Przed końcem zimy - Bernard MacLaverty - ebook + audiobook

18 osób właśnie czyta

Opis

Jeden z najwybitniejszych pisarzy irlandzkich, Bernard MacLaverty, w pierwszej od 16 lat powieści kreśli czuły obraz małżeństwa w zimowej podróży do Amsterdamu. Gerry i Stella wydają się jedną z tych par, które już dawno temu nauczyły się czytać sobie w myślach. Ale przenikliwy wiatr znad Morza Północnego potrafi rozwiać pozory szczęścia i wyciągnąć na wierzch inne tęsknoty. Gerry i Stella będą musieli odpowiedzieć sobie na pytanie, czy w ich życiu jest jeszcze miejsce na kolejną wielką zmianę?

Bernard MacLaverty bierze pod mikroskop małżeństwo z długim stażem. Czy kilkadziesiąt lat wystarczy, żeby poznać drugą osobę na wylot? A może jej prawdziwa natura ginie pod gładkimi, wypracowanymi rytuałami wspólnego życia? Mądra, poruszająca książka, osadzona we wspaniale melancholijnych plenerach zimowego Amsterdamu” – Olga Wróbel, „Kurzojady”

O Autorze:
Bernard MacLaverty – urodził się w Belfaście w 1942 roku. W 1975 roku z żoną i dziećmi przeniósł się do Szkocji, gdzie poświęcił się pracy literackiej. W 1980 roku wydał pierwszą powieść „Lamb”, która zyskała rozgłos. Obecnie mieszka w Glasgow i prowadzi zajęcia z kreatywnego pisania na uniwersytecie w Aberdeen. Opublikował cztery zbiory opowiadań i pięć powieści. Jest również autorem wielu adaptacji swoich tekstów – dla radia, telewizji, kina i opery. Napisał scenariusz i wyreżyserował krótkometrażowy film oparty na wierszu S. Heaneya pt. „Bye-Child” – film dostał szkocką nagrodę BAFTA dla najlepszego reżysera debiutanta oraz nominację w kategorii najlepszy film krótkometrażowy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 310

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 43 min

Lektor: Czyta: Joanna Moro

Popularność


Tytuł oryginału:Midwinter Break

Redakcja: Paweł Sajewicz

Korekta: Teresa Kruszona

Projekt graficzny okładki: © Suzanne Dean

Zdjęcie na okładce: most © George Pachantouris/Getty; para © Keith Lloyd Davenport/Alamy

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

WYDAWCA

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Magdalena Kosińska

© copyright by Bernard MacLaverty, 2017

© copyright by Agora SA 2019

© copyright for Polish translation by Jarek Westermark 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2019

ISBN 978-83-268-2814-0 (epub), 978-83-268-2815-7 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

dla wszystkich wnuków

Stella była w łazience i szykowała się do snu. Dokładnie oglądała brwi w lusterku kosmetycznym, które Gerry zostawił obrócone powiększającą stroną do przodu. Pośliniła czubek palca wskazującego i przygładziła włoski, a następnie zajęła się powiekami. Miała już tego wszystkiego serdecznie dość – okrągłych, bawełnianych wacików, spodeczka z przegotowaną i wyjałowioną wodą, najróżniejszych kremów oraz wypełniających pojemnik na odpady patyczków kosmetycznych.

Życzyła Gerry’emu dobrej nocy, a w drodze do sypialni minęła ich ustawione w przedpokoju walizki. Włączyła stojące przy łóżku niewielkie radio, by posłuchać nocnego wydania wiadomości, i przebrała się w piżamę. Szybko, bo w sypialni panował chłód. Nie zamierzała przecież marnować pieniędzy na ogrzewanie przez cały dzień dodatkowego pomieszczenia tylko po to, by zapewnić sobie krótką chwilę komfortu przed snem.

Zanim się położyła, wyłączyła elektryczny koc. Gdyby zasnęła pod włączonym – co zdarzyło jej się już kilkakrotnie – Gerry zastałby ją w fatalnym stanie. Pewnie znów nazwałby ją „smażonym plastrem bekonu”.

Uwielbiała mieć tę godzinę dla siebie; wieńczącą każdy dzień godzinę samotności. Butelkę z gorącą wodą, elektryczny koc, głosy dochodzące z radia. Gerry był w innym pokoju, miał słuchawki na uszach i nie kontaktował. Najpewniej wypił już kieliszek przed snem. Albo dwa lub trzy. Zewnętrzne drzwi wejściowe zostały zamknięte na klucz, a okna zaryglowane. Dom był zabezpieczony. Czasem po wysłuchaniu wiadomości Stella lubiła poczytać jeszcze przez chwilę w ciszy, tak że słychać było jedynie odgłos przewracanych stron. Bez jednego słowa. Ostatnio wciąż czuła się jednak zbyt zmęczona, by czytać, a nawet by utrzymać w dłoniach książkę. Tym bardziej w twardej oprawie. Doskonale potrafiła wyczuć moment krytyczny, gdy wiedziała, że za moment „kimnie”. Kładła wówczas głowę na poduszce, a jej dłoń wyślizgiwała się spod kołdry, by odłożyć książkę lub wyłączyć radio. Długie listy zadań i obowiązków odpływały coraz dalej – o tej godzinie i tak nie mogła się już nimi zająć. Znikały za kurtyną, która miała rozsunąć się ze świstem dopiero rankiem następnego dnia. Sen nadchodził w mgnieniu oka.

Bezsenność, o ile dawała o sobie znać, ujawniała się dopiero w środku nocy. Między trzecią a szóstą rano Stellę można było znaleźć zwiniętą na kanapie; przez długie godziny sączyła gorące mleko i skubała ciastka. Czasem leżała w łóżku lub kręciła się po pokojach. Do głosu dochodziły wówczas jej zmartwienia i lęki, wyolbrzymione niczym obraz w lusterku kosmetycznym, stres przed świtem jest bowiem znacznie groźniejszy od stresu za dnia. Właśnie dlatego nie mogła z powrotem zasnąć. Czasem wystarczyło poczekać godzinę lub dwie, nie było to jednak regułą.

Niespodziewanie rozległ się ryk muzyki. Otworzyła oczy. Co na Boga...? Zamknęła je z powrotem i zacisnęła z całej siły powieki. Wdusiła głowę w poduszkę. Naciągnęła kołdrę, by zakryć drugie ucho. Ale muzyka dudniła dalej. Co on na Boga wyprawiał?

Gerry siedział ze wzrokiem wbitym w pustkę. Telewizor był wyłączony. Panowała cisza. Jego głowę oświetlał od góry stożek światła, reszta pomieszczenia tonęła w mroku. Sofę uznawał za bezpieczne schronienie; w jednej z poduszek znajdowało się wygodne wklęśnięcie, które uwielbiał. Pod ręką miał wszystko, co potrzebne – ulubione książki, magazyny muzyczne i filmowe, płyty CD. Tymczasem publikacje dotyczące architektury stały upchnięte na półkach w gabinecie. Stella była w łazience; kończyła swój wieczorny rytuał. Szczęknięcie zasuwki oznajmiło, że wyszła na korytarz.

– Dobranoc – powiedziała. Gdy zbliżyła się do kanapy, poczuł zapach pasty do zębów. Pomachała do niego samymi palcami, po czym odeszła. – Pamiętaj, że jutro wcześnie wstajemy.

Poczekał, aż zamkną się drzwi do sypialni, po czym ruszył do barku z alkoholem. Po drodze – w kuchni – napełnił wodą designerski dzbanek Kilkenny. Dotarł do barku i nalał sobie whiskey do ulubionego tumblera, po czym dopełnił go wodą aż po samą krawędź. Lubił szklanki z rżniętego szkła od Waterford Crystal – ich ciężar zdawał się zwiększać zarówno ilość, jak i moc napoju. Wrócił na sofę i postawił szklankę na regale. Płyn błyszczał w żółtawym świetle. Półki nie było widać zza poręczy kanapy, więc gdyby jego żona zdecydowała się wrócić, niczego by nie zauważyła. Nie, żeby zamierzał się przed nią ukrywać. Wszystkim mówił otwarcie, że „kiedy Stella idzie spać, daję w palnik i słucham muzyki”. A jednak, gdy szklanka była poza polem widzenia, nie musiał się martwić, że żona dostrzeże, ile właściwie sobie nalał. Jej samej „w zupełności wystarczał” mały kieliszek wina do posiłku. Wino dobrze robiło na serce.

Centralne ogrzewanie zaprogramowano tak, by wyłączało się mniej więcej wtedy, gdy Stella kładła się do łóżka. Mieszkanie wypełniały teraz trzaski stygnących kaloryferów, budynek skrzypiał, a za oknem dął wiatr. Gerry czuł zapach stojących na stole kwiatów. Stella kupiła orientalne lilie Stargazer, które roztaczały woń tylko nocą. Pociągnął łyk ze szklanki. To dziwne, że przyniosła bukiet, choć wiedziała, że po ich wyjeździe nikt go nie powącha.

Wybrał płytę. Słuchawki, które wsunął na uszy, miały po bokach starte i ledwie widoczne oznaczenia „L” i „R”. Choć muzyka od razu zabrzmiała dźwięcznie i w pełni czytelnie, podkręcił głośność. Wziął kolejny łyk, który znacząco obniżył poziom płynu w szklance; rozkoszował się smakiem. Whiskey była złota, a fasety szklanki srebrne. Wiedział, że alkohol pozwoli mu zasnąć; zapewni spokojną noc, po której znów będzie gotów do działania. Nie można przecież zacząć wakacji w fatalnym nastroju. Oczywiście wiedział też, że dla osiągnięcia celu niezbędne okaże się jeszcze kilkakrotne napełnienie szklanki.

Słuchawki odcięły go od reszty świata. Nawet tu – na sofie – czuł się czasem narażony na atak. Do pokoju za nim w każdej chwili mógł się wślizgnąć nieznajomy – mimo że drzwi były zamknięte na klucz, a okna zaryglowane. Czyżby ścigały go upiory Belfastu? Emerytowany katolicki architekt zamordowany przez gang lojalistów. Mogli z łatwością udusić go od tyłu. Nie, sofa wcale nie była prawdziwie bezpiecznym schronieniem. Znów pogłośnił muzykę. Wspaniały hałas: łomot kotłów wspierał natarcie sekcji dętej. Gerry z każdym kolejnym łykiem składał gratulacje kompozytorowi i muzykom. Potem coś błysnęło. Przez chwilę myślał, że to piorun – albo wybuch.

– Gerry.

Podniósł wzrok. Stella stała w drzwiach w szlafroku. Trzymała dłoń na włączniku światła.

– Przepraszam – zawołał, przekrzykując muzykę. – Moja wina. – Skoczył na równe nogi i ściągnął słuchawki z uszu. Nie był to pierwszy tego typu przypadek, ale tym razem nawet jego samego przeraziło natężenie dźwięku w pomieszczeniu.

– Ja pierdolę. – Schylił się i wyłączył główne głośniki.

– Nie wiem, co gorsze. Hałas czy przekleństwo – powiedziała Stella. – Jeśli chcesz zamieszkać sam, to jesteś na dobrej drodze.

– Przepraszam, nie zauważyłem, co się dzieje. – W pokoju zapanowała cisza zakłócana jedynie przez cichutkie dźwięki dochodzące z owiniętych wokół jego szyi słuchawek. – Nie wiedziałem...

– Uszkodzisz sobie słuch. Sąsiedzi zaraz przyjdą ze skargą. Jest wpół do pierwszej – powiedziała Stella. – A musimy przecież wcześnie rano wstać.

– Wszystko spakowane?

– O czym ty gadasz? Próbowałam zasnąć.

– Długo tu stoisz?

– Jakąś minutę.

– Czemu nic nie mówiłaś?

– I tak byś mnie nie usłyszał – odparła. – Nie chciałam cię przestraszyć. Gdybyś dostał zawału, nie miałabym z kim pojechać na wakacje.

– Niedługo przyjdę – oznajmił.

Wróciła do łóżka. On nalał sobie kolejną szklankę whiskey.

– Tylko kapkę.

Potem zalał jednak kapkę drugą kapką, a dwie kapki to już większa kapka. Cały świat zdawał się rozpoznawać jedynie dwa stany: trzeźwość i upojenie. Co jednak z przestrzenią między nimi – z całym spektrum stanów przejściowych? Pierwszy drink pozwolił subtelnie się wyciszyć, skoncentrować na innym świecie; był niczym żelazko wygładzające zagniecenia koszuli wokół guzików. Stella wyśmiałaby go, gdyby usłyszała to porównanie. „Nigdy w życiu niczego nie prasowałeś. Tylko byś się sparzył... nie mówiąc już o koszuli”. A jednak prasował wystarczająco często, by wiedzieć, w czym rzecz. Rozgrzana stopa żelazka sunęła po materiale, wygładzając wszelkie nierówności. Kolejne porcje alkoholu pozwalały Gerry’emu unieść się wyżej. Rozwinąć skrzydła i szybować na kominach termicznych rozbudzonych przez poprzednie drinki. Pił dalej. Przecinał krępujące go więzy i uwalniał to, co było dotąd uwięzione. Słyszał coraz lepiej, widział więcej, kochał mocniej. Jutro znów mieli wyjechać. Wyjazd w środku zimy – niewielu mogło sobie na to pozwolić! Przeszedł na emeryturę wiele lat temu, jednak rutynę jego życia nadal przerywały zagraniczne wyprawy, zwodniczo podobne do urlopów. Wygłaszał wykłady, przedstawiał artykuły... był wyrocznią w świecie architektów, odbiorcą wyróżnień, kolekcjonerem gratisów. I zazwyczaj wymagał, by towarzyszyła mu Stella.

* * *

Obudził się w niemal całkowitej ciemności. Czuł suchość w ustach, było mu zimno w nos. Oczy powoli przyzwyczaiły się do otoczenia. Dostrzegł niewyraźny zarys zaciągniętych zasłon – na zewnątrz było już odrobinę jaśniej, co sugerowało, że jest między piątą a siódmą rano. Po każdym przebudzeniu prowadził te same durne rozważania – czy warto wstać do łazienki? Wiedział, że jeśli tego nie zrobi, nie zdoła ponownie zasnąć, zsunął więc pościel na bok, usiadł i wypił łyk wody. W sypialni było zimno jak w lodówce. Słyszał miarowy oddech Stelli. Wsunął stopy w kapcie i wstał. Nagle: żyrandole światła w ciemności, które rozbłysły, by po sekundzie zniknąć. O Jezu! – a miał nadzieję, że nigdy więcej ich nie zobaczy. Pająki blasku, iskry, błyski. Zapowiedź udaru. Zdjął kapcie, położył się z powrotem i nakrył kołdrą. Przecież przyczyn mogło być wiele. Czyżby za dużo wypił? Ale jak dużo to za dużo? Wiedział, że robi sobie krzywdę. Postanowił nawet, że nie będzie pił od Nowego Roku. Ale jeszcze nie teraz, Boże, jeszcze nie teraz! Powiedział swojej optyczce o błyskach, gdy wyrabiał zastępcze okulary. Stare musiał gdzieś zgubić, a choć przykleił do etui etykietę z nazwiskiem i adresem, nikt mu ich wspaniałomyślnie nie odesłał. Po co one komu? Przecież każdą parę okularów robi się na zamówienie, więc jeśli nieznajomy spojrzy przez jego szkła, nic u licha nie zobaczy.

– Lepiej czy gorzej? – pytała optyczka.

– Lepiej. – Starą soczewkę zastąpiła nowa.

– Lepiej czy gorzej?

– Gorzej.

Nie ma wyjścia, poleci kolejne sto dwadzieścia funtów.

– Proszę oprzeć brodę...

– Na podpórce?

– Tak.

Patrzył w oczy kobiety, bojąc się, by nie poczuła, że z ust pachnie mu starym dziadem; dzieliło ich ledwie kilkanaście centymetrów. Żyły własnych siatkówek kojarzyły mu się z czerwienią jesiennych drzew. Déjà vu – zupełnie jakby znów był w konfesjonale. Ten sam półmrok, ta sama bliskość nasłuchującej twarzy. Kiedy ostatni raz byłeś na kontroli wzroku, mój synu? Sam czy z innymi? Lepiej czy gorzej?

Optyczka powiedziała, by nie martwił się żyrandolami światła. „W pana wieku każdy je widzi”, oznajmiła. Nie wolno za szybko wstawać.

Nadal potrzebował skorzystać z łazienki. Podniósł się z łóżka, tym razem powoli i bez fajerwerków, po czym powlókł naprzód i wymacał drzwi. We własnym domu umiał przecież poruszać się nawet w całkowitej ciemności. Nacisnął klamkę delikatnie, by szczęknięcie nie obudziło Stelli, i ruszył przez korytarz, omijając spakowane walizki. Powietrze w łazience było tak lodowate, że kłuło go w twarz. Ogrzewanie zwykle uruchamiało się o ósmej, ale Jaśnie Pani zapewne wyłączyła je ze względu na wyjazd. Nie warto przecież ogrzewać domu, jeśli skorzystać na tym mieliby tylko ewentualni włamywacze. Lepiej zjeść śniadanie w płaszczach, wśród kłębów pary unoszącej się znad filiżanek herbaty. Zaczął opróżniać pęcherz; zamknął oczy i starał się nie wybudzić bardziej niż to konieczne. Pomyślał, że jego lekarz może mieć inne zdanie na frapujący go temat. „Tak, pająki światła to niewątpliwie zapowiedź udaru. Nawet hipochondryk musi przecież na coś umrzeć”.

Nacisnął spłuczkę i ruszył z powrotem korytarzem, gdy zauważył, że zza drzwi do gabinetu sączy się delikatny blask. Panujący w pokoju mrok naruszały błyski kolorowych światełek routera i innych urządzeń – miniaturowe wesołe miasteczko. Dwa telefony ładowały się obok siebie. Stella musiała wstać wcześniej, gdy jeszcze spał. Teraz usiadł przed monitorem. Najwyraźniej sprawdzała coś w internecie i nie wyłączyła komputera. Zupełnie nie umiała zacierać za sobą śladów. Na ekranie widniało jakieś niemożliwe do wymówienia słowo na tle trawy, drzew i zalanych słońcem domów. Środek trawnika zajmowała religijna rzeźba przypominająca nieco Serce Jezusa. Poniżej znajdowały się słowa: „Odszukać bramę jest czasem trudno, ale kiedy już się uda, wystarczy przez nią przejść, by znaleźć się w innym świecie”. Nazajutrz mieli wyjechać, wyłączył więc komputer. Było zimno i ciemno. Zadrżał, po czym wstał z fotela.

Sypialnię wypełniał miarowy oddech Stelli. Gerry podszedł do łóżka od swojej strony, okazało się jednak, że gdy był w łazience, przesunęła się na sam środek materaca. Gorąca jaskinia pościeli miała w swoim centrum miękkie ciało drugiej osoby. Poduszki doskonale wpasowały się między policzek a ramię Gerry’ego. Jaskinia pachniała bawełną. Przysunął się do Stelli i ułożył tak, że jej pięta przylegała teraz do jego śródstopia, jego kolano do wewnętrznej strony jej kolan, jej pośladki do jego podbrzusza. Stali się parą miękkich, złożonych krzeseł. Spokojny oddech momentalnie ustał. Poczuła jego przybycie i przesunęła się w tył, by mocniej się w niego wtulić. W odpowiedzi objął ją ramieniem. Materiał jej piżamy podjechał w górę. Przez przypadek musnął zimnymi palcami bliznę na jej brzuchu; zmarszczkę na skórze przypominającą drugi pępek. Kolejną, odpowiadającą jej szramę nosiła na plecach. Ten sam ślad na dziobie i rufie.

– Przesuń się – rozkazała.

Oboje mieli już na sobie płaszcze. Dreptali w tę i z powrotem w oczekiwaniu na taksówkę. Ich mieszkanie znajdowało się w dużej, wiktoriańskiej kamienicy o sufitach zdobionych stiukowymi rozetami i z kimationem na gzymsach. Kiedy się wprowadzali, Gerry powiedział, że wysokie pokoje projektowano chyba z myślą o żyrafach. Z narożnych okien roztaczał się widok na dwie ulice oraz otaczający budynek wąski pas zieleni porośnięty przez trawę i krzewy. Stella sadziła tam rośliny, które wykopywała w lesie – często nosiła ze sobą w tym celu łyżkę do zupy i plastikową torebkę. Niedawno wzeszły przyniesione przez nią przebiśniegi. W kolejce czekały już importowane hiacynty i żonkile.

Gerry był w sypialni. Uważnie przyglądał się przymocowanemu do pęknięcia w ścianie wskaźnikowi rozwarcia rys. Powszechnie uważano, że budynek osiada, ponieważ na tych terenach prowadzona była niegdyś działalność wydobywcza. Pęknięcia powstawały na skutek przesuwania się ścian wewnętrznych względem zewnętrznych. Tapeta wiotczała wówczas, marszczyła się i opadała. „Z nami jest podobnie”, skomentowała niegdyś Stella. „Nie tylko psy upodabniają się do właścicieli”. Co pewien czas spod framug okiennych osypywało się nocą nieco zaprawy. Na kaflach kominkowych można było niekiedy znaleźć gruz i ślady sadzy.

– I jak? – Stella zajrzała do sypialni. – Widać coś?

– Nawet nie drgnęło. Sama zobacz – skinął na wskaźnik.

– Pytałam o taksówkę. Nie potrafiłabym odczytać tego ustrojstwa, nawet gdyby wskazywało na trzęsienie ziemi – powiedziała.

– Kto ma paszporty, ty czy ja?

– Wszystko jest w twojej torbie na ramię – odparła. – Sam ją pakowałeś.

Taksówka spóźniała się już sześć minut.

– Gdybym jechał na nudne spotkanie architektów, przyjechałaby o pięć za wcześnie.

– Uspokój się, Gerry.

Na oczach Stelli opróżnił torbę i ułożył całą jej zawartość na łóżku. Jego komórka, paszporty, oba bilety, karty czekowe, leki. Ona tymczasem zajrzała do własnej torebki, z której wyjęła kosmetyczkę, portmonetkę, krople do oczu, sztuczne łzy, pół opakowania cukierków Werther’s Original, albumik zdjęć rodzinnych, terminarz i komórkę.

– Jezu... terminarz? – Gerry przewrócił oczami.

– Mam w nim numery telefonów – odparła.

– Przecież nie znamy nikogo w Holandii.

Zignorowała go. Dalej grzebała w odmętach torebki.

– Nie znamy na pamięć numerów wielu z naszych znajomych. Chodzi o sytuacje awaryjne. Wziąłeś szampon?

– I odżywkę. Wszystko odmierzone: po dwadzieścia pięć mililitrów. Walka z łupieżem w dobie terroryzmu.

– Jaki jest limit?

– Sto mililitrów.

Na szyi miał zawiązany czerwony szalik z angory. Przejrzał się w pełnowymiarowym lustrze.

– Ktoś mi powiedział, że wyglądam w tym ekstrawagancko.

– Kto?

– Nie lubię ekstrawagancji.

Poszedł do garderoby, gdzie znalazł granatowy szalik. Wrócił do sypialni i znowu przejrzał się w lustrze.

– Coś między ekstrawagancją a nudą – ocenił.

Stella obserwowała go z bezpiecznej odległości.

– Może zawiąż inny węzeł. Choćby oksfordzki.

– Węzły mają nazwy?

– Na przykład „wyblinka”. Albo „podwójna ósemka”.

– Język prosto z placu budowy.

Rozprostowała szalik i zaczęła wiązać inny, bardziej wymyślny węzeł.

– Nie potrafię tego robić na tobie, muszę się widzieć. – Obróciła go twarzą do lustra, stanęła z tyłu i wspięła się na palce. – W dół! – powiedziała, opierając mu dłonie na ramionach. Posłusznie ugiął kolana i nie ruszał się, póki nie skończyła.

– Język budowy znasz od podszewki.

– Bo taki już mój zasrany zawód. – Zaczął skubać szalik; pociągnął za dłuższy koniec i węzeł się rozsupłał. Gerry znów zawiązał go po swojemu.

– Jak wolisz – powiedziała i odeszła.

– Zadzwonię do firmy taksówkarskiej. – Wszedł do gabinetu i podniósł słuchawkę.

Gdy usłyszał dźwięk odkurzacza, zajrzał do przedpokoju. Stella przesuwała ustawione w pionie urządzenie w tę i z powrotem po dywanie. Dostrzegła jego głowę.

– Już jedzie, proszę pana! – krzyknęła.

– Już jedzie, proszę pana – powiedział głos w słuchawce.

– Dziękuję. – Gerry odłożył telefon na widełki. – Co robisz?

– Zobaczyłam jakąś czarną plamę – skinęła w stronę dywanu. – Zawsze to mówią.

– Co?

– Że już jedzie, proszę pana.

– Rozumiem, że nie chcesz, żeby włamywacze zastali bałagan?

Stella wyłączyła odkurzacz i zwinęła rurę. Poszła do salonu, po czym wróciła z plastikową torbą w jednej ręce i bukietem lilii w drugiej. Wrzuciła kwiaty do torby i zawiązała ją na supeł.

– Wyrzuć je – powiedziała. Gerry spełnił polecenie. Następnie znów wyjrzał przez okno.

Taksówkarz wysadził ich kilka kilometrów od terminalu. Gdy zaczęli zadawać pytania, wyjaśnił: „Nowe przepisy. Wprowadzili je po tym, jak na lotnisku wybuchł samochód-pułapka”.

Następnie wyciągnął z bagażnika ich dużą walizkę i postawił ją przed Gerrym. Stella zajęła się własną. Oboje w tej samej chwili wysunęli teleskopowe rączki i ruszyli naprzód z terkotem kółek. Pasek torby na ramię wpijał się w ciało Gerry’ego niczym drut do krojenia sera. Dotarli do głównego wejścia do terminalu chronionego przez słupki z nierdzewnej stali.

– Musiały kosztować miliony – rzucił Gerry, przekrzykując chrobot walizek. – A przecież zamachowiec może wsiąść na motor i przejechać pomiędzy słupkami!

Kilka osób paliło papierosy za znajdującą się przy drzwiach plastikową barierą. Wyrzutki. Trędowaci. Stella przekroczyła drzwi, po czym spojrzała na wyświetlacz i wraz z Gerrym ustawiła się we właściwej kolejce. Po każdym kroku popychali stopami walizki.

– Bez nas nie wystartuje – powiedziała.

– Zobaczymy. Wszyscy mają tu więcej bagaży niż rozsądku.

Ostatecznie udało im się przedostać przez kontrolę celną, gdy pracownik ochrony wyrzucił szampon i odżywkę Gerry’ego. Powiedział, że nie wolno wnosić płynów w otwartych pojemnikach. Poszli na kawę, żeby się uspokoić.

– Powiedzieli coś o twojej łyżce do kopania?

– Zabieram ją przecież tylko na spacery.

Stella została, by popilnować bagaży, a Gerry ruszył na przechadzkę po strefie wolnocłowej. Wszędzie perfumy. I reklamy perfum. Całe lotnisko przesiąkło ich zapachem. Szczupłe sprzedawczynie chętnie rozpylały próbki na nadstawione nadgarstki. Nie był zainteresowany.

Dotarł do alkoholi, choć Stella kazała mu niczego nie brać. Powiedziała, że butelkę jego ulubionej irlandzkiej whiskey taniej będzie kupić już w Amsterdamie. Gerry nazywał ją „przyjaciółką podróżnych”. Pomagała na sen. Z zakupem alkoholu w Holandii wiązało się jednak zbyt wiele niewiadomych. Czy sprzedawali go w supermarketach? W sklepach monopolowych? A może, tak jak w Norwegii lub Kanadzie, trzeba było szukać państwowych punktów z alkoholem, które – jeśli dobrze pamiętał – otwarte były niestety tylko w godzinach pracy? Lepiej było działać teraz, gdy nadarzała się okazja. Spróbował kupić butelkę jamesona, ale kasjerka poprosiła go o kartę pokładową. Wycofał się i pomaszerował z powrotem do Stelli.

– Co jest? – zapytała.

– Prosi o kartę pokładową.

– Kto?

– Nie znam jej imienia. Panna Deirdre z miasta Airdrie.

– Kup mi werthersy, jeśli nie zapomnisz.

Zabrał kartę pokładową i paszport (na wszelki wypadek). Kasjerka wsunęła butelkę w biały rękaw siatkowy, po czym umieściła ją w torbie.

– Czemu prosiła pani o moją kartę?

Uśmiechnęła się. Nabiła kwotę i podała mu torbę.

– Takie są przepisy.

Nie lubił stać przy pisuarach obok innych mężczyzn. Wolał wejść do kabiny. Odstawił butelkę whiskey, żeby umyć ręce, a plastikowa torba nie wygłuszyła brzęku szkła o marmur. Suszarka do rąk była nowa i niezwykle silna – ryknęła tak, że aż się przestraszył. Skóra na jego dłoniach załopotała.

Do łazienki wszedł mężczyzna z synkiem. Gerry obserwował ich w lustrze. Ojciec podszedł do pisuaru, dziecko stanęło obok.

– Zostań tu – powiedział ojciec. Chłopiec był posłuszny. Chwilę później przeszedł jednak pod suszarkę do rąk, która natychmiast obudziła się do życia. Ryknęła i dmuchnęła mu w głowę gorącym powietrzem. Włosy malca zafurkotały, a on sam wrzasnął ze strachu. Nie wiedział, dokąd uciekać. Gerry postąpił krok do przodu.

– Nic mu nie jest! – Ojciec uniósł głos, by przekrzyczeć hałas. Widać było jednak, że dziecko płacze, że jest w histerii. Darło się na cały głos. Gerry kucnął, objął chłopca i poklepał go po plecach, podczas gdy drugi mężczyzna kończył robić swoje. Dziecko odwróciło się w stronę ojca, który uśmiechnął się i wziął je na ręce. Dotknął mu czoła, by sprawdzić, czy nie jest gorące.

– Wszystko dobrze. Tylko się przestraszyłeś. Był okropny hałas.

Gerry zrobił współczującą minę.

– Biedny malec – powiedział. Potem zwrócił się do ojca. – Ja też mam szkraba w tym wieku. Wnuczka. Dzieciaki trzeba przed wszystkim chronić!

– Dajesz radę, co, synu? – spytał ojciec, odchylając się od dziecka. Mały przestał płakać, wstydził się jednak być w centrum zainteresowania w toalecie pełnej dorosłych mężczyzn. Wtulił się w szyję ojca, który ruszył do drzwi.

Gerry poszedł do sklepu WH Smith’s i kupił paczkę cukierków Werther’s Original. Zamierzał udawać, że zapomniał i zaskoczyć Stellę tuż przed startem samolotu.

Szedł ogromnym korytarzem, trzymając ręce splecione za plecami i oglądał sufit niedawno rozbudowanej części lotniska.

– Hej – powiedział, siadając obok Stelli.

– Co kupiłeś?

– Przyjaciółkę podróżnych.

Przewróciła oczami.

– A werthersy?

– Zapomniałem.

– Jesteś niezawodny.

– Masz dość cukierków, by przetrwać?

– Tylko resztkę opakowania.

Gerry wyciągnął nogi i splótł dłonie na karku. Opowiedział jej o dziecku i suszarce do rąk.

– Projektantów i architektów należałoby pociągać do odpowiedzialności za takie sytuacje – rzekł. – To karygodne. Ktoś popełnił błąd.

– Biedne maleństwo – powtarzała raz po raz.

– Przytuliłem go, póki jego ojciec nie odszedł od pisuaru.

– Nie musisz wchodzić w szczegóły – powiedziała Stella. – Teraz ty pilnuj bazy.

– Skoro mam chwilę – rzekł Gerry – powiedz, gdzie jest gazeta.

Wskazała palcem, wstała i odeszła. Śledził ją spojrzeniem. Dotarła do strefy wolnocłowej, a jej sylwetka wydawała się zupełnie maleńka na tle ogromnego holu. W architekturze najważniejszy jest stosunek wielkości obiektów do człowieka. Gerry otworzył gazetę i zaczął czytać.

Wróciła zaskakująco szybko.

– Wyświetlił się napis „boarding” – powiedziała.

Szli wyłożonymi wykładziną korytarzami przez dziesięć czy piętnaście minut.

– Gdybyś powiedział naszym rodzicom, że dywany będą kiedyś liczone na kilometry, toby nie uwierzyli.

Samolot ryczał na pasie startowym, czekając na swoją kolej. Stella nie znosiła zarówno startów, jak i lądowań – tego, że maszyna musiała się rozpędzić, oderwać od ziemi, a pod koniec lotu uderzyć w nią znów z całym impetem; skrzydeł, które się trzęsły i otwierały, sprawiając wrażenie zepsutych, oraz ryku ciągu wstecznego. Przymknęła oczy i mocno chwyciła podłokietnik, a Gerry zakrył dłonią jej dłoń. Wybijał palcem uspokajający rytm.

– Co to? – spytał.

– Opaski na nadgarstki.

– Skąd je masz?

– Ze strefy wolnocłowej.

– Po co ci one?

– Pomagają na mdłości.

– Niby jak?

– Uciskają odpowiednie punkty. – Pokazała mu biały paciorek umieszczony po wewnętrznej stronie opaski. – Naciska tu, gdzie można wyczuć puls. Hamuje nudności. Już tego próbowałam i działało. Na promach. Pamiętasz?

– Słuchaj, latam od wielu lat i ani razu nie widziałem, żeby ktoś zwymiotował. No, poza jednym wyrostkiem, który pewnie jadł przed odlotem nieświeże ostrygi i pił zwietrzałe piwo. Lepiej byś zrobiła, odmawiając różaniec. W wyjątkowej intencji.

– Jakiej?

– „Boże, nie pozwól mi zrzygać się w samolocie”.

– Odmawiałyśmy różaniec w samochodzie, kiedy jeździłyśmy na tańce – powiedziała Stella z uśmiechem.

– Nie wierzę.

– Kierowca był starszy od nas, ale bardzo miły. Płaciłyśmy mu tylko za benzynę. Dawał nam swój różaniec na czas podróży.

– Biedni napaleni faceci pędzili jak wariaci, żeby wydać resztkę kasy i pokręcić się chwilę na parkiecie, a ty w tym czasie odmawiałaś różaniec?

– Irlandia w latach pięćdziesiątych.

– Czy któraś z was kiedyś zwymiotowała?

– Ani razu.

– Czyli lepiej odmawiać różaniec, niż wyrzucać pieniądze na cholerne rękawki.

– Opaski. Rękawki wkłada się na ramię, żeby nie utonąć.

Gerry wyciągnął paczkę werthersów.

– Cukierek przed wylotem, moja pani?

– Mówiłeś, że zapomniałeś. – Wyciągnęła kolejne opakowanie. – Więc kupiłam swoje.

– Ależ jesteś zorganizowana. – Gerry schował cukierki z powrotem do kieszeni.

Silnik samolotu zawył głośniej i maszyna skoczyła naprzód, aż przyspieszenie wgniotło ich w fotele. Po chwili ucichł chrobot podwozia.

– Lecimy.

Stella uśmiechnęła się i otworzyła oczy.

– Wzięłaś jakąś książkę?

– Jestem na wakacjach.

Wtuliła się w fotel.

– Bardzo się cieszę na ten wyjazd – powiedziała. – Mam sporo planów.

– Jakich?

– Własnych.

Gerry gwizdnął, jakby powiedziała coś tajemniczego.

– Ja tak samo.

– Czyli będziemy się mogli rozdzielić. – Posłała mu przesadnie szeroki uśmiech.

– Czemu nie wybraliśmy się w jakieś ciepłe miejsce? – spytał. – Na przykład na sąsiednią półkulę?

– Za dużo zachodu.

Samolot wzniósł się i zatrząsł, gdy wleciał w chmurę. Stella znów chwyciła podłokietnik, a Gerry znów położył dłoń na jej dłoni.

– Jak to się stało, że byłaś już w Amsterdamie, a ja nie?

– Pojechałam na zjazd. Nauczycieli.

– Kiedy?

Wzruszyła ramionami.

– Chyba w latach osiemdziesiątych. Miło będzie wszystko sobie przypomnieć.

– Tworzysz storyboard.

– Słucham?

– Myślisz o wszystkim z wyprzedzeniem. Przygotowujesz plan wydarzeń. Tych, na które masz ochotę.

– Storyboard?

– To termin z branży filmowej. Przed nakręceniem filmu trzeba rozrysować sceny w formie komiksu. Dzięki niemu dokładnie wiadomo, co się wydarzy.

– Ładne określenie.

Lot nie był długi. Stella rozwiązała dwie krzyżówki. Obie trudne. Jedną z porannej gazety, a drugą – którą trzymała w terminarzu – z niedzielnego wydania. Była przekonana, że rozwiązywanie krzyżówek pozwoli jej zachować sprawność umysłową do późnej starości. Nazywała je „pompkami dla mózgu”.

Samolot skręcił. W dole widać już było Amsterdam.

– Poprzednio odwiedziłam go latem – powiedziała Stella. – Lecieliśmy nad polami tulipanów. Z góry wyglądały jak świeżo rozpakowana plastelina. Krzyżujące się linie w barwach podstawowych.

– Teraz jest bardzo szaro.

– Jeśli pada, chętnie prześpię się chwilę, gdy dotrzemy do hotelu.

– Przecież jeszcze wcześnie.

– Wczoraj zrozumiałam, co oznacza prawdziwe niewyspanie.

– Co?

– Nie zmrużyłam oka. Przez ciebie i twoją muzykę.

– W domu nigdy nie drzemiesz za dnia.

– Wyjazd rządzi się własnymi prawami.

Budynek lotniska powitał ich zapachem kwiatów. Hiacynty w styczniu. Stella sprawdziła kurs walut i wyciągnęła trochę euro z bankomatu. Cmoknęła z niezadowoleniem, gdy wypluł z siebie jedynie banknoty o wysokich nominałach. Połowę dała Gerry’emu, a resztę wsunęła do portfela. Gdy ruszyli w stronę dworca kolejowego, Gerry wskazał na jej nadgarstek.

– Możesz już to zdjąć.

– Opaski miło mnie grzeją. – Patrzyła na tablicę informacyjną.

– Spójrz.

– Na co?

– To Europa – powiedziała. – Nie dostajesz od tego ciarek? Jesteś na tej samej połaci ziemi co Rzym, Warszawa, Berlin, Praga... nawet Moskwa. Wystarczyłoby wsiąść do pociągu, by...

– Najpierw dotrzyjmy do Amsterdamu.

Tablica zadrżała, zatrzepotały litery, a wszystkie informacje w jednej chwili skoczyły o linijkę w górę.

– Pociągi dwupiętrowe – zachwycił się Gerry.

– Wychodzi z ciebie chłopiec!

Znaleźli miejsce w pustym wagonie i rozsiedli się wygodnie.

– W którym kierunku będziemy jechać?

Gerry wskazał palcem. Stella zmieniła miejsce.

– Widzę, że lubisz patrzeć w przyszłość.

– Od zawsze.

Pociąg ruszył. Gdy opuścił stację, okazało się, że na zewnątrz jest szaro i pada. Stella schowała do torby opaski, które ściągnęła z nadgarstków.

– Powinniśmy złapać taksówkę – powiedziała. – Wokół dworca może być dość nieapetycznie. Ostatnim razem szliśmy z walizkami pośród ćpunów i szumowin, a w tamtych czasach walizki nie miały jeszcze kółek.

– Idzie nam zdecydowanie zbyt sprawnie – rzekł Gerry. – To zły omen.

W głównej hali drogę zastąpiło im stado gołębi. Zagruchały i przyspieszyły, chcąc jak najprędzej się usunąć, Gerry przystanął jednak, by przyjrzeć im się z bliska.

– Widziałaś ich stopy?

Stella potrząsnęła głową.

– Niemal wszystkie są zdeformowane. Na Glasgow Central jest to samo. Mają przykurczone łapki, brakuje im palców, biegają na knykciach...

– Rzeczywiście – przyznała Stella. – Nigdy tego nie zauważyłam. Biedactwa.

Kilka ptaków poderwało się do lotu tak blisko, że poczuli na twarzach powiew ich skrzydeł. Gerry zrobił unik. Oczyma wyobraźni wszędzie widział zarazki.

[...]