Przeklęty ślub - Barbara Dunlop - ebook
Opis

To dopiero! Jesteś multimilionerem, podczas zabawy firmowej w Las Vegas zawierasz dla żartu ślub, a potem okazuje się, że małżeństwo jest legalne. Postanawiasz odżałować milion dolarów albo dwa, uzyskać szybko rozwód i zakończyć ten żart. Ale „żona” nie chce pieniędzy, lecz czegoś zupełnie innego...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 155

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Barbara Dunlop

Przeklęty ślub

Tłumaczenie: Barbara

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Zach Harper, wysoki ciemnowłosy mężczyzna o stalowym spojrzeniu, był ostatnią osobą, którą Kaitlin Saville spodziewała się zobaczyć u siebie w domu. To z jego powodu pakowała swój skromny dobytek, zmuszona do opuszczenia Nowego Jorku.

Obserwowała go z pozornym spokojem, mając nadzieję, że na jej twarzy nie widać śladu łez.

– Mamy problem – oznajmił bez zbędnych wstępów. W lewej ręce trzymał czarną skórzaną aktówkę.

Miał na sobie elegancki garnitur i śnieżnobiałą koszulę, do tego czerwony jedwabny krawat i złote spinki do mankietów. Jak zwykle świeżo ogolony i świetnie ostrzyżony, emanował energią.

– My? – zapytała z naciskiem, podwijając palce w puchatych skarpetach.

Ubrana w sprany podkoszulek i dżinsy, wmawiała sobie, że wcale nie wygląda niechlujnie, tylko swobodnie. We własnym domu ma chyba do tego prawo. Zach natomiast nie powinien był tu przychodzić. Już chciała zamknąć drzwi, gdy szybko je przytrzymał. Na wypielęgnowanych palcach nie nosił sygnetów, za to na przegubie pysznił się wysadzany brylantami platynowy zegarek Cartiera.

– Kaitlin, ja nie żartuję.

– A ja się nie śmieję. – Miała w nosie ewentualne problemy wszechpotężnego Zacha Harpera. Nie dość, że facet wylał ją z pracy, to jeszcze pozbawił możliwości wykonywania zawodu architekta w Nowym Jorku.

– Czy mogę wejść?

– Nie.

Niech sobie będzie władcą imperium Harper Transportation, a także królem firmowych imprez na Manhattanie, ale nie ma wstępu do jej mieszkania, zwłaszcza z kolekcją koronkowej bielizny na widoku.

– To sprawa osobista – wycedził przez zęby.

– Nie uważam cię za przyjaciela – odparowała.

W istocie był jej wrogiem, bo tak należy nazwać człowieka, który niszczy komuś życie. Nieważne, że ów człowiek jest przystojny, inteligentny, wpływowy i znakomicie tańczy. Utracił wszelkie prawa.

Zach powiódł wzrokiem po wąskim ciemnawym korytarzu, wyłożonym wytartym dywanem. Położone na piątym piętrze mieszkanie Kaitlin znajdowało się na końcu, obok stalowych drzwi przeciwpożarowych.

– Dobrze – oznajmił. – Załatwimy to tutaj.

Nigdy więcej nie chciała niczego z nim załatwiać. Z kamienną miną zaczęła się wycofywać.

– Pamiętasz tamtą noc w Vegas?

Kaitlin zastygła w pół ruchu. Nigdy w życiu nie zapomni firmowego przyjęcia w Bellagio przed trzema miesiącami. Oprócz piosenkarzy, tancerzy i akrobatów, którzy zabawiali tłum pięciuset gości korporacji Harpera, na scenie pojawił się sobowtór Elvisa, który namówił ją i Zacha, aby wzięli udział w ślubnej ceremonii na niby.

Wtedy myślała, że to po prostu zabawne. Jej poczuciu humoru z pewnością dopomogły liczne koktajle z martini. Natomiast z perspektywy czasu całe to zdarzenie wydawało się raczej upokarzające.

– Dokument, który podpisaliśmy? – pytał dalej, ponieważ milczała.

– Nie wiem, o czym mówisz – skłamała.

W rzeczywistości akurat dziś rano natknęła się na akt ich fikcyjnego ślubu. Tkwił w komodzie za okładką cienkiego albumu ze zdjęciami, pod stosem dżinsów. To głupie, że zachowała tę pamiątkę, lecz wieczór przetańczony w ramionach Zacha zapamiętała jako prawdziwie magiczny. Otrzeźwienie z irracjonalnych fantazji zabrało jej kilka dni. Była po prostu śmieszna. Już w następnym tygodniu facet zniszczył jej życie.

– Jest ważny – powiedział z zaciętą miną.

– Co jest ważne?

– Nasze małżeństwo.

Kaitlin milczała. Czy Zach sugeruje, że podpisali prawdziwy akt zawarcia związku małżeńskiego?

– To ma być żart? – spytała ostrożnie.

– A czy ja się śmieję?

To prawda, był raczej ponury. Zresztą rzadko się śmiał, podobnie jak nie lubił żartów. Przekonała się poniewczasie, że tamten wieczór w Vegas należał do wyjątkowych.

– Pobraliśmy się, Kaitlin – oznajmił, mierząc ją twardym spojrzeniem.

Nieprawda. To przecież była tylko zabawa.

– Elvis ma licencję stanu Nevada – poinformował.

– Byliśmy nietrzeźwi – przypomniała mu.

– Facet wystawił nam akt ślubu.

– Skąd wiesz? – Gorączkowo zastanawiała się nad konsekwencjami tego stanu rzeczy.

– Od prawników. Czy teraz mogę wejść?

No tak, stosy kryminałów na kanapie, kolorowe czasopisma na stoliku do kawy, pokaźna garść paragonów świadczących o manii kupowania, a także pudełko niedojedzonych pączków. Jeśli jednak Zach mówi prawdę, nie może go teraz spławić. Postanowiła się nie przejmować jego opiniami. Co z tego, że ma słabość do pączków? Za kilka dni pan Harper zniknie z jej życia, a ona będzie musiała zostawić wszystko, co kocha, i zacząć od nowa, w Chicago albo Los Angeles.

Kaitlin nie cierpiała przeprowadzek. Tyle razy zaczynała wszystko od nowa, przenosząc się z jednego domu dziecka do kolejnego. Od rozpoczęcia nauki w college’u mieszkała w tej starej kamienicy. Było to jedyne miejsce, które mogła nazywać swym domem.

– Kaitlin? – ponaglił.

Nie mogła wydobyć głosu. Bez słowa usunęła się na bok i gestem zaprosiła, by wszedł.

Omiótł wzrokiem kartonowe pudła. Nie miał na czym usiąść, a Kaitlin nie kwapiła się, by podsunąć mu krzesło. Była pewna, że Zach długo nie zabawi. Mimo woli zerknęła na otwarte pudło z szykowną bielizną. Zach powiódł wzrokiem za jej spojrzeniem. Podeszła i ze złością je zamknęła. W jego oczach pojawił się cień rozbawienia. Wyśmiewa się z niej. Cudownie.

Pomyślała o pączkach, które pochłonęła na śniadanie. Zach nie miał grama tłuszczu, zapewne jadał rano owoce, pełnoziarniste płatki i chude mleko, a zdrowe składniki sprowadzał z Francji, a może Australii.

Oparł teczkę o stolik i otworzył zatrzaski.

– Moi prawnicy sporządzili papiery rozwodowe – oznajmił rzeczowo. Umysł Kaitlin nadal borykał się ze zrozumieniem nowiny, że zawarła małżeństwo z Harperem. Był wprawdzie przystojny, inteligentny i bogaty, ale zarazem chłodny i wyrachowany. Tylko kobieta szalona zechciałaby go za męża.

Sytuacja stawała się coraz bardziej absurdalna. Kaitlin założyła za ucho kosmyk włosów, w zamyśleniu skubiąc nefrytowy kolczyk.

– Czasem to, co się wydarzy w Vegas, ściga cię aż do domu – zauważyła z jadowitą słodyczą.

W jego policzku drgnął mięsień. Z satysfakcją odnotowała, że udało jej się wytrącić go z równowagi.

– Wolałbym, żebyś podeszła do tego z powagą – rzekł lodowatym tonem.

– Elvis udzielił nam ślubu. – Nie mogła się powstrzymać od nerwowego chichotu.

Bez słowa wyjął grubą szarą kopertę.

– Podpisz te papiery, Kaitlin.

– Och, to nie będzie miodowego miesiąca?

Wciągnął głośno powietrze i na moment pomknął wzrokiem ku jej pełnym wargom. Uderzyła ją nagle pewna myśl – czy całowali się tamtego wieczoru w Vegas? Miała wrażenie, że pamięta uścisk jego ramion, smak warg i języka. Tulili się wtedy do siebie, jakby tonęli. Przedtem sądziła, że to wytwór jej wyobraźni, teraz jednak nie była już tego pewna.

– Czy my...

– Nie rozpraszajmy się, dobrze? – poprosił.

– Dobrze. – Z wysiłkiem odsunęła od siebie te obrazy. Jeśli go nawet pocałowała, był to błąd. Im szybciej Zach zniknie, tym lepiej. Sięgnęła po dokumenty. – Zawarcie związku zajęło nam pięć minut, więc nie widzę powodu, żeby rozwód miał trwać dłużej.

– Cieszę się, że tak na to patrzysz. – Sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki. – Oczywiście masz prawo domagać się zadośćuczynienia. – Wyjął złote wieczne pióro i oprawioną w skórę książeczkę czekową. – Milion?

– Jaki milion?

Westchnął z jawnym zniecierpliwieniem.

– Dolarów. Nie udawaj głupiej, Kaitlin. Oboje wiemy, że będzie mnie to kosztowało.

Wpatrywała się w niego zdumiona. Czy Zach zwariował? Czyżby aż tak mu na tym zależało? Zmusiła się do myślenia. Są teraz małżeństwem, przynajmniej w świetle prawa. Stanowi dla niego problem. Potężny Zachary Harper rzadko miewa problemy, a już z pewnością nie takie, których nie dałoby się załatwić wypisaniem czeku na wysoką sumę. Ciekawe...

Znowu zaśmiała się, postukując kopertą w blat stolika. Nie chciała pieniędzy Zacha, lecz chętnie weźmie rewanż. Inaczej nie byłaby kobietą.

Rozwód nie musi się odbyć w ciągu pięciu minut. Jej pobyt w Nowym Jorku ma potrwać jeszcze dwa tygodnie. Choć raz w życiu pan Zach Harper będzie musiał zaczekać, aż ktoś zechce coś dla niego zrobić. Jaka szkoda, że nie może poradzić się Lindsay, swej przyjaciółki prawniczki. Wtem przyszła jej do głowy pewna myśl.

– W stanie Nowy Jork obowiązuje chyba wspólnota majątkowa?

W oczach Zacha błysnęła żądza mordu.

– Nie pamiętam, żebym spisywała intercyzę – dobiła go bez wahania.

– Chcesz więcej pieniędzy – skonstatował.

W istocie zależało jej na karierze.

– Wylałeś mnie z pracy – przypomniała mu.

– Zrezygnowałem z kontraktu z waszą firmą.

– Musiałeś wiedzieć, że będę kozłem ofiarnym. Kto mnie teraz zatrudni w Nowym Jorku?

– Nie podobał mi się twój awangardowy projekt renowacji – warknął.

– Próbowałam tylko zmodernizować budynek, w którym od pięćdziesięciu lat nie dokonywano żadnych zmian – odparowała.

– Niech ci będzie. – Spojrzał na nią z ukosa. – Wyrzuciłem cię. Przepraszam. A teraz: o jakiej sumie mowa?

Wcale nie było mu przykro, że ją wywalił. W ogóle go nie obchodziła. Przypomniał sobie o niej wyłącznie z powodu tego fikcyjnego ślubu.

– Podaj mi jeden dobry powód, dla którego powinnam pójść ci na rękę. – No tak, ona niczego mu nie ułatwi.

– Tak samo jak ja nie masz ochoty na to małżeństwo.

Trudno zaprzeczyć. Na samą myśl, że mogłaby być jego żoną, przechodził ją dreszcz. Oczywiście dreszcz niesmaku. Gdyby chodziło o innego mężczyznę, można by mówić o dreszczu podniecenia.

– Jestem żoną Zachary’ego Harpera. – Udała, że się nad tym zastanawia, rozglądając się po zagraconym mieszkanku. – Czy nie masz czasem penthouse’u przy Piątej Alei?

Nasunął skuwkę na kosztowne pióro i opuścił rękę.

– Co ty knujesz?

Uśmiechnęła się szczerze po raz pierwszy od trzech miesięcy. Nie ma obawy, Zach na to nie pójdzie.

– Chciałbyś wiedzieć, prawda? No dobrze, zostaw mi te papiery – zaproponowała miłym tonem. – W przyszłym tygodniu skontaktuję się ze swoim adwokatem.

– Dwa miliony.

– Trochę cierpliwości, Zach. – Nie dała po sobie poznać, że ta astronomiczna kwota ją zszokowała. – Zaczekaj do przyszłego tygodnia.

– Nie wiesz, na co się porywasz.

– Umiem o siebie zadbać. – Kto wie, do jakich kruczków uciekli się jego prawnicy? – Nie ufam ci, Zach – dodała zgodnie z prawdą.

Schował książeczkę czekową, zamknął teczkę, poprawił marynarkę. Chwilę później trzasnęły drzwi.

Zach wsunął się na fotel pasażera do stojącego przy krawężniku czarnego porsche carrera i z impetem zatrzasnął drzwi.

– Podpisała? – spytał Dylan Gilby, wrzucając bieg.

– Nie.

Zach uważał się za dobrego negocjatora, ale spotkanie z Kaitlin okazało się kompletną porażką. Nie przypominał sobie, by dawniej była taka uparta. Szczerze mówiąc, niezbyt dobrze ją znał. Spotkali się przelotnie kilka razy, kiedy pracowała nad projektem renowacji siedziby biura firmy. Była piękna, bystra i zabawna.

Uderzyła go zwłaszcza jej uroda. Podczas imprezy w Vegas uznał ją za najbardziej oszałamiającą kobietę w całej sali. Nawet w spłowiałych dżinsach i koszulce wyglądała zjawiskowo. Nic dziwnego, że chętnie się z nią „ożenił”.

– Zaoferowałeś jej pieniądze? – spytał Dylan.

– Oczywiście. – Pragnął rozwiązać problem szybko i bez rozgłosu. Pieniądze zazwyczaj w tym pomagały.

– I nic?

– Ma zadzwonić do prawnika. – Przyznał w duchu, że schrzanił sprawę.

– Czyli masz kłopot – podsumował Dylan, zręcznie zmieniając pas w ulicznym tłoku.

– Dzięki za wnikliwość – warknął Zach. Rozparty w fotelu przypominał sobie punkt po punkcie rozmowę z Kaitlin. W którym momencie popełnił błąd? – Może powinienem jej zaproponować więcej? Na przykład pięć milionów? Czy ludzie odrzucają taką ofertę?

– Może będziesz musiał wyjawić prawdę.

– Zwariowałeś? Mam jej powiedzieć, że odziedziczyła posiadłość mojej babki?

– Tak to wygląda – odparł przyjaciel.

Zach czuł, że rośnie mu ciśnienie. Przeżywał koszmar, wkrótce mógł być zrujnowany. Akurat Dylan powinien okazać mu współczucie.

– Mam w nosie akt ślubu z Vegas. Kaitlin Saville nie jest moją żoną. Nie ma prawa do połowy aktywów firmy, a ja prędzej zdechnę...

– Jej prawnik może być odmiennego zdania.

– Jeśli ma choć trochę rozumu, to poradzi, żeby wzięła dwie bańki i się cieszyła!

On i Kaitlin byli teoretycznie małżeństwem. Doprawdy przykra pomyłka. Babka nie mogła przecież mieć na myśli tego rodzaju stanu rzeczy, gdy sporządzała testament! Jest litera prawa i jest jego duch. Nie było intencją babki pozostawianie majątku kompletnie obcej osobie!

Nie wiedział, czy w stanie Nowy Jork obowiązuje wspólnota majątkowa. Zresztą nawet gdyby, to on i Kaitlin nigdy nie mieszkali razem, nie uprawiali z sobą seksu. Nie mieli wręcz pojęcia, że zawarli związek! Pomysł odziedziczenia przez nią połowy aktywów korporacji był wręcz groteskowy.

– Pomyślałeś o unieważnieniu małżeństwa?

Zach potaknął. Rozmawiał z prawnikami, którzy mu to odradzili.

– Nie spaliśmy z sobą, ale mogłaby skłamać.

– Zrobiłaby to?

– Skąd mogę wiedzieć? Byłem pewien, że weźmie forsę i z głowy. – Rozejrzał się. – Wpadniemy do baru?

– Nie będziesz się upijał o trzeciej po południu. Musimy wymyślić jakiś plan. – Dylan ostro skręcił w lewo, tuż przed maską nadjeżdżającej z przeciwka taksówki.

– Ona sądzi, że wylałem ją z pracy – rzekł Zach po chwili milczenia.

– A wylałeś?

– Nie.

– Wariatka? – podsunął Dylan.

– Zerwałem kontrakt z Hutton Quinn, bo nie podobał mi się plan renowacji biurowca – wyjaśnił Zach.

– A oni się jej pozbyli – domyślił się Dylan. – Nie rozumiem, dlaczego czujesz się winny? – Wjechali do podziemnego parkingu przy Saint Street.

Zach wcale się tak nie czuł. To biznes, poczucie winy nie ma tu nic do rzeczy. Nie mógł zaakceptować nieodpowiedniego projektu tylko dlatego, że kiedyś tańczył z Kaitlin, całował się z nią i uważał, że znalazł się w raju. Decyzje powodowane pożądaniem są prostą drogą do ruiny finansowej.

Dylan mu nie uwierzył.

– Znam tę minę – zaśmiał się. – Widywałem ją, kiedy w czasach szkolnych kradliśmy wino z piwnicy mojego ojca i jak macałeś cycki tej grubej Rosalyn.

Zach ze złością zatrzasnął drzwi porsche. Naprawdę nie potrzebował teraz łzawych wspomnień, a zwłaszcza nie pragnął myśleć o biuście Kaitlin Saville.

– Może na tym polega problem – podsunął Dylan z satysfakcją. – Ożeniłeś się z nią. To znaczy, że musiała ci się spodobać. Może nie jesteś na nią zły, tylko napalony.

– Wierz mi, potrafię dostrzec różnicę – warknął Zach. Zależało mu na tym, by się jej pozbyć, nic innego nie wchodziło w grę. – Jestem wściekły na nią, bo nie chce podpisać papierów, i na babkę, bo...

– To bardzo nieładnie – stwierdził Dylan.

Zach był nie tyle zły, ile zdumiony zapisem w testamencie. Dlaczego babcia Sadie naraziła na szwank rodzinną fortunę?

– Po co w ogóle umieściła ten zapis?

– Ta mądra i logicznie myśląca kobieta pragnęła, żeby twoja biedna żona nie była zdana wyłącznie na ciebie – odparł Dylan.

Zach zgadzał się w duchu z tym stwierdzeniem. Po tragicznej śmierci rodziców, którzy utonęli na jachcie, gdy skończył dwadzieścia lat, babcia Sadie była jego jedyną bliską krewną. Przez te czternaście lat ogromnie się z sobą zżyli. Zmarła przed miesiącem w sędziwym wieku, mając dziewięćdziesiąt lat. Zach sądził, że jest na to przygotowany, ale się pomylił.

Obaj z Dylanem wsiedli do windy i pojechali na najwyższe piętro wieżowca, gdzie mieściło się lądowisko dla helikopterów.

– Babcia chciała ci pomóc – rzekł przyjaciel z szerokim uśmiechem. – Z taką kasą masz większą szansę na małżeństwo z przyzwoitą dziewczyną.

– Dzięki za dobrą opinię o zaletach mojego charakteru.

– Zgodzisz się chyba, że pewne twoje cechy działają na kobiety raczej odstręczająco. Jesteś gderliwy, uparty i wymagający. Masz ochotę na whisky w środku dnia i nie jesteś już bogiem seksu.

– Odczep się. – Zach się z tym nie zgadzał. Cztery razy w tygodniu ćwiczył na siłowni i nadal przebiegał piętnaście kilometrów w niecałą godzinę.

– A ty? Jesteśmy w tym samym wieku, ale jakoś nie widzę, żebyś się spieszył do ożenku.

– Jestem pilotem. – Dylan wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Piloci są seksowni, dziewczyny zawsze na nich lecą, nawet kiedy są starzy i posiwiali.

– A ja jestem multimilionerem – bronił się Zach.

– Kto nie jest?

Winda stanęła i drzwi rozsunęły się z cichym sykiem. Znaleźli się w przeszklonym foyer, a za nim na dachu czekał żółto-czarny helikopter spółki Astral Air. Dylan zasalutował żartobliwie umundurowanemu technikowi, po czym razem z Zachem pobiegli do maszyny. Dylan włożył słuchawki i sprawdził rzędy pokręteł.

– Podrzucić cię do biura? – zapytał.

– A jakie masz plany? – Zach nie miał ochoty na rozmyślania w samotności. Najpierw chciał się przespać z problemem i zobaczyć, czy nie przyjdzie mu do głowy świeży pomysł.

– Lecę na wyspę. Obiecałem ciotce Ginny, że wpadnę.

– Czy mógłbym ci towarzyszyć?

Dylan spojrzał na niego ze zdziwieniem. Ciotka Ginny była, łagodnie mówiąc, ekscentryczką. Torturowała rodzinę grą na skrzypcach i czytaniem na głos własnych wierszy. Ponadto z niewiadomego powodu uznała, że Zachary Harper jest draniem.

– Ciotka ma dwa nowe pekińczyki – ostrzegł.

Zach się tym nie przejął.

– Spodziewam się, że twój tata nadal ma trzydziestoletnią whisky Glenlivet – rzekł z rozmarzeniem.

– To jedno jest pewne. – Dylan roześmiał się, włączając silnik.

ROZDZIAŁ DRUGI

W następnym tygodniu Kaitlin spotkała się w parku ze swą najlepszą przyjaciółką, prawniczką Lindsay Rubin. Drzewa wiśni rozkwitały, przesycając powietrze swym zapachem. Białe płatki pokrywały ścieżkę, którą obie kobiety zmierzały do stawu z kaczkami. Była pora lunchu, więc prawie wszystkie ławki zajmowali studenci i pracownicy pobliskich firm. Matki z dziećmi robiły sobie na trawie piknik.

– Skończyłam przeglądać te papiery – oznajmiła Lindsay, odgarniając z twarzy długie jasne włosy.

Ich przyjaźń datowała się od czasów nauki w college’u. Zamieszkały na tym samym piętrze akademika i od razu się do siebie zbliżyły. Lindsay wiedziała wszystko o poczynaniach Zacha i wspierała przyjaciółkę w zamiarze odpłacenia mu pięknym za nadobne.

– Czy powinnam je podpisać? – spytała Kaitlin. – Jak długo mogę go przetrzymać, żeby się trochę spocił?

– Masz o wiele lepsze wyjście – rozpromieniła się Lindsay, podając jej kopertę. – Powiedz tylko, czego sobie życzysz? Pałacu? Odrzutowca? Miliarda dolarów?

Czemu Lindsay mówi zagadkami?

– Powiedziałam ci, że nie chcę pieniędzy. Zresztą o jakim miliardzie mowa? Zaproponował mi dwa miliony.

– Sprawa przedstawia się znacznie ciekawiej – powiedziała Lindsay z radością. – Chodzi o Sadie Harper.

Kaitlin nie miała pojęcia, do czego przyjaciółka zmierza. Zważywszy na nazwisko, owa Sadie musi mieć coś wspólnego z Zachem, ale na tym jej wiedza się kończyła. Skąd nagle kwestia pieniędzy?

Lindsay zniżyła głos i rozejrzała się dokoła.

– Sadie była głową rodziny Harperów. Zmarła przed miesiącem w ich rezydencji na Serenity Island.

Ścieżka się rozwidliła i Lindsay pociągnęła przyjaciółkę w kierunku stawu. Kaitlin nadal nic nie rozumiała.

– Czytałam kopię jej testamentu – oznajmiła prawniczka. – Zostałaś w nim uwzględniona, moja droga.

– Jakim cudem? – Kaitlin nie znała żadnej Sadie Harper, mało tego, do dziś nawet o niej nie słyszała.

– Powiem więcej – ciągnęła Lindsay z coraz większą przyjemnością – na mocy testamentu jesteś jej jedyną spadkobierczynią.

Kaitlin stanęła jak wryta i wbiła w prawniczkę zdumione spojrzenie. Chyba ogłuchła z wrażenia, bo przestała nagle słyszeć uliczny zgiełk. Przechodnie i rowerzyści wymijali ją z obu stron z niechętnymi minami. Lindsay pociągnęła przyjaciółkę na bok, by nie blokowały ścieżki.

– Zapisała cały majątek żonie Zacha Harpera.

– Przestań... – wyjąkała Kaitlin.

– Nie żartuję.

– Skąd w ogóle mogła o mnie wiedzieć?

– Nie wiedziała. – Lindsay potrząsnęła ją za ramiona. – To jest właśnie najlepsze. Genialnie wymyślone!

– Lindsay – ponagliła Kaitlin niecierpliwie.

– Zach zarządza majątkiem babki, dopóki się nie ożeni – wyjaśniła przyjaciółka. – Ty jesteś jego żoną, zatem w świetle prawa masz pięćdziesiąt procent udziałów w jego korporacji.

Pod Kaitlin ugięły się kolana. Nic dziwnego, że Zach był zdesperowany i chciał się jej jak najszybciej pozbyć.

– Powtarzam pytanie: czego sobie życzysz? – zawołała radośnie Lindsay.

Oniemiała Kaitlin wetknęła jej kopertę do ręki i cofnęła się, kręcąc głową w milczeniu.