Wydawca: Armoryka Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Przedmurze chrześcijaństwa. Przedsionek Azji. Podróż do Gruzji i Armenii ebook

Marcin Sawicki

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 181 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przedmurze chrześcijaństwa. Przedsionek Azji. Podróż do Gruzji i Armenii - Marcin Sawicki

Autor zabiera nas w fascynującą podróż po dwu kaukaskich starożytnych krajach – Gruzji i Armenii. Pokazuje nam piękno ich przyrody, ludzi, kulturę, historię i współczesność, opowiadając to wszystko w sposób niezwykle barwny, ciekawy i wciągający. Czytając te książkę wraz z autorem przeżywa się owe niezwykłe doznania, o których tak mówi: „Gruzja i Armenia zadomowiły się w mojej głowie. Podróżowałem po kaukaskich bezdrożach jeszcze długo po powrocie do domu. Kiedy zasypiałem śniły mi się górskie krajobrazy. Słyszałem głosy w starożytnych, niezrozumiałych dla mnie językach. Kiedy budziłem się, jeszcze kilka dni po powrocie, w środku nocy, albo tuż nad ranem, potrzebowałem czasu, aby ustalić, gdzie właściwie się znajduję? W Tbilisi? W Goris? Erywaniu?...

Opinie o ebooku Przedmurze chrześcijaństwa. Przedsionek Azji. Podróż do Gruzji i Armenii - Marcin Sawicki

Fragment ebooka Przedmurze chrześcijaństwa. Przedsionek Azji. Podróż do Gruzji i Armenii - Marcin Sawicki

Marcin Sawicki

Przedmurze chrześcijaństwa. Przedsionek Azji.

Podróż do Gruzji i Armenii.

Armoryka

SANDOMIERZ

Projekt okładki: Juliusz Susak

Copyright © 2013 by Marcin Sawicki

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

tel 15 833 21 41

e-mail:wydawnictwo.armoryka@interia.pl

http://www.armoryka.strefa.pl/

ISBN 978-83-64145-75-9

Sakartvelo - kraina Gruzinów

Pieśń gruzińska

 M. Kwliwidze

Spulchnię ziemię na zboczu i pestkę winogron w niej złożę,

a gdy winnym owocem gronowa obrodzi mi wić,

zwołam wiernych przyjaciół

i serce przed nimi otworzę...

Bo doprawdy - czyż warto inaczej na ziemi tej żyć?

Cóż, czym chata bogata! Darujcie, że progi za niskie,

mówcie wprost, czy się godzi

siąść przy mnie, ucztować i pić.

Pan Bóg grzechy wybaczy

i winy odpuści mi wszystkie...

Bo doprawdy - czyż warto inaczej na ziemi tej żyć?

W czerni swej i czerwieni zaśpiewa mi znów moja Dali,

runę w czerni i bieli do stóp jej, niech przędzie swą nić!

I o wszystkim zapomnę,

i umrę z miłości i żalu...

Bo doprawdy - czyż warto inaczej na ziemi tej żyć?

A gdy zmierzch się zakłębi

i cienie po kątach się splotą,

niech się cisną do oczu, niech wiecznie pozwolą mi śnić

płowy bawół

i orzeł srebrzysty,

i pstrąg szczerozłoty...

Bo doprawdy - czyż warto inaczej na ziemi tej żyć?

(B. Okudżawa)

Miasto pogranicza

Pierwszy kontakt z Południowym Kaukazem to dla znakomitej większości obcokrajowców lotniska. W Tbilisi, w Erywaniu, w Baku. Ale kiedyś pływało się statkiem. Ludzi łączyła woda. Drogą morską Jazon i Argonauci, napędzeni marzeniem o złotym runie, dotarli do ujścia rzeki Fasis (Czoroch). Na południe od Bathys, czyli dzisiejszego Batumi oczom herosów ukazał się stały ląd. Mityczni bohaterowie przetarli drogę przedsiębiorczym kupcom z Miletu. Ich szybkie statki o ostro zakończonych dziobach wypełnione były cennym ładunkiem w postaci waz, ceramiki i biżuterii. Helleńscy handlarze wymieniali je na targach Dioskurias, dzisiejszego Suchumi, na kolchidzkie płótno, konopie, wosk i żywicę. Doliną Kury, znad Morza Kaspijskiego, przemieszczały się ciężkie wozy kupieckie załadowane po brzegi chińskimi jedwabiami i indyjskimi korzeniami. Ładowano je na okręty zakotwiczone u ujścia rzeki Rioni, aby zaspokoić wilcze i nieposkromione apetyty rzymskich patrycjuszy schyłku republiki i początków cesarstwa.

Później nastała epoka promu. Zaczytani w uczonym dziele „Podróże po Kaukazie i Gruzji” Juliusa von Klaprotha (w tłumaczeniu na angielski lub francuski) podróżnicy zmierzali ku skalistym wybrzeżom Batumi lub Baku. Ale jeśli port w Batumi zablokowała Turcja bądź Moskwa, wtedy zostawała tylko uciążliwa droga przez stepy południowej Rosji. Zazwyczaj w rozklekotanej czterokołowej teledze ciągnionej przez trójkę koni. Poprzez drogi zryte koleinami latem, bądź zmieniające się w błotniste grzęzawiska na wiosnę. I tak aż do Mozdoku nad Terekiem. Albo do Władykaukazu. Następnie strudzonego wędrowca czekała przeprawa przez budzące grozę góry, których zbocza pobudzona wyobraźnia zaludniała bezlitosnymi zbójcami, nagłymi lawinami i dzikimi tubylcami. W otoczeniu kozaków, kabardyjskich jeźdźców, rosyjskich piechurów i paru dział dla bezpieczeństwa. Kiedy podążający w ślimaczym tempie konwój zbliżał się do Tbilisi, miasto wydawać się musiało podróżnym prawdziwą ziemią obiecaną. Później już mało doświadczał tego uczucia. Bo z Baku można było dotrzeć do Batumi Koleją Transkaukaską. Nowoczesną i wygodną. Oswojoną i wielce europejską. Podróż w kulturalnym towarzystwie z Londynu bądź Paryża przez Petersburg albo Moskwę trwała niewiele dłużej niż tydzień.

Dzisiaj kontynenty i kraje, Europę i Azję, łączy powietrze. Dlatego lotnisko w Tbilisi nie śpi. Kotłujące się kłębowisko. Tłumy. Przyjezdni, wyjeżdżający, witający, żegnający. Masa taksówkarzy. Trąbią, pokrzykują, szukając zarobku, pakują, wypakowują. Turyści wymieniają swoje dolary i euro na miejscowe lari. Policjanci niemrawo popalają papierosy przy wejściu do hali odpraw. Oaza spokoju przy kuble na niedopałki.

Naprzeciwko lotniska wybudowano niedawno nowy dworzec kolejowy. Tam jest już niemrawo i sennie. Kilka ławeczek w hallu. Jakaś sympatyczna młoda para na jednej z nich. Próbują zrobić zdjęcie, ale kasjerka zabrania. Nie dlatego, że niemiła. Przeciwnie, bardzo pomocna i życzliwa. Wyjaśnia spokojnie i z uśmiechem, że pociąg do centrum Tbilisi odjeżdża o 4 rano. Że będzie podstawiony dziesięć minut wcześniej. Że bilety kupuje się w wagonie. W specjalnym automacie. Wrzucasz monety - dostajesz bilet. Pozostaje tylko czekać. Najlepiej na ławeczce poza nowoczesnym budynkiem. Tam chłodniej i przyjemnie kropi odświeżający po długiej i męczącej podróży deszcz. Można zebrać myśli. Wyciągnąć nogi. Odetchnąć od gwaru, rumoru i chaotycznej szamotaniny lotniska.

Zbliża się pociąg. Pod nowoczesny dworzec nadjeżdża relikt sowieckiej epoki. Obszarpane siedzenia. Skąpe światło jarzeniówek. Stukot kół po torach, półmrok wewnątrz i mrok na zewnątrz wprawiają w senne odrętwienie. Młoda para ściska się czule na siedzeniach obok. Ja rozsmakowuję się w swoich czterdziestu minutach ćwierć-snu i pół-myślenia. Do samego Dworca Głównego. Zaskakującego. Z ciemności wyłania się bowiem jakaś mroczna i bezduszna betonowa konstrukcja. Budynek - widmo. Kolorowe plakaty na ścianach, przedstawiające tańczące pary, jakieś nie na miejscu. Z innego świata. Nie do pogodzenia z szarym molochem. Brak poczekalni.

- Zamknięta - otwierają dopiero o siódmej - mówi ktoś ze współpasażerów.

A jest przed piątą. Trzeba szukać hotelu. Najlepiej szybko. Towarzystwo pod dworcem szemrane. Gęby jak z mrocznych kryminałów. Upadłe damy, po których urodzie nie pozostało śladu na przesadnie umalowanych twarzach. W powietrzu zapach wina miesza się z odorem wymiocin i moczu.

Jakaś starsza pani przechodzi w pobliżu. Zna jakiś hotel? Mówi, że jest taki. Naprzeciwko dworca zaraz. Ale tam prostytutki nocują - dodaje z żalem i troską. Trzeba szukać dalej. Bo wiadomo, że hotele są w pobliżu dworca. Wystarczy tylko znaleźć właściwą ulicę i już. Nie trzeba nawet długo szukać. Chociaż w mroku i w otoczeniu podejrzanych typów czas płynie zbyt wolno. Na Chitaias Chuocha i wzdłuż przyległych ulic rozłożyło się kilka noclegowni. Ni to hotele, ni to domy rodzinne. Jakieś miejscowe połączenie obu. „Homestays”. W jednym do ceny i pokoju (malutkiego i obskurnego niczym więzienna cela) dorzuca się darmowe wino. W drugim nie ma miejsc. O czym informuje zaspana i w koszuli nocnej blondynka o słowiańskiej urodzie i wieku balzakowskim.

- Może po dziesiątej coś się zwolni -blondynka mówi kojącym, wysokim i ściszonym głosem. Światło jarzeniówki odbija się na jej odkrytym, kształtnym ramieniu o perłowej barwie. Ziewa i znika po cichu pośród drewnianych przybudówek. Niczym zjawa jakiejś zmarłej tragicznie ruskiej księżniczki. Która niepojętym zrządzeniem losu trafiła ze swojego murowanego kremla na odrapane podwórko w Tbilisi A może tylko się przyśniła w porannym pół-śnie?

Podwórze zaś przy domowym hoteliku kusi, żeby posiedzieć. Jest stół, są ławy do siedzenia. Wokół masa przybudówek. Piętrzących się jedne na drugich. Pośrodku podwórza kapliczka z krzyżem i maryjnymi obrazkami. Stoły z niedopitym winem z plastikowych butelek i resztkami po jedzeniu. Gołębnik. Pod ścianą przyczaił się zlękniony i zagubiony biały w czarne łaty królik. Przypatruje się uważnie i nieufnie.

Do trzech razy sztuka. Dodo`s Homestay w postaci wesołego staruszka oferuje wolne miejsca. W rozsądnej cenie. Podwórze malownicze za sprawą dojrzewających kiści winogron. Zabrudzone parasole z logo Pepsi zacieniają plastikowe krzesełka. Obok zaparkowane BWM. Jakiś starszy model. Wokół kręcą się dwa nieduże psy nieokreślonej rasy. Z kranu popija wodę duży szary kot. Drugi miauczy na dachu (później gospodynie bezceremonialnie przegonią go zmiotką). Staruszek pokazuje pokój. Kilka łóżek, ale turystów mało. Więc mamy całe duże pomieszczenie na dwie osoby. Wody ciepłej nie ma. Nawet w stolicy nie zawsze stać ludzi na luksusy. Ale spokojnie, później będzie.

- Wody można używać, ile się zechce, bo nie ma liczników - mówi wesoło dziadek i na dowód prawdziwości swoich słów odkręca kran.

- Czego jak czego, ale wody ci tutaj nie zabraknie!

Atmosfery przyjemnej i domowej najwidoczniej również. Nawet sieci wi-fi, wliczonej w cenę. Jeśli wszystko w porządku, to staruszek pójdzie sobie spać. Później córka się rozliczy. Jak wstanie.

Dziedziczka rodu widać śpi jednak w najlepsze. Za to pojawia się siwowłosa pani. Zapewne żona staruszka. Niezwykle sympatyczna, rezolutna, ale nieco nieśmiała. Krząta się po podwórzu. Wreszcie podchodzi, zagaduje, proponuje kawę. Wychodzi mocna i słodka. Stawia twardo na nogi po nieprzespanej nocy. Chwalę kawę, zwracam uwagę na piękne meble w pokojach.

Wiadomo. Imperialne, Mikołajewskie! - mówi z dumą.

- Od początku tu były. To znaczy od 1947, kiedy dom zbudowano - to mówi z nostalgią.

Staruszka zaczyna wspominać stare dobre czasy. Nie to, co za tej podłej demokracji, która nikomu niczego dobrego nie dała. I za tego tępego prezydenta, którego na pewno na następną kadencję nie wybiorą

Już niedługo wybory parlamentarne… zobaczymy! - to mówi z nieskrywaną złośliwością. Która zupełnie nie pasuje do tej zaradnej, dobrotliwej, uśmiechniętej i drobnej kobiety.

Jak wyznaczyć granice między Europą i Azją? Kaukaz, Ural? W Tbilisi nie jest to takie proste. Miasto pogranicza. Od samego początku. Dom dla Gruzinów, Greków, Żydów, Rosjan, Abchazów, Arabów, Niemców. Stolica duchowa Ormian. Kontynenty przetykają się tutaj, kultury przenikają, granice biegną zygzakami i zakrętasami wzdłuż ulic, zaułków, placów, podwórek. Granice tworzą się w ludzkich głowach, sposobie mówienia, myślenia i działania. Wzdłuż Alei Szoty Rustawelego, zacienionej równymi rzędami platanów i palm, rozłożyły się dumnie markowe zachodnie sklepy. Rozpanoszyły się znakomite teatry, nowoczesne muzea, szykowne galerie, modne kafejki. Wyprężyły i napięły muskuły monumentalne budynki i ich klasycyzujące fasady. Dawno już nie widać na przestronnych bulwarach karawan z wielbłądami. Rzemieślnicy - rymarze, złotnicy, sprzedawcy dywanów, druciarze i szewcy - zaprzestali uprawiania swojego fachu wprost na niebrukowanych ulicach miasta. Ucichł gwar kolorowych bazarów rozłożonych niegdyś u stóp starożytnej twierdzy Nasikała. Tam, gdzie kupcy z różnych stron świata głośno wychwalali swoje towary: delikatny jedwab z Szyrwanu i Buchary, kosmate futra z Rosji, szykowne dywany z Tebrizu. Albo groźnie pobłyskujące w letnim słońcu Południowego Kaukazu dagestańskie sztylety. Aleja Rustawelego niewiele odziedziczyła po tym dawnym, minionym Tyflisie. Egzotycznym mieście, o którym ponad wiek temu pisał Romuald Klonowski: „kręte, wąskie, brudne uliczki, z domami o galeriach i mnóstwem sklepików, bazary, karawanseraje, ścisk, zgiełk, skrzyp arb, karawany mułów, koni, osły z poganiaczami, wszystko to rusza się, tłoczy, przepycha, kipi jak mrówki w ogromnym mrowisku”. Obecnie w powietrzu czuć raczej spaliny zamiast woni wschodnich szafranów, cynamonów, kardamonów, kandyzowanych cytrusowych owoców i fantastycznych kształtów słodyczy.

Dalej jednak Aleja Rustawelego przechodzi w malowniczą starówkę. Tutaj zaczęło się Tbilisi W tym miejscu, u stóp potężnej twierdzy, burzone przez Arabów, Mongołów i Persów, uporczywie się odradzało. Najeźdźcy i podbici odbudowywali świątynie, domy, sadzili winogron. Życie powracało na utarte koleiny. Zdobywcy układali sobie znośne stosunki z podbitymi. Aż do kolejnej wojny i następnego podboju.

Legenda mówi, że król Wachtang Gorgaslan, władca mężny i prawy, polował pośród pobliskich wzgórz. Zapędził się strzelając z łuku do bażanta. Postrzelony ptak wpadł do gorącej wody i ugotował się. Inna wersja tej historii głosi, iż król polował na jelenia. Postrzelone rączą strzałą zwierzę w desperacji wskoczyło do źródła. Lecznicze wody sprawiły wówczas, że rana się zabliźniła i jeleń uniknął niechybnej śmierci. Król zaś pod wrażeniem założył u źródeł miasto, nową stolicę - Tbilisi. Cieplice. Barwną legendę chętnie powtórzył mi nieoczekiwany i samozwańczy przewodnik - miejscowy robotnik. Układał z grupą innych kostki brukowe. Zobaczył, że szukam drogi do łaźni. Wyjaśnił, że ta najokazalsza, z orientalnie zdobioną fasadą, z powodu remontu jest nieczynna. Niestety… I jakby w ramach zadośćuczynienia rozpoczął swoją barwną opowieść. Tak jak stał. Z dłońmi szarymi od ziemi, z białym hełmem na głowie. Po prostu.

Ciepłe wody w Tbilisi biją niesłabnącym strumieniem do dzisiaj. Kiedy przybyli Arabowie a na królewskim tronie w Tbilisi zasiadł emir, wybudowali nad nimi swoje hammamy. Takie, które gdziekolwiek się Arabowie pojawili świadczyły o ich umiłowaniu higieny i luksusu. Niektóre pozostały, wielokrotnie przebudowywane, odbudowywane i modernizowane. Ceglane sklepienia ceglane, kryjące dobroczynną moc wody. Odczuwali ją tutaj na własnej skórze Dumas Młodszy i Puszkin, chłonąc kulturę i radość życia Orientu. Miejscowe kobiety miały w zwyczaju prezentować w łaźniach nowe stroje i wykwintną biżuterię. W korytarzach grała muzyka, odbijając się echem od ceglanych sklepień. Łaziebnicy nucili rzewne pieśni. Zdarzało się, iż panie przyjmowały tutaj oświadczyny wytwornych kawalerów. „Nie mogę nie wspomnieć, że miejskim łaźniom nie dorównują nawet te w Konstantynopolu. Mają one i tę dodatkową zaletę, że są nadzwyczaj czyste i dobrze utrzymane”- napisał przed blisko dwustu laty pewien podróżnik.

Obecnie wnętrzom tbiliskich łaźni brakuje może nieco charakteru i wschodniego rozmachu. Życie towarzyskie jakby także zamarło. Zatraciło całą otoczkę z lat największej świetności. Jakże daleko miejscowym łaźniom do wspaniałych i tętniących życiem hammamów Damaszku i Aleppo, z ich różnobarwnymi arabeskami, subtelnymi zapachami i bajkową aurą. W sporej części to po prostu ascetycznie małe baseny napełnione gorącą wodą. Za ozdobę zaś marnie służą ceramiczne płytki na ścianach. Możesz jednak wybierać: łaźnie wspólne, lub kameralne. Można nawet samemu sobie wynająć pomieszczenie z niewielkim basenem. Odciąć się od innych ciał i oddechów. Wnętrze łaźni będzie zapewne białe i skromne. Trochę nawet w klimacie sowiecko-rosyjskich bani. Ale kiedy zanurzysz się, zamkniesz oczy, oddasz dobroczynnemu działaniu wody, będziesz całą duszą w Azji.

Potem najlepiej spalić mapę i pobłądzić krętymi uliczkami tbiliskiej starówki. Popatrzyć na ozdobne fasady, klasycystyczne i secesyjne. Gdzie czas zaprzepaścił symetrię i ośmieszył poziomy i piony. Gdzieniegdzie domy rozpadające się, zapadnięte w ziemię, całkowicie zrujnowane. Niektóre z rozwalonymi werandami, podziurawionymi podłogami, drzwiami trzymającymi się na jednym zawiasie. Ogromne królestwo łuszczącej się farby. Wiatr z głośnym wyciem hulają po zapuszczonych mieszkaniach. Nigdy byś nie powiedział, że tutaj może ktoś mieszkać. A jednak,.. Tego kogoś zdradza rozwieszone i suszące się na wietrze pranie, pozostawione kubki po kawie i pożółkłe firanki w oknach. Choć równie dobrze można przecież założyć, że firanki nie zawsze muszą wisieć w zamieszkałych domach.

Starówkę w Tbilisi spowijają fantazyjnymi splotami krzewy winorośli. Tutaj dojrzewa, czaruje soczystymi owocami, pnie się łagodnie po rzeźbionych w drewniane smoki drewnianych balkonach. Wejdź na podwórza, gdzie w słońcu wygrzewają się leniwe kocury. Leżą z przymrużonymi z rozkoszy oczami i mruczą pośród narosłych przez lata przybudówek, połamanych krzeseł i łóżek. Całej tej graciarni sprzętów, które trwają resztką nadziei, że może jeszcze kiedyś się przydadzą. Gdzie suszy się rozwieszone na balkonach pranie, a mężczyźni spokojnie pogrywają w tryk-traka. W cieniu eksplozji nieokiełznanego życia kwitnącej winorośli.

Błądząc po starym Tbilisi możesz iść daleko. Nawet tam, gdzie w skromnych sklepikach ekspedientki o zmęczonych oczach sprzedają winogronową czaczę w plastikowej butelce po coli. Krzepką i intensywną w smaku - jak należy. Być może dotrzesz też tam, gdzie kończy się asfalt, a zaczyna brukowa kostka. Gdzie mieszkał rosyjski poeta Jesienin, a teraz może nikt już nie mieszka. Po drodze jest taka piekarnia. Starsza Ormianka z ufarbowanymi na blond włosami i nieproporcjonalnie dużych okularach piecze i sprzedaje świeże chaczapuri. W lodówce masz jasne piwo Natakhtari na wyciągnięcie ręki. Przyjemnie chłodne i odświeżające. Tak jak górska rzeka, skąd złocisty ów napój bierze swoją nazwę. Jest też słodka gruszkowa lemoniada, jeśli wolisz.

Jeśli zechcesz, weźmiesz gorący placek ze sobą. Ale lepiej usiąść. Są dwa stoliki. Przyjemnymi podmuchami chłodzi twarz elektryczny wiatrak. Ormianka oddziela białka od żółtek. Wlewa składniki do plastikowej misy. Dodaje mąki. Sprawnie wałkuje ciasto na kolejną porcję chrupiącego chaczapuri.

- Te będą z serem i jajkiem. Spróbuj - Wyśmienite! Masa wylewa się na talerz spod gorącego ciasta.

- Dzisiaj mam niewielki wybór. Gorąco. Klientów mało - tłumaczy się Ormianka.

- Normalnie jest więcej asortymentu. Chaczapuri z ziołami, chaczapuri z kurzym mięsem…

I tak jest różnorodnie. Możesz wybierać i przebierać. Zasiedzieć się nawet przez kilka godzin.

- Zobacz. To jest chaczapuri imeruli, z serowym nadzieniem. Chaczapuri Megruli, także z serem. Tamto z Karkoszką. A to co jesz, to lobiani z fasolą.

Kiedy tak sobie jesz i popijasz piwo możesz posłuchać opowieści gospodyni. Prawdziwej sagi rodzinnej, osnutej na tle burzliwych dziejów narodu i miasta. Dowiesz się, że rodzina Ormianki pochodzi z Turcji. Przed ponad stu laty uciekali przed okrutnymi rzeziami. „Nie ma Ormian, nie ma kwestii ormiańskiej”, głosili gniewni i młodzi nacjonaliści znad Bosforu. Wyganiali, bili, mordowali. Przodkowie gospodyni szczęśliwie ocaleli. Trafili do Tbilisi

- Jestem rdzenną Tbiliczanką! Niewielu już takich zostało. Wiesz, kiedyś to było niemal zupełnie ormiańskie miasto…

Restauracja, sklep rybny… Kiedyś dobrze im się powodziło. Potem przyszli komuniści. Zakazali sprzedawać. Lokale pozamykali. Co było robić? Ojciec więc wstąpił do wojska. Osiem lat służył. W Rosji, w Twerze stacjonował. Potem wrócili do rodzinnego Tbilisi Gospodyni skończyła studia chemiczne. Tak, nie dziw się wcale. Przecież mówimy o mieście, w którym kierowca taksówki okazać się może zawsze byłym profesorem szacownej uczelni albo też dawnym sportowcem.

Ormianka pracowała latami całymi w zakładach zbrojeniowych. Tam gdzie wielu Rosjan zatrudnili: w czasie wojny przenieśli zakład wraz z całą załogą. A później Związek Radziecki się z hukiem rozpadł. Na bomby i rakiety jakby popyt także zmalał. Zwolnili. Jeszcze napisali, że z powodu samowolnego opuszczania stanowiska pracy. Chociaż sami do zakładu nie wpuszczali, bo i robić nie było tam co za wolnej Gruzji.

- I tak, widzisz. Od pół roku siedzę tutaj, piekę chaczapuri.

Kiedy Ormianka skończy opowiadać zdążysz zjeść i dopić piwo. Pożegnacie się jak dobrzy znajomi z tej samej ulicy. Najedzony możesz wspiąć się na górę. Tam, gdzie dzielnica betlejemska. Na wzgórzu rośnie duże drzewo i wieje wiatr. Albo jeszcze wyżej, na górę Mtacmindę z jej ruinami starożytnej cytadeli Narikała i malowniczymi parkami. Możesz posiedzieć, popatrzeć w dół i spróbować odgadnąć, gdzie w starym Tbilisi mieszkają Gruzini, gdzie Ormianie, gdzie Żydzi? Spróbować ogarnąć wzrokiem ów wielokulturowy Tyflis, gdzie gruziński król Dimitri I, ortodoksyjny chrześcijanin, przysłuchiwał się piątkowym modłom w tutejszym meczecie. Odchodząc miał zwyczaj obdarowywać uczonego mułłę dwustu sztukami czystego złota.

W Tbilisi przyszło mi nocować jeszcze w innych miejscach. Tuż za rogiem, niedaleko od Dodo, wolne miejsca ma Irina. Artystka. Wejścia do wysokiej kamienicy strzegą dwa kamienne lwy. Popękane, podniszczone. Stare i wyleniałe, jak ten stary dom. Co daje im to jeszcze dostojnego uroku. Pokoje gościnne znajdują się na wyższych piętrach. Kilkuosobowe, ale schludne. Z wiatrakiem i klimatyzacją. Czyste łazienki, ciepła woda. Na ścianach klatki schodowej malowidła Iriny. Barwne, bajkowe. Trochę jak z dziecinnych opowieści. Ale nie dziecinne. Tutaj widok Tbilisi. Koty wspinają się po dachach. Bo przecież w rzeczywistości trudno przejść kilka kroków po starszych dzielnicach miasta, żeby na jakiegoś się nie natknąć.

- Żywe zwierzę przecież. Też chce żyć - powtarzają miejscowi. Więc żyją: rude, szare, czarne, pstrokate - wszelkiej możliwej maści dachowce. Czasami obrzucą cię obojętnym wzrokiem. Albo nawet pogardliwym. Bo po co tak się wałęsasz bez celu w taki upał? Na ścianach u Iriny koty spoglądają gdzieś w dal. Z wysokości dachów, ponad ludzkimi głowami. Na innym znowu malowidle turyści mozolnie wędrują przygięci ciężarem plecaków pod górę. Wspinają się na Kazbek czy też może zmierzają wprost do gościnnych pokojów u Iriny?

Sama Irina zasiada w fotelu na półpiętrze. Tleniona i tęga blondynka o zmęczonej twarzy nie zdradzającej żadnych emocji. Ma się wrażenie, że szeroka w biodrach Irina i jej obszerny fotel stanowią jedność. Trudno spotkać ją gdzie indziej. Ogląda telewizję, dużo pali, rozmawia przez telefon, przekomarza się z gośćmi, wydaje polecenia córkom. Zawsze pomocna i rzeczowa. Ma się wrażenie, że traktuje całą tę czeredę z plecakami jak własne przybrane dzieci. Nieporadne i bezbronne. Którymi trzeba się zająć, którym należy pomóc i pokazać właściwą drogę. Czarująca babcia Irina i jej magiczny, owiany dymem z papierosów fotel.