Wydawca: Buchmann Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Przejęcie władzy ebook

Vince Flynn

3.77777777777778 (18)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przejęcie władzy - Vince Flynn

 

 

Vince Flynn pozostaje królem wyrafinowanej powieści politycznej.

Dan Brown

Stany Zjednoczone w niebezpieczeństwie! Czy istnieje ktoś, kto poświęcając wszystko, zdoła powtrzymać dramatyczny bieg wypadków?

Mitch Rapp od kilku lat pracuje jako tajny agent w CIA. Mało kto w strukturze zna jego prawdziwe nazwisko i rzeczywiste metody pracy. Jego specjalnością są sprawy beznadziejne – Mitch zajmuje się walką z terroryzmem i jest asem w rękawie służb specjalnych USA. Ten zawód wymaga od niego bezwzględności i zimnej krwi, a Rapp posiada niezbędną w tej pracy motywację – w zamachu przed laty zginęła jego sympatia… Wiedziony chęcią zemsty mężczyzna nie cofnie się przed niczym, by wygrać niebezpieczną walkę z terrorystami.

Kiedy wszystko idzie według planu i nic nie wskazuje na to, by sytuacja mogła wymknąć się Amerykanom spod kontroli, islamiści podstępem opanowują Biały Dom. Ginie wielu niewinnych ludzi, terroryści biorą zakładników. Prezydentowi Hayesowi w ostatniej chwili udaje się ukryć w bunkrze pod budynkiem. Czy aby na pewno jest tam bezpieczny? Cała nadzieja w Mitchu Rappie, tylko on może przywrócić dawny ład…

Vince Flynn w mistrzowski sposób opisuje strukturę tajnych służb USA i wiarygodnie odtwarza metody ich działania. Porusza również fundamentalny dla współczesnego świata problem walki z terroryzmem, skupiając się na sytuacji Stanów Zjednoczonych jako państwa najbardziej zaangażowanego w ten konflikt.

 

Sytuacja jak z dzisiejszych czasów… Szokująca podróż za kulisy władzy… Akcja jest wyśmienita, a końcowe rozdziały budzą dreszcz emocji.

„Cleveland Plain Dealer”

 

Udany thriller polityczny. Akcja biegnie z zawrotną prędkością. Gdy zaczniesz czytać, nie będziesz w stanie się oderwać.

„Times Record News”

 

Świetna, wciągająca lektura.

„Wisconsin State Journal”

 

Opinie o ebooku Przejęcie władzy - Vince Flynn

Fragment ebooka Przejęcie władzy - Vince Flynn

PRZE­JĘ­CIE WŁA­DZY

Vin­ce Flynn

prze­ło­żył Jan S. Zaus

Warszawa 2013

Ty­tuł ory­gi­na­łu Trans­fer of Po­wer

Prze­kład Jan S. Zaus

Ko­rek­ta Mag­da­le­na Goł­da­now­ska

Pro­jekt okład­ki Ma­riusz Ba­na­cho­wicz

Kon­sul­ta­cja mi­li­tar­na Ja­ro­sław Ko­tar­ski

Ko­or­dy­na­cja

Co­py­ri­ght © by Vin­ce Flynn, 1999 All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Jan S. Zaus

ISBN 978-83-7881-078-0

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

biu­ro@gwfok­sal.pl

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej Mi­chał Olew­nik / Wy­daw­nic­two W.A.B.i Mi­chał La­tu­sek / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Dla Te­ren­ce’a i Ka­th­le­en Flyn­nów

Uwzględ­nia­jąc wa­run­ki po­sta­wio­ne przez Se­cret Se­rvi­ce, a tak­że ma­jąc na uwa­dze bez­pie­czeń­stwo pre­zy­den­ta, pew­ne szcze­gó­ły do­ty­czą­ce tak­ty­ki sto­so­wa­nej przez Taj­ną Służ­bę Sta­nów Zjed­no­czo­nych zwią­za­ne z Bia­łym Do­mem zo­sta­ły zmie­nio­ne albo po­mi­nię­te.

Waszyngton

Z ciem­nie­ją­ce­go wio­sen­ne­go nie­ba opa­da­ła gę­sta mgła, gdy czar­na li­mu­zy­na wy­je­cha­ła z Uli­cy E. Opan­ce­rzo­ny sa­mo­chód szyb­ko mi­nął be­to­no­wo-sta­lo­we za­po­ry – pa­sa­że­rom wy­raź­nie się spie­szy­ło. Li­mu­zy­na skrę­ci­ła w West Exe­cu­ti­ve Dri­ve, przez mo­ment zwol­ni­ła przed otwie­ra­ją­cą się ma­syw­ną czar­ną bra­mą, ale za­raz po mi­nię­ciu jej na­bra­ła peł­nej szyb­ko­ści. Roz­pry­sku­jąc ka­łu­że, ostro za­ha­mo­wa­ła przed wej­ściem do za­chod­nie­go skrzy­dła Bia­łe­go Domu.

Tyl­ne drzwi otwo­rzy­ły się i z sa­mo­cho­du wy­sia­dła dok­tor Ire­ne Ken­ne­dy. Prze­szła pod dłu­gim bia­łym za­da­sze­niem cią­gną­cym się od bu­dyn­ku do kra­węż­ni­ka i za­trzy­ma­ła się, cze­ka­jąc na swo­je­go sze­fa. Tho­mas Stans­field wy­siadł wol­no i z tru­dem, po czym za­piął ma­ry­nar­kę ciem­no­po­pie­la­te­go gar­ni­tu­ru. Sie­dem­dzie­się­cio­dzie­wię­cio­let­ni Stans­field był zna­ną po­sta­cią w krę­gach zwią­za­nych z wy­wia­dem. Ka­rie­rę roz­po­czął pod­czas dru­giej woj­ny świa­to­wej, dzia­ła­jąc w OSS1, or­ga­ni­za­cji, któ­ra była po­przed­nicz­ką CIA. Zo­stał zwer­bo­wa­ny jako je­den z pierw­szych przez Wil­da Bil­la Do­no­va­na. Było to pra­wie sześć­dzie­siąt lat temu, w cza­sie in­nej woj­ny, pro­wa­dzo­nej przez in­a­czej wy­cho­wa­nych lu­dzi. Stans­field był rów­nież jed­nym z ostat­nich przed­sta­wi­cie­li tam­te­go po­ko­le­nia, któ­rzy po­zo­sta­li jesz­cze w czyn­nej służ­bie. Inni ode­szli na eme­ry­tu­rę albo zmar­li – i to krót­ko przed prze­ka­za­niem przez nie­go wła­dzy nad tą, tak czę­sto oczer­nia­ną i sta­wia­ną pod prę­gie­rzem, agen­cją wy­wia­dow­czą.

Za kie­row­nic­twem Stans­fiel­da CIA zmie­ni­ła się – a ści­ślej mó­wiąc, zmie­ni­ły się za­gro­że­nia i to wy­mu­si­ło trans­for­ma­cję taj­nych służb. Daw­no mi­nę­ły sta­re do­bre cza­sy sta­bil­nej ry­wa­li­za­cji dwóch świa­to­wych mo­carstw, za­stą­pi­ły ją małe, re­gio­nal­ne kon­flik­ty i nie­usta­ją­ce za­gro­że­nie ter­ro­ry­zmem. A te­raz, pod ko­niec bły­sko­tli­wej ka­rie­ry, Stans­fiel­da naj­bar­dziej nie­po­ko­ił wła­śnie ten pro­blem. Co­raz bar­dziej re­al­na sta­wa­ła się wi­zja bio­lo­gicz­ne­go, che­micz­ne­go albo nu­kle­ar­ne­go uni­ce­stwie­nia Ame­ry­ki.

Stans­field zmarsz­czył czo­ło, ob­ser­wu­jąc przed­wie­czor­ną, wol­no opa­da­ją­cą mgłę; na jego twa­rzy po­ja­wił się wy­raz nie­po­ko­ju, któ­re­go przy­czyn sam nie po­tra­fił wy­raź­nie spre­cy­zo­wać. Rzu­cił ostat­nie spoj­rze­nie na ciem­nie­ją­ce nie­bo i wszedł pod za­da­sze­nie.

Ken­ne­dy mi­nę­ła po­dwój­ne drzwi, przy któ­rych war­tę peł­ni­ło dwóch agen­tów Se­cret Se­rvi­ce, i we­szła w dłu­gi ko­ry­tarz. Znaj­do­wa­li się na par­te­rze za­chod­nie­go skrzy­dła. Ga­bi­net pre­zy­den­ta mie­ścił się pię­tro wy­żej, ale nie tam mie­li się z nim spo­tkać. Ire­ne Ken­ne­dy szła da­lej, a Stans­field po­dą­żał za nią jak zwy­kle sta­ran­nie od­mie­rzo­ny­mi kro­ka­mi.

Na koń­cu ko­ry­ta­rza, po pra­wej stro­nie, stał z za­ło­żo­ny­mi na pier­siach rę­ka­mi ofi­cer ma­ry­nar­ki wo­jen­nej Sta­nów Zjed­no­czo­nych w nie­na­gan­nie wy­pra­so­wa­nym mun­du­rze.

– Do­bry wie­czór, dok­tor Ken­ne­dy. Wszyst­ko go­to­we. Pre­zy­dent i ge­ne­ra­ło­wie cze­ka­ją na pa­nią. – Ofi­cer dy­żur­ny Po­ko­ju Do­wo­dze­nia wska­zał na lewo.

– Dzię­ku­ję, ko­man­do­rze Hicks – od­par­ła Ken­ne­dy i mi­nę­ła ofi­ce­ra ma­ry­nar­ki.

Ze­szli po kil­ku stop­niach, skrę­ci­li w pra­wo i za­trzy­ma­li się przed opan­ce­rzo­ny­mi drzwia­mi z umiesz­czo­ną nad nimi ka­me­rą. Po le­wej stro­nie znaj­do­wa­ła się czar­no-zło­ta ta­blicz­ka z na­pi­sem „Bia­ły Dom. Po­kój Do­wo­dze­nia. Do­stęp ogra­ni­czo­ny”.

Za­brzę­czał za­mek i Ken­ne­dy pchnę­ła drzwi. We­szła i skrę­ci­ła na lewo, do no­we­go ga­bi­ne­tu kon­fe­ren­cyj­ne­go, zwa­ne­go Po­ko­jem Do­wo­dze­nia. Stans­field po­dą­żył za nią, na­to­miast idą­cy jako ostat­ni ko­man­dor Hicks za­mknął za nimi drzwi dźwię­ko­chłon­ne.

W głę­bi ga­bi­ne­tu stał pre­zy­dent Ro­bert Hay­es w smo­kin­gu. Słu­chał uważ­nie dwóch znaj­du­ją­cych się przed nim męż­czyzn. Pierw­szym był ge­ne­rał Flo­od, szef Ko­le­gium Po­łą­czo­nych Sze­fów Szta­bów. Mie­rzył sześć stóp i czte­ry cale i wa­żył pra­wie dwie­ście sie­dem­dzie­siąt fun­tów. Dru­gim męż­czy­zną był ge­ne­rał Camp­bell, o pół sto­py niż­szy i sto fun­tów lżej­szy od swe­go prze­ło­żo­ne­go. Camp­bell był do­wód­cą woj­sko­we­go Po­łą­czo­ne­go Do­wódz­twa Ope­ra­cji Spe­cjal­nych (JSOC). Sta­no­wi­sko to ob­jął nie­daw­no; przed­tem do­wo­dził 82 Dy­wi­zją Po­wietrz­no-De­san­to­wą i 18 Kor­pu­sem Po­wietrz­no-De­san­to­wym.

Pre­zy­dent Hay­es pia­sto­wał urząd od za­le­d­wie pię­ciu mie­się­cy i utrzy­my­wał po­praw­ne sto­sun­ki za­rów­no z Pen­ta­go­nem, jak i z CIA. Przed ob­ję­ciem pre­zy­den­tu­ry Ro­bert Xa­vier Hay­es był kon­gres­me­nem i se­na­to­rem. Ten de­mo­kra­ta z Ohio zo­stał wy­bra­ny na naj­wyż­szy urząd w pań­stwie głów­nie dla­te­go, że wiódł wzo­ro­we ży­cie pry­wat­ne i był po­strze­ga­ny jako ktoś, kto może zła­go­dzić cią­gle po­głę­bia­ją­cy się roz­dź­więk mię­dzy dwie­ma ry­wa­li­zu­ją­cy­mi par­tia­mi. Po­przed­nią ad­mi­ni­stra­cję tak bar­dzo na­pięt­no­wał skan­dal, że Ame­ry­ka­nie byli nie­mal zmu­sze­ni zna­leźć oso­bę, któ­ra mo­gła­by się po­chwa­lić przy­kład­nym ży­ciem i sta­nąć z pod­nie­sio­nym czo­łem przed wścib­ską pra­są. Hay­es był szczę­śli­wym mał­żon­kiem, miał trój­kę do­ro­słych dzie­ci, któ­re pro­wa­dzi­ły na tyle unor­mo­wa­ny tryb ży­cia, że pra­sa bru­ko­wa nie­wie­le mo­gła zna­leźć.

Ken­ne­dy po­ło­ży­ła ak­tów­kę na krze­śle przy koń­cu dłu­gie­go sto­łu i po­wie­dzia­ła:

– Pro­szę sia­dać, mo­że­my za­czy­nać.

Wy­raź­nie się spie­szy­ła. Spra­wy to­czy­ły się szyb­ko. Stans­field przy­wi­tał się z pre­zy­den­tem i ge­ne­ra­ła­mi. Ża­den nie kwa­pił się do roz­mo­wy. Pre­zy­dent pod­szedł do prze­ciw­le­głe­go krań­ca sto­łu i usiadł na obi­tym skó­rą krze­śle z wy­so­kim opar­ciem. Ścia­ny ga­bi­ne­tu po­kry­wa­ła bo­aze­ria, z wy­jąt­kiem kwa­dra­to­we­go frag­men­tu za fo­te­lem pre­zy­denc­kim. Ten frag­ment był bia­ły, a na środ­ku wid­nia­ła okrą­gła pie­częć pre­zy­den­ta Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

Ge­ne­ra­ło­wie za­ję­li miej­sca po pra­wej stro­nie Hay­esa, na­to­miast Stans­field ulo­ko­wał się po le­wej. Ken­ne­dy wrę­czy­ła wszyst­kim iden­tycz­ne tecz­ki za­bez­pie­czo­ne czer­wo­ną ta­śmą i opa­trzo­ne na­pi­sem „Ści­śle taj­ne”.

– Upo­waż­niam pa­nów do otwar­cia te­czek. Ja w tym cza­sie przy­go­tu­ję resz­tę ma­te­ria­łów.

Ken­ne­dy za­ło­ży­ła za uszy wło­sy się­ga­ją­ce ra­mion. Po kil­ku se­kun­dach grze­ba­nia w ak­tów­ce zna­la­zła od­po­wied­nią dys­kiet­kę i wsu­nę­ła ją do kom­pu­te­ra sto­ją­ce­go przy po­dium. Po oko­ło sze­ściu se­kun­dach od­po­wie­dzia­ło Cen­trum An­ty­ter­ro­ry­stycz­ne w CIA.

Gdy po le­wej stro­nie ekra­nu uka­za­ła się mapa Za­to­ki Per­skiej, Ken­ne­dy za­czę­ła:

– Pa­nie pre­zy­den­cie, przed czte­re­ma dnia­mi ulo­ko­wa­li­śmy jed­ne­go z na­szych lu­dzi w irań­skim mie­ście Ban­dar Ab­bas. We­dług otrzy­ma­nych przez nas in­for­ma­cji, może tam prze­by­wać szejk Fara Ha­rut. – Ken­ne­dy na­ci­snę­ła gu­zik i mapa zmie­ni­ła się w ziar­ni­stą, czar­no-bia­łą fo­to­gra­fię bro­da­te­go męż­czy­zny w tur­ba­nie. – Uka­za­ny na tej fo­to­gra­fii z 1983 Fara Ha­rut jest re­li­gij­nym przy­wód­cą is­lam­skiej mi­li­cji He­zbol­lah. Łą­czą go sil­ne wię­zy z is­lam­ski­mi kon­ser­wa­ty­sta­mi re­li­gij­ny­mi. – Ken­ne­dy zer­k­nę­ła na pre­zy­den­ta i do­da­ła: – Może pan prze­czy­tać o nim w swo­im re­su­mé. – Mia­ła na my­śli prze­gląd in­for­ma­cji wy­wia­du do­star­cza­ny pre­zy­den­to­wi każ­de­go ran­ka przez CIA.

Ro­bert Hay­es ski­nął gło­wą.

– Przy­po­mi­nam so­bie to na­zwi­sko.

Ken­ne­dy zno­wu na­ci­snę­ła gu­zik i na ekra­nie uka­za­ła się na­stęp­na fo­to­gra­fia, tym ra­zem dużo młod­sze­go, gład­ko ogo­lo­ne­go i przy­stoj­ne­go męż­czy­zny.

– To Ra­fi­que Aziz. Zdję­cie zro­bio­no pod ko­niec lat sie­dem­dzie­sią­tych, gdy Aziz uzy­skał ty­tuł in­ży­nie­ra elek­try­ka na Uni­wer­sy­te­cie Ame­ry­kań­skim w Bej­ru­cie.

Pre­zy­dent nie­chęt­nie przy­znał:

– Do­brze znam tego osob­ni­ka.

Ken­ne­dy ski­nę­ła gło­wą.

– Ale może nie wie pan o jego ostat­nich wy­czy­nach.

Tym ra­zem wska­za­ła umiesz­czo­ny na fron­to­wej ścia­nie ga­bi­ne­tu duży ekran z se­rią zdjęć uka­zu­ją­cych spa­lo­ne auto-busy i gro­te­sko­wo po­skrę­ca­ne, za­krwa­wio­ne cia­ła.

– Te wszyst­kie za­ma­chy bom­bo­we łą­czą się z pa­le­styń­ski­mi fun­da­men­ta­li­sta­mi z Ha­ma­su. Ha­mas ostat­ni­mi ata­ka­mi usi­łu­je za­kłó­cić pro­ces po­ko­jo­wy na Bli­skim Wscho­dzie. W in­nych przy­pad­kach He­zbol­lah i Ha­mas nie za bar­dzo so­bie po­ma­ga­ły. – Ken­ne­dy spoj­rza­ła na zgro­ma­dzo­nych i do­da­ła: – Tak było do nie­daw­na. Gdy w Bej­ru­cie za­pa­no­wał spo­kój, Aziz i Ha­rut za­czę­li wspól­nie szu­kać no­wych me­tod kon­ty­nu­owa­nia wal­ki. Oka­zja nada­rzy­ła się, kie­dy Izra­el w 1996 za­mor­do­wał li­de­ra Ha­ma­su, Yehyę Ay­y­asha. Ha­mas zwer­bo­wał nowe siły mi­li­cyj­ne w celu wy­par­cia Izra­el­czy­ków z Za­chod­nie­go Brze­gu i ze wzgórz Go­lan. Nie­daw­no Izra­el­czy­cy za­no­to­wa­li znacz­ny wzrost bru­tal­nych za­ma­chów bom­bo­wych i wzmo­żo­ną ak­tyw­ność Ha­ma­su, ale… – Ken­ne­dy prze­rwa­ła, przy­go­to­wu­jąc się do rzu­ce­nia gra­na­tem – …ale, co gor­sza, do­wie­dzie­li­śmy się też, że Sad­dam Hu­sajn za­ofe­ro­wał po­moc w utwo­rze­niu pew­nych grup ope­ra­cyj­nych.

Pre­zy­dent Hay­es po­trzą­snął gło­wą i zmarsz­czył brwi.

– Jest jesz­cze go­rzej – kon­ty­nu­owa­ła Ken­ne­dy. – Sad­dam za­de­kla­ro­wał też, że sfi­nan­su­je atak na wła­dze pań­stwo­we Sta­nów Zjed­no­czo­nych. – Pod­kre­śli­ła ostat­nie sło­wa.

Hay­es uniósł nie­co lewą brew.

– Skąd ta in­for­ma­cja? – za­py­tał.

Ken­ne­dy spoj­rza­ła na Stans­fiel­da i dy­rek­tor CIA od­parł:

– Na­ro­do­wa Agen­cja Bez­pie­czeń­stwa na­gra­ła pew­ne roz­mo­wy, któ­rych treść zwe­ry­fi­ko­wa­li­śmy przy po­mo­cy wie­lu na­szych za­gra­nicz­nych kon­tak­tów.

– Wspa­nia­le. – Hay­es po­trzą­snął gło­wą. Spoj­rzał na Ken­ne­dy z lę­kiem w oczach i za­py­tał: – Co jesz­cze?

– Nocą przed dwo­ma dnia­mi nasz czło­wiek w Ira­nie prze­ka­zał in­for­ma­cję o praw­do­po­dob­nej iden­ty­fi­ka­cji Ha­ru­ta i wcze­snym ran­kiem osta­tecz­nie go zlo­ka­li­zo­wał.

Pre­zy­dent skrzy­żo­wał ręce na pier­si.

– Jest pani pew­na, że pani czło­wiek się nie myli?

– Tak, pa­nie pre­zy­den­cie – od­par­ła Ken­ne­dy z prze­ko­na­niem.

Hay­es prze­niósł wzrok na mapę Ira­nu, a po­tem zno­wu zwró­cił się do Ken­ne­dy:

– Są­dzę, że nie po­krzy­żo­wa­ła mi pani pla­nów do­ty­czą­cych ko­la­cji tyl­ko z po­wo­du wia­do­mo­ści, że może pani zlo­ka­li­zo­wać tego fa­ce­ta.

– Nie myli się pan, pa­nie pre­zy­den­cie. Dłu­go cze­ka­li­śmy na taką oka­zję. Je­śli te­raz go nie zła­pie­my, dru­ga spo­sob­ność może się już nig­dy nie nada­rzyć. – Ken­ne­dy za­mil­kła, aby upew­nić się, że pre­zy­dent zro­zu­miał, jak bar­dzo sy­tu­acja jest po­waż­na. – Wspól­nie z ge­ne­ra­łem Camp­bel­lem opra­co­wa­li­śmy plan uję­cia Ha­ru­ta. – Ken­ne­dy zmie­ni­ła ob­raz na głów­nym ekra­nie. – Po­ja­wi­ła się na nim jed­na z sze­ściu naj­now­szych map Za­to­ki Per­skiej.

Spoj­rza­ła na ge­ne­ra­ła Camp­bel­la i ski­nę­ła gło­wą. Camp­bell wstał, wy­stą­pił na śro­dek ga­bi­ne­tu, za­jął miej­sce przy po­dium i za­czął:

– Pa­nie pre­zy­den­cie. Ha­rut, po­dob­nie jak Sad­dam, nig­dy nie spę­dza w tym sa­mym miej­scu wię­cej niż trzy, czte­ry noce. Po raz pierw­szy od dzie­się­ciu lat mie­li­śmy oka­zję wy­śle­dzić, gdzie prze­by­wał dłu­żej niż je­den dzień, i te­raz mo­że­my zro­bić z tego uży­tek. – Camp­bell wska­zał mapę. – Mamy do dys­po­zy­cji dwa śmi­głow­ce z Pierw­sze­go Skrzy­dła Ope­ra­cji Spe­cjal­nych sta­cjo­nu­ją­ce­go w Ara­bii Sau­dyj­skiej. Utrzy­mu­ją kon­takt z In­de­pen­den­ce pa­tro­lu­ją­cym Za­to­kę Per­ską. – Ge­ne­rał stuk­nął pal­cem w dół mapy, gdzie za­zna­czo­no po­zy­cję ato­mo­we­go lot­ni­skow­ca. – A tu­taj… – prze­su­nął pal­cem przez Za­to­kę Per­ską do wy­brze­ża irań­skie­go, gdzie wi­dać było błę­kit­ny obiekt w kształ­cie cy­ga­ra – …mamy USS Ho­no­lu­lu. Je­stem prze­ko­na­ny, że zdą­żył się pan zo­rien­to­wać, iż nie pły­nie już po wo­dach mię­dzy­na­ro­do­wych. Obec­nie znaj­du­je się do­kład­nie dwie mile od brze­gu z roz­ka­zem po­zby­cia się ła­dun­ku.

Pod­czas gdy Camp­bell mó­wił, Hay­es od­niósł wra­że­nie, że tra­ci na wa­dze. Ma­rzył o ta­kiej ak­cji przez wie­le lat, ale te­raz po­czuł na­głą od­ra­zę. Prze­stał go po­cią­gać po­mysł włą­cze­nia od­dzia­łów ame­ry­kań­skich do wal­ki. Tego ro­dza­ju dzia­ła­nie ni­ko­mu nie przy­nie­sie chwa­ły, nie da żad­nej sa­tys­fak­cji. W cią­gu jed­nej nocy z jego roz­ka­zu może zgi­nąć wie­lu lu­dzi – wro­gów, ale nie tyl­ko.

Słu­chał w na­pię­ciu słów ge­ne­ra­ła i pró­bo­wał my­śleć obiek­tyw­nie. Stu­dio­wał hi­sto­rię i wie­dział, że uży­cie siły nie za­wsze było głu­po­tą. Je­śli dziś wie­czo­rem nie po­dej­mie ta­kiej de­cy­zji, pew­ne­go dnia może to kosz­to­wać ży­cie wie­lu Ame­ry­ka­nów. Z ter­ro­ry­zmem trze­ba wal­czyć. Nie mógł tego od­wle­kać.

Za­to­ka Per­ska, 3.16 w nocy (cza­su miej­sco­we­go)

Za­ku­rzo­ną uli­cą irań­skie­go nad­mor­skie­go mia­sta Ban­dar Ab­bas wlókł się sta­ry męż­czy­zna w brud­nej dżel­la­bie, pro­stej sza­cie spły­wa­ją­cej z ra­mion aż do stóp. Na gło­wie miał brą­zo­wy tur­ban za­kry­wa­ją­cy część twa­rzy, na no­gach skó­rza­ne san­da­ły. Od Za­to­ki Per­skiej wiał wiatr, noc­ne nie­bo po­kry­wa­ły gę­ste chmu­ry.

Nie­do­łęż­ny sta­ru­szek mam­ro­tał do sie­bie w oj­czy­stym na­rze­czu far­si. Pod ob­szar­pa­nym tur­ba­nem i dżel­la­bą kry­ło się sil­ne, mu­sku­lar­ne, opa­lo­ne stu­dzie­więć­dzie­się­cio­fun­to­we cia­ło. Mitch Rapp, trzy­dzie­sto­jed­no­let­ni Ame­ry­ka­nin, nie brał prysz­ni­ca od ty­go­dnia. Jego skó­rę po­kry­wa­ła gru­ba war­stwa bru­du, a czar­ne wło­sy i bro­da po­prze­ty­ka­ne były pa­sma­mi si­wi­zny, czy­nią­cy­mi go dwa razy star­szym.

Po­po­łu­dnie Ame­ry­ka­nin prze­spał w swo­im ma­łym miesz­kan­ku. Póź­niej, pod wie­czór, po­wę­dro­wał uli­ca­mi, tasz­cząc ze sobą brą­zo­wy, płó­cien­ny wo­rek za­wie­ra­ją­cy wy­rzu­co­ne pusz­ki i pu­ste bu­tel­ki. Gra­jąc rolę ulicz­ne­go włó­czę­gi, gar­bił się i uda­wał prze­stra­szo­ne­go, ale za­cho­wał by­stre spoj­rze­nie i peł­ną spraw­ność umy­słu. Śle­dził drzwi wej­ścio­we i okna do­mów, pod­słu­chi­wał roz­mo­wy – wę­szył trop. Szu­kał czło­wie­ka, któ­re­go za­mie­rzał za­bić. Przed dwo­ma dnia­mi usły­szał daw­no ocze­ki­wa­ną roz­mo­wę. To był znak.

Tro­piąc tego czło­wie­ka, tra­fił do naj­nędz­niej­szych i naj­brud­niej­szych miast Bli­skie­go Wscho­du, do Afry­ki Pół­noc­nej i do Eu­ro­py. Pod­czas tego po­lo­wa­nia strze­la­no do nie­go, pró­bo­wa­no za­szty­le­to­wać i ści­ga­no, ale każ­dy krok zbli­żał go do celu. Pół roku temu, w pa­ry­ską desz­czo­wą noc, Rapp za­prze­pa­ścił szan­sę. Chwi­la wa­ha­nia, brak de­cy­zji i Ra­fi­que Aziz ja­kimś cu­dem znik­nął. Rapp po­przy­siągł so­bie – nig­dy wię­cej. Na­stęp­nym ra­zem na­ci­śnie spust, bez wzglę­du na to, czy w po­bli­żu znaj­dzie się ja­kiś na­ocz­ny świa­dek.

Dziś w nocy Rapp zde­cy­do­wał się po­now­nie wy­ru­szyć na po­lo­wa­nie. Ba­dał wzro­kiem da­chy i okna do­mów są­sia­du­ją­cych z od­kry­tym przed dwo­ma dnia­mi bu­dyn­kiem, szu­ka­jąc śla­du war­tow­ni­ków, któ­rych mógł prze­oczyć pod­czas po­przed­nich wi­zyt. Zmy­sły wy­ostrzył mu za­pach prze­sy­co­ne­go solą po­wie­trza mie­sza­ją­ce­go się ze smro­dem otwar­tych ście­ków. Znaj­do­wał się na te­re­nie wro­ga, zmie­rzał pro­sto do ja­ski­ni lwa. Uli­ce, któ­ry­mi szedł, były opa­no­wa­ne przez He­zbol­lah, jed­ną z wie­lu is­lam­skich or­ga­ni­za­cji mi­li­cyj­nych, od­gry­wa­ją­cą trud­ną do zlek­ce­wa­że­nia rolę w po­li­ty­ce Bli­skie­go Wscho­du, or­ga­ni­za­cję ter­ro­ry­stycz­ną za­bi­ja­ją­cą w imię dżi­ha­du – w imię świę­tej woj­ny. Nad­mor­skie mia­sto Ban­dar Ab­bas było jej twier­dzą. Rapp już wcze­śniej stwier­dził, że miej­sce czło­wie­ka jego pro­fe­sji jest tam, gdzie wro­go­wie są naj­bar­dziej wraż­li­wi na ude­rze­nie, to zna­czy na te­re­nie, w któ­rym czu­ją się naj­le­piej, naj­bez­piecz­niej i w któ­rym tra­cą czuj­ność. I wła­śnie dziś w nocy po­sta­no­wił udać się do ta­kie­go miej­sca – do ich domu – bez za­pro­sze­nia, nie­spo­dzia­nie.

Po­pra­wił tur­ban, za­kry­wa­jąc całą twarz z wy­jąt­kiem oczu. Po­tem skrę­cił za róg i po­wlókł się jak czło­wiek dwu­krot­nie star­szy. Przed drzwia­mi wie­lu do­mów na skła­da­nych krze­seł­kach sie­dzie­li męż­czyź­ni z AK-47 na ko­la­nach.

Rapp mam­ro­tał do sie­bie w na­rze­czu far­si, ce­lo­wo pró­bu­jąc zwró­cić na sie­bie uwa­gę ochro­nia­rzy. Ci, sły­sząc zbli­ża­ją­ce się kro­ki, chwy­ta­li za broń i ce­lo­wa­li w kie­run­ku co­raz to bliż­szych od­gło­sów. Z mro­ku wy­nu­rzał się beł­ko­czą­cy sta­rzec i ochro­nia­rze opa­da­li na swo­je krze­sła uspo­ko­je­ni, od­kła­da­jąc broń na ko­la­na. To tyl­ko ja­kiś noc­ny włó­czę­ga, któ­rym nie war­to za­wra­cać so­bie gło­wy.

Gdy Rapp zbli­żył się do jed­ne­go z nich, od­sło­nił usta, po­słał tam­te­mu uśmiech uka­zu­ją­cy po­psu­te zęby i po­zdro­wił go. Wy­so­ki męż­czy­zna od­po­wie­dział kiw­nię­ciem gło­wy, po czym za­jął po­przed­nią po­zy­cję, opie­ra­jąc gło­wę o ścia­nę bu­dyn­ku.

Rapp po­wlókł się da­lej, czuj­nie lu­stru­jąc ota­cza­ją­ce domy. Ba­dał wzro­kiem każ­de okno, każ­de drzwi, za­glą­dał w ciem­ne otwo­ry drzwio­we i za uchy­lo­ne za­sło­ny. Tam mo­gła się kryć pu­łap­ka, tam mo­gli na nie­go czy­hać.

Wszedł w jesz­cze węż­szą ulicz­kę. Po kil­ku kro­kach za­nu­rzył się w za­ułek wy­ty­czo­ny na dłu­go przed po­ja­wie­niem się sa­mo­cho­dów. Po­dob­ny do tu­ne­lu pa­saż miał pół­to­ra me­tra sze­ro­ko­ści i gi­nął w cał­ko­wi­tych ciem­no­ściach. Rapp zwol­nił, za­trzy­mał się w dru­giej wnę­ce po le­wej stro­nie i za­mknął oczy. Po­ło­żył na zie­mi wo­rek z pusz­ka­mi, i pil­nie nad­słu­chu­jąc, za­ci­snął po­wie­ki, pró­bu­jąc przy­spie­szyć pro­ces ako­mo­da­cji wzro­ku do pra­wie cał­ko­wi­tych ciem­no­ści.

Bia­ły Dom, Po­kój Do­wo­dze­nia

Ge­ne­rał Camp­bell za­koń­czył re­la­cję do­ty­czą­cą pla­no­wa­nej mi­sji i te­raz stał na koń­cu ga­bi­ne­tu ra­zem z dok­tor Ken­ne­dy. Przez ostat­nie dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny pra­co­wa­li nie­mal bez prze­rwy, by do­piąć wszyst­ko na ostat­ni gu­zik, i te­raz tro­chę bez­rad­nie ob­ser­wo­wa­li, jak pre­zy­dent ana­li­zu­je wszyst­kie za i prze­ciw mi­sji. Po mi­nu­cie mil­cze­nia Ro­bert Hay­es spoj­rzał na Stans­fiel­da i za­py­tał:

– Kogo tam mamy?

Stans­field za­mknął tecz­kę ze stresz­cze­niem mi­sji i odło­żył ją na stół.

– Naj­lep­sze­go czło­wie­ka. Mówi płyn­nie trze­ma ję­zy­ka­mi, nie li­cząc an­giel­skie­go, i do­brze po­słu­gu­je się sze­ścio­ma dia­lek­ta­mi.

– Ame­ry­ka­nin?

– Tak.

Pre­zy­dent Hay­es ski­nął wol­no gło­wą, a po­tem za­dał py­ta­nie war­te mi­lion do­la­rów:

– Za­miast po­no­sić aż tak wiel­kie ry­zy­ko przy pró­bie uję­cia Ha­ru­ta… – Prze­rwał i za­sta­na­wiał się, jak naj­tak­tow­niej do­brać sło­wa w celu wła­ści­we­go wy­ra­że­nia my­śli. – Dla­cze­go ten twój czło­wiek nie może… – Pre­zy­dent spoj­rzał na Ken­ne­dy. – Jak on się na­zy­wa?

– Dzia­ła pod kryp­to­ni­mem Że­la­zny Czło­wiek.

– Dla­cze­go ten Że­la­zny Czło­wiek… nie może po pro­stu oso­bi­ście wy­eli­mi­no­wać Ha­ru­ta?

Pre­zy­dent ostroż­nie ro­zej­rzał się po ga­bi­ne­cie; zde­ner­wo­wa­ny uświa­do­mił so­bie, że to, co wła­śnie za­su­ge­ro­wał, nie było zgod­ne z pra­wem.

– Bie­rze­my pod uwa­gę taką moż­li­wość, pa­nie pre­zy­den­cie, ale jest jesz­cze kwe­stia, któ­rej nie prze­dys­ku­to­wa­li­śmy. – Ken­ne­dy zer­k­nę­ła na swo­je­go sze­fa.

Stans­field sie­dział ze skrzy­żo­wa­ny­mi no­ga­mi, roz­par­ty wy­god­nie na krze­śle. Od­su­nął lewą rękę od pod­bród­ka i po­wie­dział jak­by od nie­chce­nia:

– Ostat­nio otrzy­ma­li­śmy tro­chę da­nych do­ty­czą­cych bez­po­śred­nio tej ope­ra­cji. Wczo­raj te­le­fo­no­wał je­den z mo­ich za­gra­nicz­nych od­po­wied­ni­ków. Po­in­for­mo­wał mnie, że ce­lem ter­ro­ry­stycz­ne­go ata­ku Ha­ma­su ma być Wa­szyng­ton. Nie wia­do­mo, kie­dy i w ja­kim miej­scu on na­stą­pi, ale wia­ry­god­ne źró­dło po­twier­dza dane uzy­ska­ne od wy­wia­du.

Hay­es po­trzą­snął z nie­do­wie­rza­niem gło­wą i za­klął pod no­sem.

– Skąd te wia­ry­god­ne in­for­ma­cje?

– Przed kil­ko­ma ty­go­dnia­mi zwró­ci­li na to uwa­gę moi izra­el­scy przy­ja­cie­le, a dziś rano po­twier­dzi­li to An­gli­cy.

– Pro­szę po­dać szcze­gó­ły. – Hay­es uniósł pa­lec wska­zu­ją­cy.

– Mniej wię­cej przed mie­sią­cem, pod­czas wy­pa­du na Za­chod­ni Brzeg, Izra­el­czy­cy uję­li jed­ne­go z do­wód­ców Ha­ma­su. W cza­sie prze­słu­cha­nia bąk­nął coś o pla­no­wa­nym ata­ku na Wa­szyng­ton. Ni­cze­go wię­cej nie uda­ło im się z nie­go wy­du­sić, ale do­wie­dzie­li się, że za tę ope­ra­cję ma od­po­wia­dać Ra­fi­que Aziz.

Pre­zy­dent ob­ró­cił krze­sło i spoj­rzał na mniej­szy ekran, uka­zu­ją­cy rzeź po eks­plo­zji bom­by pod­ło­żo­nej przez Azi­za w au­to­bu­sie izra­el­skim. Na samą myśl, że coś ta­kie­go może wy­da­rzyć się w Wa­szyng­to­nie, po­czuł, jak krew ści­na mu się w ży­łach.

– Po­twier­dza to – kon­ty­nu­ował Stans­field – treść ra­por­tu na­de­sła­ne­go przez Na­ro­do­wą Agen­cję Bez­pie­czeń­stwa, w któ­rym po­da­no, że Sad­dam za­pro­po­no­wał górę pie­nię­dzy za każ­dy atak ter­ro­ry­stycz­ny na te­ry­to­rium Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

Pre­zy­dent Hay­es spoj­rzał na sze­fa CIA i wstał z krze­sła; po­wta­rzał so­bie w my­ślach, że musi za­cho­wać spo­kój. Sad­dam, do­tych­czas nie­osią­gal­ny, tkwił jak cierń w cie­le Ame­ry­ki – czas już za­jąć się nim bar­dziej zde­cy­do­wa­nie.

Za­uwa­żył nie­co iro­nicz­nie:

– To się na­wet do­brze skła­da.

Te­raz my­ślał tyl­ko o tym, co się sta­nie, gdy obłęd­ny ter­ro­ryzm ro­dem z Bli­skie­go Wscho­du za­cznie sza­leć na uli­cach ame­ry­kań­skich miast. Wie­dział, że nie moż­na do tego do­pu­ścić, wie­dział, że musi to ubiec, że musi pierw­szy pod­jąć wal­kę.

Ire­ne Ken­ne­dy le­d­wo re­je­stro­wa­ła roz­mo­wę ge­ne­ra­łów i jej sze­fa z pre­zy­den­tem. My­śla­ła o Mit­chu Rap­pie. To ona go zwer­bo­wa­ła, lu­bi­ła go i po­kła­da­ła w nim wiel­kie na­dzie­je. Nie łą­czył ich seks – była to więź dwoj­ga lu­dzi, któ­rzy wie­le ra­zem prze­ży­li.

Ken­ne­dy po­nad po­ło­wę mło­do­ści spę­dzi­ła, włó­cząc się po Bli­skim Wscho­dzie, gdy jej oj­ciec prze­no­sił się z jed­nej am­ba­sa­dy do dru­giej. Jako brzdąc wy­cho­wa­ny w De­par­ta­men­cie Sta­nu nie wi­dzia­ła w tym nic nad­zwy­czaj­ne­go, tym bar­dziej że do­świad­cza­ło tego wie­le jej przy­ja­ció­łek. W isto­cie Ken­ne­dy była za­ko­cha­na w Bli­skim Wscho­dzie, ale na nie­szczę­ście wszyst­kie jej miłe wspo­mnie­nia roz­wia­ły się, gdy w kwiet­niu 1983 roku, pod­czas za­ma­chu bom­bo­we­go na am­ba­sa­dę ame­ry­kań­ską w Bej­ru­cie, wy­le­ciał w po­wie­trze sa­mo­chód jej ojca. Oj­ciec zgi­nął i ży­cie Ire­ne na za­wsze ule­gło zmia­nie.

Gniew, któ­ry po­zo­sta­wi­ła w niej ta tra­ge­dia, przy­wiódł ją do CIA. W Lan­gley nie za­sta­na­wia­no się dłu­go nad jej przy­ję­ciem. Spę­dzi­ła dwa­na­ście lat na Bli­skim Wscho­dzie, ukoń­czy­ła wyż­sze stu­dia z ara­bi­sty­ki i mia­ła mo­ty­wa­cję. Była stwo­rzo­na do wal­ki z ter­ro­ry­zmem. Te­raz, po bli­sko szes­na­stu la­tach, kie­ro­wa­ła Cen­trum An­ty­ter­ro­ry­stycz­nym.

Była to jed­nak tyl­ko część dzia­łal­no­ści Ire­ne Ken­ne­dy – udzie­la­ła się też w ko­mi­te­tach nad­zo­ru­ją­cych usta­wo­daw­stwo, a tak­że od­po­wia­da­ła za dru­ży­nę Orio­na – jed­ną z naj­bar­dziej utaj­nio­nych or­ga­ni­za­cji w ło­nie CIA. Tyl­ko nie­licz­ni wie­dzie­li o jej ist­nie­niu, ale na­wet oni nie zna­li miej­sca sta­łe­go po­by­tu Orio­na. Tak wła­śnie mia­ło być. Dru­ży­nę tę utwo­rzył Stans­field w od­po­wie­dzi na pe­wien akt ter­ro­ru. Po ka­ta­stro­fie sa­mo­lo­tu Pa­nAm, lot 103, nad Loc­ker­bie w Szko­cji, w grud­niu 1988 roku, Ire­ne Ken­ne­dy otrzy­ma­ła po­le­ce­nie utwo­rze­nia gru­py ma­ją­cej tyl­ko jed­no za­da­nie – po­lo­wać na ter­ro­ry­stów i za­bi­jać ich. Stans­field po­wie­dział jej wte­dy: „Tu, w Wa­szyng­to­nie, są pew­ni lu­dzie, któ­rzy po­dej­mą de­cy­zję ru­sze­nia do ofen­sy­wy.”. Ken­ne­dy nig­dy nie py­ta­ła, kim są ci lu­dzie, na­wet nie chcia­ła wie­dzieć. Wie­dzia­ła tyl­ko, że po­pie­ra taką stra­te­gię i wszyst­ko za­ry­zy­ku­je, aby wy­wią­zać się z po­wie­rzo­ne­go jej za­da­nia. A ry­zy­ko było bar­dzo re­al­ne i by­najm­niej nie mar­gi­nal­ne. Je­że­li nie­wła­ści­wi lu­dzie „na gó­rze” albo w wy­mia­rze spra­wie­dli­wo­ści w ja­kiś spo­sób do­wie­dzą się o ist­nie­niu dru­ży­ny Orio­na, roz­pocz­nie się śledz­two i pierw­sza spad­nie gło­wa Ire­ne Ken­ne­dy.

Ame­ry­ka­nie nig­dy nie za­ak­cep­to­wa­li­by wy­pa­dów Mit­cha Rap­pa i me­tod dzia­ła­nia dru­ży­ny Orio­na. W po­li­tycz­nym cha­osie, jaki nie­wąt­pli­wie zro­dził­by się pod­czas śledz­twa w Kon­gre­sie, wszy­scy by za­po­mnie­li, że to­czy się woj­na. Opi­sa­no­by ich jako gru­pę ban­dy­tów ab­so­lut­nie lek­ce­wa­żą­cych za­pi­sy kon­sty­tu­cyj­ne. Mitch Rapp – któ­ry wła­śnie te­raz kła­dzie na sza­lę wła­sne ży­cie – zo­stał­by żyw­cem po­żar­ty przez za­bie­ga­ją­cych o po­pu­lar­ność li­be­ra­łów i kon­ser­wa­tyw­nych opor­tu­ni­stów.

Ken­ne­dy czu­ła brze­mię od­po­wie­dzial­no­ści za Rap­pa. Po­zna­ła go w zi­mie 1988 roku na uni­wer­sy­te­cie w Sy­ra­ku­se. On nie tra­fił do CIA – tak jak ona po śmier­ci ojca – to oni tra­fi­li do nie­go. Trzy­dzie­stu pię­ciu stu­den­tów z Sy­ra­ku­se zgi­nę­ło w za­ma­chu na sa­mo­lot li­nii Pa­nAm, lot 103, a jed­ną z ofiar była sym­pa­tia Mit­cha Rap­pa. Ire­ne Ken­ne­dy stwier­dzi­ła, że Rapp pra­gnie się ze­mścić, i bez chwi­li wa­ha­nia z tego sko­rzy­sta­ła. Te­raz, po dzie­się­ciu la­tach, w ob­li­czu obec­nych moż­li­wo­ści Agen­cji, mie­li re­al­ną szan­sę uczy­nie­nia z nie­go nie­zwy­kle efek­tyw­ne­go, śmier­tel­nie nie­bez­piecz­ne­go za­bój­cy.

Pre­zy­dent Hay­es usły­szał już wy­star­cza­ją­co dużo i te­raz od dłuż­sze­go cza­su za­sta­na­wiał się nad kon­se­kwen­cja­mi. Je­że­li nie zde­cy­du­je się dzia­łać, w efek­cie koń­co­wym bę­dzie to Ame­ry­kę dużo kosz­to­wać. Tak, dziś w nocy może stra­cić lu­dzi, ale prze­cież ci lu­dzie, po­dej­mu­jąc się tego za­da­nia, wie­dzą, co ry­zy­ku­ją. Je­śli się wy­co­fa, może na­ra­zić ży­cie wie­lu cy­wi­lów nie­zwią­za­nych bez­po­śred­nio z wal­ką zbroj­ną.

Hay­es wie­dział już, co zro­bi.

– Ge­ne­ra­le Camp­bell, jak pan są­dzi, co po­win­ni­śmy uczy­nić? – za­py­tał z po­wa­gą.

Ge­ne­rał od­parł ofi­cjal­nym, woj­sko­wym to­nem:

– My­ślę, że nie wol­no prze­pu­ścić ta­kiej oka­zji, pa­nie pre­zy­den­cie.

– Są­dzę, że pani dok­tor Ken­ne­dy po­dzie­la ten po­gląd, praw­da? – pre­zy­dent zwró­cił się do Ire­ne.

– Tak, pa­nie pre­zy­den­cie.

– Tho­mas? – Pre­zy­dent spoj­rzał na dy­rek­to­ra CIA.

Stans­field mil­czał przez chwi­lę, po czym ski­nął gło­wą.

Na ko­niec pre­zy­dent zwró­cił się do ge­ne­ra­ła Flo­oda:

– Jack, co o tym my­ślisz?

Ge­ne­rał splótł dło­nie i oparł je o stół.

– My­ślę, że po­win­ni­śmy go zła­pać.

Pre­zy­dent Hay­es, my­śląc o po­ten­cjal­nym ry­zy­ku, zer­k­nął na wi­docz­ną na wiel­kim ekra­nie mapę Ira­nu. Po oko­ło dwu­dzie­stu se­kun­dach mil­cze­nia po­wie­dział:

– Za­twier­dzam.

Na­tych­miast po tym oświad­cze­niu Ken­ne­dy i Camp­bell za­pa­li­li dla mi­sji zie­lo­ne świa­tło, te­le­fo­nicz­nie prze­ka­zu­jąc od­po­wied­nie po­le­ce­nia jej uczest­ni­kom i do­wód­com.

Stans­field prze­su­nął po bla­cie sto­łu dwa iden­tycz­ne ar­ku­sze bia­łe­go pa­pie­ru – je­den z nich prze­zna­czo­ny był dla pre­zy­den­ta, dru­gi dla nie­go sa­me­go. Pre­zy­dent wy­jął z kie­sze­ni na pier­si pió­ro i pod­pi­sał oba. Ta „roz­strzy­ga­ją­ca pre­zy­denc­ka de­cy­zja” była względ­nie ła­god­nie sfor­mu­ło­wa­nym do­ku­men­tem. Pra­wo wy­ma­ga­ło, aby pre­zy­dent za­twier­dzał każ­dą taj­ną mi­sję, jed­nak te na po­zór le­gal­ne i zwy­czaj­ne do­ku­men­ty od lat były źró­dłem wie­lu kon­tro­wer­sji w Wa­szyng­to­nie.

– Kie­dy za­mie­rza pan za­wia­do­mić oba ko­mi­te­ty?

Zgod­nie z pra­wem prze­wod­ni­czą­cy i niż­si ran­gą człon­ko­wie ko­mi­te­tów wy­wia­du i obu izb mu­sie­li zo­stać po­in­for­mo­wa­ni o pla­no­wa­nej ak­cji przed jej roz­po­czę­ciem. Był to jed­nak ob­szar bar­dziej mgli­sty od lon­dyń­skie­go nie­ba i czę­sto by­wał nie­wła­ści­wie wy­ko­rzy­sty­wa­ny – cho­ciaż nie­kie­dy w do­brych in­ten­cjach.

Stans­field umie­ścił swo­ją pod­pi­sa­ną ko­pię w tecz­ce i rzekł:

– Na szczę­ście, za­in­te­re­so­wa­ni mają pla­ny na dzi­siej­szy wie­czór. Po­wia­do­mię ich se­kre­ta­rzy, że mu­szę roz­ma­wiać z nimi za oko­ło go­dzi­nę. Je­że­li wszyst­ko do­brze pój­dzie, nie będą w sta­nie do­trzeć do Lan­gley, do­pó­ki nasi lu­dzie bez­piecz­nie nie za­koń­czą za­da­nia.

– Do­brze. – Pre­zy­dent Hay­es wstał i za­piął spin­ki do man­kie­tów. – Mamy z żoną wziąć udział w uro­czy­sto­ści w Cen­trum Ken­ne­dy’ego. Skąd bę­dzie pan śle­dził prze­bieg mi­sji?

– Z Lan­gley – od­parł Stans­field.

– Chcę być in­for­mo­wa­ny na bie­żą­co. I ży­czę szczę­ścia.

Po tych sło­wach pre­zy­dent opu­ścił Po­kój Do­wo­dze­nia.

2

Cie­śni­na Or­muz, Za­to­ka Per­ska

Wiatr marsz­czył po­wierzch­nię ciem­nej wody, wy­wo­łu­jąc wy­so­kie fale. Ni­sko kłę­bią­ce się chmu­ry two­rzy­ły krzy­żu­ją­ce się wzo­ry. Wyż­sze par­tie zmie­rza­ły z pół­noc­ne­go wscho­du w kie­run­ku otwar­te­go mo­rza Za­to­ki Per­skiej, ni­żej po­ło­żo­ne pły­nę­ły od wy­spy le­żą­cej w cie­śni­nie Or­muz do lądu sta­ro­żyt­nej Per­sji, obec­nie zwa­nej Ira­nem. Chwi­la­mi przez chmu­ry wy­glą­dał Księ­życ. Z wia­trem nad­cią­gnął wzma­ga­ją­cy się deszcz. Nie była to noc sprzy­ja­ją­ca pły­wa­niu po mo­rzu.

Z le­d­wo wi­docz­ne­go pię­cio­sto­po­we­go wy­brzu­sze­nia po­wo­li wy­nu­rzał się maszt, prze­ci­na­jąc wodę ni­czym zło­wiesz­cza płe­twa grzbie­to­wa re­ki­na. Za pły­ną­cym na po­łu­dnie wą­skim obiek­tem po­ja­wi­ła się bia­ła pia­na. Maszt – wą­ska, prąż­ko­wa­na jak skó­ra ty­gry­sa, kon­struk­cja no­śna an­te­ny na­mie­rza­ją­cej prze­zna­czo­nej do wy­kry­wa­nia fal ra­da­ru – po wy­nu­rze­niu się dzie­sięć stóp po­nad fale na­tych­miast za­czął prze­szu­ki­wać noc­ne nie­bo. Kil­ka se­kund póź­niej do smu­kłe­go masz­tu do­łą­czył dru­gi. Ten ska­no­wał ho­ry­zont w za­kre­sie trzy­stu sześć­dzie­się­ciu stop­ni. Po chwi­li oba masz­ty zni­kły tak szyb­ko, jak się po­ja­wi­ły. Pod wzbu­rzo­ną po­wierzch­nią mo­rza ci­cho mknął ku brze­gom Ira­nu nie­zwy­kle kosz­tow­ny wy­twór ludz­kiej tech­ni­ki. Po­ta­jem­nie, bez ni­czy­jej wie­dzy – wy­jąw­szy za­ło­gę – za­czął po­zby­wać się śmier­cio­no­śne­go ła­dun­ku. Gdy ude­rze­nio­wy okręt pod­wod­ny typu 688 wpły­nął na wody mię­dzy­na­ro­do­we, na po­wierzch­ni mo­rza po­ja­wi­ły się dwa ku­li­ste przed­mio­ty przy­po­mi­na­ją­ce gło­wy, a po nich na­stęp­ne trzy. Za­to­czy­ły koło, po­więk­sza­ły się i w koń­cu utwo­rzy­ły za­mknię­ty krąg. Je­den z męż­czyzn przez mo­ment wal­czył z czar­nym wor­kiem, nim go roz­piął i po­cią­gnął za lin­kę. Nie­wiel­ki pon­ton za­czął się na­peł­niać po­wie­trzem. Po nie­ca­łej mi­nu­cie uzy­skał wła­ści­wy kształt i dwóch lu­dzi za­czę­ło mo­co­wać za rufą mały sil­nik, na­to­miast trze­ci przy­go­to­wał po­jem­nik z pa­li­wem. Wzbu­rzo­ne mo­rze mio­ta­ło pon­to­nem, ale męż­czyź­ni, nie zwa­ża­jąc na nic, pra­co­wa­li bez wy­tchnie­nia.

Wkrót­ce sil­nik zo­stał za­mon­to­wa­ny i ostat­nich dwóch lu­dzi wto­czy­ło się do środ­ka. Czar­ne ska­fan­dry czy­ni­ły ich na tle czar­nej gumy nie­mal nie­wi­docz­ny­mi. Sil­nik na­tych­miast za­sko­czył, męż­czy­zna na ru­fie otwo­rzył prze­pust­ni­cę i łódź ru­szy­ła do przo­du.

Ka­pi­tan ma­ry­nar­ki wo­jen­nej Dan Har­ris zła­pał uchwyt na dzio­bie i spraw­dził kom­pas na prze­gu­bie ręki, na­stęp­nie spoj­rzał na swój sys­tem glo­bal­ne­go usta­la­nia po­zy­cji. To mi­nia­tu­ro­we urzą­dze­nie, zwa­ne GPS-em, przy­mo­co­wa­ne było do prze­gu­bu obok kom­pa­su i ko­rzy­sta­ło z da­nych do­star­cza­nych przez osiem­na­ście sa­te­li­tów or­bi­tu­ją­cych wo­kół Zie­mi w od­le­gło­ści dzie­się­ciu ty­się­cy mil i po­da­ją­cych lo­ka­li­za­cję z do­kład­no­ścią do trzy­na­stu stóp. Okręt pod­wod­ny wy­rzu­cił Har­ri­sa i jego lu­dzi trzy­dzie­ści me­trów od usta­lo­ne­go miej­sca. Har­ris uśmiech­nął się, i szcze­rząc zęby pod gę­stą bro­dą, wy­ra­ził za­do­wo­le­nie z pro­fe­sjo­na­li­zmu tych cier­pią­cych na za­twar­dze­nie dup­ków, jak na­zy­wał za­ło­gę okrę­tu pod­wod­ne­go. Mu­siał jed­nak przy­znać, że zna­li się na swo­jej ro­bo­cie.

Mu­sku­lar­ny ka­pi­tan za­ci­snął dłoń na uchwy­cie, gdy pon­ton sko­czył na fali. Dan Har­ris (An­na­po­lis kla­sa 1981) był nie­wąt­pli­wie ory­gi­na­łem; za­ra­zem kul­tu­ral­ny i nie­okrze­sa­ny, wy­bu­cho­wy i nig­dy nie­tra­cą­cy zim­nej krwi, za­pal­czy­wy i spo­koj­ny, po­bu­dli­wy i nie­sły­cha­nie lo­gicz­ny, współ­czu­ją­cy i bez­li­to­sny – krót­ko mó­wiąc, wszyst­ko za­le­ża­ło od oko­licz­no­ści. Ry­chło się zo­rien­to­wał, że jego przy­szłość to mi­sje spe­cjal­ne ma­ry­nar­ki wo­jen­nej. W ma­ry­nar­ce wo­jen­nej Sta­nów Zjed­no­czo­nych pa­no­wa­ła prze­ra­ża­ją­ca biu­ro­kra­cja i je­śli chcia­ło się do­wo­dzić na swój wła­sny spo­sób, trze­ba było po­świę­cić wie­le go­dzin na żmud­ne zwal­cza­nie wy­bu­ja­łe­go ego ad­mi­ra­łów wy­da­ją­cych roz­ka­zy. Ka­pi­tan Dan Har­ris opa­no­wał to nie­mal do per­fek­cji i dla­te­go do­wo­dził ak­cją, pod­czas gdy jego ko­le­dzy tkwi­li za biur­ka­mi w Lit­tle Cre­ek i Co­ro­na­do.

Mały pon­ton dał nura w falę; zim­na, sło­na woda za­la­ła pię­ciu bro­da­tych człon­ków ści­śle taj­ne­go Ze­spo­łu Szó­ste­go SEAL spe­cja­li­zu­ją­ce­go się w dzia­ła­niach an­ty­ter­ro­ry­stycz­nych. Har­ris, po­trzą­sa­jąc zwi­sa­ją­cym na kar­ku ku­cy­kiem, starł wodę z twa­rzy. Dłu­go­wło­si lu­dzie prze­bi­ja­li się w tę nie­przy­ja­zną noc przez wzbu­rzo­ną wodę, wie­dząc, że mają przed sobą dłu­gie i trud­ne do wy­ko­na­nia taj­ne za­da­nie. W tym wy­pad­ku wy­jąt­ko­wo ze­zwo­lo­no im na zła­ma­nie re­gu­la­mi­nu ma­ry­nar­ki i za­pusz­cze­nie wło­sów, któ­rych dłu­gość uza­sad­niał je­dy­nie ro­dzaj po­wie­rzo­ne­go im za­da­nia. Byli do­sko­na­ły­mi strzel­ca­mi i dla­te­go zle­ca­no im ści­śle taj­ne i naj­trud­niej­sze mi­sje. Po­sia­da­li wie­le wspól­nych cech, ale na pierw­szy rzut oka za­uwa­ża­ło się przede wszyst­kim po­do­bień­stwo ciem­nych twa­rzy. Ka­pi­tan Har­ris sta­ran­nie do­brał do tej noc­nej mi­sji lu­dzi oraz spe­cjal­ne, lek­kie wy­po­sa­że­nie. Oso­bi­ście wszyst­kie­go do­pil­no­wał – nie mógł so­bie po­zwo­lić na żad­ną po­mył­kę.

Ban­dar Ab­bas, Iran

Ogrom­na fala za­ła­ma­ła się na brze­gu, roz­pry­sku­jąc sło­ną pia­nę. Mitch Rapp po­pra­wił tur­ban i starł wodę z twa­rzy. Ro­zej­rzał się po brze­gu, spraw­dza­jąc, czy jest sam. Idąc na pół­noc, w kie­run­ku po­mo­stu, za­trzy­mał się, pod­niósł pusz­kę i wrzu­cił ją do płó­cien­ne­go wor­ka. Po­wlókł się da­lej. Do­tarł do drew­nia­ne­go po­mo­stu, wszedł pod nie­go i spraw­dził dru­gą stro­nę, na­stęp­nie wró­cił i zaj­rzał do nie­wiel­kie­go za­głę­bie­nia w pia­sku, gdzie drew­nia­ny słup przy­twier­dzo­ny był do be­to­no­we­go fun­da­men­tu. Przez na­stęp­ne dzie­sięć mi­nut Rapp skru­pu­lat­nie spraw­dzał każ­dy frag­ment kon­struk­cji, aby się upew­nić, że ni­ko­go tam nie ma. Wy­brał to miej­sce na stre­fę lą­do­wa­nia i od­po­wia­dał za bez­pie­czeń­stwo; nie chciał żad­nych nie­spo­dzia­nek.

Gdy Rapp zaj­mo­wał się ba­da­niem te­re­nu, wiatr gwiz­dał w po­gma­twa­nej sie­ci drew­nia­nej kon­struk­cji wspie­ra­ją­cej po­most. Wszyst­ko szło zgod­nie z pla­nem. Rapp cze­kał na tę chwi­lę pra­wie dzie­sięć lat i te­raz nie chciał ni­cze­go prze­oczyć, nie mógł po­zwo­lić, aby się nie uda­ło.

Za­to­ka Per­ska

Ato­mo­wy lot­ni­sko­wiec USS In­de­pen­den­ce prze­bi­jał się przez wzbu­rzo­ną po­wierzch­nię mo­rza. Od dwu­dzie­stu trzech dni lot­ni­sko­wiec wraz z gru­pą bo­jo­wą dwu­na­stu okrę­tów i dwo­ma okrę­ta­mi pod­wod­ny­mi pa­tro­lo­wał pół­noc­ną część za­to­ki. Po­przed­nie­go dnia póź­nym wie­czo­rem cała gru­pa otrzy­ma­ła roz­kaz skie­ro­wa­nia się na po­łu­dnie i da­lej na wschód, w kie­run­ku cie­śni­ny Or­muz.

Za­le­d­wie przed trze­ma go­dzi­na­mi, pod osło­ną ciem­no­ści duży, sza­ry lot­ni­sko­wiec prze­jął dwa śmi­głow­ce US Air For­ce, któ­re te­raz sta­ły w wy­zna­czo­nym miej­scu na śród­o­krę­ciu. Zo­sta­ły po­ma­lo­wa­ne na ko­lor bru­nat­ny z brą­zo­wy­mi pa­sa­mi. Wcho­dzi­ły w skład Pierw­sze­go Skrzy­dła Ope­ra­cji Spe­cjal­nych od­po­wie­dzial­ne­go za do­star­cza­nie ame­ry­kań­skich sił spe­cjal­nych do róż­nych new­ral­gicz­nych miejsc na świe­cie. Pierw­szym, znacz­nie więk­szym, był MH-53J Pave Low, wart po­noć bli­sko czter­dzie­ści mi­lio­nów do­la­rów, naj­no­wo­cze­śniej­szy, jak mó­wio­no, śmi­gło­wiec woj­sko­wy na świe­cie. Jego za­ło­ga li­czy­ła sześć osób, a pod wzglę­dem wy­po­sa­że­nia elek­tro­nicz­ne­go mógł ry­wa­li­zo­wać z naj­no­wo­cze­śniej­szy­mi my­śliw­ca­mi bom­bar­du­ją­cy­mi znaj­du­ją­cy­mi się w ar­se­na­le Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Pave Low po­sia­dał wzmoc­nio­ny sys­tem na­wi­ga­cyj­ny (ENS) skła­da­ją­cy się z dwu­dzie­stu roz­ma­itych sys­te­mów, ta­kich jak: na­wi­ga­cyj­ny ra­dar dop­ple­row­ski, au­to­ma­tycz­ny ra­dio­na­mier­nik, wy­so­ko­ścio­mierz względ­ny i bez­względ­ny, GPS oraz ze­staw nie­za­leż­nych kom­pa­sów i ży­ro­sko­pów – przez cały czas pre­cy­zyj­nie in­for­mo­wał pi­lo­ta, gdzie do­kład­nie znaj­du­je się he­li­kop­ter.

Dzię­ki temu sys­te­mo­wi do­sko­na­le wy­szko­le­ni pi­lo­ci pierw­sze­go skrzy­dła mo­gli la­tać set­ki mil tuż nad ko­ro­na­mi drzew pod­czas naj­gor­szej po­go­dy i w cią­gu kil­ku se­kund od wy­zna­czo­ne­go cza­su lą­do­wać do­kład­nie w wy­zna­czo­nym miej­scu. W ope­ra­cjach spe­cjal­nych mia­ło to ogrom­ne zna­cze­nie dla suk­ce­su lub klę­ski, a ści­ślej mó­wiąc, od tego za­le­ża­ło ży­cie lub śmierć ich uczest­ni­ków. Pi­lo­to­wa­nie tak ogrom­nych, skom­pli­ko­wa­nych śmi­głow­ców po­wie­rza­no nie­zwy­kłym lot­ni­kom – siły po­wietrz­ne mu­sia­ły mieć pew­ność, że tyl­ko naj­le­piej wy­szko­le­ni pi­lo­ci będą zdol­ni wła­ści­wie uży­wać tych tech­no­lo­gicz­nych cu­dów.

Dru­gi he­li­kop­ter był o jed­ną trze­cią mniej­szy od nie­go – był to MD-5300 Pave Hawk wy­po­sa­żo­ny w zre­du­ko­wa­ną wer­sję ENS. Mniej­szy, zwin­niej­szy, uży­wa­ny był jako osło­na ognio­wa trans­por­tu­ją­ce­go lu­dzi Pave Low. Pi­lo­ci i za­ło­ga obu ma­szyn przed lo­tem me­to­dycz­nie spraw­dza­li każ­dy szcze­gół. Nie było miej­sca na ja­ką­kol­wiek po­mył­kę. Naj­mniej­szy błąd mógł skoń­czyć się śmier­cią lub, co gor­sza – je­śli zda­rzył­by się nad lą­dem – mię­dzy­na­ro­do­wym kon­flik­tem.

Wy­brze­że Ira­nu

Ka­pi­tan Dan Har­ris przy­ło­żył do oczu lor­net­kę z nok­to­wi­zo­rem i da­rem­nie pró­bo­wał doj­rzeć miej­sce lą­do­wa­nia. Na­wet te­raz, gdy znaj­do­wa­li się za­le­d­wie kil­ka­set jar­dów od brze­gu, le­d­wo mógł uchwy­cić jego za­rys. Pon­to­nem rzu­ca­ły fale wzbu­rzo­ne­go mo­rza, co unie­moż­li­wia­ło sta­tycz­ne utrzy­ma­nie lor­net­ki przy oczach. Gdy już skie­ro­wał ją w od­po­wied­nim kie­run­ku, pon­ton uniósł się i Har­ris zo­ba­czył przed sobą pię­trzą­cą się na dzie­sięć stóp falę.

Scho­wał lor­net­kę do wo­do­od­por­ne­go fu­te­ra­łu i we­pchnął pra­wą rękę za koł­nierz kom­bi­ne­zo­nu. Pod­łą­czył słu­chaw­kę do ra­dia Mo­to­ro­la MX300, przy­tknął ją do le­we­go ucha i wal­cząc z hu­kiem wody i wy­ciem wia­tru, krzyk­nął:

– Że­la­zny Czło­wiek, tu Whi­skey Pięć! Sły­szysz mnie? Od­biór.

La­ryn­go­fon Har­ri­sa prze­chwy­cił te sło­wa i na­daj­nik wy­słał je w eter.

Po chwi­li słu­chaw­ki prze­ję­ły peł­ną trza­sków od­po­wiedź.

– Whi­skey Pięć, tu Że­la­zny Czło­wiek. Sły­szę cię gło­śno i wy­raź­nie. Od­biór.

Har­ris od­wró­cił się ple­ca­mi do wia­tru w na­dziei, że bę­dzie le­piej sły­szał.

– Za­ję­li­śmy po­zy­cję. Jak w re­jo­nie na­sze­go lą­do­wa­nia?

– Bez­piecz­nie.

– Więc Ro­ger, cała piąt­ka bę­dzie cię wy­pa­try­wać. We­pchnął słu­chaw­kę za koł­nierz mo­kre­go kom­bi­ne­zo­nu i zwra­ca­jąc się do swo­ich lu­dzi, krzyk­nął: – Chwy­tać ma­nat­ki i go­to­wać się do sko­ku.

Spraw­dzi­li sprzęt, wło­ży­li płe­twy i ma­ski. Gdy wszy­scy pod­nie­śli kciu­ki, Har­ris dał znak opusz­cze­nia pon­to­nu z obu burt. Zna­la­zł­szy się w wo­dzie, za­ło­ga wy­cią­gnę­ła z po­chew noże i prze­bi­ła gu­mo­wą po­wło­kę. Z pon­to­nu za­czę­ło ucho­dzić za­tę­chłe po­wie­trze. Po dzie­się­ciu se­kun­dach cię­żar sil­ni­ka po­cią­gnął sfla­cza­łą po­wło­kę pod po­wierzch­nię wody, a po­tem da­lej na dno.

Z tego miej­sca człon­kom za­ło­gi trud­no było doj­rzeć po­most; da­rem­nie pró­bo­wa­li go zlo­ka­li­zo­wać. Wszy­scy spraw­dzi­li kie­ru­nek na kom­pa­sach i Har­ris po­le­cił naj­lep­sze­mu pły­wa­ko­wi, aby wy­su­nął się na czo­ło. Pły­nę­li w zwar­tej gru­pie, kon­tro­lu­jąc kurs. Po kil­ku mi­nu­tach wy­tę­żo­nej wal­ki z ży­wio­łem wresz­cie przy­bli­ży­li się do po­mo­stu, okrą­ży­li go i pod­pły­nę­li doń od po­łu­dnia, usta­wia­jąc się pod fale. Pod­da­li się im i ko­lej­no ła­god­nie lą­do­wa­li na pla­ży, aby po­tem na po­do­bień­stwo ali­ga­to­rów wy­czoł­gać się po mo­krym pia­sku i znik­nąć bez­piecz­nie pod po­mo­stem.

Wszy­scy, nie cze­ka­jąc na roz­kaz, za­ję­li obron­ne po­zy­cje – wy­cią­gnę­li z wo­do­od­por­nych fu­te­ra­łów pi­sto­le­ty ma­szy­no­we Hec­kler & Koch MP-10 kal. 10 mm i przy­go­to­wa­li je do strza­łu. Na­gwin­to­wa­ne lufy po­gru­bio­ne były czar­ny­mi tłu­mi­ka­mi, któ­re czy­ni­ły tę broń nie­zwy­kle ci­chą. Dwóch męż­czyzn prze­czoł­ga­ło się na pół­noc­ną stro­nę, dwóch po­zo­sta­ło od po­łu­dnia, a Har­ris za­jął sta­no­wi­sko w środ­ku. Wszy­scy mo­gli się ukryć w mor­skiej pia­nie. Fale nadal za­ła­my­wa­ły się na brze­gu, wy­wo­łu­jąc roz­cho­dzą­ce się w gma­twa­ni­nie kon­struk­cji wspie­ra­ją­cej po­most grzmią­ce echa. Się­ga­ją­ca pla­ży pia­na po­kry­wa­ła ca­łe­go Har­ri­sa z wy­jąt­kiem gło­wy i bro­ni. Spie­nio­ne wody opa­da­ły, co­fa­jąc się, a po kil­ku se­kun­dach nad­cho­dzi­ła na­stęp­na fala. Har­ris zba­dał lewą stro­nę ob­le­pio­ne­go sko­ru­pia­ka­mi pala i la­bi­rynt drew­nia­nej kon­struk­cji. Ryk fal i wy­cie wia­tru utrud­nia­ły nad­słu­chi­wa­nie. Gdy ba­dał la­bi­rynt drew­nia­nych pod­pór, jego lu­dzie usły­sze­li sła­by gwizd, po­tem dru­gi i trze­ci. Po chwi­li w od­le­gło­ści oko­ło trzy­dzie­stu stóp zza pala wy­ło­ni­ła się ma­cha­ją­ca rę­ka­mi po­stać w bia­łej sza­cie. Har­ris wy­ce­lo­wał ka­ra­bin ma­szy­no­wy w gło­wę przy­by­sza.

Mitch Rapp pod­szedł z wy­cią­gnię­ty­mi rę­ko­ma i krzyk­nął na tyle gło­śno, aby za­głu­szyć ryk fal:

– Wi­tam cię, Dan­ny!

Har­ris przez chwi­lę wpa­try­wał się w nie­go, po­tem spoj­rzał w pra­wo i w lewo. Uniósł się na ko­la­na i od­parł:

– Cie­szy mnie twój wi­dok, Mitch.

Rapp na­le­żał do nie­licz­nych lu­dzi z wy­wia­du, któ­rym Har­ris ufał. To za­ufa­nie opie­ra­ło się na dwóch rze­czach. Rapp – po­dob­nie jak SEAL – zło­żył na sza­li swo­je ży­cie, a po­nad­to ukry­wał się w bru­dzie i po­ni­ża­ją­cych wa­run­kach. Poza tym Har­ris wi­dział już Rap­pa w ak­cji; był sku­tecz­ny, śmier­tel­nie sku­tecz­ny.

– Nie mamy dużo cza­su, więc zbierz lu­dzi, prze­bie­raj­cie się i zni­ka­my.

Har­ris wstał, gwizd­nię­ciem po­de­rwał resz­tę, a Rapp po­pro­wa­dził ich do miej­sca, gdzie po­most łą­czył się z dro­gą, i uważ­nie ob­ser­wo­wał oko­li­cę, pod­czas gdy męż­czyź­ni prze­bie­ra­li się, zrzu­ca­jąc mo­kre ko­stiu­my i wkła­da­jąc wy­ję­te z to­reb dżel­la­by, san­da­ły i tur­ba­ny. Po kil­ku mi­nu­tach zmie­ni­li się nie do po­zna­nia i byli go­to­wi do dro­gi.

Rapp zgro­ma­dził ich w cia­sny krąg. W po­przed­nich mi­sjach pra­co­wał już ze wszyst­ki­mi i te­raz ko­lej­no wi­tał się z każ­dym. Har­ris za­brał ze sobą naj­lep­szych. Po pra­wej Rapp miał Mic­ka Re­aver­sa, osił­ka wa­żą­ce­go nie­mal dwie­ście pięć­dzie­siąt fun­tów. Obok Re­aver­sa sta­li Tony Clark i Jor­dan Ro­ste­in, obaj śred­niej bu­do­wy, eks­per­ci w de­mol­ce. Od cza­su ukoń­cze­nia Pod­sta­wo­we­go Kur­su Pod­wod­nych Ze­spo­łów Nisz­czą­cych, BUDS2 kum­ple w pły­wa­niu. Ostat­nim człon­kiem za­ło­gi był mały Char­lie Wic­ker, zwa­ny przez przy­ja­ciół Spry­cia­rzem. Mie­rzył za­le­d­wie sześć stóp i sześć cali i wa­żył mniej niż sto pięć­dzie­siąt fun­tów, ale to, cze­go mu bra­ko­wa­ło we wzro­ście i wa­dze, nad­ra­biał ta­len­tem. Wic­ker po­tra­fił wszę­dzie się wspiąć, wszę­dzie się wśli­zgnąć i był naj­lep­szym strzel­cem w Ze­spo­le Szó­stym SEAL albo Del­ta For­ce. Praw­do­po­dob­nie był naj­lep­szym snaj­pe­rem w si­łach spe­cjal­nych i dla­te­go cie­szył się dziw­nym sza­cun­kiem: wszy­scy wo­le­li trzy­mać się z dala od snaj­pe­rów. In­stynkt prze­ży­cia mó­wił im, że nie jest do­brze za­dzie­rać z kimś, kto z ty­sią­ca jar­dów może tra­fić cię w gło­wę.

Już na po­kła­dzie Ho­no­lu­lu Har­ris i jego lu­dzie na bie­żą­co otrzy­my­wa­li dane z wy­wia­du. Dzię­ki in­for­ma­cjom do­star­czo­nym przez Rap­pa i zdję­ciu sa­te­li­tar­ne­mu o du­żej roz­dziel­czo­ści mia­sta Ban­dar Ab­bas Har­ris jesz­cze przed opusz­cze­niem pon­to­nu mógł sko­or­dy­no­wać wła­sny plan dzia­ła­nia z pla­nem Rap­pa.

Rapp ukląkł, ob­rzu­cił spoj­rze­niem pię­ciu bro­da­tych Ame­ry­ka­nów i za­py­tał:

– Ja­kieś py­ta­nia przed roz­po­czę­ciem ak­cji?

Od­po­wie­dzie­li prze­czą­co. Rapp ski­nął gło­wą i rzekł:

– Do­brze. Har­ry, ru­sza­my.

Har­ris przy­tknął do ust mi­kro­fon i po­wie­dział:

– Bra­vo Sześć, tu Whi­skey Pięć. Co u was? Od­biór.

Przez kil­ka mi­nut trzesz­cza­ło, po­tem na­de­szła od­po­wiedź:

– Whi­skey Pięć, tu Bra­vo Sześć. Je­ste­śmy go­to­wi. Od­biór.

– Ile po­trze­bu­je­cie cza­su, aby nas prze­jąć? Od­biór.

– Trzy dwa, w mi­nu­tach. Po­wta­rzam, trzy dwa. Od­biór.

– Ro­ger.

Cała szóst­ka usia­dła w ciem­no­ściach pod po­mo­stem i zsyn­chro­ni­zo­wa­ła cy­fro­we ze­gar­ki. Har­ris za­czął wy­raź­nie od­li­czać:

– Trzy, dwa, je­den, start. – Na­ci­snął przy­cisk w ze­gar­ku i rzu­cił do mi­kro­fo­nu: – Bra­vo Sześć, zo­ba­czy­my się za trzy­dzie­ści dwie mi­nu­ty. – Spoj­rzał w lewo i do­dał: – Spry­ciarz, idziesz pierw­szy. – Uniósł kciuk i roz­ka­zał: – Ru­szaj!

Szczu­pły strze­lec wy­bo­ro­wy wstał i bez sło­wa opu­ścił gru­pę. Po dwóch mi­nu­tach ru­szy­li Tony i Jor­dan, na ko­niec spod gma­twa­ni­ny drew­nia­nych kon­struk­cji wy­mknę­li się Rapp, Har­ris i Re­avers.

3

Za­to­ka Per­ska

Na po­kła­dzie USS In­de­pen­den­ce za­czę­ły się wol­no ob­ra­cać ło­pa­ty wir­ni­ków no­śnych śmi­głow­ców Pave Low i Pave Hawk. W cią­gu pół mi­nu­ty ugię­cie dłu­gich ło­pat znik­nę­ło i wi­ro­wa­ły po­zio­mo, po­dmu­chem po­wie­trza wzdy­ma­jąc ko­szu­le ob­słu­gi po­kła­do­wej, któ­ra od­su­wa­ła węże pa­li­wo­we i przy­go­to­wy­wa­ła he­li­kop­te­ry do star­tu. Inna gru­pa ma­ry­na­rzy wpeł­zła pod ma­szy­ny w pu­styn­nym ka­mu­fla­żu i usu­nę­ła żół­te me­ta­lo­we kli­ny blo­ku­ją­ce koła pod­wo­zia.

W tyle prze­dzia­łu de­san­to­we­go Pave Low trzech człon­ków za­ło­gi spraw­dza­ło broń. Przy każ­dej bur­cie za­in­sta­lo­wa­ny był wie­lo­lu­fo­wy mi­ni­gun kal. 7,62 mm, trze­ci znaj­do­wał się na prze­su­wa­nej pod­sta­wie w opusz­cza­nej ram­pie za­ła­dow­czej. Dwóch pi­lo­tów i czte­rech człon­ków za­ło­gi za­ło­ży­ło lot­ni­cze heł­my z wmon­to­wa­ny­mi nok­to­wi­zo­ra­mi. W od­le­gło­ści pięć­dzie­się­ciu stóp pro­wa­dzo­no po­dob­ne czyn­no­ści w smu­kłym Pave Hawk. Przy drzwiach ulo­ko­wa­li się dwaj strzel­cy po­kła­do­wi, go­to­wi do otwar­cia ognia – kom­bi­na­cja ich pę­ka­tych heł­mów i nie­wy­god­nych go­gli nok­to­wi­zyj­nych czy­ni­ła z nich zło­wiesz­czych wo­jow­ni­ków no­wo­cze­snej tech­no­lo­gii.

Pi­lot Pave Low dał roz­kaz star­tu i w se­kun­dę póź­niej wiel­ki ptak uniósł się dzie­sięć stóp nad po­kry­ty smu­ga­mi pa­li­wa czar­ny po­kład lot­ni­skow­ca. Na­tych­miast skrę­cił na lewą bur­tę okrę­tu i opu­ścił się nad fale. Pave Hawk po­wtó­rzył ten ma­newr, trzy­ma­jąc się w od­le­gło­ści stu pięć­dzie­się­ciu jar­dów z le­wej stro­ny Pave Low. Oba śmi­głow­ce skie­ro­wa­ły się na wschód, ku wy­brze­żom Ira­nu, mu­ska­jąc pod­wo­zia­mi grzbie­ty fal, dzię­ki cze­mu były nie­wi­docz­ne na ekra­nach ra­da­rów. W kok­pi­tach cy­fro­we wy­świe­tla­cze od­li­cza­ły czas.

Ban­dar Ab­bas, Iran

Skrę­ci­li w wą­ski za­ułek. Wiatr sma­gał ich twa­rze, wy­dy­mał luź­ne sza­ty jak ża­gle. Rapp po­chy­lił gło­wę i zmru­żył oczy, usi­łu­jąc osło­nić je przed chmu­rą pyłu. Na szczę­ście noc­ne nie­bo cią­gle po­kry­wa­ły za­sła­nia­ją­ce Księ­życ skłę­bio­ne chmu­ry. Za­ku­rzo­nym za­uł­kiem szło trzech Ame­ry­ka­nów z Rap­pem na cze­le, kry­jąc broń pod bia­ły­mi dżel­la­ba­mi. Mitch uzbro­jo­ny był tyl­ko w nóż i pi­sto­let typu Be­ret­ta kal. 9 mm z tłu­mi­kiem. Dwaj po­zo­sta­li trzy­ma­li go­to­we do strza­łu pi­sto­le­ty ma­szy­no­we pod fał­da­mi ze­wnętrz­nych szat. Okręż­ną dro­gą zmie­rza­li na wy­zna­czo­ne po­zy­cje. Po przej­ściu za­uł­ka za­trzy­ma­li się kil­ka prze­cznic przed ce­lem. Ka­pi­tan Har­ris skon­tak­to­wał się z resz­tą ze­spo­łu i po­le­cił im, żeby po­da­li swo­je po­zy­cje; w tym cza­sie Rapp spraw­dzał czas przy­by­cia śmi­głow­ców.

Wszyst­ko szło zgod­nie z pla­nem. Te­raz mo­gli tyl­ko usiąść i cze­kać. Rapp ob­ser­wo­wał wą­ski za­ułek, spraw­dza­jąc oba jego koń­ce. Byli do­brze ukry­ci. Har­ris do­tknął jego ra­mie­nia i pod­su­nął mu ze­ga­rek przed oczy. Cy­fro­wy wy­świe­tlacz wska­zy­wał dzie­sięć mi­nut i czter­dzie­ści je­den se­kund do przy­lo­tu śmi­głow­ców. Har­ris za­py­tał:

– Kie­dy ru­sza­my?

Rapp uniósł trzy pal­ce i jego to­wa­rzysz ski­nął gło­wą.

Rapp oparł się o po­kry­tą stiu­kiem ścia­nę i sku­pił na uspo­ko­je­niu od­de­chu. Za­czął so­bie wy­obra­żać, co te­raz na­stą­pi. My­ślał, jak wy­eli­mi­no­wać straż­ni­ka. Cze­go spo­dzie­wać się po wej­ściu na szczyt scho­dów. Są­dził, że wie, ilu lu­dzi znaj­du­je się w środ­ku, ale tego nig­dy nie moż­na było być pew­nym. Dla­te­go wziął ze sobą Har­ri­sa i jego gru­pę. Dzię­ki dzien­nej ob­ser­wa­cji wie­dział, że pra­wie każ­dy męż­czy­zna z są­siedz­twa nosi broń, a poza tym był to te­ren He­zbol­la­hu. Czuł, jak na tę myśl ści­ska mu się ser­ce, po­czuł, jak­by coś szarp­nę­ło jego ner­wy. Przy­po­mniał so­bie jed­nak, że ta­kie ukłu­cia stra­chu do­brze mu ro­bią. Na czte­ry mi­nu­ty przed wy­zna­czo­nym cza­sem Har­ris po­now­nie spraw­dził go­to­wość – wszy­scy zgło­si­li się we­dług ko­lej­no­ści.

Har­ris dał Rap­po­wi znak pod­nie­sio­nym kciu­kiem i Rapp przy­ło­żył mi­kro­fon do ust.

– Spry­ciarz, kryj mnie, ale nie strze­laj. Chy­ba że coś bę­dzie nie tak.

Szczu­pły strze­lec wy­bo­ro­wy wy­brał trzy­kon­dy­gna­cyj­ny, gli­nia­ny bu­dy­nek sto­ją­cy w od­le­gło­ści czte­rech prze­cznic na nie­wiel­kim wznie­sie­niu. Wspiął się po ryn­nie i ulo­ko­wał na pła­skim da­chu. Pod­pie­ra­jąc się na po­dusz­ce z pian­ki, pa­trzył przez lu­net­kę z nok­to­wi­zo­rem na le­żą­cą po­ni­żej uli­cę. Do pra­we­go po­licz­ka przy­ci­skał snaj­per­ski ka­ra­bin typu Ga­lil z ma­ga­zyn­kiem miesz­czą­cym dwa­dzie­ścia na­bo­jów. Wic­ker lu­bił tę broń. SEAL dys­po­no­wa­li cel­niej­szy­mi ka­ra­bi­na­mi, ale ża­den nie był tak nie­za­wod­ny i tak po­ręcz­ny. Ze skła­da­ną kol­bą i dwój­no­giem sta­no­wił ide­al­ną broń w tego ro­dza­ju mi­sji.

Wic­ker, słu­cha­jąc w słu­chaw­kach gło­su Rap­pa, tak dłu­go ma­ni­pu­lo­wał lu­ne­tą, aż wy­ce­lo­wał do­kład­nie w lewą skroń straż­ni­ka sie­dzą­ce­go przed drzwia­mi domu Ha­ru­ta.

– Ro­ger, Że­la­zny. Straż­nik spra­wia wra­że­nie, jak­by za­raz miał za­snąć. Jest twój. Mam go na musz­ce, o in­nych się nie martw.

– Ro­ger – szep­nął Rapp. Spraw­dził ze­ga­rek, na­brał głę­bo­ko po­wie­trza i spoj­rzał na Har­ri­sa. – Daj mi dzie­sięć se­kund, po­tem ru­szaj.

Har­ris ski­nął gło­wą i Rapp znik­nął za ro­giem.

Na skra­ju pła­skie­go da­chu cią­gnął się sze­ścio­ca­lo­wy okap. Wic­ker jesz­cze raz ob­li­czył: wiatr w po­ry­wach wiał z szyb­ko­ścią po­nad dwu­dzie­stu wę­złów, co po­ten­cjal­nie – cho­ciaż nie­groź­nie – mo­gło zmie­nić tor po­ci­sku. Do­szedł jed­nak do wnio­sku, że nie ma się czym przej­mo­wać, bo­wiem cel znaj­do­wał się w od­le­gło­ści za­le­d­wie dwu­stu jar­dów. Dla Wic­ke­ra nie była to duża od­le­głość.

Do­strzegł, że Rapp zja­wił się po dru­giej stro­nie uli­cy, w od­le­gło­ści jed­nej prze­czni­cy od straż­ni­ka. Ob­li­zał war­gi i wy­rów­nał od­dech.

Rapp po­włó­czył no­ga­mi na tyle gło­śno, aby zwró­cić na sie­bie uwa­gę sen­ne­go straż­ni­ka; chciał się mak­sy­mal­nie do nie­go zbli­żyć, a po­tem go za­sko­czyć. Zgar­bio­ny, z po­chy­lo­ną gło­wą, mam­ro­tał coś w far­si, ale wzro­kiem ba­dał uważ­nie całą uli­cę. Gdy się zbli­żał, straż­nik ock­nął się, spoj­rzał trzeź­wiej i wy­pro­sto­wał się, na mo­ment uno­sząc broń, ale po­znaw­szy głu­pie­go sta­ru­cha, męż­czy­zna opu­ścił ją na ko­la­na.

Wszyst­ko ukła­da­ło się po my­śli Rap­pa, tak jak to so­bie przez ostat­nie trzy noce wie­le razy wy­obra­żał. Wlo­kąc się uli­cą, cią­gle mam­ro­tał w far­si, grał rolę nie­do­łęż­nie kuś­ty­ka­ją­ce­go star­ca. Po zbli­że­niu się na od­le­głość dwu­dzie­stu stóp po­wi­tał straż­ni­ka i nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, za­czął mó­wić o po­go­dzie. Ką­tem oka do­strzegł, że wy­so­ki męż­czy­zna ko­ły­sze się na krze­śle. Wy­cią­gnął przed sie­bie dłu­gie nogi i od­chy­lił się do tyłu. Przy­brał po­zy­cję unie­moż­li­wia­ją­cą na­tych­mia­sto­we po­de­rwa­nie się.

Z po­cząt­ku wy­da­wa­ło się, że nie­do­łęż­ny sta­rzec po­wle­cze się da­lej. Nie zwol­nił aż do chwi­li, gdy zna­lazł się do­kład­nie przed straż­ni­kiem. Przy­bli­żył się do nie­go, po­chy­lił, jak­by chciał o coś za­py­tać, wbił wzrok w oczy Irań­czy­ka i lewą ręką wska­zał uli­cę. W tym sa­mym cza­sie, pra­wie nie­do­strze­gal­nie, wsu­nął rękę pod dżel­la­bę i chwy­cił po­kry­tą twar­dą gumą rę­ko­jeść noża o czar­no oksy­do­wa­nym ostrzu. Wy­jął go i po­stą­pił do przo­du.

Jed­nym płyn­nym ru­chem wbił ostrze noża głę­bo­ko w szy­ję straż­ni­ka, tuż pod szczę­ką. Za­ci­snął lewą dłoń na ustach męż­czy­zny i pchnął głę­biej, kie­ru­jąc uko­śnie w górę, w pod­sta­wę mó­zgu. Po­tem, wraz z szyb­kim prze­krę­ce­niem rę­ko­je­ści, nóż prze­rwał rdzeń mó­zgo­wy i cia­ło straż­ni­ka zwiot­cza­ło. Rapp oparł tru­pa o ścia­nę i wy­cią­gnął skrwa­wio­ne ostrze. Roz­glą­da­jąc się, wy­tarł je o brą­zo­wą sza­tę ofia­ry i za­krył ranę jej tur­ba­nem.

Ci­cho prze­mknął przez drzwi i przy­siadł. Wą­ski ko­ry­tarz pro­wa­dził do drew­nia­nych scho­dów wio­dą­cych na pię­tro. Trud­no bę­dzie wspiąć się po tych sta­rych, chwiej­nych stop­niach bez zdra­dza­nia swej obec­no­ści. Po do­kład­nym obej­rze­niu scho­dów pod­jął ry­zy­kow­ną de­cy­zję. Scho­wał nóż i wy­jął z ka­bu­ry ukry­tej pod dżel­la­bą pi­sto­let z tłu­mi­kiem. Po kil­ku se­kun­dach w ko­ry­ta­rzu zja­wi­li się Har­ris i Re­avers.

Rapp dał im znak, żeby szli za nim. Ku ich za­sko­cze­niu gło­śno za­kasz­lał i za­czął się wspi­nać, na­rze­ka­jąc w na­rze­czu far­si na zim­ną noc. Har­ris i Re­avers po­su­wa­li się za nim z bro­nią go­to­wą do strza­łu. Po wej­ściu na po­dest Rapp spraw­dził, czy to­wa­rzy­sze są za nim, od­su­nął się i kop­nął drzwi. Roz­war­ły się, sy­piąc drza­zgi, i Rapp na­tych­miast wpadł do środ­ka, za­ta­cza­jąc bro­nią pół­okrąg od pra­wej do le­wej.

Dwóch męż­czyzn sie­dzą­cych przy ku­chen­nym sto­le unio­sło sen­ny wzrok znad plan­szy tryk­tra­ka. Rapp strze­lił, za­nim zdą­ży­li się­gnąć po broń. Tłu­mik dwa razy za­kasz­lał, kule tra­fi­ły w czo­ła ofiar, cia­ła osu­nę­ły się z krze­seł. Rapp prze­biegł przez kuch­nię i dał nura w wy­świech­ta­ną za­sło­nę w otwo­rze drzwi pro­wa­dzą­cych do sy­pial­ni. Padł na pod­ło­gę, prze­ko­zioł­ko­wał, ukląkł i za­czął szu­kać celu. Z su­fi­tu kuch­ni po prze­kąt­nej wpa­da­ło do sy­pial­ni wą­tłe świa­tło. Rapp uj­rzał w jego smu­dze wy­su­wa­ją­cą się rękę i strze­lił.

Fara Ha­rut chciał po­chwy­cić broń, ale nie zdą­żył – kula tra­fi­ła go w nad­gar­stek. Ręka od­sko­czy­ła, star­szy męż­czy­zna zwi­nął się z bólu i dru­gą ręką uci­snął bo­lą­ce miej­sce. Na­stęp­ną jego re­ak­cją by­ło­by z pew­no­ścią wo­ła­nie o po­moc, ale zdą­żył tyl­ko wy­du­sić z sie­bie zdła­wio­ny jęk. Mitch Rapp, czu­jąc na­pływ ad­re­na­li­ny, ze­rwał się z pod­ło­gi i za­dał Irań­czy­ko­wi cios w skroń kol­bą. Ha­rut, ogłu­szo­ny, upadł na ple­cy, krwa­wiąc.

Rapp usły­szał za sobą głos Har­ri­sa.

– Czy­sto!

Po chwi­li po­wtó­rzył to Re­avers z kuch­ni.

Lewą ręką Rapp wy­jął strzy­kaw­kę i usu­nął pla­sti­ko­wą osło­nę. Wbił igłę w szy­ję Ha­ru­ta i na­ci­snął tło­czek. Wstrzyk­nię­ty śro­dek uspo­ka­ja­ją­cy bę­dzie dzia­łał pół go­dzi­ny.

Ostroż­nie scho­wał strzy­kaw­kę do po­jem­ni­ka i ukrył mię­dzy fał­da­mi sza­ty. Te­raz za­czął prze­szu­ki­wać po­kój, ma­jąc na­dzie­ję zna­leźć ja­kieś przy­dat­ne do­ku­men­ty. Na noc­nym sto­li­ku le­żał pi­sto­let, wy­jął więc z nie­go ma­ga­zy­nek, usu­nął na­bój z ko­mo­ry i ci­snął nim w kąt po­ko­ju.

Har­ris sta­nął przy oknie z go­to­wym do strza­łu MP-10. Włą­czył ra­dio i po­wie­dział do mi­kro­fo­nu:

– Ko­lej­no mel­do­wać o sy­tu­acji. – Od­wró­cił się do Rap­pa i do­dał: – Pięk­na ro­bo­ta, Mitch. Cie­szę się, że mo­gli­śmy być tego świad­ka­mi.

– Jesz­cze nie skoń­czy­li­śmy, Har­ry. – Rapp kon­ty­nu­ował po­szu­ki­wa­nia.

Har­ris ob­ser­wo­wał uli­cę i słu­chał, jak zgła­sza­ją się jego lu­dzie. Gdy skoń­czy­li, wy­dał im po­le­ce­nia:

– W po­rząd­ku. Jor­dan i Tony, za­bie­raj­cie dupy i chodź­cie tu. Spry­ciarz, ty zo­stań na stra­ży i ob­ser­wuj, co się dzie­je. Wcho­dzi­my na dach.

Har­ris wró­cił do kuch­ni, wska­zał dra­bi­nę pod ścia­ną i roz­ka­zał:

– Re­avers, właź na dach, ale przed cał­ko­wi­tym otwar­ciem wła­zu upew­nij się, czy jest bez­piecz­nie.

Re­avers wspiął się po krót­kiej dra­bi­nie i wyj­rzał przez uchy­lo­ny właz. Prze­ko­naw­szy się, że nie ma tam żad­nej pu­łap­ki, wy­szedł na pła­ski dach.

Tym­cza­sem Har­ris otwo­rzył drzwi, aby wpu­ścić dwóch męż­czyzn, któ­rzy wspię­li się po chwiej­nych stop­niach. Wska­zał im scho­dy oraz wyj­ście na uli­cę i roz­ka­zał:

– Pil­nuj­cie scho­dów i wyj­ścia.

Po­tem od­wró­cił się w stro­nę sy­pial­ni i rzu­cił do mi­kro­fo­nu:

– Bra­vo Sześć, tu Whi­skey Pięć. Je­ste­śmy go­to­wi do zbiór­ki. Za ile bę­dzie­cie? Od­biór.

– Sie­dem dwie se­kun­dy – usły­szał w od­po­wie­dzi. – Po­wta­rzam, sie­dem dwie. Od­biór.

Har­ris spoj­rzał na ze­ga­rek. Od pla­no­wa­nej ewa­ku­acji dzie­li­ło ich jesz­cze pięt­na­ście se­kund.

– Spry­ciarz, co tam na ze­wnątrz?

Wic­ker, z pal­cem na spu­ście, ob­ser­wo­wał ciem­ną uli­cę przez lu­net­kę da­ją­cą zie­lo­ny ob­raz z nok­to­wi­zo­ra.

– Jak do­tąd spo­koj­nie.

Rapp w sy­pial­ni zaj­mo­wał się kne­blo­wa­niem i sku­wa­niem Ha­ru­ta. Koń­czył, gdy wszedł Har­ris.

– Mitch, idzie­my. Zbli­ża­ją się śmi­głow­ce.

– Ro­ger.

Rapp wsu­nął plik do­ku­men­tów za pas i za­rzu­cił bez­wład­ne cia­ło Ha­ru­ta na ra­mię. Dwa razy je pod­rzu­cił, aby uło­żyć w od­po­wied­niej po­zy­cji, i ru­szył do dra­bi­ny. Gdy za­czął się wspi­nać, w słu­chaw­ce usły­szał pierw­szy sy­gnał zwia­stu­ją­cy kło­po­ty.

4

Ban­dar Ab­bas, Iran

Wic­ker ob­ser­wo­wał uli­cę ze swe­go sta­no­wi­ska na da­chu, mru­cząc pod no­sem pio­sen­kę Boba Mar­leya. Za­glą­da­jąc w wi­zjer nok­to­wi­zo­ra, od­dy­chał płyt­ko i mia­ro­wo. Na­gle do­strzegł otwie­ra­ją­ce się drzwi po­ło­żo­ne­go u pod­nó­ża scho­dów miesz­ka­nia i wy­nu­rza­ją­ce­go się z nich uzbro­jo­ne­go w AK-47 męż­czy­znę w bie­liź­nie.

– Har­ry – rzu­cił do mi­kro­fo­nu – masz to­wa­rzy­stwo. Z miesz­ka­nia na par­te­rze wła­śnie wy­szedł fa­cet.

Wic­ker śle­dził przez lu­net­kę, jak męż­czy­zna pod­cho­dzi do bez­wład­ne­go straż­ni­ka, chwy­ta go za ra­mię i po­trzą­sa nim. Mar­twy straż­nik osu­nął się na zie­mię i męż­czy­zna od­sko­czył, uno­sząc broń.

Wic­ker nie za­mie­rzał dłu­go się za­sta­na­wiać; cho­ciaż męż­czy­zna się cof­nął, jego gło­wa nadal znaj­do­wa­ła się w cen­trum krzy­żu­ją­cych się li­nii ce­low­ni­ka optycz­ne­go. Na­ci­snął spust – tłu­mik przy wy­lo­cie lufy syk­nął wy­rzu­co­ny­mi ga­za­mi, wy­sy­ła­jąc po­cisk.

Kula tra­fi­ła w gło­wę, rzu­ca­jąc cia­ło do zie­mi, ale jed­no­cze­śnie pa­lec wska­zu­ją­cy tra­fio­ne­go na­ci­snął spust AK-47. Ci­szę przed­świ­tu prze­rwa­ły dwa gło­śne wy­strza­ły.

– Tan­go tra­fio­ny – stwier­dził zim­no Wic­ker i za­czął szu­kać in­ne­go celu.

Har­ris stał pod dra­bi­ną, chcąc mieć pew­ność, że Rapp wej­dzie bez­piecz­nie, gdy usły­szał strza­ły i na­tych­miast roz­po­znał AK-47. W ułam­ku se­kun­dy wszy­scy ru­szy­li na naj­wyż­szych ob­ro­tach. Har­ris od­sko­czył od dra­bi­ny i słu­chał re­la­cji Wic­ke­ra. Usły­szał wy­star­cza­ją­co dużo – krzyk­nął do Jor­da­na i Tony’ego:

– Skoń­czy­li­ście?

Tony, nie pa­trząc w górę, od­po­wie­dział:

– Wkrót­ce bę­dzie­my u cie­bie.

Har­ris od­su­nął mi­kro­fon.

– Re­avers, wi­dać na­sze­go pta­ka?

Re­avers pod­czoł­gał się do skra­ju da­chu, żeby zo­ba­czyć, co się dzie­je na uli­cy. Pa­trzył na dwa mar­twe cia­ła, gdy szef spy­tał go o śmi­głow­ce. Pod­niósł wzrok i zba­dał ho­ry­zont. Ale he­li­kop­te­rów nie było wi­dać.

– Od­po­wiedź ne­ga­tyw­na, Har­ris – od­parł Re­avers.

– Sy­gnał stro­bo­sko­po­wy uru­cho­mio­ny? – za­py­tał Har­ris. Mó­wiąc o stro­bo­sko­pie, miał na my­śli świa­tło pod­czer­wo­ne, nie­wi­docz­ne go­łym okiem, ale do­strze­gal­ne dla każ­de­go, kto był wy­po­sa­żo­ny w oku­la­ry z nok­to­wi­zo­rem.

Wic­ker ze swo­je­go sta­no­wi­ska szyb­ko to spraw­dził – do­strzegł bły­ska­ją­ce świa­tło na szczy­cie domu.

– Stro­bo­skop ak­tyw­ny.

Har­ris spoj­rzał na ze­ga­rek i wró­cił do męż­czyzn za­sta­wia­ją­cych pu­łap­ki na scho­dach.

– Wszy­scy na górę! Ru­szaj­cie!

Po­łą­czy­li ostat­ni gra­nat i sko­czy­li na dra­bi­nę. Har­ris po­dą­żył za nimi i wczoł­gał się na brud­ny dach. Trzy­ma­jąc jed­ną ręką MP-10, dru­gą za­mknął właz. Spraw­dził roz­lo­ko­wa­nie swo­ich lu­dzi, chwy­cił lor­net­kę z nok­to­wi­zo­rem i skie­ro­wał ją na pół­noc­ny za­chód, szu­ka­jąc na nie­bie śmi­głow­ców. Wo­dząc wzro­kiem po ho­ry­zon­cie, usły­szał głos Wic­ke­ra:

– Wi­dzę ru­chy na­stęp­nych Tan­go!

Wic­ker uj­rzał przez lu­ne­tę dwóch męż­czyzn, a za nimi trze­cie­go, wy­bie­ga­ją­cych z domu po dru­giej stro­nie uli­cy. Wszy­scy byli uzbro­je­ni. Prze­su­wa­jąc lu­net­kę, oznaj­mił:

– Pa­nu­ję nad sy­tu­acją. Ubez­pie­czam wszyst­kich. Gdy pierw­szy męż­czy­zna pod­szedł do ciał le­żą­cych na uli­cy, Wic­ker wy­ce­lo­wał w jego gło­wę i po­słał kulę. Prze­su­nął ka­ra­bin w lewo, na­mie­rzył dru­gie­go, któ­ry wła­śnie wpa­try­wał się w pierw­sze­go, osu­wa­ją­ce­go się na zie­mię, i po­now­nie na­ci­snął spust. Trze­ci męż­czy­zna, wy­ma­chu­jąc rę­ka­mi, z krzy­kiem się wy­co­fy­wał, chcąc do­paść drzwi. Ale nie zdą­żył.

Har­ris opadł na brzuch i pod­czoł­gał się na skraj da­chu z go­to­wym do strza­łu MP-10. Spoj­rzał w dół. Jego lu­dzie byli już roz­sta­wie­ni na ob­wo­dzie da­chu. Dwóch kry­ło za­ułek, dwóch front domu. Rapp klę­czał nad nie­przy­tom­nym Ha­ru­tem i ob­ser­wo­wał nie­bo.

– Chłop­cy – wark­nął Har­ris – strze­laj­cie do wszyst­kie­go, co się ru­sza.

Dru­gi pi­lot Pave Low za­uwa­żył świa­tła stro­bo­sko­pu, gdy znaj­do­wa­li się o mi­nu­tę lotu od pla­ży, i za­wia­do­mił o tym za­ło­gę. Naj­pierw mie­li się kie­ro­wać wprost na pół­noc­ny sy­gnał. Pi­lo­ci z Pave Low dali znać le­cą­ce­mu za nimi z szyb­ko­ścią stu pięć­dzie­się­ciu mil na go­dzi­nę Pave Hawk i po­le­ci­li przy­go­to­wać się do ak­cji.

Oba śmi­głow­ce rów­no­cze­śnie zła­ma­ły szyk. Więk­szy Pave Low skrę­cił w lewo i za­czął zwal­niać, na­to­miast Pave Hawk skie­ro­wał się w pra­wo i z peł­ną szyb­ko­ścią ru­szył na po­łu­dnie.

Noc­ne nie­bo roz­brzmia­ło hu­kiem wy­strza­łów w chwi­li, gdy Har­ris usły­szał ha­łas nad­la­tu­ją­cych śmi­głow­ców. Ogień pro­wa­dzo­no z bu­dyn­ku sto­ją­ce­go po dru­giej stro­nie uli­cy; nad zie­mią prze­mknę­ło po­nad dwa­dzie­ścia po­ci­sków. Dwa z nich tra­fi­ły w gzyms, roz­pry­sku­jąc ka­wał­ki gli­ny.

Har­ris, le­żąc na boku, rzu­cił do mi­kro­fo­nu:

– Bra­vo Sześć, tu Whi­skey Pięć. Je­ste­śmy ostrze­li­wa­ni! Po­wta­rzam, ostrze­li­wa­ni! Stre­fa lą­do­wa­nia go­rą­ca!

– Ro­ger, tu Whi­skey Pięć – na­de­szła od­po­wiedź od Pave Low. – Skąd ten ogień?

– Z domu sto­ją­ce­go do­kład­nie po dru­giej stro­nie uli­cy, na za­chód od nas.

– Ro­ger, tu Whi­skey Pięć. Usta­li­li­śmy wa­szą po­zy­cję i bę­dzie­my nad wami za oko­ło dwa­dzie­ścia se­kund.

Har­ris le­żał pła­sko na da­chu. Na­stęp­na se­ria, li­czą­ca już wię­cej niż dwa­dzie­ścia kul, tra­fi­ła w bok da­chu, a po­tem do ostrza­łu włą­czy­li się ko­lej­ni strzel­cy.

– Spry­ciarz – za­wo­łał do­wód­ca przez ra­dio – nie mo­żesz mi zdjąć z dupy tych fa­ce­tów?

– Nie da rady, Har­ris. Zły kąt.

Har­ris, sły­sząc z dołu krzy­ki, prze­to­czył się na ple­cy i wte­dy za­grzmia­ła na­stęp­na sal­wa.

– Re­avers! – wrza­snął. – Ścią­gnę na sie­bie ogień, a ty ich za­łatw!

Le­żąc na ple­cach, Har­ris wy­su­nął MP-10 za skraj da­chu i po­słał czte­ry se­rie w stro­nę domu po dru­giej stro­nie uli­cy. Se­kun­dę po­tem Re­avers sko­czył, uj­rzał błysk wy­strza­łów w oknie dru­gie­go pię­tra, wpa­ko­wał trzy kule pro­sto w pierś strzel­ca i szyb­ko ukrył się przed zma­so­wa­nym ogniem od­we­to­wym.

Wic­ker ze swe­go sta­no­wi­ska spoj­rzał na uli­cę.

– My­ślę, że we­pchnę­li­śmy łapy w gniaz­do szer­sze­ni.

Tym­cza­sem po­ja­wi­ły się nowe cele i Wic­ker za­brał się do ro­bo­ty.

Pave Low nad­la­ty­wał znacz­nie wol­niej, niż spodo­ba­ło­by się to hol­ly­wo­odz­kim re­ży­se­rom, ale tak cięż­ką ma­szy­ną trud­no jest spraw­nie ma­new­ro­wać i lą­do­wać pre­cy­zyj­nie w wy­zna­czo­nym miej­scu. Sły­chać było ogłu­sza­ją­cy ryk 3900-kon­nych sil­ni­ków tur­bi­no­wych i ło­skot ło­pat wir­ni­ków. Kie­dy uka­za­ły się do­god­ne cele, pra­wy strze­lec po­kła­do­wy otwo­rzył ogień ze swe­go mi­ni­gu­na, dziu­ra­wiąc bu­dy­nek po dru­giej stro­nie uli­cy. Pave Low za­wisł w po­wie­trzu, nie opusz­cza­jąc się na dach. Po kil­ku se­kun­dach z po­łu­dnia nad­le­ciał Pave Hawk i strze­la­jąc, prze­mknął do­kład­nie po­nad da­chem.

Rapp chwy­cił Ha­ru­ta, za­rzu­cił go na ra­mię i wsko­czył na otwar­tą ram­pę Pave Low. Har­ris przy­kuc­nął przy kra­wę­dzi ram­py i ujął stro­bo­skop. Po­li­czył swo­ich lu­dzi, kle­piąc ich ko­lej­no po tył­kach, gdy wska­ki­wa­li na ram­pę. Kie­dy wszy­scy byli już w środ­ku, sam wsko­czył do śmi­głow­ca i unie­sio­nym kciu­kiem dał znak strzel­co­wi ogo­no­we­mu. W se­kun­dę póź­niej he­li­kop­ter uniósł się na dzie­sięć stóp i nie­zdar­nie za­to­czył pół­okrąg, rów­no­cze­śnie pro­wa­dząc skie­ro­wa­ny w dół cią­gły ostrzał z ca­łej bro­ni po­kła­do­wej.

Wic­ker do ostat­niej se­kun­dy szu­kał ce­lów, ale nie zna­lazł nic god­ne­go uwa­gi. Oba he­li­kop­te­ry sku­tecz­nie oczy­ści­ły te­ren. Jed­nak gdy zbli­żał się do nie­go Pave Low, snaj­per uj­rzał nad­cią­ga­ją­cych uli­cą krzy­czą­cych męż­czyzn. Chwy­cił broń i gdy ram­pa ob­ni­ży­ła się do­sta­tecz­nie, wsko­czył do tyl­nej czę­ści ła­dow­ni.

Pi­lo­ci, usły­szaw­szy, że ostat­ni czło­wiek jest już na po­kła­dzie, otwo­rzy­li prze­pust­ni­ce i skie­ro­wa­li ma­szy­ny ku mo­rzu. Po dwu­dzie­stu kry­tycz­nych se­kun­dach le­cie­li już ni­sko nad wodą za­to­ki. Pave Hawk – zno­wu w szy­ku – trzy­mał się z tyłu. I tak po­mknę­li do domu.

Wa­szyng­ton, pół­noc

Sa­lon Plu­szo­wy mie­ścił się w po­łu­dnio­wo-wschod­nim na­roż­ni­ku dzie­sią­te­go pie­tra. Był to je­den z naj­lep­szych po­ko­jów w ho­te­lu Wa­szyng­ton. Przez okna są­czy­ło się z uli­cy mdłe, sza­re świa­tło, od­bi­ja­jąc się od bia­łe­go su­fi­tu i ścian. Przed lu­strem stał sa­mot­ny lo­ka­tor i wpa­try­wał się w swo­je od­bi­cie, wo­dząc czu­le pal­ca­mi wo­kół oczu i szczę­ki. Był to przy­stoj­ny męż­czy­zna, ude­rza­ją­co przy­stoj­ny. Przy­stoj­niej­szy niż kie­dy­kol­wiek przed­tem dzię­ki zmia­nom do­ko­na­nym no­żem chi­rur­ga pla­stycz­ne­go. Ostre rysy zo­sta­ły zła­go­dzo­ne i uszla­chet­nio­ne. Męż­czy­zna pa­trzył na tę swo­ją nową twarz pra­wie od mie­sią­ca i zdą­żył się już do niej przy­zwy­cza­ić. Wy­jął z ust pa­pie­ro­sa, od­wró­cił gło­wę w pra­wo i stu­dio­wał swój pro­fil. Co praw­da znik­nę­ła już czer­wo­na bli­zna, ale cią­gle wy­czu­wał pod pal­ca­mi zgru­bie­nie skó­ry. Cera przy­bra­ła zie­mi­sty od­cień, czę­ścio­wo na sku­tek ope­ra­cji pla­stycz­nej, ale też dla­te­go, że stra­cił dwa­dzie­ścia fun­tów na wa­dze. Był za­do­wo­lo­ny z efek­tu. Nie wszyst­ko było do­sko­na­łe, ale wy­star­cza­ją­co do­bre.

Wy­dmu­chał chmu­rę dymu, od­stą­pił od lu­stra i od­wró­cił się. Wyj­rzał przez duże okno i po­pa­trzył na roz­cią­ga­ją­ce się przed nim mia­sto. Stał sztyw­no wy­pro­sto­wa­ny; jego ciem­na cera i krót­kie czar­ne wło­sy kon­tra­sto­wa­ły z ręcz­nie uszy­tą bia­łą ko­szu­lą fra­ko­wą.

Po jego le­wej stro­nie, na tle noc­ne­go nie­ba, ry­so­wał się obe­lisk Je­rze­go Wa­szyng­to­na, zna­cząc cen­trum Par­ku Na­ro­do­we­go. Za nim błysz­cza­ła nad ko­ro­na­mi drzew ko­pu­ła bu­dyn­ku miesz­czą­ce­go po­mnik Jef­fer­so­na, a da­lej na za­chód, na krań­cu par­ku, wzno­si­ły się pięk­ne ala­ba­stro­we ko­lum­ny po­mni­ka Lin­col­na. Do­kład­nie po dru­giej stro­nie uli­cy usy­tu­owa­ny był kosz­tow­ny gmach De­par­ta­men­tu Skar­bu. Jed­nak żad­na z tych bu­dow­li nie bu­dzi­ła jego za­in­te­re­so­wa­nia. In­te­re­so­wa­ło go wy­łącz­nie to, co znaj­do­wa­ło się po dru­giej stro­nie sie­dzi­by De­par­ta­men­tu Skar­bu.

Ciem­no­oki męż­czy­zna za­cią­gnął się, wy­jął pa­pie­ro­sa z ust i wol­no opu­ścił rękę, luź­no zwie­sza­jąc ją przy boku. Oglą­da­jąc hi­sto­rycz­ny kra­jo­braz, jak zwy­kle uniósł nie­znacz­nie ką­ci­ki ust, ukła­da­jąc je w zło­wiesz­czy uśmiech. Ra­fi­que Aziz nie­na­wi­dził tego wszyst­kie­go. Nie­na­wi­dził tak bar­dzo, że ża­den Ame­ry­ka­nin nie mógł­by tego zro­zu­mieć. Te po­mni­ki i bu­dyn­ki były sym­bo­la­mi ame­ry­kań­skie­go im­pe­ria­li­zmu, za­chłan­no­ści, ko­rup­cji i aro­gan­cji. I to wszyst­ko sko­rum­po­wa­ło jego oj­czy­znę, do­pro­wa­dza­jąc do tego, że brat wy­stę­po­wał prze­ciw­ko bra­tu. Byli na­wet tacy, któ­rzy mó­wi­li o po­ko­ju z Izra­elem, z sy­jo­ni­sta­mi, któ­rzy z po­mo­cą po­tęż­nej Ame­ry­ki zmie­ni­li jego Bej­rut w pie­kło na zie­mi. Nad­szedł czas… nad­szedł czas na­stęp­nej re­wo­lu­cji. Czas roz­po­czę­cia dżi­ha­du.

5

Wa­szyng­ton, 6.55 rano

Więk­szość z pię­ciu ty­się­cy agen­tów Se­cret Se­rvi­ce pra­co­wa­ła w te­re­no­wych biu­rach roz­sia­nych po ca­łym kra­ju i zaj­mo­wa­ła się ści­ga­niem fał­sze­rzy. Jed­nak bar­dziej zna­nym za­da­niem agen­cji była ochro­na po­li­ty­ków i – co naj­waż­niej­sze – pre­zy­den­ta Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Na li­ście spe­cjal­nych agen­tów Se­cret Se­rvi­ce, przez cały czas zaj­mu­ją­cych się ochro­ną gło­wy pań­stwa, znaj­do­wa­ło się bli­sko dwie­ście osób, ale ich po­zy­cja bu­dzi­ła wąt­pli­wo­ści kon­ku­ren­cyj­nych i po­szu­ku­ją­cych za­ję­cia or­ga­nów wła­dzy wy­ko­naw­czej.

Agent­ka Se­cret Se­rvi­ce El­len Mor­ton na­le­ża­ła do nie­licz­nych szczę­śliw­ców. Idąc przez Bia­ły Dom, za­trzy­ma­ła się przy po­ko­ju znaj­du­ją­cym się na par­te­rze bu­dyn­ku. To nie­wiel­kie po­miesz­cze­nie na­zy­wa­no ofi­cjal­nie Klat­ką Scho­do­wą. Na­zwa po­cho­dzi­ła od jego po­ło­że­nia u pod­nó­ża scho­dów pro­wa­dzą­cych do ulo­ko­wa­nych na pierw­szym i dru­gim pię­trze pry­wat­nych apar­ta­men­tów Naj­waż­niej­szej Ro­dzi­ny.

Mor­ton zaj­rza­ła do środ­ka przez otwar­te drzwi.

– Wi­taj, Ted. Jak mi­nę­ła noc?

Agent od­chy­lił się na krze­śle i za­ło­żył sple­cio­ne dło­nie na kar­ku. Ziew­nął i od­parł krót­ko:

– Spo­koj­nie.

Po­nie­waż mie­li na­kaz nie za­kłó­cać pry­wat­ne­go ży­cia Naj­waż­niej­szej Ro­dzi­ny, nie in­te­re­so­wa­li się więc tym, co się dzie­je na pierw­szym i dru­gim pię­trze, chy­ba że ktoś ich we­zwał. Po­le­ga­li na in­for­ma­cjach pły­ną­cych z se­rii czuj­ni­ków za­in­sta­lo­wa­nych w róż­nych miej­scach pod dy­wa­nem, in­for­mu­ją­cych o kro­kach pre­zy­den­ta na po­ło­żo­nych nad nimi pię­trach.

– Jest na gó­rze? – za­py­ta­ła Mor­ton.

– Tak. Te­le­fo­no­wał ste­ward i mó­wił, że Hay­es się ubie­ra.

Pre­zy­dent Hay­es o siód­mej rano naj­czę­ściej scho­dził pro­sto do za­chod­nie­go skrzy­dła, ale by­wa­ło też – zwy­kle po po­dró­ży – że ćwi­czył w pry­wat­nym po­ko­ju gim­na­stycz­nym na dru­gim pię­trze, a do­pie­ro po­tem, oko­ło ósmej, scho­dził do ga­bi­ne­tu. Agen­ci na służ­bie prze­waż­nie nie wie­dzie­li, cze­go się spo­dzie­wać, do­pó­ki ste­ward z ma­ry­nar­ki wo­jen­nej nie za­dzwo­nił i nie do­niósł, że pre­zy­dent ubie­ra się albo w gar­ni­tur, albo w ko­stium do ćwi­czeń.

Z ta­bli­cy sy­gna­li­za­cyj­nej umiesz­czo­nej na ścia­nie Klat­ki Scho­do­wej roz­legł się sy­gnał dźwię­ko­wy i za­mi­go­ta­ło czer­wo­ne świa­teł­ko in­for­mu­ją­ce, że win­da pre­zy­denc­ka jest w ru­chu. Mor­ton kiw­nę­ła gło­wą w stro­nę agen­ta i pod­nio­sła do ust mi­kro­fon.

– Hor­se­po­wer, od Mor­ton. Wo­ody jest w dro­dze na dół.

„Hor­se­po­wer” był to kryp­to­nim szcze­gó­ło­wej in­for­ma­cji do­ty­czą­cej lo­ka­li­za­cji oso­by pre­zy­den­ta w sto­sun­ku do Ga­bi­ne­tu Owal­ne­go.

Pre­zy­denc­ka ochro­na sku­pia­ła się tyl­ko na oso­bie gło­wy pań­stwa, na­to­miast za bez­pie­czeń­stwo ca­łe­go Bia­łe­go Domu od­po­wia­dał Wy­dział Mun­du­ro­wy Se­cret Se­rvi­ce. Dru­gie sta­no­wi­sko do­wo­dze­nia ulo­ko­wa­no na pią­tym pię­trze Gma­chu Biu­ra Wy­ko­naw­cze­go znaj­du­ją­ce­go się po dru­giej stro­nie uli­cy, obok Bia­łe­go Domu, w są­siedz­twie Po­łu­dnio­we­go Traw­ni­ka – gdzie w roku 1944 usi­ło­wał nie­le­gal­nie wy­lą­do­wać jed­no­sil­ni­ko­wy sa­mo­lot. Z tego bu­dyn­ku ko­or­dy­no­wa­no i mo­ni­to­ro­wa­no dzia­ła­nia obu grup: agen­tów mun­du­ro­wych i cy­wil­nych agen­tów spe­cjal­nych. Ten ośro­dek do­wód­czy na­zy­wa­no Po­łą­czo­nym Cen­trum Ope­ra­cyj­nym.

Otwo­rzy­ły się drzwi win­dy i po­ja­wił się w nich pre­zy­dent Hay­es w czar­nym gar­ni­tu­rze, bia­łej ko­szu­li i kra­wa­cie o barw­nym de­se­niu. Wi­dząc przed sobą zna­jo­mą twarz, po­wie­dział:

– Dzień do­bry, El­len.

– Dzień do­bry, sir.

Mor­ton ru­szy­ła przed pre­zy­den­tem dłu­gim ko­ry­ta­rzem wio­dą­cym do Sa­lo­nu Pal­mo­we­go. Od­po­wia­da­ła za dzien­ny roz­kład za­jęć i nad­zór, a tak­że za czu­wa­nie nad bez­pie­czeń­stwem pre­zy­den­ta prze­miesz­cza­ją­ce­go się z pry­wat­nych apar­ta­men­tów do skrzy­dła za­chod­nie­go. Obo­je we­szli do Sa­lo­nu Pal­mo­we­go i Mor­ton po­wie­dzia­ła do mi­kro­fo­nu:

– Hor­se­po­wer, od Mor­ton. Wo­ody zbli­ża się do Ko­lum­na­dy.

Gdy Mor­ton do­szła do dwu­skrzy­dło­wych szkla­nych drzwi, ski­nę­ła gło­wą agen­to­wi sto­ją­ce­mu po dru­giej stro­nie, a na­stęp­nie ob­ser­wo­wa­ła go, gdy po­szedł przo­dem. Przy­trzy­ma­ła drzwi pre­zy­den­to­wi i obo­je we­szli na wy­ło­żo­ny płyt­ka­mi chod­nik wio­dą­cy do Ko­lum­na­dy.

Pre­zy­dent za­trzy­mał się i roz­ko­szo­wał pięk­nym wio­sen­nym po­ran­kiem. Po raz pierw­szy od wie­lu ty­go­dni czuł na twa­rzy go­rą­ce po­ran­ne słoń­ce. Za­mknął oczy i uśmiech­nął się. Po dłuż­szej chwi­li ode­tchnął głę­bo­ko, otwo­rzył oczy i spoj­rzał na po­kry­tą mgieł­ką tra­wę na Po­łu­dnio­wym Traw­ni­ku. El­len Mor­ton sta­ła za nim w mil­cze­niu, z rę­ko­ma za­ło­żo­ny­mi na pier­siach. Pre­zy­dent Hay­es, nie od­wra­ca­jąc się, za­py­tał:

– Pięk­ny ra­nek, praw­da?

– Tak, pięk­ny, pa­nie pre­zy­den­cie.

Mor­ton uśmiech­nę­ła się do sie­bie. Cią­gle nie mo­gła przy­wyk­nąć do tego, że Hay­es jest też oso­bą pry­wat­ną. Przy ca­łej tej otocz­ce bez­pie­czeń­stwa, ofi­cjal­no­ści i to­wa­rzy­szą­cych temu oko­licz­no­ściach ła­two było za­po­mnieć, że jest rów­nież zwy­kłym czło­wie­kiem – mę­żem, oj­cem i dziad­kiem.

– Chcia­ło­by się za­grać w gol­fa. – Hay­es po­trzą­snął gło­wą. – No, ale to wąt­pli­we przy tak pra­co­wi­tym dniu.

Ru­szy­li w dal­szą dro­gę, Mor­ton krok za pre­zy­den­tem, i mi­nę­li Ko­lum­nę Jef­fer­so­na. Po przej­ściu przez drzwi wio­dą­ce do za­chod­nie­go skrzy­dła, przy po­ko­ju kon­fe­ren­cyj­nym Bia­łe­go Domu, skrę­ci­li w lewo, kie­ru­jąc się do fran­cu­skich drzwi sali ga­bi­ne­tu. Po ich mi­nię­ciu skie­ro­wa­li się w pra­wo. Mor­ton uj­rza­ła przed sobą agen­ta z klu­czem go­to­wym do otwar­cia drzwi Ga­bi­ne­tu Owal­ne­go i usły­sza­ła w słu­chaw­kach głos:

– Hor­se­po­wer, od Cow­leya. Upo­waż­nio­ny prze­cho­dzi przez drzwi Ko­lum­na­dy Owal­nej.

Agent wło­żył klucz do zam­ka i otwo­rzył drzwi, wpusz­cza­jąc pre­zy­den­ta i Mor­ton.

Wcho­dząc, pre­zy­dent za­trzy­mał się na chwi­lę i rzu­cił ostat­nie spoj­rze­nie na roz­kwi­ta­ją­ce kwia­ty w Ogro­dzie Ró­ża­nym, a po­tem przy­wi­tał się z agen­tem trzy­ma­ją­cym drzwi:

– Dzień do­bry, Pat.

– Dzień do­bry, pa­nie pre­zy­den­cie.

Do Ga­bi­ne­tu Owal­ne­go pre­zy­dent Hay­es wszedł pierw­szy, a za nim Mor­ton. Mi­nął biur­ko i skie­ro­wał się pro­sto do krót­kie­go ko­ry­ta­rza wio­dą­ce­go do pry­wat­ne­go ga­bi­ne­tu, ła­zien­ki i ja­dal­ni. Mor­ton skrę­ci­ła w pra­wo i we­szła do se­kre­ta­ria­tu. Za­mknę­ła za sobą drzwi i po­wie­dzia­ła do mi­kro­fo­nu:

– Hor­se­po­wer, od Mor­ton. Wo­ody do­tarł do Owal­ne­go.

Po dru­giej stro­nie Ga­bi­ne­tu Owal­ne­go, w głów­nym ko­ry­ta­rzu, dwóch człon­ków oso­bi­stej ochro­ny pre­zy­den­ta zmie­ni­ło dwóch funk­cjo­na­riu­szy mun­du­ro­wych i za­ję­ło po­ste­run­ki przy drzwiach pre­zy­denc­kiej ja­dal­ni i przy głów­nych drzwiach Ga­bi­ne­tu Owal­ne­go.

W pry­wat­nej ja­dal­ni pre­zy­dent Hay­es zdjął ma­ry­nar­kę i wrę­czył ją ma­łe­mu Fi­li­piń­czy­ko­wi ubra­ne­mu w bia­łą ka­mi­zel­kę i czar­ne spodnie.

– Dzień do­bry, Carl.

– Dzień do­bry, pa­nie pre­zy­den­cie – od­parł ste­ward ma­ry­nar­ki wo­jen­nej, za­mknął drzwi i po­wie­sił ma­ry­nar­kę na sto­ją­cym w rogu an­tycz­nym, drew­nia­nym po­stu­men­cie imi­tu­ją­cym po­stać lo­ka­ja.

Na środ­ku po­ko­ju znaj­do­wał się okrą­gły stół z czte­re­ma krze­sła­mi. Hay­es usiadł na tym sto­ją­cym naj­bli­żej drzwi pro­wa­dzą­cych do Ga­bi­ne­tu Owal­ne­go. Na sto­le przed nim le­ża­ły zło­żo­ne eg­zem­pla­rze „Wa­shing­ton Post”, „Wa­shing­ton Ti­mes”, „New York Ti­mes” i „USA To­day”. Te ga­ze­ty znaj­do­wa­ły się tam co­dzien­nie – od po­nie­dział­ku do piąt­ku. Pre­zy­dent uważ­nie prze­czy­tał na­głów­ki ar­ty­ku­łów.

Ste­ward zbli­żył się i po­sta­wił obok „Ti­me­sa” ku­bek z czar­ną kawą.

– Co pan ży­czy so­bie na śnia­da­nie, pa­nie pre­zy­den­cie?

Pre­zy­dent Hay­es, nie pod­no­sząc wzro­ku, się­gnął po ku­bek.

– Na po­czą­tek pro­szę pół grejp­fru­ta.

Ste­ward ski­nął gło­wą i po­szedł do spi­żar­ni. W tym cza­sie pre­zy­dent czy­tał ar­ty­kuł w „Post”. Za­nim na sto­le po­ja­wił się grejp­frut, roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi. Carl otwo­rzył i po­wi­tał dwo­je go­ści. Wszedł Bill Schwartz, pre­zy­denc­ki do­rad­ca do spraw bez­pie­czeń­stwa na­ro­do­we­go, i dok­tor Ire­ne Ken­ne­dy z CIA.

Nad wy­raz szczu­pły do­rad­ca pre­zy­den­ta przy­wi­tał się z pre­zy­denc­kim ste­war­dem.

– Dzień do­bry, Carl.

– Dzień do­bry, pa­nie Schwartz. Cze­go się pan na­pi­je?

– To co zwy­kle, pro­szę.

– A pani?

– Po­pro­szę tyl­ko ku­bek kawy – od­par­ła Ken­ne­dy.