Przejdź przez wodę, krocz przez ogień - Christian Unge - ebook + książka

Przejdź przez wodę, krocz przez ogień ebook

Christian Unge

3,6

Opis

Pierwsza część czarnej trylogii z Teklą Berg w roli głównej

Zło jest jak piąty żywioł…

Tekla Berg jest lekarzem w sztokholmskim szpitalu. Odważna, niekiedy kontrowersyjna w metodach leczenia, doskonale radzi sobie w pracy pod presją. Nie boi się podejmować śmiałych decyzji, mimo że te mogą potencjalnie zagrozić jej karierze. Tekla ma też dwie tajemnice - nękającą ją fotograficzną pamięć, którą kontroluje starannie wymierzanymi dawkami amfetaminy, i ukochanego brata, który zaginął i nikt nie potrafi tego wyjaśnić.

Gdy w mieście wybucha budynek mieszkalny, Tekla dociera na miejsce katastrofy jako jedna z pierwszych. Prawdopodobnie był to atak terrorystyczny. Rannym, któremu pomaga lekarka, jest mężczyzna z rozległymi poparzeniami ciała i twarzy. Być może to jeden z terrorystów. Jednak nie to najbardziej niepokoi Teklę. Mężczyzna wydaje się dziwnie znajomy i wywołuje lawinę najgorszych wspomnień.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 477

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Prolog

Czwartek, 6 czerwca, wieczór

SZPITAL IM. ALFREDA NOBLA, SZTOKHOLM

Monica Carlsson powoli przysunęła miseczkę i wzięła kawałek solonej lukrecji. Słony smak wbił się głęboko w podniebienie, co ją na chwilę rozproszyło. Na monitorze przed nią leciał właśnie z wyłączonym dźwiękiem program telewizji internetowej. Monica przeniosła spojrzenie z ulizanych platynowych włosów prowadzącego na oddalony o kilometr słup dymu, któremu przyglądała się uważnie już od pół godziny. W jej ogromnym gabinecie panowała przyjemna cisza, zakłócana tylko przez coraz bardziej rozgorączkowanego Fredrika, który rozmawiał za drzwiami przez telefon.

Monica uniosła wzrok kilka centymetrów nad skrzyżowane na biurku nogi i dostrzegła na horyzoncie dwie nowe wieże: szczyt głupoty w Europie Północnej. Dach szpitala wieńczyły aż dwa lądowiska dla helikopterów. Dwa! Budżet remontowy jej własnego szpitala – Szpitala im. Alfreda Nobla – obcięto tym samym o połowę.

Sięgnęła po jeszcze jednego cukierka, zdrapała lukrecję z górnych zębów i doszła do wniosku, że dym przybrał jaśniejszą barwę. Wzięła z biurka długopis i rozkojarzona zaczęła nim mazać po żółtej karteczce samoprzylepnej.

Po raz trzeci w ciągu ostatniej pół godziny Fredrik zapukał i zajrzał do środka.

– Jeszcze nie pora?

Monica zdjęła nogi z biurka i wsunęła stopy w pantofle. Położyła złoty długopis równo przy klawiaturze.

– A słyszałeś, żebym cię wzywała?

Fredrik przejechał dłonią po zaczynającej się tworzyć łysinie.

– Ale Göran dzwonił już trzy razy. Panuje chaos. Co mam...

– Który lekarz zajmował się raną zadaną nożem? – przerwała mu spokojnym głosem.

Jej asystent zamilkł. Opuścił drżącą rękę. Wyciągnął z kieszeni karteczkę i przeczytał.

– Tekla Berg. Ale...

Wzrok Moniki znów padł na monitor. Zegar w górnym rogu wskazywał dwudziestą pierwszą czterdzieści trzy.

Wyjrzała przez okno. Wielki Boże, co tu się wyrabia? Najpierw gangsterzy z wyciągniętą bronią na SOR-ze, potem jeszcze to. Kierowanie szpitalem to parszywa robota.

Przesunęła palcami po złotym łańcuszku na szyi, próbując rozważyć możliwości. Nowy oddział leczenia oparzeń kosztował podatników sto dwadzieścia milionów koron. Mimo to państwowy ośrodek referencyjny utworzono w Uppsali. To tak, jakby mieć luksusową restaurację pełną drogich produktów i uwijających się najwybitniejszych kucharzy i patrzeć, jak lokal świeci pustkami. Monica znała rozwiązanie, orientowała się, kto pociąga za sznurki, nie wiedziała tylko, jak zwrócić uwagę tego kogoś. Ale miała pewien pomysł.

Wzięła jeszcze jeden kawałek lukrecji i wstała zza biurka. Bolały ją kolana, ale nie chciała tego dnia łykać więcej efferalganu codeine. Po powrocie do domu zamierzała wypić z Gregorem po kieliszku chablis. Poprawiła pasek u spodni i zapięła marynarkę. Powlokła się do wysokiego owalnego okna. Czy z dołu, z budynków przy Ringvägen, wyglądało ono jak czuwające nad wszystkim oko? Oko, które nigdy się nie zamyka?

Jej komórka pokazywała dwudziestą pierwszą czterdzieści osiem. Pięć dodatkowych minut oznaczało prawdopodobnie co najmniej jednego dodatkowego pacjenta na oddziale leczenia oparzeń.

Monica Carlsson odwróciła się i zawołała:

– Już możesz ogłosić stan kryzysowy. I dopilnuj, żeby wysłano tam Teklę Berg.

I

Czwartek, 6 czerwca, wieczór

SOR, SZPITAL IM. ALFREDA NOBLA, SZTOKHOLM

– Pchnięcie nożem w pierwszym zabiegowym. Za pięć minut – oświadczył Emil, uchyliwszy drzwi. – Mężczyzna, dwadzieścia trzy lata. Nieustabilizowany.

Tekla obróciła się na taborecie i zobaczyła przejętą twarz pielęgniarza.

– Daliście znać anestezjologom?

– Już idą.

Ból głowy eksplodował między jej płatami czołowymi jak mała paskudna bomba.

Odłożyła skalpel, ściągnęła lateksowe rękawiczki i poprosiła pacjenta, żeby się ubrał.

– Już pani skończyła? – spytał zdziwiony mężczyzna.

– Trzeba ponownie odbarczyć ropień okołoodbytniczy. Załatwię, żeby przyjęli pana w poradni.

– A tak po ludzku?

– Wrzód w pańskim odbycie trzeba jeszcze raz wycisnąć.

Mężczyzna dźwignął się z miejsca, unikając przy tym wzroku Tekli, ta jednak z mowy jego ciała wyczytała, że musiał to być cios dla jego męskości.

Wyszła z gabinetu i pobiegła w kierunku zabiegowego. Jej ręce lepiły się do stetoskopu, który wyciągnęła z kieszeni. Tętno przyspieszyło. Od razu się domyśliła, co ją tak stresuje – wcale nie jadący tu właśnie pacjent z obrażeniami po dźgnięciu nożem.

Weszła do zabiegowego numer jeden.

Zastała tam Cassandrę, energiczną młodszą pielęgniarkę z krótko przystrzyżonymi białymi włosami i wytatuowaną pajęczą siecią na skroni.

– Zapewne stracił sporo krwi.

Tekla spostrzegła, że Cassandra na coś czeka, potem dotarło do niej na co. Wkładając plastikowy fartuch i rękawiczki, rozważała różne możliwości.

– Okej, ściągnij tu starszego specjalistę.

– Hampusa też?

Pozer Hampus starał się ją wygryźć od ich pierwszego nocnego dyżuru przed rokiem.

– Nie, obejdzie się bez niego.

Anki, inna pielęgniarka, przyprowadziła wózek do pobierania próbek i otworzyła lodówkę z lekarstwami. Wylało się z niej miętowe światło. W pokoju od razu zrobiło się trochę chłodniej.

– Przygotować coś zawczasu? – spytała Anki.

– Trochę morfiny byłoby chyba w sam raz – odparła Tekla.

Cisza. Tekla się wyprostowała.

– Poproszę dziesięć miligramów morfiny.

Ból głowy przyprawiał ją o mdłości.

Wyjęła pomadkę ochronną Lypsyl i upewniwszy się, że stoi tyłem do personelu, odkręciła sztyft i wytrząsnęła małą kulkę z bibuły, mniejszą niż mrożone ziarnko grochu, szybko wrzuciła ją do ust i popiła odrobiną wody. Minęło kilka sekund i poczuła efekt. Dreszcz przeszedł ją po kręgosłupie. Smak gorzkich migdałów jak zawsze był duszący. Schowała pomadkę.

Po jakiejś minucie rozsunęły się drzwi i do zabiegowego wszedł główny powód jej obaw: specjalista z dłuższym stażem Tariq Moussawi. Szedł ociężale, niemal powłóczył nogami, jakby miał u stóp worki piasku. W bujnej czuprynie jaśniało kilka siwych włosów. Zarost pokrywał jego twarz niczym onyksowoczarny dywan. Nic nie powiedział, stanął z rękami za plecami i czekał, aż Tekla włoży przyłbicę ochronną. Jej plastikowy fartuch powiewał swobodnie.

– Chodź – rzekł leniwie Tariq i dał jej znak, żeby się odwróciła. Niechętnie zrobiła to, co kazał. Poczuła na karku oddech mężczyzny: ciepły, wilgotny, z delikatną nutą czosnku. Powstrzymała mdłości.

Tariq starannie zawiązał jej fartuch, a później cofnął się o krok.

– Co jest? – spytał szorstko.

Tekla unikała jego wzroku w obawie, że się wyda, jak bardzo się stresuje tą sytuacją.

– Nic.

– Z pacjentem? – doprecyzował kolega.

– Ach tak. Mężczyzna z raną ciętą we wstrząsie hipowolemicznym.

Tariq Moussawi ledwie zauważalnie kiwnął głową.

– Pomyślałam, że może mi się przydać pomoc – dodała.

– Nie sądzę.

Tekla nie była pewna, co ten samiec alfa z Bagdadu ma na myśli. Pewnie to, że przejmuje pacjenta, bo ranami zadanymi nożem powinni, co oczywiste, zajmować się doświadczeni chirurdzy. Najlepiej mężczyźni, ponieważ kobiety nie radzą sobie ze stresem w zabiegowym. I może jeszcze coś o tym, że podczas wojny operował, używając wyłącznie scyzoryka i czołówki.

– Daj znać, jak się poddasz – powiedział.

Czyżby zamierzał po prostu stać i się na nią gapić, licząc, że się zbłaźni, a on będzie mógł opowiedzieć Göranowi i innym, jaki z niej zakuty łeb?

– Słucham?

– Zacznij, zobaczymy, jak ci pójdzie.

Wiedziała, że Tariq tak zwykle postępuje. Dzieli i rządzi. Żadna nowość u facetów w tej branży. Trzeba to przełknąć. Zacisnąć zęby. Zignorować. Już miała go poprosić, żeby wyszedł z gabinetu, ale przeszkodził jej w tym Emil.

– Kolejne zgłoszenie.

– Jeszcze jedno? – spytała.

– Trzylatek z drgawkami.

Ssanie w żołądku. Poczucie bezpieczeństwa dawały jej w tej chwili jedynie serdeczne oczy Emila, więc przez moment się na nich skupiła. Spróbowała zapomnieć o gorylu przy aparacie EKG.

– Kiedy?

– Już! Mamy go w dwójce.

Emil rozsunął drzwi między gabinetami zabiegowymi.

Tekla odwróciła się i zobaczyła, jak ratownicy wwożą na noszach dziecko.

Nie miała wyjścia, musiała zwrócić się do Tariqa.

– Mógłbyś...?

Rozłożył ręce i nonszalancko wzruszył ramionami.

– Mnie tu nie ma.

– Okej. Trzeba ściągnąć Hampusa! – zawołała do Cassandry ze słabo ukrywaną agresją w głosie. Nie miała siły zastanawiać się nad niekonwencjonalnymi metodami Tariqa. Włączy się, ale tylko wtedy, gdy będzie to absolutnie konieczne.

Na drżących nogach weszła do drugiego zabiegowego. Czuła się jak pisklak, który wypadł z gniazda i wylądował pośród wygłodniałych lisów.

Przy noszach stała ratowniczka i przykładając trzy palce do miękkiej klatki piersiowej dziecka, robiła mu masaż serca. Inni ratownicy przyprowadzili spanikowanych rodziców. Pikał pulsoksymetr, który nie dostawał dobrego sygnału z płatka ucha chłopca.

Ojciec, sto dziesięć kilogramów testosteronu z rzadkim zarostem, krzyczał:

– No zróbcie coś! Przecież on umiera!

Tekla stwierdziła, że masaż serca przebiega prawidłowo, a rurka ustno-gardłowa została umieszczona właściwie. Palce dziecka były zimne i pozbawione życia. Wokół majtek ściekał musztardowożółty kał.

– Jak ma na imię? – spytała spokojnym głosem.

– Oscar – wyszlochała matka i podeszła do noszy. – On... ma chorobę Gauchera typu drugiego, ciężkie zaburzenia neurologiczne od urodzenia. Tak żeby pani wiedziała.

Wyglądała, jakby za chwilę miała zemdleć.

– Proszę usiąść – powiedziała Tekla i wskazała krzesło. Z pomocą przyszła młodsza pielęgniarka, ale kobieta odprawiła ją ruchem ręki.

Ojciec chłopca jak wojskowy wyciągnął palec w stronę Tekli.

– Ma go pani uratować!

Matka chłopca chwyciła męża za rękę i owinęła się wokół niego jak koala.

Tekla omiotła wzrokiem skupione twarze ratowników i rodziców o zaczerwienionych oczach, po czym skoncentrowała się na żółtej planszy na ścianie w rogu. Cztery długie sekundy wizualizowała prawą kolumnę na tysiąc trzysta sześćdziesiątej czwartej stronie podręcznika Textbooks of Pediatrics Gupty.

– Halo! – krzyknął ojciec dziecka. – Czym się pani, do cholery, zajmuje. Niech pani coś zrobi!

Oderwała wzrok od ściany i przesunęła rękami po ciele chłopca. Cały się trząsł. Ostrożnie uniosła mu powieki i stwierdziła, że źrenice ledwie reagują na światło.

– Jak długo reanimujecie?

– Dwadzieścia pięć minut – odpowiedziała za jej plecami ratowniczka.

Inna kucała i próbowała założyć chłopcu jeszcze jeden wenflon w nadgarstku.

Z drugiego gabinetu dobiegł Teklę głos Anki.

– Pacjent z raną ciętą zaraz tu będzie!

Tekla obmacała brzuch chłopca i znalazła ranę pooperacyjną. Zwróciła się do matki:

– Usunięto mu śledzionę, tak?

Matka przytaknęła zaskoczona.

– A co?

– I ostatnio często miał drgawki?

– Od kilku miesięcy. Byliśmy tu ze dwadzieścia razy.

Zdawało się, że ojciec doznał nagłego przebłysku i kurczowo ścisnął żonę.

– Ale chyba pani tego tak nie zostawi. – Popatrzył na plakietkę z nazwiskiem. – Słyszy pani, pani... pani Berg! Nie ręczę za siebie...

– Pani doktor! – zawołała Anki z zabiegowego obok. Syreny kolejnej karetki ucichły na podjeździe na SOR.

– Zaraz wracam – obiecała Tekla i wskazała na dwa krzesła pod ścianą. Młodsza pielęgniarka odprowadziła tam rodziców. Potem Tekla zwróciła się do reszty personelu: – Reanimujcie dalej. I jeszcze jedna osoba do wkłucia. Róbcie, co możecie.

Przeszła do drugiego zabiegowego.

Anestezjolog miał polskie nazwisko, woskową twarz bez wyrazu i słynął z małomówności. Tekla poinformowała go o sytuacji.

– Zajmę się drogami oddechowymi. Ty rób resztę – oświadczył.

Zastanowiła się, czy żartuje, ale nic więcej nie wyszło z jego wydatnych ust. Przyniósł rurki, sprzęt do intubowania i teraz nabierał białej cieczy do strzykawki. Pomagała mu pielęgniarka w niebieskim czepku. Jakby przygotowywali się do rutynowego uśpienia przed operacją. Tekla dostrzegła kącikiem oka, że Tariq ciągle stoi przy aluminiowej szafce. Uważnie śledził każdy jej ruch.

Drzwi automatycznie się rozsunęły. Tekla podeszła do ratowników z karetki, mężczyzny i kobiety. Blondwłosa ratowniczka zdała jej raport.

– Dwudziestotrzyletni mężczyzna z raną ciętą na lewym boku. Dotarliśmy na miejsce przed restauracją jakąś minutę po zdarzeniu. Stracił dużo krwi i jest w szoku. Ciśnienie osiemdziesiąt na czterdzieści. Puls sto dwadzieścia. Założyliśmy opatrunek uciskowy, ale się ześliznął, bo ranny cały czas krwawi. Dostęp na prawej ręce i podane płyny.

Ratownik z wychudzoną twarzą, Reza, podał Tekli portfel.

Rzuciła okiem na prawo jazdy. Fińsko brzmiące nazwisko. Dwadzieścia trzy lata.

Pacjent na noszach miał krótkie, jasne włosy i tatuaże na ramieniu wystające spod ciemnego T-shirtu. Tekla widziała, jak sapie i krzywi się z bólu.

– Może pan powiedzieć „a”? – spytała.

Mężczyzna był osłabiony, ale powoli otworzył usta. Tekla upewniła się, że ma wolne drogi oddechowe. Szybko i płytko nabierał powietrza. Jego palce były lodowato zimne. Na monitorze funkcji życiowych saturacja wynosiła dziewięćdziesiąt dwa procent. Anestezjolog przytrzymał maskę i włączył tlen. Tekla osłuchała płuca pacjenta. Z lewej strony nie było słychać oddechu.

Jej pole widzenia się zawęziło. W myślach miotała się między dwoma gabinetami. Starała się teraz skupić na mężczyźnie przed sobą. Może to porachunki gangsterskie? Albo napad? Sceny zazdrości lub pijacka bójka? Przed oczami stanęły jej obrazy z garażu nad rzeką w Östersundzie, wieki temu. Wspomnienia krążyły wokół różnych używek. Simona. Ich ojca. Innego życia, a zarazem fragmentów, które nigdy nie znikną z jej mózgu.

Pacjent jęknął z bólu. Wzdęty brzuch. Poza masą tatuaży i kilkoma dobrze wygojonymi ranami na przedramieniu jego skóra była nietknięta. Tekla poszukała miejsca, w którym pierwotnie był założony opatrunek, i spojrzała na ranę: poprzeczne cięcie na szerokość około dwóch centymetrów, zadane idealnie między szóstym a siódmym żebrem po lewej stronie klatki piersiowej. Nóż z perforowanym ostrzem, jama opłucnej całkowicie wypełniona krwią, przez co spadła saturacja. Ranny stracił prawdopodobnie jeden, dwa litry krwi. Stan krytyczny, lada chwila może zejść, serce może nie wytrzymać.

Ale coś się nie zgadzało. Rana znajdowała się wysoko na klatce piersiowej, nie na brzuchu. Skąd więc to wzdęcie? Tekla spróbowała przekartkować w myślach podręcznik traumatologii Moore’a, chociaż wiedziała, że akurat z tych zajęć nie opuściła ani jednego wykładu. Pamiętała dlaczego: z powodu tego pierwszego razu, gdy jej brat przedawkował. Już otworzyła usta, żeby poprosić Tariqa o pomoc, jednak nie mogła się przełamać.

Z drugiego gabinetu dobiegły podenerwowane głosy. Szybko tam poszła i usiadła koło matki trzylatka. Ojciec chodził wte i wewte, rozmawiając podenerwowany przez telefon.

– Jak pani na imię? – zapytała Tekla.

– Sophia.

– Pani Sophio, czy rozmawialiście o stosowaniu uporczywej terapii?

Matka chłopca skinęła głową i popatrzyła lekarce w oczy.

– Spisaliśmy oświadczenie, że nie zgadzamy się na podłączanie go do respiratora. Ale Janne jest... On się z tym nie pogodził. Cały czas pracuje... Jest strażakiem, ma dyżury w nocy i w weekendy. A Oscar tak długo był chory... Nie dajemy już rady...

Zamknęła oczy i ukryła twarz w dłoniach. Potem złapała Teklę za ramię i wyszeptała:

– Proszę tylko, żeby nie cierpiał.

Przez głowę przeleciała Tekli myśl o sekundzie, w której wszystko się zatrzymuje, gdy zapada decyzja: czy Paul Tibbets lecący Enola Gay nad Hiroszimą zwlekał ze zrzuceniem bomby?

– Podwyższyć diazepam do dziesięciu miligramów – poleciła pielęgniarce, na co ta popatrzyła na nią pytająco. – Okej, daj pięć.

– Ale przecież...

– Sama podam. A ty przynieś claforan. Darujemy sobie posiew, po prostu szybko podamy antybiotyk.

Pielęgniarka poszła po strzykawkę i wróciła z lekiem.

Tekla otworzyła zatyczkę małego wenflonu, który znajdował się na wierzchu dłoni chłopca, i wcisnęła pięć miligramów diazepamu, po czym wróciła do pacjenta z raną ciętą i powiedziała do zespołu ratunkowego:

– Musimy go przekręcić na bok.

Wtedy to zobaczyła: jeszcze jedna krwawiąca rana, niżej, z tyłu, tuż nad pośladkiem.

– A więc dwie rany – podsumowała głośno. – Jedna w klatce, druga w okolicach lewej nerki. Trzeba wziąć go na blok.

– Pięćdziesiąt na nieczytelne – powiedział polski anestezjolog, przytrzymując maskę z tlenem na twarzy pacjenta. Nagle do zabiegowego weszło dwóch mężczyzn, a tuż za nimi usiłująca ich powstrzymać pielęgniarka:

– Halo, tutaj nie wolno wchodzić...

Mężczyźni ją ignorowali, jakby była niespokojnym szczeniakiem kręcącym się pod nogami.

Tekla zdążyła zarejestrować, że mają na sobie skórzane kamizelki z identycznym znaczkiem i białe koszulki. Do tego jeden był ubrany w czekoladowe skórzane spodnie, drugi w fabrycznie poprzecierane dżinsy. Obaj solidnie zbudowani jak byli ciężarowcy, których mięśnie zmieniły się w tłuszcz. Ręce i szyje wytatuowane. Jeden miał ogoloną na łyso głowę i kozią bródkę, drugi ostrzyżone na jeża kremowożółte włosy. Stanęli w nogach noszy. Za paskiem jednego z nich Tekla dostrzegła pistolet.

– Przeżyje? – spytał ten nieco wyższy z wyraźnym fińskim akcentem.

Tekla dostrzegła, jak przerażona pielęgniarka ruszyła do telefonu i podniosła słuchawkę. Niższy z mężczyzn odwrócił się i pokręcił głową. Pielęgniarka odłożyła słuchawkę i cofnęła się. Wlepiła wzrok w pistolet, który nagle znalazł się w ręce mężczyzny.

– Stracił dużo krwi i trzeba go operować.

Potężniejszy z mężczyzn podszedł do Tekli i położył rękę na jej ramieniu. Poczuła na obojczyku jego pierścienie i spróbowała zignorować pistolet, który widziała kątem oka.

– Ufamy pani... – popatrzył znacząco na jej identyfikator – ...Teklo Berg.

Potem cofnął się i stanął koło swojego kompana.

Z gabinetu obok wpadł ojciec chłopca i krzyknął:

– On nie oddycha!

Tekla odwróciła się i chwyciła napełnioną przez anestezjologa strzykawkę. Trzymając ją blisko siebie, podeszła do mężczyzny.

– Oscar jest śmiertelnie chory, przecież dobrze pan wie. Gaucher typu drugiego jest w zasadzie nieuleczalny. Co więcej, zdecydowaliście się państwo, że syn nie powinien cierpieć. Ale może to być sepsa, dlatego podajemy antybiotyki. Musiałam go porządnie uśpić, nie mam teraz niestety czasu wyjaśniać...

– Ale on, kurwa, nie oddycha! – Oczy taty strażaka wyglądały, jakby z tej złości miały wyskoczyć mu z orbit.

Tekla pochyliła się ku niemu.

– Musi się pan uspokoić, żebyśmy mogli wykonać swoją pracę.

Wbiła igłę w jego muskularne udo i wstrzyknęła zawartość strzykawki.

Ojciec chłopca zawył z bólu, nie rozumiał jednak, skąd on się wziął. Wyciągnął ręce, żeby złapać Teklę za szyję, ale jeden z motocyklistów z łatwością go powstrzymał i wypchnął naszprycowanego mężczyznę z powrotem do drugiego gabinetu. Facet się zachwiał i w końcu Tekla zobaczyła, jak opada na krzesło.

Odwróciła się do Tariqa i cała scena jakby nagle się zatrzymała. Tekla zorientowała się od razu, że starszy kolega wszystko widział. Była kompletnie spalona.

Czwartek, 6 czerwca, wieczór

SZPITAL IM. ALFREDA NOBLA, SZTOKHOLM

– Tętno nitkowate! – zawołał anestezjolog.

Cały gabinet się zakołysał. Tekla źle się czuła, pot lał się jej po plecach. Zastanowiła się, czy wyjść z pomieszczenia lub powiedzieć Tariqowi, żeby ją zastąpił. Usłyszała jednak głos Emila dobiegający od drzwi – przypominał głos dyrektora cyrku:

– Hampus idzie!

Wzięła głęboki oddech, zmrużyła oczy i przeniosła się do Jämtlandii. Pod dąb nad jeziorem. Do Simona i taty, którzy czekali, aż naleje im gorącej kawy z termosu. Szafranowożółte jesienne liście tworzyły pokrywę na skraju wody. Simon powiedział, żeby uważała na swoje palce pianistki. Tekla odparła: „Sam sobie graj na pianinie, idioto. Jeśli będzie trzeba, zagram na perkusji choćby stopami”. Tata uśmiechał się z papierosem w ustach. „Cicho, bo mama w domu zdąży zasnąć, zanim coś złowimy”. Jakby kiedykolwiek na nas czekała, pomyślała Tekla.

Pam! Anki zatrzasnęła szafkę z lekami.

Tekla otworzyła oczy. Zrobiła trzy szybkie kroki w stronę ugodzonego nożem członka gangu.

– Załóżcie dren. Najgrubszy jaki się da.

Uniosła koniec noszy.

– Intubuję – usłyszała w tle anestezjologa. Jego głos brzmiał, jakby przechodził przez metalową rurę.

Motocykliści obserwowali dramat w skupieniu. Ściskali broń. Tekla słyszała, jak jeden z nich rozmawiał z kimś przez telefon.

Właśnie wkładała sterylne rękawiczki, gdy do sali wszedł Hampus Nordensköld w towarzystwie jeszcze jednej pielęgniarki. Miał potargane włosy.

– Co się dzieje?

Tekla nie widziała dotąd, żeby był aż tak podniecony.

Niższy motocyklista z ogoloną głową podniósł rękę i nie pozwolił Hampusowi podejść do noszy.

– Jeden lekarz wystarczy. Sytuacja jest pod kontrolą.

Tekla z radością zauważyła, jak na twarzy Hampusa pojawia się wściekłość.

– Mógłbyś pójść do drugiego zabiegowego? – poprosiła. – Chłopiec z gaucherem ma sepsę. Załatw mu miejsce na OIOM-ie i znajdź ojcu jakąś leżankę. – Wyjrzała znad ramienia Hampusa i zobaczyła, że ojciec chłopca siedzi oparty o ramię swojej całkowicie zdezorientowanej żony. – Będzie spał cztery i pół godziny.

Jakby miał choć odrobinę pojęcia, czym jest choroba Gauchera, pomyślała o Hampusie. Ale mężczyźni wolą kłamać w żywe oczy, niż przyznać się do niewiedzy.

Urażony Hampus przeczesał włosy palcami i poszedł do drugiego gabinetu.

– Skalpel – poprosiła Tekla, kiedy rana została oczyszczona.

– Brak pulsu! – zawołała pielęgniarka anestezjologiczna lekko zdesperowanym głosem.

– Zatrzymanie akcji serca – oznajmił polski anestezjolog nieco bardziej lakonicznie.

Tekla już miała powiedzieć: „Zacznijcie uciskać”, gdy dostrzegła kątem oka, jak potężniejszy motocyklista zrobił trzy kroki i zaczął masaż serca. Idealny, w równym rytmie, na odpowiednią głębokość.

– Kontynuuj – wydyszał gangster.

Tekla wyjęła Cassandrze z ręki skalpel i zrobiła długie nacięcie wzdłuż żebra po lewej stronie klatki piersiowej. Potem przebiła się palcem nad kością do jamy opłucnej. Na brzuch pacjenta spłynęła krew i ściekła na jasnozielone linoleum na podłodze.

– Krew – powiedziała, jakby ktoś nie zauważył ciemnoczerwonej fontanny tryskającej z boku pacjenta.

Znów otworzyły się drzwi i do gabinetu weszła pielęgniarka oddziałowa.

– Przyjechało więcej harleyowców.

Dwóch motocyklistów popatrzyło na siebie ze zdziwieniem. Tekla miała wrażenie, jakby znalazła się na planie serialu Synowie Anarchii.

– Zastąp mnie! – krzyknął umięśniony motocyklista. Cassandra zostawiła kompresy i rzuciła się w stronę noszy, żeby kontynuować uciskanie. Niższy mężczyzna schował ręce za plecy, a potem wyciągnął pistolet. Wymierzył nim w wejście na oddział.

Kiedy wkroczyło kolejnych czterech mężczyzn, obaj obecni w gabinecie motocykliści wyluzowali. Jeszcze kilku z tego samego gangu. Rozmawiali gorączkowo, Tekla słyszała coś o Albańczykach i szczurach.

Stała z palcem w ciepłej klatce piersiowej, wyczuwając delikatne pulsowanie spowodowane masażem serca. Starała się skupić, chociaż pot ściekał jej do oczu i piekł jak ocet.

– Dren.

Hałas się nasilał.

Wzięła od Anki gruby gumowy wężyk i rotacyjnymi ruchami wprowadziła go do jamy opłucnej. Do worka, który Anki przed chwilą podpięła, popłynęła krew.

– Przywieźli krew zero minus?! – zawołała do pielęgniarki oddziałowej, która stała przyklejona do jednej ze ścian.

– Tak, mam ją.

– Zawieś i podłącz.

Tekla zerknęła przez ramię – Tariq Moussawi wciąż tkwił na posterunku. Ręce miał skrzyżowane. Wyraz twarzy mu się zmienił.

Po upływie minuty usłyszała, jak anestezjolog mówi do Cassandry:

– Przerwij na chwilę.

Przez kilka sekund w sali panowała głucha cisza. Członkowie gangu czekali w napięciu.

– Słaby puls – zakomunikował anestezjolog.

Tekla na moment zamknęła oczy. Zobaczyła przed sobą wilcze zęby szczęśliwego Simona i jego figlarne oczy.

Nagle usłyszała szczęk dobiegający z oddziału ratunkowego: metal trafiający na drewno, skrzypiąca guma. Potem do środka wpadli antyterroryści z bronią gotową do strzału.

*

Kątem oka widziała, jak policjanci powalają na ziemię motocyklistów i zakuwają ich w kajdanki. Starała się skoncentrować na przyszywaniu grubego drenu do klatki piersiowej pacjenta, w końcu założyła kilka nierównych szwów. Jeden z policjantów – dwa metry wzrostu i nieprawdopodobnie szerokie bary – podszedł do Tekli i ściągnął maskę z twarzy. Z powodu zamontowanej na hełmie kamery kojarzył się jej ze snowboardzistą. Zatrzymał się przy monitorze pokazującym pracę serca pacjenta – sto dwadzieścia uderzeń na minutę.

– Wszystko w porządku, pani doktor?

Tekla wzdrygnęła się na widok dużej broni automatycznej wiszącej na szyi policjanta, ale kiedy napotkała jego empatyczny wzrok, uspokoiła się. Spróbowała się uśmiechnąć.

– Przeżyje.

– Świetna robota. Zaraz zrobimy tu porządek i wszystko wróci do normy.

Między antyterrorystami przecisnęła się młodsza pielęgniarka i krzyknęła na całe gardło:

– Ogłoszono stan kryzysowy! Wieżowiec Söder torn eksplodował.

Tekla odłożyła kleszczyki chirurgiczne i igłotrzymacz na niebieską sterylną ściereczkę i popatrzyła, jak policjanci najpierw rozmawiają przez krótkofalówki, a potem między sobą. Atmosfera natychmiast zrobiła się gorączkowa. Tekla słyszała słowa „eksplozja” i „pożar”.

Postawny policjant znów do niej podszedł.

– Doszło do eksplozji w Söder torn i wybuchł gwałtowny pożar. Wzywają nasz oddział.

– A co z gangsterami? – spytała, przyklejając na drenie duży kryjący opatrunek. Anestezjolog podłączył drugą jednostkę krwi, ciśnienie ustabilizowało się na poziomie osiemdziesiąt na sześćdziesiąt.

– Patrol policji zabierze ich na komisariat na Torkel Knutssonsgatan.

– Teklo! – W tym chaosie rozległ się głos Cassandry. Trzymała w ręce telefon. – Ordynator chce z tobą rozmawiać.

Tekla ściągnęła zakrwawione rękawiczki i fartuch. Szybko upewniła się u anestezjologa, czy stan pacjenta jest pod kontrolą.

– Jest stabilny. Pojedziemy przez rentgen na OIOM.

Z drugiego gabinetu zespół anestezjologiczny zabierał właśnie chłopca na dziecięcy oddział intensywnej terapii.

Tekla wzięła telefon i przedstawiła się.

– Otrzymałem instrukcje, że koleżanka ma pokierować pierwszą grupą pomocy medycznej w związku z pożarem – oświadczył ordynator Leif Törblom głosem, który wydał się Tekli bełkotliwy. – Przygotowujemy sztab kryzysowy, ale musimy natychmiast oddelegować większą liczbę lekarzy na miejsce zdarzenia.

Tekla się rozejrzała. Nie pozostawało jej nic innego jak zrobić to, co kazał ordynator: włożyć kurtkę ratownika i pędzić do wieżowca na Södermalmie.

Opuściła gabinet zabiegowy, zatrzymała się przy umywalce i połknęła jeszcze jedną bombę, którą popiła letnią wodą. Na podjeździe dla karetek spotkała pielęgniarzy, Johana i Jessicę, którzy również zostali wysłani z pierwszą grupą pomocy medycznej.

– No to jedziemy – zarządziła.

Dostrzegła, że antyterrorysta o niebieskich oczach odwraca się i szuka jej spojrzenia, a potem wskakuje do srebrnej furgonetki i znika, udając się na miejsce pożaru. Męczyło ją jakieś dziwne uczucie. Kto udzielił ordynatorowi „instrukcji”, że to ona ma pokierować pierwszą grupą pomocy medycznej?

Czwartek, 6 czerwca, wieczór

WIEŻOWIEC SÖDER TORN, SZTOKHOLM

– Nie żyje? – spytał Johan.

– Nie wiem.

– Chyba nie miał szans?

– Czy mógłbyś po prostu chwilę zaczekać? – wysyczała Tekla. – Jak mam mu sprawdzić puls w tym bałaganie?

Wiedziała, że powinna przeprosić Johana za nagłą zmianę nastroju, ale zbadała już tylu pacjentów, że zaczynała mieć powoli wszystkiego dość. Przytrzymała palce na szyi rannego i na kilka potrzebnych sekund powędrowała wzrokiem gdzie indziej. Płomienie wspinały się po jednej stronie wieżowca – tam, gdzie trwał remont elewacji – i sięgały do połowy budynku. Czarny słup dymu wznosił się prosto ku delikatnie różowemu wieczornemu niebu, które starało się oprzeć zapadającemu mrokowi. Każdy z tych obrazów Tekla miała zapamiętać ze szczegółami – taki dar, a zarazem przekleństwo. Drgnęła, kiedy zimne powietrze owiało jej kark, natomiast dwieście metrów dalej biło ciepło od ognia. Śmierdziało palącym się plastikiem i ludzkim potem. Pomruk ognia zagłuszał od czasu do czasu dźwięk pękających szyb i syreny karetek.

– Gdzie go znaleźliście? – spytała, przestając szukać pulsu.

– Przed rozdzielnią elektryczną, pod krętymi schodami.

Podniosła się i spojrzała na ratownika, który wyciągnął ofiarę z płonącego budynku. Dopiero teraz zobaczyła, jaki jest osmolony i spocony.

– Usiądź i odpocznij chwilę.

Ratownik klapnął na zwinięte przewody, rozpiął kurtkę i przejechał dłonią po brudnej twarzy. Potem opadła mu głowa, jakby nagle puściły kręgi szyjne. Tekla zauważyła, że zaczął się trząść. Wiedziała, że powinna do niego podejść i położyć mu rękę na ramieniu, ale zamiast tego stała w miejscu, prostując obolałe plecy. Po raz pierwszy od przeszło dwóch godzin mogła opuścić choć o kilka centymetrów spięte ramiona.

– To ostatni, którego udało się wam wydostać?

Mężczyzna przytaknął.

Tekla popatrzyła na to płonące piekło. A więc ostatni pacjent był zarazem pierwszym, który umarł. Zwłoki trudno będzie zidentyfikować. Włożyła rękę do kieszeni kurtki i wyjęła czarną plastikową kartę, która połyskiwała w płomieniach.

– Ilu opatrywałaś? – spytał strażak.

Nie musiała się zastanawiać. Mogła opisać każdego z poszkodowanych: kolor ubrania, fryzurę, wyraz twarzy, temperaturę ciała. Pamiętała wszystko z najmniejszymi szczegółami. Wszystko poza zapachem.

– Ten jest dwunasty – powiedziała.

– Powinni zostać tam, gdzie byli. Nie wybiegać na klatkę schodową.

– Przecież i tak nie sięgnęlibyście drabiną na osiemdziesiąt metrów.

Ratownik przymknął oczy, jakby miało go to ochronić przed prawdą.

– Ilu zmarło? – spytał.

– Na razie tylko jeden. Ale wielu ma poważne obrażenia i może nie przeżyć.

Tekla w bezruchu przyglądała się spalonemu ciału. Niepowodzenie na wielu polach. Odwróciła się do łukowatej fasady niższego Bofills båge, spowitego w bezpiecznym mroku, wyjęła pomadkę w sztyfcie, wytrząsnęła kolejną małą kulkę i szybko ją przełknęła. Nawet nie zwróciła uwagi na gorzki smak. Za jakąś minutę poczuje efekt.

Ktoś przykucnął obok.

– Ledwie da się rozpoznać, że to człowiek – powiedział. Był to Johan, pielęgniarz.

– Fakt, wygląda raczej jak zwęglona padlina w tlących się wojennych zgliszczach – wymamrotała i już chciała go poprosić o butelkę wody, kiedy dostrzegła, że klatka piersiowa poparzonego poruszyła się.

Tekla pochyliła się, kolana wbiły się w miękki grunt. Przyłożyła ucho do miejsca, gdzie powinny znajdować się usta, ale były tam teraz tylko duże miedzianoczerwone bąble pokryte sadzą i krwią.

– Oddycha!

Szybko wyciągnęła latarkę z kieszeni na piersi i poświeciła mężczyźnie w oko, które nie było całkowicie pokryte spaloną powieką.

– Źrenice reagują. Musimy założyć wkłucie!

Johan pobiegł po torbę ratowniczą, a Tekla w tym czasie obejrzała przeguby rąk mężczyzny. Oparzenia zniszczyły wszystkie naczynia. Twarz, tułów, ręce... Szacowała, że osiemdziesiąt procent powierzchni jego ciała to oparzenia trzeciego stopnia. Nie miał na sobie ubrań, nawet narządy płciowe trudno było rozpoznać. Obmacała czubkami palców jego głowę i znalazła gąbczaste wgniecenie z tyłu.

Johan szybko wrócił.

– Trzeba będzie doszpikowo – stwierdziła Tekla. – Pod jednym kolanem jest względnie nieuszkodzone miejsce.

Johan wyjął wiertarkę i wcisnął igłę z żółtą nasadką.

– Że też nie sprawdziłam pulsu w pachwinie...

Tekla wycelowała w prawy piszczel poniżej kolana, przyłożyła wiertarkę i zabrała się do pracy. Wierciła aż do szpiku. Jedyną reakcją pacjenta było lekkie drżenie spowodowane bólem. Przesunęła wzrokiem po mężczyźnie. Normalna budowa ciała. Normalny wzrost. Ile miał lat? Nie sposób ocenić. Nie zostało mu zbyt wiele włosów. W zasadzie nie miał twarzy. Jego głowa: tlący się krwawy kawał mięsa. Ciało: czarny jak lukrecja pancerz strupów. Przypomniała sobie zdjęcia z Pompejów: żywcem pochowani ludzie zastygli w przypadkowych pozach. Zdawało się, że wielu spało, gdy nastąpił wybuch wulkanu. Czy ona sama chciałaby, żeby ktoś uratował jej życie... w takiej sytuacji? Może wolałaby dostać środki przeciwbólowe i zasnąć?

Sekundę później opróżniła ampułkę naloksonu i podała sól fizjologiczną.

– Intubacja – zarządziła.

W tym samym momencie usłyszała za sobą niski głos:

– Żyje?

Dostrzegła policjanta, ale odwróciła się z powrotem do Johana.

– Daj więcej ketaminy. I wyjmij dwa opakowania ringera. – W pamięci czytała Textbook of Burns, strona dwa tysiące sto dwudziesta siódma, lewa kolumna. Liczyła pod nosem: – Przy siedemdziesięciu kilogramach wagi i obrażeniach obejmujących osiemdziesiąt procent ciała pacjent musi przyjąć dwanaście litrów przez najbliższe dziesięć godzin. Doszpikowo będzie ciężko, ale od tego zaczniemy. Na SOR-ze będą musieli założyć wkłucie centralne. Jeśli zdążymy tam dojechać.

– Powiedział coś? – spytał policjant, który stał teraz obok. Sądząc po wyglądzie, na wczesnym etapie życia zaczął sobie rekompensować rzedniejące włosy długimi wieczorami na siłowni i starannie wypielęgnowaną brodą kapitana Baryłki. Całe jego wyposażenie policyjne prezentowało się bez zarzutu.

– Czy wygląda, jakby mówił? – prychnęła Tekla.

– A co? Nie zna szwedzkiego?

– Mam nadzieję, że to żart.

– Widzieliście jakieś tatuaże?

– Nie, na tych dwudziestu procentach jego ciała, na których nie ma akurat obrażeń, nie widziałam żadnych tatuaży. Teraz proszę się przesunąć, muszę zaintubować.

Stłumiła ochotę, żeby odepchnąć policjanta.

Poparzony mężczyzna nagle poruszył lekko ręką i odwrócił głowę w stronę Tekli.

Wtedy policjant pochylił się nad nim i głośno zawołał:

– Słyszysz mnie? Skiń głową, jeśli mnie słyszysz. Świadkowie widzieli zieloną furgonetkę, która tuż przed eksplozją odjeżdżała stąd z czterema lub pięcioma mężczyznami. Jesteś w to zamieszany? Tamci zwiali i cię zostawili? Gdzie mieliście się spotkać? Mówże!

Bez reakcji.

– Did you put a bomb in the basement?! – zawołał policjant, który zdawał się sądzić, że poszkodowanemu popękały bębenki w uszach. – What did you do outside the... Jak, do cholery, będzie „rozdzielnia elektryczna”? What did you do przed roz-dziel-nia?

Mężczyzna poruszał bezwładnie rękami, a Tekla odniosła wrażenie, że zwrócił swoje jedyne oko w jej stronę. Odsunęła policjanta.

– Muszę natychmiast go zaintubować, inaczej nie ma szans na przeżycie.

– Jeszcze jedno – powiedział policjant i znów pochylił się nad poparzonym. – Jeśli wysadziłeś w powietrze ten budynek i zraniłeś tych ludzi, osobiście dopilnuję, żebyś ty i twoi krewni, z któregokolwiek popieprzonego kraju na Bliskim Wschodzie pochodzicie, cierpieli po wsze czasy. Żaden prorok cię nie ochroni. Możesz zapomnieć o dziewicach w niebie. Słyszysz?!

Tekla odgoniła policjanta, który wycofał się demonstracyjnie wolno.

– O czym ty gadasz?! – krzyknęła za nim. – Skąd możesz wiedzieć, do cholery, że to był atak terrorystyczny, co?! Równie dobrze mógł to być wypadek albo cokolwiek innego!

Pozostali policjanci musieli powstrzymywać szefa, który sprawiał wrażenie, jakby chciał podejść i zdeptać poparzonego swoimi wielkimi traperami. Dowódca policji wbił wzrok w Teklę i uśmiechnął się drwiąco, a potem powoli odszedł. Także inni policjanci i funkcjonariusze sił interwencyjnych cofnęli się o kilka kroków i znów pojawiła się łuna ognia. Tekla położyła dłoń na czole poszkodowanego. Jego noga była odsłonięta.

Pochyliła się, delikatnie go pogłaskała i wyszeptała:

– Będzie dobrze, zobaczysz. Będzie dobrze... A teraz śpij.

Wzięła laryngoskop i już miała przesunąć się w stronę głowy poparzonego, kiedy ten wyciągnął w jej stronę palec. Ku jej twarzy. Pochyliła się, żeby spróbować zrozumieć, czego chce. Usłyszała krótkie, syczące oddechy. Powoli, z trudem wydusił z siebie kilka słów. Potem jego ręka znów opadła, a on pogrążył się w nieświadomości.

– Co powiedział? – spytał Johan.

– Pływać – odparła Tekla i się wzdrygnęła. – Zabrzmiało tak, jakby mówił coś o pływaniu.

7 czerwca, noc z czwartku na piątek

SZPITAL IM. ALFREDA NOBLA, SZTOKHOLM

Tekla zawsze źle się czuła, jadąc z tyłu samochodem. Karetką rzucało, ale zacisnęła zęby, głęboko odetchnęła i skupiła się na swoim jedynym zadaniu: utrzymaniu poparzonego przy życiu. Na wzniesieniu za Ringvägen zauważyła jadący za karetką nieoznakowany radiowóz. Wyłączył syreny, kiedy zbliżyli się do SOR-u.

Za pomocą worka ambu ostrożnie wcisnęła mężczyźnie odpowiednią ilość powietrza do płuc. Nie miała możliwości, żeby zmierzyć mu ciśnienie, ale w jego pachwinie wyczuwała słabe tętno. Wiedziała, że wciąż żyje. Popatrzyła na maź na swojej gumowej rękawiczce. Czy te migdałowobiałe niteczki wyglądające jak rozgotowane spaghetti to nerwy, które rozpadły się pod wpływem ciepła?

Silnik zgasł, usłyszała, jak Johan otworzył drzwi.

– Jak tam? – zapytał.

– U mnie czy u pacjenta?

– Wnioskuję z tego, że żyje.

Szerzej otworzył tylne drzwi. Tekla zazdrościła mu beztroskiego nastawienia do życia.

– Spisałeś się dziś za kółkiem – pochwaliła go i pomogła mu z noszami. – Chociaż ten jeden raz się nie porzygałam.

W trakcie wyciągania noszy naciskała od czasu do czasu worek. Na stacji pogotowia stało jeszcze osiem karetek, z dwóch właśnie wyciągano poszkodowanych.

Zobaczyła nadchodzącego w ich stronę szefa oddziału Görana Collindera. Nigdy wcześniej nie widziała, żeby był równie czerwony na twarzy. Musiał tu gnać z luksusowego apartamentu na górnym Östermalmie, pomyślała, bo po raz pierwszy widziała go bez granatowej marynarki ze złotymi guzikami.

– Tekla Berg, prawda?

– Nie sądzę, żeby w tej klinice był ktoś inny o tym imieniu.

– A to ten ciężko poparzony mężczyzna z Söder torn?

– Jeden z nich.

Tekla zauważyła, że Göranowi towarzyszy dwóch mężczyzn ubranych po cywilnemu, prawdopodobnie policjantów. Napotkała wzrok jednego, ale szybko skierowała spojrzenie w stronę szefa.

– Pędzimy do zabiegowego – powiedziała.

– Dobrze, zaczekam, ale gdy tylko odstawisz pacjenta, muszę z tobą porozmawiać – odparł Göran i przybrał taką pozę, jakby chciał dodać powagi swoim słowom.

Tekla najzwyczajniej w świecie odwróciła się i ruszyła w kierunku SOR-u, gdzie w pogotowiu czekał już lekarz w masce i w pełnym rynsztunku.

Zabolało ją, że Göran kazał jej przekazać tego pacjenta komuś innemu. Czekał na niego respirator i noc oczyszczania ran. Istna droga przez mękę. Może na miejscu tragedii lepiej byłoby pójść za radą Johana i z litości dokonać szybkiej eutanazji, podając solidną dawkę morfiny.

Wycofała się pod szafkę z lekami, gdzie stał Johan i stukał coś na ekranie. Podniósł wzrok.

– Słuchaj, o co chodziło z tym pływaniem?

Teklę zmroziło.

– O nic.

– No powiedz.

– Po prostu wydawało mi się, że powiedział coś... o pływaniu.

– Kiedy cię zobaczył?

Ujrzała przed sobą obrazy znad jeziora.

– Zabawne, że nie umiem pływać...

Johan popatrzył na nią.

– Ale dlaczego miałby mówić o pływaniu?

– Tak, to bardzo dziwne – przyznała, unikając zaciekawionego wzroku Johana. – Może majaczył. Ale wyglądało to trochę tak, jakby spojrzał na mnie i chciał o coś spytać. Musiałam źle usłyszeć. Jedyną osobą, która wie, że nie umiem pływać, jest...

– Teklo!

Stojący w drzwiach gabinetu Göran przywoływał ją machnięciem ręki. Obok niego stali policjanci. Najwyraźniej mieli zostać przy pacjencie. Tekla dostrzegła wreszcie panujący wkoło chaos. Szpital podczas stanu kryzysowego – ściągnięto personel z całego miasta, dużo więcej niż było potrzeba.

Zdjęła zakrwawioną kurtkę i powiesiła ją przy postoju dla karetek, umyła ręce, zdezynfekowała je i opłukała twarz zimną wodą. Potem poszła do Görana. Starała się coś wyczytać z jego postawy. Dotąd jeszcze nie wspominał o wcześniejszej katastrofie z facetem ranionym nożem i dzieckiem mającym drgawki. Czyżby personel nie zdążył mu donieść o wszystkich odstępstwach od przyjętych zasad? A może jego myśli całkowicie pochłaniał pożar?

Minęli kilkoro rannych, którzy leżeli na noszach przed wypełnionymi gabinetami.

– Ilu do nas przyjechało? – spytała Tekla.

– Pięcioro. Ale tylko dwoje z poważnymi obrażeniami.

– Dlaczego tylko dwoje?

– No tak, i jeszcze ten twój, czyli razem troje.

– Gdzie są pozostali? Musiało ich być co najmniej dziesięcioro.

– Pięcioro pojechało do Uppsali, a dwie osoby do Solny.

– Do Uppsali? Czy to nie my mamy przypadkiem nowiutki oddział leczenia oparzeń?

– Tak, ale być może słyszałaś, że to Uppsala ma podpisany kontrakt jako państwowy ośrodek referencyjny. – Göran spróbował się uśmiechnąć, jednak najwyraźniej był zbyt zestresowany, żeby udawać fałszywą radość. – Ale teraz nowy oddział będzie miał pełne ręce roboty. Znam kogoś, kto się z tego ucieszy.

Tekla opuściła SOR, minęła klinikę dziecięcą i skierowała się do holu głównego. Göran starał się dotrzymywać jej kroku. Nigdy nie widziała tu aż tylu ludzi w środku nocy. Od wejścia płynęła fala zaniepokojonych krewnych, a za nimi kolejna pędzącego gdzieś personelu.

Tekla skręciła w lewo.

– Chciałbym, żebyś została lekarzem prowadzącym tego poparzonego – powiedział Göran.

– Lekarzem prowadzącym?

– Wiem, to trochę niespodziewane, ale ten pacjent jest wyjątkowy.

– Chcesz powiedzieć, że jest śmiertelnie poparzony?

– To też. Dzwonił do mnie dowódca akcji. Jeśli pacjent przeżyje, zostanie wszczęte postępowanie. On może mieć jakiś związek z pożarem.

– To znaczy jest w nim poszkodowany?

– Może nawet coś więcej.

Doszli do wind. Tekla kilka razy nacisnęła przycisk.

– Ale dlaczego ja? Lekarzem prowadzącym zostaje zazwyczaj ktoś z OIOM-u, prawda?

– Z tego, co zrozumiałem, zareagował na nalokson.

– Ale co to ma wspólnego z prowadzeniem tego pacjenta?

– Potraktujemy to jako zatrucie. Oddział ratunkowy jest odpowiedzialny za wszystkie przypadki zatruć, które trafiają na oddział intensywnej terapii.

Drzwi windy się otworzyły. Tekla niechętnie weszła do środka i powstrzymała mdłości, kiedy zapach płynu po goleniu Görana wypełnił niewielką przestrzeń. Od wielu lat nie była blisko z żadnym mężczyzną. Nacisnęła dziewiątkę.

– Zatrucie? Ale...

– Zostajesz lekarzem prowadzącym z dwóch powodów – odburknął Göran. – Po pierwsze dlatego, że to zatrucie. Po drugie dlatego, że nie znamy jego tożsamości, a policja chce mieć kontakt z kimś, kto orientuje się we wszystkim, co dzieje się z tym pacjentem.

Zerknął na zegarek na swoim nadgarstku.

– Nie patrz tak na mnie. To nie ja tu decyduję.

– Kto w takim razie?

Zauważyła, że pożałował czegoś, co mu się prawie wymsknęło.

Drzwi windy znów się otworzyły. Tekla ruszyła do swojego pokoju, słyszała, jak Göran dalej drąży temat.

– Dowódca akcji powiedział, że pacjent cię rozpoznał. Czy tak było?

Zatrzymała się przed swoim pokojem i przekręciła klucz w szklanych drzwiach. Dotarło do niej, dlaczego Göran przyszedł za nią aż tutaj.

– Co przez to rozumiesz?

– Czy on przypadkiem na ciebie nie wskazał? Nie poznał cię?

– Daj spokój. Poruszył ręką, bo dałam mu nalokson. Ledwie zdawał sobie sprawę z tego, co się dookoła dzieje. Widziałeś, jak wygląda?

Weszła do pokoju i stanęła przy oknie. Istnieje chyba tylko jedna osoba, która wie, że ona nie umie pływać? Ale przecież wielu ludzi nie umie.

Potrzebowała bomby. Natychmiast.

Göran stanął obok. Zaledwie kilometr dalej widzieli wciąż płonący Söder torn. Nad miastem zapadał zmrok, płomienie objęły już cały wieżowiec, do najwyższego piętra. Dookoła wieży stały rusztowania.

Ten widok poruszył nawet Görana.

– Och – wydyszał.

– Nie widziałeś tego jeszcze? – spytała Tekla.

– Jak tam właściwie było?

– Nierealnie.

Jej myśli krążyły wokół ludzi, których starała się uratować. Czy mogła postąpić inaczej?

– Wybawienie dla potworzycy – wyszeptał Göran.

– Dla kogo?

– Nie, nic takiego.

Przyglądali się budynkowi kilka sekund. Tekla czuła, że pot spływa jej nawet po wewnętrznych stronach ud. Westchnęła.

– Naprawdę muszę się przebrać.

Rozpięła spodnie.

– Tutaj?

– Nie zamierzam jechać do domu metrem, wyglądając jak rzeźnik.

– Wiesz chyba, że przebieramy się w piwnicy. Macie przecież szatnie...

– Serio? – przerwała mu Tekla, ściągając spodnie. – Jestem potwornie zmęczona.

– Okej – powiedział Göran i się odwrócił. – Ale zgadzasz się zostać prowadzącą?

– A mam jakiś wybór?

– W tej chwili nie widzę żadnego.

– No to znasz odpowiedź.

– W takim razie jutro bądź o jedenastej na OIOM-ie. Policja będzie się codziennie zjawiać na odprawie. Oczekują od ciebie aktualnych informacji o stanie pacjenta.

– Codziennie?

– Równo o jedenastej.

– Pracuj szybciej przy tych samych środkach – westchnęła Tekla.

– Co mówiłaś?

– Nic.

Wzięła głęboki oddech i sięgnęła lepką dłonią do kieszeni po pomadkę. Zadzwoniła komórka Görana.

– Tak... Tak... Jest tutaj ze mną...

Podał jej telefon.

– To do ciebie.

– Kto? – wyszeptała, dając znać ręką, że nie chce z nikim rozmawiać.

– Monica. Po prostu odbierz.

Ledwie załapała, o której Monice mówi Göran, a już trzymała jego komórkę w ręce i musiała coś powiedzieć.

– Tekla? – usłyszała ostry, energiczny głos.

– Tak.

– Dużo o tobie słyszałam dziś wieczorem.

– Ach tak?

– Chciałabym z tobą porozmawiać. Jutro z samego rana. Jesteś na dyżurze, prawda? Masz być o jedenastej na OIOM-ie.

– Tak, skąd to wiesz...?

– Zadzwonię – powiedziała dyrektorka szpitala i rozłączyła się.

Tekla oddała komórkę Göranowi. Ślepo wpatrywała się w jego plecy, kiedy wreszcie postanowił zostawić ją samą w pokoju. Głośno dzwoniło jej w uszach, w końcu jednak na dziewiątym piętrze Szpitala im. Alfreda Nobla zapanowała całkowita cisza.

Teraz już rozumiała.

Potworzyca.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Tytuł oryginałuGÅR GENOM VATTEN, GÅR GENOM ELD
Projekt okładkiKarolina Żelazińska
Zdjęcie na okładce© Florian Perennes/Unsplash
RedakcjaBeata Kołodziejska
KorektaTeresa Zielińska Halina Stykowska
Copyright © Christian Unge, first published by Norstedts, Sweden, in 2019. Published by agreement with Norstedts Agency, Sweden, and BookLab Literary Agency, Poland Copyright © for the Polish translation by Agata Teperek, 2020 Copyright © by Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2020
ISBN 978-83-8032-425-1
Wielka Litera Sp. z o.o. ul. Kosiarzy 37/53 02-953 Warszawa
POBIERZ NA TELEFON APLIKACJĘ WIELKA LITERA ARAplikacja WielkaLitera wykorzystuje technologię rozszerzonej rzeczywistości (AR) i umożliwia odtwarzanie wideo, audio oraz e-booków, a także przekierowuje na wybrane strony www. Aplikacja WielkaLitera jest dostępna w wersjach na Android oraz iOS. Pobierz ją za darmo i zobacz więcej.
Konwersja: eLitera s.c.