Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przełamać lody - Lucy Clark

„Dystans. Koncentracja. Opanowanie. To był jej patent na życie. Wiedziała, że nie powinna tak się nad Benem pastwić, ale to było silniejsze od niej. Za każdym razem, gdy był dla niej miły, wyprowadzał ją z równowagi. Doświadczenie nauczyło ją, że mężczyźni są mili tylko wtedy, kiedy czegoś chcą. A więc czego chce od niej Ben?”.

Opinie o ebooku Przełamać lody - Lucy Clark

Fragment ebooka Przełamać lody - Lucy Clark

Lucy Clark

Przełamać lody

Tłumaczenie: Krystyna

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Na oddziale ratunkowym szpitala ogólnego w Canberze Darlę Fairlie powitał wybuch dziewczęcego śmiechu, któremu towarzyszył głęboki, starannie modulowany męski głos. Zaraz przywołam ich wszystkich do porządku, pomyślała Darla. Tu jest praca, a nie nocny klub.

Z gniewną miną wkroczyła do pokoju pielęgniarek i ostentacyjnym gestem rzuciła na biurko plik teczek z dokumentami. Wejście szefowej zmroziło atmosferę i pielęgniarki wróciły do swych zajęć. Darla wiedziała, że przezywają ją Królową Śniegu, lecz wcale się tym nie przejmowała. Wręcz przeciwnie, uważała, że utrzymanie dystansu między nią a podległym jej personelem pomaga sprawnie kierować oddziałem. Jeśli sieje postrach, to trudno.

Jedyną osobą, która pozostała bezczynna, był wysoki brunet, który z rękami założonymi na piersi stał oparty o biurko i przyglądał się jej z nieskrywanym zainteresowaniem.

Darla posłała mu chłodne spojrzenie, lecz mężczyzna nawet nie drgnął. Nie znała go, ale zawieszony na szyi stetoskop świadczył, że jest lekarzem.

Wyprostowała się, również skrzyżowała ręce na piersi i chłodnym tonem przemówiła:

– Jeśli skończył pan flirtować z moimi dziewczynami, byłabym wdzięczna, gdyby wrócił pan na swój oddział.

Miała nadzieję, że teraz intruz potulnie się oddali, zawiodła się jednak. W błękitnych oczach bruneta pojawił się ironiczny błysk.

– To pani jest tą Królową Śniegu – stwierdził i wyciągnął rękę na powitanie.

Darla zmobilizowała całą siłę woli, aby nie okazać irytacji. Logika wskazywała, że skoro brunet się jej nie boi, musi być kimś ważnym. A może to członek zarządu? Może przyszedł ocenić jej pracę? Przez ostatni rok Darla pełniła obowiązki ordynatora oddziału ratunkowego i teraz zaczęła ubiegać się o to stanowisko na stałe.

Wiedziała jednak, że zarząd czeka na powrót doktora Benedicta Goldmarka z rocznego urlopu naukowego i na jego decyzję. Jeśli zechce objąć dawne stanowisko, będzie musiała szukać sobie nowej pracy. Jeśli natomiast zdecyduje się ustąpić, zarząd musiałby być złożony z samych idiotów, gdyby pozwolili odejść specjalistce tej klasy, co ona. Na wszelki wypadek postanowiła być uprzejma i podała nieznajomemu rękę, starając się, aby uścisk jej dłoni był zdecydowany.

– Brr… Trochę zimna. A ja sądziłem, że wróżki to istoty słodkie, szczęśliwe i promienne. – Brunet uśmiechnął się, pokazując idealnie równe zęby.

Darla poczuła suchość w gardle. Zazwyczaj, gdy mężczyzna okazywał zainteresowanie nią jako kobietą, instynkt samozachowawczy kazał jej robić wszystko, by go do siebie zniechęcić. Wiedziała jednak, że jeśli ten lekarz przyszedł ją oceniać, musi mądrze rozegrać to spotkanie.

– Jak pani myśli, dlaczego wszyscy tutaj uważają, że doktor Darla Fairlie ma serce z lodu i spojrzenie ze stali?

Dopiero teraz Darla uświadomiła sobie, że ten mężczyzna stroi sobie z niej żarty. Krew się w niej zagotowała. Jak on śmie nachodzić ją na oddziale i drwić z niej w obecności podwładnych?!

– Ma pan nade mną przewagę, doktorze… – Zawiesiła głos w oczekiwaniu.

– Och, gdybym powiedział pani, kim jestem, zepsułbym sobie całą zabawę, a przyznam, że bawię się znakomicie.

Darla usłyszała za plecami parsknięcie śmiechem. Zorientowała się, że całą tę scenę bacznie obserwują pielęgniarki i cieszą się, widząc, jak ktoś uciera nosa ich wyniosłej szefowej. Nie mogła dłużej tego tolerować. Oswobodziła rękę i zaproponowała:

– Może dokończymy rozmowę w moim gabinecie?

Z tymi słowami odwróciła się i wyszła z pokoju, odprowadzana tłumionymi chichotami.

Nie pierwszy raz się z niej śmiano. Nienawidziła tego. Nie znosiła, gdy brano ją za idiotkę. Kiedy była młodsza, starała się jakoś dopasować do otoczenia, lecz w końcu uznała, że nie warto zabiegać o przyjaźń mało wrażliwych ludzi. Dystans. Koncentracja. Opanowanie. To był jej patent na życie.

Nie sprawdzając, czy niebieskooki brunet idzie za nią, ruszyła korytarzem, po drodze starając się uporządkować myśli. Dopiero gdy wsunęła kartę magnetyczną w zamek drzwi gabinetu, obejrzała się za siebie. Nieznajomy niespiesznym krokiem, witając się z mijanymi osobami, powoli się do niej zbliżał. Darla uznała, że trwa to zbyt długo, weszła do środka i zamknęła drzwi.

Usiadła za biurkiem, na którym panował idealny porządek, i czekała. Gdzie on się podziewa?! Czyżby uznał, że zamknięte drzwi to znak, iż zmieniła zamiar i nie chce z nim rozmawiać?

Zamknęła oczy, wzięła głęboki oddech. Po chwili tuż za drzwiami usłyszała głęboki głos nieznajomego. Gwałtownie otworzyła oczy i postanowiła, że teraz ona każe mu czekać. Podniosła słuchawkę i wystukała numer oddziału intensywnej opieki kardiologicznej.

– Mówi doktor Fairlie. Chciałam się dowiedzieć o…

Głos uwiązł jej w gardle. W otwartych drzwiach gabinetu stał brunet. W dłoni trzymał kartę magnetyczną, którą się posłużył, aby otworzyć zamek.

– Och, przepraszam – szepnął, widząc Darlę ze słuchawką w dłoni. Zamknął drzwi i rozejrzał się po pokoju.

– Halo? Doktor Fairlie? – rozległo się w słuchawce.

– Tak, tak. Jestem – odparła Darla, która już zdążyła ochłonąć. – Chodzi mi o panią Carey.

– Jej stan się poprawia. Wysłać pani doktor mejla z wynikami ostatnich badań?

– Tak. Proszę. I dziękuję. – Darla się rozłączyła. Wstała i zażądała od intruza wyjaśnień: – Kim pan właściwie jest? Dlaczego ma pan kartę magnetyczną do mojego gabinetu i jak pan śmie podrywać mój autorytet? Na moim oddziale nie toleruję niesubordynacji.

– Na pani oddziale? – Brunet pokręcił głową. – Czyżbym się przesłyszał?

Darla wpatrywała się w niego, jakby przybył z Marsa. I nagle dotarło do niej, kim jest nieznajomy. W końcu kto inny mógłby kartą magnetyczną otworzyć drzwi tego gabinetu, jeżeli nie lekarz, którego przez ostatni rok zastępowała?

– Doktor Goldmark?

Brunet rozpostarł szeroko ramiona i obrócił się powoli wokół własnej osi. Darla miała teraz szansę dokładnie mu się przyjrzeć. Szerokie ramiona, długie nogi, muskularny tors, figlarne ogniki w spojrzeniu.

– We własnej osobie i… – skłonił się – do usług.

Był przystojny i wiedział o tym. Kiedy Darla to sobie uświadomiła, łatwiej jej było nabrać do niego dystansu. Powoli usiadła z powrotem w fotelu, oparła ręce na blacie biurka i splotła dłonie.

– Spodziewaliśmy się pana dopiero jutro.

– Cóż… – Benedict Goldmark zajął jedno z dwóch krzeseł stojących przed biurkiem. – Załatwiałem mnóstwo spraw administracyjnych w biurze i pomyślałem, że zajrzę i przywitam się, zanim jutro stawię się na dyżur.

Był w biurze? Czy to znaczy, że podjął decyzję? Ma zamiar wrócić na poprzednie stanowisko? Darla czuła się kompletnie zdezorientowana, a tego nie lubiła. Niemniej zdawała sobie sprawę, że dopóki nie dowie się czegoś konkretnego, musi postępować bardzo dyplomatycznie.

– A więc to było powitanie, tak? Mnie się wydawało, że raczej przeszkadzanie w pracy.

Chociaż bardzo się starała, aby jej głos nie brzmiał zbyt karcąco, nie była pewna, czy się udało.

– Bo nie słyszała pani całej historii z Tarparnii, którą właśnie opowiadałem. – Darla wymownie milczała. – Byłem na zupełnym odludziu, zakładałem szwy mężczyźnie poszkodowanemu w wyniku sprzeczki i wtedy zjawiła się małpa…

– Nie jestem specjalnie zainteresowana, doktorze Goldmark – ucięła Darla.

– Wystarczy Benedict albo po prostu Ben. Reaguję na oba imiona. Odpowiadam również na „hej ty” i „ea-wekapla”, co w miejscowym języku znaczy to samo…

– Doktorze Goldmark! – zawołała zdesperowana Darla.

– Słucham? – odpowiedział z miną niewiniątka, chociaż zdawał sobie sprawę, że przeciągnął strunę.

Intrygowała go kobieta, która objęła jego stanowisko, podczas gdy on przebywał na urlopie naukowym, i droczenie się z nią sprawiało mu przyjemność, zwłaszcza że większość personelu trochę się jej bała. Jego zdaniem swobodniejsza atmosfera i sympatia podwładnych przynosiły lepsze efekty.

Niemniej, będąc rano w biurze, przeczytał sprawozdania i przekonał się, że pod kierunkiem Darli oddział działał bez zarzutu. To utwierdziło go w postanowieniu, aby nie wracać na stanowisko dyrektora. Po roku spędzonym na Tarparnii i pracy z ekipą organizacji pomocy medycznej dla regionu Pacyfiku, w której biurokracja została ograniczona do minimum, przestał mieć ochotę zajmować się papierkami.

– W dalszym ciągu pełnię obowiązki dyrektora i nic mi nie wiadomo, abym została z nich zwolniona, więc skoro pan oficjalnie zaczyna pracę dopiero jutro o siódmej rano, muszę prosić o natychmiastowe opuszczenie terenu szpitala. Chciałbym również przypomnieć panu, że to jest oddział ratunkowy i personel musi skupić całą uwagę na pracy – oznajmiła Darla, nie spuszczając wzroku z Benedicta. – Niestety jeśli będzie pan rozpraszał pielęgniarki opowiadaniem zabawnych anegdotek, nie będą w stanie sprostać temu wymaganiu.

Benedict lekko zwiesił głowę.

– Ma pani absolutną rację. Zasłużyłem na reprymendę. Pracowałem przez ostatni rok w atmosferze pozbawionej sztywnych rygorów i zapomniałem, jakie zasady obowiązują na oddziałach szpitalnych. Obiecuję poprawę.

Darla odetchnęła z ulgą, zadowolona, że Benedict nareszcie poważnie potraktował jej słowa.

– Niemniej – mówił dalej – zgodzi się pani chyba ze mną, że gdy na oddziale nie ma ruchu, wszystkim dobrze robi chwila odprężenia. To umacnia więzi międzyludzkie i sprzyja wytworzeniu ducha zespołowego, prawda?

– Cóż… – Darla pokręciła głową i wstała. – Nic do pana nie trafia – stwierdziła. – To dalej jest mój oddział. Nie może pan po roku nieobecności zjawić się, jak gdyby nigdy nic i uważać, że ma pan prawo zakłócić rytm pracy.

– Nawet nie próbowałem…

– Dość tego!

Benedict zorientował się, że posunął się za daleko. Starszy brat, Edward, zawsze mu mówił, że gdy zacznie komuś dokuczać, nie potrafi w porę przestać. Wydawało mu się, że dawno wyzbył się tej wady, jednak Darla Fairlie miała w sobie coś, co go prowokowało.

Rozmawiał z kilkoma kolegami w szpitalu. Wszyscy szanowali Darlę jako lekarkę, ale nikt nic bliższego nie umiał o niej powiedzieć. Pod jej kierownictwem odział funkcjonował jak szwajcarski zegarek, lecz pani ordynator trzymała się od wszystkich z daleka. Dlaczego?

– Jest atrakcyjną kobietą – stwierdził Matt. – Blondynka z brązowymi oczami. Prawdziwa piękność.

– Nie zapominaj, że jesteś żonaty – wytknął mu Ben.

– Na dodatek szczęśliwy w małżeństwie, ale to nie znaczy, że nie mogę doceniać urody innych kobiet – obruszył się Matt. – Darla Fairlie kieruje trudnym oddziałem, to znakomita lekarka i organizatorka. Potrafi mądrze rozsądzać spory. Jednak trzyma się na uboczu.

– Personel ją szanuje, ale nie lubi, tak?

– W zasadzie tak.

To dlatego po wszystkich spotkaniach Benedict postanowił zajrzeć dziś na oddział ratunkowy. Chciał zobaczyć Królową Śniegu w akcji i musiał przyznać, że był świadkiem przedniego widowiska. Na jedno tylko nie był przygotowany, a mianowicie, że klasyczna uroda Darli zrobi na nim duże wrażenie. Strój również mu się podobał. Doktor Fairlie ubrana była w kostium odpowiedni dla kobiety na stanowisku, ładnie podkreślający jej szczupłą figurę, ze spódnicą pozwalającą podziwiać zgrabne łydki.

Stała teraz przed nim z uniesioną głową, włosy miała upięte w ciasny kok, usta zaciśnięte w linijkę, brązowe oczy błyszczały gniewem, i usiłowała sprawiać wrażenie osoby pewnej siebie i świadomej swej dominującej pozycji.

– Doktorze Goldmark – zaczęła i Benedict zmusił się do słuchania, zamiast z fascynacją przyglądać się ruchom różowych warg pociągniętych delikatnym błyszczykiem. – Wystarczy tego. Przez dwanaście miesięcy był pan na urlopie naukowym i może teraz wraca pan na dawne stanowisko, lecz dopóki nie zostanę oficjalnie o tym poinformowana, wciąż tu rządzę. Nie ma pan prawa zjawiać się tutaj i gwizdać na dyscyplinę pracy, jakiej wymaga oddział. Byłabym wdzięczna, gdyby na terenie szpitala ograniczył pan swoje naturalne zapędy i nie odgrywał żartownisia.

Starała się mówić tonem zdecydowanym i rzeczowym, cały czas patrząc w hipnotyzujące niebieskie oczy przeciwnika. Uwagi Darli nie uszło taksujące spojrzenie, jakim objął jej postać, lecz jeśli poczuła satysfakcję z tego, że wzbudziła zainteresowanie, to natychmiast ją w sobie zdusiła.

– Zrozumieliśmy się?

– Tak, ale…

– Nie, doktorze Goldmark. Żadnych ale.

– Ale ja tylko…

Uniosła ręce, jakby chciała go powstrzymać.

– Nie chcę tego słuchać.

Benedict zamilkł. Przez chwilę przyglądał się Darli, a potem kiwnął głową i powoli wstał z krzesła. Pocierając podbródek kciukiem i palcem wskazującym, zaczął:

– Poruszyła pani kilka bardzo istotnych spraw. Rozumiem, że istnieje gdzieś nowy regulamin obowiązujący na oddziale, prawda?

Zmarszczyła czoło. Ta łatwa kapitulacja wzbudziła jej podejrzenia. Czyżby kolejna sztuczka? Chce przeczytać regulamin, aby wybrać te punkty, które natychmiast uchyli po objęciu stanowiska? Ogarnęła ją panika. Czy nie nazbyt obcesowo potraktowała mężczyznę, który wkrótce może zostać jej szefem?

– Owszem. Istnieje.

– Znakomicie. – Zatarł ręce. – W takim razie z niecierpliwością wyczekuję roboczej kolacji dziś wieczorem, kiedy będziemy mogli wspólnie go przestudiować. – Z tymi słowami odwrócił się i ruszył w kierunku drzwi.

– Kolacji?

Zatrzymał się i obejrzał. Na jego przystojnej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.

– Tak. Roboczej kolacji. – Rozłożył ręce. – Oboje musimy kiedyś jeść, prawda? Siódma? W Delicioso, naprzeciwko szpitala?

Otworzył drzwi i wyszedł, nie dając jej szansy powiedzieć, że nie wierzy w robocze kolacje i że dzisiaj może zje ją w Delicioso, ale sam.

ROZDZIAŁ DRUGI

Nie minęły trzy minuty od wyjścia Benedicta Goldmarka z gabinetu, kiedy na oddziale ogłoszono pełną mobilizację. Darla wybiegła na korytarz, gdzie natknęła się na Matrice, pielęgniarkę odpowiedzialną za rejestrację pacjentów, która przekazała jej informacje z ostatniej chwili.

– Dwie karetki już jadą. Następne w drodze.

– Wezwij dodatkowy personel i zawiadom ortopedię – poleciła Darla.

Zdążyła włożyć fartuch lekarski na garsonkę, gdy rozległ się sygnał karetek podjeżdżających pod szpital.

– Proszę o raport – za plecami usłyszała znajomy męski głos. Obejrzała się i zobaczyła Benedicta Goldmarka zmierzającego do umywalki.

Najchętniej powiedziałaby mu, że nie potrzebują dodatkowych lekarzy, że dadzą sobie radę sami, lecz doskonale wiedziała, że minie dobre dwadzieścia minut, zanim przybędą posiłki. W tej chwili liczyli się wyłącznie pacjenci i dlatego obecność Benedicta była nieoceniona.

– Zderzenie dwóch autokarów, turystycznego i szkolnego. Obaj kierowcy ciężko ranni. Dwoje rodziców i grupa dzieci nadal są uwięzieni w autobusie, lecz nikt nie doznał poważnych obrażeń – relacjonowała Matrice.

– Na pewno są w szoku – odezwał się Benedict. – Dotrą tutaj później. Co jeszcze?

– U kilku ofiar urazy kręgosłupa szyjnego, rany szarpane. Autokar turystyczny na szczęście był wyposażony w pasy bezpieczeństwa, natomiast szkolny nie.

Benedict pokręcił głową.

– I pomyśleć, że żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku.

– Troje dzieci… – Darla zaczęła czytać na głos dane z kartki, którą wręczyła jej Matrice – dziesięć, jedenaście i dziesięć lat, ma liczne złamania. Wciąż są na miejscu wypadku. Te karetki przywiozły kierowców. Wstępne badania wskazują, że kierowca autobusu turystycznego nie jest w tak ciężkim stanie, jak kierowca autobusu szkolnego. Doktorze Goldmark – Darla spojrzała na Benedicta – razem zajmiemy się tym pacjentem. W ten sposób szybciej się uwiniemy i będziemy gotowi na przyjęcie następnych ofiar.

Przy okazji przekonam się, co pan umie i czy jest pan tak dobry, jak mi mówiono, dodała już w myślach. Kiedy zaczynała pracę w szpitalu, wiele osób wychwalało umiejętności Benedicta, jego dokładność i zdolność natychmiastowego przystosowywania się do sytuacji. Darla cieszyła się, że zobaczy go w akcji, ponieważ gdyby musiała ustąpić, chciałaby wiedzieć, że zostawia oddział w dobrych rękach.

– Matrice, ty i doktor Carmonti będziecie kierowali drugim zespołem.

– Oczywiście.

Benedict domyślał się, że Darla chciała z nim pracować, aby ocenić jego kwalifikacje, a gdy przywieziono pierwszą ofiarę i zostawiła mu inicjatywę, nabrał pewności.

– Krew do transfuzji.

– Wenflon.

– Jak pacjent się nazywa?

– Źrenice jednakowej wielkości, reagują na światło.

– Carlos? Carlos? Słyszysz mnie?

– Kroplówka z osoczem, cito.

– Carlos? Jesteś bezpieczny. Zajmiemy się panem. Ja nazywam się Ben.

– Rusza się. Szarpie.

– Trzymajcie go.

– Carlos? Jest pan w szpitalu.

– Carlos? Ja nazywam się Darla. Proszę się nie ruszać. – Ben z zadowoleniem stwierdził, że łagodny tembr głosu Darli podziałał na mężczyznę uspokajająco. – Zaraz dostanie pan środek na uśmierzenie bólu.

– Już dobrze. Spokojnie. – Ben rozejrzał się dookoła, chcąc sprawdzić, czy nikt nie ucierpiał podczas szarpaniny z pacjentem. Potem kontynuował badanie. – Podejrzenie złamania prawego łokcia i kości promieniowej. Złamanie lewej kości piszczelowej i strzałkowej. Niewykluczony uraz miednicy.

– Dobra robota, doktorze Goldmark – stwierdziła Darla, kiedy Ben wypisywał zlecenie dla pracowni rentgenowskiej.

– Dziękuję – mruknął.

Nie wiedziała, co odpowiedzieć, skinęła więc tylko lekko głową. Była pewna, że znowu z niej kpi, lecz musiała przyznać, że w przeciwieństwie do innych robił to w sympatyczny sposób.

– Teraz, kiedy już zyskałem pani uznanie jako lekarz – ciągnął Benedict – będę zaszczycony, jeśli przyjmie pani zaproszenie na kolację. – Chciał jej powiedzieć, że złożył rezygnację ze stanowiska ordynatora i zgodził się zostać jej zastępcą, najpierw jednak musiał się dowiedzieć, czy Darla przyjdzie. – Omówimy nowy regulamin i będzie pani miała pewność, że dokładnie wiem, na czym polegają nowe zasady.

– Nie jest pan pięcioletnim dzieckiem, doktorze Goldmark – odparła – i nie widzę powodu, dla którego miałabym pana prowadzić za rączkę i wyjaśniać, na czym polega życie.

Uśmiechnął się mimowolnie.

– Już odebrałem nauki o tym, na czym polega życie. Może przejdziemy od razu do lekcji o ptaszkach i pszczółkach?

Westchnęła głośno.

– Czy pan nigdy nie przestaje?

– Dopiero kiedy osiągnę cel. Wiem, że każe mi pani siedzieć samotnie w restauracji. Wyobraża sobie pani, że jestem głupi? Nic z tego.

– Myli się pan. Zawsze mogę sobie wyobrazić, że jest pan głupi.

Odpowiedział jej gromki śmiech Benedicta. Ku swojemu zaskoczeniu Darla stwierdziła, że sprawiło jej to przyjemność. Rozśmieszyła go! W życiu nigdy nie udało jej się nikogo doprowadzić do śmiechu.

– Dziś nie zdołam – dodała w końcu i na moment zamknęła oczy.

– Doprawdy? Szkoda. Następne dwa wieczory mam zajęte, a potem… Cóż, potem moje złe nawyki trudno już będzie wykorzenić.

Benedict wziął sobie teraz za punkt honoru wymóc na Darli obietnicę, że zje z nim kolację. Nie ulegało wątpliwości, że jest nie tylko wybitną specjalistką w swej dziedzinie, lecz również świetną administratorką. Intrygowało go jednak, że nikt z personelu nie zdołał niczego się o niej dowiedzieć. Znali ją tylko jako sprawną szefową.

Kim jest Darla Fairlie? Dlaczego jest ciągle taka spięta i nieprzystępna? Po zawodzie, jaki go spotkał ze strony Caroliny, unikał kobiet, ale skoro będzie musiał współpracować z doktor Fairlie, chciał trochę lepiej ją poznać.

Darla gwałtownie otworzyła oczy.

– W porządku. O siódmej. I niech się pan nie spóźni. – Wskazała kartę Carlosa. – I proszę uzupełnić dokumentację. Bezzwłocznie.

Brawo! Sukces! Benedict zasalutował.

– Tak jest, doktor Fairlie.

Co chwila spoglądał w kierunku drzwi. Czy Darla na pewno przyjdzie? Czy należy do kobiet, które dotrzymują słowa? Wkrótce się o tym przekona.

Restauracja znajdowała się na wprost szpitala i dużą część gości stanowili jego pracownicy, którzy przychodzili albo po dyżurze albo przed, toteż obok pizzy i makaronów cały dzień można tu było zjeść jajka na bekonie. Właściciel, George, znał wszystkich i wszyscy jego znali.

Gdy Benedict stanął na progu, George powitał go jak dawno niewidzianego przyjaciela wracającego do domu po długiej podróży.

Benedict spojrzał na grupę roześmianych rozmawiających z ożywieniem pielęgniarek, najwyraźniej odreagowujących stres po ciężkim dyżurze, a kiedy znowu zerknął na drzwi wejściowe, zobaczył, że kobieta, na którą czekał, zmierza w jego stronę. Poprawił się na krześle, a tymczasem George podbiegł do Darli. Na jego widok uśmiechnęła się ciepło i Benedict wprost oniemiał z zachwytu. Zorientował się, że Darla jest sztywna i wymagająca tylko w szpitalu, a poza jego murami zmienia się w uroczą kobietę. Zastanawiał się, kiedy na niego spojrzy tak samo przyjaźnie, jak na George’a.

Kiedy George przyprowadził Darlę do stolika, Benedict zerwał się z miejsca i odsunął dla niej krzesło.

– Można podawać? – George mrugnął porozumiewawczo do lekarza.

– Tak. Dziękuję.

Darla położyła na blacie przyniesioną z sobą szarą kopertę, wyraźnie dając do zrozumienia, że spotkanie ma charakter oficjalny.

– Pozwoliłam sobie wydrukować regulamin obowiązujący na oddziale ratunkowym – oznajmiła. – Dysponuję zaledwie godziną, więc proponuję, abyśmy od razu przeszli do rzeczy.

– Na pewno nie chce pani najpierw się czegoś napić? Kieliszek wina? Może piwo?

– Nie piję alkoholu.

Była to pierwsza informacja o charakterze osobistym i postanowił ją zapamiętać.

Darla spodziewała się, że Benedict zacznie ją wypytywać, dlaczego jest abstynentką, lecz on tylko kiwnął głową i zaproponował: