Przejście - Justin Cronin - ebook
Opis

W tajnej bazie armii amerykańskiej w Kolorado trwają badania nad rzadkim wirusem z boliwijskiej dżungli wydłużającym życie i zwiększającym siłę fizyczną. Ubocznym skutkiem jego działania jest przemiana ludzi w wampiry, wobec których wojsko ma własne plany: nowy gatunek wydaje się doskonałą bronią biologiczną. Agent FBI Brad Wolgast otrzymuje zadanie: dostarczyć dwunastu czekających na egzekucję skazańców do eksperymentu wszczepienia wirusa.

W ostatniej fazie „Projektu Noe” wirus ma zostać podany małemu dziecku. Wolfgast zawozi do Kolorado porzuconą przez matkę sześcioletnią Amy Harper Bellafonte. W agencie budzą się wyrzuty sumienia; pomiędzy nim a dziewczynką tworzy się silna więź. Niespodziewanie zarażeni wirusem, zwani wirolami, wydostają się na wolność, zaś kraj ogarnia epidemia. Z bazy uciekają też Amy i Wolfgast. Wirole atakują i mordują wszystkich wokół siebie, w końcu opanowują całe Stany Zjednoczone. Kalifornia i Teksas ogłaszają secesję, a po użyciu broni nuklearnej państwo przestaje istnieć. Niedobitki ludzi kryją się przed wampirami w izolowanych koloniach za wysokimi murami, chronieni snopami reflektorów.

92 lata później.

U bram jednej z kolonii położonych na terenie Republiki Kalifornijskiej pojawia się tajemnicza kilkunastoletnia dziewczyna – Amy. Wspólnocie kończą się zasoby energetyczne, czeka ją zagłada. Niewielka grupka ludzi wyrusza w niebezpieczną podróż do Kolorado, gdzie prowadzono kiedyś eksperymenty biologiczne, mając nadzieję na ocalenie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1254

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wydanie elektroniczne

O książ­ce

Po­sta­po­ka­lip­tycz­ny thril­ler na­pi­sa­ny w kli­ma­cie słyn­ne­go Ba­stio­nu Ste­phe­na Kin­ga. Pierw­sza część be­st­sel­le­ro­wej try­lo­gii.

W taj­nej ba­zie ar­mii ame­ry­kań­skiej w Ko­lo­ra­do trwa­ją ba­da­nia nad rzad­kim wi­ru­sem z bo­li­wij­skiej dżun­gli wy­dłu­ża­ją­cym ży­cie i zwięk­sza­ją­cym siłę fi­zycz­ną. Ubocz­nym skut­kiem jego dzia­ła­nia jest prze­mia­na lu­dzi w wam­pi­ry, wo­bec któ­rych woj­sko ma wła­sne pla­ny: nowy ga­tu­nek wy­da­je się do­sko­na­łą bro­nią bio­lo­gicz­ną. Agent FBI Brad Wol­gast otrzy­mu­je za­da­nie: do­star­czyć dwu­na­stu cze­ka­ją­cych na eg­ze­ku­cję ska­zań­ców do eks­pe­ry­men­tu wsz­cze­pie­nia wi­ru­sa. W ostat­niej fa­zie „Pro­jek­tu Noe” wi­rus ma zo­stać po­da­ny ma­łe­mu dziec­ku. Wol­gast za­wo­zi do Ko­lo­ra­do po­rzu­co­ną przez mat­kę sze­ścio­let­nią Amy Har­per Bel­la­fon­te. W agen­cie bu­dzą się wy­rzu­ty su­mie­nia. Po­mię­dzy nim a dziew­czyn­ką two­rzy się sil­na więź; męż­czy­zna za­stę­pu­je jej ojca. Nie­spo­dzie­wa­nie za­ra­że­ni wi­ru­sem, wi­ro­le, wy­do­sta­ją się na wol­ność, kraj zaś ogar­nia epi­de­mia. Z bazy ucie­ka tak­że Amy. Wi­ro­le ata­ku­ją i mor­du­ją wszyst­kich bez wy­jąt­ku, w koń­cu opa­no­wu­ją całe Sta­ny Zjed­no­czo­ne. Ka­li­for­nia i Tek­sas ogła­sza­ją se­ce­sję, a po uży­ciu bro­ni nu­kle­ar­nej pań­stwo prze­sta­je ist­nieć. Nie­do­bit­ki lu­dzi kry­ją się przed wam­pi­ra­mi w izo­lo­wa­nych ko­lo­niach za wy­so­ki­mi mu­ra­mi, chro­nie­ni świa­tłem re­flek­to­rów.

92 lata póź­niej. U bram jed­nej z ko­lo­nii po­ło­żo­nych na te­re­nie Re­pu­bli­ki Ka­li­for­nij­skiej po­ja­wia się ta­jem­ni­cza kil­ku­na­sto­let­nia dziew­czy­na – Amy. Wspól­no­cie koń­czą się za­so­by ener­ge­tycz­ne, cze­ka ją za­gła­da. Nie­wiel­ka gru­pa lu­dzi pod wo­dzą Pe­te­ra Ja­xo­na i jego przy­ja­ciół­ki Ali­cii Do­na­dio wy­ru­sza w nie­bez­piecz­ną po­dróż do Ko­lo­ra­do, gdzie pro­wa­dzo­no kie­dyś eks­pe­ry­men­ty bio­lo­gicz­ne, ma­jąc na­dzie­ję na oca­le­nie.

JU­STIN CRO­NIN

Pi­sarz ame­ry­kań­ski, ab­sol­went Uni­wer­sy­te­tu Ha­rvar­da i Iowa Wri­ters Work­shop. Zdo­byw­ca pre­sti­żo­wych na­gród li­te­rac­kich Pen/He­min­gway Award, Ste­phen Cra­ne Pri­ze i Whi­ting Wri­ter’s Award. Jest au­to­rem po­wie­ści Mary and O’Neil, The Sum­mer Gu­est oraz try­lo­gii Przej­ście, obej­mu­ją­ce] Przej­ście, Dwu­na­stu i The City of Mir­rors (pu­bli­ka­cję trze­ciej czę­ści za­po­wie­dzia­no na je­sień 2014). Ad­ap­ta­cję fil­mo­wą try­lo­gii przy­go­to­wu­je fir­ma pro­du­cenc­ka Ri­dleya Scot­ta.

www.ju­stin­cro­non.com

Z re­cen­zji pra­so­wych o try­lo­gii Cro­ni­na

Naj­lep­sza po­wieść tego lata.

USA To­day

Mrocz­na stro­na ZMIERZ­CHU – tyl­ko dla do­ro­słych.

Te­le­graph

Try­lo­gia PRZEJ­ŚCIE

PRZEJ­ŚCIE

DWU­NA­STU

MIA­STO LU­STER

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

THE PAS­SA­GE 1: THE PAS­SA­GE

Co­py­ri­ght © Ju­stin Cro­nin 2010

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2011

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Zbi­gniew Ko­ściuk 2011

Re­dak­cja: Be­ata Sła­ma Ilu­stra­cja na okład­ce: Ala­my/BE & W 

Pro­jekt ilu­stra­cji okład­ko­wej: Orion Bo­oks

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki pol­skiej: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7985-041-9

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Moim dzie­ciom, żeby nie mia­ły złych snów

Gdy wi­dzę, jak tu czas po­tę­gą bez­li­to­sną Po­mni­ki dum­nych lat ob­ra­ca w gru­zy zglisz­czy,

Jak na ru­inach wież mil­czą­ce tra­wy ro­sną,

Jak wiecz­no­tr­wa­ły spiż za­cie­kłość ludz­ka nisz­czy;

Gdy wi­dzę, jak na koszt piasz­czy­stych swych wy­brze­ży

Oce­an głod­ny wciąż roz­ra­sta się, a za to

Z wód, po­ko­na­nych znów, ląd się wy­ła­nia świe­ży,

Jak stra­tę zmie­nia w zysk, a zysk się sta­je stra­tą;

Gdy wi­dzę zmien­ne to wiel­ko­ści fa­lo­wa­nie

Albo wiel­ko­ści treść, że w niej czerw za­wsze go­ści,

Ru­iny uczą mnie my­śleć, że czas na­sta­nie,

Zło­wro­gi czas, co mej po­zba­wi mnie mi­ło­ści…

Ta myśl jest mi jak śmierć, po­wstrzy­mać łez nie­zdol­na,

Że swój naj­droż­szy skarb z dnia na dzień tra­cę z wol­na.

WIL­LIAM SZEK­SPIR,

So­net 641

IKOSZMARNY SEN

5-1 przed wy­bu­chem epi­de­mii

Dro­ga do śmier­ci jest dłu­gim mar­szem peł­nym wszel­kie­go zła, a ser­ce słab­nie przy każ­dym no­wym stra­chu, ko­ści od­ma­wia­ją po­słu­szeń­stwa przy każ­dym kro­ku, umysł też sta­wia za­cie­kły opór, i po co? Za­po­ry pa­da­ją jed­na po dru­giej i żad­ne za­sła­nia­nie oczu nie przy­sło­ni kra­jo­bra­zu klę­ski ani wi­do­ku po­peł­nio­nych zbrod­ni2.

KA­THE­RI­NE ANNE POR­TER

Bia­ły koń, bia­ły jeź­dziec

1

Za­nim sta­ła się Dziew­czy­ną Zni­kąd – Tą, Któ­ra Przy­cho­dzi, Pierw­szą, Ostat­nią i Je­dy­ną, ży­ją­cą od ty­się­cy lat, była ma­łym dziec­kiem z Iowa. Na­zy­wa­ła się Amy. Amy Har­per Bel­la­fon­te.

Kie­dy się uro­dzi­ła, jej mat­ka Je­anet­te mia­ła dzie­więt­na­ście lat. Je­anet­te na­zwa­ła có­recz­kę Amy po swo­jej mat­ce, któ­ra zmar­ła, gdy Je­anet­te była mała. Dru­gie imię, Har­per, otrzy­ma­ła na cześć Har­per Lee – au­tor­ki Za­bić droz­da, ulu­bio­nej książ­ki Je­anet­te. Praw­dę mó­wiąc, to je­dy­na książ­ka, któ­rą prze­czy­ta­ła do koń­ca w ogól­nia­ku. Mo­gła na­zwać dziec­ko Sco­ut, od dziew­czyn­ki, któ­ra była jej bo­ha­ter­ką, bo chcia­ła, aby jej có­recz­ka sta­ła się taka jak ona. Je­anet­te nig­dy się to nie uda­ło. Sco­ut to jed­nak imię do­bre dla chłop­ca, a nie chcia­ła, by cór­ka mu­sia­ła przez całe ży­cie tłu­ma­czyć, dla­cze­go je nosi.

Pew­ne­go dnia oj­ciec Amy wszedł do re­stau­ra­cji, w któ­rej Je­anet­te pra­co­wa­ła od szes­na­ste­go roku ży­cia jako kel­ner­ka – do ja­dło­daj­ni na­zy­wa­nej przez klien­tów Pu­deł­kiem, bo wy­glą­da­ła jak ogrom­ne chro­mo­wa­ne pu­dło na buty sto­ją­ce przy wiej­skiej dro­dze. Za re­stau­ra­cją roz­cią­ga­ły się pola ku­ku­ry­dzy i fa­so­li. W pro­mie­niu wie­lu mil nie było ni­cze­go oprócz sa­mo­ob­słu­go­wej myj­ni sa­mo­cho­do­wej, z ro­dza­ju tych, do któ­rych trze­ba wrzu­cić kil­ka mo­net, a ma­szy­na wy­ko­na całą ro­bo­tę. Bill Rey­nolds, bo tak się na­zy­wał, sprze­da­wał kom­baj­ny, żni­wiar­ki i po­dob­ne ma­szy­ny. Umiał za­ga­dać do dziew­czyn. Kie­dy Je­anet­te na­le­wa­ła kawę, po­wie­dział jej, że jest bar­dzo ład­na. Póź­niej czę­sto to po­wta­rzał. Mó­wił, że uwiel­bia jej czar­ne jak wę­giel wło­sy, orze­cho­we oczy i de­li­kat­ne nad­garst­ki. Brzmia­ło to tak, jak­by w to wie­rzył, in­a­czej niż chłop­cy w szko­le, re­cy­tu­ją­cy wy­uczo­ne sło­wa, któ­re rze­ko­mo pra­gnę­ła usły­szeć. Bill Rey­nolds miał duży sa­mo­chód, no­we­go pon­tia­ca z de­ską roz­dziel­czą, któ­ra lśni­ła jak po­jazd ko­smicz­ny, i skó­rza­ny­mi fo­te­la­mi w ko­lo­rze ma­sła. Są­dzi­ła, że mo­gła­by po­ko­chać tego fa­ce­ta szcze­rze i głę­bo­ko, lecz on za­ba­wił w mie­ście tyl­ko kil­ka dni i ru­szył da­lej. Kie­dy po­wie­dzia­ła ojcu, co się sta­ło, chciał go od­na­leźć, zmu­sić, aby speł­nił swój obo­wią­zek. Je­anet­te nie wspo­mnia­ła mu, że Bill Rey­nolds ma żonę. Jego ro­dzi­na miesz­ka­ła w Lin­coln, w Ne­bra­sce, szmat dro­gi stąd. Po­ka­zał jej na­wet zdję­cia swo­ich sy­nów, któ­re no­sił w port­fe­lu – Bob­by’ego i Bil­ly’ego – w stro­jach ba­se­bal­lo­wych. Nie zdra­dzi­ła, kim był męż­czy­zna, któ­ry jej to zro­bił, cho­ciaż oj­ciec py­tał wie­le razy. Nie po­wie­dzia­ła mu na­wet, jak się na­zy­wał.

Praw­dę mó­wiąc, mało ją to ob­cho­dzi­ło. Nie przej­mo­wa­ła się, że jest w cią­ży, któ­ra do sa­me­go koń­ca prze­bie­ga­ła bez pro­ble­mów. Nie po­ru­szył jej na­wet po­ród – był bo­le­sny, lecz krót­ki – ani fakt po­sia­da­nia dziec­ka, ma­leń­kiej Amy. Aby za­ko­mu­ni­ko­wać cór­ce, że jej prze­ba­czył, oj­ciec prze­ro­bił daw­ną sy­pial­nię jej bra­ta na po­kój dla dziec­ka. Przy­niósł na­wet ze stry­chu sta­rą ko­ły­skę, w któ­rej Je­anet­te spa­ła daw­no temu. W ostat­nich mie­sią­cach przed po­ro­dem po­szedł z nią do skle­pu sie­ci Wal­mart, żeby ku­pić rze­czy dla nie­mow­lę­cia – śpiosz­ki, małą pla­sti­ko­wą wa­nien­kę i ru­cho­mą za­baw­kę do po­wie­sze­nia nad ko­ły­ską, bo w ja­kiejś książ­ce prze­czy­tał, że nie­mow­lę­ta po­trze­bu­ją ta­kich rze­czy. Rze­czy, na któ­re będą mo­gły pa­trzeć i któ­re spo­wo­du­ją, że ich mały mózg za­cznie wła­ści­wie funk­cjo­no­wać. Je­anet­te od po­cząt­ku uwa­ża­ła nie­mow­lę za „swo­je”, bo pra­gnę­ła mieć dziew­czyn­kę, choć wie­dzia­ła, że ta­kich rze­czy nie na­le­ży ni­ko­mu mó­wić, na­wet so­bie. Kie­dy po­szła na ba­da­nie USG do szpi­ta­la w Ce­dar Falls i spy­ta­ła ko­bie­tę, pa­nią w bluz­ce w kwia­ty, prze­su­wa­ją­cą po jej brzu­chu małe pla­sti­ko­we urzą­dze­nie, czy po­tra­fi roz­po­znać płeć dziec­ka, ta spoj­rza­ła na mo­ni­tor i od­rze­kła: „Ko­cha­nie, two­je ma­leń­stwo jest nie­śmia­łe. Cza­sem moż­na od­gad­nąć płeć, lecz czę­sto jest to nie­moż­li­we. W tym przy­pad­ku wła­śnie tak jest”. Je­anet­te nie po­zna­ła płci dziec­ka, lecz uzna­ła, że tak po­win­no być. Gdy ra­zem z oj­cem opróż­ni­li po­kój bra­ta i znie­śli na dół jego sta­re pro­por­czy­ki i pla­ka­ty – zdję­cia Jose Can­se­ca, ze­spo­łu Kil­ler Pic­nic i Bud Girls – i zo­ba­czy­li wy­pło­wia­łe, znisz­czo­ne ścia­ny, po­ma­lo­wa­li je far­bą w pusz­ce z na­pi­sem „Ma­rze­nie” na ko­lor, któ­ry był jed­no­cze­śnie ró­żo­wy i błę­kit­ny. Do­bry nie­za­leż­nie od płci dziec­ka. Tata przy­kle­ił pod su­fi­tem ta­śmę z kacz­ka­mi plu­ska­ją­cy­mi się w ka­łu­ży i od­no­wił sta­ry bu­ja­ny fo­tel z klo­nu, któ­ry ku­pił na ja­kiejś wy­prze­da­ży, aby Je­anet­te mo­gła na nim sie­dzieć i trzy­mać nie­mow­lę, kie­dy wró­ci do domu.

Dziec­ko uro­dzi­ło się la­tem. Je­anet­te na­zwa­ła dziew­czyn­kę Amy Har­per Bel­la­fon­te. Po­my­śla­ła, że nie ma sen­su da­wać jej na­zwi­ska Rey­nolds, bo pew­nie nig­dy wię­cej tego fa­ce­ta nie zo­ba­czy. Kie­dy Amy przy­szła na świat, prze­sta­ła tego pra­gnąć. Poza tym trud­no o ład­niej­sze na­zwi­sko niż Bel­la­fon­te, któ­re zna­czy­ło „pięk­na fon­tan­na”. Bo Amy była pięk­na. Je­anet­te kar­mi­ła ją, ko­ły­sa­ła i zmie­nia­ła pie­lusz­ki, a kie­dy dziew­czyn­ka bu­dzi­ła się z pła­czem w środ­ku nocy, bo się zsiu­sia­ła, chcia­ła jeść lub wy­stra­szy­ła się ciem­no­ści, Je­anet­te czła­pa­ła ko­ry­ta­rzem do jej po­ko­ju. Nie­waż­ne, któ­ra była go­dzi­na lub jak bar­dzo była zmę­czo­na po pra­cy w Pu­deł­ku. Bra­ła ją na ręce i mó­wi­ła, że jest przy niej, że nig­dy jej nie opu­ści. „Przy­bie­gnę, gdy za­czniesz pła­kać, taką mamy umo­wę, ty i ja, na wie­ki, moja ma­leń­ka Amy Har­per Bel­la­fon­te”. Trzy­ma­ła ją i ko­ły­sa­ła, aż nad­szedł świt, za oknem za­czę­ły uka­zy­wać się bla­de kształ­ty, a do jej uszu do­le­ciał śpiew pta­ków sie­dzą­cych na ga­łę­ziach drzew ro­sną­cych wo­kół domu.

Kie­dy Amy mia­ła trzy lata, Je­anet­te zo­sta­ła sama. Jej oj­ciec zmarł. Po­wie­dzie­li, że przy­czy­ną zgo­nu był atak ser­ca lub udar. Nie spraw­dza­li ta­kich rze­czy. Co­kol­wiek to było, za­bra­ło go wcze­snym zi­mo­wym ran­kiem, gdy szedł do sa­mo­cho­du, aby po­je­chać do pra­cy w si­lo­sie. Zdą­żył po­sta­wić ku­bek z kawą na błot­ni­ku, a póź­niej prze­wró­cił się i umarł, nie roz­le­wa­jąc ani kro­pli. Jed­nak nadal pra­co­wa­ła w Pu­deł­ku, lecz te­raz nie star­cza­ło jej pie­nię­dzy, a brat, któ­ry słu­żył gdzieś w ma­ry­nar­ce, nie od­po­wia­dał na li­sty. Bra­ci­szek za­wsze po­wta­rzał: „Bóg stwo­rzył Iowa, żeby lu­dzie mo­gli stąd wy­je­chać i nig­dy wię­cej nie wró­cić”. Za­sta­na­wia­ła się, co ro­bić.

Pew­ne­go dnia Bill Rey­nolds znów wstą­pił do re­stau­ra­cji na obiad. Wy­dał jej się ja­kiś inny, lecz zmia­na nie była ko­rzyst­na. W Bil­lu Rey­nold­sie, któ­re­go za­pa­mię­ta­ła – a mu­sia­ła przy­znać, że cza­sa­mi o nim my­śla­ła, naj­czę­ściej o ta­kich dro­bia­zgach, jak ja­sne wło­sy, któ­re opa­da­ły mu na czo­ło, gdy mó­wił, lub o tym, jak dmu­chał na kawę, za­nim upił pierw­szy łyk – było coś przy­jem­ne­go, ja­kieś we­wnętrz­ne cie­pło, do któ­re­go czło­wiek pra­gnął się zbli­żyć. Przy­po­mi­na­ło jej to małe pla­sti­ko­we pa­łecz­ki błysz­czą­ce po wło­że­niu do szklan­ki z pły­nem. Te­raz fa­cet był ten sam, lecz daw­ny blask znikł. Rey­nolds po­sta­rzał się i ze­szczu­plał. Za­uwa­ży­ła, że się nie ogo­lił ani nie ucze­sał. Prze­tłusz­czo­ne wło­sy ster­cza­ły na wszyst­kie stro­ny. Nie miał na so­bie od­pra­so­wa­nej ko­szul­ki polo, jak kie­dyś, lecz zwy­kłą ro­bo­czą blu­zę, jaką no­sił jej oj­ciec. Była wy­gnie­cio­na i mia­ła pla­my pod pa­cha­mi. Wy­glą­dał tak, jak­by prze­spał noc na dwo­rze lub w sa­mo­cho­dzie. W drzwiach rzu­cił jej po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie, więc po­szła za nim do bok­su z tyłu sali.

– Co tu ro­bisz?

– Rzu­ci­łem ją – oznaj­mił. Kie­dy na nią pa­trzył, po­czu­ła za­pach piwa, potu i brud­ne­go ubra­nia. – Zro­bi­łem to, Je­anet­te. Zo­sta­wi­łem żonę. Je­stem wol­ny.

– Przy­je­cha­łeś z tak da­le­ka, żeby mi to po­wie­dzieć?

– My­śla­łem o to­bie. – Od­chrząk­nął. – Dużo my­śla­łem… o nas.

– O nas? Nie ma żad­nych „nas”. My­ślisz, że mo­żesz zja­wić się ot, tak so­bie, i mó­wić, że o nas my­śla­łeś?

Wy­pro­sto­wał się.

– Wła­śnie to ro­bię. Te­raz.

– Nie wi­dzisz, że pra­cu­ję? Nie mogę z tobą roz­ma­wiać. Mu­sisz coś za­mó­wić.

– W po­rząd­ku – mruk­nął, pa­trząc jej w oczy i nie za­glą­da­jąc do menu. – Po­pro­szę che­ese­bur­ge­ra. Che­ese­bur­ge­ra i colę.

No­tu­jąc za­mó­wie­nie, Je­anet­te za­uwa­ży­ła, że sło­wa za­czy­na­ją się za­ma­zy­wać. Pła­ka­ła. Czu­ła się tak, jak­by nie spa­ła od mie­sią­ca, od roku. Była tak wy­czer­pa­na, że trzy­ma­ła się tyl­ko siłą woli. Chcia­ła coś zro­bić ze swo­im ży­ciem – ściąć wło­sy, skoń­czyć szko­łę, otwo­rzyć mały skle­pik, prze­nieść się do praw­dzi­we­go mia­sta, ta­kie­go jak Chi­ca­go lub Des Mo­ines, wy­na­jąć miesz­ka­nie, mieć przy­ja­ciół. Czę­sto wy­obra­ża­ła so­bie, że sie­dzi w re­stau­ra­cji, a wła­ści­wie w przy­tul­nej ka­wia­ren­ce. Jest je­sień, na dwo­rze zim­no. Sie­dzi sama przy ma­łym sto­li­ku przy oknie i czy­ta książ­kę. Na sto­li­ku stoi ku­bek z go­rą­cą her­ba­tą. Pod­no­si gło­wę i wy­glą­da przez okno, ob­ser­wu­jąc lu­dzi na uli­cy. Pę­dzą gdzieś w gru­bych płasz­czach i czap­kach. Wi­dzi też wła­sną twarz od­bi­tą w szy­bie, za­wie­szo­ną nad prze­chod­nia­mi. Gdy sta­ła nad Rey­nold­sem, wy­da­wa­ło jej się, że te ma­rze­nia na­le­żą do zu­peł­nie in­nej oso­by. Amy czę­sto była prze­zię­bio­na i skar­ży­ła się na bóle brzu­cha, bo całe dnie spę­dza­ła w mar­nym przed­szko­lu, pod­czas gdy ona pra­co­wa­ła w Pu­deł­ku. Oj­ciec umarł tak na­gle, że mia­ła wra­że­nie, iż znik­nął w ja­kiejś za­pad­ni, a Bill Rey­nolds sie­dział przy sto­li­ku, jak­by na chwi­lę od­szedł, choć nie wi­dzia­ła go od czte­rech lat.

– Dla­cze­go mi to ro­bisz?

Pa­trzył na nią dłu­go, do­ty­ka­jąc jej dło­ni.

– Spo­tkaj­my się póź­niej. Pro­szę.

Skoń­czy­ło się na tym, że za­miesz­kał z nią i Amy. Nie wie­dzia­ła, czy go za­pro­si­ła, czy po pro­stu tak się sta­ło. Tak czy owak, na­tych­miast tego po­ża­ło­wa­ła. Kim on wła­ści­wie był, ten Bill Rey­nolds? Zo­sta­wił w Ne­bra­sce żonę i chłop­ców w stro­jach ba­se­bal­lo­wych, Bob­by’ego i Bil­ly’ego. Pon­tiac znikł, fa­cet nie miał żad­nej pra­cy. Tłu­ma­czył jej, że wszyst­kie­mu win­na jest zła sy­tu­acja go­spo­dar­cza. Lu­dzie prze­sta­li ku­po­wać te cho­ler­ne ma­szy­ny. Mó­wił jej, że ma plan, lecz je­dy­ny plan, któ­ry po­zna­ła, po­le­gał na tym, że on sie­dział w domu i nie opie­ko­wał się Amy, na­wet nie zmy­wał na­czyń po śnia­da­niu, a ona ca­ły­mi dnia­mi ha­ro­wa­ła w Pu­deł­ku. Po trzech mie­sią­cach ude­rzył ją pierw­szy raz. Był pi­ja­ny. Póź­niej za­czął pła­kać. Cią­gle po­wta­rzał, że bar­dzo tego ża­łu­je. Klę­czał przed nią, szlo­cha­jąc, jak­by to ona coś mu zro­bi­ła. Musi go zro­zu­mieć, mó­wił. Musi zro­zu­mieć, że jest mu trud­no, że ostat­nie zmia­ny były dla nie­go cięż­kie. Że cze­goś ta­kie­go nie wy­trzy­mał­by ża­den czło­wiek. Ko­cha ją i jest mu przy­kro. To się wię­cej nie po­wtó­rzy. Nig­dy. Przy­siągł, ale nie jej czy Amy. W koń­cu sama za­czę­ła po­wta­rzać, że jest jej przy­kro.

Póź­niej stłukł ją z po­wo­du for­sy. Na­de­szła zima, a ona nie mia­ła wy­star­cza­ją­co dużo pie­nię­dzy na kon­cie, by za­pła­cić in­ka­sen­to­wi za olej opa­ło­wy. Wte­dy znów ją ude­rzył.

– Niech cię szlag, ko­bie­to! Nie wi­dzisz, w ja­kiej je­stem sy­tu­acji?

Le­ża­ła na pod­ło­dze w kuch­ni, trzy­ma­jąc się za gło­wę. Ude­rze­nie było tak sil­ne, że zwa­li­ło ją z nóg. To za­baw­ne, lecz do­pie­ro wte­dy zo­ba­czy­ła, jaka ta pod­ło­ga jest brud­na, usma­ro­wa­na i po­pla­mio­na, z grud­ka­mi ku­rzu i li­cho wie cze­go pod szaf­ka­mi, gdzie zwy­kle się nie za­glą­da. Pa­trzy­ła na brud­ną pod­ło­gę, my­śląc, że po­mie­sza­ło jej się w gło­wie. Bill cię ude­rzył, Je­anet­te, coś ci się sta­ło w gło­wę, dla­te­go się mar­twisz, że jest brud­no. Ze świa­tem, któ­ry ją ota­czał, sta­ło się coś za­baw­ne­go. Amy oglą­da­ła te­le­wi­zję na gó­rze, lecz Je­anet­te mia­ła wra­że­nie, że dźwię­ki roz­le­ga­ją się w jej gło­wie. Sły­sza­ła Bar­neya, fio­le­to­we­go di­no­zau­ra, śpie­wa­ją­ce­go coś o my­ciu zę­bów. Z od­da­li do­le­ciał war­kot od­jeż­dża­ją­cej cy­ster­ny z ole­jem. Sil­nik za­zgrzy­tał, gdy skrę­ci­ła z pod­jaz­du na wiej­ską dro­gę.

– To nie twój dom – po­wie­dzia­ła.

– Ra­cja – od­rzekł Bill, wyj­mu­jąc bu­tel­kę old crow z szaf­ki nad zle­wem i na­le­wa­jąc whi­sky do sło­ika po dże­mie, choć była do­pie­ro dzie­sią­ta rano. Usiadł przy sto­le, lecz nie za­ło­żył nogi na nogę, jak to zwy­kle ro­bił. – Olej opa­ło­wy też nie jest mój.

Je­anet­te prze­krę­ci­ła się na bok. Pró­bo­wa­ła wstać, lecz nie mo­gła. Pa­trzy­ła przez mi­nu­tę, jak Bil­ly pije.

– Wy­noś się!

Ro­ze­śmiał się, krę­cąc gło­wą i upi­ja­jąc ko­lej­ny łyk.

– To śmiesz­ne – prych­nął. – Ka­żesz mi się wy­no­sić, le­żąc na pod­ło­dze.

– Wiem, co po­wie­dzia­łam. Wy­no­cha!

Do po­ko­ju we­szła Amy. Trzy­ma­ła w rę­kach plu­szo­we­go kró­licz­ka, z któ­rym nig­dy się nie roz­sta­wa­ła. Mia­ła na so­bie śpiosz­ki. Do­bre śpiosz­ki, któ­re Je­anet­te ku­pi­ła jej w skle­pie sie­ci Osh­Kosh B’Gosh, z tru­skaw­ka­mi wy­szy­ty­mi na karcz­ku. Je­den z pa­sków się roz­piął i zwi­sał na wy­so­ko­ści ta­lii. Amy mu­sia­ła go od­piąć, pew­nie chcia­ła iść do ubi­ka­cji.

– Dla­cze­go le­żysz na pod­ło­dze, mamo?

– Nic się nie sta­ło, ko­cha­nie. – Je­anet­te pod­nio­sła się, aby jej po­ka­zać. W le­wym uchu tro­chę jej szu­mia­ło, jak w kre­sków­ce, a w gło­wie wi­ro­wa­ło. Za­uwa­ży­ła kro­plę krwi na ręku. Nie wie­dzia­ła, skąd się wzię­ła. Pod­nio­sła Amy, pró­bu­jąc się uśmiech­nąć. – Mama się prze­wró­ci­ła. Chcesz iść do ubi­ka­cji, ko­cha­nie? Usiąść na noc­ni­ku?

– Spójrz na sie­bie – wark­nął Bill. – Spoj­rzysz wresz­cie na sie­bie?! – Po­krę­cił gło­wą i upił ko­lej­ny łyk whi­sky. – Głu­pia cipo, pew­nie mała na­wet nie jest moja.

– Ska­le­czy­łaś się, ma­mu­siu. – Amy wska­za­ła rącz­ką. – Ska­le­czy­łaś się w nos.

Z po­wo­du słów, któ­re usły­sza­ła, lub wi­do­ku krwi, dziew­czyn­ka za­czę­ła pła­kać.

– Wi­dzisz, co zro­bi­łaś? – rzu­cił Bill, aby po chwi­li po­wie­dzieć do Amy: – Chodź do mnie. To nic wiel­kie­go. Cza­sa­mi lu­dzie się kłó­cą. Tak to już jest.

– Po­wie­dzia­łam: wy­noś się!

– Co beze mnie zro­bisz? Nie po­tra­fisz na­wet na­peł­nić zbior­ni­ka na olej.

– My­ślisz, że nie po­tra­fię? Na Boga, za­pew­niam cię, że nie mu­sisz mi tego tłu­ma­czyć!

Amy za­czę­ła za­wo­dzić. Je­anet­te wzię­ła ją na ręce i po­czu­ła cie­pło na brzu­chu. Dziew­czyn­ka się zsi­ka­ła.

– Na li­tość bo­ską! Ucisz tego ba­cho­ra!

Przy­tu­li­ła Amy do pier­si.

– Masz ra­cję. Nie jest two­ja. Nie jest i nig­dy nie bę­dzie. Za­bie­raj się stąd, bo we­zwę sze­ry­fa. Przy­się­gam.

– Nie mów tak do mnie, Jean. Nie żar­tu­ję.

– Wła­śnie to zro­bi­łam. Przed chwi­lą po­wie­dzia­łem.

Wstał i wy­szedł, trza­ska­jąc drzwia­mi. Za­czął zbie­rać swo­je rze­czy, wrzu­ca­jąc je do kar­to­no­wych pu­deł, w któ­rych przy­niósł je przed kil­ko­ma mie­sią­ca­mi. Dla­cze­go nie za­sta­no­wi­ło jej to, że na­wet nie miał wa­liz­ki? Sie­dzia­ła w kuch­ni, trzy­ma­jąc Amy na ko­la­nach, ob­ser­wu­jąc ze­gar na ku­chen­ce i od­li­cza­jąc mi­nu­ty do cza­su, aż Bill wró­ci do kuch­ni, by znów ją ude­rzyć.

Usły­sza­ła skrzy­pie­nie otwie­ra­nych drzwi i cięż­kie kro­ki na we­ran­dzie. Za­czął wy­no­sić pu­dła. Zim­ne po­wie­trze wy­peł­ni­ło dom. Wresz­cie wszedł do kuch­ni w bu­tach ob­le­pio­nych śnie­giem, zo­sta­wia­jąc śla­dy na pod­ło­dze.

– Do­bra, chcesz, że­bym so­bie po­szedł? Za­raz zo­ba­czysz. – Się­gnął po bu­tel­kę old crow. – To two­ja ostat­nia szan­sa.

Je­anet­te nie od­po­wie­dzia­ła, na­wet na nie­go nie spoj­rza­ła.

– Tak?! Do­brze. Mogę wy­pić jed­ne­go na dro­gę?

Za­mach­nę­ła się i wy­trą­ci­ła mu szklan­kę, ude­rza­jąc otwar­tą dło­nią, jak ra­kie­tą do ping-pon­ga. Zo­rien­to­wa­ła się, co chce zro­bić, uła­mek se­kun­dy wcze­śniej, zda­jąc so­bie spra­wę, że nie jest to naj­lep­szy po­mysł. Za póź­no. Szklan­ka ude­rzy­ła głu­cho o ścia­nę i upa­dła na pod­ło­gę, nie tłu­kąc się. Je­anet­te za­mknę­ła oczy i przy­tu­li­ła Amy. Wie­dzia­ła, co się sta­nie. Przez chwi­lę od­głos wi­ru­ją­cej szklan­ki był je­dy­nym dźwię­kiem w po­ko­ju. Czu­ła, że w Bil­lu na­ra­sta gniew, jak fala go­rą­ca.

– Przed chwi­lą wi­dzia­łaś, co świat dla cie­bie przy­go­to­wał, Je­anet­te. Za­pa­mię­taj moje sło­wa.

Usły­sza­ła od­da­la­ją­ce się kro­ki. Bill od­szedł.

• • •

Za­pła­ci­ła in­ka­sen­to­wi tyle, ile mo­gła, i na­sta­wi­ła ter­mo­stat na pięć­dzie­siąt stop­ni Fah­ren­he­ita, żeby ole­ju star­czy­ło na dłu­żej.

– Po­myśl, że wy­je­cha­ły­śmy na kem­ping – po­wie­dzia­ła, za­kła­da­jąc Amy rę­ka­wicz­ki i na­su­wa­jąc cza­pecz­kę na gło­wę. – Te­raz nie bę­dzie nam tak zim­no, praw­da? To jak przy­go­da.

Spa­ły ra­zem pod ster­tą sta­rych koł­der. W po­ko­ju było tak zim­no, że wi­dzia­ły parę swo­ich od­de­chów. Je­anet­te wzię­ła do­dat­ko­wą pra­cę na noc – sprzą­ta­nie w ogól­nia­ku. Amy opie­ko­wa­ła się są­siad­ka, lecz gdy ko­bie­ta za­cho­ro­wa­ła i po­szła do szpi­ta­la, Je­anet­te mu­sia­ła zo­sta­wić cór­kę bez opie­ki. Wy­ja­śni­ła Amy, co ma ro­bić. Leż w łóż­ku, nie otwie­raj drzwi, po pro­stu za­mknij oczy, a będę w domu, za­nim się zo­rien­tu­jesz. Kie­dy dziew­czyn­ka za­snę­ła, wy­kra­da­ła się nie­po­strze­że­nie, a na­stęp­nie szła ener­gicz­nie po za­śnie­żo­nym pod­jeź­dzie do miej­sca, w któ­rym za­par­ko­wa­ła sa­mo­chód. Zo­sta­wia­ła go da­le­ko od domu, żeby dziec­ko nie sły­sza­ło, jak od­jeż­dża.

Pew­nej nocy po­peł­ni­ła błąd i wspo­mnia­ła o tym ko­bie­cie, z któ­rą pra­co­wa­ła, gdy wy­szły za­pa­lić. Je­anet­te nie prze­pa­da­ła za pa­pie­ro­sa­mi i wo­la­ła­by ich nie ku­po­wać, lecz pa­le­nie po­ma­ga­ło jej opa­no­wać sen­ność, a bez prze­rwy na pa­pie­ro­sa nie mia­ła­by na co cze­kać. Przed nią by­ły­by tyl­ko ko­lej­ne to­a­le­ty i ko­ry­ta­rze do po­sprzą­ta­nia. Po­pro­si­ła Ali­ce, żeby ni­ko­mu o tym nie mó­wi­ła. Wie­dzia­ła, że mo­gła­by mieć pro­ble­my, gdy­by wy­szło na jaw, że zo­sta­wia dziec­ko bez opie­ki. Oczy­wi­ście Ali­ce wszyst­ko wy­pa­pla­ła. Po­szła do dy­rek­to­ra szko­ły, któ­ry na­tych­miast zwol­nił Je­anet­te.

– Nie wol­no zo­sta­wiać dziec­ka bez opie­ki – po­wie­dział jej w swo­im ga­bi­ne­cie obok ko­tłow­ni, w po­ko­ju o po­wierzch­ni nie więk­szej niż dzie­sięć stóp kwa­dra­to­wych, ze sfa­ty­go­wa­nym me­ta­lo­wym biur­kiem, sta­rym głę­bo­kim fo­te­lem obi­tym wy­tar­tym plu­szem i nie­ak­tu­al­nym ścien­nym ka­len­da­rzem. Było tak go­rą­co, że Je­anet­te z tru­dem od­dy­cha­ła. – Masz szczę­ście, że nie za­wia­do­mię władz – do­dał.

Kie­dy sta­ła się ko­bie­tą, któ­rej moż­na było coś ta­kie­go po­wie­dzieć i nie skła­mać? Był dla niej miły, więc może zdo­ła­ła­by mu wy­tłu­ma­czyć, w ja­kiej jest sy­tu­acji. Po­wie­dzieć, że bez pie­nię­dzy za sprzą­ta­nie nie da so­bie rady. Była jed­nak zbyt zmę­czo­na, żeby zna­leźć od­po­wied­nie sło­wa. Ode­bra­ła ostat­ni czek i wró­ci­ła do domu roz­kle­ko­ta­ną kią, któ­rą ku­pi­ła w ogól­nia­ku. Sa­mo­chód już wte­dy się roz­pa­dał, we wstecz­nym lu­ster­ku wi­dzia­ła, jak śru­by i na­kręt­ki sy­pią się na jezd­nię. Kie­dy za­trzy­ma­ła się w skle­pie sie­ci Qu­ick Mart, żeby ku­pić pacz­kę ca­pri, a póź­niej sil­nik nie chciał za­pa­lić, za­czę­ła pła­kać. Przez pół go­dzi­ny nie mo­gła się opa­no­wać.

Pro­ble­mem był sta­ry aku­mu­la­tor. Nowy kosz­to­wał u Se­ar­sa osiem­dzie­siąt trzy do­la­ry. Po­nie­waż od ty­go­dnia nie przy­cho­dzi­ła do pra­cy, stra­ci­ła tak­że po­sa­dę w re­stau­ra­cji. Zo­sta­ło jej tyle pie­nię­dzy, aby wy­je­chać, więc spa­ko­wa­ła rze­czy do kil­ku re­kla­mó­wek i kar­to­nów, któ­re zo­sta­wił Bill.

• • •

Nikt nie wie­dział, co się z nimi sta­ło. Dom był pu­sty. Rury za­mar­z­ły i pę­kły jak doj­rza­łe owo­ce. Kie­dy przy­szła wio­sna, woda cie­kła z nich ca­ły­mi dnia­mi, aż fir­ma do­star­cza­ją­ca me­dia zo­rien­to­wa­ła się, że nikt nie pła­ci ra­chun­ków, i po­sła­ła pra­cow­ni­ków, żeby za­krę­ci­li ku­rek. W domu za­lę­gły się my­szy, a gdy pod­czas let­niej bu­rzy pę­kła szy­ba w oknie na gó­rze, ja­skół­ki uwi­ły so­bie gniaz­do w sy­pial­ni, gdzie Je­anet­te i Amy spa­ły na mro­zie. Wkrót­ce cały dom wy­peł­nił za­pach i gło­sy pta­ków.

W Du­bu­que Je­anet­te pra­co­wa­ła na noc­ną zmia­nę na sta­cji ben­zy­no­wej, a Amy spa­ła na ka­na­pie w po­ko­iku na za­ple­czu, aż wła­ści­ciel to od­krył i ka­zał jej spa­ko­wać ma­nat­ki. Lato prze­miesz­ka­ły w sa­mo­cho­dzie, my­jąc się w ła­zien­kach na sta­cjach ben­zy­no­wych, więc mu­sia­ły tyl­ko wsiąść do auta i od­je­chać. Ja­kiś czas miesz­ka­ły u przy­ja­ciół­ki Je­anet­te w Ro­che­ster – ko­le­żan­ki z ogól­nia­ka, któ­ra wy­je­cha­ła do szko­ły dla pie­lę­gnia­rek. Je­anet­te wzię­ła pra­cę sprzą­tacz­ki w tym sa­mym szpi­ta­lu, lecz do­sta­wa­ła mi­ni­mal­ną staw­kę, a miesz­ka­nie było zbyt małe, żeby mo­gły zo­stać tam dłu­żej. Wte­dy prze­pro­wa­dzi­ły się do mo­te­lu, lecz Amy nie mia­ła opie­ki. Przy­ja­ciół­ka Je­anet­te nie mo­gła się nią zaj­mo­wać, a Je­anet­te nie zna­ła ni­ko­go, kto pod­jął­by się tego za­da­nia, więc znów za­miesz­ka­ły w sa­mo­cho­dzie.

Był wrze­sień i za­czę­ło się ro­bić zim­no. W ra­diu przez cały czas mó­wio­no o woj­nie. Wte­dy ru­szy­ły na po­łu­dnie. Kia do­je­cha­ła do Mem­phis i się roz­pa­dła.

Ja­kiś fa­cet pod­wiózł je mer­ce­de­sem. Po­wie­dział, że na­zy­wa się John, lecz ze spo­so­bu, w jaki to zro­bił, Je­anet­te od­ga­dła, że kła­mie. Mó­wił jak dziec­ko opo­wia­da­ją­ce hi­sto­ryj­kę o tym, kto stłukł lam­pę, ka­żąc jej cze­kać uła­mek se­kun­dy, za­nim do­koń­czył zda­nie.

– Je­stem… John. – Po­my­śla­ła, że ma pięć­dzie­siąt lat, lecz nie zna­ła się na ta­kich spra­wach. Miał sta­ran­nie przy­strzy­żo­ną bro­dę i no­sił do­pa­so­wa­ny czar­ny gar­ni­tur, jak przed­się­bior­ca po­grze­bo­wy.

Pod­czas jaz­dy przy­pa­try­wał się Amy we wstecz­nym lu­ster­ku, zmie­nia­jąc po­zy­cję w fo­te­lu. Wy­py­ty­wał Je­anet­te: do­kąd je­dzie, co lubi ro­bić, dla­cze­go przy­je­cha­ła do wiel­kie­go sta­nu Ten­nes­see. Wóz przy­po­mi­nał jej pon­tia­ca grand prix Bil­la Rey­nold­sa, choć był od nie­go ład­niej­szy. Kie­dy fa­cet za­mknął okna, pra­wie nic nie było wi­dać, a sie­dze­nia były tak mięk­kie, że mia­ła wra­że­nie, iż sie­dzi na de­se­rze z lo­da­mi. Czu­ła, że za­sy­pia. Kie­dy za­trzy­ma­li się przed mo­te­lem, było jej nie­mal obo­jęt­ne, co się sta­nie. Wy­da­wa­ło się to nie­unik­nio­ne. Mo­tel znaj­do­wał się w po­bli­żu lot­ni­ska, w oko­li­cy pła­skiej jak w Iowa. W świe­tle za­cho­dzą­ce­go słoń­ca wi­dzia­ła re­flek­to­ry ko­łu­ją­cych sa­mo­lo­tów, za­ta­cza­ją­cych po­wol­ne, sen­ne koła ni­czym tar­cze na strzel­ni­cy.

– Amy, ma­mu­sia pój­dzie na mi­nut­kę z tym pa­nem. Obej­rzyj ksią­żecz­kę, ko­cha­nie.

Po­trak­to­wał ją uprzej­mie. Zro­bił swo­je, na­zy­wa­jąc ją „ma­leń­ka” i tak da­lej. Przed wyj­ściem zo­sta­wił pięć­dzie­siąt do­la­rów na noc­nym sto­li­ku. Wy­star­czy­ło, żeby za­pła­cić za po­kój dla Je­anet­te i Amy.

• • •

Inni nie byli tacy mili.

Na noc za­my­ka­ła Amy w po­ko­ju z włą­czo­nym te­le­wi­zo­rem, żeby nic nie było sły­chać. Wy­cho­dzi­ła na au­to­stra­dę przed mo­te­lem i cze­ka­ła. Nie mu­sia­ła dłu­go stać. Za­raz za­trzy­my­wał się ja­kiś męż­czy­zna. Kie­dy do­bi­li tar­gu, szli do mo­te­lu. Za­nim wpro­wa­dzi­ła fa­ce­ta do po­ko­ju, za­no­si­ła Amy do ła­zien­ki, gdzie z do­dat­ko­wych ko­ców i po­du­szek zro­bi­ła jej po­sła­nie w wan­nie.

Amy mia­ła sześć lat. Była ci­chym dziec­kiem. Choć nie­wie­le mó­wi­ła, wciąż prze­glą­da­jąc te same książ­ki, na­uczy­ła się czy­tać, po­zna­ła też licz­by. Pew­ne­go razu oglą­da­ły ra­zem Koło for­tu­ny. Kie­dy nad­szedł czas, by uczest­nicz­ka te­le­tur­nie­ju wy­da­ła wy­gra­ne pie­nią­dze, dziew­czyn­ka do­sko­na­le wie­dzia­ła, na co ko­bie­ta może so­bie po­zwo­lić. Wie­dzia­ła, że nie stać jej na wa­ka­cje w Can­cii­nie, lecz może ume­blo­wać sa­lon i wy­star­czy jej jesz­cze na wy­pad we dwo­je do klu­bu gol­fo­we­go. Je­anet­te po­my­śla­ła, że Amy jest by­stra, sko­ro to wy­kom­bi­no­wa­ła, i po­win­na cho­dzić do szko­ły. Nie wie­dzia­ła, gdzie w oko­li­cy są szko­ły. W po­bli­żu były tyl­ko warsz­ta­ty bla­char­skie, lom­bar­dy i mo­te­le, jak Su­per­Six, w któ­rym miesz­ka­ły. Wła­ści­ciel przy­po­mi­nał Elvi­sa Pre­sleya, nie mło­de­go i przy­stoj­ne­go, lecz oty­łe­go i sta­re­go, o prze­tłusz­czo­nych wło­sach i ma­syw­nych zło­tych oku­la­rach, któ­re spra­wia­ły, że jego oczy wy­glą­da­ły jak ryb­ki w akwa­rium. Fa­cet no­sił sa­ty­no­wą ma­ry­nar­kę z bły­ska­wi­cą na ple­cach, jak Elvis. Prze­sia­dy­wał w re­cep­cji, go­dzi­na­mi sta­wia­jąc pa­sjan­se i pa­ląc małe cy­ga­ret­ki z pla­sti­ko­wym ust­ni­kiem. Je­anet­te pła­ci­ła mu co ty­dzień go­tów­ką za po­kój, a je­śli do­rzu­ci­ła pięć­dzie­siąt­kę, nie wtrą­cał się w jej spra­wy. Któ­re­goś dnia spy­tał, czy po­trze­bu­je cze­goś do obro­ny. Może chcia­ła­by ku­pić pi­sto­let. Przy­tak­nę­ła i spy­ta­ła, ile chce. Mu­sia­ła za­pła­cić do­dat­ko­wą set­kę. Po­ka­zał jej za­rdze­wia­ły mały re­wol­wer, dwu­dziest­kę­dwój­kę. Kie­dy wzię­ła go do ręki w jego biu­rze, nie zro­bił na niej więk­sze­go wra­że­nia. Wąt­pi­ła, czy z ta­kiej bro­ni moż­na za­strze­lić czło­wie­ka. Z dru­giej stro­ny był na tyle mały, że idąc na au­to­stra­dę, mo­gła go wło­żyć do to­reb­ki. Uzna­ła, że nie za­wa­dzi mieć go przy so­bie.

– Uwa­żaj, do cze­go ce­lu­jesz – ostrzegł ją „Elvis”.

– W po­rząd­ku – od­rze­kła. – Sko­ro się bo­isz, musi dzia­łać. Ku­pię go.

Cie­szy­ła się, że go ma. Broń w to­reb­ce uświa­do­mi­ła jej, że kie­dyś się bała, a te­raz już nie. A przy­najm­niej nie tak jak daw­niej. Pi­sto­let był jej ma­łym se­kre­tem, ta­jem­ni­cą mó­wią­cą o tym, kim jest, jak­by no­si­ła w to­reb­ce cząst­kę sie­bie. Tam­ta Je­anet­te sta­ła przy dro­dze w ob­ci­słym to­pie i spód­nicz­ce, krę­ci­ła bio­dra­mi, uśmie­cha­ła się i py­ta­ła: „Cze­go chcesz, ko­le­go? Czym mogę ci słu­żyć?”. Ta Je­anet­te była zmy­ślo­ną po­sta­cią, jak ko­bie­ta z opo­wie­ści, któ­rej koń­ca wo­la­ła­by nie po­znać.

Fa­cet, z któ­rym po­je­cha­ła tam­tej nocy, nie był tym, za kogo go wzię­ła. Zwy­kle od razu roz­po­zna­wa­ła złych klien­tów. Cza­sa­mi od­ma­wia­ła i od­cho­dzi­ła. Ten spra­wiał wra­że­nie sym­pa­tycz­ne­go, uzna­ła go za chło­pa­ka z col­le­ge’u, a przy­najm­niej ta­kie­go, któ­ry mógł­by do nie­go uczęsz­czać. Był po­rząd­nie ubra­ny – miał wy­pra­so­wa­ne spodnie kha­ki i ko­szul­kę z ma­łym czło­wiecz­kiem na ko­niu ce­lu­ją­cym ki­jem w pił­kę. Przy­po­mi­nał go­ścia ja­dą­ce­go na rand­kę, co spra­wi­ło, że wsia­da­jąc do sa­mo­cho­du, uśmiech­nę­ła się do sie­bie. Był to duży ford expo z da­cho­wym ba­gaż­ni­kiem na ro­we­ry lub czymś w tym ro­dza­ju.

Wte­dy sta­ło się coś za­baw­ne­go. Nie za­wiózł jej do mo­te­lu. Nie­któ­rzy chcie­li ją mieć tam, gdzie byli, w sa­mo­cho­dzie, nie za­da­jąc so­bie na­wet tru­du zje­cha­nia na po­bo­cze. Kie­dy po­chy­li­ła się nad nim, my­śląc, że tego wła­śnie pra­gnie, de­li­kat­nie ją od­su­nął. Po­wie­dział, że chce ją za­brać do mia­sta.

– Do ja­kie­go mia­sta? – spy­ta­ła.

– Po­je­dzie­my w ład­ne miej­sce. Nie chcia­ła­byś po­je­chać w ja­kieś ład­ne miej­sce? Za­pła­cę ci wię­cej, niż bie­rzesz.

Je­anet­te po­my­śla­ła, że Amy śpi w po­ko­ju, i uzna­ła, że nie zro­bi to więk­szej róż­ni­cy.

– Pod wa­run­kiem że nie zaj­mie to wię­cej niż go­dzi­nę. Póź­niej mnie od­wie­ziesz.

Za­ję­ło im to wię­cej niż go­dzi­nę, znacz­nie wię­cej. Kie­dy do­tar­li na miej­sce, Je­anet­te za­czę­ła się bać. Fa­cet za­je­chał przed dom z du­żym szyl­dem nad gan­kiem z trze­ma zna­ka­mi przy­po­mi­na­ją­cy­mi li­te­ry. Do­my­śli­ła się, co to jest – brac­two stu­denc­kie. Miej­sce, w któ­rym pacz­ka bo­ga­tych chło­pa­ków miesz­ka i upi­ja się na koszt swo­ich oj­ców, uda­jąc, że uczą się na le­ka­rzy lub praw­ni­ków.

– Po­lu­bisz mo­ich przy­ja­ciół – za­pew­nił. – Chodź, przed­sta­wię cię.

– Nig­dzie nie pój­dę. Od­wieź mnie.

Za­wa­hał się, za­ci­ska­jąc dło­nie na kie­row­ni­cy. Kie­dy spoj­rza­ła mu w oczy, do­strze­gła drze­mią­ce w nich obłą­ka­ne po­żą­da­nie. Na­gle prze­stał być mi­łym chłop­cem.

– Nie masz wy­bo­ru. Cze­goś ta­kie­go nie ma w menu.

– Niech cię szlag!

Otwo­rzy­ła drzwi i ru­szy­ła przed sie­bie, nie zwa­ża­jąc na to, że nie wie, gdzie jest. Wy­sko­czył za nią. Zła­pał ją za ra­mię. Na­gle sta­ło się ja­sne, co cze­ka ją w środ­ku, cze­go od niej chce. Wszyst­ko za­czę­ło na­bie­rać sen­su. Po­peł­ni­ła błąd, nie do­my­śla­jąc się tego wcze­śniej, dużo wcze­śniej. Może już wte­dy, gdy pra­co­wa­ła w Pu­deł­ku, do któ­re­go pew­ne­go dnia wstą­pił na obiad Bill Rey­nolds. Zda­ła so­bie spra­wę, że chło­pak też się boi, że może ktoś go do tego zmu­sił, może cze­ka­ją­cy w domu przy­ja­cie­le, albo tak mu się tyl­ko wy­da­wa­ło. Było jej to obo­jęt­ne. Pod­biegł, pró­bu­jąc za­rzu­cić jej rękę na szy­ję, za­blo­ko­wać łok­ciem. Ugry­zła z ca­łej siły. Krzyk­nął z bólu, wy­zy­wa­jąc ją od dzi­wek, a póź­niej wy­mie­rzył po­li­czek. Stra­ci­ła rów­no­wa­gę i upa­dła na ple­cy. Usiadł na niej okra­kiem jak dżo­kej na ko­niu. Okła­dał ją, pró­bu­jąc przy­trzy­mać. Gdy­by mu się uda­ło, by­ło­by po niej. Przy­pusz­czal­nie nie ro­bi­ło mu róż­ni­cy, czy bę­dzie przy­tom­na, kie­dy się do niej za­bie­rze. Żad­ne­mu na tym nie za­le­ża­ło. Się­gnę­ła po le­żą­cą na tra­wie to­reb­kę. Jej ży­cie zro­bi­ło się tak dziw­ne, że mia­ła wra­że­nie, iż do niej nie na­le­ży, że nig­dy nie było jej wła­sno­ścią. Nie myśl, Je­anet­te, po­wie­dzia­ła so­bie, przy­kła­da­jąc mu lufę do czo­ła, czu­jąc jego skó­rę i ko­ści czasz­ki. Jest tak bli­sko, że nie mo­żesz chy­bić. Na­ci­snę­ła spust.

• • •

Po­wrót do mo­te­lu za­jął jej całą noc. Kie­dy chło­pak się z niej zsu­nął, po­bie­gła co sił w no­gach do naj­bliż­szej du­żej dro­gi – sze­ro­kie­go bul­wa­ru lśnią­ce­go w świe­tle ulicz­nych la­tar­ni. Do­tar­ła w samą porę, by zła­pać au­to­bus. Nie wie­dzia­ła, czy ma krew na ubra­niu, lecz kie­row­ca na­wet na nią nie spoj­rzał, gdy tłu­ma­czył, jak wró­cić na lot­ni­sko. Usia­dła z tyłu, żeby nikt jej nie mógł zo­ba­czyć. Au­to­bus był pra­wie pu­sty. Nie mia­ła po­ję­cia, gdzie jest. Mi­ja­li osie­dla i skle­py po­grą­żo­ne w ciem­no­ści. Prze­je­chał obok du­że­go ko­ścio­ła i dro­go­wska­zów do zoo, żeby w koń­cu wje­chać do cen­trum. Sta­nę­ła na przy­stan­ku z plek­si­gla­su, trzę­sąc się z zim­na i cze­ka­jąc na na­stęp­ny au­to­bus. Zgu­bi­ła ze­ga­rek i nie wie­dzia­ła, któ­ra jest go­dzi­na. Może zsu­nął jej się z ręki pod­czas sza­mo­ta­ni­ny i po­li­cja wy­ko­rzy­sta go jako ślad? Po­my­śla­ła, że to był zwy­kły ti­mex, któ­ry ku­pi­ła w skle­pie sie­ci Wal­gre­ens, więc pew­nie nie­wie­le im po­wie. Co in­ne­go pi­sto­let, któ­ry, je­śli do­brze pa­mię­ta­ła, rzu­ci­ła na traw­nik. Ręka nadal bo­la­ła ją od ude­rze­nia. Ko­ści dy­go­ta­ły jak ka­mer­ton, któ­ry nie chce się uspo­ko­ić.

Kie­dy do­tar­ła do mo­te­lu, słoń­ce już wze­szło. Czu­ła, że mia­sto po­wo­li się bu­dzi. We­szła do po­ko­ju, gdy za­czę­ło sza­rzeć. Amy spa­ła przed włą­czo­nym te­le­wi­zo­rem. Nada­wa­no wła­śnie re­kla­mę ja­kiejś ma­szy­ny do ćwi­czeń. Mu­sku­lar­ny męż­czy­zna z ku­cy­kiem i ogrom­ny­mi psi­mi usta­mi po­war­ki­wał z ekra­nu. Po­my­śla­ła, że ma kil­ka go­dzin, za­nim ktoś się zja­wi. Po­peł­ni­ła błąd, zo­sta­wia­jąc pi­sto­let, lecz mar­twie­nie się tym było bez­ce­lo­we. Opłu­ka­ła twarz i umy­ła zęby, nie pa­trząc na swo­je od­bi­cie. Wło­ży­ła czy­ste dżin­sy i bluz­kę. Krót­ka spód­nicz­ka, top i ża­kiet z frędz­la­mi były ubru­dzo­ne krwią i ja­kąś sub­stan­cją – wo­la­ła nie wie­dzieć, co to ta­kie­go. Wrzu­ci­ła wszyst­ko do cuch­ną­ce­go śmiet­ni­ka za mo­te­lem.

Mia­ła wra­że­nie, że czas skur­czył się jak akor­de­on. Całe jej do­tych­cza­so­we ży­cie, wszyst­ko, co się wy­da­rzy­ło, zo­sta­ło na­gle spro­wa­dzo­ne do tej jed­nej chwi­li. Przy­po­mnia­ła so­bie wcze­sne po­ran­ne wsta­wa­nie, gdy Amy była mała, jak trzy­ma­ła ją i ko­ły­sa­ła przy oknie, czę­sto przy tym za­sy­pia­jąc. Były to szczę­śli­we po­ran­ki, któ­rych nig­dy nie za­po­mni. Spa­ko­wa­ła kil­ka rze­czy do ple­ca­ka Amy oraz tro­chę swo­ich ubrań i pie­nię­dzy do re­kla­mów­ki. Wy­łą­czy­ła te­le­wi­zor i de­li­kat­nie po­trzą­snę­ła cór­ką.

– Obudź się, ko­cha­nie. Mu­si­my je­chać.

Mała była sen­na, lecz po­zwo­li­ła, by Je­anet­te ją ubra­ła. Rano za­wsze była oszo­ło­mio­na i nie­obec­na. Do­brze, że nie wy­jeż­dża­ją o in­nej po­rze, bo mu­sia­ła­by ją na­kła­niać i wszyst­ko wy­tłu­ma­czyć. Dała Amy ba­ton z płat­ka­mi zbo­żo­wy­mi i pusz­kę cie­płe­go soku z wi­no­gron. Póź­niej wy­szły na au­to­stra­dę, któ­rą Je­anet­te nie­daw­no przy­je­cha­ła au­to­bu­sem.

Wra­ca­jąc do mo­te­lu, za­uwa­ży­ła duży ka­mien­ny ko­ściół z na­pi­sem „Ko­ściół Mat­ki Bo­le­ści­wej”. Po­my­śla­ła, że je­śli wsią­dą do wła­ści­we­go au­to­bu­su, miną go.

Usia­dła z Amy z tyłu, obej­mu­jąc ją. Dziew­czyn­ka nie po­wie­dzia­ła ani sło­wa. Bąk­nę­ła tyl­ko, że jest głod­na, więc Je­anet­te wy­ję­ła z ple­ca­ka ko­lej­ny ba­to­nik, spa­ko­wa­ny ra­zem z czy­stym ubra­niem, szczo­tecz­ką do zę­bów i kró­li­kiem Pe­te­rem. Je­steś moją do­brą dziew­czyn­ką, po­my­śla­ła. Moją bar­dzo do­brą dziew­czyn­ką. Prze­pra­szam. Prze­pra­szam cię, mała. W cen­trum prze­sia­dły się do in­ne­go au­to­bu­su i je­cha­ły przez ko­lej­ne pół go­dzi­ny. Je­anet­te do­strze­gła znak zoo i po­my­śla­ła, że za­je­cha­ły za da­le­ko. O ile pa­mię­ta­ła, ko­ściół był przed zoo, więc te­raz musi być za nim.

Wte­dy go zo­ba­czy­ła. Za dnia wy­glą­dał in­a­czej. Nie był taki duży, lecz mógł ujść. Wy­sia­dły tyl­ny­mi drzwia­mi. Kie­dy au­to­bus od­je­chał, Je­anet­te za­pię­ła kurt­kę Amy i za­ło­ży­ła jej ple­cak.

Za­uwa­ży­ła inny znak, któ­ry za­pa­mię­ta­ła z mi­nio­nej nocy. Nad pod­jaz­dem pro­wa­dzą­cym do ko­ścio­ła wid­niał na­pis „Zgro­ma­dze­nie Sióstr Mi­ło­sier­dzia”.

Wzię­ła Amy za rękę i ru­szy­ły w jego stro­nę. Wzdłuż dro­gi ro­sły ogrom­ne drze­wa przy­po­mi­na­ją­ce dęby, o dłu­gich omsza­łych ko­na­rach. Je­anet­te nie mia­ła po­ję­cia, jak wy­glą­da klasz­tor, lecz oka­za­ło się, że przy­po­mi­na dom. Ład­ny dom. Ka­mien­ne mury lek­ko lśni­ły, dach był kry­ty gon­tem, a okna ob­ra­mo­wa­ne bia­ły­mi li­stwa­mi. Od fron­tu znaj­do­wał się ogró­dek z zio­ła­mi. Je­anet­te po­my­śla­ła, że wła­śnie tym po­win­ny się zaj­mo­wać za­kon­ni­ce. Pew­nie przy­cho­dzą tu­taj i pie­lę­gnu­ją de­li­kat­ne ro­śli­ny. Po­de­szła do drzwi i za­dzwo­ni­ła.

Ko­bie­ta, któ­ra im otwo­rzy­ła, nie była star­szą pa­nią, jak Je­anet­te ocze­ki­wa­ła. Nie no­si­ła też ha­bi­tu, czy jak to tam na­zy­wa­ją. Była mło­da, tyl­ko tro­chę star­sza od niej. Gdy­by nie we­lo­nik, wy­glą­da­ła­by jak każ­da inna, w su­kien­ce, bluz­ce i ta­nich brą­zo­wych mo­ka­sy­nach. Mia­ła czar­ną skó­rę. Przed wy­jaz­dem z Iowa Je­anet­te wi­dzia­ła tyl­ko jed­ne­go lub dwóch Mu­rzy­nów, je­śli nie li­czyć kina i te­le­wi­zji. W Mem­phis było ich peł­no. Zda­wa­ła so­bie spra­wę, że nie­któ­rzy ich nie lu­bią, lecz jej było to obo­jęt­ne. Uzna­ła, że czar­no­skó­ra za­kon­ni­ca bę­dzie w sam raz.

– Prze­pra­szam, że prze­szka­dzam – za­czę­ła. – Mój sa­mo­chód się ze­psuł, więc po­my­śla­łam…

– Oczy­wi­ście – od­rze­kła tam­ta dziw­nym gło­sem, ja­kie­go Je­anet­te nig­dy wcze­śniej nie sły­sza­ła. Jak­by w wy­po­wia­da­nych sło­wach po­brzmie­wa­ła za­klę­ta mu­zy­ka. – Wejdź­cie, pro­szę. Wejdź­cie obie.

Cof­nę­ła się, wpusz­cza­jąc Je­anet­te i Amy do holu. Je­anet­te po­my­śla­ła, że gdzieś w środ­ku mu­szą być inne za­kon­ni­ce – może czar­no­skó­re, jak ta, któ­ra je przy­wi­ta­ła – czy­ta­ją­ce, go­tu­ją­ce lub mo­dlą­ce się. Sły­sza­ła, że za­kon­ni­ce dużo się mo­dlą. Że ro­bią to przez więk­szą część dnia. Po­nie­waż pa­no­wa­ła ci­sza, po­my­śla­ła, że tak wła­śnie jest. Te­raz musi zro­bić coś, żeby ta ko­bie­ta zo­sta­wi­ła je same. Wie­dzia­ła to, tak jak wie­dzia­ła, że ostat­niej nocy za­bi­ła czło­wie­ka. Cho­ciaż bo­la­ło ją, że musi tak po­stą­pić, nie ro­bi­ło jej to więk­szej róż­ni­cy, a tyl­ko po­więk­sza­ło cier­pie­nie.

– Pani…

– Ach! Pro­szę mó­wić mi La­cey – od­rze­kła za­kon­ni­ca. – Sta­ra­my się być bez­po­śred­nie. To two­ja dziew­czyn­ka? – Uklę­kła obok Amy. – Cześć! Jak masz na imię? Mamy małą za­kon­ni­cę w two­im wie­ku, jest pra­wie taka ślicz­na jak ty. – Pod­nio­sła gło­wę i spoj­rza­ła na Je­anet­te. – Two­ja cór­ka jest bar­dzo nie­śmia­ła. Może to z po­wo­du mo­je­go ak­cen­tu. Po­cho­dzę ze Sier­ra Le­one w Afry­ce Za­chod­niej. – Znów spoj­rza­ła na Amy i wzię­ła ją za rękę. – Wiesz, gdzie leży ten kraj? To bar­dzo da­le­ko stąd.

– Czy wszyst­kie za­kon­ni­ce stam­tąd przy­je­cha­ły? – spy­ta­ła Je­anet­te.

Ko­bie­ta pod­nio­sła się i od­sło­ni­ła w uśmie­chu bia­łe zęby.

– Nie! Na Boga, nie! Oba­wiam się, że je­stem je­dy­na.

Mil­cza­ły przez chwi­lę. Je­anet­te po­lu­bi­ła tę ko­bie­tę, po­lu­bi­ła brzmie­nie jej gło­su. Spodo­ba­ło jej się, jak zwra­ca się do Amy, jak pa­trzy jej w oczy, gdy do niej mówi.

– Wio­złam ją do szko­ły, gdy ten sta­ry grat się ze­psuł – wy­ja­śni­ła. – Roz­kra­czył się na środ­ku dro­gi.

Ko­bie­ta ski­nę­ła gło­wą.

– Pro­szę tędy.

Za­pro­wa­dzi­ła Je­anet­te i Amy do kuch­ni, du­że­go po­miesz­cze­nia z ol­brzy­mim dę­bo­wym sto­łem i kre­den­sa­mi, na któ­rych wid­nia­ły na­pi­sy: „Por­ce­la­na”, „Pusz­ki”, „Ma­ka­ron” i „Ryż”. Je­anet­te nig­dy wcze­śniej nie po­my­śla­ła, że za­kon­ni­ce mu­szą coś jeść. Od­ga­dła, że sko­ro miesz­ka tu tyle sióstr, trze­ba wie­dzieć, gdzie w kuch­ni są róż­ne rze­czy. Za­kon­ni­ca wska­za­ła te­le­fon wi­szą­cy na ścia­nie, sta­ry brą­zo­wy apa­rat z dłu­gim sznu­rem. Je­anet­te sta­ran­nie ob­my­śli­ła swo­ją rolę. Kie­dy wy­bie­ra­ła nu­mer, za­kon­ni­ca po­sta­wi­ła przed Amy ta­lerz z cia­stecz­ka­mi – nie były to ciast­ka ze skle­pu, lecz upie­czo­ne przez sio­stry. Kie­dy usły­sza­ła na­gra­ny ko­mu­ni­kat za­po­wia­da­ją­cy, że dzień bę­dzie po­chmur­ny, z tem­pe­ra­tu­rą oko­ło pięć­dzie­się­ciu pię­ciu stop­ni Fah­ren­he­ita, a pod wie­czór może pa­dać, uda­ła, że roz­ma­wia z AAA3, ki­wa­jąc gło­wą.

– Po­moc dro­go­wa już je­dzie – po­wie­dzia­ła, od­kła­da­jąc słu­chaw­kę. – Mam na nich cze­kać przy sa­mo­cho­dzie. Ho­low­nik jest w po­bli­żu.

– Cóż, to do­bra wia­do­mość – od­rze­kła we­so­ło za­kon­ni­ca. – Dziś jest twój szczę­śli­wy dzień. Je­śli chcesz, za­opie­ku­ję się two­ją cór­ką. Le­piej nie za­bie­raj jej na ru­chli­wą uli­cę.

Do­sko­na­le. Nie bę­dzie mu­sia­ła ni­cze­go ro­bić. Wy­star­czy, że się zgo­dzi.

– Nie spra­wię ci kło­po­tu?

Za­kon­ni­ca znów się uśmiech­nę­ła.

– Bę­dzie nam do­brze ra­zem, praw­da? – Spoj­rza­ła za­chę­ca­ją­co na Amy. – Wi­dzisz? Jest tu szczę­śli­wa. Idź do sa­mo­cho­du.

Amy przy­cup­nę­ła na krze­śle przy wiel­kim dę­bo­wym sto­le. Przed nią stał ta­lerz z nie­tknię­ty­mi cia­stecz­ka­mi i szklan­ka mle­ka. Zdję­ła ple­cak i przy­ci­ska­ła go do sie­bie. Je­anet­te pa­trzy­ła na nią tak dłu­go, jak była w sta­nie. Póź­niej uklę­kła i ob­ję­ła cór­kę.

– Bę­dzie ci tu do­brze – po­wie­dzia­ła. Amy ski­nę­ła gło­wą, przy­tu­la­jąc się do jej ra­mie­nia. Je­anet­te chcia­ła coś do­dać, lecz nie mo­gła zna­leźć słów. Po­my­śla­ła o kart­ce, któ­rą wsu­nę­ła do ple­ca­ka Amy. Była pew­na, że ją znaj­dą, gdy nie wró­ci. Tu­li­ła Amy, do­pó­ki star­czy­ło jej sił. Czu­ła ją wo­kół sie­bie, cie­pło jej cia­ła, za­pach wło­sów i skó­ry. Wie­dzia­ła, że za chwi­lę za­cznie pła­kać, choć tam­ta,

Lucy czy La­cey, tego nie wi­dzia­ła. Przy­tu­la­ła có­recz­kę jesz­cze przez chwi­lę, pró­bu­jąc ogar­nąć umy­słem to uczu­cie, umie­ścić je gdzieś, gdzie bę­dzie bez­piecz­ne. Wresz­cie ją pu­ści­ła i wy­szła, za­nim któ­raś zdą­ży­ła się ode­zwać. Ru­szy­ła pod­jaz­dem w stro­nę uli­cy. Kro­czy­ła przed sie­bie, nie za­trzy­mu­jąc się.

2

Z ar­chi­wum kom­pu­te­ro­we­go dok­to­ra Jo­na­sa Ab­bot­ta Le­ara,

pro­fe­so­ra Wy­dzia­łu Bio­lo­gii Mo­le­ku­lar­nej i Ko­mór­ko­wej Uni­wer­sy­te­tu Ha­rvar­da, od­de­le­go­wa­ne­go do In­sty­tu­tu Me­dycz­ne­go Cho­rób Za­kaź­nych Ar­mii Ame­ry­kań­skiej (USAM­RIID)4.

Za­kład Pa­le­owi­ru­so­lo­gii, Fort De­trick, dr med.

Od: lear@amedd.army.mil

Data: po­nie­dzia­łek, 6 lu­te­go, 13.18

Do: pkier­nan@ha­rvard.edu

Te­mat: Uru­cho­mie­nie łą­cza sa­te­li­tar­ne­go

Wi­taj, Paul, po­zdro­wie­nia z bo­li­wij­skiej dżun­gli, z ser­ca An­dów. Wiem, że z per­spek­ty­wy lo­do­wa­te­go Cam­brid­ge, gdzie pew­nie pada te­raz śnieg, mie­siąc spę­dzo­ny w tro­pi­kach wy­glą­da nie­źle. Wierz mi, że to nie St. Bart. Wczo­raj wi­dzia­łem węża wiel­ko­ści ło­dzi pod­wod­nej.

Po­dróż prze­bie­gła bez przy­gód – sześć go­dzin lotu do La Paz, a póź­niej mniej­szym rzą­do­wym sa­mo­lo­tem do Con­cep­ción, na wscho­dzie. W tym re­jo­nie nie ma przy­zwo­itych dróg. To sła­bo za­lud­nio­ny ob­szar wiej­ski, więc da­lej bę­dzie­my mu­sie­li iść pie­szo. Wszy­scy człon­ko­wie ze­spo­łu są peł­ni en­tu­zja­zmu. Na­sza grup­ka sta­le się po­więk­sza. Oprócz lu­dzi z UCLA5 w La Paz do­łą­czy­li do nas Tim Fan­ning z Uni­wer­sy­te­tu Co­lum­bia i Clau­dia Swen­son z MIT6. (Mam wra­że­nie, że kie­dyś wspo­mnia­łeś o wa­szym spo­tka­niu w Yale).

Pew­nie ucie­szy Cię wia­do­mość, że oprócz sła­wy, któ­rej nie na­le­ży lek­ce­wa­żyć, Tim za­brał ze sobą pół tu­zi­na asy­sten­tów. W ten spo­sób śred­nia wie­ku w ze­spo­le spa­dła o dzie­sięć lat i jest wię­cej ko­biet niż męż­czyzn.

Tim pod­kre­śla, że każ­da z nich jest zna­ko­mi­tym na­ukow­cem. Miał trzy żony, jed­ną młod­szą od dru­giej. Fa­cet pew­nie nig­dy nie zmą­drze­je.

Mu­szę przy­znać, że mimo mo­ich obaw (a tak­że Two­ich i Ro­chel­le) przed współ­pra­cą z woj­skiem róż­ni­ca jest ogrom­na. Tyl­ko USAM­RIID dys­po­nu­je po­ten­cja­łem i środ­ka­mi umoż­li­wia­ją­cy­mi stwo­rze­nie ta­kie­go ze­spo­łu, i to w cią­gu mie­sią­ca. Po wie­lu la­tach na­kła­nia­nia lu­dzi, aby ra­czy­li mnie wy­słu­chać, czu­ję, że drzwi na­gle się otwo­rzy­ły. Po­zo­sta­je tyl­ko wejść do środ­ka. Znasz mnie. Wiesz, że je­stem na­ukow­cem z krwi i ko­ści. Nie ma we mnie ani krzty prze­są­dów. Cza­sa­mi my­ślę, że to zrzą­dze­nie losu. Pa­ra­dok­sal­ne, że po dłu­gich zma­ga­niach Liz z cho­ro­bą wresz­cie do­sta­łem szan­sę roz­wią­za­nia naj­więk­szej z za­ga­dek: ta­jem­ni­cy śmier­ci. My­ślę, że spodo­ba­ło­by jej się tu­taj. Wy­obra­żam ją so­bie wśród nas, sie­dzą­cą na pniu nad rze­ką, w ogrom­nym słom­ko­wym ka­pe­lu­szu, jak po­zo­sta­li. Czy­ta­ją­cą swo­je­go ulu­bio­ne­go Szek­spi­ra w cie­płych pro­mie­niach słoń­ca.

Na­wia­sem mó­wiąc, gra­tu­lu­ję eta­tu. Przed wy­jaz­dem do­wie­dzia­łem się, że człon­ko­wie ko­mi­te­tu opo­wie­dzie­li się jed­no­myśl­nie za Two­ją kan­dy­da­tu­rą, co mnie nie za­sko­czy­ło po wy­ni­ku gło­so­wa­nia na moim wy­dzia­le, o któ­rym nie mogę Ci po­wie­dzieć. Mię­dzy nami, jego wy­nik był rów­nie jed­no­myśl­ny. Na­wet nie wiesz, jak mi ulży­ło. Nie wspo­mnę o tym, że je­steś naj­lep­szym bio­che­mi­kiem, ja­kie­go mamy. Umiesz spra­wić, aby spi­ral­na mi­kro­tu­bu­la biał­ko­wa pod­nio­sła się i za­śpie­wa­ła Al­le­lu­ja. Cóż bym ro­bił w prze­rwach na lunch, gdy­by mój part­ner od squ­asha nie do­stał eta­tu?

Prze­każ po­zdro­wie­nia Ro­chel­le i po­wiedz Ale­xo­wi, że wuj Jo­nas przy­wie­zie mu coś eks­tra z Bo­li­wii. Co po­wiesz na małą ana­kon­dę? Sły­sza­łem, że to przy­ja­zne zwie­rza­ki, pod wa­run­kiem że się je kar­mi. Mam na­dzie­ję, że wró­ci­my na in­au­gu­ra­cyj­ny mecz So­xów. Nie mam po­ję­cia, jak zdo­bę­dziesz bi­le­ty.

Jo­nas

Od: lear@amedd.army.mil

Data: śro­da, 8 lu­te­go, 8.00

Do: pkier­nan@ha­rvard.edu

Te­mat: Re: Za­łatw ich, ty­gry­sie

Cześć, Paul, dzię­ku­ję za wia­do­mość i radę god­ną mę­dr­ca w spra­wie na­dob­nych pań z ty­tu­ła­mi dok­tor­ski­mi uni­wer­sy­te­tów Ivy Le­ague. Nie mogę się z tobą nie zgo­dzić. Przy­znam, że pew­nej nocy, gdy le­ża­łem sa­mot­nie w na­mio­cie, prze­szła mi przez gło­wę po­dob­na myśl. Nie­ste­ty, naj­wy­raź­niej nie było tego w kar­tach. Do tej pory Ro­chel­le jest je­dy­ną ko­bie­tą w moim ży­ciu. Mo­żesz jej wspo­mnieć, że to na­pi­sa­łem.

Oto no­wi­ny (sły­szę, jak Ro­chel­le wtrą­ca swo­je: „a nie mó­wi­łam”): wy­glą­da na to, że zo­sta­li­śmy zmi­li­ta­ry­zo­wa­ni. Pew­nie było to nie­uchron­ne, sko­ro przy­ję­li­śmy pie­nią­dze od USAM­RIID. (Mó­wię o po­waż­nej for­sie – re­ko­ne­sans lot­ni­czy nie jest tani, oprócz tego trze­ba było wy­ło­żyć 20 ty­się­cy do­lców na prze­kie­ro­wa­nie sa­te­li­ty, a dało nam to je­dy­nie 30 do­dat­ko­wych mi­nut). Mimo to cena wy­da­je się prze­sad­na. Kie­dy wczo­raj koń­czy­li­śmy przy­go­to­wa­nia do dro­gi, nad obo­zem za­wisł he­li­kop­ter i do­łą­czył do nas od­dział Sił Spe­cjal­nych. Wy­glą­da­li, jak­by szy­ko­wa­li się do za­ję­cia nie­przy­ja­ciel­skie­go bun­kra: moro do wal­ki w dżun­gli, zie­lo­no-czar­ny „ma­ki­jaż” i ce­low­ni­ki na pod­czer­wień za­mon­to­wa­ne na po­tęż­nych au­to­ma­tach M-19. Zna­ko­mi­cie wy­po­sa­że­ni. Nie­któ­rzy byli w bo­jo­wym na­stro­ju. Za nimi wlókł się ja­kiś fa­cet w gar­ni­tu­rze, cy­wil, któ­ry wy­glą­dał na do­wód­cę. Kie­dy do mnie pod­szedł, oka­za­ło się, że jest bar­dzo mło­dy. Nie miał na­wet trzy­dziest­ki, opa­lo­ny­jak za­wo­do­wy te­ni­si­sta. Co robi w od­dzia­le ko­man­do­sów? „Je­steś tym fa­ce­tem od wam­pi­rów?” – spy­tał. Wiesz, jak nie zno­szę tego sło­wa. Spró­buj do­stać grant z NAS7, je­śli masz w pa­pie­rach wzmian­kę o wam­pi­rach! Przy­tak­ną­łem, po­nie­waż chcia­łem być uprzej­my, poza tym fa­cet dys­po­no­wał wy­star­cza­ją­cą siłą ognia, aby do­ko­nać zbroj­ne­go prze­wro­tu w moim ma­łym pań­stew­ku. „Je­stem Mark Cole, dok­to­rze Lear”, od­po­wie­dział, ści­ska­jąc moją dłoń i uśmie­cha­jąc się sze­ro­ko. „Prze­by­łem dłu­gą dro­gę, aby pana po­znać. Coś panu po­wiem, zo­stał pan ma­jo­rem”. Po­my­śla­łem so­bie: ja­kim ma­jo­rem, do ja­snej cho­le­ry?! Co ci lu­dzie tu­taj ro­bią? „To eks­pe­dy­cja na­uko­wa”, po­in­for­mo­wa­łem go. „Już nie”, od­po­wie­dział. „Kto o tym zde­cy­do­wał?” – ja na to. „Mój szef, dok­to­rze Lear”. „Kto jest pań­skim sze­fem?” – spy­ta­łem. „Pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych”.

Tim był tro­chę wku­rzo­ny, bo dali mu tyl­ko ka­pi­ta­na. Nie od­róż­nił­bym ka­pi­ta­na od puł­kow­ni­ka San­der­sa, więc oso­bi­ście jest mi wszyst­ko jed­no. Praw­dzi­we­go za­mie­sza­nia na­ro­bi­ła Clau­dia. Za­gro­zi­ła, że spa­ku­je ma­nat­ki i wró­ci do domu. „Nie gło­so­wa­łam na tego fa­ce­ta i nie za­mie­rzam słu­żyć w jego pie­przo­nej ar­mii. Nie ob­cho­dzi mnie, co ten pa­lant po­wie­dział!”. Do­dam, że nikt z nas na nie­go nie gło­so­wał, a to, co się sta­ło, za­kra­wa­ło na je­den wiel­ki żart. Wte­dy oka­za­ło się, że Clau­dia jest kwa­kier­ką. Jej młod­szy brat ostro pro­te­sto­wał pod­czas woj­ny w Ira­nie. Ja­koś uda­ło nam się ją udo­bru­chać i na­mó­wić do po­zo­sta­nia. Obie­ca­li­śmy, że nie bę­dzie mu­sia­ła ni­ko­mu sa­lu­to­wać.

Sęk w tym, że na­praw­dę nie wiem, co ci go­ście tu ro­bią. Nie cho­dzi o to, że na­szą eks­pe­dy­cją in­te­re­su­je się woj­sko, bo prze­cież wy­da­je­my ich for­sę. Do­dam, że je­stem im za to wdzięcz­ny. Dla­cze­go jed­nak przy­sła­li od­dział ko­man­do­sów (na­zy­wa­li ich „spe­cjal­nym od­dzia­łem zwia­du”), żeby pil­no­wa­li gro­ma­dy bio­che­mi­ków? Dzie­ciak w gar­ni­tu­rze – pew­nie pra­cu­je w NSA, ale kto go tam wie? – po­wie­dział mi, że re­jon, w któ­rym dzia­ła­my, jest kon­tro­lo­wa­ny przez nar­ko­ty­ko­wy kar­tel Mon­toya, więc przy­sła­li żoł­nie­rzy, żeby za­pew­nić nam ochro­nę. „Jak by to wy­glą­da­ło, gdy­by ze­spół ame­ry­kań­skich na­ukow­ców zo­stał wy­bi­ty przez nar­ko­ty­ko­wych hersz­tów z Bo­li­wii? – za­py­tał. – Nie był­by to naj­szczę­śliw­szy dzień dla ame­ry­kań­skiej po­li­ty­ki za­gra­nicz­nej, dla ni­ko­go”. Nie za­prze­czy­łem, choć wie­dzia­łem, że w po­bli­żu nie gra­su­ją­żad­ne ban­dy. Ich ope­ra­cje kon­cen­tru­ją się w za­chod­niej czę­ści Wy­ży­ny Bo­li­wij­skiej. Część wschod­nia jest prak­tycz­nie nie­za­miesz­ka­na, je­śli nie li­czyć kil­ku roz­pro­szo­nych in­diań­skich osad, któ­rych miesz­kań­cy od lat nie mie­li kon­tak­tu ze świa­tem. Do­dam, że fa­cet wie, że ja wiem.

Od tego wszyst­kie­go roz­bo­la­ła mnie gło­wa, ale o ile wiem, obec­ność woj­ska nie wpły­nie na prze­bieg eks­pe­dy­cji. Zmie­ni się tyl­ko to, że bę­dzie nam to­wa­rzy­szyć cięż­ka ar­ty­le­ria. Żoł­nie­rze trzy­ma­ją się na ubo­czu. Nie sły­sza­łem, żeby któ­ryś otwo­rzył usta. Przy­znam, że to tro­chę upior­ne, ale nie wcho­dzą nam w pa­ra­dę.

Tak czy owak, wy­ru­sza­my ju­tro rano. Pro­po­zy­cja przy­wie­zie­nia węża nadal ak­tu­al­na.

Jo­nas mam wąt­pli­wo­ści.

We­dług wska­zań GPS-u je­ste­śmy do­bre 20 ki­lo­me­trów od celu. To­po­gra­fia te­re­nu zga­dza się z sa­te­li­tar­nym re­ko­ne­san­sem – rów­ni­na po­ro­śnię­ta gę­stą dżun­glą, choć rze­ka pły­nie głę­bo­kim wą­wo­zem o stro­mych wa­pien­nych ścia­nach po­dziu­ra­wio­nych ja­ski­nia­mi. Na­wet geo­log ama­tor po­tra­fił­by czy­tać w tych kli­fach jak w otwar­tej księ­dze. Na gó­rze znaj­du­je się war­stwa rzecz­nych osa­dów, a póź­niej, ja­kieś czte­ry me­try po­ni­żej kra­wę­dzi, czar­na li­nia wę­gla drzew­ne­go. Wszyst­ko się zga­dza z le­gen­dą Czib­czów. Ty­siąc lat temu cały te­ren zo­stał stra­wio­ny przez ogień: wiel­ki pło­mień ze­sła­ny przez boga Au­xla, pana Słoń­ca, aby znisz­czyć lu­dzi de­mo­ny i oca­lić świat. Ostat­niej nocy roz­ło­ży­li­śmy się z obo­zem na brze­gu rze­ki. O za­cho­dzie słoń­ca sły­chać było trze­pot skrzy­deł nie­to­pe­rzy wy­la­tu­ją­cych z pie­czar. Rano wy­ru­szy­li­śmy na wschód brze­giem rze­ki.

Zo­ba­czy­li­śmy ten po­sąg tuż po 12.00.

W pierw­szej chwi­li po­my­śla­łem, że mam przy­wi­dze­nia. Obej­rzyj zdję­cie, Paul. Przed­sta­wia ludz­ką po­stać, choć nie do koń­ca. Ma po­chy­lo­ną zwie­rzę­cą syl­wet­kę, dło­nie przy­po­mi­na­ją­ce szpo­ny i dłu­gie zęby. Tors jest sil­nie umię­śnio­ny, szcze­gó­ły po­zo­sta­ły wi­docz­ne mimo upły­wu… Wła­śnie, ile lat upły­nę­ło? Ile wie­ków wia­tru, desz­czu i słoń­ca mu­sia­ło mi­nąć, żeby na­ru­szyć ka­mień? Mimo to rzeź­ba za­pie­ra dech. Po­do­bień­stwo do in­nych wi­ze­run­ków, któ­re Ci po­ka­zy­wa­łem, jest nie­za­prze­czal­ne. Przy­po­mnij so­bie ko­lum­ny świą­ty­ni w Man­sar­ha, pła­sko­rzeź­by w miej­scu po­chów­ku w Xia­ny­an­gu, ma­lo­wi­dła ja­ski­nio­we w Co­tes d’Ar­mor.

Tej nocy było jesz­cze wię­cej nie­to­pe­rzy. Moż­na do nich przy­wyk­nąć, dzię­ki nim jest mniej ko­ma­rów. Clau­dia zbu­do­wa­ła pu­łap­kę, żeby schwy­tać jed­ne­go. Po­dob­no nie­to­pe­rze lu­bią brzo­skwi­nie z pusz­ki, więc uży­ła ich jako przy­nę­ty. Może Alex wo­lał­by nie­to­pe­rza za­miast ana­kon­dy?

J

Te­mat: ko­lej­ne pli­ki jpg

Za­łącz­nik: DSC00481.JPG (596 KB), DSC00486.JPG (582 KB), DSC00491.JPG (697 KB)

Obej­rzyj zdję­cia. Na­li­czy­li­śmy dzie­więć po­sta­ci.

Cole są­dzi, że je­ste­śmy śle­dze­ni, lecz nie chce po­wie­dzieć przez kogo. Mówi, że ma prze­czu­cie. Ca­ły­mi no­ca­mi kon­tak­tu­je się z kimś za po­mo­cą sys­te­mu sa­te­li­tar­ne­go. Wiem, że nie zdra­dzi mi, o co w tym wszyst­kich cho­dzi. Na szczę­ście prze­stał do mnie mó­wić „ma­jo­rze”. To mło­dzie­nia­szek, lecz nie jest taki zie­lo­ny, na ja­kie­go wy­glą­da.

Po­go­da wresz­cie się po­pra­wi­ła. Je­ste­śmy bli­sko celu, oko­ło 10 ki­lo­me­trów. Mamy do­bry czas.

Od: lear@amedd.army.mil

Data: nie­dzie­la, 19 lu­te­go, 21.51

Do: pkier­nan@ha­rvard.edu

Te­mat:

drzew, żeby zła­pać do­bry sy­gnał na GPS-ie. Na­gle usły­sza­łem krzy­ki i strza­ły, a kie­dy wró­ci­łem, sta­do od­le­cia­ło w dół rze­ki. W nocy zmar­ły czte­ry oso­by, w tym Clau­dia. Nie­to­pe­rze osa­czy­ły ją ze wszyst­kich stron. Pró­bo­wa­ła do­biec do rze­ki – pew­nie my­śla­ła, że od­pę­dzi je po dro­dze – lecz jej się nie uda­ło. Gdy do niej do­tar­li­śmy, stra­ci­ła tyle krwi, że nie mia­ła żad­nych szans. W cha­osie, jaki za­pa­no­wał, te be­stie po­ką­sa­ły lub po­dra­pa­ły sze­ściu in­nych. Wszy­scy są cho­rzy. Wy­glą­da na to, że cier­pią na ostrą po­stać bo­li­wij­skiej go­rącz­ki krwo­tocz­nej. Ob­ja­wy to krwa­wie­nie z ust i nosa, za­czer­wie­nio­na skó­ra i po­pę­ka­ne na­czy­nia wło­so­wa­te w oczach, wy­so­ka go­rącz­ka, płyn w płu­cach i śpiącz­ka. Skon­tak­to­wa­li­śmy się z CDC8, lecz bez ana­li­zy tkan­ki nie moż­na po­sta­wić dia­gno­zy. Kie­dy Tim pró­bo­wał od­pę­dzić nie­to­pe­rze od Clau­dii, prak­tycz­nie roz­szar­pa­ły mu ręce. Jego stan jest naj­cięż­szy. Wąt­pię, czy do­ży­je rana.

Ostat­niej nocy zno­wu się zja­wi­ły. Żoł­nie­rze utwo­rzy­li pier­ścień obron­ny, lecz było ich zbyt dużo, pew­nie set­ki ty­się­cy. Sta­do było tak wiel­kie, że przy­sło­ni­ło gwiaz­dy. Zgi­nę­li trzej ko­man­do­si i Cole. Stał przede mną. Wi­dzia­łem, jak go unio­sły, a póź­niej ro­ze­rwa­ły tak, jak go­rą­cy nóż kroi ma­sło. Tyle z nie­go zo­sta­ło, że le­d­wo zdo­ła­li­śmy go po­cho­wać.

Ta noc jest spo­koj­na. Nie wi­dzia­łem na nie­bie żad­ne­go nie­to­pe­rza. Oto­czy­li­śmy obóz pier­ście­niem ognisk i naj­wy­raź­niej to je po­wstrzy­ma­ło. Na­wet ko­man­do­si są prze­ra­że­ni. Za chwi­lę po­sta­no­wi­my, co ro­bić. Znisz­cze­niu ule­gło dużo cen­ne­go sprzę­tu. Nikt nie wie, jak do tego do­szło, lecz pod­czas ostat­nie­go ata­ku kil­ka gra­na­tów wpa­dło do ogni­ska, za­bi­ja­jąc jed­ne­go z żoł­nie­rzy i nisz­cząc ge­ne­ra­tor oraz na­miot, w któ­rym była więk­szość na­szych za­pa­sów. Nadal mamy urzą­dze­nia do łącz­no­ści sa­te­li­tar­nej i wy­star­cza­ją­cą ilość ła­dun­ku w ba­te­riach, aby po­pro­sić o ewa­ku­ację. Po­win­ni­śmy stąd zmia­tać.

Z dru­giej stro­ny, kie­dy za­sta­na­wiam się nad tym, dla­cze­go mam za­wró­cić, sko­ro do­tar­łem tak da­le­ko, nie umiem wy­mie­nić na­wet jed­ne­go po­wo­du. By­ło­by in­a­czej, gdy­by Liz żyła. My­ślę, iż przez ostat­ni rok ja­kaś cząst­ka mnie uda­wa­ła, że Liz na chwi­lę wy­je­cha­ła, że pew­ne­go dnia pod­nio­sę wzrok i zo­ba­czę ją w drzwiach: jej uśmiech i gło­wę prze­chy­lo­ną tak, że wło­sy nie za­sła­nia­ją twa­rzy. Że uj­rzę moją Liz, któ­ra wró­ci­ła do domu, spra­gnio­ną fi­li­żan­ki earl greya, go­to­wą do prze­chadz­ki z Char­le­sem mimo pa­da­ją­ce­go śnie­gu. Wiem, że tak się nie sta­nie. To dziw­ne, lecz wy­da­rze­nia dwóch ostat­nich nocy po­zwo­li­ły mi le­piej zro­zu­mieć, co ro­bi­my, o jaką staw­kę to­czy się gra. Nie ża­łu­ję, że tu przy­je­cha­łem. Je­śli po­zo­sta­li uzna­ją, że trze­ba wra­cać, być może pój­dę da­lej sam.

Nie­za­leż­nie od tego, co się sta­nie, jaką de­cy­zję po­dej­mę, chcę, abyś wie­dział, że by­łeś moim wiel­kim przy­ja­cie­lem. Wię­cej niż przy­ja­cie­lem, bra­tem. Czu­ję się dziw­nie, pi­sząc te sło­wa na brze­gu rze­ki, w środ­ku bo­li­wij­skiej dżun­gli, czte­ry ty­sią­ce mil od wszyst­kie­go, co znam i ko­cham. W jak­że dziw­ne miej­sca może za­pro­wa­dzić nas ży­cie, w ja­kie mrocz­ne ko­ry­ta­rze.

Od: lear@amedd.army.mil

Data: wto­rek, 21 lu­te­go, 5.31

Do: pkier­nan@ha­rvard.edu

Te­mat: Re: Bła­gam, nie bądź głup­cem, ucie­kaj

Paul, w nocy po­pro­si­li­śmy o ewa­ku­ację. Za­bio­rą nas za dzie­sięć go­dzin. Zda­niem wszyst­kich w ostat­niej chwi­li. Nie wy­obra­żam so­bie, że­by­śmy zdo­ła­li prze­żyć ko­lej­ną noc. Ci z nas, któ­rzy są zdro­wi, zde­cy­do­wa­li wy­ko­rzy­stać dzień na do­tar­cie do celu. Chcie­li­śmy cią­gnąć losy, lecz oka­za­ło się, że wszy­scy chcą pójść. Wy­ru­sza­my za go­dzi­nę, o świ­cie. Może ktoś zdo­ła oca­leć z tej rze­zi. Mam też do­brą wia­do­mość: w cią­gu ostat­nich go­dzin stan Tima się po­pra­wił. Go­rącz­ka spa­dła. Choć nadal jest nie­przy­tom­ny, krwa­wie­nie usta­ło, skó­ra wy­glą­da o wie­le le­piej. Los in­nych po­zo­sta­je nie­pew­ny.

Wiem, że Two­im bo­giem jest na­uka, Paul, lecz nie za­wa­dzi­ło­by, gdy­byś się za nas po­mo­dlił. Za wszyst­kich.

Do: pkier­nan@ha­rvard.edu

Te­mat:

Te­raz wiem, dla­cze­go przy­sła­li ko­man­do­sów.

3

Pod­le­ga­ją­ce tek­sa­skie­mu wy­mia­ro­wi spra­wie­dli­wo­ści wię­zie­nie Po­lun­sky, zwa­ne Ter­rell, bar­dziej przy­po­mi­na biu­ro­wiec lub duży pu­blicz­ny ogól­niak. Zaj­mu­je czte­ry akry pod­mo­kłe­go so­sno­we­go lasu i po­ro­śnię­tej ni­ską tra­wą pre­rii, co ozna­cza tyl­ko jed­no: je­śli zo­sta­łeś ska­za­ny za po­peł­nie­nie mor­der­stwa na te­re­nie Tek­sa­su, przy­je­cha­łeś tu­taj, by umrzeć.

Tego mar­co­we­go ran­ka mi­nę­ły ty­siąc trzy­sta trzy­dzie­ści dwa dni od cza­su, gdy An­tho­ny Lloyd Car­ter – wię­zień nu­mer 999642, ska­za­ny na karę śmier­ci przez wstrzyk­nię­cie tru­ci­zny za za­mor­do­wa­nie Ra­chel Wood, mat­ki dwoj­ga dzie­ci miesz­ka­ją­cej w Ho­uston, któ­rej co ty­dzień ko­sił tra­wę za czter­dzie­ści do­lców i szklan­kę mro­żo­nej her­ba­ty – był lo­ka­to­rem blo­ku dla ska­zań­ców za­kła­du Ter­rell. Kró­cej niż jed­ni, dłu­żej niż dru­dzy, choć Car­te­ro­wi nie ro­bi­ło to żad­nej róż­ni­cy. Nie dają na­gro­dy za to, że czło­wiek sie­dzi naj­dłu­żej przed eg­ze­ku­cją. Car­ter ja­dał sam, ćwi­czył sam, sam brał prysz­nic i ty­dzień zna­czył dla nie­go tyle, co dzień lub mie­siąc. Je­dy­ną od­mia­nę mo­gło sta­no­wić po­ja­wie­nie się straż­ni­ka i ka­pe­la­na i przej­ście do sali, w któ­rej cze­ka go igła. Ten dzień nie był wca­le od­le­gły. Po­zwo­lo­no mu czy­tać, lecz przy­cho­dzi­ło mu to z tru­dem. Czy­ta­nie nig­dy nie było dla nie­go ła­twe, więc daw­no dał so­bie z tym spo­kój. Jego cela była be­to­no­wą klat­ką o wy­mia­rach sześć na dzie­sięć stóp z oknem i sta­lo­wy­mi drzwia­mi z otwo­rem, przez któ­ry mógł­by co naj­wy­żej wy­cią­gnąć ręce. I na tym ko­niec. Więk­szość cza­su spę­dzał na pry­czy, z gło­wą tak pu­stą, jak pu­ste wia­dro. Czę­sto nie wie­dział, czy już się obu­dził, czy jesz­cze śpi.

Dzień za­czął się po­dob­nie jak inne, o trze­ciej, kie­dy za­pa­li­li świa­tło i wsu­nę­li przez otwór tacę ze śnia­da­niem. Zwy­kle ser­wo­wa­li zim­ne płat­ki zbo­żo­we z mle­kiem, jaj­ka w prosz­ku lub na­le­śni­ki. Te ostat­nie były naj­lep­sze. Pla­sti­ko­wy wi­de­lec czę­sto pę­kał, a ten był taki sam jak inne. Car­ter sie­dział na pry­czy i jadł na­le­śni­ki zwi­nię­te jak taco. Inni ska­zań­cy ze skrzy­dła P na­rze­ka­li na pod­łe żar­cie, lecz Car­ter uwa­żał, że w su­mie wca­le nie jest ta­kie złe. Zda­rza­ło mu się go­rzej ja­dać, pa­mię­tał też dni, gdy nie miał co wło­żyć do ust, więc na­le­śni­ki z ma­słem orze­cho­wym z sa­me­go rana były mi­łym wi­do­kiem, na­wet je­śli nic nie wska­zy­wa­ło na to, że tego dnia uda mu się czmych­nąć.

W Ter­rell były dni od­wie­dzin, lecz Car­ter miał tyl­ko jed­ne­go go­ścia – męża ko­bie­ty, któ­rą za­mor­do­wał. Fa­cet przy­szedł, aby mu po­wie­dzieć, że od­na­lazł Je­zu­sa, Pana. Że mo­dlił się za Car­te­ra, któ­ry po­zba­wił go na za­wsze pięk­nej żony i ode­brał mat­kę jego ma­łym dzie­ciom. Że po dłu­gich ty­go­dniach i mie­sią­cach mo­dli­twy zdo­łał się z tym po­go­dzić i po­sta­no­wił mu prze­ba­czyć. Dłu­go pła­kał, sie­dząc po dru­giej stro­nie szy­by ze słu­chaw­ką przy­ci­śnię­tą do ucha. Car­ter też był chrze­ści­ja­ni­nem, cza­sa­mi, więc do­ce­nił to, co tam­ten miał mu do po­wie­dze­nia, choć po spo­so­bie, w jaki wy­po­wie­dział sło­wa prze­ba­cze­nia, moż­na by są­dzić, iż po­sta­no­wił to zro­bić, żeby le­piej się po­czuć. Nie wspo­mniał, że bę­dzie pró­bo­wał za­po­biec eg­ze­ku­cji. Car­ter nie miał po­ję­cia, jak roz­mo­wa o tym, co się sta­ło, może po­pra­wić jego sy­tu­ację, więc grzecz­nie po­dzię­ko­wał, po­wie­dział „niech ci Bóg bło­go­sła­wi”, prze­pro­sił i stwier­dził, że je­śli spo­tka w nie­bie pa­nią Wood, opo­wie jej, co zro­bił jej mąż. Usły­szaw­szy to, tam­ten ze­rwał się i szyb­ko wy­szedł z sali, zo­sta­wia­jąc go ze słu­chaw­ką w ręku. Wła­śnie wte­dy Car­ter miał ostat­nie­go go­ścia. Co naj­mniej dwa lata temu.

Sęk w tym, że pani Wood za­wsze do­brze go trak­to­wa­ła, da­wa­ła mu pięć lub dzie­sięć do­lców eks­tra, a w upal­ne dni przy­no­si­ła mro­żo­ną her­ba­tę, za­wsze na ma­łej tacy, jak kel­ne­rzy w re­stau­ra­cji. W su­mie to, co się mię­dzy nimi zda­rzy­ło, było za­gma­twa­ne. Car­ter ża­ło­wał tego, co zro­bił, ża­ło­wał do szpi­ku ko­ści, lecz nadal nie po­tra­fił zro­zu­mieć, choć wał­ko­wał to na wszyst­kie stro­ny. Nig­dy nie za­prze­czał, że ją za­mor­do­wał, lecz uwa­żał za nie­spra­wie­dli­we, iż umrze za coś, cze­go nie poj­mu­je, a przy­najm­niej, że umrze, za­nim zdo­ła roz­wi­kłać za­gad­kę. Roz­my­ślał o tym od czte­rech lat, lecz spra­wa nie sta­ła się przez to ani tro­chę bar­dziej zro­zu­mia­ła. Może nie po­tra­fił zro­zu­mieć, bo nie po­go­dził się z tym, co za­szło, tak jak pan Wood. Wła­ści­wie wszyst­ko wy­da­wa­ło mu się co­raz bar­dziej bez­sen­sow­ne. Dni i ty­go­dnie zla­ły się w jed­no, po­wo­du­jąc, że za­czął mieć wąt­pli­wo­ści, czy do­brze za­pa­mię­tał, co się sta­ło.

O szó­stej rano, kie­dy przy­cho­dzi­ła nowa zmia­na, straż­ni­cy znów bu­dzi­li więź­niów, wy­wo­łu­jąc na­zwi­ska i nu­me­ry, a na­stęp­nie prze­cho­dzi­li ko­ry­ta­rzem z wor­ka­mi na brud­ne ubra­nia, do któ­rych osa­dze­ni wrzu­ca­li skar­pe­ty i bok­ser­ki. To ozna­cza­ło, że jest pią­tek. Car­ter brał prysz­nic raz w ty­go­dniu, a z fry­zje­rem wi­dy­wał się co sześć­dzie­siąt dni, więc czy­ste ubra­nie było przy­jem­ną rze­czą. La­tem skó­ra ro­bi­ła się bar­dziej lep­ka, bo czło­wiek po­cił się przez cały dzień, na­wet je­śli le­żał bez ru­chu, jak ka­mień. Z tego, co sześć mie­się­cy temu na­pi­sał mu praw­nik, wy­ni­ka­ło, że nie bę­dzie mu­siał zno­sić ko­lej­ne­go tek­sa­skie­go lata. Dru­gie­go czerw­ca na­dej­dzie kres jego udrę­ki.

Z za­du­my wy­rwa­ły go dwa gło­śne stuk­nię­cia w drzwi.

– Car­ter. An­tho­ny Car­ter. – Głos na­le­żał do Szczy­pa­wy, do­wód­cy zmia­ny.

– Daj spo­kój, Szczy­pa­wa! – od­krzyk­nął z pry­czy Car­ter. – A niby kto ma tu sie­dzieć?!

– Po­dejdź do za­ło­że­nia kaj­da­nek, Tone.

– Jesz­cze nie pora na spa­cer! Prze­cież to nie dzień ką­pie­li!

– My­ślisz, że mam czas na po­ga­dusz­ki?

Car­ter pod­niósł się z pry­czy, na któ­rej le­żał, ga­piąc się w su­fit i roz­my­śla­jąc o ko­bie­cie i szklan­ce mro­żo­nej her­ba­ty na tacy. Jego cia­ło było po­wol­ne i obo­la­łe. Z tru­dem uklęk­nął, od­wra­ca­jąc się ple­ca­mi do drzwi. Ro­bił to ty­sią­ce razy, lecz nig­dy nie po­lu­bił. Naj­trud­niej­sze było za­cho­wa­nie rów­no­wa­gi. Kie­dy ukląkł, ścią­gnął ło­pat­ki i wsu­nął ręce w otwór, przez któ­ry po­da­wa­no je­dze­nie. Po­czuł chłód me­ta­lu, gdy Szczy­pa­wa skuł mu nad­garst­ki. Więź­nio­wie na­zy­wa­li go Szczy­pa­wą, bo za­pi­nał je bar­dzo cia­sno.

– Wsta­waj, Car­ter.

Wy­su­nął sto­pę do przo­du, sły­sząc trzask sta­wu ko­la­no­we­go to­wa­rzy­szą­cy prze­su­nię­ciu środ­ka cięż­ko­ści, jed­no­cze­śnie wyj­mu­jąc sku­te ręce z otwo­ru. Zza drzwi do­le­ciał brzęk klu­czy. W pro­gu uj­rzał Szczy­pa­wę i straż­ni­ka na­zy­wa­ne­go Den­nis Groź­ny, bo miał wło­sy jak dzie­ciak z kre­sków­ki i lu­bił wy­gra­żać więź­niom pał­ką. Fa­cet umiał zna­leźć wraż­li­we miej­sca, któ­re nie­wia­ry­god­nie bo­la­ły, gdy wal­nął w nie ka­wa­łem drew­na.

– Masz go­ścia, Car­ter – oznaj­mił Szczy­pa­wa. – Przy­szedł do cie­bie ktoś, kto nie jest two­ją mat­ką ani praw­ni­kiem. – Nie uśmiech­nął się ani nic ta­kie­go, choć Den­nis wy­glą­dał, jak­by do­brze się ba­wił.

– Ma­mu­sia jest z Je­zu­sem od cza­su, gdy mia­łem dzie­sięć lat – wy­ja­śnił Car­ter. – Szczy­pa­wa, mó­wi­łem ci to set­ki razy. Kto chce mnie wi­dzieć?

– Nie mogę po­wie­dzieć. Na­czel­nik wię­zie­nia to za­ła­twił. Mam cię za­pro­wa­dzić do ka­bi­ny.

Car­ter po­my­ślał, że nie za­no­si się na nic do­bre­go. Mąż pani Wood od­wie­dził go tak daw­no temu, że może przy­szedł się po­że­gnać albo po­wie­dzieć, iż zmie­nił zda­nie. Jed­nak ci nie prze­ba­czę, An­tho­ny Car­te­rze, idź do pie­kła. Tak czy owak, Car­ter nie miał mu nic do po­wie­dze­nia. Bez prze­rwy po­wta­rzał, że jest mu przy­kro, i nie za­mie­rzał zno­wu tego ro­bić.

– Pój­dziesz z nami – po­wie­dział Szczy­pa­wa.

Po­pro­wa­dzi­li go ko­ry­ta­rzem. Szczy­pa­wa trzy­mał go moc­no za ło­kieć, kie­ru­jąc nim jak dziec­kiem w tłu­mie lub dziew­czy­ną pod­czas tań­ca. Wszę­dzie pro­wa­dzi­li go w taki spo­sób, na­wet pod prysz­nic. Z jed­nej stro­ny czło­wiek przy­zwy­cza­jał się do tego, że inni kła­dą na nim łap­ska, z dru­giej nie. Den­nis ru­szył pierw­szy, otwie­ra­jąc drzwi od­dzie­la­ją­ce skrzy­dło P od po­zo­sta­łych pa­wi­lo­nów, a na­stęp­nie ze­wnętrz­ne, aby za­pro­wa­dzić go do ka­bin ko­ry­ta­rzem bie­gną­cym obok cel ze zwy­kły­mi więź­nia­mi. Car­ter od pra­wie dwóch lat nie opusz­czał skrzy­dła P. P od „pie­kła”, P od „przy­łóż mi jesz­cze raz tym ki­jem”, P od „pa, ma­mu­siu, w każ­dej chwi­li mogę zo­ba­czyć Je­zu­sa”. Szedł ze wzro­kiem wbi­tym w zie­mię, jed­no­cze­śnie roz­glą­da­jąc się, choć­by po to, żeby oczy mo­gły się za­trzy­mać na czymś no­wym. Nadal był jed­nak w Ter­rell, la­bi­ryn­cie z be­to­nu i sta­li, z cięż­ki­mi drzwia­mi i kwa­śnym po­wie­trzem cuch­ną­cym mę­skim po­tem.

W pa­wi­lo­nie od­wie­dzin za­mel­do­wa­li się ofi­ce­ro­wi dy­żur­ne­mu i we­szli do pu­stej ka­bi­ny. Tu było cie­plej o dzie­sięć stop­ni i tak in­ten­syw­nie pach­nia­ło wy­bie­la­czem, że Car­te­ra za­czę­ły piec oczy. Kie­dy Szczy­pa­wa zdej­mo­wał kaj­dan­ki, Den­nis trzy­mał pał­kę przy czu­łym miej­scu pod bro­dą Car­te­ra. Póź­niej sku­li go z przo­du, ręce i nogi. Na ścia­nie wi­sia­ło mnó­stwo ta­blic z na­pi­sa­mi, co Car­ter może, a cze­go nie może zro­bić. Nie za­mie­rzał się mę­czyć ich od­czy­ty­wa­niem ani na­wet na nie spoj­rzeć. Za­pro­wa­dzi­li go do krze­sła i wci­snę­li do ręki słu­chaw­kę. Car­ter mógł ją przy­ło­żyć do ucha, je­śli pod­cią­gnął ko­la­na. Ko­lej­ny chrzęst w sta­wach. Łań­cuch prze­su­nął się po klat­ce pier­sio­wej jak dłu­gi za­mek bły­ska­wicz­ny.

– Ostat­nim ra­zem nie mu­sia­łem no­sić kaj­da­nek – za­uwa­żył.

Szczy­pa­wa za­re­cho­tał nie­przy­jem­nie.

– Przy­kro mi, czyż­by­śmy za­po­mnie­li cię uprzej­mie po­pro­sić? Chrzań się, Car­ter. Masz dzie­sięć mi­nut.

Kie­dy wy­szli, cze­kał, aż drzwi po prze­ciw­nej stro­nie się otwo­rzą i oka­że się, któż to przy­szedł go zo­ba­czyć po tak dłu­gim cza­sie.

• • •

Agent spe­cjal­ny Brad Wol­gast nie­na­wi­dził Tek­sa­su. Nie­na­wi­dził wszyst­kie­go w tym sta­nie.

Nie­na­wi­dził po­go­dy, bo w jed­nej chwi­li było go­rą­co jak w pie­cu, a w dru­giej lo­do­wa­to zim­no. Nie­na­wi­dził po­wie­trza, któ­re było tak wil­got­ne, że mia­ło się wra­że­nie, iż ma się na gło­wie mo­kry ręcz­nik. Nie­na­wi­dził tek­sa­skie­go kra­jo­bra­zu, po­czy­na­jąc od ża­ło­snych drzew o uschnię­tych sę­ka­tych ko­na­rach po­ru­sza­nych przez wiatr, jak na ry­sun­kach dok­to­ra Seus­sa. Nie­na­wi­dził ta­blic z ogło­sze­nia­mi i au­to­strad, i ano­ni­mo­wych osie­dli, i tek­sa­skiej fla­gi, któ­ra po­wie­wa­ła nad wszyst­kim w tym sta­nie, wiel­ka jak cyr­ko­wy na­miot. Nie­na­wi­dził ogrom­nych fur­go­ne­tek, któ­ry­mi wszy­scy się po­ru­sza­ją, choć trze­ba pła­cić trzy­na­ście do­lców za ga­lon, a świat wol­no wy­pa­ro­wu­je, jak opa­ko­wa­nie zie­lo­ne­go grosz­ku w mi­kro­fa­lów­ce. Nie­na­wi­dził kow­boj­skich bu­tów i kla­mer przy pa­sach, i spo­so­bu mó­wie­nia su­ge­ru­ją­ce­go, że Tek­sań­czy­cy spę­dza­ją całe dnie, jeż­dżąc kon­no i wią­żąc by­dło, za­miast myć zęby, sprze­da­wać ubez­pie­cze­nia i pro­wa­dzić księ­gi ra­chun­ko­we, jak wszy­scy nor­mal­ni lu­dzie.

Nie­na­wi­dził Tek­sa­su przede wszyst­kim dla­te­go, że ro­dzi­ce zmu­si­li go, aby tu za­miesz­kał, kie­dy cho­dził do ogól­nia­ka. Wol­gast miał czter­dzie­ści czte­ry lata i nadal był w nie­złej for­mie, choć do­ku­cza­ły mu róż­ne bóle, a wło­sy za­czę­ły się prze­rze­dzać. Cho­ciaż szkol­ne cza­sy daw­no mi­nę­ły i nie było cze­go ża­ło­wać, kie­dy je­chał z Doy­le’em au­to­stra­dą sta­no­wą nu­mer pięć­dzie­siąt dzie­więć na pół­noc od Ho­uston, a wo­kół nadal była wio­sna, ode­zwa­ła się daw­na rana. Tek­sas, ża­ło­sny ka­wał scha­bo­we­go z ko­ścią wiel­ko­ści ca­łe­go sta­nu. W jed­nej chwi­li był szczę­śli­wym dzie­cia­kiem ło­wią­cym ryby z po­mo­stu u uj­ścia rze­ki Coos, ba­wią­cym się z ko­le­ga­mi w le­sie za do­mem przez nie­ma­ją­ce koń­ca bez­tro­skie go­dzi­ny, a w na­stęp­nej zna­lazł się w miej­skim ba­gnie Ho­uston, w gów­nia­nym par­te­ro­wym domu bez odro­bi­ny cie­nia. Kie­dy szedł do szko­ły w tem­pe­ra­tu­rze stu czter­dzie­stu stop­ni Fah­ren­he­ita, czuł się tak, jak­by miał na gło­wie wiel­ki but. My­ślał, że jest na koń­cu świa­ta, i wła­śnie tam był. Pierw­sze­go dnia w szko­le na­uczy­ciel ka­zał mu wstać i wy­re­cy­to­wać tek­sa­ską przy­się­gę wier­no­ści, jak­by mu­siał się zgo­dzić na za­miesz­ka­nie w zu­peł­nie ob­cym kra­ju. Póź­niej na­de­szły trzy po­nu­re lata. Był szczę­śli­wy, gdy wy­jeż­dżał, mimo oko­licz­no­ści, któ­re temu to­wa­rzy­szy­ły. Jego sta­ry był in­ży­nie­rem me­cha­ni­kiem. Ro­dzi­ce po­zna­li się, kie­dy oj­ciec rok po stu­diach pod­jął pra­cę na­uczy­cie­la ma­te­ma­ty­ki w re­zer­wa­cie Gran­de Ron­de, gdzie jego mat­ka, pół­krwi In­dian­ka Chi­no­ok, z domu Po-Bear, pra­co­wa­ła jako po­moc­ni­ca pie­lę­gniar­ki. Prze­pro­wa­dzi­li się do Tek­sa­su z po­wo­du pie­nię­dzy, lecz oj­ciec stra­cił ro­bo­tę w 1986 roku, gdy skoń­czy­ła się ko­niunk­tu­ra. Kie­dy nie uda­ło im się sprze­dać domu, oj­ciec zo­sta­wił klu­cze w ban­ku. Prze­pro­wa­dzi­li się do Mi­chi­gan, a póź­niej do Ohio i pół­noc­nej czę­ści sta­nu Nowy Jork. Oj­ciec brał ro­bo­tę gdzie po­pa­dło, lecz nig­dy nie zdo­łał się po­zbie­rać. Zmarł na raka trzust­ki, gdy Wol­gast skoń­czył ogól­niak – trze­ci, do któ­re­go uczęsz­czał – i ła­two było uznać, że Tek­sas w ja­kimś stop­niu się do tego przy­czy­nił. Mat­ka wró­ci­ła do Ore­go­nu, lecz wkrót­ce i ona ode­szła.

Ode­szli wszy­scy.

Pierw­sze­go fa­ce­ta, Bab­coc­ka, zna­lazł w Ne­va­dzie. Inni po­cho­dzi­li z Ari­zo­ny, Lu­izja­ny, Wy­omin­gu, Flo­ry­dy, In­dia­ny i De­la­wa­re. Wol­ga­sta to nie ob­cho­dzi­ło, choć wszyst­ko było lep­sze od Tek­sa­su.

Noc wcze­śniej Wol­gast i Doy­le przy­le­cie­li do Ho­uston z De­nver. Prze­no­co­wa­li w ho­te­lu Ra­dis­son obok lot­ni­ska (Wol­gast chciał po­je­chać do mia­sta i od­na­leźć swój sta­ry dom, lecz w koń­cu uznał, że nie jest mu to do ni­cze­go po­trzeb­ne), a rano wy­na­ję­li sa­mo­chód, chry­sle­ra vic­to­ry, tak no­we­go, że pach­niał jak jed­no­do­la­ro­wy bank­not, i wy­ru­szy­li na pół­noc. Dzień był po­god­ny, nad nimi roz­po­ście­ra­ło się cha­bro­we nie­bo. Wol­gast pro­wa­dził, a Doy­le po­pi­jał kawę z mle­kiem, prze­glą­da­jąc ster­tę pa­pie­rów le­żą­cych na jego ko­la­nach.

– Po­znaj An­tho­ny’ego Car­te­ra – po­wie­dział, pod­no­sząc zdję­cie. – Obiekt nu­mer dwa­na­ście.