Przeklęci święci - Maggie Stiefvater - ebook
Opis

Za każdym świętym stoi cud. Za każdym cudem swoi człowiek. W każdym człowieku jest mrok, z którym musi się zmierzyć.

Olbrzym, pastor z głową kojota, mężczyzna porośnięty mchem i kobieta, na którą zawsze pada deszcz – wszyscy przebywają w sennej i tajemniczej osadzie Bicho Raro w oczekiwaniu na cud. Zamieszkuje ją rodzina Soria, w której od wieków rodzą się Święci, a pątnicy przybywają z najdalszych zakątków kraju. Beatriz, Joaquin i Daniel są kuzynami i postanawiają zawalczyć o swoją przyszłość i zmierzyć się z rodzinną legendą oraz przekleństwem. Niedostępna Beatriz uważa, że nie dotyczą jej porywy serca. Joaquin jako tajemniczy Diablo Diablo oddaje się pasji prowadzenia pirackiej rozgłośni radiowej. Daniel – mianowany przez rodzinę Świętym z Bicho Raro – zdaje się czynić cuda dla wszystkich poza sobą.
Nad pustynne Kolorado nadciąga mrok, który można pokonać tylko wtedy, jeśli ma się odwagę spojrzeć w głąb siebie i zmierzyć się z własnymi uczuciami.

Maggie Stiefvater (ur. 1981) – amerykańska powieściopisarka dla młodzieży. Zajmuje się także muzyką, a w przeszłości grywała nawet na weselach. Rysuje, była redaktorem technicznym, by w końcu zająć się pisaniem
powieści. Jej nową pasją jest samochód wyścigowy Camaro z 1973 roku. Razem z mężem i dwójką dzieci mieszka w Wirginii.
W 2008 roku zadebiutowała powieścią Lament. Intryga królowej elfów, którą otworzyła cykl powieści Faerie. Kontynuacją cyklu była Ballada: Taniec mrocznych elfów. Sławę przyniósł jej także cykl powieści Wilkołaki z Mercy Falls (Drżenie, Niepokój, Ukojenie, Grzesznik), który doczekał się ponad 50 zagranicznych wydań i pierwszego miejsca na liście bestsellerów „New York Timesa”, gdzie spędził ponad 40 tygodni. Stiefvater jest także autorką cyklu Król kruków (Król kruków, Złodzieje snów, Wiedźma z lustra, Przebudzenie króla) oraz niektórych książek z serii Spirit Animals. Powieść Wyścig Śmierci napisana w 2011 roku uhonorowana została nagrodą imienia Michaela L. Printza dla najlepszej powieści dla młodzieży, a obecnie jest planowana jej adaptacja filmowa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 337

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Maggie ‌Stiefvater

PRZEKLĘCI ŚWIĘCI

przełożył ‌Piotr Kucharski

Tytuł oryginału: All ‌the Crooked ‌Saints

Text copyright © 2017 ‌by ‌Maggie ‌Stiefvater.

All ‌rights reserved. Published ‌by ‌arrangement ‌with Scholastic ‌Inc., ‌557 ‌Broadway, New ‌York, NY ‌10012 USA.

Copyright © for ‌the ‌Polish edition ‌by Grupa Wydawnicza Foksal, ‌MMXVIII

Copyright ‌© for ‌the Polish ‌translation by Piotr Kucharski, ‌MMXVIII

Wydanie ‌I

Warszawa, MMXVIII

Dla Davida

W końcu

Kolorado, 1962

1

Po ‌zmroku cud można ‌usłyszeć daleko.

W tej ‌kwestii ‌cuda są ‌bardzo podobne do ‌fal radiowych. ‌Niewiele osób ‌zdaje sobie sprawę, że ‌zwykłe ‌fale radiowe i niezwykłe ‌cuda mają ‌ze sobą tyle ‌wspólnego. Jeśli ‌nie wpływać na ‌nie w żaden sposób, fal ‌radiowych nie da ‌się już usłyszeć ‌po ‌pokonaniu przez ‌nie więcej ‌niż ‌sześćdziesięciu ‌czy ‌siedemdziesięciu kilometrów. ‌Przemieszczają się ‌po idealnie prostej ‌drodze od ‌punktu nadawania, a ponieważ Ziemia ‌jest okrągła, nie ‌mija wiele ‌czasu, zanim odrywają się ‌od ‌gruntu i lecą ku gwiazdom. ‌Czy my ‌sami również tak byśmy ‌nie robili, gdyby dano ‌nam szansę? Jaka szkoda, ‌że jedno i drugie jest ‌niewidzialne, ponieważ ‌stanowiłyby ‌niezły widok: wstęgi ‌wspaniałości i dźwięku rozpościerające się ‌nad ‌całym światem.

Jednak ‌nie wszystkie ‌fale radiowe i cuda ‌uciekają bezpowrotnie. Niektóre odbijają ‌się ‌od ‌stropu jonosfery, gdzie ‌pomocne elektrony swobodne ‌oscylują z nimi w radosnej harmonii, po czym ciskają je z powrotem ku Ziemi pod nowymi kątami. W ten sposób sygnał może wyskoczyć z Rosarito lub Nogales, przywalić czołem w jonosferę i trafić do Houston lub Denver, silniejszy niż wcześniej. A jeśli został nadany po zmroku? Wiele rzeczy w życiu działa lepiej bez wścibskiej obecności słońca i ten proces również należy do ich grona. Nocą fale radiowe i cuda mogą brykać w górę i w dół tak wiele razy, że w niektórych nieprzewidzianych przypadkach trafiają w końcu do nadajników i świętych oddalonych o tysiące kilometrów od ich źródła. W ten sposób o drobnym cudzie z maleńkiego Bicho Raro można usłyszeć aż w Filadelfii lub odwrotnie. Czy to nauka? Religia? Nawet naukowcom i świętym trudno jest odróżnić jedno od drugiego. Może zresztą nie ma to znaczenia. Jeśli sieje się niewidzialne ziarno, nie można oczekiwać, że wszyscy zgodzą się co do kształtu niewidocznych plonów. Łatwiej po prostu uznać, że dobrze rosną.

Tej nocy, gdy rozpoczynała się ta opowieść, cudów nasłuchiwali i święty, i naukowiec.

* * *

Było ciemno, naprawdę ciemno, jak to możliwe tylko na pustyni. Troje kuzynów Soria siedziało na tyle kontenera małej ciężarówki. Ponad nimi większe gwiazdy już od około godziny spychały w pięknym deszczu meteorów te mniejsze ze swego niebiańskiego domu. Pomiędzy nimi a krzewami porastającymi dolinę rozpościerała się atramentowa czerń.

Panowała w zasadzie cisza, nie licząc radia i cudów.

Auto stało w rozległym gąszczu kilka kilometrów od najbliższego miasteczka. Nie robiło zbytniego wrażenia, była to po prostu służąca do przeprowadzek ciężarówka dodge z 1958 w kolorze spłowiałej czerwieni i o poniekąd optymistycznej minie. Miała pękniętą jedną tylną lampę. Przednia prawa opona była nieco bardziej spłaszczona niż lewa. Na fotelu pasażera widniała plama, od której pachniało wiśniową colą. Z lusterka wstecznego zwisało małe drewniane alebrije1 po części wyglądające jak skunks, a po części jak kojot. Tablice rejestracyjne wydano w Michigan, choć teraz pojazd znajdował się w innym stanie.

Słychać było radio. Nie to w kabinie, tylko to w części ładunkowej, zielono-niebieski aparat Motorola zabrany z blatu w kuchni Antonii Sorii. Grało stację kuzynów Soria. Nie tę, której lubili słuchać, tylko tę, którą stworzyli. Ciężarówka stanowiła ich studio nadawcze na kołach.

Ich. Tak naprawdę była to ciężarówka Beatriz Sorii i stacja radiowa Beatriz Sorii. Ta opowieść mówi o wszystkich Soriach, lecz o niej przede wszystkim. Choć to nie jej głos rozbrzmiewał na falach średnich, za wszystkim stało jej skomplikowane i szorstkie serce. Inni ludzie okazywali swoje uczucia za pomocą uśmiechów i łez, a Beatriz Soria miała ciężarówkę z nadajnikiem na pustyni w stanie Kolorado. Gdyby się zraniła, to gdziekolwiek by się znajdowała, głośniki w części ładunkowej krwawiłyby.

– …jeśli znudziły wam się piosenki bez treści – mówił prezenter – znajdziecie nas po zachodzie słońca, lecz przed jego wschodem.

Głos należał do Joaquina, najmłodszego z kuzynów. Miał szesnaście lat, zachowywał się bardzo poważnie i tak też chciał być odbierany. Był uprzejmy i gładko ogolony, a słuchawki przyciskał do jednego ucha, aby nie popsuć sobie włosów, dzięki brylantynie spiętrzonych wysoko na Elvisa. Dwie latarki podświetlały go niczym złote, niewyrośnięte jeszcze reflektory, a reszta malowała się w purpurze, granacie i czerni. Miał na sobie tę samą koszulę, którą nosił od dwóch miesięcy: czerwoną, z krótkimi rękawami, hawajskim wzorem i postawionym kołnierzykiem. Podobną widział w jedynym filmie, który udało mu się zobaczyć w 1961, i przysiągł sobie, że odtworzy ten wizerunek. U jego stóp rósł ogródek z butelek po napojach wypełnionych wodą. Lękał się odwodnienia i walczył z tą fobią, zawsze nosząc przy sobie dość płynu, by wystarczyło mu na wiele dni.

Po zmroku nie posługiwał się nazwiskiem Joaquin Soria. W ruchomej rozgłośni przemierzającej pustynny płaskowyż nazywał się Diablo Diablo. Gdyby jego matka i babka poznały ten przydomek, oburzyłby je, i właśnie w tym była rzecz. Prawdę mówiąc, oburzał on trochę również samego Joaquina. Lubił ten dreszcz niebezpieczeństwa za każdym razem, gdy go wypowiadał, przesądnie uważając, że gdyby wyszeptał też trzecie Diablo, naprawdę mógłby się pojawić diabeł.

Oto, czego chciał Joaquin Soria: stać się sławnym. Oto, czego się bał: umrzeć samotnie na spieczonej ziemi z dala od Bicho Raro.

– …i na tym nie koniec tańców oraz snów – ciągnął głos Diablo Diablo. – Najgorętsze dźwięki sześćdziesiątego drugiego od Del Norte do Blanki i od Villa Grove do Antonito. Muzyka, która zbawi wasze dusze.

Pozostali kuzyni w ciężarówce, Beatriz i Daniel, unieśli brwi. Twierdzenie, że nadawali na całą Dolinę San Luis, zdecydowanie mijało się z prawdą, ale w sferze zainteresowań Joaquina leżały bardziej rzeczy, które okazałyby się przyjemne, gdyby stanowiły prawdę, niż takie, które faktycznie były prawdziwe. Nie, stacja nie obejmowała obszaru doliny, ale jakież by to było wspaniałe miejsce, gdyby tak było.

Daniel zmienił pozycję. Kuzyni stykali się kolanami i z powodu tej wymuszonej ciasnotą bliskości długa stopa Daniela trąciła jedną z butelek. Metalowa zakrętka spadła i pomknęła po podłodze, kołysząc się na krawędzi, jakby ktoś ją gonił. Przewody skuliły się z obawy przed wodą. Katastrofa wisiała w powietrzu. I nagle Joaquin złapał butelkę oraz potrząsnął nią Danielowi przed nosem.

– Nie zepsuj ciężarówki – powiedział. – Jest nowa.

Nie była nowa w sensie ogólnym, ale jako stacja radiowa już tak. Zanim auto objęło bieżącą rolę, służyło rodzinie siostry żony brata Any Marii Sorii do transportowania braci Alonso od fuch malarskich do barów. Ciężarówka miała już dość tej monotonii i zepsuła się, a ponieważ bracia Alonso przedkładali malowanie i picie nad poprawianie nastroju pojazdom, zostawiono ją, by zarosła chwastami. W tym czasie zebrała wystarczającą ilość wilgoci, by tymotki i turzyce pokryły gęstą warstwą jej dach i maskę, przekształcając ją w mokradło na środku pustyni. Zwierzęta pokonywały całe kilometry, aby żyć w tej oazie – najpierw bóbr, później dwanaście żab lamparcich wydających rechoty przypominające skrzypienia bujanego fotela, następnie trzydzieści bezwzględnych pstrągów, tak pożądających nowego domu, że przeszły do ciężarówki przez pustynię. Ostateczny cios został zadany wraz z przybyciem czterech tuzinów żurawi kanadyjskich, dorównujących ludziom wzrostem i dwukrotnie przewyższających ich głośnością. Panujący na trzęsawisku chaos nie dawał nikomu spać o żadnej porze dnia i nocy.

Beatriz otrzymała zadanie odpędzenia zwierząt i właśnie wtedy odkryła, że pod tym wszystkim kryje się ciężarówka. Powolne przywracanie pojazdu do pierwotnego stanu wiązało się z tak stopniową eksmisją fauny, że nowe mokradło nawet nie zauważyło, iż jest wypraszane, i wkrótce potem większość rodziny Soriów nie pamiętała już, że w ogóle kiedyś tam było. Niemal zupełnie zapomniano też o samej ciężarówce. Wprawdzie drewnianą podłogę wciąż pokrywały rdzawoczerwone kręgi po puszkach z farbą, lecz jedyną pamiątką po czasach, gdy auto służyło za ekosystem, było jajo, które Beatriz znalazła pod pedałem gazu. Ogromne, wielkości dłoni, nakrapiane niczym księżyc i lekkie jak powietrze. Zrobiła dla niego hamak z siateczki do włosów i zawiesiła w części ładunkowej na szczęście. Teraz kołysało się wte i wewte nad nadajnikami z wojny w Korei, magnetofonami z trzeciej ręki, popsutymi gramofonami, a także lampami elektronowymi, opornikami oraz kondensatorami z odzysku.

Diablo Diablo (Diablo!) wciąż mówił łagodnym tonem:

– A teraz ramię gramofonu odtworzy cudną pioseneczkę zespołu Drifters. Oto „Zostaw dla mnie ostatni taniec”2… Ale my nie skończyliśmy jeszcze tańczyć, więc nie przełączajcie odbiorników.

Joaquin w rzeczywistości nie położył ramienia gramofonu na płycie Drifters, a utwór poleciał z jednego z magnetofonów kasetowych. Cała audycja została wcześniej nagrana na taśmie na wypadek, gdyby rozgłośnia była zmuszona pospiesznie się zbierać. Federalna Komisja Łączności niezbyt przychylnie podchodziła do amerykańskiej młodzieży zakładającej w wolnym czasie nielicencjonowane stacje radiowe, zwłaszcza że amerykańska młodzież wydawała się mieć okropny gust muzyczny i łaknęła rewolucji. Winowajców czekały grzywny i odsiadka.

– Myślicie, że mogą nas namierzać? – spytał z nadzieją Joaquin. Nie chciał być ścigany przez władze, ale pragnął zostać usłyszany i tak bardzo nie mógł się doczekać tego drugiego, że uznał za swój obowiązek, by zakładać nieuchronność pierwszego.

Beatriz siedziała przy nadajniku, machinalnie kiwając nad nim palcami, zatopiona we własnej wyobraźni. Gdy uświadomiła sobie, że Joaquin i Daniel czekają na jej odpowiedź, w końcu jej udzieliła:

– Nie, jeśli nie poprawił się zasięg.

Beatriz urodziła się jako druga spośród nich. Podczas gdy Joaquin był hałaśliwy i barwny, ona – spokojna i dziwna. Liczyła osiemnaście lat i wyglądała niczym hipisowska Madonna z ciemnymi włosami rozdzielonymi równo po obu stronach twarzy, nosem w kształcie litery J i małymi, zagadkowymi ustami, które mężczyźni opisaliby zapewne jako pączek róży, lecz Beatriz mówiła na nie „moje usta”. Miała dziewięć palców u rąk, ponieważ jeden ucięła sobie przez przypadek w wieku dwunastu lat, ale nie przejmowała się tym zbytnio – chodziło o mały palec, na dodatek u prawej dłoni, a była leworęczna. Przynajmniej okazało się to ciekawym doświadczeniem, a poza tym i tak przecież nie mogła go już odzyskać.

Joaquin uczestniczył w ruchomej rozgłośni dla chwały, ale zaangażowanie Beatriz służyło wyłącznie gratyfikacji intelektualnej. Odnowienie ciężarówki i skonstruowanie radia stanowiły łamigłówkę, a ona uwielbiała łamigłówki. Rozumiała je. Gdy miała trzy lata, zbudowała wysuwany, sekretny pomost z okna swego pokoju na wybieg dla koni, dzięki czemu mogła tam przechodzić boso w środku nocy, nie obawiając się szturchnięć przez głowy kóz, które nękały okolicę. Gdy skończyła siedem lat, skrzyżowała mobil3 z zestawem lalkarskim, by móc leżeć w łóżku i patrzeć, jak lalki rodziny Soria dla niej tańczą. Kiedy miała dziewięć lat, zaczęła tworzyć tajemny język ze swym ojcem, Fernandem Sorią, i wiele lat później wciąż go dopracowywali. W formie pisanej składał się wyłącznie z ciągów liczb, zaś forma werbalna polegała na wyśpiewywaniu nut odpowiadających formule matematycznej odpowiedniego nastroju.

Oto, czego chciała Beatriz: poświęcać czas na zrozumienie, w jaki sposób motyl jest podobny do galaktyki. Oto, czego się bała: że ktoś poprosi ją, by robiła cokolwiek innego.

– Myślisz, że mama albo Nana słuchają? – Joaquin nie ustępował. Nie chciał, by matka albo babcia odkryły jego alternatywną tożsamość, pragnął jednak, by usłyszały Diablo Diablo i szeptały do siebie, że ten piracki prezenter brzmi nie tylko przystojnie, ale też podobnie do Joaquina.

– Nie, jeśli nie poprawił się zasięg – powtórzyła Beatriz.

Sama również zadawała już sobie to pytanie. Podczas pierwszej transmisji ich sygnał sięgał tylko na kilkaset metrów, pomimo dużej anteny telewizyjnej, którą dodała do osprzętu. Teraz przemykała myślami po każdym miejscu, w którym sygnał mógł wyciekać, zanim dotarł do anteny.

Joaquin zrobił ponurą minę.

– Nie musisz mówić tego w taki sposób.

Beatriz nie czuła się z tym źle. Nie powiedziała tego w żaden sposób. Po prostu powiedziała. Czasami to jednak nie wystarczało. W Bicho Raro nazywano ją czasami la chica sin sentimientos. Nie miała nic przeciwko temu, że mówiono o niej „dziewczyna bez uczuć”. To stwierdzenie wydawało jej się całkiem prawdziwe.

– A zresztą jak mogłyby słuchać? Zabraliśmy radio.

Wszyscy spojrzeli na odbiornik podwędzony z blatu w kuchni Antonii Sorii.

– Drobne kroczki, Joaquin – poradził Daniel. – Nawet cichy głos wciąż jest głosem.

Był trzecim i najstarszym spośród kuzynów w ciężarówce. Oficjalnie nazywał się Daniel Lupe Soria, miał dziewiętnaście lat, a oboje jego rodzice nie żyli już dłużej, niż on przebywał na świecie. Na knykciu każdego palca poza kciukami wytatuował oko, miał więc ich tam osiem, niczym pająk, i był zbudowany jak pająk, z pociągłymi kończynami, wydatnymi stawami oraz lekką budową ciała. Długie, proste włosy sięgały mu do ramion. Był Świętym z Bicho Raro, na dodatek naprawdę dobrym. Beatriz i Joaquin bardzo go kochali, a on kochał ich.

Wprawdzie wiedział o ich pomyśle z radiostacją, lecz dotąd im nie towarzyszył, zwykle był bowiem zanadto zajęty sprawami cudów. Pojawianie się i odchodzenie cudów zajmowało większość jego myśli i działań, co sprawiało mu wielką przyjemność i co uważał za swój jeszcze większy obowiązek. Tej nocy zmagał się jednak z kwestią o znaczeniu osobistym i chciał spędzić czas z kuzynostwem, by przypomnieć sobie wszystkie powody, dla których należało zachowywać ostrożność.

Oto, czego chciał: pomóc komuś, komu nie wolno mu było pomóc. Oto, czego się bał: że zniszczy całą swoją rodzinę przez to osobiste pragnienie.

– Nawet cichy głos wciąż jest cichy – zripostował z irytacją Joaquin.

– Pewnego dnia staniesz się sławny jako Diablo Diablo, a my będziemy pielgrzymować do Los Angeles, by cię zobaczyć – rzekł Daniel.

– A przynajmniej do Durango – sprostowała Beatriz.

Joaquin wolał wyobrażać sobie przyszłość w Los Angeles niż w Durango, ale już dłużej nie protestował. Na razie uważał ich wiarę za wystarczającą.

W niektórych rodzinach słowo „kuzyn” nic nie oznaczało, ale nie w tym pokoleniu Soriów. Wprawdzie relacje między starszymi Soriami bywały chropowate, lecz ich trójka pozostawała nierozłączna. Joaquin bujał w obłokach, jednak w tej ciężarówce lubili jego przerośniętą ambicję. Beatriz izolowała się, jednak w tej ciężarówce Daniel i Joaquin nie potrzebowali od niej niczego poza tym, co bez przeszkód dawała. I wszyscy uwielbiali Świętego z Bicho Raro, jednak w tej ciężarówce Daniel mógł być po prostu człowiekiem.

– Sprawdzę teraz zasięg – oznajmiła Beatriz. – Podaj mi radio.

– Sama sobie podaj – odparł Joaquin, ale Beatriz jedynie siedziała w milczeniu, dopóki jej nie podał. Próby przeczekania jej nie miały sensu.

– Pójdę z tobą – zaproponował szybko Daniel.

W Bicho Raro mieszkały bliźniacze kozy imieniem Fea i Moco, które urodziły się w znamiennych okolicznościach. Często się zdarza, że kozy rodzą bliźnięta, a czasami nawet trojaczki, więc samo to nie wydawało się znamienne. Rzecz w tym, że Moco urodził się pierwszy, a później matka zdecydowała, że nie ma dość energii albo nie jest wystarczająco zainteresowana tym, by rodzić po raz drugi tej samej nocy. Choć więc Fea z radością wyszłaby na świat zaledwie kilka minut po swoim bracie, pozostała w łonie matki jeszcze kilka miesięcy, gdy ta próbowała się zmotywować do ponownego porodu. Wreszcie Fea się urodziła. Dodatkowy czas spędzony w łonie, z dala od promieni słonecznych, zabarwił jej sierść na atramentową czerń. Wprawdzie dla kogoś z zewnątrz Fea i Moco wydawali się zwykłym rodzeństwem, albo wręcz zupełnie niespowinowaceni, byli sobie bliscy jak bliźnięta, zawsze pilnowali się nawzajem i cenili swoje towarzystwo.

Podobnie wyglądała sprawa z Beatriz i Danielem. Wprawdzie cała trójka pozostawała sobie bliska, lecz Beatriz i Daniela łączyło coś więcej. Oboje byli cisi w środku i na zewnątrz, oboje też z pożądliwą ciekawością badali, co sprawia, że świat się kręci. Zbliżały ich jednak również cuda. Wszyscy członkowie rodziny Soria rodzili się ze zdolnością czynienia cudów, ale w każdym pokoleniu zdarzało się kilka osób bardziej się do tego nadających. Świętszych lub dziwniejszych od innych, zależy kogo spytać. Obecnie to Daniel i Beatriz byli najświętsi, a skoro Beatriz desperacko pragnęła nie być Świętą, zaś Daniel nie chciał niemal niczego innego, równowaga została zachowana.

Na zewnątrz ciężarówki nieprzerwanie napierało zimne pustynne powietrze. Beatriz drżała. Jej matka Antonia mówiła, że miała serce jaszczurki, i dziewczyna rzeczywiście preferowała gadzie zamiłowanie do klaustrofobicznego ciepła. Choć w rąbek spódnicy wszyła sobie latarkę, nie wyciągała jej. Ani trochę nie martwiła się federalnymi, ale mimo to nie chciała ściągać uwagi na ich miejsce nadawania. Miała silne wrażenie, jak to czasami miewają Soria, że szykują się cuda, a mówiono jej, jak mówi się wszystkim Soriom, że próby ingerencji w cuda wiążą się z konsekwencjami.

Szli więc w niemal całkowitej ciemności. Światło niepełnego księżyca wystarczyło, by dało się zauważyć kontury najeżonych juk, wiotkich mącznic i strzępiastych krzewów kreozytowych. Jałowiec wydzielał wilgotną, ciepłą woń, a przegorzan kulisty czepiał się spódnicy Beatriz. Światła odległej Alamosy brązowiły horyzont, z takiego dystansu wydając się naturalnymi, niczym przedwczesny blask świtu. W radiu Diablo Diablo mówił: spójrzcie, czekajcie, słuchajcie, oto niewiarygodny singiel, oto świetny utwór, nie dość często grany przez duże rozgłośnie.

W głowie Beatriz Sorii pracowicie kłębiły się myśli, jak zawsze zresztą. Idąc wraz z Danielem przez mrok, zastanawiała się nad mimowolną genialnością ich ruchomej rozgłośni, nad czasami, gdy ludzie wyobrażali sobie, iż nocne powietrze jest pełne nicości, a także nad wyrażeniem „cisza w eterze”. Następnie pomyślała o tym, że tak naprawdę przeciskała się przez tłoczne atomowe miasto niewidocznych substancji, mikroorganizmów i fal, przy czym te ostatnie mogła wykrywać tylko dzięki temu, że trzymała to magiczne pudełko, które potrafiło je odbierać, a następnie wypluwać do jej śmiertelnych uszu. Pochylała się pod tymi niewidzialnymi sygnałami jak pod silnym wiatrem, jedną dłonią chwytając powietrze, jakby mogła je poczuć. Był to impuls, któremu często się poddawała: dotykać niewidocznego. W dzieciństwie tak często zwracano jej uwagę na ten gest, że nauczyła się ograniczać go do chwil, gdy nikt inny nie patrzył (w tej kwestii Daniel nie liczył się jako ktoś inny).

Czuła jednak tylko powolne pełzanie zbliżającego się cudu. Sygnał radiowy zaczął przerywać, inna stacja tu i ówdzie wtrącała sylaby.

– Beatriz? – spytał Daniel. Jego głos brzmiał jakby pusto, niczym kubek bez wody, niebo bez gwiazd. – Myślisz, że konsekwencje mają znaczenie, jeśli sami ich nie widzieliśmy?

Czasami, gdy pytanie dotyczy tajemnicy, ludzie zadają inne, lecz zbliżone, w nadziei, że otrzymają odpowiedź, która wyjaśni obie wątpliwości. Beatriz od razu zdała sobie sprawę, że właśnie tak postąpił teraz Daniel. Nie wiedziała, co myśleć o tym, że miał tajemnice, ale odpowiedziała najlepiej jak potrafiła:

– Myślę, że niesprawdzona konsekwencja jest hipotezą.

– A sądzisz, że jestem dobrym Świętym?

Wciąż nie było to pytanie, które naprawdę miał na myśli. Zresztą nikt, kto spędził choć minutę w Bicho Raro, nie wypowiedziałby się nieprzychylnie o pobożności Daniela Lupe Sorii.

– Lepszym, niż ja bym była.

– Mogłabyś być świetną Świętą.

– Dowody nie popierają twojej tezy.

– Gdzie twoja nauka? – spytał Daniel. – Jeden dowód to nie nauka. – Mówił teraz lżejszym tonem, lecz Beatriz to nie uspokajało. Nie był zwyczajnie zaniepokojony i nie potrafiła zapomnieć wcześniejszych nut w jego głosie.

Przekręciła lekko gałkę radia, by zmniejszyć uporczywe trzaski.

– W przypadku niektórych eksperymentów dowód wymaga tylko jednego rezultatu. A przynajmniej jeśli chce się dowieść, że wykonanie ich po raz drugi nie jest odpowiedzialne.

Między kuzynostwem wisiały coraz silniejsze zakłócenia.

– Przychodzi ci czasami do głowy, że może robimy to źle? – spytał w końcu Daniel. – My wszyscy?

Wreszcie padło prawdziwe pytanie, a nie ukryte, choć jeszcze nie to właściwe. Zagadka była zbyt obszerna, by wyjaśnić ją w jedną noc.

Dalszą rozmowę zakłóciło drżenie w krzakach przed nimi. Zatrzęsły się i zadygotały ponownie, po czym z szumem wypadł z nich cień.

Beatriz i Daniel nawet nie drgnęli, a to dlatego, że byli Soriami. Gdyby ktoś miał w ich rodzinie podskakiwać na widok każdego cienia, który się nagle pojawił, wykształciłby niezłe mięśnie łydek.

Szum przeszedł w głośny, syczący trzepot skrzydeł, a cień zmienił się w ogromnego ptaka w locie. Przefrunął tak blisko, że włosy Beatriz otarły się o jej policzek. Sowa.

Beatriz wiedziała sporo o sowach. Miały wielkie i silne oczy, jednak te niezwykłe gałki oczne tkwiły w miejscu z powodu kostnych wyrostków nazywanych pierścieniami twardówkowymi. To dlatego sowy musiały kręcić głowami, zamiast tylko kierować spojrzenie z boku na bok. Kilka gatunków miało asymetryczne uszy, pozwalające im precyzyjnie określać źródło dźwięku. Wiele osób nie zdawało sobie sprawy, że oprócz bystrego wzroku i słuchu cechą sów było również to, iż bardzo przyciągały je cuda, choć kierującą tym zasadę kiepsko rozumiano.

Daniel przysunął się bliżej, aby wyłączyć radio. Ogarnęła ich cisza.

Po przeciwnej stronie niż krzak, z którego wyskoczyła sowa, w polu widzenia pojawiły się odległe reflektory samochodowe. W takim miejscu można było przez całą noc nie zobaczyć innego pojazdu, więc Beatriz z zainteresowaniem obserwowała maleńkie światełka przemieszczające się z prawej do lewej. Były zbyt daleko, by dało się usłyszeć odgłos opon na żwirze, znała go jednak tak dobrze, że jej uszy udawały, iż go wychwyciły. Uniosła dłoń, żeby sprawdzić, czy zdoła wyczuć dźwięk palcami.

Daniel zamknął oczy. Jego usta poruszały się. Modlił się.

– Światła! Zgłupieliście? – Joaquinowi znudziło się czekanie, aż się zgłoszą, i teraz wołał do nich z otwartego tyłu ciężarówki. – Światła! Dlaczego od razu nic nie mówiliście?! To federalni!

Beatriz zamknęła palce i opuściła dłoń.

– Nie kierują się w tę stronę – powiedziała.

– Skąd wiesz?!

– Jadą do…

Podniosła niejasnym gestem dłoń, pozwalając, by posłużyło to za końcówkę wypowiedzi.

Joaquin skoczył znów do środka, by ściągnąć klemy z akumulatora, po czym wrócił i energicznie, ze strachem, zaczął zbierać przewody leżące na ziemi. Beatriz miała jednak rację, jak często zresztą. Reflektory bez wahania sunęły swą odległą trasą, podświetlając nieruchome antylopy i kępy trawy. Wehikuł zmierzał ku Bicho Raro. Polował nie na sygnał radiowy, lecz na cud.

Daniel otworzył oczy.

– Muszę tam dotrzeć przed nimi – oznajmił.

Bez Świętego nie mogło być cudu.

2

W samochodzie jadącym tej nocy w stronę Bicho Raro znajdowały się dwie osoby: Pete Wyatt i Tony DiRisio.

Pete i Tony wpadli na siebie wiele długich godzin wcześniej w zachodnim Kansas. Nie dosłownie, ale prawie. Pete próbował złapać autostop na niezmierzonej prerii, liczył na głos słupki milowe w tempie czterech lub pięciu na godzinę, gdy nad głową przeleciała mu wielka sowa, sprawiając, że odskoczył kilkanaście centymetrów. Sekundę później w opróżnionym właśnie przez Pete’a miejscu z poślizgiem zahamowało auto. Tony opuścił szybę i wyjrzał przez chmurę pyłu oraz żwiru.

– Jak się nazywam? – spytał dobitnie. Gdy Pete przyznał, że nie wie, mina Tony’ego złagodniała. – Będziesz musiał prowadzić – oznajmił, odpinając pas – bo ja jestem za bardzo upalony.

Właśnie w taki sposób Pete, dzieciak, który prowadził sedana swego ojca jedynie kilkadziesiąt razy, odkąd dostał prawo jazdy, znalazł się za kierownicą agresywnie nieatrakcyjnego mercury’ego kombi pomalowanego w kolor żółtka zbyt długo gotowanego jajka. Tony DiRisio lubił duże samochody. Gdy odwiedził salon w Filadelfii, zabrał ze sobą jedynie taśmę mierniczą i książeczkę czekową. Uważał, że samochód mierzący ponad pięć metrów długości i pokryty drewnianymi panelami ma w sobie element stałości.

Sam Tony był przystojny jak papieros. Obecnie miał na sobie biały garnitur i nosił ciemne baki. Jedno i drugie w pewnym momencie wydawało się stylowe, lecz gdy Pete go poznał, już były trzeciej świeżości. Tony jechał mercurym od pięciu dni, a siebie zajeżdżał jeszcze dłużej. Liczył jedynie trzydzieści cztery lata, ale wszystkie z nich przeżył dwukrotnie… raz jako Tony DiRisio, a drugi jako Tony Triumph. Gdy przetrwał dzieciństwo zbyt nudne, by o nim opowiadać w uprzejmym towarzystwie, stał się prezenterem w stacji radiowej typu easy listening zbyt nudnej, by o niej opowiadać w uprzejmym towarzystwie. Przez ostatnich kilka lat przekształcał rozgłośnię w przyjazną, a robił to, zapraszając do studia przypadkowe gospodynie domowe i pozwalając im grać wybrane przez siebie utwory. Stał się człowiekiem ściganym. Kobiety z Filadelfii szukały go w alejkach sklepowych i wypatrywały podczas spacerów, starając się przyciągnąć jego wzrok. Miejscowy brukowiec zamieszczał artykuły, w których analizował, jaki typ kobiet był najczęściej zapraszany, co nosiły, gdy zostały odkryte (głównie buty na płaskim obcasie), jak układały włosy (często zakręcane na wałkach) i ile miały lat (zazwyczaj po pięćdziesiątce). Nagłówek pytał: „Czy Tony Triumph pragnie swojej matki?”.

Oto, czego pragnął: przestać śnić o tym, że wyśmiewają się z niego maleńkie ptaszki o bardzo długich nogach. Oto, czego się bał: ludzi obserwujących go, gdy jadł.

Poza tym tęsknił za swoją matką.

Pete Wyatt nie wiedział żadnej z tych rzeczy o Tonym. Nie był miłośnikiem muzyki easy listening i nigdy nie znalazł się na wschód od Missisipi. Dopiero kilka tygodni wcześniej skończył liceum, był schludnym młodzieńcem o nijakich brązowych włosach, piwnych oczach i raczej zadbanych paznokciach. Wprawdzie liczył ponad dziesięć lat mniej niż Tony, lecz urodził się stary. Już odkąd wyturlał się ze swej matki, stanowił odpowiednią skałę, aby zbudować na niej Kościół.

Należał do osób, które nie mogą się powstrzymać przed pomaganiem innym. W wieku dwunastu lat zorganizował zbiórkę puszkowanej żywności i ustanowił rekord świata dla największej ilości purée kukurydzianego przekazanego kiedykolwiek ubogim. Gdy skończył lat piętnaście, tak przejął się niewypowiedzianym nieszczęściem dziecka pozbawionego przyjaciół, że zaoszczędził dość pieniędzy, aby każdemu pierwszoklasiście w swojej starej szkole podarować kurczaka. Błąd w komunikacji z gazetą opisującą tę historię sprawił, że trzy fermy drobiowe z Indiany najpierw podwoiły, a następnie potroiły i poczworzyły donacje. Do miasteczka Pete’a dotarło dwa tysiące kurcząt, czyli po jednym dla każdego ucznia plus trzy dodatkowe na głowę, które wyuczył, by robiły sztuczki w domach starszych ludzi.

Po liceum zamierzał wstąpić do wojska, jak jego ojciec, ale lekarze znaleźli mu dziurę w sercu. W dzień ukończenia szkoły spakował zatem swą hańbę do płóciennego worka i ruszył autostopem z Oklahomy do Kolorado.

Oto, czego pragnął Pete: założyć interes, który uszczęśliwi go równie mocno, jak dwa tysiące kurczaków. Oto, czego się bał: że to dziwne wrażenie w sercu, ta coraz bardziej namacalna pustka, w końcu go zabije.

Kolorado leży daleko od większości miejsc. W dowolnych okolicznościach oznaczałoby to długą drogę, jednak wydawała się ona jeszcze dłuższa, ponieważ Pete i Tony, jak wiele osób, które zetknęło ze sobą przeznaczenie, nie mogli się nawzajem znieść.

– Proszę pana – powiedział Pete, opuszczając szybę po kilku godzinach, odkąd przejął kierownicę. – Czy mógłby pan może zrobić sobie z tym przerwę?

Tony palił na fotelu pasażera, a za samochodem podążało przykurzone popołudnie. Pete wypatrywał drogowskazów, by dowiedzieć się, jak daleko muszą jeszcze jechać, ale żadnych nie widział.

– Dzieciaku – odparł Tony. – Czy mógłbyś wyjąć sobie ten kij z tyłka?

– Jeśli sens siedzenia przeze mnie za kółkiem przez tyle czasu polegał na tym, że był pan zbyt upalony, a jednak przez ostatnich dziesięć godzin ciągle muszę kaszleć przez pański dym, to raczej tego sensu nie dostrzegam.

Dla niektórych osób marihuana ma działanie uspokajające. Innych uspokaja, ale przeszkadza im, że ktoś ją stosuje. Jeszcze innym nie przeszkadza, ale wprawia ich w niepokój. A jeszcze innym i przeszkadza, i ich niepokoi. Pete należał do tej ostatniej grupy.

– Zawsze jesteś taki pedantyczny? Może włączysz radio?

Nie było gałki.

– Nie mogę. Brakuje pokrętła.

– I owszem, bo wywaliłem je przez okno w Ohio – odrzekł z satysfakcją Tony. – Nie chciałem słuchać radiowego jęczenia i nie chcę też słuchać twojego jęczenia. Może skieruj ten swój wzrok zgubionego szczeniaka przez okno i jakiś czas poprzyglądaj się krainie Boga.

Była to ambiwalentna porada. Gdyby Pete dysponował czymś, co odwracałoby jego uwagę od zmieniającej się panoramy, być może nie czułby się nią tak przytłoczony. Co więcej, gdy Tony przestał palić i odpłynął w objęcia snu, Pete został sam na sam z wielkim przestworem. Z biegiem dnia krajobraz rozpościerający się wzdłuż samochodu zmieniał się z równin poprzez wzgórza po góry i jeszcze większe góry, po czym nagle przekształcił się w pustynię.

Pustynia w tej części Kolorado to nie przelewki. Nie barwne skały i eleganckie kolumny kaktusów, które można znaleźć dalej na południowy zachód, ani nie tajemnicze, porośnięte sosnami góry oraz doliny reszty stanu, lecz karłowate krzaczki, żółty pył i niebieskawe, strome zbocza w oddali, które nie chcą mieć z tobą nic wspólnego.

Pete się w tym wszystkim głęboko zakochał.

Tej dziwnej, zimnej pustyni nie obchodziło, czy ktoś będzie na niej żył, czy zginie, ale i tak jej współczuł. Nie wiedział wcześniej, że jakieś miejsce może wydawać się tak surowe i odsłonięte. Jego słabe serce wyczuwało niebezpieczeństwo, lecz nie mogło się oprzeć.

Zakochał się tak bardzo, że pustynia to zauważyła. Przywykła do niezobowiązujących romansów z przejeżdżającymi nią nieznajomymi, więc postanowiła bezlitośnie sprawdzić głębię jego uczucia, zsyłając burzę piaskową. Drobne kamyczki zasypały pojazd, przeciskając się przez krawędzie szyb i zbierając w kątach deski rozdzielczej. Pete musiał się zatrzymać, by usunąć z maskownicy biegacze stepowe i gałęzie oraz wysypać piach z butów, lecz jego miłość na tym nie ucierpiała. Nieprzekonana pustynia uznała, że zaleje Pete’a i Tony’ego pełną mocą słońca. Temperatura w samochodzie zbliżyła się do czterdziestu stopni. Deska rozdzielcza trzeszczała z gorąca, a kierownica w dłoniach Pete’a wydawała się niczym zrobiona z roztopionego żelaza. Choć jednak pot lał mu się za kołnierz i wyschło mu w ustach, wciąż był zauroczony. Gdy popołudnie zaczęło chylić się ku końcowi, znużona pustynia wyczarowała tę odrobinę deszczu, do której było zdolne niebo nad mercurym. Przeszedł on w powódź błyskawiczną, która zaciągnęła drogę rzadkim błotem, po czym nagle, w gasnącym świetle wieczoru, temperatura spadła poniżej zera. Błoto zamarzło, roztopiło się, a następnie zmieniło zdanie i znów zamarzło. Przez całe to niezdecydowanie w asfalcie otworzyła się szczelina, w którą wpadł samochód.

Tony obudził się raptownie.

– Co się stało?

– Pogoda – odparł Pete.

– Mam podobne podejście do pogody jak do wiadomości – stwierdził Tony. – Wolę, gdy zdarzają się komuś innemu.

Pete z lekkimi trudnościami otworzył drzwi, ponieważ auto stało pod nietypowym kątem.

– Niech pan kieruje.

Wysiadł, by pchać, a Tony nasunął z powrotem buty, po czym wślizgnął się za kierownicę. Pustynia obserwowała, jak Pete stara się oswobodzić pojazd ze szczeliny, jak napiera barkiem na tylny zderzak. Obracające się koła zasypały mu nogi wilgotną, zimną warstwą złotego pyłu.

– Pchasz w ogóle, dzieciaku? – zawołał Tony.

– Owszem, proszę pana.

– Jesteś pewien, że pchasz, a nie ciągniesz?

– Możemy się zamienić – zaproponował Pete.

– Spora odległość dzieli „możemy” od „powinniśmy” – uznał Tomy. – I nie mam ochoty jej zmniejszać.

W końcu mercury uwolnił się. Pete śledził wzrokiem nie toczący się naprzód pojazd, lecz zróżnicowany i skomplikowany horyzont pustyni. Muskały ją ostatnie promienie słońca i każde źdźbło trawy ociekało miodowym światłem. Pete’a bolały plecy, a na ramionach czuł gęsią skórkę, ale napawał się widokiem i wciągał wielkie hausty pachnącego jałowcem powietrza, wciąż zadurzony.

Pustynia, nieskłonna do sympatii czy sentymentów, mimo wszystko była poruszona i po raz pierwszy od dawna odwzajemniła uczucie.

* * *

Dopiero kilka godzin później, po zapadnięciu nocy, Pete zdobył się na odwagę, by spytać Tony’ego, dokąd zmierza. Wcześniej nie miało to zbytniego znaczenia. Było oczywiste, że przez jakiś czas będą dzielić drogę, ponieważ poznali się w tej części Kansas, w której przestawało się być tylko wtedy, jeśli jechało się dalej na zachód.

– Kolorado – powiedział Tony.

– Jesteśmy w Kolorado.

– W pobliżu Alamosy.

– Jesteśmy w pobliżu Alamosy.

– Bicho Raro.

Pete spojrzał na niego tak intensywnie, że mercury również zboczył.

– Bicho Raro?

– Czy ja się jąkam, dzieciaku?

– Po prostu… ja też tam jadę.

Tony poruszył tylko gęstymi, czarnymi brwiami i wyjrzał przez okno w gęstą, czarną noc.

– I co? – spytał Pete. – Nie sądzi pan, że to zbieg okoliczności?

– Ma być zbiegiem okoliczności, że nie chcesz wyjść i iść przez środek pustyni? Tak, to istny cud, synu.

Ponieważ Pete był szczerą duszą, potrzebował dłuższej chwili, by przetrawić znaczenie słów Tony’ego.

– Niech pan posłucha. W kieszeni koszuli mam list od ciotki. Może pan sam zobaczyć, że zmierzam do Bicho Raro.

Gdy wyciągał kartkę, mercury znów zboczył.

Tony rzucił okiem.

– To pewnie twoja praca domowa z matematyki.

Okazało się, że pot wylany przez kilka godzin wędrówki szosą rozmazał ostatni list, który ciotka Josefa napisała do Pete’a. Dla Tony’ego i tak nie miało to żadnego znaczenia, ale dla Pete’a sugestia, że mijał się z prawdą, że podróżował jako naciągacz, była wysoce nie do zniesienia.

– Jadę tam do letniej pracy. Moja ciotka była tam w odwiedzinach kilka lat temu. Teraz mieszka w Fort Collins, ale wtedy ona… Nie wiem, dlaczego panu o tym mówię, ale znajdowała się w naprawdę kiepskiej sytuacji i podobno pomogli jej tam z niej wyjść. Napisała do mnie, że jest tam ciężarówka, którą mógłbym wziąć, i że pozwolą mi na nią zarobić ciężką pracą.

Tony znów wydmuchnął dym.

– A po cholerę ci ciężarówka?

– Zamierzam założyć firmę przeprowadzkową. – Gdy Pete wypowiedział to na głos, w wyobraźni dostrzegł logo z napisem „Przeprowadzki Wyatta” z sympatycznym, niebieskim wołem napierającym na chomąto.

– Wy, młodzi, miewacie ostatnio zabawne pomysły.

– To świetny pomysł.

– Firma przeprowadzkowa to twoja koncepcja na życie?

– To świetny pomysł – powtórzył Pete. Ścisnął mocniej kierownicę i kilka minut prowadził w milczeniu. Droga była prosta jak drut, niebo czarne jak sen, a jedyne charakterystyczne punkty stanowił wciąż się powtarzający, identyczny słupek, do którego przybito drut kolczasty. Pete nie widział pustyni, lecz wiedział, że ona wciąż tam jest. Dość dobitnie czuł dziurę w swoim sercu. – Czyli pan też jedzie do Bicho Raro?

Oto, jak wyglądała prawda. Każdego ranka, zanim zebrał się w sobie, by udać się do stacji WZIZ na kolejną zabawną! rześką! przyjazną! audycję, Tony jechał przez Filadelfię na uczelnię Juniata i kręcił się tam w pobliżu parku, gdzie mógł przebywać w otoczeniu ludzi, którzy z pewnością nie mieli pojęcia, kim był. Wiele osób uważałoby takie odczucie za nieprzyjemne, ale dla Tony’ego, który żył jak pod mikroskopem, stanowiło to ulgę. Przez kilka minut był Tonym DiRisio, nie Tonym Triumphem.

Pewnego poranka, kilka tygodni wcześniej, w jego szybę zapukała kobieta. Na zewnątrz padało, a ona przykryła włosy torbą na zakupy, by nie zniszczyć sobie loków. Miała około pięćdziesiątki i należała do tego typu dam, które Tony zwykle zapraszał do swego programu, ale okazało się, że nie była wcale podekscytowaną gospodynią domową. Opowiedziała mu, że jej rodzina przedyskutowała problem i wspólnie uznali, iż Tony powinien odnaleźć rodzinę Soria. Tony widział, że jej bliscy stali kilka metrów za nią; wysłali ją jako głowę domu, by przedstawiła sprawę. Podobno wiedzieli, kim był, jak mówiła, i nie podobało im się, że widzą go w takim stanie. Soria nie przebywali już w Meksyku, więc nie musiał się nawet martwić przekraczaniem granicy. Musiał jedynie wsiąść do samochodu, wyruszyć na zachód i nasłuchiwać w sercu odgłosu cudu. Soria zapewnią mu zmianę, której potrzebował.

Tony odpowiedział kobiecie, że czuje się dobrze. Ta pokręciła głową, podała mu chusteczkę, poklepała go po policzku, po czym odeszła. Tony miał suche oczy, ale gdy odwrócił chustkę, ujrzał napisane flamastrem słowa „Bicho Raro, Kolorado”.

– Jesteś przesądny, dzieciaku? – Tony spytał teraz Pete’a.

– Jestem chrześcijaninem – odparł skwapliwie Pete.

Tony się roześmiał.

– Znałem kiedyś gościa, który opowiadał różne mrożące krew w żyłach historie o tej dolinie. Mówił, że zawsze pojawiały się tu dziwne światła, może latające spodki. I że nocą kręcą się tu ludzie-ćmy, skinwalkerzy4 oraz rozmaite inne stworzenia. Pterodaktyle.

– Ciężarówki.

– Za grosz w tobie poczucia humoru.

– Nie, tam. – Pete wskazał ręką. – Czy to nie wygląda jak zaparkowana ciężarówka?

Choć Pete tego nie wiedział, pokazywał tę samą ciężarówkę, na którą miał tutaj zapracować, a w której znajdowali się obecnie kuzyni Soria (w jednym z nich miał się zakochać). Zmrużył oczy, by zobaczyć więcej, lecz w tym momencie tylna klapa pojazdu zamknęła się i światło zgasło. W powstałym mroku Pete nie był już pewien, czy cokolwiek widział.

– Jaszczuroludzie – stwierdził Tony. – Zapewne.

Jednak on również coś dostrzegł. Nie poza sobą, lecz raczej w sobie. Coś go dziwnie szarpnęło. Przypomniał sobie, co mówiła tamta kobieta o nasłuchiwaniu cudów. Tyle że w tym momencie niekoniecznie nasłuchiwał. Nic nie usłyszał. Nie wyłapał odgłosu czy piosenki. Jego uszy nic nie zrobiły. W grę wchodziła jego tajemnicza część, której przed tą nocą nigdy nie używał i już nigdy miał nie użyć.

– Chyba jesteśmy prawie na miejscu – rzekł.

3

Bicho Raro było miejscem dziwnych cudów.

Gdy mercury wjechał na ogrodzony teren i zatrzymał się, zakołysawszy lekko, na jego zderzaku rozkwitł i umarł pył. Kombi w kolorze przegotowanego żółtka stało pośród dziwnej zbieraniny stłoczonych blisko siebie chat, namiotów, stodół i domów, martwych samochodów tkwiących w drucie kolczastym oraz rdzewiejących sprzętów gospodarstwa domowego zapadających się w brzegi niezbyt imponującego zbiornika wodnego. Większość tego wszystkiego rozmywała się w mroku. Przy jednym z domów na werandzie świeciła samotna lampa, wokół której przemykały i trzepotały cienie wyglądające jak ćmy lub ptaki. Nie były ćmami ani ptakami.

Przed pojawieniem się rodziny Soria trudno było mówić o czymś konkretnym w Bicho Raro. Stanowiło ono wówczas odległy zakątek wielkiego rancza bydła – nie brakowało w nim pastwisk, choć raczej zbywało na pogłowiu. Tak było, zanim Soria opuścili Meksyk, przed rewolucją5, gdy jeszcze mówiło się na nich Los Santos de Abejones. W tamtych czasach setki pątników przybywały do nich po błogosławieństwa oraz uleczenie i obozowały w promieniu paru kilometrów od maleńkiego Abejones, aż do podnóży gór. Kupcy sprzedawali oczekującym przy drodze święte obrazki modlitewne i amulety. Legendy wykradały się z miasteczka, niesione na końskich grzbietach, schowane w sakwach ludzi i zapisane w balladach granych późną nocą w barach. Mówiły o niezwykłych przemianach i straszliwych czynach, przy czym zwykle nie miało znaczenia, czy opowieści są dobre, czy też złe. Jeśli tylko okazywały się ciekawe, przyciągały tłum. Roznamiętnieni ludzie chrzcili dzieci na cześć Los Santos i wychowywali całe armie w ich imię. Ówczesnemu rządowi meksykańskiemu niezbyt się to podobało, Soria usłyszeli więc, że albo mają przestać czynić cuda, albo też zacząć się modlić, by jeden z nich przyniósł im ocalenie. Soria zwrócili się do Kościoła o wsparcie, ale ówczesnemu Kościołowi katolickiemu niezbyt się podobały mroczne cuda, zatem z tej strony Soria również usłyszeli, że albo mają przestać czynić cuda, albo też zacząć się modlić, by jeden z nich przyniósł im ocalenie.

Jednak Soria urodzili się po to, aby być Świętymi.

Wymaszerowali z Meksyku pod osłoną nocy i szli, dopóki nie znaleźli innego otoczonego górami miejsca, na tyle spokojnego, by mogły w nim rozbrzmieć cuda.

Tak wyglądała historia Bicho Raro.

– No to jesteśmy, dzieciaku – powiedział Tony, po czym wysiadł z mercury’ego, odzyskawszy część zwyczajowego fasonu. Dotarcie do końca liczącej ponad trzy tysiące kilometrów podróży może przywrócić pewność siebie, nawet jeśli nowy początek wydaje się niepewny.

Pete pozostał za kierownicą i za spuszczoną szybą. Zachowywał powściągliwość z dwóch powodów. Po pierwsze, doświadczenia z Oklahomy powiedziały mu, że w podobnych miejscach zwykle nie brakuje biegających swobodnie psów, i choć nie bał się ich jakoś szczególnie, w dzieciństwie został ugryziony i od tego czasu wolał unikać sytuacji, gdzie duże ssaki pędziły prosto na niego. Po drugie, widział już, że wbrew jego oczekiwaniom Bicho Raro nie było typowym miasteczkiem. Nie znajdzie tu motelu, w którym mógłby spędzić noc, ani łatwo dostępnego telefonu, by skontaktować się z ciotką.

– Kiedyś będziesz musiał wysiąść – oznajmił mu Tony. – Wydawało mi się, że właśnie tutaj jedziesz. „Obaj udajemy się w to samo miejsce”, mówiłeś! „Proszę mi wierzyć, ciotka kazała mi iść, dopóki nie natknę się na mercury’ego”, mówiłeś! „Nazywa mnie pan kłamczuchem”? To właśnie tutaj.

I wtedy wyskoczyły psy.

Czasami, gdy na farmach wybiegają psy, zaraz za nimi pojawiają się ludzie z uspokajającymi komentarzami, że zwierzaki więcej szczekają, niż gryzą, i że może wyglądają groźnie, ale w sercach są jak kociaki. „Nie skrzywdziłyby nawet muchy. Są jak członkowie rodziny”. Gości zapewnia się, że psy są trzymane głównie po to, by ostrzegały o niebezpieczeństwie i odstraszały dużych drapieżców.

O zwierzętach z Bicho Raro nikt by tak nie powiedział. Było ich sześć i choć pochodziły z tego samego miotu, różniły się maścią, rozmiarami oraz sylwetkami, łączyła je zaś brzydota. Pierwotnie gromada liczyła w łonie dwanaście sztuk, lecz ta szóstka miała tak paskudny temperament, że pożarła resztę. Psy te miały tak paskudny temperament, że zaraz po ich urodzeniu matka nie mogła już z nimi wytrzymać i porzuciła je pod platformą karnawałową w Farmington. Obdarzony miękkim sercem kierowca długodystansowej ciężarówki zgarnął bestie stamtąd do pudła, by je odchować. Miały tak paskudny temperament, że wpadł w alkoholizm, zanim jeszcze zostawił je w rowie pod Pagosa Springs. Sfora kojotów próbowała je skonsumować, ale szczeniaki najpierw nauczyły się chodzić, później biegać i wreszcie rzuciły się na kojoty, ścigając je aż do Bicho Raro.

Właśnie wtedy znalazła je Antonia Soria, matka Beatriz, i zabrała do domu. Wciąż miały paskudny temperament, ale ona również, więc pokochali się nawzajem.

Tony wytrzymał na ziemi przez pełną napięcia minutę. Pete podniósł szybę. Sześć psów Antonii Sorii warczało i krążyło, jeżąc sierść i obnażając zęby. Jeszcze nie zabiły człowieka, ale owo „jeszcze” było wyraźnie widoczne na ich pyskach.

Oto, w jaki sposób Tony znalazł się na dachu mercury’ego, gdy zaczęły się zapalać lampy Bicho Raro. Teraz, gdy zrobiło się jaśniej, stało się oczywiste, że wszędzie były sowy. Puchacze i kaktusówki, uszatki zwyczajne i błotne. Płomykówki o twarzy Białej Damy i syczonie o zmierzwionych, pochmurnych obliczach. Ciemnookie puszczyki kreskowane i puszczyki plamiste. Uszatki ciemne o oczach, które nocą w świetle robiły się czerwone. Te ostatnie akurat nie wywodziły się z Kolorado, lecz, podobnie jak rodzina Soria, przybyły do Bicho Raro z Oaxaca i postanowiły zostać.

Psy próbowały wskoczyć na maskę, by dopaść Tony’ego. Pete włączył spryskiwacz, by je odstraszyć.

– Jesteś prawdziwym bohaterem – parsknął Tony. Jeden z psów jadł właśnie jego lewy but.

– Mógłbym po prostu stąd wyjechać – zaproponował Pete. – Gdyby się pan przytrzymał.

– Chłopcze, nawet nie myśl o przekręcaniu kluczyka.

– Jest pan pewien, że to tu? – zapytał Pete.