Przeklęte diamenty - Stephanie Laurens - ebook
Opis

Kapitan Caleb Frobisher przypływa do Freetown, by kontynuować misję dwóch starszych braci. Wraz z grupą marynarzy dociera do ukrytej w dżungli kopalni diamentów. Czekając na pomoc z Londynu, obserwuje obóz, w którym są przetrzymywani ludzie przeznaczeni do niewolniczej pracy. Pewnego dnia poznaje piękną kobietę, Katherine Fortescue, byłą guwernantkę opiekującą się dziećmi w obozie. Zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia. Caleb zrobi wszystko, by uwolnić Katherine.         

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 401

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Stephanie Laurens

Przeklęte diamenty

Tłumaczenie:

Jeden

Dżungla na wschód od Freetown, Brytyjska Afryka Zachodnia, 14 lipca 1824

Caleb Frobisher niestrudzenie przedzierał się przez mroczną dżunglę. Za nim gęsiego podążało dwudziestu czterech towarzyszy. Nikt się nie odzywał – upiorna cisza sprawiała, że wędrowcy mieli nerwy napięte do granic. Pod gęstym baldachimem drzew panowała tak wielka wilgoć, że wydawało się, jakby maszerowali pod wodą, jakby ciężkie powietrze wręcz oblepiało ich ciała.

– Do diaska! – wydyszał Phillipe Lascelle idący tuż za Calebem. – To musi być już niedaleko.

– Do południa jeszcze mnóstwo czasu – mruknął Caleb. – Nie powiesz mi chyba, że usychasz z pragnienia.

Phillipe prychnął.

Caleb i jego drużyna podążali szlakiem niewiele lepszym od ścieżki wydeptanej przez zwierzęta – wciąż musieli nurkować pod liśćmi palm i uchylać się przed niskimi, oplecionymi przez pnącza gałęziami.

Gdzieś przed nimi znajdował się obóz handlarzy niewolników i Caleb miał nadzieję, że wkrótce go odnajdą. Lecz choć solennie obiecywał sobie, że podczas tej misji będzie postępował zgodnie z planem – chciał bowiem udowodnić wszystkim bez wyjątku, a zwłaszcza swojej rodzinie, że można mu powierzyć tak poważne zadanie – skłonność do podejmowania ryzyka okazała się silniejsza. Zgodnie z mapą sporządzoną przez jego brata Roberta powinni byli wybrać drogę od zachodu, Caleb jednak, przestudiowawszy położenie obozu – Siedliska Kale’a – uznał, że lepiej będzie, jeśli nadejdą od północy. Z notatek Roberta wywnioskował, że handlarze mogą się spodziewać gości z zachodu i prawie na pewno od tej strony wystawią czujki. Nie była to więc najlepsza droga dla kogoś, kto zamierzał ich zaatakować.

A taki był – co chyba oczywiste – ich cel. W końcu co innego dwudziestu pięciu silnych i uzbrojonych po zęby mężczyzn mogłoby robić w tym zapomnianym przez Boga i ludzi miejscu?

Trzy dni temu Caleb na swoim „Księciu” i Phillipe na „Kruku”, korzystając z nocnego przypływu, wślizgnęli się do estuarium. Trzymając się północnego brzegu, z dala od szlaków prowadzących do Freetown, pożeglowali w głąb zatoki Tagrin, by uniknąć wykrycia. Według informacji Roberta Eskadra Zachodnioafrykańska powinna akurat znajdować się w porcie, toteż Caleb wolał uniknąć konieczności tłumaczenia się ze swoich poczynań wiceadmirałowi Deckerowi.

Wyrzucili kotwicę na południowym krańcu zatoki, w miejscu, które zdaniem Caleba znajdowało się dokładnie na północ od Siedliska Kale’a. Według mapy Roberta od obozu dzieliło ich wiele kilometrów przez dżunglę. Caleb nie miał pojęcia, czy w tym miejscu da się ją przebyć, jednak informacje, które zdobył od tubylców zamieszkujących pobliską wioskę, napawały optymizmem. Phillipe miał talent do języków – kolejny znakomity powód, by mieć go u swego boku – szybko więc nawiązał przyjazne stosunki z miejscową starszyzną. Tubylcy słyszeli, że w głębi dżungli znajduje się obóz handlarzy niewolników, i z radością wskazali drużynie Caleba ścieżkę, która – jak twierdzili – wiodła w pobliże owego obozu. Niestety, nic nie wiedzieli na temat kopalni ani żadnego podobnego przedsięwzięcia w okolicy. Mieszkańcy wioski nie mieli też pojęcia, jak się nazywa przywódca handlarzy, Caleb mógł więc tylko mieć nadzieję, że nie natrafią na jakieś inne obozowisko. Wyruszyli w drogę poprzedniego dnia rano – Frobisher zostawił na żaglowcach szczątkową załogę, ze sobą zaś zabrał najsilniejszych i najbardziej doświadczonych ludzi. Zajęcie obozu nie będzie łatwe, zwłaszcza jeśli handlarze niedawno kogoś schwytali.

Obracając tę myśl w głowie, zastanawiał się, co zrobi, jeżeli okaże się, że w obozie oprócz handlarzy są też jeńcy.

Wtem, niemal nie wierząc własnym oczom, dostrzegł wśród gęstwiny jasny blask – prześwit, przez który wdzierało się światło dnia, rozpraszając wszechobecny mrok.

Wąska ścieżka, którą szli, urwała się nagle, wychodząc na szerszy, lepiej utrzymany i najwyraźniej uczęszczany szlak.

Caleb zatrzymał się i uniósł dłoń, a idący za nim mężczyźni zastygli w bezruchu. Nasłuchiwał przez chwilę. Pomruk ludzkich głosów był bardzo słaby, ale jednak słyszalny.

Phillipe nachylił się i szepnął:

– Jesteśmy jakieś dwadzieścia, dwadzieścia pięć metrów od obozu.

Caleb pokiwał głową.

– Ta droga prowadzi pewnie do kopalni.

Szybko rozważył wszystkie możliwości. Choć Phillipe był bardziej doświadczonym dowódcą, czekał w milczeniu na decyzję Caleba – to była misja przyjaciela. Jeszcze jeden powód, dla którego Caleb lubił mieć go u boku.

– Powiedz reszcie – wyszeptał – że zakradniemy się bliżej pod osłoną drzew i zobaczymy, co się uda wywęszyć. Nikt nie może wiedzieć, że tu jesteśmy.

Phillipe odwrócił się i przekazał rozkaz. W skład oddziału wchodziło trzynastu ludzi Caleba i dziesięciu członków załogi „Kruka”. A ponieważ Caleb i Phillipe współpracowali ze sobą już wcześniej, ich ludzie się znali. Nie było powodu, by wątpić, że będą działać jak zgrana drużyna.

Rozejrzawszy się po raz ostatni, Caleb zaryzykował i ostrożnie wyszedł na drogę. Ruszył przed siebie i zatrzymał się tuż przed zakrętem. Zamiast iść dalej dobrze wydeptanym szlakiem, bezszelestnie wślizgnął się w zarośla. Po cichu dotarł w pobliże prześwitu i bardzo powoli ruszył na zachód. A gdy dostrzegł kępę palm o rozłożystych liściach tuż na skraju polany, ukucnął i pod ich osłoną podkradł się bliżej. Zerknął za siebie i zobaczył, że Phillipe podąża za nim. Reszta oddziału przykucnęła w cieniu drzew.

Caleb zaczął przyglądać się osadzie. Znał jej rozkład z opisu Roberta: budynki były ustawione w kształcie podkowy z dużym, przypominającym koszary barakiem pośrodku i czterema mniejszymi po bokach. On sam i jego ludzie znajdowali się na wprost koszar, co oznaczało, że drogę prowadzącą do Freetown powinni mieć po prawej. Szlak, który przed chwilą opuścili, znajdował się po lewej od głównego budynku. Była też jeszcze jedna ścieżka, według Roberta nieużywana – zaczynała się na prawo od koszar i biegła w głąb dżungli.

Stwierdziwszy zgodność rozkładu obozowiska z mapą, którą miał w głowie, Caleb skupił się na ludziach kręcących się po terenie i zgromadzonych przy głównym palenisku.

Phillipe usadowił się obok i obaj zaczęli nasłuchiwać przytłumionych rozmów.

Po chwili Francuz szepnął:

– Ten tam, olbrzym, zachowuje się jak przywódca, ale nie pasuje do opisu.

Caleb spojrzał na potężnie zbudowanego wysokiego mężczyznę.

– To pewnie ten, który dowodził ludźmi Kale’a w kolonii – stwierdził. Po chwili dodał zamyślony: – Ciekawe, że tu jest.

– Chciałeś powiedzieć, że dobrze się składa – poprawił go Phillipe. – Jeśli zlikwidujemy wszystkich, jest szansa, że nikt nie zastąpi Kale’a.

Caleb pokiwał głową.

– To prawda. Nie wydaje się, żeby mieli jakichś jeńców. Drzwi do mniejszych chat są otwarte, a nie zauważyłem, żeby ktoś był w środku.

– Ja też nie.

Caleb się skrzywił.

– Kale’a tam nie ma. Ciekawe, czy siedzi w koszarach. A jeśli tak, to ilu ludzi ma ze sobą.

Phillipe wzruszył ramionami.

I właśnie wtedy jeden z mężczyzn kręcących się koło wielkiego kotła, który wisiał nad paleniskiem, podniósł głowę, spojrzał w stronę koszar i zawołał:

– Gulasz gotowy!

Chwilę później drzwi koszar się otworzyły i Caleb wyszczerzył zęby w uśmiechu na widok żylastego, niezbyt wysokiego mężczyzny z twarzą oszpeconą szramą, który wyłonił się w towarzystwie trzech innych.

– Co za szczęśliwy zbieg okoliczności – mruknął Phillipe.

Nadszedł jeszcze jeden człowiek – od strony szlaku wiodącego do Freetown. Caleb trącił przyjaciela i kiwnął głową w stronę nowo przybyłego.

– Widzisz? Mieli czujkę.

Phillipe obrzucił mężczyznę badawczym spojrzeniem.

– Chyba był sam. Wygląda na to, że niezbyt poważnie traktują możliwość zjawienia się nieproszonych gości.

– Ja też tak myślę.

– Co w sumie daje trzynastu.

Caleb pokiwał głową, nie odrywając wzroku od sceny przy palenisku. Kale z cynowym talerzem pełnym gulaszu usiadł na kłodzie i zaczął jeść. Po chwili już wszyscy mężczyźni siedzieli na balach otaczających palenisko.

Ledwie zdążyli przełknąć pierwszy kęs, gdy ich uwagę – a także uwagę Caleba, Phillipe’a i ich drużyny – przyciągnął głuchy odgłos kroków na ścieżce wiodącej z północy. Tej, o której Caleb sądził, że prowadzi do kopalni. Tej samej, którą opuścił ze swoją drużyną raptem kwadrans temu.

Po chwili w obozie zjawiło się czterech mężczyzn – sądząc po ubiorze, handlarzy niewolników, najwyraźniej członków kompanii Kale’a. Pozdrowili przywódcę i przywitali się z resztą.

– A więc udało się wam bez przeszkód odprowadzić naszych gości? – Słowa te zostały wypowiedziane charakterystycznym zgrzytliwym głosem, który potwierdzał tożsamość Kale’a.

Przywódca czwórki uśmiechnął się szeroko.

– Tak jest! Dubois przesyła podziękowania. Mówił, że potrzebuje więcej ludzi. Koniecznie mężczyzn. Co najmniej piętnastu.

Kale zaklął szpetnie.

– Z rozkoszą bym mu ich dostarczył, gdyby tylko te łajdaki z kolonii pozwoliły nam robić to, co umiemy najlepiej. – Odchrząknął, pokręcił głową i zajął się jedzeniem. – Jego wysokość Dubois będzie musiał jakoś sobie radzić z tymi ludźmi, których możemy mu dać. – Machnął ręką, zapraszając nowo przybyłych. – Siadajcie i jedzcie. Zasłużyliście.

Czterech mężczyzn z wdzięcznością usłuchało.

Handlarze jedli w milczeniu. Gdyby nie to, że Caleb uparł się, aby jego drużyna zjadła solidne śniadanie, zanim opuścili tymczasowe obozowisko, z pewnością poczułby się teraz głodny. Nie lubił jednak walczyć o pustym żołądku, a był przekonany, że dziś odnajdą Siedlisko Kale’a.

– No to mamy siedemnastu – mruknął Phillipe. – Nie będzie łatwo. – Sprawiał wrażenie zadowolonego.

Caleb zerknął na marynarzy z „Kruka” i po raz kolejny pogratulował sobie, że przezornie poprosił Phillipe’a, by do niego dołączył. Dzień drogi od Southampton okazało się, że jeden z głównych zbiorników na wodę pitną na „Księciu” przecieka. Caleb, zdecydowany za wszelką cenę unikać niepotrzebnego ryzyka, wybrał nieco okrężną trasę przez Wyspy Kanaryjskie. Jeszcze zanim zacumował w porcie Las Palmas, dostrzegł charakterystyczny czarny kadłub „Kruka”. W czasie gdy zbiornik reperowano i ponownie napełniano, a załoga „Księcia” organizowała dodatkowe zaopatrzenie, Caleb spędził wieczór w towarzystwie starego przyjaciela. Dowiedziawszy się zaś, że kapitan „Kruka” siedzi w porcie bezczynnie, zaproponował, by do niego dołączył. Nie ukrywał, że misja nie przyniesie żadnych łupów ani zapłaty, ale Phillipe, tak jak Caleb, był uzależniony od przygód. Ten samotny korsarz niegdyś pływał pod banderą francuską – dla Napoleona. Wojna z Francją jednak już od dawna należała do przeszłości, na morzu zaś polityka znaczy mniej niż wieloletnia przyjaźń, zwłaszcza że ta opierała się na typowej dla obu niefrasobliwości i brawurze.

W opinii Caleba dwudziestu pięciu ludzi było właśnie tym, czego potrzebował, by zlikwidować Kale’a, a wraz z nim jego proceder. Handlarze niewolników będą walczyć na śmierć i życie, a on nie chciał stracić żadnego ze swoich ludzi. Dwudziestu pięciu przeciwko siedemnastu... Powinno się udać.

W drodze do Las Palmas Frobisher zarzucił pomysł, by zostawić Kale’a w spokoju i tylko przemknąć się północnym szlakiem z Siedliska do kopalni. Wprawdzie jego zadanie polegało na tym, by zlokalizować kopalnię, dowiedzieć się jak najwięcej na jej temat i przekazać informacje do Londynu, ale myśl, że cały czas miałby Kale’a za plecami, wydawała się mało kusząca. Co więcej, gdyby Caleb wrócił do Londynu, nie likwidując obozowiska, musiałby to zrobić ktoś inny, komu rozkazano by dokończyć misję. Żaden dowódca z prawdziwego zdarzenia nie zaatakowałby kopalni, gdyby Kale wciąż tkwił w swoim obozie i w każdej chwili mógł nadciągnąć z posiłkami.

Handlarzy niewolników trzeba było jednak pozbyć się w taki sposób, by nie wzbudzić podejrzeń ludzi, którzy za tym stali – owych „łajdaków”, o których wspomniał Kale – i nie zaalarmować Dubois ani nikogo innego w kopalni.

– Wszyscy razem zajęci jedzeniem – mruknął Phillipe. – Gdybyśmy przybyli wcześniej, to byłby dobry moment, żeby zaatakować.

Caleb wzruszył ramionami. Jeszcze nie tak dawno pewnie by się zdecydował na pochopny atak, teraz jednak – i w najbliższej przyszłości – zamierzał postąpić tak jak każdy odpowiedzialny dowódca. Niemal słyszał głosy trzech starszych braci pouczających go, by się nie spieszył, tylko obmyślił plan dający jego ludziom przewagę w walce, która z pewnością zamieni się w krwawą łaźnię.

Caleb, Phillipe i wszyscy w ich drużynie doskonale wiedzieli, że będą musieli wybić całą bandę. I łatwo było im na to przystać, jako że mieli do czynienia z handlarzami żywym towarem, z niegodziwcami, którzy sprzedawali w niewolę mężczyzn, kobiety i dzieci. Ludzie zgromadzeni wokół paleniska zaliczali się do najgorszych szumowin.

Kale przełknął ostatnią łyżkę gulaszu i spojrzał na olbrzyma, na którego wcześniej zwrócił uwagę Phillipe.

– Rogers, ty i twoi ludzie możecie teraz odpocząć. Po południu wyruszycie do kolonii. Jeśli się okaże, że nie ma żadnych wieści od Muldoona, żadnych wskazówek, na kogo możemy zapolować, użyj własnego rozumu. Rozejrzyj się, czy nie ma jakichś zabłąkanych marynarzy. Przynajmniej Dubois się ucieszy.

Rogers wyszczerzył zęby i zasalutował.

– Zobaczymy, co się uda znaleźć.

Phillipe przysunął się do Caleba i wyszeptał mu do ucha:

– Musimy zaatakować, zanim Rogers opuści obóz.

– Właśnie zjedli główny posiłek – odpowiedział przyjaciel. – Gulasz. Ciężkostrawny. W tym upale za godzinę będą półprzytomni.

Phillipe zamrugał i na jego twarzy pojawił się przebiegły uśmiech.

Kilka minut później, gdy Kale wraz z trzema podkomendnymi wrócił do koszar, a reszta handlarzy podzieliła się na grupki i cicho gawędziła, Caleb klepnął Phillipe’a w ramię i ostrożnie przekradł się w miejsce, gdzie czekała reszta drużyny.

Phillipe podążył jego śladem. Na znak dowódcy wycofali się głębiej w dżunglę.

Szczęśliwie napotkali naturalny prześwit, gdzie wszyscy mogli się pomieścić. Większość oddziału taszczyła ze sobą worki marynarskie i plecaki, w których znajdowały się namioty i zapasy. Caleb zaczekał, aż je zrzucą, po czym dał znak i wszyscy przykucnęli w kręgu. Spojrzał na twarze swoich ludzi i dostrzegł na nich oczekiwanie. Ich spokojny wzrok zdradzał zaufanie – do niego i jego zdolności przywódczych. Wszyscy mieli okazję walczyć pod jego komendą, a marynarze z „Księcia” pływali razem z nim od lat.

– Oto, w jaki sposób się do tego zabierzemy.

Żadnej brawury. Odpowiedzialnie. Ze stosowną dbałością o bezpieczeństwo drużyny i powodzenie przedsięwzięcia.

Jasno i zwięźle wyłożył im swój zamysł, który w gruncie rzeczy opierał się na zasadzie „dziel i rządź”. Chętnie skorzystał z pewnych sugestii Phillipe’a. Wystarczyło mniej niż pół godziny, by udało im się stworzyć plan, który wszyscy powitali z entuzjazmem.

– No dobra. – Caleb rozejrzał się, patrząc każdemu w oczy. – Do dzieła. Wszyscy na miejsca i czekajcie na mój znak.

Drużyna podzieliła się na dwójki i trójki. Część ruszyła na zachód, część na wschód, by okrążyć cały obóz.

Gdy zostali tylko we dwóch, Phillipe pochylił głowę w geście uznania i rzucił:

– Dobra robota.

Caleb wiedział, że przyjacielowi nie chodzi o plan, tylko o sposób, w jaki rozdzielił mniej doświadczonych ludzi. Spośród dwudziestu pięciu tylko pięciu marynarzy z „Księcia” i pięciu z „Kruka”, tak samo jak on i Phillipe, zawsze potrafiło wybrnąć z tarapatów. Wzruszył ramionami.

– Po prostu chcę, żebyśmy wszyscy uszli z życiem i zważywszy na klimat, jak najmniej poranieni.

Mieli wprawdzie ze sobą rozmaite medykamenty, jednakże w tropikach zawsze istniało niebezpieczeństwo infekcji.

– Lepiej chodźmy na miejsce.

Ze względu na dystans pistolety będą bezużyteczne – kula mogłaby trafić kogoś z ich drużyny – dlatego musieli walczyć wręcz. Obaj z Phillipe’em sięgnęli do boku, żeby poluzować broń w pochwie. Sprawdzili też przytwierdzone do ciała noże.

Zadowolony Caleb wskazał miejsce, z którego wcześniej obserwowali obóz. Razem z Phillipe’em mieli oczywiście zająć najniebezpieczniejszą pozycję. Zamierzali poprowadzić natarcie, wdzierając się do obozu od otwartej strony podkowy i zadając przy tym przeciwnikowi jak najdotkliwsze straty.

Dwóch kolejnych członków drużyny miało zaatakować od ich prawej i lewej strony. Inni wypadną z gęstwiny otaczającej koszary i spomiędzy mniejszych budynków.

Zadaniem obu bosmanów: Cartera z „Księcia” i Reynauda z „Kruka” – którzy z powodu masywnej budowy byli zbyt powolni w walce na pałasze, za to siłą dorównywali zapaśnikom – było powstrzymanie Kale’a i jego towarzyszy, by nie włączyli się zbyt szybko do walki.

– Jakie to szczęście, że Kale zabrał ze sobą trzech ludzi – mruknął Phillipe, gdy pędzili na pozycję ukrytą wśród ogromnych liści palm.

– Byle tylko został tam jeszcze przez kilka minut. – Caleb zerknął na drugi koniec obozu i się uśmiechnął. – Carter jest już na miejscu.

– Reynaud też. – Phillipe spojrzał przyjacielowi w oczy. – Kiedy tylko będziesz gotów.

Caleb poczuł, że na twarz wypływa mu szelmowski uśmiech.

– Teraz!

Zerwali się na równe nogi i pędem ruszyli do obozu. Skoczyli na dwóch ludzi wylegujących się na kłodach i załatwili ich, zanim tamci zdążyli się podnieść. Bez litości, bez zmiłowania. Łotry nie zasłużyły na honorową walkę.

Tymczasem reszta handlarzy zdążyła się poderwać z pniaków. Nie zdołali jednak doskoczyć do obu kapitanów, bo musieli się bronić przed pozostałymi członkami drużyny.

Caleb wyprostował się i zerknął ponad głowami walczących, aby upewnić się, że wszystko idzie zgodnie z planem.

Na długo przedtem, zanim zabrzmiał pierwszy okrzyk ostrzegający Kale’a, co się dzieje, Carter i Reynaud zdążyli wdrapać się na galerię biegnącą wzdłuż koszar i rzucić przed drzwi naręcze grubych polan. Dołączyło do nich jeszcze dwóch innych ludzi Caleba, gotowych zaatakować, gdy tylko Kale i jego towarzysze wybiegną – i wywrócą się na polanach.

Caleb zaklął, gdy jeden z handlarzy ruszył w jego kierunku, wywijając kordem. Nie mógł obserwować sceny na galerii.

Brzdęk!

Ostrza korda i pałasza się spotkały. Caleb odepchnął napastnika i natychmiast na niego natarł. Handlarz był niższy od mierzącego ponad metr osiemdziesiąt Frobishera i wychudzony, toteż siła i większy zasięg rąk szybko przyniosły Calebowi zwycięstwo. Napastnik upadł, oczy uciekły mu w głąb czaszki. Caleb wyszarpnął pałasz z jego piersi i odwrócił się.

W obozie trwała zażarta walka. Zgodnie z przewidywaniami handlarze bili się zaciekle. Na ziemi leżało wiele ciał, jednak z tego, co Caleb mógł się zorientować, byli to bandyci. Jego ludzie zdobyli już galerię i to dawało im znaczącą przewagę.

Nigdzie jednak nie było widać Kale’a.

Kolejny handlarz rzucił się na Caleba, znów musiał więc zająć się napastnikiem. Trwało to dłużej, niż się spodziewał – wróg był doświadczony, a także wyższy i silniejszy niż większość jego kom panów. Udało mu się nawet skaleczyć Frobishera w przedramię. Caleb oprzytomniał w jednej chwili: nie walczył z dżentelmenem. Wymierzył przeciwnikowi kopniaka, zbijając go tym z pantałyku, i wbił mu obcas w brzuch. Handlarz zgiął się wpół i po chwili już nie żył.

Caleb okręcił się na pięcie i gorączkowo zaczął rozglądać się za swoimi ludźmi. Instynktownie wyczuwał, że coś jest nie tak.

Jego wzrok spoczął na Phillipie, który wściekle walczył z handlarzem nazwiskiem Rogers. Phillipe był wysoki i miał ciało szermierza – gibkie i żylaste. Był też zabójczo szybki, bez względu na rodzaj broni. W tej chwili walczył tradycyjnym pałaszem, który tak ceniła większość kapitanów.

Rogers natomiast był silniejszy, cięższy i jego ramiona miały większy zasięg. W dodatku dzierżył w dłoni potężną, zdradziecko zakrzywioną szablę. Po jego minie znać było, że uważa Phillipe’a za pokonanego. Francuz faktycznie miał twardy orzech do zgryzienia, wciąż jednak płynnie parował ciosy, krzywiąc przy tym przystojną twarz.

W pewnej chwili Phillipe dał Rogersowi sposobność do ataku.

Z rykiem triumfu handlarz zamachnął się, uderzył...

I trafił w pustkę. Francuza wcale nie było tam, gdzie się go spodziewał.

Wyrósł za to nagle za Rogersem. Uderzył go rękojeścią pałasza w kark, a nóż, który nie wiadomo skąd pojawił się w jego dłoni, wbił handlarzowi w plecy.

Rogers zacharczał i upadł. Phillipe okręcił się na pięcie, zobaczył Caleba i z posępną miną zasalutował.

Jak na komendę obaj rzucili się na pomoc swoim ludziom, którzy walczyli dzielnie na galerii, siejąc śmierć wśród handlarzy niewolników.

Caleb poklepał dwóch po ramieniu i gestem nakazał im, żeby sprawdzili, czy żadnemu łajdakowi nie udało się uciec. Wieść o tym, co spotkało Kale’a i jego ludzi, pod żadnym pozorem nie mogła dotrzeć do Freetown.

Śmierć Rogersa stanowiła punkt zwrotny, jednak Caleb i jego towarzysze byli zbyt zaprawieni w boju, by stracić czujność. Gdy obaj kapitanowie ruszyli naprzód, ich ludzie, ustawieni w szeregu obok, wsparli ich i razem szybko rozprawili się z resztą handlarzy.

Zginęli wszyscy oprócz Kale’a.

Przywódca handlarzy stał tyłem do galerii i wirując niczym derwisz, dzięki parze błyszczących ostrzy trzymał przeciwników na dystans.

Caleb, pamiętając o ostrzeżeniu Roberta, że to niebezpieczny przeciwnik, ostrzegł zawczasu swoich ludzi, by nie zbliżali się do Kale’a, o ile nie będą mieć pewności, że uda im się zadać śmiertelny cios.

Razem z Phillipe’em podeszli bliżej. Ustawieni w półokrąg ludzie cofnęli się, zostawiając na placu boju obu dowódców.

Ci zatrzymali się w stosownej odległości. Ostrza Kale’a znieruchomiały, przeciwnik szacował siły. Przywódca handlarzy, choć niższy od Caleba i Phillipe’a, był istnym wulkanem energii. Ciężar ciała lekko przeniósł na palce i stał tak, opanowany i czujny, w jednej chwili gotów skoczyć do walki. Był zabójczo szybki.

Jego obojętny wzrok zdradzał, że zadawał już śmierć tyle razy, że zabijanie stało się częścią jego natury.

Kątem oka Caleb zauważył, że Phillipe zacisnął zęby i wyciągnął rękę do Reynauda. Ten natychmiast zrozumiał rozkaz i podał dowódcy naładowany pistolet.

Kale pojął, co się święci, i uśmiechnął się szyderczo.

– Całkiem bez honoru ta wasza sprawiedliwość – powiedział, wypluwając ostatnie słowo. Ale nie w stronę Phillipe’a. Utkwił wzrok w Calebie.

Caleb spojrzał mu w oczy. Wiedział, że to prowokacja i że handlarz chce z nim walczyć. Kale sądził, że wygra i jakimś cudem uda mu się wymknąć. Albo, jeśli zejdzie z tego świata, zabierze ze sobą jeszcze kilka osób – w ramach czegoś na kształt zemsty.

W zwykłych okolicznościach Caleb przyjąłby wyzwanie i natychmiast stanął do pojedynku, nigdy bowiem nie wykręcał się od walki. Tym razem jednak... nie wydawało mu się to właściwe.

Przykazał przecież swoim ludziom, by unikali niepotrzebnego ryzyka. Czyż nie powinien zastosować się do własnych zaleceń?

W grę wchodziła jednak kwestia przywództwa. Sposób, w jaki wybrnie z tej sytuacji, wpłynie na to, jak będą go postrzegać jego ludzie i Phillipe.

Co więcej, Kale zakwestionował, wręcz przekreślił ideę, której służyli. Sprawiedliwość, w której imię tu przybyli.

Czy to nie domagało się odpowiedzi? Nie ze względu na Frobishera, lecz całą jego drużynę.

Stojący obok Phillipe poruszył się i zerknął na przyjaciela.

– Caleb, to my jesteśmy tutaj sędziami. Parszywce takie jak ten nie mają prawa domagać się honorowej walki.

Kto powiedział, że zamierzam walczyć honorowo? Kale na pewno nie będzie bił się czysto.

Handlarz nie spuszczał oczu z Caleba. Zachowywał się tak, jakby Phillipe’a w ogóle tu nie było. Nie potrafiąc jednak znieść niewzruszonego spojrzenia Frobishera, uśmiechnął się krzywo.

– I co, synu, odjęło ci mowę?

Caleb odpowiedział mu uśmiechem.

– Nie. Rozmyślam nad tym, czy warto walczyć z taką gnidą jak ty, by dowieść znaczenia sprawiedliwości.

Wymachując bronią, Kale rzucił się na Caleba.

Phillipe zaklął i cofnął się, mierząc z pistoletu. Zdezorientowani ludzie odskoczyli w tył.

Caleb jednak widział, jak mięśnie napastnika się napinają. W mgnieniu oka uniósł pałasz i drugie ostrze i odepchnął szable Kale’a.

A więc walka. Caleb nie mógł – nie śmiał – spuścić wzroku z Kale’a. O tym, gdzie uderzą wirujące ostrza, wnioskował na podstawie ledwo dostrzegalnych zmian w mimice twarzy przeciwnika. Nie minęła minuta, a już żałował, że nie pozwolił Phillipe’owi zastrzelić drania. Caleb był śmiertelnie niebezpieczny, a w dodatku lepiej władał białą bronią. Frobisher wprawdzie nie należał do ostatnich, Kale jednak był klasą sam dla siebie.

Niestety, chwila, gdy można było wymierzyć sprawiedliwość za pomocą pistoletu, minęła. Obaj z Kale’em poruszali się za szybko nawet dla tak wytrawnego strzelca jak Phillipe.

Mimo to handlarz niewolników wiedział równie dobrze jak Caleb, że Francuz nie pozwoli mu ujść z życiem. Ta świadomość malowała się na jego twarzy, wypełniała jego ciało straceńczą odwagą, dziką, zwierzęcą furią, co w połączeniu z precyzją i płynnością ruchów sprawiało, że trudno było przewidzieć jego atak, a tym bardziej go odeprzeć.

Obrona nie była najmocniejszą stroną Caleba, zamierzał jednak pozwolić, by przeciwnik ponawiał wciąż ataki, i skoncentrować się na tym, żeby unikać jego ostrzy.

W końcu był wyższy, silniejszy, miał większy zasięg ramion. Co najważniejsze zaś, był młodszy od handlarza niewolników.

Caleb czekał, aż ta prawda dotrze do świadomości przeciwnika. A gdy wreszcie to się stało, Kale zamachnął się nogą, celując w krocze Frobishera.

Tylko że Caleb zdążył uskoczyć.

Miał dłuższe nogi, dlatego zanim Kale odzyskał równowagę, zdołał dosięgnąć butem jego kolana.

Kale wrzasnął i zachwiał się.

Z gracją tancerza Caleb obrócił się i bez litości ciął najpierw przez jeden, a potem drugi nadgarstek. Handlarz znowu wrzasnął i upuścił obie szable.

Frobisher wyciągnął rękę, żeby pchnąć go na kolana...

– Z drogi!

Rzucił się w bok akurat w chwili, gdy pistolet Phillipe’a wypalił.

Kale zgiął się wpół i upadł.

– Myślę – powiedział Caleb, podnosząc się i chowając broń do pochwy – że sprawiedliwości stało się zadość.

Phillipe wręczył pistolet Reynaudowi, następnie schylił się, podniósł szable Kale’a i uroczyście wręczył je Calebowi rękojeścią do przodu.

– Łupy dla zwycięzcy.

Caleb uśmiechnął się szeroko. Ujął rękojeść jednej szabli i ruchem brody wskazał, by Phillipe wziął drugą.

– Obaj na nie zasłużyliśmy. Dziękuję za pomoc.

Phillipe chwycił szablę i świsnął nią w powietrzu, żeby sprawdzić jej wyważenie.

– Był już najwyższy czas, by położyć kres tej twojej zabawie.

Caleb roześmiał się, zaraz jednak spoważniał i rozejrzał się po swoich ludziach.

– Jakieś rany?

Zgodnie z przewidywaniami skaleczeń było całkiem sporo – zresztą ani Calebowi, ani Phillipe’owi nie udało się ich uniknąć. Tylko trzy rany okazały się na tyle poważne, by trzeba je było zabandażować. Na szczęście nie stracili żadnego człowieka. Wspólnie pozbierali trupy, rozpalili ognisko, zagotowali wodę i opatrzyli wszystkie zranienia.

Na koniec Caleb wdrapał się na galerię przed koszarami, powiódł wzrokiem po siedlisku i się skrzywił.

– Z przykrością muszę was poinformować, że trzeba tu posprzątać.

Phillipe też podczas rejsu zapoznał się z dziennikami Roberta, wiedział więc, o co chodzi przyjacielowi. Westchnął.

– Z przykrością muszę się z tobą zgodzić. To miejsce ma wyglądać tak, jakby Kale i jego ludzie... rozpłynęli się w powietrzu.

– Nie możemy zostawić żadnych śladów walki. – Caleb spojrzał z góry na swoją drużynę. Skutki stoczonej bitwy odczują później, teraz wciąż rozpierała ich energia. – Siedlisko musi wyglądać tak, jakby Kale i jego ludzie po prostu stąd odeszli.

Zajęło im to cztery godziny, ale gdy skończyli, w obozowisku było czysto i schludnie. Panowała tu cisza i przedziwny spokój, jakby miejsce tylko czekało, aż zjawią się mieszkańcy. Ciała zabitych wywieźli na wózkach w głąb dżungli nieuczęszczanym szlakiem wschodnim i pochowali we wspólnym grobie na polanie. Caleb zabrał ze sobą dziennik Roberta ze szkicami przedstawiającymi twarze części handlarzy. Sporządziła je Aileen Hopkins, która dołączyła do jego brata podczas poprzedniej misji. Dzięki jej portretom mieli pewność, że pozbyli się nie tylko Kale’a i Rogersa, lecz także człowieka nazwanego przez Aileen szczurołapem, który swym wyjątkowo melodyjnym głosem wywabiał dzieci z domów, kusząc je obietnicą zarobku. Kiedy ostatnie ciało trafiło do grobu, Caleb zamknął dziennik i powiedział:

– I tak przy odrobinie szczęścia udało nam się zlikwidować jedno gniazdo robactwa.

– Odwaliliśmy dziś kawał porządnej roboty – dodał Phillipe.

– Tak, Kale tajemniczo zniknął i raczej nikt się nie domyśli, gdzie ani dlaczego.

Rzuciwszy po raz ostatni okiem na siedlisko, Caleb odwrócił się i ruszył za Phillipe’em w głąb dżungli. Nikt nawet nie zasugerował, że mogliby tu spędzić noc. Wszyscy woleli rozbić prowizoryczny obóz na polanie, gdzie zostawili swoje rzeczy.

Gdy dotarli na miejsce, prymitywne namioty już stały, a pod kociołkiem wesoło płonął ogień. Wszyscy rozsiedli się, a raczej osunęli wyczerpani wokół ogniska. Obejrzeli rany. A gdy posiłek był gotowy, zjedli.

Potem siedzieli przy ogniu w milczeniu. Nikt nie śpiewał, nie było żadnych opowieści. Dzisiejszego dnia każdy z nich zadał śmierć. Choć zdążyli już przywyknąć do tego, że nić życia nazbyt często gwałtownie się urywa, teraz, gdy emocje związane z walką opadły, ich miejsce zajęły ponure myśli. Trzeba było zatroszczyć się o własne sumienie i je uspokoić.

Ogień nieco przygasł. Dały się słyszeć ciche życzenia dobrej nocy. Owinięci w koce wyglądali nadejścia snu.

Jutro czeka ich kolejny etap misji.

Ruszą do kopalni.

Dwa

– John powiedział mi przy śniadaniu, że nie wie, jak długo jeszcze uda mu się opóźniać otwarcie drugiego korytarza.

Katherine Fortescue zerknęła na swoją towarzyszkę, Harriet Frazier. Obie korzystały z okazji, by rozprostować nogi, okrążając teren kopalni podczas porannej przerwy w pracy.

Rzecz jasna, w czasie spaceru mogły mówić otwarcie, bez obawy, że ktoś podsłucha ich rozmowę.

John, o którym wspomniała Harriet – to znaczy kapitan John Dixon, dawniej inżynier wojskowy, pierwszy uprowadzony z Freetown – był jej ukochanym. Gdy nie zgodził się opracować dla nieznanych mocodawców planu wydobycia diamentów z nowo odkrytego złoża, Dubois, przywódca najemników, tylko uśmiechnął się zimno. I Dixon ani się spostrzegł, jak Harriet dołączyła do niego w niewoli.

Gróźb, do jakich Dubois się uciekł, by zmusić Dixona, aby ten spełnił jego żądania, nie sposób opisać. Przypominała o nich blizna na policzku Harriet, na którą kapitan wciąż spoglądał ze smutkiem i zgrozą. Jego ukochana była jednak z niej dumna. Zdaniem Harriet, tak samo zresztą jak pozostałych więźniów, Dixon po prostu zrobił to, co musiał, by ocalić im obojgu życie.

Dlatego nadal postępowali w ten sam sposób – mimo pozorów rezygnacji wszyscy mężczyźni, kobiety i dzieci w kopalni zjednoczyli się, oddani bez reszty jednej sprawie: ucieczce.

Najpierw wolność. Odwet musiał zaczekać.

Katherine już dawno nauczyła się zachowywać kamienną twarz. Razem z Harriet sprawiały wrażenie obojętnych, gdy po woli kroczyły wydeptaną ścieżką z oczyszczalni, gdzie odłupywały kawałki rudy, by wyłuskać diamenty wydobyte w kopalni, i dalej obok wschodniego końca długich koszar. To tu Dubois i jego ludzie pracowali i spali – o ile nie stali na warcie przy bramie, nie patrolowali granic obozu, nie eskortowali jeńców w drodze po wodę z pobliskiego jeziora albo nie obserwowali terenu z wysokiej wieży. Osłaniając oczy, Katherine zerknęła w górę na dwóch najemników pełniących służbę na wieży.

– Zważywszy na to, że produkcja w oczyszczalni spada – mruknęła – z przykrością muszę stwierdzić, że rozumiem Johna. – Spojrzała na Harriet. – Spotkajmy się dziś wieczorem i wybadajmy, co myślą inni. Tylko przez pewien czas możemy sabotować działania Dubois, nie narażając się na ryzyko.

Mówiąc „inni”, miała na myśli faktycznych przywódców ich maleńkiej społeczności – porwanych oficerów. Katherine została uprowadzona, bo jako guwernantka umiała zajmować się dziećmi, a ponadto znakomicie haftowała – Dubois szybko zorientował się, że jej bystry wzrok może się przydać w oczyszczalni. W rezultacie uczynił z niej rzeczniczkę i przywódczynię kobiet i dzieci.

Harriet zaś była jej zastępczynią wybraną spośród sześciu kobiet, które uprowadzono ze względu na ich zdolności manualne.

– Szkoda, że nie ma jakiegoś prostszego i mniej stresującego sposobu.

Harriet skrzywiła się, lecz zaraz znów przywołała na twarz wyraz obojętności.

– To nieustanne balansowanie na linie. Wiem, że Johnowi bardzo to ciąży.

– Świetnie sobie radzi. Gdyby nie on, całkowicie stracilibyśmy nadzieję. – Katherine położyła dłoń na ręce Harriet i leciutko ją ścisnęła. – Wszyscy rozumiemy jego rozterki. Musimy dostarczyć Dubois dość diamentów, żeby zadowolić jego zleceniodawców – kimkolwiek są – a jednocześnie na tyle spowolnić pracę, by złoże nie wyczerpało się zbyt szybko.

Żaden z więźniów nie miał złudzeń, co się stanie, gdy zapadnie decyzja o zamknięciu kopalni. Wszyscy zginą. Ustawią ich w szeregu i rozstrzelają. Albo zrobią coś jeszcze gorszego.

Zważywszy na to, jakich potworności Dubois i jego ludzie dopuścili się wobec pewnej młodej dziewczyny w początkach działalności kopalni i jakie groźby rzucali pod adresem kobiet i dzieci, by zmusić mężczyzn do posłuszeństwa i uległości, coś gorszego w tym wypadku oznaczało prawdziwy horror. Coś tak przerażającego, że lepiej było o tym nie myśleć. Zwłaszcza że Dubois był zimny, bezlitosny i zdawało się, że w jego potężnym ciele nie ma miejsca na żadne skrupuły ani uczucia wyższe.

Ponieważ kopalnia znajdowała się na ziemi należącej do jednego z tubylczych wodzów, Dubois i jego mocodawcy nigdy nie odważyli się porwać nikogo z miejscowego plemienia. Wodza nie interesował jednak los Europejczyków – dlatego wybór padł na Anglików z Freetown. W dodatku wszyscy oni posiadali umiejętności potrzebne do pracy w kopalni.

Kapitan John Dixon był doświadczonym saperem, specjalistą od budowy tuneli. Kilku uprowadzonych mężczyzn znało się na stolarce, pozostali nawykli do kilofa. Kobiety również miały przydatne kwalifikacje. Tylko dzieci nie musiały nic umieć – wystarczyło, że były zdrowe, miały zwinne ręce i bystry wzrok.

Wśród jeńców znalazło się nawet kilka osób z doświadczeniem medycznym, co okazało się niezwykle użyteczne. W kopalni od czasu do czasu zdarzały się wypadki, dlatego też na terenie obozu znajdował się całkiem przyzwoicie wyposażony barak medyczny.

Katherine musiała przyznać jedno: fakt, że Dubois z wielką determinacją skupiał się na efektywności i wydajności ich pracy, okazał się bardzo pomocny. W końcu utrzymanie siły roboczej w możliwie dobrej kondycji i zdrowiu leżało w interesie zarówno jego samego, jak i jego mocodawców.

Dlatego mimo gróźb – a żaden z jeńców nie wątpił, że gdyby go do tego zmusili, Dubois spełniłby je bez mrugnięcia okiem – starał się zaspokajać wszystkie ich potrzeby. W zamian mieli tylko pracować i dostarczać mu surowych diamentów.

Za to mu płacono, i to bardzo sowicie – by kopalnia działała bez zakłóceń i potajemnie wysyłała kamienie do Amsterdamu, przynosząc zyski swoim właścicielom.

Tożsamości owych właścicieli nikomu na razie nie udało się odkryć. Choć sam Dubois był Francuzem, a jego podkomendni pochodzili z różnych stron świata, wśród więźniów panowała zgoda co do tego, że łajdakami pociągającymi za sznurki musieli być Anglicy.

Katherine razem z Harriet okrążyły wieżę, minęły magazyn i ogromną otwartą kuchnię pod zadaszeniem z liści palmy, gdzie nad trzema paleniskami wisiały kociołki, których doglądał potężny kucharz. Katherine nigdy wcześniej nie spotkała nikogo równie gburowatego – kucharz spoglądał spode łba na wszystkich, nawet na Dubois.

Szły dalej wzdłuż koszar, zostawiając po lewej długi barak, w którym spały kobiety i dzieci, a za nim jak zwykle szeroko otwartą bramę prowadzącą na teren obozu. Po obu jej stronach stali strażnicy.

Granicę obozu wyznaczało prymitywne ogrodzenie z desek powiązanych grubymi pnączami i drutem. Miejscami wydawało się nieco chwiejne i pewnie można by je sforsować, ale nawet gdyby udało im się wydostać, dokąd mieliby iść?

Fakt, że nikt nie wiedział, gdzie się znajdują i jak daleko musieliby szukać schronienia – w połączeniu ze świadomością okrutnej kary, jaką Dubois bez wątpienia wymierzyłby pozostałym – wystarczył, by potulnie trzymali się swego więzienia.

Ale tak naprawdę wcale nie byli potulni, po prostu okoliczności zmuszały ich do pragmatyzmu.

Mogli uciec tylko wszyscy razem, i to dopiero wtedy, gdy będą wiedzieli, w którą stronę się udać i jak daleka droga ich czeka.

Okrążywszy miejsce, gdzie więźniowie spędzali czas razem – ogromne palenisko otoczone drewnianymi balami – Katherine i Harriet minęły barak mężczyzn i otwartą gardziel kopalni. Wszyscy mężczyźni, którym nie przydzielono innych zadań, pracowali w korytarzu, teraz długim już na prawie pięćdziesiąt metrów, wyrąbanym centymetr po centymetrze w zboczu stromego wzgórza, które wyrastało z dżungli nagle, jakby wypchnęła je w górę jakaś pierwotna siła. Mijając wejście, obie zajrzały do środka. Światło latarni odbijało się od nierównych, grubo ciosanych ścian, lecz w korytarzu nikogo nie było widać. Wszyscy mężczyźni znajdowali się głębiej: pracowali przy resztkach pierwszego złoża albo razem z Dixonem badali drugie, które dzięki Bogu udało mu się odkryć.

Nowe złoże pozwoliło im złapać oddech – dzięki niemu może zdołają przetrwać dość długo, by wymyślić sposób ucieczki.

Z tym, że sami muszą zapewnić sobie ocalenie, pogodzili się już wszyscy. Początkowo czekali, skupiając się tylko na tym, by przeżyć. Mieli nadzieję, że w końcu nadejdzie pomoc, że ktoś z kolonii przyjdzie im na ratunek.

Trudno bowiem było uwierzyć, że tylu dorosłych – zarówno kobiet, jak i mężczyzn, wielu z koneksjami, zajmujących wysoką pozycję – a do tego całą gromadę dzieciaków można uprowadzić z jednego miejsca ot tak, bez rozgłosu.

Mijały jednak tygodnie, a potem miesiące i żaden ratunek nie nadchodził. A kiedy prysła wszelka nadzieja, na moment pogrążyli się w rozpaczy.

Byli jednak Anglikami. Zmobilizowali się więc i postanowili, że przeżyją. A potem w końcu uciekną.

Na razie nie wiedzieli, jak to zrobić, ale prędzej czy później tego dokonają.

Katherine nigdy w to nie wątpiła, bo inaczej oznaczałoby to, że nie ma nadziei ani dla niej, ani dla tej gromady rozwydrzonych dzieciaków, za które czuła się odpowiedzialna.

Część tej gromady właśnie teraz pracowała. Starsze dziewczynki kucały w cieniu prymitywnej przenośnej markizy – Katherine wystarała się o nią u Dubois – przed stertą odłamków skalnych, które chłopcy razem z młodszymi dziewczynkami wynosili z kopalni. Do tego właśnie były potrzebne dzieci. Kręciły się wokół mężczyzn pracujących w korytarzu, zbierały urobek i ładowały go do plecionych koszy. Załadowane kosze taszczyły na zewnątrz i opróżniały na stertę, którą przeglądały starsze dziewczynki.

Diamenty opuszczały kopalnię ukryte w rudzie, dlatego każdą grudkę trzeba było obejrzeć w poszukiwaniu śladów świadczących o tym, że w środku kryje się skarb. Bryłki, w których mogły znajdować się diamenty, dziewczynki przekazywały kobietom, a te za pomocą niewielkich młoteczków i dłut oczyszczały znalezisko, wydobywając surowy kamień.

Oczyszczone diamenty wysyłano ponoć do Amsterdamu na statkach przepływających przez Freetown.

Grudki, które dziewczynki uznały za niewarte uwagi, wyrzucały na drugą stertę. Gigantyczna góra takich odpadów, wznosząca się nieopodal granicy obozu, stanowiła wymowne świadectwo tego, ile skały mężczyźni zdołali już wydrzeć ziemi, a dzieci posortować.

Katherine i Harriet zatrzymały się obok dziewczynek i uśmiechnęły pokrzepiająco, gdy te podniosły wzrok.

Jedna z nich, blada i jasnowłosa, spytała Katherine:

– Przyjdzie pani później? – Wskazała na stertę odrzutów. – Dziś będzie tego całkiem sporo.

Katherine pokiwała głową. Do jej obowiązków należało kontrolowanie pracy dziewczynek – musiała sprawdzić, czy nie przeoczyły jakiejś wartościowej bryłki.

– Przyjdę po południu.

Słysząc odgłos kroków, Katherine i Harriet się odwróciły. Od strony baraku medycznego nadchodził wysoki, zgrabny szatyn nazwiskiem Hillsythe w towarzystwie Jeda Mathersa, jednego ze stolarzy. Hillsythe był dżentelmenem i mimo że tak jak wszyscy nosił robocze ubranie, w ich niewielkiej społeczności odgrywał ważną rolę. Miał poza tym pewne doświadczenie medyczne – Jed wracał do kopalni z zabandażowanym nadgarstkiem.

Gdy obaj mężczyźni zrównali się z Katherine i Harriet, Hillsythe zwolnił, a następnie przystanął i kiwnął głową Jedowi.

– Staraj się nie używać tej ręki do końca dnia. Poproś o pomoc któregoś z chłopców.

– Tak jest. – Jed skłonił się z szacunkiem kobietom i wszedł do tunelu.

Spoglądając za stolarzem, Hillsythe powiedział:

– Niedługo będziemy musieli zacząć eksploatować drugie złoże. Z pierwszego niewiele już zostało.

– Tak słyszałam – odparła Katherine. – Podejrzewam, że pytanie brzmi, jak uda nam się utrzymać wydajność, gdy Dixon otworzy drugi korytarz.

Hillsythe pochylił głowę na znak potwierdzenia i zarazem eleganckiego pożegnania.

– Zatem do wieczora. Jak zwykle po kolacji.

Katherine i Harriet patrzyły, jak w ślad za Jedem znika w kopalni. Dubois i jego mocodawcy w osadzie zamierzali pojmać tylko jednego oficera – Dixona. Ze względu na swoje umiejętności był im niezbędny. Nie przewidzieli jednak, że tropem zaginionego nadciągną inni. Pierwszy przybył porucznik William Hopkins, za nim zaś porucznik Thomas Fanshawe, obaj z marynarki. Wreszcie zjawił się Hillsythe, który wprawdzie nie służył w wojsku, ale miał jakieś powiązania z armią.

Obecność oficerów początkowo bardzo zaniepokoiła Dubois – nie był wszak głupcem i potrafił zwęszyć niebezpieczeństwo. Mimo to szybko okazało się, że przybycie Hopkinsa miało też dobre strony. Jeńcy, którzy w większości rekrutowali się spośród marynarzy uprowadzonych z doków i tworzyli nieskładną dotąd zbieraninę, uznali autorytet Willa Hopkinsa. Mimo że nie miał jeszcze trzydziestki, wrodzone zdolności przywódcze sprawiły, że natychmiast zdobył posłuch.

Will był dość sprytny, by spostrzec, że upodobanie Dubois do skutecznej i bezproblemowej pracy więźniowie mogą obrócić na własną korzyść.

I tak zaczęli odgrywać komedię na użytek przywódcy najemników. Wprawdzie Katherine, tak jak i reszta, wolałaby się nie zakładać, do jakiego stopnia Dubois wierzył w ich potulność i uległość, jednak wyglądało na to, że dopóki więźniowie nie sprawiali mu kłopotów, a mocodawcy byli zadowoleni, nie zamierzał w nic ingerować.

Według Hillsythe’a Dubois był uosobieniem idealnego najemnika. Nie dożyłby swojego wieku ani nie zdobyłby tak absolutnego posłuchu wśród swoich ludzi, gdyby nie wiedział, jak należy prowadzić podobne przedsięwzięcia. Jego dewizą była skuteczność i wydajność, dlatego dopóki praca szła zgodnie z oczekiwaniami, reszta go nie obchodziła.

Pod przewodnictwem Dixona, Hopkinsa i Fanshawe’a porwani mężczyźni stworzyli zgraną drużynę, podzieloną na cztery oddziały, którymi dowodzili trzej oficerowie i Hillsythe. Ten ostatni ponadto pełnił funkcję stratega. To on po rozpracowaniu sposobu działania Dubois wszczął alarm, gdy pierwsze złoże zaczęło się wyczerpywać, i zasugerował, by Dixon kopał w poszukiwaniu kolejnego.

Gdyby nie dalekowzroczność Hillsythe’a, ich sytuacja byłaby teraz nie do pozazdroszczenia.

Kiedy Dixonowi udało się znaleźć drugie złoże i wszyscy odetchnęli z ulgą, Hillsythe zasugerował, by inżynier zaczął spontanicznie „pomagać” Dubois, oczywiście za wiedzą pozostałych jeńców. Przejście na stronę wroga kogoś takiego jak Dixon, entuzjasty pracy, człowieka podnieconego możliwością eksploatacji nowych, być może jeszcze bogatszych pokładów diamentów, mogło zdaniem Hillsythe’a wypaść wiarygodnie.

Dixon niechętnie odniósł się do tego pomysłu, reszta jednak, dostrzegając związane z tym korzyści, nakłoniła go do zmiany zdania.

Stosując się do rad Hillsythe’a, inżynier zaczął więc „być pomocny” tam, gdzie nie miało to wpływu na los jeńców.

W rezultacie Dubois uwierzył w jego przemianę i w sprawach dotyczących kopalni zaczął darzyć go rosnącym zaufaniem. Dzięki temu udało się odwlec moment otwarcia drugiego korytarza. Ponieważ Dixon nie potrafił stwierdzić, jak bogate są nowe pokłady, postanowili eksploatować pierwotne złoże jak najdłużej – dopóki urobek będzie wystarczający, by zaspokoić apetyty mocodawców Dubois – zanim zaczną wydobywać kamienie z drugiego.

Dixon zręcznie grał na zwłokę. Utrzymywał, że przed otwarciem drugiego korytarza trzeba przeprowadzić zakrojone na szeroką skalę badania, żeby ograniczyć ryzyko zniszczenia nowych pokładów lub zawalenia się im wzgórza na głowę. Dubois przyznał mu rację i zgodził się na opóźnienie.

Teraz jednak, gdy pierwsze złoże niemal się wyczerpało, musieli zacząć eksploatować drugie. Mocodawcy Dubois mogliby źle zareagować na spadek wydajności kopalni, a przecież nikt nie chciał, by rozkazali pozbyć się nadmiarowych górników.

Żaden z więźniów nie miał wątpliwości, że Dubois nie zawahałby się przed odstrzałem zbędnych jeńców.

Ciekawe, że kiedy wszyscy inni stracili nadzieję na ratunek, Hillsythe wciąż zdawał się czekać, aż ktoś przyjdzie im z pomocą. Wprawdzie ostatnio nie wspominał o tym ani słowem, ale Katherine wyczuwała w nim cichą, milczącą pewność.

To zaś przypomniało jej, że Hillsythe nigdy nie wyjaśnił im, kto wysłał go tropem Fanshawe’a.

Gdy Hillsythe zniknął w kopalni, uwagę Katherine przykuł tupot kroków. Od strony kuchni pędził do niej mały chłopiec. Odwróciła się do niego z uśmiechem.

– Diccon. – Gdy poślizgnął się, hamując gwałtownie, wyciągnęła rękę i odgarnęła mu z czoła jasnozłote włosy. – Idziesz już?

– Tak, proszę pani. – Uniósł w górę koszyk, który miał ze sobą. – I na pewno wrócę przed zachodem słońca.

Katherine dostrzegła cień w jego błękitnych oczach.

– Wiem, że wrócisz. Idź więc, nie zwlekaj.

Razem z Harriet patrzyły, jak Diccon gna do bramy. Choć był wysoki, miał zaledwie siedem lat. Trafił do obozu razem z grupą dzieci uprowadzonych z ubogich przedmieść Freetown. Nie mógł jednak znieść pyłu w kopalni – męczyły go napady kaszlu i szybko podupadł na zdrowiu.

Dubois zastanawiał się, czy nie pozbyć się chłopca, Katherine jednak przekonała go, że Diccon wcale nie jest ciężarem, po prostu nie nadaje się do kopalni. Jeśli Dubois chce, żeby więźniowie pracowali wydajnie i nie chorowali, to zarówno dorośli, jak i dzieci powinni jeść więcej owoców, których przecież tyle rośnie w okolicy – Diccon mógłby je zbierać. Dubois przemyślał sprawę i zgodził się, by chłopiec codziennie chodził do lasu, pod warunkiem że wróci przed zapadnięciem zmroku. Jeśli tak się nie stanie, zabije dwoje dzieci – jego najbliższych przyjaciół. Stąd właśnie wziął się cień w oczach chłopca.

Diccon polubił wycieczki do lasu i szybko stał się mistrzem w zbieraniu owoców i orzechów. Cały czas jednak martwił się, że jeśli coś przeszkodzi mu wrócić na czas, będzie winien śmierci przyjaciół.

Ten miecz Damoklesa wiszący nad głową chłopca był niepotrzebny. Nikt przy zdrowych zmysłach nie pomyślałby, że Diccon będzie próbował uciec. Dokąd miałby pójść? Gdyby nie wrócił do obozu, w dżungli czekałaby go pewna śmierć.

Spoglądając na znikającą postać chłopca, Harriet westchnęła.

– Wiele bym dała, żeby raz na jakiś czas wybrać się do lasu.

Katherine uniosła brwi.

– Dlaczegóż by nie poprosić o to jego wysokości?

Harriet zerknęła na nią niepewnie.

– Myślisz, że się zgodzi?

– Mógłby, gdyby mu to odpowiednio przedstawić. Zauważyłam, że bardzo lubi te duże orzechy, które przynosi Diccon. Wszystkie zatrzymuje dla siebie.

Zawróciły w stronę oczyszczalni. Najwyższa pora wracać do pracy. Na schodkach przed drzwiami Katherine powzięła decyzję.

– Nie widzę powodu, żeby nie poprosić Dubois, by jedna z nas mogła towarzyszyć Dicconowi. Powiem mu, że w zamian wszystkie jesteśmy gotowe pracować codziennie pół godziny dłużej.

Twarz Harriet pojaśniała.

– Znakomity pomysł. Na Boga, przecież Dubois wie, że żadna z nas nie jest na tyle głupia, żeby próbować ucieczki.

– Nie wiemy nawet, w którą stronę miałybyśmy się skierować – dodała Katherine.

Otworzyła drzwi i weszła do środka. Harriet podążyła za nią i po chwili obie już siedziały na swoich stołkach przy długim stole pośrodku baraku.

Mary Wilson uniosła wzrok znad diamentu, z którego odłupywała właśnie kawałki rudy, uśmiechnęła się do nich i zaraz wróciła do pracy. W obozie było w sumie sześć kobiet – wszystkie znajdowały się teraz w oczyszczalni. Tworzyły zżytą, zaprzyjaźnioną grupę. Katherine była z nich najbardziej pewna siebie i najlepiej potrafiła radzić sobie z Dubois, reszta jednak nieraz wspierała jej działania. Mimo że pochodziły z różnych środowisk – Katherine była guwernantką, Harriet młodą dziewczyną z dobrej rodziny, która, podążając za Dixonem, przybyła do Freetown w poszukiwaniu posady, Mary pomocnicą w sklepie i jego współwłaścicielką, Ellen Mackenzie kolejną młodą kobietą szukającą uczciwej pracy, Annie Mellows i Gemma Halliday zaś wykwalifikowanymi hafciarkami z ubogich przedmieść – dobrze się czuły w swoim towarzystwie.

Nauczyły się wzajemnie sobie ufać.

Strażnik, który zjawił się w oczyszczalni na kwadrans przed wyjściem Katherine i Harriet – pozostałe kobiety wybrały się na przechadzkę już wcześniej – wciąż tu był. Opierał się leniwie o ścianę i znudzonym wzrokiem przyglądał się ich pracy.

Dziesięć minut później ogromny mężczyzna się poruszył.

– Bywajcie, drogie panie – powiedział, przeciągając samogłoski, i wyszedł.

Drzwi zamknęły się za nim z trzaskiem.

Wszystkie kobiety przy stole podniosły wzrok na Katherine. Ta zaś, odczekawszy chwilę, pokiwała głową. Wówczas Mary ześlizgnęła się ze stołka, podeszła do drzwi, ostrożnie je uchyliła i wyjrzała na zewnątrz.

– Poszedł do koszar – powiedziała z uśmiechem.

Nigdy nie wiedziały, kiedy może do nich zajrzeć strażnik. Nigdy też nie były pewne, czy któryś nie został i nie kręci się w pobliżu, aby podsłuchać ich rozmowę i potem o tym donieść. Ten jednak – tak samo zresztą jak większość – postanowił zrobić sobie wolne.

Mary zamknęła drzwi i wróciła na swoje miejsce przy stole. Spojrzała na Katherine.

– Jakieś wieści?

– Postanowiłam poprosić Dubois, żebyśmy mogły wychodzić z Dicconem do lasu.

– Och! – rozpromieniła się Gemma. – Znakomity pomysł.

Zaczęły dyskutować z ożywieniem, jak najlepiej przedstawić tę sprawę komendantowi obozu. Katherine zerknęła na Harriet, ale ta lekko pokręciła głową, zdecydowana nie wspominać o otwarciu drugiego tunelu.

Będzie czas, żeby o tym porozmawiać. Najpierw jednak muszą poznać fakty.

* * *

Charles Babington stał ukryty w cieniu sterty bel bawełny wyładowanych z któregoś żaglowca i przyglądał się, jak inspektor Kompanii Handlowej Macauley i Babington razem z oficerem służby celnej zaglądają pod pokład „Holenderskiej Księżniczki”, frachtowca zmierzającego do Amsterdamu.

Charles płonął z niecierpliwości podsycanej rozpaczą. Mary Wilson, jego wybranka, zaginęła wiele tygodni temu, a jemu nic w tej sprawie nie udało się zrobić. Razem z przybyciem Roberta Frobishera pojawiła się wprawdzie nadzieja, ale Frobisher też zniknął – do tej pory już pewnie wrócił do Anglii. Czy doprowadził do końca swą misję – dzięki której udałoby się odnaleźć Mary – Charles nie wiedział. Gdyby mógł napisać do Frobishera, może uzyskałby jakieś informacje.

Nie miał jednak pojęcia, gdzie Robert czy jego brat Declan mieszkają. Niewykluczone, że jeśli wysłałby list na adres Kompanii Transportowej Frobisher i Synowie w Londynie lub Aberdeen, ten w końcu dotarłby do Roberta. Być może.

Charles jednak sam zgodził się nic nie robić, byle tylko diamenty – albo złoto, choć obaj z Frobisherem obstawiali, że diamenty – nie opuściły Freetown w ładowni któregoś z cumujących tu statków.

To w jego mocy leżało zlecanie kontroli wszystkich żaglowców odpływających do Anglii lub któregoś z pobliskich portów na kontynencie. Amsterdam, światowa stolica handlu diamentami, był jednym z nich, toteż „Holenderska Księżniczka”, wraz z innymi statkami zmierzającymi w tamtym kierunku, została poddana szczegółowej inspekcji celnej.

Obecność Charlesa nie była konieczna – w rzeczywistości nie miał żadnego powodu, by towarzyszyć kontrolerom – ale przywiodło go tu poczucie bezradności, które nie opuszczało go ani na chwilę.

Wolał być na miejscu na wypadek gdyby inspektorzy natknęli się na nielegalny ładunek nieoszlifowanych diamentów.

Kapitan statku, przysadzisty mężczyzna, który z wyglądu przypominał raczej Anglika niż Holendra, stał obok otwartego luku z rękami skrzyżowanymi na szerokiej piersi. Nagle, jakby czując na sobie wzrok Charlesa, zerknął na niego.

Powiedział coś do inspektora, po czym wszedł na trap, zeskoczył na nabrzeże i pomaszerował w stronę Babingtona.

Charles nie ruszył się z miejsca.

Kapitan zatrzymał się na wprost niego.

– Babington, prawda?

Charles lekko pochylił głowę.

– Ma pan nade mną przewagę. Nie sądzę, by nas sobie przedstawiono.

Mężczyzna odsłonił zęby w uśmiechu.

– Jestem kapitanem żaglowca, który pan wstrzymuje. – Obejrzał się za siebie, a potem spojrzał na port. – Nie wiadomo, czy uda nam się wypłynąć na czas. – Przeniósł wzrok z powrotem na Babingtona. – O co chodzi z tą inspekcją?

Charles uśmiechnął się słabo. Ze znudzeniem spojrzał w oczy kapitana.

– Rutynowa kontrola. Macauleyowi czasami odbija i wtedy nie ma wyjścia, trzeba szukać nieszczęśnika, który narusza naszą licencję. – Kompania Macauley i Babington miała wyłączność na transport towarów z Freetown do Anglii.

Kapitan chrząknął.

– Cholerne utrapienie. – Spojrzał na swój żaglowiec.

Charles skierował wzrok w tę samą stronę i zobaczył, że inspektor razem z oficerem służby celnej wchodzą na trap. Tuż za nimi maszerowała reszta celników.

– Nareszcie! – Kapitan zerknął na Babingtona. – Pan wybaczy.

Charles kiwnął głową, krzywiąc się niezauważalnie.

– Pomyślnych wiatrów.

Kapitan zasalutował mu szyderczo i ciężkim krokiem ruszył w stronę statku.

Charles patrzył za nim, zastanawiając się – nie po raz pierwszy w ciągu ostatniego miesiąca – czy informacje Frobishera aby na pewno były prawdziwe. Czy faktycznie gdzieś w okolicy działa nielegalna kopalnia diamentów? I czy rzeczywiście transporty odchodzą z Freetown? Jak dotąd nie udało mu się wpaść na żaden ślad przemytu.

Tymczasem na pokładzie „Holenderskiej Księżniczki” kapitan zaczął wydawać rozkazy. Marynarze zeskoczyli na nabrzeże, żeby odwiązać cumy. Charles nie miał tu już nic więcej do roboty. Wbijając wzrok w sfatygowane deski kei, które przesłaniał mu obraz słodkiej twarzy Mary, ruszył za inspektorem w stronę swojego biura.

Na żaglowcu panowało ożywienie, szykowano się do postawienia żagli. Kapitan zerknął przez ramię, a gdy zobaczył, że Babington odchodzi, odwrócił się z prychnięciem.

– O co chodziło? Mamy się czym martwić? – zapytał pierwszy oficer.

Kapitan zawahał się, po czym powiedział:

– Babington twierdził, że to rutynowa kontrola, ale ja wcale nie jestem tego taki pewien. Gdyby chodziło o zwykłą inspekcję, po co sam by tu przychodził?

Pierwszy oficer zakołysał się na obcasach.

– Myśli pan, że wiedzą?

– Nie. Gdyby wiedzieli, mielibyśmy prawdziwe kłopoty. – Rozejrzał się, nikt jednak na nich nie patrzył. – Nietrudno byłoby posłać za nami kuter, ale nie sądzę, żeby to zrobili. Na wszelki wypadek miej oczy szeroko otwarte.

– Tak jest. – Pierwszy oficer milczał przez chwilę, po czym spytał: – A więc wciąż płyniemy po przesyłkę?

– Ma się rozumieć. Zabieramy się stąd i ruszamy w stronę północnego wybrzeża. Zaczekamy kilka godzin, aż prąd się zmieni, upewnimy się, że nikt nas nie śledzi, i wpłyniemy do estuarium.

Pierwszy oficer kiwnął głową.

– Zawsze się zastanawiałem, dlaczego odbieramy przesyłkę dopiero po opuszczeniu portu, skoro musimy po nią wracać. – Wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Teraz już rozumiem.

Kapitan odburknął coś i ruszył w stronę steru.

Kilka minut później „Holenderska Księżniczka” opuściła nabrzeże portu we Freetown.

Tytuł oryginału:

The Daredevil Snared

Pierwsze wydanie:

MIRA Books, 2016

Opracowanie graficzne okładki:

Madgrafik

Redaktor prowadzący:

Małgorzata Pogoda

Opracowanie redakcyjne:

Sylwia Sandowska-Dobija

Korekta:

Jolanta Rososińska

© 2016 by Savdek Management Proprietary Limited

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa, 2017

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieł w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

ISBN 978-83-276-2960-9

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.