Przed zmianą - Alice Munro - ebook
Opis

Opowiadanie ze zbioru „Miłość dobrej kobiety”.

Zbiór ośmiu opowiadań o kobietach. Ich losy, możliwości i ograniczenia we współczesnym świecie są główną osią twórczości Munro, znakomitej pisarki kanadyjskiej. Jej bohaterki muszą sobie radzić z niejednoznacznością własnych uczuć, z wewnętrznymi konfliktami, z rozdźwiękiem między tym, czego chcą, a tym, co muszą. Jest tak z wkraczającą w dorosłość mężatką, która szuka swojego miejsca w życiu, jest tak z młodą kobietą, która przyjeżdża na wakacje do matki, ale nie potrafi z nią wytrzymać, bo ma w sobie zbyt dużo goryczy i żalu.

Miłość kobiet przyjmuje rozmaite formy: uczucia matki do córki, dziecka do dorosłego, żony do męża, przyjaciółki do przyjaciółki - Munro pokazuje je wszystkie z niezwykłą wnikliwością, odsłaniając głębię i zawiłość zwyczajnego życia oraz siłę emocji, które wiążą ludzi ze sobą na nieskończenie różnorodne sposoby.

Munro jak zwykle wydobywa na światło dzienne wszystko, co w życiu kanadyjskiej prowincji przemilczane i zepchnięte w cień - by pokazać ludzi, którzy popełnili ten zasadniczy, pierwszy grzech: zjedli owoc z drzewa poznania.

„Publishers Weekly"

 

Opowiadania Munro są jak troskliwie przechowywane nagrania rodzinne, dokumentujące ważne momenty z przeszłości.

„Library Journal"

 

Munro jest bez wątpienia mistrzynią. W Miłości... opisuje ludzką egzystencję z niezwykłą precyzją i elegancją najwyższej próby.

„The Washington Post"

 

Te zaskakujące historie po raz kolejny przypominają, że Munro jest literacką cudotwórczynią.

Francine Prose

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 53


Alice Munro

PRZED ZMIANĄ

Przełożyła Agnieszka Pokojska

Opowiadanie ze zbioru Miłość dobrej kobiety

Wydano z pomocą finansową

Tytuł oryginału: The Love of a Good Woman

Copyright © 1998 by Alice Munro

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIII

Copyright © for the Polish translation by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIII

Wydanie I

Warszawa

Przed zmianą

Drogi R. Oglądaliśmy z ojcem debatę Kennedy – Nixon. Jakiś czas po twojej wizycie ojciec kupił sobie telewizor. Mały ekran i królicze uszy. Stoi w jadalni, zastawia kredens, tak że niełatwo teraz się dostać do lepszych sztućców czy obrusów, gdyby ktoś przypadkiem chciał się do nich dostać. Dlaczego akurat w jadalni, gdzie nie ma ani jednego wygodnego krzesła? Bo już od dłuższego czasu nie pamiętają, że mają salon. A może dlatego, że pani Barrie chce oglądać telewizję przy kolacji.

Pamiętasz jadalnię? Oprócz telewizora nie ma tu nic nowego. Po obu stronach okna ciężkie zasłony w liście koloru wina na beżowym tle, a w środku firanka. Obrazek przedstawiający sir Galahada prowadzącego konia i widok Glencoe, z tym że zamiast masakry są rude jelenie. Stara szafa na dokumenty przeniesiona z gabinetu ojca lata temu, która wciąż nie ma wyznaczonego miejsca, więc po prostu stoi, nawet nieprzysunięta do ściany. I zamknięta maszyna do szycia mojej matki („maszyna do szycia twojej matki” to jedyny kontekst, w którym mój ojciec mówi o matce), a na niej, w glinianych doniczkach i blaszanych puszkach, ten sam co zawsze zestaw kwiatów czy czegoś, co wygląda jak kwiaty, które ani nie kwitną, ani nie umierają.

A zatem – wróciłam do domu. Nie rozmawialiśmy o tym, na jak długo. Po prostu władowałam do mini wszystkie swoje książki, papiery i ubrania i przyjechałam tu z Ottawy w jeden dzień. Ojcu powiedziałam przez telefon, że skończyłam pisać pracę (tak naprawdę ją zarzuciłam, ale nie chciałam mu o tym mówić) i że chyba potrzebuję się zregenerować.

– Zregenerować? – zapytał, jakby nigdy o czymś takim nie słyszał. – Byle tylko nie nerwowo.

– Proszę?

– Po załamaniu – wyjaśnił z ostrzegawczym chichotem.

Wciąż nazywa załamaniem nerwowym ataki paniki, ostry lęk i depresję. Pewnie radzi swoim pacjentom, żeby wzięli się w garść.

Jestem niesprawiedliwa. Raczej dostają od niego jakieś otępiające pigułki i kilka suchych, uprzejmych słów. Wady innych ludzi toleruje z większą łatwością niż moje.

Kiedy dotarłam na miejsce, nie było wielkiego powitania, ale i konsternacji. Ojciec obszedł mini dookoła, odchrząknął i sprawdził kopnięciem stan opon.

– Aż dziw, że dojechałaś – skwitował.

Myślałam o tym, żeby go ucałować – bardziej z brawury niż w przypływie uczuć, tak by pokazać, że jestem teraz kimś, kto zachowuje się właśnie tak. Ale jeszcze zanim postawiłam nogę na żwirowym podjeździe, wiedziałam, że się na to nie zdobędę. W połowie drogi między podjazdem a drzwiami do kuchni stała pani B. Podeszłam więc do niej, objęłam ją i ucałowałam dziwaczne czarne włosy, obcięte jakby na Chinkę, okalające jej drobną, zwiędłą twarz. Poczułam zapach nieświeżego swetra i wybielacza od prania fartucha; w uścisku jej stare kości wydały mi się jak wykałaczki. Sięgała mi ledwo do obojczyka.

Zmieszana, powiedziałam:

– Taki piękny dziś dzień, przepiękną miałam drogę.

Tak rzeczywiście było. Drzewa nie zmieniły jeszcze barw, dopiero brzeżki liści pokrywały się rdzą, ścierniska wyglądały jak złoto. Dlaczego więc ta hojność krajobrazu blaknie w obecności mojego ojca i na jego terytorium (nie zapominajmy, że także w obecności pani Barrie i na jej terytorium)? Dlaczego to, że wspomniałam o pięknie dnia – albo że wspomniałam o nim z autentycznym uczuciem, nie zdawkowo – wydaje się tu czynem niemal tej samej kategorii, co uściskanie pani B.? Jedno zakrawa na bezczelność, drugie na pretensjonalny pokaz czułości.

Kiedy debata dobiegła końca, ojciec wstał i wyłączył telewizor. Reklam z zasady nie ogląda, chyba że jest pani B. i mówi na przykład, że ma ochotę zobaczyć tego słodkiego szczerbatego dzieciaka albo kurczaki goniące tego tam (nie chce użyć słowa „struś”, a może go nie pamięta). Wtedy to, co sprawia jej przyjemność, jest dozwolone, nawet tańczące płatki kukurydziane, a on mówi czasem: „No cóż, na swój sposób to nawet niegłupie”. Myślę, że to ostrzeżenie pod moim adresem.

Co sądzi o Kennedym i Nixonie?

– A, to tylko dwóch Amerykanów.

Usiłowałam trochę pociągnąć rozmowę.

– To znaczy?

Kiedy się go prosi o zagłębienie się w temat, na który jego zdaniem nie ma co rozmawiać, albo podaje się racje, których słuszności nie trzeba potwierdzać, unosi z jednej strony górną wargę, pokazując kilka dużych, zażółconych od tytoniu zębów.

– To tylko dwóch Amerykanów – powtórzył, tak jakbym za pierwszym razem nie dosłyszała.

Nie rozmawiamy więc, ale też nie siedzimy w ciszy, bo, jak może pamiętasz, mój ojciec głośno oddycha. Jego oddech przedziera się przez brukowane zaułki i skrzypiące furtki, a potem przechodzi w coś w rodzaju świergotu i gulgotania, tak jakby w klatce piersiowej ojca krył się jakiś nieludzki aparat. Plastikowe rurki i kolorowe retorty. Nie powinnam zwracać na to uwagi i niedługo się przyzwyczaję. Ale te odgłosy zabierają dużo przestrzeni. On sam też zajmuje jej sporo, przez ten swój wysoki, twardy brzuch, długie nogi i charakterystyczny wyraz twarzy. Jaki? Taki, jakby dysponował całą listą przewinień, zarówno pamiętanych, jak i przewidywanych, i dawał do zrozumienia, że jego cierpliwość wystawiasz na próbę nie tylko tym, co wiesz, że robisz źle, ale też tym, czego nawet nie podejrzewasz. Myślę, że wielu ojców i dziadków dąży do tego, żeby wyrażać mimiką właśnie taką postawę – nawet tacy, którzy w przeciwieństwie do mojego ojca nie mają władzy poza domem – ale tylko on wyraża to idealnie i permanentnie.

R. Mam tu sporo do roboty, więc nie mam kiedy – jak to się mówi – rozdzierać szat. Ściany poczekalni są porysowane widać, że pokolenia pacjentów szorowały po nich oparciami krzeseł. Na stole leżą numery „Reader’s Digest”, całe w strzępach. Karty pacjentów upchnięto w kartonach pod leżanką do badań, a kosze na odpadki – wiklinowe – mają poharatane brzegi, jakby poobgryzały je szczury. W domu jest nie lepiej. W zlewie w dolnej łazience rysy jak pojedyncze brązowe włosy, w klozecie żenująca plama rdzy. Na pewno zauważyłeś. To głupie, ale najbardziej przeszkadzają mi ulotki i reklamy. Jest ich pełno w szufladach, leżą pod spodkami albo walają się luzem, a wyprzedaże czy rabaty, których dotyczyły, są nieaktualne od tygodni, miesięcy czy nawet lat.

Chodzi nie o to, że się poddali czy że się nie starają. Ale wszystko jest skomplikowane. Pranie oddają do pralni, co jest rozsądne, szkoda by było, żeby stale miała się tym zajmować pani B., ale mój ojciec nie pamięta, którego dnia pranie ma wrócić i jest diabelne zamieszanie o to, czy wystarczy czystych fartuchów i tak dalej. A pani B. jest przekonana, że pralnia ją oszukuje, odrywa plakietki z nazwiskami i przeszywa na rzeczy gorszej jakości. Dlatego kłóci się z człowiekiem, który rozwozi pranie, i zarzuca mu, że do niej specjalnie przyjeżdża na samym końcu, co zresztą pewnie jest prawdą.

Trzeba też wyczyścić okapy. Siostrzeniec pani B. miał przyjść i się tym zająć, ale nadwyrężył sobie kręgosłup, obiecał więc przysłać syna. Ale jego syn musiał przyjąć tyle zleceń, że jest z robotą do tyłu i tak dalej, i tak dalej.

Syna