażliwej kobiety; jej dramat związany z życiem to beznadziejna walka z przeciwnościami losu, opowieść o odnajdywaniu samej siebie, akceptowaniu własnej natury. Nierzadko bohaterka książki, Anna, udaje się w świat baśni – piękny marzeniami, aby przepłoszyć wdzierające się w umysł pesymistyczne myśli; ładunek emocji, które przecież są nieuniknione w życiu, tak jak niepowodzenia i tragedie.
Słowa tytułowe: „Przemaluj ten obraz!” to nic innego, jak: wejdź w pozytywne myśli! Tylko jak to zrobić, kiedy po drodze najzwyklejszego życia bohaterka powieści napotyka chaszcze zbyt gęste i zbyt kolczaste? Ale trzeba „chcieć”!

Opinie o ebooku Przemaluj ten obraz! - Anna Dalia Słowińska

Fragment ebooka Przemaluj ten obraz! - Anna Dalia Słowińska

Anna Słowińska
Przemaluj ten obraz!
© Copyright by Anna Dalia Słowińska 2013Projekt okładki: Natalia Joanna Wysocka
ISBN 978-83-7564-396-1
Wydawnictwo My Bookwww.mybook.pl
Publikacja chroniona prawem autorskim.Zabrania się jej kopiowania, publicznego udostępniania w Internecie oraz odsprzedaży bez zgody Wydawcy.

Krzyk.

Przez chwilę wibrował w uszach Anny.

Noc krzyczała?

Ona krzyczała?

Sen krzyczał?

Poruszyła się. ANIA…A…A…A…A…

Chłopiec bez butów, które gdzieś tam stały równiutko… nauczoneporządku, otulony na bosych stopach w liście, ubrany w rozpacz niczymw brudną maź, w którą wpadał z każdym krokiem, przedzierał sięz tępym wyrazem twarzy przez krzaki i suche szeleszczące trawy. Najego nosie znieruchomiała strużka krwi, jak on sam, jak jegorozum poszarpany żalem i wiatrem, który dmuchał mu w plecy,popychając coraz dalej od domu, nad Wisłok. Kłębił wirujące myśli,jak ćmy skurczone, padłe już dawno z zimna, rzucając nimiw rozum.

Przed nim szumiąca groźnie woda. Góra wody. Spiętrzonej.

Spojrzał w dół. Otarł ręką załzawione oczy.

Wiatr smagnął twarz. Nie! Nie rób tego! Nie rób!!! – zawodziłdziko.

Wdarł się w ucho Anny: Obudź się… obudź… On potrzebujepomocy!

Anna usiadła wyprostowana jak struna i przez chwilę biegała myślami po całym pokoju. Wrażenie było irracjonalne, ale nie mogła go ignorować – szeptało, potem przeszło w krzyk. Często miała sny; od wczesnego dzieciństwa, i nie zawsze one były przyjemne, ale ten był szczególny. Napawał grozą i na pewno coś oznaczał? Powtarzał się przecież już od kilku lat. Zawsze jesienią.

– Co jest?! – zapytała na głos.

Cisza pokoju drgała niepokojem, a jej myśli wirowały chaotyczne w kokonie nicości, który ją otaczał jak mrok w pokoju, by zawiesić się w miejscu, gdzie zupełnie nic się nie liczyło poza błagalną myślą wykierowaną ku Bogu.

– Kto potrzebuje mojej pomocy? Kto mnie woła?

Cisza. Przejmująca cisza.

Nagle ogarnął ją spazm paniki; bo że ktoś woła o pomoc, nie miała najmniejszej wątpliwości. Jej sny zawsze się sprawdzały, szczególnie te katastroficzne, jak na przykład ten ukazujący kilka lat temu wypadek dziadków od strony taty, a który ociekał grozą i długo po nim nie mogła dojść do siebie. Gdyby wtedy skojarzyła… może oni by żyli?

Ledwo zdołała się wyciszyć i pomógł jej w tym ojciec, i znowu sen wraca, jak jakaś zmora, inna tym razem, bo nie ma w niej „ślepego” dziadka, który nie widzi drzewa i sen już dotyczy nie jego. Dotyczy chłopca. Dusi za gardło. Dusi tak bardzo, że rozrywa przerażone zgłoski: Ania…a…a…

– Chodź, maleńka… Cicho, już cicho… To tylko niedobry sen. – Jej dobry tato przekonuje i gładzi ją po włosach, a ona czuje się tak, jakby uderzyło w nią tornado.

Ile by dał, żeby uchronić ją od tych nocnych koszmarów. Tylko jak to zrobić? Pionowa zmarszczka przecięła mu czoło.

– Anulko?

– Tak?

– Zrobię wszystko, żeby ci pomóc – powiedział ojciec, przygarniając ją do siebie. – Wierzysz mi, malutka? Zobaczysz. To się niebawem skończy! – obiecał pełnym współczucia tonem.

Anna uśmiechnęła się blado.

– To się niedługo skończy… – powtórzyła za nim, spoglądając w okno.

Wysoko na niebie dryfowało w powietrzu kilka ptaków o potężnych skrzydłach. Słychać było ich głosy. Nie były radosne. Zamknęła oczy i zaczęła się bezgłośnie modlić.

Czy to coś pomoże? Czy pomoże jej ojciec?

Kiedy długo nie mogła zasnąć, widziała przez uchylone drzwi postać ojca nachyloną nad biurkiem. Coś notował, czytał, czytał, czytał… Całymi godzinami. Nieraz zastawała go tam ciemna noc. Wiedziała, że ojciec obłożył się całym stosem książek, żeby jakoś rozwiązać jej trudny problem. Pracował w każdej wolnej chwili. Właściwie prawie nie wychodził z gabinetu. Najczęściej stamtąd wyrywała go ona ze swoimi dociekliwymi pytaniami, na które nie zawsze miał gotową odpowiedź, bądź miał taką, która jej nie satysfakcjonowała.

Czasami z ust ojca padały słowa krytyki, kiedy to uważał, że zrobiła coś źle, ale była to krytyka przyjazna i tym samym konstruktywna, i powtarzał po wielokroć, że w życiu trzeba się skupiać na wyższych wartościach, które przeważnie umykają ogółowi w ferworze codzienności, a nie na banialukach. Dawał przy tym bardzo istotne wskazówki, które kierowały ją na właściwe tory, szukając jednocześnie sposobów na zlikwidowanie nieustannego napięcia, zagrażającego jej kondycji psychicznej. Od kiedy pamiętała, niemal zmuszał jej umysł dziecka do stałego wysiłku, do stałych ćwiczeń, do afirmacji, zaangażowany w to całym swoim sercem. Miało jej to wszak wyjść na dobre i doskonale to rozumiała. Wszystko to, co podsuwał jej do czytania, miało natchnąć ją wiarą we własne siły, zachęcić do aktywnego działania.

– Masz być na co dzień odprężona – mówił – a mądrość życia sama zatroszczy się o wszystkie sfery bytu. Pracuj nad tymi myślami, które uczynią cię szczęśliwą. Twoja podświadomość zaakceptuje wszystko, co jej wtłoczysz, a to klucz, Anulko, do pozytywnych zmian.

– Jasne!

„Wkuwała” swoje przyszłe życie, które byłoby bez czarnych snów, bez niespokojnych, zalęknionych nocy, a byłyby tylko radością.

– Robię się nienormalna, tato – powiedziała któregoś dnia.

– Jesteś całkiem normalna i zbyt inteligentna. Ciężko ci będzie w życiu – stwierdził z westchnieniem i zmarszczył brwi, jakby się martwił.

– Od kiedy inteligencja córki jest zmartwieniem, tatusiu?

– Wiesz, dziecko, o czym mówię… – urwał, spoglądając jej w oczy.

– Wiem. Ciężko mi będzie znaleźć sobie odpowiedniego mężczyznę. Czy tak? – Roześmiała się perliście. – Nie martw się, tatusiu, znajdę. Inteligentnych mężczyzn nie brakuje.

– Owszem, ale ten ktoś musi też jeszcze cię rozumieć… – Zamyślił się.

No tak, wiedziała o tym, tylko i czego niby ten „ktoś” inteligentny miałby jej nie rozumieć?

W końcu potrafi sobie „wymalować” odpowiedniego, wspaniałego i pełnego rozumu chłopaka. I będzie ją rozumiał, i przy nim skończą się wszystkie paskudne sny. Tak będzie.

Mijał rok po roku, Anna dorastała, a jej problem niewątpliwie nadal istniał. Te rozległe przestrzenie cienia, w którym poruszała się po omacku, te czarne wizje zakłócające sen… Ciągle jeszcze, mimo starań ojca i swojej ciężkiej pracy, tkwiła gdzieś w próżni, na jakimś tajemniczym ekranie, gdzie pojawiały się obrazy jej rojeń. Rzadziej już co prawda, ale problem istniał. Zbyt wiele rozumiała i zbyt wiele kojarzyła, przeżywając wszystkie codzienne sprawy na swój emocjonalny sposób, a jej psychika chłonęła wszystko jak gąbka i nie pozostawało to bez skutku ubocznego. Na wszystko zwracała uwagę, nawet na drżenie głosu ojca, gdy usiłował coś przed nią ukryć.

– O czymś nie wiem? – pytała. – I nie chcesz mi powiedzieć, prawda? Jestem za mała?

Spoglądali z Marią po sobie znacząco.

– Kiedy taki czas nadejdzie, a nadejdzie!, będziesz wiedziała o wszystkim, mądralo, a póki co, chodź tu. Porozmawiamy – żartował ojciec z pogodnym wyrazem twarzy.

– O czym? – spytała, mrugając oczami.

– O wakacjach.

– Wakacje już zaklepane! Jak zwykle jedziemy z Adasiem do dziadka Wiśniewskiego – stwierdziła z entuzjazmem.

– Czy na pewno tego chcecie? Ty tak, a Adam? Może wolisz jechać na kolonię? – spytał i spojrzał na syna.

– Chcę jechać z Anulką do dziadka. Już się nie mogę doczekać!

– Ja też! – wtrąciła z przekonaniem.

O tak, bardzo kochała być z dziadkiem. Przy nim nie było żadnych koszmarnych snów. Ulatywały, podobnie jak jej myśli, w góry, na same ich szczyty i pochłaniała je mgła, czy też może wiatr je rozdmuchiwał? Ale do Białki Tatrzańskiej jechała tylko na ferie zimowe i latem na wakacje, dwa razy w roku. To było niesamowite przeżycie, tu nie było czasu na nudę; dziadek tryskał dowcipem, niesamowitym humorem, a fantazję miał młodzieńca, choć zbliżał się do siedemdziesiątki. W lot wyłapywał wszystkie dysonanse w życiu wewnętrznym tak jej, jak i Adasia, zwracając im czasami uwagę na ich słabe punkty, i jednocześnie pracował nad tym, by skutecznie temu przeciwdziałać. Zupełnie jak jej ojciec, bo i był z tego samego gatunku ludzi – mądrych i wrażliwych.

– Ponuraków, Anulko, unikaj, bo nie mogą ci nic pozytywnego przekazać. Unikaj też negatywnych myśli, do niczego dobrego nie prowadzą, a wręcz przeciwnie. Wiesz już o tym?

– Wiem, dziadku. Stale to słyszę od taty.

– Co za paskudna, rozszczekana smarkula! Prawie jak Kajtek. – Kiwnął głową z zadowoleniem i dodał: – Kiedy przyjedziecie, moje dzieci, do dziadka po następne rady? Zimą?

– Tak, dziadku, zimą – odpowiadał Adaś.

– Na pewno?

Kiwali zgodnie głowami. Szaleństwa, czasami rozważne myśli na łonie natury, które im niemal codziennie fundował dziadek, dodawały skrzydeł. A ten motocykl, zmajstrowany samodzielnie przez niego ze starych części, które to latami skrupulatnie zbierał, skupował i magazynował gdzieś w zakamarkach domu, był tak szaloną rozrywką, że pisała o tym w swoim pamiętniku i śmiała się w głos.

– Anulka, wskakuj na tego rumaka – mówił dziadek, wkładając na głowę śmieszną cyklistówkę. – Popędzimy z wiatrem na wyścigi i zapewniam cię, że mój motor jest szybszy od wiatru, tyle że nie mogę się tu zbytnio rozkręcać, bo nie te autostrady – śmiał się.

Jedno oko przewiązał opaską. Twierdził, że to dla zabezpieczenia własnego zdrowia, bo o nie trzeba dbać, w każdym momencie życia. Na motorze też! Twarz miał pełną uśmiechów i młodości.

– Nie może mnie przewiać, a jeżeli już, to ewentualnie… jedno oko. Drugie będzie zdrowe – mówił cały w uśmiechach.

Anna również się śmiała, i tak głośno, aż ją bolało gardło i szczęki.

– Anulko, ty moja ślicznoto, masz tak zaraźliwy śmiech, że boli w drugim oku. Chyba też je sobie przewiążę – mówił, robiąc wymowny gest ręką.

Po niej na motor wskakiwał Adaś i robił samodzielnie kilka rundek wkoło podwórka.

– No, no… kto by pomyślał… – chwalił dziadek. – Nie dodawaj tylko gazu do oporu… Już mówiłem o tych autostradach…

– Jasne, dziadku. Ma się swój rozumek, a poza tym wzrok Anuli mnie wstrzymuje – roześmiał się. Bardzo kochał swoją siostrę i za nic w świecie nie chciał narazić jej na stres. Jego młodsza siostra w żadnym momencie życia nie mogła się denerwować, nawet z tak błahego powodu. Stres jej bardzo szkodził.

Wieczorem przed snem dziadek zaparzał im ziółka, przyglądając się wnukom z uwielbieniem. Adama kochał bardzo, bo to jego krew, jak mówił, ale Anulce poświęcał więcej czasu. Była tak rozczulająco śliczna i tak wrażliwa…

– Pij, Niulka… Dzisiaj dostałaś zioła na urodę, bo mimo że jesteś piękna, uroda nie przeleje się, tego nigdy za dużo. Wczoraj wypiłaś ziółka na zdrowie, bo tego również nigdy za dużo. – Uśmiechnął się. – Jutro dostaniesz ziółka na miłość, bo musisz mnie bardzo kochać.

Kochała go bardzo, nawet bez tych ziół. Chodzili z dziadkiem niemal codziennie na dalekie spacery. Była to wyprawa na kilka godzin. Bunia, czyli jego trzecia żona, pakowała do koszyka różne własnoręcznie zrobione smakołyki i dużo picia.

– To w razie, gdyby ci zaschło w gardle z wrażenia, Anulko – mówiła.

Zwykle ich bazą była jakaś ukwiecona łąka i zwykle zasychało jej w gardle. Kiedy tam dochodzili, słońce stało już wysoko na niebie. Powiew ciepłego wiaterku rozdmuchiwał jej czarne jak heban włosy. Lśniły w słońcu pięknym blaskiem.

– Teraz się rozłożymy na zielonej trawie i trochę poczekamy, aż się słońce zmęczy, bo przecież to już tak jest, że wlewa ono w nasze serca potężną czarę optymizmu, a to praca… i chyba nie wątpisz, Anulko, że ciężka… – Dziadek uśmiechnął się i usiadł. – A teraz, Niulka, posłuchaj ciszy. Ona śpiewa. – Przechylił głowę. – Słyszysz?

To było niesamowite uczucie. Cisza brzmiała melodią szumiącej trawy, rumianków, ziół dziadkowych. Rzeczywiście, z wrażenia musiała się napić. Mogła tak leżeć do wieczora. Jeszcze tylko trzeba było nazbierać dziadkowi ziół, a potem wracali do jego małej posesji na wzgórzu.

– Dziadku, jaka szkoda, że za kilka dni wracamy z Adasiem do Rzeszowa – mówiła.

– Nie nudzisz się, Anulka? – pytał.

– Ani trochę… Popatrz… czyż to nie piękny widok?

Za górami chowało się słońce, napływały chmury burzowe, a niebo zmieniało się z niebieskiego na pomarańczowe, wróżąc deszcz. Pierwsze krople, nieśmiałe, skapnęły na uniesioną w górę twarz Anny. Położyła się. Leżała nieruchomo, rozkoszując się dotykiem ciepłych kropli, które po chwili uderzyły z oślepiającą gwałtownością. Zaśmiała się – była zachwycona, Adaś też. Dziadek pewnie mniej.

– Mam nadzieję, że zaraz przejdzie… Trzeba tu przeczekać burzę – powiedział. – Nie ma rady, kładziemy się na trawie. Adaś obok Anulki – zadyrygował z westchnieniem i sam się również położył.

Wiatr zaśpiewał w trawie, mocniej zawiał, chłodny, zmysłowy. Wysokie trawy nagięły się prawie do ziemi, po czym z powrotem wyprostowały się. Z ziemi uwalniał się metaliczny zapach, a ona sama otwierała się na wodę z nieba. Kwiatki skuliły swoje główki, by po chwili je podnieść wysoko. Tańczyły chwilę. Niebo stawało się zupełnie niebieskie.

– I jak się czujesz, moja ty Stokrotko? – spytał dziadek, spoglądając na twarz wnuczki tak pełną emocji, że nie wiedział, co o tym sądzić. – Nie bałaś się?

– To było cudowne przeżycie, dziadku. Widziałeś te tańczące kwiaty?

Rozmarzona, z uśmiechem na ustach, odurzona powietrzem, zasypiała kamiennym snem. Tak spała zresztą każdej nocy i co najważniejsze – nic się nie śniło!

Wakacje kończyły się jednak bardzo szybko, zbyt szybko, a powrót do domu budził nocne koszmary. Te obrazy senne, które przychodziły nie wiadomo skąd, pełne były ruchu, często zawieszone w przestrzeni; chciała gdzieś dojść… dobiec, uciec, i nie mogła. Tylko czasami się to udawało, ale najczęściej budził ją jej własny krzyk.

– Dlaczego, tato? Tak się bardzo staram, tyle ćwiczę i tylko czasami uda mi się wyśnić coś kolorowego.

– To już sukces, Aniu! Ważne, że to się udaje choć czasami! – przekonywał ojciec. – Trochę cierpliwości i wszystko będzie dobrze.

Musiała w to wierzyć. Wierzyła.

Jej życie było niczym materia utkana ze zdarzeń, z całym mnóstwem pytań, na które nie było łatwych odpowiedzi, a z czasem zmieniająca się poprzez swój wygląd, barwę i swoją moc, dziurawiona chorobami myśli, czynów i niezależnych od niej spraw. Myśli wciąż wybiegały, potrącały się i zderzały z życiem, ale szybko przywracała się do równowagi.

Jeszcze moment, jeszcze trochę cierpliwości i mój koszmar zakończy się – powtarzała sobie, przywołując się do porządku. I „malowała obrazy”, jak to nazywali jej rodzice i Adaś, który doskonale był wtajemniczony we wszystkie problemy siostry.

W otoczeniu Anny najwięcej było kolegów, którzy prześcigali się w pomysłach, aby z nią chodzić. Przyciągała jak magnes, bo była inna niż większość jej koleżanek: intrygująca, tajemnicza i nigdy nie brakowało jej argumentów, by kogokolwiek przekonać do swoich racji. Umiała się bez reszty skoncentrować na problemach osoby, z którą właśnie rozmawiała, i w tym tkwił jej niezwykły urok, ale i w tym, że miała śliczną twarz o kształtnym nosie i pięknych ustach, z których przy każdym uśmiechu ukazywał się rząd białych zębów. Kruczoczarne włosy oplatały jej twarz gęstwiną skręconych loków, sięgając pasa.

Często wyłapywała wkute w siebie spojrzenie Kazika. Nie spuszczał z niej oczu i był w nich jakiś gorączkowy blask. Dziwny, bardzo dziwny.

– Proszę, to dla ciebie – wymamrotał i podał jej torbę pomarańczy.

Spojrzała ze zdziwieniem.

– Okradłeś transport?– spytała, patrząc mu w oczy.

Roześmiał się bardzo z siebie zadowolony, a kiedy ich nie chciała przyjąć, rozzłościł się. Wzrok miał wściekłego psa, a jego ręce, którymi ją schwycił, były nieprzyjemnie mokre.

Zadrżała. Wzięła siatkę z pomarańczami i poczęstowała nimi całą klasę. Kazik spojrzał z wyrzutem.

– To dla ciebie… przyniosłem.

– Więc mogę nimi poczęstować koleżanki? Czemu jesteś zły? – Zajrzała mu w oczy.

– Nie jestem! A na przyszłość pamiętaj, że tylko dla ciebie… – urwał i machnął ręką.

Coś jej nie pasowało w twarzy kolegi. Tak zachowuje się ktoś bardzo znerwicowany, myślała, spoglądając na niego niepewnie. Było coś niezwykle niepokojącego, gdy ich oczy spotykały się, przy jego zwykle bardzo ciepłym uśmiechu i trochę jakby nieśmiałym, a który wręcz kłócił się z jego świdrującymi niebieskimi oczyma. Tak było od dawna, i od dawna to zauważała. Początkowo próbowała ten jego wzrok bagatelizować, ale zawsze irytowała ją świadomość, iż nie jest w stanie przeciwstawić się i powiedzieć mu: „Nie gap się…”.

Im bardziej uciekała od kolegi i od jego świdrującego wzroku, tym bardziej się narzucał. Były już kwiatki z liścikami na schodach domu, było szpiegowanie i była zazdrość.

– Z innymi chłopakami się umawiasz! Widziałem! A dlaczego ze mną nie chcesz iść do kina? Czy jestem trędowaty?! Dlaczego mnie unikasz, Aniu? – mówił gorączkowo. – Przecież wiesz, ile dla mnie znaczysz. Ja…ja… – urwał zawstydzony wyznaniem.

Odsunęła się od niego. Niezrozumiały strach podszedł do gardła. Przełknęła ślinę. Kiedy próbowała go przekonać, przedstawiając mu swoje wnioski plus własną filozofię życia i tłumacząc mu, że przecież nie jest jego dziewczyną, doskoczył do niej i chwycił za gardło, wstrząsając nią jak osiką. Zmusił ją tym samym, by spojrzała mu w twarz, która była nieodgadnioną, przynajmniej dla niej, zresztą zaraz ją puścił, przerażony swoim zachowaniem. Ona sama była nie mniej przerażona. W jej koledze ukrywał się bardzo niebezpieczny człowiek, zupełnie inny, niż zawsze sądziła. Cofnęła się dwa kroki, rozglądając się niespokojnie.

– Aniu, proszę cię… Nigdy cię nie chciałem skrzywdzić, wybacz mi – szepnął, zaciskając mocno szczęki, przerażony własnym postępowaniem.

W jej oczach nie stanowiło to jednak żadnego usprawiedliwienia. Przepadł już całkowicie. Koniec, kropka.

– Odejdź! – wykrzyknęła, rozglądając się wkoło.

Wewnątrz niej kulił się strach. Właściwie nie wie, czym była przestraszona? Najgorszy jest lęk przed czymś, czego nie można nazwać.

Kazik patrzył na nią poważnie, a w jego spojrzeniu było więcej powagi, niż była mu skłonna przypisać. Był poza tym żal, determinacja, skrucha, wszystko oprócz nadziei. Płakał… bez łez.

– Hanka! – wychrypiał zduszonym głosem i coś jeszcze dodał, mówiąc bardziej do siebie niż do niej.

Na horyzoncie pojawił się jej brat Adam. Zawsze był, gdy go potrzebowała.

– Co ty kombinujesz?! Natychmiast stąd odejdź i nie zbliżaj się do mojej siostry. Widziałem, co zrobiłeś! – krzyknął do Kazika i nastroszył się do bicia. Odepchnął jego ręce. – Idź sobie wreszcie! – powtórzył niecierpliwie. – Spierniczaj!

Kazik odszedł powoli, ze spuszczoną nisko głową.

– To koniec. To już koniec – zawodził głos w jego głowie. – Ona już mnie nie zechce… a przecież tak bardzo ją kocha…

Chłodny dotyk uciekającej myśli…

Następnego dnia nie było go w szkole, nie było go też w domu. Wszyscy go szukali.

***

Ponury dzień i ponure myśli. Tępy ból podążał za Anną krok w krok. Stała w oknie i spoglądała nieruchomo w zmierzch, który gęstniał. Lato już jakiś czas temu wycofało się w popłochu.

– Tato…? – Zajrzała przed snem do pokoju ojca. – Coś się wydarzy – powiedziała. – Coś niedobrego… Ja to wiem. Ja czuję. Ten sen jesieni znowu dzisiaj przyjdzie… i… i… coś się komuś stanie…

Przytulił ją.

– Anulko, nie myśl o tym. Nie zawsze i nie każdy sen się sprawdza, prawda?

– Tak – szepnęła, nie patrząc mu w oczy.

Coś w jej tonie sprawiło, że Tadeusz zesztywniał.

– Idź spać, skarbie, i nie myśl o przykrych sprawach. Spróbuj, jeśli coś się będzie działo, przemalować swój sen. Umiesz to robić, prawda?

Usiadła na fotelu obok. Podkurczyła nogi.

– Umiem, tato. Wszystko będzie dobrze…

Kiedy nagle podszedł o krok bliżej, ogarnął ją strach, że mógłby odczytać jej myśli. Uśmiechnął się do niej łagodnie.

– Dobrej nocy, moje dziecko. Niech ci się przyśni coś miłego. Wiem, że tak będzie.

Ukrył twarz w dłoniach, kiedy wyszła. Długo tej nocy palił światło. Bardzo często zaglądał w jej duszę, a już szczególnie wtedy, gdy dawała się przygnieść przykrej rzeczywistości. Dzisiaj tak się stało. Nie miał wątpliwości, że potrzebna jest pomoc jego pięknej córce. Jego pomoc. Psychiatra, gdzie regularnie pojawiali się od dłuższego już czasu, ukierunkował go jedynie, jak również Anulkę, a cała, mozolna i ciężka praca pozostawała w ich rękach. W szczególności w jego.

Nierzadko córka zamykała się w sobie, nie chcąc martwić ani jego, ani matki. Dzisiaj tak się zdarzyło. Anulka ukryła przed nim swoje obawy, swój strach, który trwał na straży, zawieszony w powietrzu. Westchnął i zagłębił się w lekturę.

Anna po cichutku wyszła z pokoju. Dzisiaj najchętniej nie poszłaby spać w ogóle. Wszystko będzie dobrze, wszystko. Wszyściuteńko. Zaraz sobie wymarzę kolorowy sen, powtarzała w myślach. Położyła się i przez chwilę słuchała deszczu. Desperacko pragnęła wymalować sobie coś kolorowego, jakiś piękny obraz, i na próżno. Usnęła w końcu zmęczona.

Jej umysł błąkał się bezradnie po nieznanej okolicy grzęznąc w błocie… brudząc się nim. Koszmar jesieni wisiał nad nią. Były to strach, groza i pytanie.

Sen krzyczał… krzyczał… krzyczał… a ona już wiedziała, że to dziś…teraz…

Buty z brązowych liści i błocka na nogach, zapadających sięw grząską ziemię, nasiąkniętą deszczem. Wykrzywiona, zziębniętatwarz kilkunastoletniego chłopca o niebieskich oczach… wołającegopomocy… jej pomocy…

A…NIA! A…NIA…

Myśli zaplątały się na moment… szukając po omacku…

Czarna spiętrzona woda…

Obudził ją stukot deszczu o szyby. Uderzał o parapet okna ze zdwojoną siłą, a ona odczuwała to jak uderzenia w całe jej ciało, które zaczynało się kurczyć ze strachu i tylko serce bębniło o klatkę piersiową jak oszalałe. Zaraz wyskoczy. Szum wiatru za oknem wydawał się wołać: ANIA, ANIA…!

– Boże, kto mnie woła?

Jedyną odpowiedzią był odgłos kropel deszczu bijących z impetem o ściany domu.

– Tak! Wiem! – doznała olśnienia. – Chłopakiem znad Wisłoka… jest właśnie on. – Chłopak ze snu… to Kazik!

Zerwała się na równe nogi i jednym susem przemierzyła odległość pokoju.

– Tato! Wstań! To Kazik! Kazik potrzebuje pomocy! Tatusiu, Kazik jest nad Wisłokiem, w tym dzikim miejscu. Tam, gdzie są wiry i burzy się rzeka. Taka nieokiełznana, pamiętasz? Byliśmy tam kiedyś… Pamiętasz? On się zaraz utopi… Proszę… Szybciej…

Rozkrzyczane głoski wyrwały się z krtani. Panika rozszerzyła oczy. Czuła, że za chwilę jej oszalałe serce wyskoczy z piersi. Tam, nad rzeką czaiła się śmierć. Te roziskrzone, niebieskie oczy mogły należeć tylko do jednego chłopca.

– Szybciej, tato! Szybciej… – ponaglała ojca.

Wybiegł w pośpiechu.

Zapatrzyła się w ciemność nocy – RZEKA, GAŁĘZIE, WIRY. Podeszła do okna. Otworzyła je i wyciągnęła przed siebie ręce.

– Stój, Kazik. Proszę… NIE RÓB TEGO. Czy mnie słyszysz?! NIE RÓB TEGO – powtórzyła powoli, wyraźnie.

Stała jeszcze długo, nie czując zimna. Błądziła myślami w innym świecie. Irracjonalnym. Wiatr wściekłe targał drzewami za oknem jej pokoju, wył i zawodził. Rzucił zeschłymi liśćmi i powiał je daleko. Z przesłaniem:

– KAZIK… JUŻ JEST WSZYSTKO DOBRZE. JESTEŚ BEZPIECZNY.

Jakby usłyszał jej wołanie. Osunął się na mokrą od deszczu ziemię.

– Aniu… – Skulił się jak embrion w łonie matki. Drobnym ciałem wstrząsnęły dreszcze. – Aniu… wyszeptał. Chwyciły go mocne ręce.

Tej nocy jej koszmar się skończył. Uratowała koledze życie. Sama się mocno rozchorowała. Zapalenie płuc, orzekł lekarz. Kiedy po trzech tygodniach wróciła do szkoły, Kazik był już w innej szkole, w innej dzielnicy. Nie dociekała w której. Tak było lepiej. Czasami tylko wydawało się, że ktoś patrzy z ukrycia, że ktoś ją śledzi?

Odgoniła myśli.

***

Uśmiechnięte, ufne oczy Anny skierowały się w stronę Waldka. To ten… pomyślała. Waldek będzie moim chłopakiem. Wyśniła go sobie, wymalowała.

– Adaś, zabierz mnie na prywatkę do Basi… Zależy mi bardzo – poprosiła brata.

– Jak bardzo? – przekomarzał się.

– Bardziej jak bardzo.

– Czy tam, moja siostro, ma być ktoś szczególny? – śmiał się.

– A jak myślisz?

– Myślę, że to nie twoje towarzystwo, ale skoro prosisz…

Kiwnęła głową, zadowolona; tam miał być Waldek, chłopak jej marzeń. I był, ale nie sam. Wisiała na nim Bożena.

Waldek ma dziewczynę?

Udało jej się opanować napięcie. Powoli… powoli, mówiła do siebie. Na wszystko przyjdzie czas. To jeszcze nie dziś.

– Zatańczymy, Adaś? – spytała brata.

– Uwielbiam rocka – odpowiedział i okręcił ją wokół swoich bioder. Jej szczupłe nogi zawirowały w powietrzu. Zafurgotała czerwona spódniczka.

– Masz dość? – spytał, widząc, że ociera pot z czoła.

Jego siostra popisywała się, robiąc przerzutki i wszystkie skomplikowane figury, jakich nauczyli się w szkole tańca. Dyszała.

– Mam rzeczywiście dość – powiedziała, spoglądając na Waldka.

Nie spuszczał jej z oczu, ale tańczył z Bożeną, a właściwie teraz stał, jak i inni uczestnicy prywatki, by zrobić im miejsce.

– No, no – Waldek pokiwał w uznaniu głową, zaklaskał w dłonie. – Jeszcze coś zatańczcie – powiedział do Adasia – aż miło popatrzyć.

– Jestem zmęczona – odpowiedziała z uśmiechem. – Teraz wy się bawcie.

Powoli… powoli, powtórzyła sobie w myślach i wyszła na balkon. Znajdowała się tak wysoko, że strzępy chmur szybowały obok niej niemal w zasięgu ręki. Odetchnęła głęboko wspaniałym, ciepłym powietrzem. Były niczym pocałunki…

Kątem oka zobaczyła, jak Bożena całuje Waldka.

Zdawało mi się?

Czuła mimo wszystko zadowolenie. Wyparła obawy z umysłu. Trzeba zmykać – spojrzała na zegarek. Nic tu po mnie.

– Już uciekasz? – spytał Waldek. – Szkoda, zabawa dopiero się zaczyna. – Chrząknął. Potarł czoło. – Szkoda – powtórzył. – Jeszcze ze mną nie tańczyłaś, Czarnula.

– I nie zatańczę, przynajmniej dzisiaj – odpowiedziała, ukazując zęby. – A na imię mam Ania, ale Czarnula też ładnie – powiedziała wesołym tonem. A ten obraz skończę malować nocą, pomyślała.

– Bo nie potrafię tak tańczyć jak Adam? Byłaś w parze ze swoim bratem świetna! Czegoś takiego jeszcze nie widziałem, nie mogłem oderwać oczu – wykrzyczał z entuzjazmem.

Jego twarz rozświetlił uśmiech i pomyślała, że jest to najpiękniejszy uśmiech, jaki widziała. I te błyszczące żarem oczy. Zachwycone. Wyłapała to w lot.

– Tego nie powiedziałam, Waldek. W każdej chwili, gdy zechcesz przyjść na tańce do klubu, gdy się tylko zdecydujesz na nauki, służę, a póki co, nie masz na to, jak widzę, czasu – powiedziała niepewnie, spoglądając w stronę zbliżającej się Bożeny.

Znowu pobiegał oczami po jej roześmianej twarzy.

– Dla ciebie zawsze będę miał czas – powiedział wprost do jej ucha. – Nie zawsze to, co widzą oczy, pokrywa się z faktami. – Urwał, spoglądając na Bożenę.

– Też już uciekam. Odprowadzisz mnie, czy jeszcze zostajesz, Waldek? – spytała.

– Zostaję. Pomogę Basi sprzątnąć. Obiecałem – wykręcił się niezręcznie.

– Mieszkamy blisko siebie, więc chodź z nami – zaproponował Adam.

Waldek milczał i spoglądał bynajmniej nie w oczy Bożeny.

Anna uśmiechnęła się z satysfakcją do swoich myśli i do niego. Podoba mu się. W każdym razie była już pewna, że ją „zauważył”, i tylko kwestią czasu było, kiedy się poznają bliżej.

Powiedzieli sobie krótkie „dobranoc”. Podał jej rękę, dłużej ją przytrzymał i na moment wstrzymał oddech. Dłoń tej dziewczyny, aksamitna jak jedwab, o smukłych palcach pianisty, drgała leciutko. Przesunął kciukiem po wierzchu jej ręki do wnętrza i zastygł. Ona też. Jej ręka wyraźnie pulsowała w rytm buzującej jeszcze tańcem krwi. To było jak iskra elektryczna, która poraża, parzy, a przynajmniej dotyka gorącem. Czegoś takiego jeszcze nie doświadczył.

– W jakie dni są tańce w klubie? – spytał.

– Musisz sam sprawdzić, ale jak się czegoś bardzo chce…

Chcę, bardzo chcę – odpowiedział jej oczami.

Pokiwała głową i wyszła. Zdawkowe pożegnania mają tę dobrą stronę, że następnego dnia można wrócić do przerwanej rozmowy. Tak też postanowiła. Jutro z nim porozmawia. Konkretnie.

Zrobiła sobie herbaty i pozwoliła przez chwilę oddać się przyjemnym marzeniom. Ale jakoś jej to nie wyszło. W głowie było zbyt dużo wrażeń.

– Idę spać – powiedziała do siebie – a jutro zaczynam atak. Skoro nie odprowadził Bożeny, więc…

Wstała rano w doskonałym nastroju. Rozczesując włosy przed lustrem, zastanawiała się, czy Waldek podejdzie do niej i zagada, czy ona może to powinna zrobić?

Zebrała włosy w koński ogon i popatrzyła na siebie krytycznie. Nie, lepiej je rozpuszczę, stwierdziła. Tak jest ładniej.

Po drodze wpadła na Wandę.

– Hej, hej, co z tobą? – zapytała jej przyjaciółka.

– Zakochałam się. Cała płonę. Ledwie dycham – próbowała żartować.

Wanda spojrzała na nią, ukazując w uśmiechu dwa rozkoszne dołeczki, tuż przy roześmianych ustach.

– A w kimże to?

– W Waldku. Tym… z trzeciej.

– No, to gratuluję. Niczego sobie chłopak. A on co na to?

– On mnie nie zauważa. Jeszcze nie zauważa! Ma, zdaje się, dziewczynę…

– Nie martw się. Ciebie nie sposób nie zauważyć. Postaraj się tylko o to, a dziewczyna to jeszcze nie żona – odpowiedziała ze śmiechem Wanda.

Postarała się.

Waldek olśnił ją od pierwszego spotkania, ale i zaniepokoił. Pojawiła się garstka spostrzeżeń, niedojrzałych do końca, ale już niepokojących. Waldek palił papierosy i nie wylewał za kołnierz, a ona instynktownie czuła, że nic dobrego z tego nie może wyniknąć, lubił też niebezpieczeństwo, przygodę dla samego ryzyka. Z niepokojem śledziła, jak wsiada na motor i gna na oślep przez miasto.

– Adrenalina… Czyż to nie piękne? – mówił. – I wiatr we włosach… tak powiadał poeta. Czyż to nie piękne? – powtórzył i zarył w niej spojrzenie.

Nie czuła się swobodnie, uwięziona w sieci tego spojrzenia. Rozum jej podpowiadał, że coś tu nie tak. Głos intuicji doradzał ostrożność, ale serce wyrywało się jak szalone do tej miłości, a myśli o nim mąciły rozum. Waldek był najprzystojniejszym chłopakiem, jakiego spotkała; silny, doskonale wysportowany i inteligentny. Wkrótce to wyłapała, dyskutując z nim na wiele tematów.

– Co będziesz studiował? – spytała.

– Chciałbym prawo, ale jestem bez szans – powiedział.

– Dlaczego bez szans?

– Adwokaci to klan. Nie przebiję się, a być byle prawniczyną gdzieś w urzędzie nie uśmiecha mi się wcale…

Roześmiała się.

– Dlaczego „byle”?

– Coś na ten temat wiem – stwierdził. – Pójdę na polibudę, szersze horyzonty – przerwał i spojrzał na nią długo, uważnie. – Jakieś modne nowe kierunki, które dają przyszłość… – urwał.

– Co mi się tak przyglądasz? – spytała.

– Dziwne, że do tej pory nikt cię nie poderwał. Jak to możliwe, że nie masz chłopaka? Nigdy cię z nikim nie widziałem. – Podniósł rękę, jakby zamierzał jej dotknąć, ale zmienił zamiar. – Jesteś jakaś inna, ponadwymiarowa. Nie umiem tego sprecyzować… – Umilkł i przez chwilę przyglądał jej się z namysłem, by wreszcie westchnąć i zapytać: – Pewnie nie wiesz, że bardzo mi się podobasz, że chciałbym z tobą chodzić? A może jednak ty już kogoś masz? – Przeraził się niemal i natychmiast to wyłapała.

– Ja nie mam, ale ty masz, prawda? – stwierdziła, patrząc mu uważnie w oczy.

– No rzeczywiście. Masz rację. – Zmieszał się. – Bożena jest moją dziewczyną, ale…

– Nie ma „ale”. Musisz się zdecydować na jedną z nas. Masz na to tydzień – powiedziała twardo. W środku aż się skurczyła.

Zamrugał gwałtownie, najwyraźniej zdziwiony. Smarkula stawia mu warunki. Odwrócił się zniecierpliwiony. Wyglądał jak rozzłoszczone dziecko, któremu odbiera się zabawkę.

Poczuła przypływ czułości. Miała ochotę go pocieszyć, ale nie zrobiła tego. Waldemar nie był na pewno chłopakiem, który potulnie przyjmuje jakiekolwiek ultimatum. Na jej jednak się zgodził, choć miała wrażenie, że niechętnie.

Czekała przez tydzień z bijącym sercem na jego decyzję: ona albo Bożena, i wcale nie była pewna czy jest zadowolona z tak zakończonej rozmowy. A jeżeli… nie zerwie z nią? Czy to właśnie chciałaby usłyszeć? – myślała z niepokojącą jasnością, jak i o tym, co powiedział: Nie rozumiem cię, jesteś jakaś ponadwymiarowa…

No tak, ona też tego nie rozumiała tak do końca. To, co w niej tkwiło, w jej psychice, to były siły „nadprzyrodzone”, czy?…

No właśnie. Stale było to „czy?” – budząca lęk rzeczywistość. A przecież rzeczywistość nie powinna budzić lęku. Nie w jej przypadku. W żadnym przypadku.

To było jak powiedzenie, że religia opiera się na wierze, a nie na prawdzie. Musiała bezkrytycznie przyjmować, ba, z pokorą, te swoje stany, nie wnikając, nie szukając przyczyn. A jednak – rozum pytał sam, obok niej. Niepokorny.

Czy to przyczyna sprawcza, czyli przyczyna bez przyczyny, że miewa te swoje wizje, te swoje sny uprzykrzające życie i związane ze stresem?

Nie, to chyba niemożliwe, by cokolwiek spowodowało samo z siebie…

Bóg tak chciał?

A przecież Bóg jest dobry – dlaczego by chciał mojego cierpienia?

Tak mam skonstruowany układ nerwowy?

Pewnie tak… Tylko dlaczego ja właśnie?

Przegoniła myśli. Są zbyt poważne.

Waldek…

Jakim okaże się chłopakiem? Czy stać go będzie na prawdomówność, na szczerość wobec dziewczyny, z którą go jednak widywała od czasu do czasu. Choćby na szkolnym korytarzu. Spoglądał jej w oczy, koncentrując się na jej twarzy. Pięknej zresztą. Nie zamierzała z nią rywalizować ani być tą drugą, to Waldek musi zdecydować.

Nic nie zaszkodzi jednak pomarzyć, „pomalować”…

Malowała.

Po kilku dniach, kiedy zamaszystym krokiem Anna zmierzała w stronę swego domu, Waldek podleciał do niej, klepiąc ją od tyłu po ramieniu, a potem rękoma zakrył jej oczy.

– Nie było dnia, nie było nocy bez ciebie, mała czarownico. Zdecydowałem. Jestem po rozmowie z Bożeną. Było cholernie trudno, ale od dziś jest tylko ty, Aniu. Czy już wszystko w porządku? – spytał.

– Będzie w porządku, jak dasz mi spojrzeć w twoje kocie oczy.

– Kocie?

– Nie wiedziałeś? Ja czarownica, a ty hipnotyzer. – Zaśmiała się krótko.

Spojrzała mu w oczy. Były niebezpiecznie zwężone, rzeczywiście hipnotyczne oczy kota. Poczuła się nieswojo.

– Czy lubisz muzykę klasyczną? – zapytała, aby coś powiedzieć i przerwać niebezpieczną ciszę. Wierzyła mu, co wcale nie znaczyło, że gotowa była na coś więcej jak przyjaźń.

– Nie, chyba nie… – zawahał się.

– A ja uwielbiam, i tu się nie zgadzamy, nie nadajemy na tych samych falach.

Wzruszył ramionami i roześmiał się.

– Ale chyba to w niczym nie przeszkadza, nie o muzykę przecież chodzi. Tę rozrywkową przecież też lubisz? – Zaśmiał się. – Idziemy na tańce, poszalejemy. Dziś wieczorem? – spytał.

– Dziś? Wieczorem? Gdzie?

– Gdziekolwiek. Nawet jeśli mielibyśmy jechać do Polańczyka czy Soliny. Na motorze – dodał.

Myślała, że żartuje z tym motorem, ale okazało się, że nie.

– Sądzę, że dzisiaj odpuścimy sobie tańce, chociaż ubrałam się jak na tańce, a już zdecydowanie nie na motor – powiedziała.

– I dobrze. W tej miniówie też świetnie wyglądasz, a w kasku ci będzie do twarzy.

Zawahała się krótko i wsiadła na motor. Zanim założyła kask, już pędził z zawrotną szybkością. Miała wiatr we włosach. Było rześko i pogodnie. Na ciemnym niebie tańczyły brylanciki gwiazd. Zwodniczo uśmiechał się księżyc i on, kiedy zsiadała z motoru. Już po chwili była w jego ramionach. W tańcu.

– Jesteś taka leciutka, że aż się dziwię, że w ogóle podlegasz prawom grawitacji.

– Ależ oczywiście, że podlegam – śmiała się uradowana.

– Doprawdy?

Powietrze aż wibrowało od przygody i romantyzmu. W powrotnej drodze założyła na głowę kask.

– Przy tobie głupieję – powiedziała. – To było pierwszy i ostatni raz.

– Tak sądzisz? – Zajrzał w jej w oczy.

***

– Czy nie musisz się uczyć? Znowu na tańce? – spytała Anna, spoglądając Waldkowi w oczy.

– Nauka to potęgi klucz – recytował – ale ja wolę klucz do szczęścia. Przy tobie go znajduję, Aniu.

Śmiała się. Czasami tylko denerwował ją fakt, że musiała dostosować się do jego wzorca zachowań. Wzdychała i godziła się na to, pełna wiary, że potrafi w nim to zmienić.

– Pojedziemy nad jezioro solińskie, co ty na to? – spytał, podając jej kask i bluzę.

– Zbyt daleko… – zawahała się.

– Ale jak romantycznie. Tam jest pięknie, mówię ci. Słowa miłości same wyrwą ci się z ust… No siadaj, proszę – powiedział żartobliwym tonem, ale nie żartował.

– Czemu się upierasz przy swoim? – pytała. – Po co marnować tyle czasu, którego nie masz? Pomyśl…

– Bo mam rację – odpowiadał, uśmiechając się kącikami ust. – Ustawiasz mnie jak Bożena.

– Czy to źle? – Drgnęła całym ciałem na słowo: Bożena.

– Ależ skąd… – odpowiedział. – Wy takie po prostu jesteście.

Wzruszyła ramionami.

– Jakie? Czy rzeczywiście tak myślisz?

– Rzadko kiedy myślę. – Roześmiał się, odsłaniając zęby. – Więc co proponujesz? Gdzie pojedziemy? A swoją drogą, zero w tobie fantazji.

– Nad rzekę pojedziemy. Popławimy się w słońcu, pogadamy historycznie i na temat. A fantazja potrzebna jest przy pisaniu książek – dodała.

Wzniósł brwi w górę i przystał.

– Dobrze, moja królowo. Może być i rzeka. Chcę z tobą o kimś porozmawiać. Coś mnie niepokoi. Wielce niepokoi.

Wsiadła na motor, objęła go w pasie. Chwilę milczeli.

– Co czy kto cię niepokoi? – spytała konkretnie, spoglądając mu w oczy.

Wyszczerzył zęby.

– Znasz Kazika Kluge? Tak jakoś…

Usiadła na trawie. Zerwała zielony listek i podniosła go do nosa, głęboko wciągając w nozdrza jego świeży zapach.

– Znałam… Chodziłam z nim do jednej klasy – odpowiedziała zdziwiona.

– Podkochiwał się w tobie?

– Dlaczego pytasz?

– Napadł wczoraj na mnie.

Znieruchomiała.

– Jak to napadł?

– Po prostu i zwyczajnie – rzucił się na mnie z pięściami, ale to nie ta waga. Przyłożyłem mu, a potem spytałem, dlaczego to zrobił. Jedyną odpowiedzią było: „Odwal się od Czarnej. Jeszcze kiedyś pogadamy!”.

– Groził ci? – spytała niespokojnie.

– Czy wariat może grozić? Chyba że zakochany wariat… Coś cię z nim łączy, Aniu? Kazałaś mi zerwać z Bożeną, a sama…

Odechciało jej się dyskusji. Wzruszyła ramionami. Pociągnęła go za rękę w stronę rzeki.

– A jak myślisz? – spytała.

– Bo pomyślałem…

– A ja pomyślałam, że czas na mnie. Wracam do domu – przerwała mu w pół zdania.

Westchnął.

– Trudno, ja też muszę, tym bardziej że faktycznie za pasem matura i egzaminy na studia.

– Jakbyś mi to wyjął z ust.

– No to wracamy. – Objął ją ramieniem. – Przepraszam, jeśli coś palnąłem.

– A palnąłeś?

Pochyliła się do przodu i wyciągnęła do niego ręce.

– Nie sposób się na ciebie gniewać – powiedziała.

– Bo… jestem uroczym chłopczykiem?

Roześmiała się na cały głos.

– To właściwe określenie. Chłopczyk.

– Ale ten chłopczyk bardzo cię kocha. A ty milczysz, przestawiasz, ustawiasz, nie odpowiadasz na pytania.

Dotknęła jego ręki. Uchwycił ją. Poczuła, jak przepływa przez nią strumyczek ciepła, rzeka zadowolenia. Morze satysfakcji.

Pewnie coś się da zrobić z tym jego nieokiełznanym charakterkiem, pomyślała.

– Muszę iść…

Westchnął.

– Jutro poprzytulam się do ciebie w tańcu w naszym klubie wirującym. Może będzie tango – powiedział, dotykając jej ręki w sobie już tylko znany sposób. Jedyna forma pieszczoty: kciuk do wnętrza dłoni i przepływająca fala gorąca. Sprężona.

– Tango jest dumnym tańcem, choć gorącym – powiedziała cichym, gardłowym tonem. Ta pieszczota w stylu Waldka była jak tysiąc gorących pocałunków. Namiętna i jedyna w swoim rodzaju.

– Jak twój temperament? – zajrzał w jej oczy, które niemal zaszły mgłą.

Roześmiała się sztucznym śmiechem. Zbyt wcześnie było na wyznania.

– Zatracam się cały przy tobie. Opętałaś wszystkie moje zmysły, mała czarownico.

– To lepiej już idź.

Wycisnął na jej ustach żarłoczny pocałunek.

– Nie wiem, jak ja bez ciebie wytrzymam całą długą noc? Pewnie będę się uczył, tylko czy potrafię się skupić na słupkach? – spytał żartobliwie. – Egzaminy za pasem. Poskładałem papiery po całej Polsce. Może gdzieś przyjmą? Może gdzieś zdam?

– Nie może, tylko na pewno zdasz i dostaniesz się – powiedziała pewnym głosem.

– A skąd ta pewność?

– Trzeba zawsze myśleć pozytywnie… Afirmować: Zdałem! Dostałem się na… Polibudę w Krakowie! Lub może w Rzeszowie? Jeszcze lepiej.

– Czemu w Rzeszowie?

– Bo najbliżej. Na miejscu. Chcesz o tym porozmawiać? – spytała.

Usiadła po turecku na trawie i w bezruchu upajała się widokiem drzew nad taflą jeziora, grą promieni słońca przeskakujących z Waldka twarzy na jego usta.

– Chciałbym się z tobą kochać – powiedział, przełykając ślinę.

– To o wiele za wcześnie. Nie dojrzałam… – Odsunęła się i spojrzała mu prosto w oczy.

– Nie kochasz mnie?

Kocham, odpowiedziała mu w myślach. Bardzo kocham. Wstała.

Pokręcił w zamyśleniu głową.

– Jedziemy? – spytał urywanym głosem.

***

– A wiesz… dostałem się na Polibudę i w Poznaniu, i w Krakowie – oznajmił któregoś wieczoru Waldek. – I co mam wybrać?– spytał.

Poruszyła się niespokojnie.

– Chyba nie myślisz poważnie o Poznaniu?

– A czemu nie?

– Bo to około sześciuset kilometrów stąd – stwierdziła – a może i więcej.

– No i cóż z tego?

Popatrzyła zdumiona.

– A to, że tego zupełnie nie widzę, Waldek. Kraków jeszcze jakoś mogę zdzierżyć… – Zamrugała oczami.

– Co tak patrzysz? Nie cieszysz się? Wiesz, jaka tam w Poznaniu była konkurencja? Pięć osób na jedno miejsce – powiedział z dumą. – Ale udało się – dodał. – Franek dostał się w Krakowie, ale pewien jestem, że zaważył tu szeleszczący argument jego ojca, no i nie ma wyboru, ale ja…. – paplał jak nakręcony, rozentuzjazmowany.

Spojrzała na niego poważnym wzrokiem. Co ją obchodził Franek i jakim cudem się dostał, skoro ledwie przebrnął przez maturę, ale on? Co on mówi? Poznań, jaki Poznań?

Wyprostowała plecy. Zmierzch zgęstniał, powietrze stawało się coraz chłodniejsze, wiatr niósł zapach jesieni. Lato wycofywało się w popłochu.

– Nie martw się – powiedział po chwili milczenia, widząc jej minę. – Przyjadę tak często, jak to będzie możliwe. Bardzo cię kocham…

– Ja też cię kocham, Waldek, ale nie wyobrażam sobie, że wyjedziesz tak daleko.

– Naprawdę? Tak się bałem… I będziesz czekać rok?

Zamrugała powiekami.

– Dlaczego mam rok czekać? – Nic z tego nie rozumiała.

– Bo za rok przylecisz za mną do Poznania i tam zamieszkamy razem, w akademiku, albo coś wynajmiemy – stwierdził z entuzjazmem. – Skoro mnie kochasz… – dodał, spoglądając w jej oczy.

– Nie przyjadę. Studiować będę w Krakowie – powiedziała twardo. Spojrzała na zegarek. – Muszę lecieć, umówiłam się z Wandą, a ty przemyśl sobie…

Przygryzł wargi.

– Zdaje mi się, że nie dajesz mi wyboru. To się nazywa szantaż – powiedział nerwowo i przygryzł wargi.

Uśmiechnęła się blado.

– To nie jest szantaż, a wybór należy do ciebie. Sam zadecydujesz, ile razy w roku będziemy się widywać: dwa czy co miesiąc? – powiedziała cichym tonem. Serce łomotało jej w piersi jak bomba przed wybuchem.

Waldek westchnął. Potem uśmiechnął się kącikami ust.

– Jakie to proste! – powiedział nerwowo.

***

– Ależ cię wzięło… Zgłupiejesz za chwilę. – Anna usłyszała głos Wandy. – Pewno twoja głowa pełna tylko Waldka. Stuknij się w nią, może trochę twoich myśli wyleci na zewnątrz. Dobrze ci radzę. To nie mnie się spodziewałaś? – Zajrzała w jej oczy.

– Prawdę mówiąc, nie ciebie, ale cieszę się, że przyszłaś.

Westchnęła. Rzeczywiście, spodziewała się Waldka. Przecież jeszcze nie ma sesji, powinien na weekend przyjechać…

– Chciałabym cię poznać z kimś bardzo interesującym i jest to z pewnością mężczyzna z charakterem, a takich przecież uwielbiasz, Aniu, nieprawdaż? – spytała humorystycznie jej przyjaciółka.

– Owszem, ale takiego najlepiej poszukać w książkach, a jeszcze na dodatek w książkach fantastycznych – odpowiedziała Anna, krzywiąc usta.

– Czy chcesz przez to powiedzieć, że takich mężczyzn nie ma? – Wanda roześmiała się, ukazując swoje rozkoszne dołeczki w policzkach.

Pokręciła głową.

– Nie ma! A właściwie jest jeden, który spełnia moje wymagania. Ale to wyjątek, Wandeczko, i on niestety jest w Krakowie, czyli dość daleko stąd, i z całą pewnością tam go nie będzie, więc nigdzie nie idę – odpowiedziała nieco nerwowo.

Wanda tupnęła nogą.

– Nie wygłupiaj się, Aniu. Wskakuj w jakiś szałowy ciuch, a na pewno się nie rozczarujesz! No, szybko – ponaglała. – Będzie tam też Basia ze swoim nowym chłopakiem. Musimy go wypatrzeć i przetestować, bo coś dziewczyna nie ma szczęścia. Trafia na samych drani – dodała.

Anna roześmiała się. Może i dobrze, że się rozerwie, bo jeszcze nie mogła dojść do siebie po niespodziewanym, niedobrym śnie tej nocy.

– Przetestować? – spytała.

– No tak… zagniesz na niego parol, Aniu. Jeżeli… no wiesz…

– Wiem.

Obydwie wiedziały o co chodzi. Rozumiały się bez słów.

– Ale uprzedzę Baśkę, żeby nie miała pretensji…

– OCZYWIŚCIE!

Wybuchnęły śmiechem.

Już po godzinie Anna testowała chłopaka Basi, ale i również chłopaka, który był niby z charakterem i przeznaczony dla niej. Obydwaj mężczyźni doskonale się spisali: jeden zapatrzony w Basię, drugi w Wandę. Test wyszedł korzystnie dla obu przyjaciółek.

Za niedługi okres Anna usłyszała rozgorączkowany głos Wandy:

– Wychodzę za mąż, Aniu. Może to trochę za wcześnie, ale… jestem w ciąży. Tak go kocham! Tak go kocham! Wacek jest wspaniały. Co ty na to? Będziesz druhną? – spytała.

– A twoje studia?

– Może później. Może dokończę zaocznie? A wiesz, że i Barbara wychodzi za mąż? Mówiła ci? Może uda nam się zrobić ślub w tym samym dniu – rozmarzyła się.

– A Basia za kogo wychodzi? Znam go? To ten z… prywatki?

– Mmmmm… Ten. Ale chyba nie jest to strzał w dziesiątkę. Zdaje się, że to rozwodnik z dzieckiem. Wcale mi się to nie podoba – stwierdziła Wanda.

– Rozwodnik?

– Na miłość nie ma podobno rady. – Wanda roześmiała się.

– To prawda – skwitowała Anna, znała to z autopsji. – Ale może nie trzeba tak pesymistycznie rozumować? Rozwodnicy też mają prawo do szczęścia i gdzie napisane, że są w czymś gorsi od kawalerów? A poza tym zdał test, nie poleciał na mnie – dodała humorystycznie.

– Może i tak… Test zdał, ale znając Basi szczęście… – Wanda westchnęła.

– Właśnie chodzi o szczęście, moja droga – powiedziała Anna i ani trochę w to nie wierzyła, oplątana jeszcze pajęczyną swojego snu, który znowu się powtórzył tej nocy. Aż się gięła pod jego ciężarem.

Wracając do domu, natknęła się na Kazika Kluge. Nie widziała go od bardzo dawna, nawet przelotnie. Czasami tylko wydawało się jej, że ją śledzą czyjeś oczy; pomyślała, że dzisiejsze spotkanie też chyba nie było przypadkowe?

– Masz czas? Chciałbym porozmawiać… – powiedział nerwowym głosem. Głośno przełknął ślinę.

Zawahała się krótko. Kazik to stres, Kazik to kłopoty… Kazik to napiętrzenie snów grozy.

– Dawno cię nie widziałem… Gdzie studiujesz? Na miejscu? Ja się chyba też przeniosę z Lublina… – mówił radosnym tonem i dla równowagi brał co kawałek głęboki oddech. Jego słowa płynęły jak lawina. Nie dopuszczał jej do głosu, już doskonale opanowany.

– Właśnie wracam od Wandy. Pamiętasz ją? Za miesiąc bierze ślub. Trochę się zasiedziałam i muszę już wracać, bo umówiłam się z Waldkiem – poinformowała kolegę.

– Z… z Waldkiem? – zająknął się. Poczerwieniał.

– Tak, z Waldkiem. To mój chłopak. Niedługo też mamy zamiar się pobrać – oznajmiła krótko, nie pozostawiając mu żadnych złudzeń.

– Waldek studiuje w Krakowie, czy tak? – Oblizał suche wargi.

Pokiwała głową.

– Owszem. Dobrze jesteś poinformowany. Ja też się tam przenoszę – dodała szybko.

Stał długo wmurowany w chodnik tuż przed jej domem. Przełknął ślinę.

– Naprawdę?

Ślub Wandy był wspaniały i długo niezapomniany, podobnie jak olbrzymie wesele na sto par. Jej radość i entuzjazm był aż zaraźliwy. Nie udzielił się tylko Basi, która przybyła na niego samotnie, bez Andrzeja, z którym dwa tygodnie wcześniej weszła w związek małżeński. Pojechał, jak mówiła, odwiedzić synka, aż do Radomia.

Siedziała przykuta do krzesła, raz z oczyma wlepionymi w ścianę, raz w szczęśliwą Wandę, do której uśmiechała się znienacka i nagle, jakby uwięziona w kokonie zmiennych emocji.

Co jest? – denerwowała się Anna, spoglądając na przyjaciółkę. Co się dzieje?

Dla Barbary małżeństwo niosło niewątpliwie obietnicę szczęścia i normalności, które do tej pory nie były jej dane. Dlatego tak szybko i bez rozeznania dała się mu porwać. Czyżby i tym razem jej szczęście okazało się złudne?

– Basiu, czy wszystko w porządku? – spytała Anna.

Jej biały uśmiech rozbłysnął w półmroku wielkiej sali.

– Ależ tak… Andrzej pojechał do synka. Ja chciałam być na ślubie Wandy, więc… Pójdę już – stwierdziła, spoglądając na zegarek. – Może już przyjechał – dodała niepewnym głosem.

– Odprowadzimy cię z Waldkiem – stwierdziła Anna. – Jest już noc i niebezpiecznie samej chodzić…

– Nie trzeba, Aniu, nie trzeba. Bawcie się… – powiedziała przepraszającym tonem, żegnając się z Wandą.

– Idziemy – zdecydował Waldek za Annę i za Basię.

Noc gęstniała, powietrze stawało się coraz chłodniejsze, wiatr niósł zapach jesieni. I zapach… niepokoju o Basię.

– Wiesz, Waldek, myślę sobie, że z miłością i z jej kształtem już pewnie człowiek się rodzi i albo ją później odnajduje łatwo, gdy przypadkiem oddali się na chwilę, albo też nigdy się na nie nie trafi. I tak właśnie prawdopodobnie to szczęście omija Basię – bardzo dużym kołem, a na dodatek jest płoche jak ptak, który próbując pozbierać parę ziaren rozrzuconych na ziemi, nagle przepłoszony zrywa się i ulatuje na pierwszą gałąź drzewa, by za chwilę znowu podjąć próbę zebrania ich kilku. Okazuje się, że znowu ktoś nadchodzi i nic z tego nie wyjdzie… – powiedziała cichym tonem Anna.

– Dlaczego tak sądzisz? Skąd te pesymistyczne myśli na temat Basi? Takiej cię nie znam, Aniu. – Waldek zajrzał w jej oczy. – O co tu chodzi? Gdzie Andrzej? Przecież dopiero co byliśmy na jej ślubie. – Pokręcił głową.

– Andrzej, zdaje się, dzieli swoje życie między Basią, byłą żoną i ich synkiem. No cóż, Basia sama wybrała mężczyznę z przeszłością i ze zobowiązaniami, zaskoczona swoim niespodziewanym szczęściem, a tak naprawdę ledwie zerka na stan małżeński… Tak to niestety widzę.

Waldek otoczył ją ramionami i przyciągnął do siebie.

– Z nami tak nie będzie – powiedział.

Rzuciła mu radosny uśmiech. Wyparła obawy z umysłu.

***

Strugi deszczu niemal zalały Basię, kiedy matka Anny otworzyła jej w środku nocy drzwi swojego domu. Z twarzy, z włosów, z koszuli nocnej… kapały na podłogę woda i jej łzy. Całym przemarzniętym ciałem dziewczyny wstrząsał spazm krzyku. Przez dłuższą chwilę nie była w stanie opowiedzieć, co się stało.

– Czy mogę tu zostać, proszę pani? Czy mogę spać dzisiaj z Anią? – zająknęła się, patrząc błagalnym wzrokiem. Skuliła się. Jej ciałem wstrząsały silne dreszcze.

– Ależ tak, moje dziecko. Wejdź dalej…

– Co się stało, Basiu? – Anna podbiegła, obejmując przyjaciółkę w serdecznym geście.

Wtuliła się w nią jak malutkie, bezbronne dziecko, cały czas szlochając.

– Chodźmy do mojego pokoju i uspokój się, Basiu. Pogadamy.

Weszły na górę po drewnianych schodach z kunsztownie ozdobioną balustradą. Basia usiadła ciężko na łóżku i rozszlochała się na dobre.

– Proszę cię, nie płacz… – Anna bezradnie głaskała jej ramię. Nie potrafiła w tym momencie znaleźć ani jednego odpowiedniego słowa, by ją jakoś wyciszyć.

– Wypiliśmy trochę alkoholu, no, może nie trochę, sporo… Kiedy obudziłam się, Andrzeja nie było w łóżku. On… on… kochał się z Krystyną, ze swoją byłą żoną w drugim pokoju – łkała rozpaczliwie. – Już teraz wiesz wszystko, Aniu. Jakie to straszne, jakie to straszne! – Zasłoniła oczy. – Nienawidzę go! Nienawidzę! – Barbara otarła ręką łzy, które ściekały po policzkach.

Ręka Anny zmarła na ramieniu przyjaciółki. O, nie! Tylko nie to! Wiedziała od Basi, że Andrzej co jakiś czas znika z domu i zawsze na parę dni, ponieważ jego rodzina mieszkała dość daleko, zostawiając ją z rumowiskiem myśli, bo przecież dobrze znała jego upodobania do kobiet i do alkoholu… Zdarzało się, że jego była żona nocowała u nich, kiedy przywoziła synka. Nie musiała się z tym zgadzać, ale wydawało się to mniej stresujące. Zawsze go miała na oku. I stało się. Pech? Ironia losu?

Rozległo się ciche puknięcie i weszła Maria z herbatą.

– A tu dodatkowa poduszka i ręczniki – powiedziała cichym głosem. – Niedługo kładźcie się spać, dziewczyny, to najlepsze na dziś wyjście. Noc przyniesie rozwiązanie – dodała, spoglądając z troską na zapłakaną Basię.

Jej zęby stukały o szklankę.

– Ta…a…a…k. Idziemy spać, Aniu. Jutro ci wszystko opowiem – powiedziała złamanym rozpaczą głosem.

Wtuliły się w siebie.

Wczesnym rankiem Anna wcześniej otworzyła oczy i spojrzała na przyjaciółkę. Jeszcze spała umordowana. Biedactwo…

Basia instynktownie otworzyła oczy. Było w nich morze bólu. Bóg jeden wie, jak bardzo Anna w tym momencie tłumiła w sobie żal i urazę do jej męża, ale nic nie powiedziała. Przez głowę przemknęła tylko ogromna ochota, by ją odpowiednio ustawić do tematu, po czym zapominała o tym, nauczona, by się nie wtrącać w czyjeś sprawy. Każdy człowiek swoim rozumem musi dojść do własnych wniosków i zdecydować, co chce z tym zrobić, pomyślała.

Nie zmieniało to jednak faktu, że bardzo martwiła się o nią i patrzyła z niepokojem na tę zlęknioną i bardzo, bardzo, nieszczęśliwą dziewczynę.

Instynkt ostrzegał ją przed uwikłaniem się w konflikt Basi, co stwarzało układ wręcz determinujący, nic innego nie wypadało, jak przeczekać tę historię, a drugiej strony zdawała sobie sprawę, że ktoś powinien nadać kierunek życiu tej nieszczęśliwej dziewczynie, ale kto miałby to zrobić? Nawet ich daleko już posunięta zażyłość, nie upoważniała do tego.

Nic nie mogę zrobić… – szarpała się i kładło się to na jej psychice olbrzymim cieniem. Serce tak mocno kołatało… Nic, tylko znów pojawi się jakiś makabryczny sen, pomyślała z determinacją. Jęknęła w duchu. Co jednak miała zrobić? To jest samo życie i nieuniknione w nim tego typu historie, a co za tym idzie – stres. Duży stres.

– Dziewczynki, śniadanie! – usłyszały głos Marii.

– Nie będę jeść, Aniu, nie jestem głodna. – Oczy Barbary poleciały za okno.

– Ależ oczywiście, że będziesz jeść. Ubieraj się i schodzimy do kuchni. – Anna za wszelką cenę próbowała zmienić ponury nastrój słonecznego poranka. Kurczyło się to słońce, patrząc na obie dziewczyny. Gasło. – Idziemy! – zdecydowała za Basię, pociągając ją za rękę.

Maria spojrzała ciepło.

– Zrobić wam kawy? – spytała.

Zgodnie kiwnęły głowami. I wtedy usłyszały pukanie. W drzwiach stał Andrzej z pobladłą twarzą i kwiatami w ręku. Wyglądał jak skopany, mokry od deszczu pies. Basia spłoszyła się na jego widok i cofnęła dwa kroki w tył. Maria wykrzesała z siebie coś na kształt uśmiechu i zaprosiła go do środka.

– Wróć, proszę, do domu, Basiu. Wszystko ci wytłumaczę – zaczął niepewnie. Było w nim coś z desperata.

Basia odskoczyła w tył jeszcze dwa kroki, jakby zobaczyła przed sobą upiora.

– Czy… ja mogę tu zostać, proszę pani? Ja nie chcę wracać z nim do domu. Proszę… Czy mogę tu zostać?

Maria spojrzała na nią z matczyną czułością i przygarnęła ją do siebie, całując w czoło.

– Ależ tak, dziecino. Możesz. Oczywiście. Tylko musisz sama zdecydować, co dla ciebie będzie najlepsze. Porozmawiajcie z mężem, a my z Anią wyjdziemy. Porozmawiajcie w cztery oczy. Tak będzie najlepiej – powiedziała.

– Nie, proszę nie wychodzić! Nigdzie z nim nie pójdę! To już koniec! – krzyknęła rozpaczliwie i spojrzała na męża, mrugając nerwowo powiekami. Jej ciałem znowu targnęły dreszcze. – Myślisz, draniu, że wystarczy pogłaskać mnie, ucałować, powiedzieć przepraszam i zapomnę o wszystkich tych okropnościach, jakie musiałam przeżyć? Idź stąd! Nie mogę na ciebie patrzeć. Wynoś się! – krzyknęła.

Andrzej stał jeszcze chwilę, miętosząc w rękach kwiaty, i nie mógł znaleźć ani jednego sensownego słowa. Anna z matką wyszły w pośpiechu.

– Basiu… porozmawiajmy, proszę… – Podał jej kwiaty. – Przepraszam. To nie tak, jak myślisz…

Kwiaty spadły na ziemię. Nie chwyciła ich.

– Wynoś się. Nienawidzę cię…

Zrobił głęboki wdech i powoli skierował się w stronę drzwi, bąkając coś na pożegnanie. Przystanął z ręką na klamce i spoglądając na żonę, jakby ją widział pierwszy raz w życiu.

Jej wargi stężały grymasem bólu i gniewnej niecierpliwości.

– Wyjdź! – powtórzyła, depcząc kwiaty. Kruszała, nienawidząc siebie.

– Basiu, proszę…

– Nie proś.

Starała się nadać głosowi twarde brzmienie i miała nadzieję, że Andrzej nie zauważy, jak bardzo chciałaby mu ulec.

– Na co jeszcze czekasz? Nie pójdę z tobą nigdzie. To koniec. – Zatoczyła się i wybiegła z pokoju prosto w ramiona Anny. – Czy mogę tu u ciebie, Aniu, jeszcze trochę pomieszkać? Ja nie mam dokąd pójść…

– Ależ tak. Jak długo zechcesz.

– Czy twoja mama się zgodzi…? – spytała nerwowo.

– Zgodzi. Już się zgodziła. Zrobić ci kawę? – odpowiedziała spokojnie Anna.

– Tak. Kiepsko spałam.

Siedziały naprzeciw siebie, milcząc. Basia pociągała nosem.

– Wiesz, Aniu – powiedziała – muszę ci się do czegoś przyznać. Skrywałam to przed całym światem, ale ty potrafisz to zrozumieć, wiem o tym. – Spojrzała załzawionymi oczyma i wysmarkała nos. – Moje życie z Andrzejem to prawdziwe piekło. Ja już nie mam siły, ja wariuję, odchodzę od zmysłów. Tak, od zmysłów…

– Basiu, tak nie można mówić! Jesteś zdenerwowana i masz powody, ale nie popadaj w skrajności, jeszcze wszystko może się ułożyć…

– Nie, Aniu! Nic się już nie ułoży. Nie mam co do tego żadnych złudzeń. – Rozpłakała się żałośnie. – Wszystko to razem do kupy wzięte, to całe moje z nim życie, to bagno, w które przecież wdepnęłam na własne życzenie i które wprowadziło mnie w kanał na pograniczu obłędu, to… tragifarsa. Ja zdaję sobie sprawę, że pogrążyłam się w tym bagnie już wtedy, gdy powiedziałam „tak”, ale nie sądziłam, nie przypuszczałam, że to może tak wyglądać – kontynuowała. – Brzydzę się sama siebie. Już mi się nie chce żyć! Ty nie wiesz… ty nawet nie możesz się domyślać, co kobieta musi przeżyć, przez co musi przejść. A na dodatek jestem w ciąży… – Umilkła zrozpaczona. Przez chwilę łapała powietrze. – Andrzej omotał mnie jak jakieś małe, nieporadne dziecko, któremu można wmówić wszystko. Ala ja przecież… jeszcze potrafię myśleć… Chociaż? – Zamyśliła się na moment, rozważając własne słowa. – Wiesz, Aniu, kiedyś, nie tak dawno temu, gdy pojechał do syna… Nie, nawet nie jestem pewna, czy do syna, tak mówił, a ja przestałam wtedy myśleć i pojawiły się… samobójcze zamiary. Postanowiłam ze sobą skończyć, skończyć z Andrzejem, skończyć z całym tym parszywym światem. I wiesz, że nie wyszło?! – Roześmiała się histerycznie i głośno.

Anna czuła, jak jej ciało ogarnia całkowity paraliż. Zmroziło ją, nie była w stanie wypowiedzieć ani jednego sensownego zdania, a Basia snuła dalej swoją tragiczną historię.

– …napuściłam do wanny wody, wyjęłam z jego maszynki do golenia żyletkę i postanowiłam podciąć sobie żyły… właśnie w wannie, żeby nie bolało. Ale do wody nie dało się wejść, była zbyt gorąca. Usiadłam w fotelu i po prostu… zasnęłam, czekając. A później przyszło opamiętanie.

Skryła twarz w dłoniach. Wyrzucała słowa z namysłem, wypluwając całą gorycz, całe swoje nieszczęście.

Anna patrzyła przerażona.

– Basiu…

– No tak, tam u góry, na szczęście, ktoś czuwa nade mną. – Zastanowiła się chwilę nad własnymi słowami – Na szczęście? – powtórzyła gorzko. – Może lepiej byłoby, gdyby ten mój koszmar się już wtedy skończył…

Zamarła w bezruchu, z głęboką bruzdą wyrytą na czole. Smakowała gorzko swoją największą w życiu pomyłkę. Ciemność rosła, gniotła, aż trudno było oddychać. Po chwili chwyciła oddech jak ryba zaczerpująca powietrza.

Cisza rozrastała się w całym domu. Pęczniała.

– Basiu, tak nie można! – odezwała się w końcu Anna. – Musisz się wziąć w garść. – Zabrzmiało bezradnie, głupio. – Wrócisz jeszcze z tamtej drogi świadomości, to jest pewne. Już wkrótce. Żyjesz! Będziesz mieć dziecko. – Umilkła wyczekująco.

Basia potrząsnęła gwałtownie głową.

– A wiesz, jak to jest, Aniu? Człowiek nie jest przekonany do końca, lecz w takich sytuacjach gotowy na wszystko. Rozum jest za ścianą i szczęściem jest, gdy jednak wraca, a do mnie wrócił. – Uśmiechnęła się słabo. Po dłuższej przerwie dodała: – Cieszę się, Aniu, że jednak wtedy usnęłam. Zresztą nie wiem, czy się cieszę… Nic już nie wiem. – Umilkła. W powietrzu zawisła cisza.

Anna zastanawiała się, co ma powiedzieć, co powinna zrobić, żeby jej słowa trafiły do tej nieszczęsnej dziewczyny. Czy coś mogła jednak zrobić?

Basia wciąż powtarzała swoje.

– Ja nie mam nawet już złudzeń. Nie mam nic. Andrzej odarł mnie nawet z mojej godności. – Zacisnęła pięści.

– To nie tak, Basiu…

– A jak?!

– Myślę, że tu trzeba czasu, i dla ciebie, i dla Andrzeja. Musisz z nim jednak rozmawiać. I dobrze się stało, że wyszłaś ze swojej skorupy. Czasami trzeba się otworzyć do przyjaciół. To pomaga. – Anna spojrzała z serdecznością. – Prawda, że czujesz się już lepiej? Mam nadzieję że weźmiesz się w garść – dodała, niezupełnie przekonana, że jest to możliwe.

– Nie wiem, Aniu, czy potrafię. Nic już nie zostało. Nic! Jestem mała, słaba i głupia!

– Nie jesteś głupia! Nie ulega wątpliwości, że twoje zaufanie do męża zostało mocno nadszarpnięte, tak jak to, że Andrzej bardzo cię skrzywdził, ale musisz sobie wszystko poukładać… i przynajmniej próbować coś z tym zrobić. Życie jeszcze przed tobą i będziesz miała dziecko. To cudowne, a dziecko musi mieć przecież ojca. – Umilkła.

– Lepiej, żeby nie miało takiego ojca – przerwała jej gorzko. – Wiesz… czeka mnie pewnie długa, samotna droga, i boję się, czy dam radę? Gdzie ja pójdę z dzieckiem? Ja nie mam rodziców, Aniu. – Rozpłakała się. Upiła łyk kawy. – Wiesz, to już ósmy miesiąc…

– Tak? – Oczy Anny zrobiły się okrągłe jak spodki. Ciąży w ogóle nie było widać. – Nic pochopnie, Basiu. Rozwiązanie przyjdzie samo, zobaczysz. – Chciała w to wierzyć. Bardzo chciała.

– Zawołaj, Aniu, mamę.

Maria weszła jak zwykle uśmiechnięta.

– Dlaczego całe śniadanie stoi nietknięte? – zapytała, spoglądając na Basię. – Chcesz z nami jakiś czas pomieszkać, czy tak? – wyprzedziła jej słowa.

– Jeślibym mogła… Ja nie mam gdzie iść, a jestem w ciąży. Nie mam już nikogo. Ostatnio mieszkałam w Domu Dziecka, a tam mnie nie przyjmą – mówiła szybko, połykając słowa.

– Oczywiście, możesz tu z nami pomieszkać, ale to nie rozwiązuje sprawy. Trzeba spotkać się z mężem i spokojnie o wszystkim porozmawiać – poradziła. – Nie jesteś w stanie mu wybaczyć?

– Nie.

– No to zobaczymy… U nas zawsze masz miejsce. Nic się nie bój, a teraz wcinajcie te kanapki, bo już wyschły na wiór. Niedługo podam obiad.

Do kuchni wszedł ojciec Anny.

– Mamy lokatora? Fajnie. Daj, Marysiu, coś na ząb, a potem wypijemy po kieliszeczku naleweczki z porzeczek. Sam robiłem, ma niewiele procent i dziewczyny też mogą się napić – dodał.

Anna odetchnęła. Jej ojciec zawsze umiał rozładować sytuację. Ale tej nocy i tak nie mogła spać, choć Basia wydawała się wyciszona.

Pozostał osad niepokoju. Barbara była w wyjątkowo trudnej sytuacji. Jest słaba i każde następne wydarzenie tego typu może być tragiczne w skutkach – myślała, gdy już leżały w łóżkach. Tego, co się wydarzyło, nie mogła pojąć. Znała takie historie tylko z książek, a do takich spraw nie przywykła, żyjąc w zupełnie innym świecie. Tak bardzo by jej chciała pomóc, ale tylko stała otoczona kręgiem jej nieszczęść, zupełnie bezradna i dławiąc się jej tragedią.

Andrzej przychodził codziennie. Przynosił kwiaty, błagał, przekonywał, tłumaczył… Obie z mamą stały z tyłu, nie ingerując w jej sprawy. W końcu nieufność Basi zmalała w cieple jego oddechu i wróciła z nim do domu. Po kilku tygodniach urodziła malutką Kasię.

Było to najcudowniejsze dziecko, jakie widział świat, i pewnie dopiero wtedy przypłynęło do niej na złotych lokach Kasi, jej dzieciątka, to szczęście, którego tak pragnęła.

Anny szczęście zachmurzyło się prawie natychmiast, w kilka zaledwie nocy, odkąd Basia wróciła do swojego życia z Andrzejem.

Chłodny dotyk uciekającej myśli wciąż trwał na straży, bo i jakże mogło być inaczej? Wciąż się o nią przecież martwiła, a psychikę znowu toczył robak, nękając niewytłumaczalnymi lękami. Zawsze w takich momentach jej życia, gdy myśli krążyły przerażone, przychodziły wizje.

…Złote loki Kasi rozrzucone na drodze, przerażający zgrzythamulców, potworny huk, eksplozja szkła… Łoskot ten sprawił, żeobudziła się owianą grozą.

Dźwięk zdawał się oddalać, ale przenikliwy blask rozświetlił jużślepą twarz nocy.

Nie zmrużyła oka do białego rana, próbując przemalować ten obraz. Była tak udręczona, że nie potrafiła się skupić, nie potrafiła dobrać odpowiedniej farby… Ciągle przychodziła ta czerwona, jak krew… i złota jak loki Kasi…