Wydawca: Videograf Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 583 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przekleństwo rasy - Rafał Górniak

Kraina Elfów, Oggrestydhemgard, znalazła się na progu wojny domowej. Elfowie nienawidzą Ludzi, Ludzie boją się i nienawidzą Elfów, wszyscy zaś nienawidzą Mieszańców. Po zaginięciu Króla kraj pogrążył się w politycznym kryzysie. Na dworze królewskim polityczne frakcje szykują się do krwawej walki o władzę. Reformatorzy na czele z konduktorem Septymiuszem są przeciwko konserwatywnemu stronnictwu pod wodzą Rebrego, które dąży do ograniczenia rosnących wpływów Ludzi i Mieszańców.
W ten tygiel intryg i zbrodni trafia nieoczekiwanie ziemski chłopak, Adam, stając się narzędziem w rękach rywalizujących partii. Czołowi gracze chcą go pozyskać dla siebie, ponieważ wierzą, że jest Wybrańcem, osobą posiadającą rozszerzone możliwości kontrolowania mocy.
Rebre inicjuje spisek w celu dokonania przewrotu państwowego. Wraz z wybitnym konduktorem Mavrilem planują zastosowanie wobec Ludzi i Mieszańców „ostatecznego rozwiązania”. Natomiast Septymiusz organizuje Sprzysiężenie skupiające przedstawicieli wszystkich ras. Gdy w końcu wybucha wojna domowa, jej stawką jest nie tylko uzyskanie przewagi militarnej, ale zagłada bądź ocalenie…

Rafał Górniak (ur. 1975 r.) – z zawodu prawnik, zafascynowany historią starożytną, biologią ewolucyjną i demografią. Twórca esejów historycznych i globtroter  zakochany w magii okolic polarnych.

Opinie o ebooku Przekleństwo rasy - Rafał Górniak

Fragment ebooka Przekleństwo rasy - Rafał Górniak

Redakcja:

Joanna Szewczyk

Ilustracja na okładce:

© Dorottya_Mathe/iStockphoto

Redakcja techniczna, skład, łamanie, opracowanie wersji elektronicznej:

Grzegorz Bociek

Korekta:

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów2013

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

office@videograf.pl

www.videograf.pl

Dystrybucja: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

Copyright © Rafał Górniak

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów2013

ISBN 978-83-7835-243-3

W przypisach do tekstu powieści zastosowano następujące skróty:

(hark.) — harkani, współczesny język Elfów z Valinoru

(harkun.) — harkuna, starożytny język Elfów z Valinoru, staroelfi

(xer.) — język xeresjański

(rom.) — język romajoński

(ang.) — język angielski

(hiszp.) — język hiszpański

(niem.) — język niemiecki

Rozdział I. Modulowany świst

Modulowany świst koguta karetki drażniąco wrzynał się w gęstą poranną mgłę. Pękaty bolid ozdobiony pomarańczowym krzyżem wchodził ostro w zakręty wąskich śródmiejskich uliczek. Opony rozbryzgiwały kałuże nabrzmiałe od nocnego deszczu, a brudna woda wyrzucana z gwałtowną siłą zawisała przez chwilę nad chodnikiem, skraplając się na liszajach przemokłych tynków i spływając w gwałtownych brązowych strumykach. Kierowca z zaciętą twarzą kręcił kierownicą, nawet na wirażach nie zmniejszając zawrotnej prędkości.

— Tracimy go! Tracimy go! — ryczał lekarz, rozpaczliwie wciskając przyciski defibrylatora. — Szybciej! — wrzasnął w stronę kierowcy, wycierając pot z czoła przyczernionym rękawem fartucha.

— Robię, co mogę, tak jak pan! — odkrzyknął szofer, uderzając pięścią w obudowę poduszki powietrznej, jednak chwilę później, klnąc pod nosem, docisnął pedał gazu. Silnik zarzęził i karetka posłusznie przyspieszyła, wyrzucając spod kół dodatkową porcję błota. Przedni zderzak o centymetry minął kosz na śmieci, którego nie opróżniano co najmniej od tygodnia.

W karetce znajdowały się cztery osoby. Kierowca z dłońmi zaciśniętymi na kierownicy miotał przekleństwa, za wszelką cenę usiłując o kolejną chwilę przedłużyć życie swoje, pasażerów i nielicznych przechodniów, nieustannie zagrożone przez szaleńczą jazdę. Lekarz wrzeszczał na reanimowanego pacjenta, mając być może nadzieję, że ten, wstrząśnięty siłą wykrzykiwanej argumentacji, zrezygnuje z podróży na tamten świat. Spokojny, rozważny sanitariusz — pielęgniarz metodycznie podporządkowywał się nerwowym reakcjom doktora.

Ostatnim z pasażerów był chłopak w wieku około siedemnastu lat. Leżał na kozetce zrobionej ze składanych noszy, dysząc ciężko i wodząc nieprzytomnym wzrokiem po twarzach znajdujących się obok niego ludzi i po elementach wyposażenia karetki. Czasami, prawdopodobnie odruchowo, unosił szczupłą prawą dłoń do czoła, odgarniając długie włosy pozlepiane w strąki. Na przegubie dłoni miał czerwoną bransoletkę z gumy utwardzanej plastikiem, z czarnymi drukowanymi literami tworzącymi wyraz „ADAM”. Lekarz i sanitariusz przypuszczali, że jest to jego imię.

Chorował od dawna, wiedział o tym. Praktycznie od dzieciństwa odbywał nieustanne pielgrzymki do kolejnych specjalistów usiłujących ustalić przyczynę ciągłych niedomagań: anemii, arytmii serca, koszmarnych bezdechów, w trakcie których niemal tracił przytomność, przez całe minuty nie mogąc nabrać powietrza, i wreszcie kłucia w klatce piersiowej i nieregularnych omdleń zdarzających się w chwilach, gdy wydawało się, że wszystko powinno być w porządku.

Leki, dieta i regularny tryb życia sprawiły, że w ciągu kilku ostatnich lat przestało ono być ciągiem przejściowych chwil poprawy przypadających pomiędzy niezbędnymi interwencjami lekarzy i kolejnymi tygodniami hospitalizacji lub aresztu domowego we własnym łóżku. Funkcjonował w miarę normalnie, jeśli nie liczyć nieustannych wizyt kontrolnych i rutynowych badań co miesiąc.

Teraz jednak sytuacja była inna. Gdzieś w połowie października stan zdrowia Adama pogorszył się tak bardzo, że rodzicom i lekarzom niezwykle trudno było nawiązać z nim jakikolwiek kontakt. Tracił przytomność nawet kilka razy dziennie, potem na krótko ją odzyskiwał. Wodził przerażonymi oczami po ścianach swojego pokoju, nie rozpoznając sprzętów, wśród których żył i które lubił. „Wszystkie książki, które przeczytałem, umówione spotkania, koledzy. Dziewczyny, o których wciąż tak mało wiem. Siedemnaście lat życia, cała ta wieczność — na marne?”. Jego myśli krążyły wokół śmierci i samotności. „Słyszałem o tym, wiem. Ludzie odchodzą, ale ja? Mnie to przecież jeszcze nie dotyczy”. Wiedział, że jest w niebezpieczeństwie, i bronił się przed nim z całą siłą swojego strachu.

W jego mózgu migotały telewizyjne klisze z zapisem umierania. Rzeczywistość niewiele różniła się od obrazów, które dotąd pomijał chłodnym milczeniem, za pomocą pilota telewizyjnego dokonując wyboru pomiędzy trudną prawdą a błahą najczęściej rozrywką. Dotąd przeważnie wygrywała ta druga, jednak pewnego dnia prawda upomniała się o swoje prawa i organizm, przez lata mamiony dietą i coraz silniejszymi dawkami medykamentów, odmówił w końcu posłuszeństwa.

Pomimo codziennych wizyt lekarskich i zastosowanych leków stan chłopaka nie poprawił się i w trzecim dniu gorączki powodującej malignę i po kolejnym trudnym do opanowania bezdechu rodzice postanowili wezwać pogotowie. Adam leżał na łóżku i ciężko oddychał. Zapłakana matka nerwowo mięła w dłoniach mokrą chusteczkę, ojciec chodził po mieszkaniu, setki razy pokonując tę samą trasę, a później, gdy nadjechał ambulans, pomagał pielęgniarzom układać syna na noszach. Krop- lówka, tupot nóg na schodach. Głośne trzaśnięcie drzwi i napisy na klatce. Tyle zapamiętał, zanim wsunęli go do pudła karetki i na sygnale popędzili do szpitala.

Chude chłopięce ciało na przemian wyginało się w gwałtownych paroksyzmach skurczy i wiotczało, rezygnując z walki. Adam spod wpółprzymkniętych powiek w absolutnej ciszy obserwował spoconą twarz doktora i jego nieme, a mimo to bezustannie poruszające się usta. „On coś mówi — pomyślał chłopak. — Mówi coś do mnie. Dlaczego nic nie słyszę?”.

Oczy zaczął zalewać półmrok, którego nie były w stanie rozjaśnić neony w szalonym tempie przesuwające się za matową szybką drzwiczek pojazdu. Lekkie ukłucie w dolnej części lewego pośladka. Pszczoła? Mrówka? Pająk? W karetce? Usta Adama wygięły się w niemal niewidocznym uśmiechu, bo zdał sobie sprawę, że to pielęgniarz za pomocą strzykawki musiał zrealizować nakaz lekarza, który w desperackiej próbie ocalenia pacjentowi życia rzucił do walki ostatnie odwody intelektu. „Jaki cel im przyświeca? Ratują mnie czy tylko izolują od cierpienia?”.

Ciemne plamy przed oczami przekształciły się w wielkie nieregularne kleksy smoły, a chwilę później brudna gorąca lawa zalała resztki bladego światła. Zapadła noc i mózg odłączył świadomość, jakby za naciśnięciem wielkiego czerwonego guzika z napisem „Koniec”.

Podobno w szpitalu najgorsze są przebudzenia. Adam jednak otworzył oczy z wyraźną przyjemnością i rozejrzał się po sali, z wysiłkiem odwracając głowę. W niewielkim pomieszczeniu stały trzy łóżka, z których zajęte było tylko jedno — jego własne. Dwa pozostałe, równiutko pościelone, czekały spokojnie na pacjentów, lekko rozjaśnione przez światło słoneczne przebijające się przez do połowy zsunięte żaluzje. Było jeszcze wcześnie, niedawno pielęgniarka wcisnęła mu pod pachę lodowatą szpilkę termometru, a po kilku minutach wróciła po niego. Wskazywał 37,3°C. Skrobnęła coś na karcie i wyszła.

Adam wiedział, że jest już lepiej. Zawsze po ostrych atakach przychodziło kilka tygodni albo dni, a choćby i godzin ulgi. Powoli uniósł się, obrócił w kierunku przeciwnego krańca łóżka i chwycił kartę zawieszoną na barierce. Przez moment oglądał ją w skupieniu.

— Nie boli już? — spytał osobnik siedzący w kucki na łóżku po lewej stronie.

Zaskoczony chłopak ze zdumieniem spojrzał na nieznajomego mężczyznę. Sytuacja wymagała wyjaśnienia. Szósta rano, szpital, a tu jakiś facet po cywilu siedzi po turecku na zaścielonym łóżku. Żaden lekarz ani pielęgniarz tak by nie usiadł. W dodatku — jak on tu wszedł? Drzwi są po prawej, żeby dojść do lewego łóżka musiałby przejść obok Adama. Na pewno tego nie zrobił, to niemożliwe. Przed chwilą nie było go w sali. Wylazł spod łóżka? Mocno podejrzane.

— A dlaczego pan pyta? — rozpoczął ostrożnie chłopak.

— Wyglądasz lepiej niż wczoraj wieczorem. — W głosie nieznajomego wyczuwało się ulgę, jego usta wykrzywiły się w czymś na kształt uśmiechu. Pomimo niespodziewanego najścia Adam musiał przyznać w duchu, że młoda, gładko ogolona twarz gościa i brązowe okrągłe oczy, w których malowała się wyraźna troska, budzą zaufanie i nie dają powodów do obaw.

„Ale skąd wie, jak wyglądałem wczoraj? Może to jednak pracownik szpitala”.

— Jest pan lekarzem? — Adam postanowił być konkretny.

Oczy mężczyzny zaokrągliły się. Tym razem to on był lekko zdziwiony.

— Jestem Elfem — odparł w sposób najzupełniej naturalny. Najwyraźniej zakładał, że chłopak na pierwszy rzut oka powinien rozpoznać, iż przynależy on do elfiej rasy, ponieważ w jego głosie pobrzmiewał ton leciutkiego niezrozumienia połączonego z odrobiną irytacji. Po krótkiej chwili jednak się poprawił. — No… prawie… — stwierdził. — Jestem Półelfem, a raczej Mieszańcem. Ale tak naprawdę jestem w trzech czwartych Elfem! — dodał szybko, zapewne licząc na to, że Adam zorientuje się, iż ta proporcja elfiej krwi wymaga odpowiedniej dozy szacunku.

Prawie mu się udało.

„No tak. Elf, a właściwie Mieszaniec. Wszystko jasne. Gdzie oni mnie przywieźli? Do czubków? Przecież podobno jestem chory na serce!”. Adam zaczął bezwiednie szukać przycisku wzywającego pielęgniarkę, ale uważniejsze spojrzenie na nieproszonego gościa sprawiło, że postanowił jeszcze się powstrzymać. Pomimo wypowiadania niezrozumiałych, absurdalnych słów mężczyzna nie wyglądał groźnie. Był dosyć przystojny i przez cały czas uśmiechał się życzliwie. Usiłował skupić wzrok na Adamie, wyczuwało się jednak, że myślami jest gdzieś daleko.

„A jednak to świr, jak nic. Wstawi mi jakiś głodny kawałek, a potem… no właśnie. Co on mi może zrobić?”.

— Taaak… — rozpoczął chłopak z namysłem — …jest pan Elfem… A co pan robi tutaj, u mnie?

— Masz na imię Adam, prawda? Dobrze trafiłem? Ja jestem Avaris. Kazano mi sprawdzić, czy jesteś zdolny odbyć podróż. Polecono mi zorganizować twoje zniknięcie na kilka dni. — W jego głosie Adam wyczuł nutkę podniecenia. Rozumiesz, jaka to szansa dla mnie…

— Prawdę mówiąc, nie bardzo…

— Nie domyślasz się? — Oczy rzekomego Półelfa płonęły. — Jedziemy do Pałacu Elfów spotkać się z Królową! To jest twoje wezwanie, czekałeś na to!

Jeżeli sądził, że wywrze na chłopaku wrażenie, to bardzo się pomylił. Poirytowany, ale również odrobinę zaciekawiony Adam uprzejmie uśmiechnął się półgębkiem. „Królowa… Nie będę wyprowadzał go z błędu. Jest nieszkodliwy. Nieszkodliwy, pobudzony świrek o sympatycznym wyglądzie”.

— Królowa zapewne musi mieć ważny powód, że wzywa mnie w takiej chwili — rzekł. — Widzi pan… Obawiam się, że nie do końca jestem gotów. Choroba, te sprawy. Nie wiem, czy zniósłbym taką podróż. Co pan robi z tym zegarkiem?

Od dłuższej chwili Avaris nerwowo postukiwał w szybkę zegarka zapiętego na swoim prawym przegubie, co chwila podnosił dłoń do ucha, słuchał, usiłując kręcić nieistniejącym pokrętłem, i patrzył na wyświetlacz z wyraźnym niezadowoleniem.

— Chyba się zepsuł — westchnął. Miał smutne, rozbrajające spojrzenie, jak jamnik przyłapany na obgryzaniu ulubionych butów pana. — Marzyłem o zegarku. Ale nie takim zwykłym ozdobniku, chciałem, żeby pokazywał godziny i minuty, tykał i błyszczał na ręce. Ten jak na razie tylko błyszczy.

— Pokaż mi go — powiedział Adam. Przejście na „ty” odbyło się bez większych ceremonii. — Nie, wszystko jest dobrze. Lichutki ten zegarek, ale na szczęście chodzi. Tykał nie będzie, bo jest elektroniczny, czas pokazuje cyframi. Skąd ty się urwałeś? Byłeś w Wietnamie i od wojny siedziałeś w dżungli? Nie znasz się na zegarku?

— No właśnie, elektroniczny… — Rzekomy Półelf westchnął. — Wiem, wiem… Wszystko nie tak jak miało być…

— Co masz na myśli?

Mężczyzna wzruszył ramionami.

— Wszystko. Mam na myśli praktycznie wszystko. — Zmarszczył brwi, znowu westchnął i kontynuował: — Nie bardzo wiem, co się dzieje. To całe zamieszanie, Septymiusz, odsunięcie Kalanthei. Nawet zegarek inny niż mi obiecano. — Uważnie spojrzał na Adama. — Jesteś pewnie zawiedziony, że nie dostałeś wykwalifikowanego konduktora?

Chłopak nadal ostrożnie, ale już bez obaw uniósł się ponownie, podparł i przyjął pozycję podobną do pozy Avarisa — usiadł po turecku na przepoconej pościeli, noszącej ślady nocnej walki z własną słabością.

Konduktorzy. Sprawa wygląda poważnie. Jednak trzeba będzie wezwać służby szpitalne. Za chwilę ten dziwaczny Półelf może stać się niebezpieczny. Wcześniej jednak postanowił zapytać:

— Skąd jesteś?

— Jak to skąd? — obruszył się mężczyzna. — Z Valinoru!

„Valinor — Adam zmarszczył brwi. — Coś mi to mówi”.

— To kraina Elfów?

Tym razem zdziwił się Avaris. Spoważniał, utkwił w Adamie uważne spojrzenie, a całe jego ciało wychyliło się w kierunku chłopca. Wyglądał jak pomnik hinduskiego mędrca, który z troską pochyla się nad mrówką, z mozołem wędrującą wzdłuż jego skrzyżowanych nóg.

— Nie wiesz, co to jest Valinor?

Wyraz twarzy Adama niewątpliwie przekonał go o słuszności domysłu.

— To niemożliwe! — Głośny okrzyk sprawił, że przechodząca korytarzem pielęgniarka zajrzała na chwilę do sali, jednak wycofała się, nie znajdując nic podejrzanego, ponieważ Avaris nie siedział już na łóżku. Chwilę wcześniej zerwał się gwałtownie i teraz nerwowo przemierzał niewielką przestrzeń. — Nie znasz Valinoru, nie ekscytuje cię wezwanie Królowej…

Podszedł do Adama i położył dłonie na jego ramionach.

— Niesłychane! — wykrzyknął. — Mavril nic ci nie powiedział!? Chłopcze, czy ty w ogóle znasz Mavrila?

Adam odchrząknął. Zaczynało go to śmieszyć, postanowił jednak być uprzejmy.

— Obawiam się… eee… Chyba muszę pana zawieść. Ciebie, znaczy… — Było mu naprawdę przykro, że dziwny przybysz poczuje się dotknięty. Tacy jak on z pewnością są bardzo przeczuleni na punkcie swoich wizji. — Nie znam żadnego Mavrila, o królach i królowych uczę się na historii, konduktorów widuję w tramwajach, a Elfy kojarzą mi się z Tolkienem i baśniami Andersena. Coś jakby krasnoludki. À propos, może ty jednak jesteś krasnoludkiem? Chociaż nie, nigdy nie widziałem takiego dużego krasnala…

Avaris spojrzał z zainteresowaniem:

— A małego widziałeś?

— Mniejsza o to — skrzywił się Adam. — Co z tym Mavrilem?

Półelf podszedł do łóżka chłopaka. Rozsiewał dyskretną i przyjemną woń, niepodobną do żadnego znanego Adamowi zapachu. Dopiero gdy wstał, można było dostrzec całą dziwaczność jego stroju. Miał na sobie czarny golf, na którym nosił błękitną marynarko­‍-kurtkę, przypominającą górną część munduru dragona, do tego szerokie wiśniowe spodnie, w dolnej części zwężone i związane czymś w rodzaju jedwabnych tasiemek. Stopy podrygiwały żałośnie w zbyt dużych trampkach, których końce gięły się jak u cyrkowego klauna. Szyję miał obwiązaną żółtym atłasowym szalem. Słowem, wyglądał jakby poszczególne elementy garderoby dobierał, grzebiąc na ślepo w pojemnikach wypełnionych niemodnymi ciuchami.

Pomimo krótkiej dygresji na temat krasnoludków wzburzenie Avarisa nie ustawało. Usiadł na łóżku, tak jakby nagłe zawroty głowy spowodowały utratę równowagi. Dłonie zaciskały się na świeżym prześcieradle, a zamknięte powieki odgradzały jego świadomość od twardej, niespodziewanie okrutnej rzeczywistości. Trwało to krótko, może pół minuty. Po chwili Avaris najwyraźniej się otrząsnął, spojrzał na Adama i z zagadkowym półuśmiechem zaczął mówić:

— Mavril to nasz wysłannik do zadań, wy byście powiedzieli, „specjalnych”. Trzy lata temu miał dotrzeć do ciebie i stopniowo wprowadzić w naszą rzeczywistość. Zdawaliśmy sobie sprawę, że zbyt gwałtowne ujawnienie prawdy może doprowadzić do nieodwracalnych szkód.

Jego słowa były tak pewne, a spojrzenie na tyle trzeźwe, że przekonanie Adama, iż ma do czynienia z szaleńcem, zaczęło słabnąć. „Z drugiej strony — pomyślał chłopak — można być jednocześnie wariatem i świetnym aktorem”.

— Jakiej prawdy? I o jakie szkody chodzi?

— Po pierwsze, nie uwierzyłbyś nam, gdybyśmy ot tak, po prostu przyszli i powiedzieli: „Jesteśmy Elfami i przybyliśmy, ażeby zabrać cię do Valinoru”.

Adam wzruszył ramionami.

— Witajcie, Ziemianie! Poddajcie się! Jesteście otoczeni! — wykrzyknął ironicznie.

— Słucham? Zresztą, nieistotne. Nie byłoby to zbytnio przekonujące, co?

— Hmm…

— No właśnie, mógłbyś uznać, że jesteśmy niespełna rozumu, nawet gdybyśmy doskonale przygotowali się do misji. Wiesz, ziemskie ubrania, zachowanie…

Adam błądził wzrokiem po suficie.

— W twoim przypadku słowo „gdyby” nabiera szczególnego znaczenia.

— Co masz na myśli?

— Nic, mów dalej.

Avaris odchrząknął i kontynuował:

— Mavril został przeniesiony za zasłonę, to znaczy… do waszego świata. Nie wiedzieliśmy dokładnie, gdzie znajduje się siedziba waszej rodziny, poza tym, że jest to w Europie, raczej na wschód niż przeciwnie. Miał dosyć trudne zadanie. Po miesiącu zameldował, że cię namierzył. Miałeś wtedy trzynaście lat i podobno wrzuciłeś koleżance królika do sedesu.

Półelf uśmiechał się. Adam z kolei zawstydził się lekko na wspomnienie tej idiotycznej historii.

— Wkurzył mnie. Przegryzł mi kabelek od ładowarki telefonu. Potem zresztą nawet było mi to na rękę. Nie musiałem wysyłać do niej SMS-ów.

— A co? Nie chciałeś?

— Podobała mi się nawet, ale za bardzo była przewrażliwiona…

— Kąpała tego królika codziennie przez tydzień. Też bym się zdenerwował… Ale ja nie o tym… Od tej pory nasz agent co pół roku pojawiał się w Valinorze z raportami. Pisał w nich, że jesteś zdrowy, po okresie chwilowej rezerwy dobrze przyjąłeś nasz plan i że zbliża się moment, kiedy będziesz mógł być zaprezentowany Radzie. — Zaaferowany Półelf stukał palcami po udach i przygryzał nerwowo usta, wodząc językiem po zbielałych wargach, z których odpłynęła krew. Wzdychał. — Wszystko okazało się kłamstwem. Co tam się mogło wydarzyć?

Dziwaczny przybysz zamilkł. Nagle tknięty jakąś myślą złapał za barierkę łóżka, jakby w świecie materii szukał oparcia przed rzeczywistością, która zaczęła go przytłaczać. Po chwili przysiadł obok Adama i, ciężko dysząc, wyszeptał:

— Dlaczego żaden z dyżurnych konduktorów nie chciał przenieść mnie do tego świata? Dlaczego udało się to dopiero wtedy, gdy poprosiłem Kalantheę? Czemu wędrowałem prawie pięć godzin, myliłem drogę, chociaż wszyscy inni od razu docierali na miejsce?

Wstał i przez chwilę chodził po sali, potem jednak przystanął, tak jakby krótkotrwały ruch przeczyścił i odświeżył synapsy jego umysłu. Powoli się uspokajał. Wyraz jego twarzy zmienił się bardzo wyraźnie. Nie był to już ten dobroduszny młodzieniec, który początkowo objawił się Adamowi. Teraz był skupiony, czujny. Gdy przemówił, jego głos był cichy, lecz wyraźny. Kroił powietrze słowami jak nożem:

— Już rozumiem. Poczuli się zagrożeni.

Zwrócił się w stronę Adama.

— Przypomnij sobie. Masz trzynaście lat. Chodzisz do szkoły, grasz w piłkę z kolegami, uczysz się. Denerwują cię futrzaki. To musiały być pierwsze dni nadziejnika. To znaczy… po waszemu — koniec maja. Nie zdarzyło się nic dziwnego? Nikogo wtedy nie spotkałeś?

Chłopak zamyślił się.

— Nie kojarzę. A jak ten ktoś miałby wyglądać?

— Wysoki, blady, ale włosy czarne. Bardzo czarne i bardzo lśniące. Chudy. Na twarzy dużo zmarszczek, lekko zakrzywiony nos. Mężczyzna niepiękny może, ale intrygujący, ciekawy…

Adam zmarszczył brwi. W zasadzie to historia bez znaczenia, ale… Tamten gość podejrzanie zgadza się z opisem…

— Nosił pelerynkę i miał laskę ze srebrną główką?

Avaris poderwał się z łóżka i podniecony wpatrywał się w rozmówcę, tak jakby nie chciał uronić żadnej sylaby wydobywającej się z jego ust.

— Widziałeś go jednak!?

Młodzieniec pokiwał głową. Tak. Teraz sobie przypomniał. Trzynastolatkowie nie boją się nikogo na całym świecie, a w każdym razie tak to przedstawiają, ale Adam pamiętał, że tamten mężczyzna wzbudził w nim dziwny niepokój.

— Podszedł kiedyś do mnie w parku jeden facet — mówił wolno i cicho, zaglądając w głąb pamięci i usiłując wydobyć z niej jak największą ilość szczegółów. — Taki właśnie jak mówisz: wysoki, chudy, miał pelerynę. Chciałem go ominąć, a wtedy on wyciągnął w moim kierunku laskę i dotknął gałką piersi. Zaczął mówić dziwacznym głosem: „Jesteś Adamem naszych czasów. Kiedy przyjdzie ta chwila, będziesz za duży na marionetkę i za mały na przywódcę. Nie przydasz się ani im, ani nam”. Jakoś tak to brzmiało, chociaż mogę się mylić, upłynęło tyle czasu… Ale na pewno była mowa o jakiejś odległej chwili i o tym, że będę nieprzydatny zarówno dla jednej, jak i dla drugiej strony. Tak to zrozumiałem. Przestraszył mnie, ale zaraz sobie poszedł, więc nikogo nie zawiadomiłem i rzadko o tym myślałem.

Avaris był zdruzgotany.

— „Mavril po ICH stronie! Mavril po ICH stronie…” — szeptał cichutko, ale Adam wychwytywał jego słowa niemalże z samego ruchu ust.

Chłopak poczuł wyraźny lodowaty dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Skąd ten człowiek wiedział o tym starym w parku? I o króliku? Zrozumiał już, że nie ma do czynienia z szaleńcem, lecz uczestnikiem szeroko zakrojonego spisku, do którego on, Adam, przedziwnym i trudnym do pojęcia splotem wydarzeń też został wciągnięty. Czy ONI śledzą mnie już od lat? Jakiś Mavril, który mnie szukał? Tajemniczy plan? Za dużo tu pytań bez odpowiedzi.

— Dobra. — Z pewnym wysiłkiem wstał z łóżka, wsunął stopy w kapcie i stanął naprzeciwko Avarisa. Był od niego odrobinę niższy. — Dosyć picia sobie z dzióbków. Kim jesteś i po co do mnie przyszedłeś?

Avaris pokiwał głową.

— Naturalnie — powiedział cicho. — Skoro nic nie wiesz… Nie ma już czasu na przygotowania. Powiedz mi tylko jedno: nigdy już więcej nie spotkałeś Mavrila?

— Nigdy.

— Rozumiem. Przypatrz mi się uważnie. Co o mnie sądzisz?

Adam postanowił pozbyć się zbędnego balastu delikatności. „Należy wyjaśnić tę sprawę, przywieziono mnie tutaj, abym spokojnie chorował, a nie wyjaśniał absurdalne wszechświatowe spiski”.

— Jesteś świrem — odpowiedział Avarisowi. — Albo w najlepszym razie uciekinierem z cyrku, posiadającym nie całkiem jasne dla mnie zamiary. Nie odpowiedziałeś mi na pytanie. O co ci chodzi?

— Odpowiedziałem już na początku rozmowy. Jedziemy do Królowej.

— Chyba ci troll usiadł na sztucznej inteligencji! — W tym momencie Adam zirytował się nie na żarty. — Co ty sobie wyobrażasz? Przychodzisz do mnie do szpitala, zachowujesz się jakbyś zwiał z czeskiej bajki i jeszcze chcesz mnie zabierać do Krainy Nigdy—Nigdy. Bujaj się! Spadaj, bo zawołam pielęgniarkę!

Wzburzony zacisnął pięści i zaczął nimi groźnie wymachiwać, po chwili jednak rozkaszlał się i przysiadł ciężko na krawędzi łóżka. Gwałtownie łapiąc powietrze szeroko otwartymi ustami, chwycił dłonią poręcz u wezgłowia i ścisnął, aż zbielały mu kostki u nasady palców, a same palce, nabrzmiałe od krwi, zaczęły przypominać czerwone zagięte ołówki. Wyciągnął rękę w kierunku dzwonka.

— Dobrze! — Avaris wyraźnie się przestraszył. — Nie ruszaj się! Już sobie idę. Oddychaj głęboko. Na Świetlistych! Co ja narobiłem!? Połóż się, ja sam pójdę po lekarza.

W jego oczach malowała się autentyczna troska. Adam widział, że chciał wezwać lekarza, nie zważając na łatwe do przewidzenia konsekwencje. Co by powiedział, gdyby ten zażądał wyjaśnień? A zażądałby! „Panie doktorze, wie pan, to nic takiego, przyszedłem tylko zabrać pacjenta do Valinoru… Po co? No jakże… Książek pan nie czyta, kreskówek nie ogląda? Trzeba uratować świat!”. Avaris pomimo całego swego domniemanego szaleństwa musiał przewidywać, że miejscowi lekarze czy policjanci nie podeszliby do jego wersji wydarzeń ze zrozumieniem. Wyobrażenie sobie ich min spowodowało, że Adam ledwie powściągnął uśmiech.

— Nie trzeba… — powiedział chłopak spokojniej, leżąc już na łóżku. — W porządku, wierzę, że nie masz złych zamiarów. Po prostu idź już. Ta zabawa już mnie nie śmieszy. Chociaż… jeszcze jedno pytanie. Jak tu wszedłeś? Tutaj, do sali, pod okiem moim i pielęgniarki. Dlaczego cię nie zauważyliśmy?

Stojący w lekkim rozkroku, z dłońmi w kieszeniach, gotowy do wyjścia Avaris spoglądał na chłopaka ze zrozumieniem.

— Posłuchaj, młodzieńcze — rzekł z poważną miną. — Nie będę już cię zadręczał propozycjami wyjazdu. Zdrada Mavrila stworzyła zupełnie nową sytuację. Podróż do Valinoru naraziłaby cię na niebezpieczeństwo, nie dając w zamian najmniejszej gwarancji na zaszachowanie spiskowców. Ty przecież nie masz o niczym pojęcia, nasze długoletnie nadzieje z tobą związane rozwiały się jak dym…

Powiedział to z goryczą, smutno zwiesiwszy głowę.

— Nie myśl, że mam do ciebie jakieś pretensje — ciągnął. — To, co mówię, brzmi dla ciebie jak brednie człowieka niespełna rozumu. Dobrze to rozumiem, w waszym poukładanym świecie nie ma miejsca na niezwykłości, których nie pokazuje telewizja lub nie obśmiewa internet. Wrócę po prostu i zamelduję, że zadania nie dało się wykonać. Spróbuję tak to przedstawić, aby nie nasyłano na ciebie kolejnych emisariuszy. Powtarzam — dla ciebie to stek bzdur i czyste wariactwo. Niech lepiej tak zostanie. To chyba najbezpieczniejsza wersja zdarzeń.

Przez chwilę milczał, stojąc u drzwi z dłonią na plastikowej klamce.

— Pytasz, jak wszedłem? — zapytał jeszcze. — Zwyczajnie. Przez drzwi. Bez żadnych czarów.

Adam z na wpół otwartymi ustami patrzył na przybysza z niepokojem, ale i nutką podziwu. To już nie był ten sam dobroduszny osobnik w niedobranym stroju. Stał przed nim inteligentny i precyzyjny w wypowiedziach człowiek (?) o stanowczym spojrzeniu. „Nie na darmo szkolą ich w tym Elfolandzie” — pomyślał, ale natychmiast tę myśl odrzucił. To jednak nie ma sensu. Takie rzeczy się nie zdarzają. Zamknął oczy i starał się uspokoić oddech. Kiedy znowu spojrzał, Avarisa już nie było. Wyszedł bezszelestnie. Przez drzwi. Bez żadnych czarów.

Rozdział II. Ziemscy Ludzie

Ziemscy Ludzie, ci, którzy tego wieczora przebywali w szpitalu przy ulicy Roosevelta, długo jeszcze ze zgrozą opowiadali o tamtych wydarzeniach. Do dziś podobno wielu z nich budzi się nad ranem zlanych zimnym potem i z ulgą ogląda znajome miejsce, w którym zasnęli, i w którym nikt nie poczuł dymu o trupim zapachu, nie widział twarzy ludzi w groteskowych maskach i pieniędzy, których lepiej nie dotykać. Nikt, poza jego własną pobudzoną wspomnieniami wyobraźnią.

Szpital powoli zapadał w sen. Minęło wpół do dziesiątej wieczorem. Wydawałoby się, że nie jest zbyt późno, ale ziemskie szpitale rządzą się swoimi prawami. Chorzy ludzie, śpiąc, zabijają czas, którego mają w nadmiarze. Zasypiają często już około dwudziestej pierwszej, by choć na chwilę zapomnieć o strachu i bólu, o które w szpitalu nietrudno.

Adam też zasypiał. Wydarzenia poranka spowodowały, że przez cały dzień serce waliło mu jak młotem, a płuca z trudem nadążały z przerabianiem powietrza potrzebnego do ożywienia jego myśli. „Kto to był? Wariat czy kawalarz, który zamierzał zabawić się moim kosztem? Skąd znał szczegóły z mojego życia? Może to sanitariusz, który słyszał jak nieprzytomny majaczę… Albo któryś z kolegów podpuścił znajomego, przekazując mu znane sobie szczegóły… Ale ten Mavril… O nim nie mówiłem nikomu”.

Po kilku godzinach wzburzenie opadło. „Po co zaprzątać sobie głowę postacią jakby żywcem wyjętą z filmu dla naiwnych dzieciaków? Nie chce mi się łamać mózgownicy. Pomyślę o tym jutro”.

Jednakże w jego przypadku żadne jutro nie nastąpiło.

Dzień minął bez żadnych dziwnych wydarzeń. Skąpe śniadanko, zimnawy obiad i smętny sucharek na kolację. Trochę leków podanych przez zabieganą pielęgniarkę, nieobecny uśmiech lekarza. Typowa szpitalna bieżączka. Tajemniczy Avaris nie powrócił, nie było również kolegów, którzy wykrzyknęliby od progu: „Ale ci zrobiliśmy numer! Przyznaj się — uwierzyłeś!”. No i rzeczywiście. Prawie uwierzył.

Wzruszył ramionami. To już przeszłość. Skupmy się na bardziej realnych zagrożeniach. Teraz, chociaż był już wieczór, sprawa Avarisa przestała Adama niepokoić. Bardziej zastanawiały go wymijające odpowiedzi doktora i wzmożony napływ pilnych spraw u pielęgniarek, gdy usiłował o coś wypytać. Nie wyglądało to dobrze.

Obok niego rozgorzał cichy spór. Rozmawiali dwaj koledzy z sali, których przywieziono w ciągu dnia. Adam leżał na oddziale dla dorosłych i współtowarzysze niedoli byli od niego znacznie starsi. Jednym z nich był zażywny staruszek po zawale, nazwany przez Adama Dziadkiem Kalasantym z uwagi na staromodne gacie, w których dumnie paradował do toalety i z powrotem, wzgardziwszy szpitalną piżamą. Może to też Elf — oni najwyraźniej chadzają w takich dziwacznych pantalonach. Albo raczej Mieszaniec, he, he, he… Wykrzywiona, nakrapiana krostami facjata o przebarwionej skórze wskazywałaby raczej na tę ostatnią wersję. Tak, zdecydował Adam, to na pewno niepowtarzalna mieszanka genów elfa, goblina i salamandry. Zadowolony z konceptu rozpoczął dyskretną obserwację.

Dziadek Kalasanty natychmiast po wprowadzeniu się do sali podjął krytykę zgubnych obyczajów, które rozpleniły się wśród młodzieży. („Bo to wiesz, Antek — zaczął pouczać Adama — siedzi taki bąk przy kompie, świat widzi przez okno, jak nie zapomni odsłonić żaluzji, a jak do wojska przyjdzie wezwanie, to kombinuje papiery. Ale mądruś jaki! Rodzaje czołgów i szwabskich samolotów zna na pamięć, a Szwaba widział co najwyżej na komputerze. Jak sobie włączy najłatwiejszą wersję, to ich zabije pięćset, a jak trudniejszą — dwa tysiące. To się nazywa wojna, w pysk! A dziewczyny! Pisma przeglądają kolorowe: «Napisz do Kasi, Kasia ci powie, gdzie założyć kolczyk, żeby było jeszcze przyjemniej». Żadne kolczyki im nie pomogą! Przed wojną to były dziewczyny, krew i mleko, i tu, i tam, a teraz? Chudziny takie wyposzczone, kto by takie chciał?”. „Znajdą się amatorzy” — odparł Adam. „Ty mi tu, Antek, nie podskakuj, słuchaj lepiej starego, dobrze na tym wyjdziesz”. „Nie jestem Antek”. „A kto cię tam wie…”.). Dziadek Kalasanty wspominał przedwojenne czasy, choć sądząc po wieku, mógł być świadkiem co najwyżej zimnej wojny, na pewno nie drugiej światowej.

Drugi pacjent nie chorował na serce. Siedział wcześniej w więzieniu za, jak twierdził, „samodzielną likwidację nierówności społecznych” (wyrywał kobietom torebki na ulicy, a uzyskane aktywa przeznaczał na zbożny cel w postaci środków znieczulających wewnętrznie). W czasie odsiadki „nieszczęśliwie” połknął klamkę, która przypadkiem wpadła mu w ręce, i zamiast wymarzonych dwóch tygodni w szpitalu przebywał tam z przerwami już cztery miesiące, w tym większość po odsiadce. Na kardiologiczny trafił przypadkiem, na chirurgii nie było miejsc. Adam nadał mu ksywę DJ Pocieszny.

Ulubioną rozrywką kolegów Adama okazały się karty. On umiał grać jedynie w tysiąca, i ta właśnie gra wypełniła im praktycznie cały dzień, poza posiłkami, toaletą i obchodem lekarskim. Teraz jednak Adam się wyłączył. Zmęczony dziwnymi wydarzeniami poranka i natrętnymi myślami, od których trudno się oderwać, zawinął się w koc powleczony pocerowaną poszwą i usiłował zasnąć wśród karcianych odzywek. Koledzy zniżyli głosy, dbając o komfort jego wypoczynku. Z korytarza dochodził miarowy stuk pielęgniarskich trepów, czasami niemrawe szuranie kapci ostatnich chorych snujących się po oddziale. Za oknem powoli zamierał ruch uliczny.

Wtedy się zaczęło.

Rozpoczęli atak w kilku miejscach, na różnych oddziałach. Na chirurgii ubikacja została zalana przez wodę tryskającą z wszystkich kranów pod niespotykanym ciśnieniem. Szczątki wypchniętej armatury rozprysły się po całej umywalni, tłukąc kafelki na ścianach i większość lamp. Z kibli aż pod sufit uniosła się cuchnąca zawartość muszli i wraz z wodą wylała na oddziałowy korytarz. Na rehabilitacji pootwierały się szafy ustawione pod ścianami i wyskoczyły z nich zgromadzone tam kule, laski, hantle i reszta sprzętu. Kardiologię i choroby wewnętrzne zasypał grad odłamków szkła z wybitych szyb. Na zakaźnym łóżka same powyjeżdżały ze swoich miejsc i z przeraźliwym zgrzytem zderzały się jak samochodziki w Wesołym Miasteczku. Zabawa ta nie wzbudziła jednak entuzjazmu pacjentów.

Najdziwniej chyba było na dziecięcym. Trudno w to uwierzyć, ale namalowane na ścianach zwierzęta, krasnale i inne postacie z bajek ożyły i zaczęły się przechadzać po płaszczyźnie tynku, wzbudzając ogromne zainteresowanie wśród dzieci i panikę wśród personelu. Opowiadano później, że podobno Czerwony Kapturek wzgardził towarzystwem Babci i wspólnie z Wilkiem zajął się konsumpcją wiktuałów z koszyczka. Po chwili dołączył do nich Kubuś Puchatek, który uznał, że nadeszła pora na małe co nieco. Śpiąca Królewna wykrzyknęła, że nie będzie więcej usługiwać paru kurduplom, dla których kobieta to prawie darmowa siła robocza, pozbawiona elementarnych praw socjalnych. Starsza pani stojąca obok przyznała jej rację i na pocieszenie poczęstowała jabłkiem. Sporą fantazją wykazał się Pinokio. Pokazał Jasiowi i Małgosi „najwłaściwszą” drogę wyjścia z lasu i nos wydłużył mu się o kolejnych pięć centymetrów. Zdarzyło się jeszcze wiele innych podobnych historii, ale ich świadkami były przede wszystkim dzieci, więc policjanci prowadzący później dochodzenie uznali, że znudzone szpitalną rzeczywistością i trochę przestraszone bachory bezczelnie kłamią, utrudniając śledztwo. Oficer odpowiedzialny za protokół przesłuchań dzieci postanowił pominąć najbardziej fantastyczne wątki, chociaż trochę zdziwiła go niebywała zgodność ich zeznań. Po chwili jednak powrócił mu rozsądek. „Na pewno naoglądały się tych samych filmów”.

W szpitalu wybuchła panika. O procedurach postępowania w razie zagrożenia dawno już zapomniano, pracownicy miotali się bezradnie. Pacjenci zdolni do samodzielnego poruszania się po chwili osłupienia chwytali to, co mieli pod ręką, i mknęli do wyjścia z chyżością przynoszącą zaszczyt autorom zastosowanych metod leczenia. Obłożnie chorych usiłowano wywozić, chociaż nikt nie dał sygnału do ewakuacji. Ze ścian zrywano gaśnice, mimo że nigdzie się nie paliło, przeciwnie — pomieszczenia zalewała woda. Szpital wypełnił się jękami i okrzykami grozy i przerażenia.

Na kardiologii było podobnie. Ludzie strwożeni na widok okiennych szyb, które na ich oczach zamieniły się w szklany pył, całkiem już wybudzeni, w piżamach i szlafrokach biegli do wyjścia. Na sali Adama jako pierwszy sygnał do wymarszu dał Dziadek Kalasanty.

— Chodu! — rzucił, podciągając gacie.

Adam uniósł się na łóżku.

— Co się stało?

— Dawaj, młody! — Dziadek Kalasanty nie miał wątpliwości. Służył w wojsku, ewakuacje to była jego specjalność. — Bez szemrania! Terroryści albo inna cholera. W każdym razie trzeba zmykać.

DJ Pocieszny podzielał ten pogląd, chociaż z żalem wstawał od gry. Właśnie udało mu się zameldować stówę. Podczas gdy Dziadek z Adamem pospiesznie szykowali się do wyjścia, DJ starannie zgarnął talię kart i niewielką stawkę leżącą na stole. Był gotów.

Ruszyli korytarzem. Obok nich przebiegali spanikowani ludzie w mocno niekompletnych strojach. Niektórzy krzyczeli przerażeni. Gdy wszystko się zaczęło, wielu pacjentów już spało, tym większe było ich zaskoczenie. Kilka szlochających kobiet przemknęło po rozsypanym szkle, potrącając Adama, który wpadł na ścianę. Jedna z nich, bosa, biegnąc, zostawiała krwawe ślady. Na samym końcu szli najciężej chorzy. Dwóch mężczyzn w błękitnych piżamach podtrzymywało sinego staruszka, który ledwo szurał zmartwiałymi stopami.

— Chłopcy, zostawcie — szeptał. — Lećcie sobie. To nie trzęsienie ani nawet pożar. Ja sobie poradzę…

Jak na ironię szpital zaczął wypełniać się dymem. Nie można było ustalić kierunku, z którego przypełzła chmura. Pojawiła się od razu, w salach i na korytarzach, przez wybite okna wypływała na zewnątrz i mieszała się z dymem przepełniającym miejskie powietrze. Pomieszczenia nasycił odpychający odór, wciskając się w nozdrza i pod ubrania. Po chwili wszyscy cuchnęli tak jakby przez tydzień bawili się w trupiarni w chowanego. Z kilku sal dobiegały okrzyki grozy. O ratunek wołali ci, którym nikt nie udzielił albo nie chciał udzielić pomocy. Dwie pielęgniarki niosące telewizor przyspieszyły kroku.

Po chwili Adam wyszedł na zewnątrz. Oddychał ciężko, oparty o mur okalający teren szpitala, i obserwował całe zamieszanie. Inni pacjenci postępowali identycznie. Zdyszani ludzie przystawali w bezpiecznej odległości od budynku szpitalnego, zbijając się w grupy.

— Pani, co to jest?

— No jak!? Bomba! Telewizji pan nie oglądasz?

— Na chirurgii plastycznej leżała podobno jakaś aktorka. Wczoraj skarżyła się, że dostaje SMS-y z groźbami. Może to porwanie…

— Jakie tam porwanie! To takie ćwiczenia na ostro. Sytuacja opanowana.

Z ludzi powoli opadał strach. Ze zdziwieniem obserwowali budynek. Słyszeli niepokojące dźwięki, widzieli zniszczenia, ale mury i ściany były nienaruszone. Widać było dym, ale ognia nigdzie nie było. Całkiem wbrew przysłowiu. Ludzie nie lubią, gdy mądrości ich przodków się nie przydają. Powinien być ogień, bez dwóch zdań. Zostawało jeszcze jedno rozwiązanie — atak chemiczny. Nikomu jednak nic się nie stało. Żadnego krztuszenia się ani łzawiących oczu. Okazało się później, że kilka osób poczuło się naprawdę źle, niektórzy ponieśli uszczerbek na zdrowiu, ale przyczyną był stres, a nie sam atak. Straż pożarna pojawiła się dosyć szybko, tyle że nie bardzo było co gasić. Kilkunastu strażaków wbiegło do budynku w poszukiwaniu pozostawionych ludzi. Zjawiło się też parę karetek pogotowia, ale szybko odjechały — dyżurni lekarze udzielili pomocy tym, którzy jej potrzebowali. Nikt nie miał pojęcia, co się stało. Określenie „nikt” obejmuje również policjantów, którzy po kilkunastu minutach w znacznej liczbie pojawili się obok szpitala, teraz już prawie całkiem pustego.

Adam rozejrzał się wokół. Spośród wszystkich pacjentów tylko on miał pewne niejasne podejrzenia. Nadzwyczajne przygody towarzyszyły mu dziś nieustannie. „Przypadki się zdarzają, ale nikt mi nie wmówi, że zbieg tych dziwnych okoliczności jest absolutnie przypadkowy”. Domyślał się, że to zamieszanie musi być wstępem do dalszych wydarzeń i że za chwilę nastąpi jakieś przesilenie, a on, Adam, znajdzie się w samym centrum akcji. Lodowata łapa strachu pochwyciła go za gardło. Trzeba czekać, nie ma wyboru, nie da się przeciwdziałać zjawiskom, których nie sposób zrozumieć.

Atmosfera była niepokojąca. Dym, który wcześniej jakby zaczął się rozpraszać, teraz ponownie zgęstniał. Policjanci odprowadzali pacjentów w głąb szpitalnego parku, ludzie z ulgą oddychali świeżym powietrzem.

W tym momencie rozległ się hałas. Od strony głównego wejścia do budynku, w które wpatrywała się większość ewakuowanych pacjentów, dobiegły przekleństwa, odgłosy bójki, gruchot ciężkich przedmiotów obijających się o ściany. Drzwi, przed chwilą przymknięte nie wiadomo przez kogo i po co, teraz otworzyły się z trzaskiem i na dwór wytoczyła się plątanina rąk, nóg, głów i korpusów wzajemnie sczepionych, okładających się pięściami, kopiących zaciekle, gryzących odsłonięte części ciała. Nie bardzo było wiadomo, kto z kim się bije, ale po chwili rozpoznawalne stały się strażackie uniformy przemieszane z jakimiś opończami nieokreślonego koloru. Zaczerwienione z wysiłku twarze strażaków migotały obok kolorowych, ludzko­‍-zwierzęcych masek przeciwników. Tak, tak, tamci mieli maski! Słoniowe trąby obok orlich indiańskich nosów, czułki ślimaka w towarzystwie owłosionych kocich pysków. Pomieszanie z poplątaniem, farsa. A jednak od razu widać było, że nie są to zwykłe maski ze sklepu. W zasadzie były nieruchome, jak to maski, ale niekiedy usta, policzki bądź uszy poruszały się, jakby pomagając właścicielom w ciężkich zmaganiach ze strażakami.

— Rozdzielić ich, do cholery! — wykrzyknął dowodzący akcją oficer policji i w tym momencie jego ludzie ruszyli do akcji. Strażaków było około piętnastu, ich przeciwników nie więcej niż dziesięciu. Na każdego z nich przypadało ze trzech policjantów z grupy, która rzuciła się, by rozdzielić zwaśnionych. Wkrótce, choć nie bez trudu, zaprowadzony został względny porządek. Strażacy i cudaczni ludzie w maskach ciężko dyszeli, obserwując się zza pleców policjantów.

— O co poszło? — rzucił krótko komisarz.

Żaden z przebierańców nie odezwał się. Stali już spokojnie, wymieniając się spojrzeniami. Można było odnieść wrażenie, że porozumiewają się bezgłośnie, ustalając plan ucieczki. Na razie jednak każdy z nich przytrzymywany był minimum przez dwóch policjantów, a wokół gęstniał tłumek zaciekawionych pacjentów. Strażacy skupili się wokół najstarszego stopniem, który, ocierając brudnym rękawem pył rozmazany na twarzy, postanowił opisać sytuację:

— Przyjechaliśmy na wezwanie. Tu, do szpitala. Jakaś bomba podobno czy coś. Zajeżdżamy, dymu wszędzie pełno, ludzie spanikowani biegają. Rozkładamy sprzęt, węże, te rzeczy, aż tu nagle podskakuje taki jeden i mówi, że nic się nie pali, ale w środku zostali ludzie. No to lecimy. Janek mówi, że tam chemia, no wiecie… skażone. Ale co tam! Promile nam niestraszne, chleb powszedni, lecimy. Wpadamy do środka, na jedno piętro, drugie — nic. Rozpirzone wszystko w drobny mak, ale ludzi nie widać. Ani rannych, ani innych. Obejrzeliśmy wszystko, powoli schodzimy. Chłopaki polecieli na inne oddziały szukać ludzi, a my z powrotem zabezpieczać teren. Aż tu nagle ci! W maskach, wie pan, o, tych. — Strażak wskazał na tajemnicze maski, których tamci nie kwapili się zdejmować. Policjanci silniej chwycili tajemniczych przebierańców. Jeden z funkcjonariuszy usiłował znienacka zerwać maskę z twarzy przytrzymywanego przez siebie osobnika, ten jednak warknął groźnie i schwycił nadgarstek dłoni usiłującej pozbawić go kamuflażu. Policjant powstrzymał się i najwyraźniej postanowił poczekać na rozkaz.

Strażak kontynuował opowieść:

— Dziwni jacyś byli. Łazili po obiekcie, zaglądali do wszystkich sal, węszyli. My się ich pytamy grzecznie, o co chodzi, czego tu chcą. A oni nic, milczą. Zdejmować machy, krzyczymy, tu nie cyrk! A tamci tylko patrzą to po sobie, to na nas. Pod spodem na pewno uśmiechali się głupkowato. No to ja, wkurzony, no bo jak tak… podchodzę i chcę ściągnąć, w oczy spojrzę, jak człowiek… No i wtedy! Żeby pan to widział! Ten duży pchnął mnie na ścianę, tamten, o, z tym czerwonym papierowym nosem, zaprawił z byka Lucka prosto w brzuch. Pokaż się, Lucek! O, jaki zgięty chodzi! — Wywołany strażak uśmiechnął się blado. — A co mówił, to się do protokołu nie nadaje…

— Zaraz, chwila… — Oficer usiłował wprowadzić jakiś ład. — Zaatakowali was?

— No masz! — żachnął się strażak. — Rzucili się na nas, gadać nie chcieli, agresywni byli jak piranie! To oni to wszystko zrobili. Widzi pan? Nic się nie pali, a dymu od cholery. Śmierdzi, ale nie truje. To jakaś dymna zasłona. Gadać mi tu, w mordę, co to za maskarada!

Strażak rzucił się w kierunku najbezczelniej wyglądającego dziwaka, pociągając za sobą kolegów. Niechybnie doszłoby do kolejnej przepychanki, gdyby policjanci nie zdecydowali się na ostre przeciwdziałanie. Po chwili obie grupy oddzielił kordon stróżów prawa. Zachowanie strażaków było gwałtowne, lecz w takiej sytuacji uzasadnione. Znacznie dziwniej natomiast, jak później doszedł do wniosku komisarz, postępowali „niezidentyfikowani sprawcy zajścia” (tak ich później nazwano). Stali spokojnie, nie zwracając uwagi na rozgniewanych strażaków ani na policjantów, którzy przez cały czas przytrzymywali ich za łokcie. Przeczesywali wzrokiem tłum pacjentów, najwyraźniej kogoś wypatrując.

— Akora graeves! — nagle rozległ się donośny głos jednego z przebierańców. Słyszano go chyba we wszystkich okolicznych blokach, a zagłuszyć go nie mogło nawet stanowcze „…niech pod stołem zaśnie!” z trzeciego piętra naprzeciwko. Tego okrzyku nie można było zapomnieć. Nikt z obecnych nie znał też znaczenia obco brzmiących słów. Domyślano się później, że może chodzić o jakieś rytualne zaklęcie lub inne zawołanie satanistów. Nie było to jednak zgodne z prawdą. Słowa te w harkani oznaczały: „Stoi po prawej!” i dotyczyły Adama.

W nim samym narastał strach. Siedemnaście lat to niemało. Adam uważał się za dorosłego i żaden klaun nie mógł go przestraszyć, ale to nie byli cyrkowcy. Niebezpieczeństwo było realne, nie miał wątpliwości. Gdy usłyszał okrzyk, nie wahał się nawet przez moment. Obrócił się na pięcie i wbiegł pomiędzy ludzi.

Przeciwnicy nie zamierzali jednak dawać za wygraną. Cel był w zasięgu ręki, podobnie jak nagroda i powrót do Valinoru. Ziemscy policjanci, Ludzie nieświadomi niczego, w istocie bezbronni i słabi, nie mogli zapobiec realizacji ich zamierzeń.

Zawył wicher, pociemniało. Ludzie ścieśnili się, opatulili piżamami i szlafrokami, skulili się, jakby zmaleli. Po chwili jednak ich oczy rozgorzały, a przenikliwe zimno zupełnie przestało doskwierać. Co się stało? Niewiarygodne, ale z poszarzałego nieba zaczęły spadać… pieniądze. Najróżniejsze waluty, wszystkie możliwe nominały. Zielonkawe dolary z prezydentami o marsowych obliczach; Ludzie jak jeden mąż od razu pokochali amerykańskich przywódców. Funciaki z królową, której władza trwa wyłącznie w tych wymiętych papierkach. I w końcu nowiutkie banknoty euro, prosto spod igły. Wszyscy napychali nimi kieszenie, mnąc papierki i nie patrząc na uwidocznione na nich okna, przez które spoglądali już na świat dostatku i beztroski, ani na mosty, przez które zaczynali już przechodzić na drugą stronę rzeki. Ogarnęło ich szaleństwo. Policjanci musieli rozpiąć kilka guzików od mundurów, najwięcej pieniędzy mieściło się pod T­‍-shirtami. Lekarze zapełniali obszerne kieszenie kitli, pacjenci ładowali, ile się da, do zagłębień szlafroków, bluz piżamowych, nawet na gołe ciało. Również Adam nie okazał się wolny od grzechu chciwości. Zgarniał garściami walające się po ziemi banknoty, nie pamiętając, że jeszcze przed chwilą czuł się zagrożony.

Nagle poczuł, że ktoś ciągnie go za kołnierz od piżamy, odrywa od trawnika i szarpiąc, wrzeszczy:

— Opamiętaj się! Co robisz, do diaska?! Myślisz, że oni o tobie zapomnieli? Zostaw te papierki, uciekamy!

Adam nie rozpoznał twarzy rozdygotanego mężczyzny, ani nie słyszał słów, które ten wykrzykiwał mu nad uchem. Oczy przesłoniła mu mgła, a drżące ręce i chwiejny chód świadczyły o kompletnym otumanieniu. Jedynym jego pragnieniem stało się zagarnięcie jak największej ilości szeleszczących papierków. Tymczasem ku jego oburzeniu mężczyzna zaczął opróżniać mu kieszenie z banknotów. Przemocą rozwierał palce, w których Adam chciwie ściskał zwitki, wytrząsał pieniądze z nogawek.

— Zostaw, to moja kasa! — Adam był zrozpaczony. Taka okazja! Kasa leci z nieba, a ten nie pozwala jej podjąć! Kasa, kasa! Ta myśl opanowała umysły ludzi zgromadzonych w szpitalnym ogrodzie. Tylko przebierańcy nie zwracali uwagi na tę mannę z nieba. Wypuszczeni z rąk ogarniętych szaleństwem policjantów i zobojętniałych na wszystko poza pieniędzmi strażaków, biegali po całym szpitalnym ogrodzie, roztrącając pochylonych ludzi i z uwagą czegoś lub kogoś wypatrując. Nagle jeden z nich dostrzegł dwie szamoczące się postacie.

— Kuer’cho Avari lermaja!!! — wykrzyknął przeraźliwie. Stał blisko, kierując pełen nienawiści wzrok na Adama i podtrzymującego go Avarisa. Przywódca napastników odwrócił się w ich stronę. Na głowie miał maskę żyrafy. Upiornie wyglądał przedziwny uśmiech zwierzęcia, wymalowany na rozciągniętej gumie opinającej wąską wydłużoną czaszkę. Brązowożółte zwierzęce nozdrza wykrzywiał grymas zadowolenia. Skinął na towarzyszy i ponurzy wojownicy z łatwością zaczęli omijać ludzi owładniętych żądzą pieniądza, powoli zbliżając się do osaczonych. Kuer’cho Avari lermaja, koniec misji Avarisa.

— Wuar si tarakha ne kroam, noba parakhi ismero! Nie macie jeszcze nade mną władzy, nad nim nie zdobędziecie jej nigdy!

To Avaris krzyczał chrapliwie. Dźwięki dobywały się z wąskich ust osadzonych w twarzy zniekształconej paroksyzmem nienawiści. Ścisnął mocniej Adama i zamknął oczy. Wiedział, że pomimo buńczucznych deklaracji tak naprawdę nic nie może już zrobić. Adam jęknął. Słyszał te dziwne słowa i nie pojmował ich. To, co się działo, przekraczało granice zrozumienia. Ci ludzie zachowywali się jak kiepscy aktorzy, ale to nie był teatr. „To dzieje się naprawdę i mój strach też jest prawdziwy. Strach i ból w sercu, taki oczywisty jak brak oddechu w tej chwili. Coraz mroczniej, coraz dziwniej. Avaris porusza ustami, napastnicy wyciągają ręce. To już pewnie kres, tak czy inaczej ucieknę, ale co z kasą? Zostawcie moje pieniądze…”.

Zapadł w ciemność i przestało go to obchodzić.

Rozdział III. Szanowni zebrani

— Szanowni zebrani, dostojni goście i przyjaciele! Nadszedł dzień doprawdy niezwykły. Paradoksalnie radosny, ale i smutny zarazem. Dzień, w którym z zachwytem i wdzięcznością pochylamy się nad minionymi latami, jednocześnie z troską spoglądając w przyszłość. Dziękuję wam, książęta, namiestnicy prowincji i urzędnicy królewscy. Dziękuję za przybycie w skromne progi mego domostwa, choć wiem, że nie ja dzisiaj jestem w centrum uwagi. Zebraliśmy się tu, by wyrazić głęboki szacunek, jakim darzymy naszego patrona i dobroczyńcę wszystkich Elfów. Niech żyje Allvin, Pierwszy Lord Kancelarii, najdostojniejszy spośród Mędrców! Szanowny przyjacielu, przy tobie stoimy i stać wiernie chcemy!!!

Ostatnie słowa Rebrego zagłuszyły burzliwe oklaski i wiwaty na cześć ustępującego pierwszego ministra. Niektórzy naprawdę go szanowali, ci klaskali najgłośniej. Inni wiwatowali, bo pod rządami Allvina upłynęło niemal całe ich dotychczasowe życie. Składali hołd nie tylko wielkiemu politykowi, ale i własnej młodości, sile, wspaniałym wspomnieniom. Byli tacy, którzy okazywali radość z wyrachowania — stary lis nie był już groźny, siedział wyliniały w głębokim fotelu, ciamkając słabiutki ponczyk ze świadomością, że czasy chwały przeminęły i już nie wrócą. Nadchodziło jednak nowe rozdanie, a ten kocur bez kłaków miał jeszcze poważanie u Królowej. Dlatego stawili się tak licznie, dlatego nie mogli sobie pozwolić na opuszczenie tego przedstawienia. Nadeszły czasy zmian, a zmiany bywają groźne, zwłaszcza jeśli przez ostatnich sześćdziesiąt lat nie zmieniło się prawie nic, oczywiście poza zniknięciem Króla.

Rebre skończył i usiadł z poczerwieniałą twarzą. Starzec w fotelu skinął głową w podziękowaniu i wydobył z siebie przejmujący dźwięk:

Khe, bhe, gwrhh, badach!

Wszyscy umilkli. Uznano to za być może mało znaczący, ale jednak wstęp do istotnej wypowiedzi. Zapadła krępująca chwila oczekiwania. Allvin drgnął, poprawił się na siedzeniu i gwałtownie wyciągnął trzęsącą się rękę w kierunku szklanki z ponczem. Sługa natychmiast podał napój i Pierwszy Lord, głośno siorbiąc, opróżnił naczynie. Pusta szklanka znalazła się na stole, a na pomarszczonej twarzy starca wykwitł uśmiech promiennego szczęścia.

Po sali przeszedł szmer. Źle z nim. Jeśli ktokolwiek miał wątpliwości, czy należy zdymisjonować ministra, to teraz ostatecznie się ich pozbył.

Ci, którzy oczekiwali długiej, wzruszającej przemowy pełnej refleksji i napomnień dla następców srodze się zawiedli. Nic takiego nie nastąpiło; starzec w fotelu był zatopiony w myślach krążących jak najdalej od spraw doczesnych.

Część oficjalna nie dobiegła jednak końca. Teraz na podwyższenie w pobliżu fotela Allvina wyszedł herold i rozpoczął odczytywanie treści patentu Królowej. Wszyscy w napięciu oczekiwali na tę chwilę. Rozmowy umilkły, powoli wyciszały się szepty zgromadzonych dostojników. Mocny głos herolda dźwięcznym echem odbijał się od zaokrąglonego sklepienia sali balowej książęcego pałacu. Obecni słuchali w napięciu.

— Patent królewski dotyczący obsady dostojnego urzędu Pierwszego Lorda Kancelarii, dnia trzeciego sytnika siedemnastego roku po Zaginięciu, w Zielonym Ustroniu wydany. Zaćmiło się Słońce nad nieboskłonem naszym. Wiatr zimny przemknął po szczęśliwej krainie i przygiął drzewa naszej uwagi w niemym tańcu zwiastującym misterium przemiany. Chyży rumak, który przez długie dziesięciolecia chwały dźwigał brzemię tej krainy, zasłużony odchodzi na zielone pastwiska. Chwała mu i cześć wieczna. Nie odchodzi na zawsze i ta bryza łagodnej nadziei słodzi naszą gorycz i smutek.

Rebre pokiwał głową w zadumie. Niech widzą, jaki jest przejęty. Wszyscy uważnie wsłuchiwali się w zapisy patentu. Wśród obecnych byli tacy, u których ten dziwaczny styl wzbudzał niesmak i zażenowanie, ale reszta przyjmowała to jako oczywistość. Królowie i najwyżsi dostojnicy „od zawsze” w ten sposób ogłaszali swe decyzje, więc i dziś nie mogło być inaczej. Kto będzie Pierwszym Lordem, czytajże chłopie!

— …w uznaniu doniosłości chwili, kierując się rozwagą, w zadumie rozważyliśmy kwestię następstwa po niezastępowalnym. Pozostajemy samotni pośród wyzwań władzy, do sprawowania której potrzebny jest nam protektor o spiżowym sercu, będący jednocześnie przyjacielem, opiekunem i obrońcą. Podjęliśmy decyzję ostateczną i nieodwołalną. Nie wątpimy, że dotychczasowy Radca Skarbu, dawno temu wprowadzony w arkana władzy i odpowiedzialności, bez wysiłku sprosta temu zadaniu. Chwała, po trzykroć chwała! Podpisano: Dorothea, Królowa Związku Valinoru. Zapieczętowano znakiem Króla. Do wglądu.

Herold zaprezentował pergamin, jakby chcąc potwierdzić jego prawdziwość. Wszystko jasne. Dobromir, Radca Skarbu. Bezradny, uległy, zatopiony w swoich księgach. Najlepszy w liczeniu kolumn cyferek i chyba najgorszy kandydat na samodzielnego przywódcę. Chyży rumak czy jakoś tak to szło… Spiżowe serce… Śmiech! W umyśle każdego z obecnych, a byli tutaj sami najwyżsi dostojnicy państwowi, kiełkowały już pomysły, jak wyrwać dla siebie najtłustszy kawałek pieczeni. Niektórzy spodziewali się tej nominacji, inni nie. Dostojnicy zaczęli tłoczyć się wokół nowego Pierwszego Ministra, który był obecny podczas odczytywania patentu, gratulując mu awansu i konfidencjonalnie poklepując po plecach. Wszyscy okazywali bezgraniczne oddanie dla Królowej i nowego Ministra, przeczuwali jednak, że oto nadchodzi czas zbiorów.

Mijały godziny, bankiet trwał w najlepsze. Bale organizowane przez Rebrego cieszyły się zasłużoną sławą. Teraz było podobnie. Stoły uginały się pod ciężarem potraw i szczerozłotej lub przynajmniej srebrnej zastawy. Na śnieżnobiałych obrusach z artystycznym wyczuciem serwowano dania, jakich nie powstydziłby się dwór królewski, a prawdę powiedziawszy, nawet znacznie bardziej wymyślne, jako że dwór bez Króla od lat nie wyznaczał nowych mód i nie zachwycał bogactwem i kunsztem. Tymczasem w pałacach magnatów, spośród których najbardziej wpływowym był Rebre, królował dostatek i śmiałe pomysły, niejednokrotnie zapożyczone od Ludzi ziemskich, choć teoretycznie takich nawiązań unikano. Gęste zabielane zupy, przypieczone na rudozłoty kolor faszerowane kaczki, prosięta z jabłkami w pyskach, mocno schłodzone sorbety oraz gorejące krzaki obwieszone łakociami cieszyły oczy i podniebienia obecnych. Podawano rozmaite napoje, poczynając od zwykłych mlecznych, poprzez słodkie, aż po najmocniejsze, których pięć łyków zwalało z nóg biesiadnych weteranów. Z galerii pod sufitem sączyła się muzyka, delikatna i uspokajająca, która miała bawić i zarazem pomagać w trawieniu. Na środku sali królował taniec. Elfki — tancerki — pląsały jako nimfy, driady, rusałki, powabnie wyginając gibkie ciała. Pomiędzy biesiadującymi przemieszczali się paziowie z ciężkimi tacami pełnymi winogron, bakłajów i innych egzotycznych darów natury, przystając obok dostojników chcących skosztować smakołyków. Znudzone psy wałęsały się po sali, leniwie miażdżąc szczękami kości ogryzione z mięsa i odrzucone przez ucztujących na pstrą posadzkę, wykładaną płytami o fantazyjnych wzorach.

Tak więc niezwykłe bywały te przyjęcia. Ludzi tam nie napotykano, Rebre ich nie zapraszał. Tancerki były wyłącznie elfie, nawet do prostych posług kuchennych i przy stołach gospodarz najmował Mieszańców. W szczytowej ścianie sali, w kominku ozdobionym płaskorzeźbami przedstawiającymi sceny upamiętniające Wielką Wędrówkę, palił się ogień. Każdą z nich na kominku i na ścianach osobiście cyzelował artysta Grammian z Kove, którego gościł i przez trzy lata raczył utrzymywać dziad pana domu. Oczywiście do chwili, gdy na jednej z uczt dostojny sponsor postanowił uradować miłych gości zawodami w strzelaniu z łuku do jabłka odległego o czterdzieści kroków (czyli całą długość sali). Historię tego wydarzenia majordomus księcia opowiadał właśnie po raz dziesiąty chyba tego dnia kolejnej grupie zasłuchanych arystokratów z prowincji. Smaczku zabawie dodawała okoliczność, iż jabłko miało być ustawione na głowie jednego z ucztujących. Przeprowadzono losowanie. Zaszczytu w postaci przymusowej próby odwagi dostąpił Grammian, być może dlatego, że w dzbanie była tylko jedna kartka, z jego nazwiskiem właśnie. No cóż — tak to bywa, gdy Człowiek wprasza się na zgromadzenie Elfów. Sam ślepy los wskazuje wówczas najlepszą drogę postępowania. Artysta miał zresztą sporo szczęścia. Biesiadnicy zamroczeni wystałym miodzikiem walili dobrych pięć kroków od niego. Ściana po obu stronach naszpikowana była bełtami. Sala drżała od śmiechu jednych i jęków zawodu innych. Nagrodę — amforę napełnioną najprzedniejszym trójniakiem — zdobył niejaki Mosse Oksymoron, który wyglądał wprawdzie jak przydeptany pantofel, celnością jednak odznaczał się niezwykłą. Trafił i tym razem, tyle że siedem centymetrów poniżej jabłka. Żałowano Grammiana, dobry był chłop, a nadto nie zdążył dokończyć zleconej roboty. Takie bywają srogie werdykty przeznaczenia… Szlachcice nagrodzili opowieść uśmiechami i życzliwie poklepali po plecach starego sługę, który odszedł w poszukiwaniu kolejnych rozmówców.

Teraz w zamczysku Rebrego obecnych było sześćdziesięcioro ośmioro najwyższych rangą lub urodzeniem możnych dam i panów Valinoru. Po kilku godzinach od rozpoczęcia uczty atmosfera zgęstniała. Kilku mniej wytrwałych szlachciców osunęło się pod dębowe stoły i zostało wyniesionych przez służbę do komnat przeznaczonych na wypoczynek. Kilku innych prezentowało talenty wokalne ku uciesze współbiesiadników. Linus, syn pana na Ospałych Wzgórzach, posapując, wdrapał się na zydel i uraczył słuchaczy taką oto pieśnią:

Widziała córka stolarza

Jak ostro furkocze hebel

Do dzisiaj jej nie przeraża

Stolarka, gdy sama w potrzebie.

Nie trzeba dodawać, że kobiety opuściły salę na długo przed tym występem. Gdy zabawa rozkręciła się na dobre, jak zwykle w takich chwilach mało kto zwracał uwagę na to, co robią współtowarzysze. Niesłusznie… Dlaczego nowy Pierwszy Minister zaledwie umoczył bezwąse wargi w piwie i przesiedział chwilę, nerwowo stukając palcami o blat stołu, a potem czmychnął prawie bez pożegnania, wymawiając się sprawami wagi państwowej? Dlaczego niektórzy spośród magnatów ledwie udawali zainteresowanie jadłem i napojami, a w rzeczywistości, zamiast świętować, patrzyli krzywo, jakby badając, który z obecnych pierwszy zechce wbić im nóż w plecy, i w niemej złości zaciskali wąskie, wypielęgnowane dłonie? Zresztą oni również szybko umknęli, uprzednio poszeptawszy między sobą.

Zabawa trwała w najlepsze. Około trzeciej w nocy pozostało około czterdziestu ucztujących, z czego większość miała już dość. Wówczas w drzwiach w rogu sali pojawił się tajemniczy cień. Ominął kilka bezwładnych ciał i ruszył w kierunku głównego stołu, przy którym siedział Rebre w towarzystwie czcigodnego emeryta. Ogień w kominku przygasał. Półmrok wydobywał z płaskorzeźb nieszczęsnego Grammiana wyraźne oznaki ich kamiennego życia. Mistrz, w którego suchej czaszce od dawna już klekotał zardzewiały grot, za życia pewnie nawet nie pomyślał, że ta zamierzona przez niego gra świateł będzie tak doskonale obojętna ucztującym. Profani! W pewnym stopniu niektórych jednak tłumaczyło to, że uprzednio wlali w siebie co najmniej dwa garnce doskonałego miodu z zimnych piwnic zamczyska, popijając niejednokrotnie kilkoma kuflami jasnego pienistego piwa.

Byli jednak tacy, którzy zachowali trzeźwe umysły. To właśnie w ich kierunku zmierzał tajemniczy osobnik. Przechodząc, szarpał wybranych za rękawy i szeptał im coś do ucha. Zagadnięci szlachcice natychmiast podnosili się i wychodzili przez wąskie drzwi. W końcu podobny do mnicha chudzielec dotarł i do Rebrego.

— Wszyscy oprócz Żomperta — wyszeptał niemal bezgłośnie, prawie całując pana zamku w owłosione ucho.

— Żompert wie. Uzgodnione. Poleciłem mu jechać za Dobromirem.

Ostre rysy chudej twarzy niby­‍-mnicha nieco złagodniały. Obawiał się odstępstwa Żomperta. Teraz mógł odetchnąć.

— Czekają, łaskawy panie.

— Idę.

Rebre powoli zaczął podnosić się z ławy, napotkał jednak niespodziewaną przeszkodę. Staremu Allvinowi zebrało się na zwierzenia. Drżącymi paluchami ucapił za rękaw gospodarza i za nic nie chciał odpuścić.

— …w zimie to było… khem… pod koniec… — cichutko poruszał zbielałymi wargami, wiedząc chyba, że jego słowa nie interesują nikogo. Ciągle jednak mówił: — Pod koniec roku. Na polowaniu Król się pochylił… do mnie… na wysokim koniu siedział, ja obok stałem… I mówi… „Allvin, opiekuj się”. „Kim, Najjaśniejszy Panie?”. „Allvinie…”, on na to, „… stary druhu…”.

Co mu się stało? Czyżby nie pamiętał tamtych chwil? Zdziadział już doszczętnie, czy może trzymają się go krotochwile? Wyglądało na to, że Allvin sam uwierzył w tę oficjalną bajkę, w której tworzeniu brał przecież czynny udział.

— Tyle wspomnień, a tak mało czasu… — kontynuował starzec. — „Opiekuj się Dorotką…”, mówił, „i moją dziedziną. Za trzy dni narodzi się Wybraniec, dziecko przeobrażeń. Bywaj!”. Ruszył z kopyta… ja zostałem. Myślałem, że jedzie sprawdzić nagonkę, zawsze tak robił… Skrył się za wzgórzem, o nic już nie zdążyłem zapytać… Tak, tak… Nigdy go już nie widziano.

To więcej niż pewne. Staremu wszystko się pomieszało. Stanowczo trzeba go będzie obserwować, może stać się niebezpieczny. Rebre zamierzał odtrącić rękę politycznego dinozaura, teraz jednak przez chwilę się zawahał. Starego wzięło na zwierzenia. A jeśli coś chlapnie? A może…

— Dostojny Allvinie… — powiedział miękko; potrafił być uprzejmy, jeśli chciał. — Dostojny Allvinie, podobno Najjaśniejszy Pan odezwał się jeszcze potem. Prawda li to?

— He, he, glurp… — stary aż się zatchnął. — Odezwał, a to dobre! Pięć lat… pięć lat czekaliśmy na niego, odwlekaliśmy ogłoszenie „Patentu o Królewskim Wakacie…”. Królowej tłumaczono, błagano o przyjęcie berła, a ona na to: „Zaczekajmy jeszcze, ja czuję, że on żyje. Może popłynął do Brafuty, zawsze marzył o podróżach… Może go porwano…”. No i tak odwlekała, odwlekała… Aż pewnego dnia rano w kancelarii na biurku zobaczyłem list napisany jego ręką… Nie było pieczęci, pergamin był po prostu zszyty…

— Co w nim było? — Rebre zaczął z uwagą wpatrywać się w wodniste oczy premiera. „To na pewno mistyfikacja, nie może być inaczej! — rozmyślał gorączkowo. — W przeciwnym razie… Nie, to niemożliwe! To jest intryga uknuta przez Dorotheę i tego ropucha Allvina. Zawsze podejrzewałem, że chcą mnie nastraszyć jego powrotem. A jeśli nie?”. — Jego czoło pokryło się kroplami potu. — „A jeśli w rojeniach starca jest ziarno prawdy? Nieprawdopodobne. Byłby śmiertelnie przestraszony, dla niego również było to zagrożenie. Jaki list? Nikt o nim nie słyszał. Musiała to być dotąd najściślej strzeżona tajemnica Królowej i Pierwszego Lorda. Dlaczego dzisiaj Allvin zdecydował się to ujawnić? Kłamie, podły dziadyga, łże jak pies!

Starczy, rzężący śmiech zmęczonego życiem Elfa nasilał się, aż w końcu Rebre zaczął się obawiać, że staruch zaśmieje się na śmierć, zanim cokolwiek wyjawi.

— Co było napisane? — Sędziwy kanclerz w zadumie pokiwał głową. — Pięć lat czekania na cokolwiek, na jakąś wiadomość… Nocne modlitwy, narodowe poszukiwania, obławy na ludzkie hordy na pustyniach, przeszukiwanie tobołków na rogatkach, gońcy posyłani w najdalsze krańce świata, polityczny kryzys… I po tym wszystkim… po tym wszystkim on pisze, że królewskie konie karmione są niewłaściwą mieszanką, przez co stały się cokolwiek dychawiczne, a panny na turniejach nie czekają nawet, aż rycerz zwycięży w szrankach, i zawczasu udzielają kredytu, pozbawiając się przyrodzonego kobietom kapitału… Troszkę śmieszne, nieprawdaż? — zarechotał szyderczo. — Zaraz potem ustanowiliśmy Regencję.

Książę poczuł ulgę. Tak, to są rojenia starca. Trzeba się jednak upewnić.

— Nic więcej nie napisał?

Oczy starego zabłysły i od razu przygasły. Allvin, jeszcze przed chwilą ożywiony, teraz ponownie zapadł się w sobie. Wysmarkał się w złożone palce i trzęsąc się, wymamrotał:

— A, takie tam…

Chcąc ukryć zmieszanie, pociągnął ze szklaneczki i kiwając głową, mlasnął w niemym uznaniu dla napitków serwowanych przez gospodarza. Tajemniczy Elf w długiej szacie, dotąd uważnie wsłuchujący się w rozmowę, teraz pochylił się w stronę księcia i szepnął mu coś do ucha.

— Wiem, Wegafie, bez obaw — odrzekł Rebre, po czym zwrócił się do Allvina: — Szlachetny Lordzie, racz mi wybaczyć. Obowiązki gospodarza tego zamku nie pozwalają mi dłużej cieszyć się twym towarzystwem. Wrócę tak szybko, jak to tylko możliwe.

Wstał gwałtownie i skierował się do drzwi w rogu sali. Tuż za nim chyłkiem pospieszył Wegaf.

Komnata była chłodna i pozbawiona okien. Ściany oraz sufit obito kolorowymi kilimami, wyrabianymi przez na wpół koczowniczych Galliardów z odłamu Elfów pustynnych. Żółtopomarańczowy odcień piasku skrzącego się w świetle zachodzącego nad bezkresnymi przestrzeniami słońca nadawał pomieszczeniu wrażenie egzotyki i tajemniczości. Białe budowle otoczone palmami zachęcały do wypoczynku. Ci, którzy dawniej czytywali awanturnicze powieści o wędrówkach przez pustynię, w tym pokoju odnaleźliby ulotny ślad dzieciństwa.

Jednakże wielcy panowie, którzy teraz tam przebywali, w większości nie czytywali książek, a jeśli już, to niewiele. Żylaści margrabiowie znad granicy przywykli do uganiania się za krnąbrnymi góralami z Giddeonu, smukli i młodzi książęcy synowie z równin, wypielęgnowani dworscy strojnisie z Zielonego Ustronia. Razem czternastu chłopa zebranych tutaj na wezwanie Rebrego. Spiskowcy z Badraru, tak ich później nazwano.

Najpierw wspomnieć trzeba o Geralfie, władcy Czerwonego Jaru. Potężny, pleczysty, dzięki kluczowemu położeniu swego księstwa mógł kontrolować wszystkie drogi prowadzące z Valinoru na południe. Przebył daleką drogę. Następny był Krom, margrabia Eldoranu, trochę zniewieściały, lecz niegłupi. Jego ojciec wydusił lub zhołdował wszystkie plemiona nomadów na rozległych przestrzeniach pustyń i od czterdziestu lat panował tam pokój. To jego ziemie były uwiecznione na gobelinach w komnacie. Eltan i Jarossy, bawidamki ze stolicy, zdatni do każdej intrygi, stali w kącie, przyglądając się pozostałym. Setis, góral, który otrzymał tytuł margrabiego, znienawidzony przez swych pobratymców. Dalej Antenor, Apries i Pimajos, urzędnicy królewscy, którzy powrócili właśnie z poboru podatków w siołach Mieszańców Dzikich na zachodzie. Niewiele przywieźli, Dobromir nie będzie zadowolony. O Ilmachtarim obecni nie wiedzieli prawie nic. Nikt go nie znał. Pochodził gdzieś znad Morza Wraków i podobno był niegdyś Elfem niskiej kasty. Walmer i Bożydar byli najmłodsi. Nie do końca wprowadzeni w sprawy, reprezentowali swoich ojców, zbyt starych, aby podróżować. Najbardziej niecierpliwy — Arens z Pentagrodu — nerwowo dreptał wzdłuż drzwi obitych kilimem ukazującym groźnego koczownika z zakrzywioną szablą. Bywał gwałtowny, jednak gniew szybko mu przechodził. Nieopodal stojący Oroni, szlachcic z tej samej prowincji, był jego przeciwieństwem. Na pozór spokojny, zrównoważony, potrafił długo chować urazę w sercu i być niebezpieczny dla tych, którzy nieopatrznie weszli mu w drogę. Pełnił obecnie funkcję królewskiego koniuszego. Ostatnim z uczestników spotkania był Mavril, Mędrzec z Akademii Manganthielu, konduktor i doradca dworu.

Drzwi otworzyły się z głośnym piskiem i do komnaty wszedł Rebre wraz z postępującym w ślad za nim przykurczonym Wegafem. Rozległy się radosne okrzyki, panowie otoczyli księcia, radośnie go pozdrawiając. Nic jeszcze nie było wiadomo, ale czuło się, że oczekiwany dzień nadchodzi.

— Są wszyscy? — spytał dla porządku Rebre.

Rozległ się szmer głosów potwierdzających obecność.

— Witajcie, panowie — uśmiechnął się książę. — Tak, tak, dobrze się domyślacie. Dzisiejszy dzień wiele zmienił, nie ma już tego grzyba Allvina, Dobromir jest popychadłem. Dzisiaj rozdzielimy zadania.

— Mam nadzieję, że dojdzie do małej przepychanki, co? — radośnie wykrzyknął Arens. — Taka zmiana to nie w kij dmuchał!

Rebre uśmiechnął się pobłażliwie i spokojnie wyjaśnił:

— Przemoc nie jest naszym celem, panie. Najlepiej byłoby, gdyby wszyscy Elfowie z dostojnych rodzin i wszyscy nasi pobratymcy z ludu odrzucili to czartowskie plugastwo przywleczone z innych światów, a Ludzi posłali tam, gdzie ich miejsce, czyli do kopalń i na pola. — Niektórzy z obecnych pokiwali głowami na znak zgody. — Nie wydaje mi się jednak, aby wielbiciele welocypedów i kwaśnego piwa zrozumieli nasze zapatrywania. — Twarze zebranych rozjaśniły szerokie uśmiechy. — Dlatego i wasi wojacy, dostojny Arensie, będą mieli używanie. Ale… pamiętajcie, tylko na mój rozkaz.

— Się wie! — Arens stuknął obcasami. — Moja Lichoradka uważnie słucha takich rozkazów, oj słucha! — Uderzył dłonią o lewy bok, gdzie kołysała się największa chyba szabla, jaką kiedykolwiek widziano na wyposażeniu żołnierza. — Słońce ty moje, kwiatuszku tatusia! Będzie robota, będzie…

Wysunął Lichoradkę z pochwy niemal do połowy i ucałował w nabożnym zachwycie. Przez salę przeleciał stłumiony śmiech, atmosfera wyraźnie się rozluźniła. Rebre usiadł na jedynym krześle w komnacie i mówił dalej:

— No dobrze. Szkoda czasu na dywagacje, wszyscy wiemy, o co chodzi. Kraj po ucieczce Króla pogrąża się w ruinie. Siedemnasty rok rządzi regentka Dorothea wraz z kliką sługusów, w coraz większym stopniu ograniczając wpływy Elfów Wysokich Klanów i opierając się na chudopachołkach i ludzkim szlamie. Ta sama Królowa, która po zniknięciu męża obiecywała przywrócenie dawnych elfich swobód, teraz składa nasze ideały na ołtarzu tak zwanego „porozumienia ras”. — Zebrani zaczęli szemrać, wyrażając aprobatę dla mówcy. — Macie pojęcie, że Dobromir zamierza mianować sekretarzem Kancelarii Człowieka? Winkana Treloniego, tego samego, który tak skutecznie bronił wstępu do Kanclerza Skarbu nawet margrabiom i namiestnikom, zasłaniając się kolejnością zgłoszeń…

— Tak jest! Kazał mi czekać dwadzieścia minut, a w tym czasie był u niego buchalter, Mieszaniec! — potwierdził któryś z możnych panów.

— To mało! Mnie zapisał jako trzeciego na listę, zaraz za ludzkim kacykiem z pustyń, żebrzącym o mniejsze podatki, i za kapitanem statku z wełną… — dodał inny.

Szum narastał. Spiskowcy nie kryli oburzenia, mimo że byli prawie całkowicie trzeźwi, zgodnie z wcześniejszym przykazem.

— No właśnie… — zaszeptał Jarossy do Eltana. — Hardzieją Ludziki… Żona dostawcy sukna zażądała ode mnie dwóch uncji złota za spotkanie w gabinecie na górze, jak rodowita Elfka…

— Dobrawka?! — Eltan był wstrząśnięty. — A co na to stary Hedwig, dostojny małżonek?

— Targował się jak sprzedawca środków na przeczyszczenie! Musiałem dorzucić mu dwa charty z Eldoranu, pewnie zaraz opchnął je na bazarze, stary kutwa! Nie sądzisz chyba, że polował?

— Dobrawka i twoje brudne łapy… — Eltan najwyraźniej nie mógł się otrząsnąć po usłyszeniu tych wieści. — Uległa tobie zamiast mnie! To skandal wymagający natychmiastowej pomsty! — Uderzył otwartą dłonią w udo. — Popieram spisek całą duszą!

Gospodarz zamku podniósł się z krzesła i momentalnie zapadła cisza. Ostatnie szepty ucichły dzięki uważniejszym dostojnikom, którzy jęli wymierzać sąsiadom ostrzegawcze kuksańce.

— Panowie… — spokojnie powiedział książę. — Mógłbym wam opowiedzieć o ostatnich wydarzeniach, z powodu których odkładanie w czasie realizacji naszych zamiarów wydaje się niecelowe, sądzę jednak, że lepiej zrobi to nasz szacowny gość. Niektórzy znają go osobiście, niektórzy o nim słyszeli, a ci, którzy nie słyszeli, wkrótce usłyszą. Szlachetni lordowie — oto dostojny Mavril!

Magnaci z zaciekawieniem spoglądali na szczupłą postać odzianą w czerń, z niemodną peleryną na ramionach. Mavril skromnie stał przy ścianie, czekając, aż słuchacze utworzą wokół niego krąg.

Spiskowcy zastygli w oczekiwaniu. Mavril zrobił krok do przodu, odchrząknął i cichym głosem zaczął wyjaśniać sytuację: