Wydawca: Gmork Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 274 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przeczywistość - Marek Zychla

Daj się zaprosić do Callan i Żar, gdzie Marek Zychla fabularyzuje swoje obawy i lęki w postaci wykreowanych przez siebie przeczywistości. Czasem sprzeczne, odrealnione, zniekształcone do granic możliwości, pozwalają na zagłębienie się w ludzką psychikę, zmuszając do refleksji nad naturą człowieczeństwa i do odpowiedzenia sobie na pytanie, czy świat nie jest tylko nieprzerwanym snem szaleńców. Naszym snem.

Opinie o ebooku Przeczywistość - Marek Zychla

Fragment ebooka Przeczywistość - Marek Zychla

MMAREK ZYCHLA

PRZECZYWISTOŚĆ

(frag­ment)

Wy­daw­nic­two GMORK

Lecz bied­ny je­stem: me skar­by – w ma­rze­niach,Więc ci rzu­ci­łem ma­rze­nia na kar­ty,Czy­taj ostroż­nie, gdyż czy­tasz o mo­ich ma­rze­niach.

 

Wil­liam Bu­tler Yeats

PRZECZYWISTOŚĆ

I

Ma­rek Ry­ba­czek, 9 (133) lat

17:15

 

Fin­ką roz­pru­wam Au­stra­lię. Przy­gry­zam przy tym ję­zyk, bo o wy­wrot­kę nie­trud­no. Ka­mień na ka­mie­niu, szkło, kap­sle, ja­kieś od­pry­ski be­to­nu, ka­wał­ki ce­gieł, ca­łość prze­mie­sza­na z zie­mią. Pie­przo­ne an­ty­po­dy, pie­przo­ne po­dwór­ko. Ola spo­glą­da na su­ną­ce ostrze w na­dziei, że nie utrzy­mam rów­no­wa­gi i nie do­cią­gnę li­nii. Pew­nie li­czy na to, że na­stęp­nym ra­zem po­gra­my w coś dziew­czę­ce­go. Do­cią­gam, po czym za­dep­tu­ję wcze­śniej­szą gra­ni­cę. Ko­lej­ny rzut ce­lo­wo chy­biam, by prze­dłu­żyć na­sze tête-à-tête – z mi­ło­ści, z lęku przed sa­mot­no­ścią i grą w gumę.

Tu­row­ski kuca przy trze­pa­ku. Jego Ame­ry­kę roz­pra­co­wa­li­śmy w so­jusz­ni­czym ata­ku. Wsu­wa ka­nap­kę, kęsy po­py­cha whi­sky z colą. Pije spo­ro mniej niż w pierw­szej tu­rze.

–  Jaki słod­ki! – Ola wy­ry­wa mnie z za­my­śle­nia. Spo­glą­da na wy­ła­nia­ją­ce­go się zza wia­ty śmiet­ni­ko­wej kot­ka.

Ma­luch w za­sa­dzie peł­znie; na oko dzie­li go parę ty­go­dni od na­ro­dzin. Nie mylę się, bo wresz­cie pada na bo­czek, za­my­ka oczy i tak już w za­sa­dzie zo­sta­je. Wę­szy za mat­ką, bie­dak.

–  Przed­ro­dzi się i to na dniach – za­uwa­ża Tu­row­ski. Wy­po­wiedź koń­czy bek­nię­ciem. Ma nar­ra­cyj­ną sła­bość do oczy­wi­sto­ści.

Z naj­bliż­szej klat­ki, tej dla per­so­ne­lu, wy­bie­ga woź­ny. W za­sa­dzie po raz pierw­szy wi­dzę, żeby biegł. Wią­zan­ki prze­kleństw za­głu­sza gę­sty wąs, sło­wa prze­sią­ka­ją pa­pie­ro­so­wym dy­mem, kiep roz­ża­rza się od przy­spie­szo­ne­go od­de­chu. Nie wiem dla­cze­go, ale my­ślę o ognio­od­por­nym za­ro­ście.

–  Prze­pra­szam – duka, po czym pa­ku­je ko­cia­ka w czar­ny wo­rek.

–  Nic się nie sta­ło – kła­mie Ola. – Jesz­cze żyje – do­da­je tak z pięć razy ci­szej, wol­niej, z co­raz bar­dziej cha­rak­te­ry­zu­ją­cym ją wsty­dem.

Straż­ni­cy z da­chów wy­jąt­ko­wo uważ­nie się nam przy­glą­da­ją.

 

Ja­ro­sław Tu­row­ski 8 (124) lat

17:06

 

Piję, bo przy­zwy­cza­je­nie dru­gą na­tu­rą czło­wie­ka. Piję dla sma­ku, bo urżnąć się nie da. Al­ko­hol, w prze­ci­wień­stwie do no­we­go pra­wa, nie dzia­ła wstecz. Na­wet nie sik­niesz. Nie da się ni­cze­go olać.

Od­re­al­nie­nie mę­czy mnie od wie­czo­ra do rana. Ostat­nio bywa ciut zno­śniej. Dzie­cię­cy mózg wy­ka­zu­je mniej­szą po­dat­ność na psy­cho­zy, ła­twiej o mo­men­ty względ­nej nor­mal­no­ści, mimo że wy­obraź­nia na­bie­ra mocy ni­czym asek­su­al­ny ro­mans mię­dzy par­ką skow­ron­ków z no­żem. Sta­ry, pie­przo­ny per­wers i ko­bie­ta uwię­zio­na w dziew­czę­co­ści. Mi­łość na wstecz­nym bie­gu jest… nie­na­tu­ral­na. Wy­ko­rzy­sty­wa­nie po­dwój­nie nie­let­nich wy­my­ka się wszel­kim kla­sy­fi­ka­cjom.

Przy­naj­mniej trze­pak stoi na swo­im miej­scu, choć cza­so­prze­strzeń się kur­czy, pla­ne­ty po­wa­rio­wa­ły, jak­by ktoś prze­sta­wił bie­gu­ny wszech­świa­ta albo spusz­czał nas w gi­gan­tycz­nym klo­ze­cie. Jed­nak po­dwór­ko, jak każ­de gów­no, za­wsze wy­pły­nie.

Strze­lił­bym sa­mo­bó­ja, tyl­ko sta­ło się to mało po­pu­lar­ne, od­kąd ża­den de­spe­rat nie wró­cił z po­przed­nie­go ży­cia. Skre­mo­wa­ni rów­nież wy­pa­da­ją z gry. Moż­na nas wy­ko­pać z gro­bów. I tyle. A sko­ro od­ro­dzi­li­śmy się raz, to li­czy­my na ko­lej­ne zmar­twych­wsta­nia. Niech tyl­ko czas się ogar­nie, bo zdur­nieć moż­na.

Re­li­gij­ność pa­ra­dok­sal­nie kwit­nie. Chrze­ści­ja­nie od­li­cza­ją czas do od­śmier­ci Chry­stu­sa, baj­du­rząc o jego po­now­nym przyj­ściu, czy­li o kre­sie przy­dłu­giej jak na mój gust za­ba­wy. Mu­zuł­ma­nie prze­mia­no­wa­li się na Ha­szy­mi­tów, jesz­cze bar­dziej zra­dy­ka­li­zo­wa­li po­glą­dy. Są prze­szczę­śli­wi, że Ma­ho­met wy­prze­dzi Je­zu­sa o do­bre sześć wie­ków. In­die wy­lud­ni­ło aż miło. Pa­le­nie zwłok swo­je zro­bi­ło.

A skow­ron­ki ga­pią się na tego kota. Wy­ma­le­li z ubrań, do koń­ca już zdzie­cin­nie­li.

–  Przed­ro­dzi się i to na dniach – wzdy­cham, be­kam. Mam dość oczy­wi­sto­ści.

I za­zdrosz­czę kotu.

Chy­ba że tra­fi do pie­ca.

 

Alek­san­dra An­drus, 9 (23) lat

17:05

 

Wy­ko­pa­no mnie w dzie­więć­dzie­sią­tym szó­stym, na­sto­let­nią, z sa­mo­po­czu­ciem rów­nie kiep­skim jak przed śmier­cią. Na re­mi­sję nie mu­sia­łam dłu­go cze­kać. Opty­mizm po­wró­cił, nie­ste­ty, zma­la­ły pier­si.

Tu­row­ski po­wta­rza, że wszech­świat pul­su­je ryt­micz­nie ni­czym ludz­kie ser­ca, raz kur­czy się, po czym roz­kur­cza mi­liar­dy lat póź­niej, z każ­dej stro­ny pe­łen lo­gicz­nych po­tknięć. Sta­ram się o tym nie my­śleć. Tyl­ko, jak za­wsze z ta­ki­mi sta­ra­nia­mi, nie za bar­dzo wy­cho­dzi. Dzie­cin­nie­ję, dzię­ki Bogu, to cią­gnie mnie do za­ba­wy. Ma ra­dość mknie ku plus nie­skoń­czo­no­ści.

Pi­sze­my hi­sto­rię od dru­giej stro­ny. Kto wie, czy po przed­ro­dzi­nach, po ko­lej­nym znik­nię­ciu, wek­to­ry cza­su nie za­tań­czą raz jesz­cze twi­sta? Czy na­pi­sze­my przy­szło-prze­szłość, uni­ka­jąc błę­dów? Za­pew­ne zła bę­dzie wię­cej, bo i ono do­sta­nie dru­gą szan­sę, zy­ska na do­świad­cze­niu. Zie­mia wy­lud­ni się o ko­lej­ne kil­ka­dzie­siąt pro­cent, więc wresz­cie po­sta­wi­my na hu­ma­ni­ta­ryzm. Dość! Po­win­nam stu­dio­wać fi­lo­zo­fię dla ubo­gich. Wresz­cie doj­rzeć.

Wstyd się przy­znać, ale po­do­ba mi się tu­taj. Nasz dom spo­koj­nej mło­do­ści nie na­le­ży do naj­kosz­tow­niej­szych, za to po­sta­wio­no na ory­gi­nal­ność, ad­ap­tu­jąc spo­rą część żar­skie­go blo­ko­wi­ska, na ze­wnątrz któ­re­go po­bu­do­wa­no osie­dla dom­ków, nie­ko­niecz­nie jed­no­ro­dzin­nych. Mo­że­my ba­wić się tak, jak to w la­tach osiem­dzie­sią­tych usku­tecz­nia­no, co ma nam po­móc w po­go­dze­niu się z nie­unik­nio­nym. Bez tech­no­lo­gii, któ­ra roz­wi­ja się nie­za­leż­nie od cza­so­wych wa­ria­cji, ła­twiej o re­flek­sję, cho­ciaż dla mnie to czy­sty biz­nes. Sen­ty­men­ty sprze­da­ją się i sprze­da­wać będą, na­wet je­śli zwrot­ni­ca cza­su wy­ro­bi­ła­by się od prze­sta­wia­nia.

Na­śli­nio­ne pa­lu­chy ob­le­pia­my vi­bo­wi­tem, pierw­szy­mi mle­cza­ka­mi chru­pie­my kuku ruku, do obia­du żło­pie­my oran­ża­dę w wo­recz­kach – z wy­jąt­kiem Tu­row­skie­go, któ­re­mu naj­le­piej dać al­ko­hol, colę i spo­kój, byle nie świę­ty. Jeść moż­na, nie przy­ty­je­my, co naj­wy­żej przy trze­ciej tu­rze bę­dzie trze­ba zba­sto­wać z cu­krem. Nic w tym świe­cie się nie uro­dzi. Przy­kre, praw­da?

–  Jaki słod­ki – wy­ry­wam wszyst­kich z za­my­śle­nia…

Za­wsze pal­nę coś głu­pie­go.

II

Ma­rek Ry­ba­czek

16:22

 

Ga­bi­net dy­rek­to­ra ośrod­ka stał się prze­dłu­że­niem nie­cie­ka­wej apa­ry­cji go­spo­da­rza. Ni­ja­kość mie­sza się z ku­rzem w prze­róż­nych pro­por­cjach, za­wsze z po­dob­nym skut­kiem. Od nie­przy­krę­co­ne­go ka­lo­ry­fe­ra cie­pło bije na całe pię­tro.

–  Po­trze­ba po­roz­ma­wiać? – pyta dy­rek­tor, jak zwy­kle nie­skład­nie.

–  Cho­dzi o kota? – Wolę przejść do kon­kre­tów. Tra­ce­nie cza­su zo­sta­wiam star­szym.

–  Lęk przed przed­na­ro­dzi­na­mi?

–  Prę­dzej przed zdzie­cin­nie­niem. Znów cią­gnie mnie do wspi­na­czek na drze­wa. Mo­gli­by­ście otwo­rzyć piw­ni­cę? Za­spo­ko­imy żą­dzę przy­gód. Co tam w ogó­le trzy­ma­cie?

–  Ge­ne­ra­to­ry. – Dy­rek­tor się­ga po coś do szu­fla­dy biur­ka. Oku­la­ry zsu­wa­ją się na czu­bek pę­ka­te­go nosa. – Klucz do wóz­kar­ni. – Po­da­je mi naj­zwy­klej­sze­go yeti, po czym do­rzu­ca jesz­cze dwa po­dob­ne. – Od klat­ki oraz od piw­nicz­ne­go wej­ścia. Klub za­ło­żyć. Ma­gne­to­fon, har­cer­ska sieć, krze­sła per­so­nel do­nieść. Do­brze?

Ki­wam łe­pe­ty­ną z tu­zin razy.

–  Wej­ście czter­dzie­ści trzy – rzu­ca nu­me­rem klat­ki. – Po­de­słać Jar­ka – nie pro­si.

 

Ja­ro­sław Tu­row­ski

16:13

 

Co­ty­go­dnio­we, psy­cho­te­ra­peu­tycz­ne po­ga­du­chy z im­be­cy­lem. W su­mie młod­szy ode mnie, a taki waż­ny. Sło­wa skle­ja w so­bie je­dy­nie zna­ny spo­sób, po­noć to po afa­zji, z któ­rej wy­co­fa się do­pie­ro za kil­ka lat.

–  Wszy­scy­ście stąd? – Jezu, jak ja nie zno­szę tego jego pier­do­li­no o oczy­wi­sto­ściach.

–  Z Żar, je­śli o to pan pyta set­ny raz. Ja z cen­trum, dziew­czy­na z Bie­nio­wa, skow­ro­nek ćwier­kał w tym blo­ku.

–  Skow­ro­nek? Ćwier­kał?

–  Nie­waż­ne – wzdy­cham. – Pro­szę bez psy­cho­ana­li­zy i nie, nie do­ku­cza mi sa­mot­ność.

–  Lęk przed przed­na­ro­dzi­na­mi? – Czę­sto o to pyta. Naj­więk­szy lęk mam przed od­po­wie­dzią twier­dzą­cą.

–  Prze­cież nie ma śmier­ci. – Dzi­siaj sta­wiam na taką opcję. – Nie­koń­czą­ce się po­wro­ty na Zie­mię, aż wszy­scy strze­lą sa­mo­bó­ja. Ostat­ni, któ­ry po­cią­gnie za spust, bę­dzie bło­go­sła­wio­nym wśród psy­cho­pa­tów.

–  Cie­ka­we… – Aż na tyle go stać?

–  A w co pan wie­rzy? – od­bi­jam pi­łecz­kę, cho­ciaż nie­spe­cjal­nie mnie to in­te­re­su­je.

–  Ogień oczysz­cza. Wę­drów­ka.

Kre­ma­cja. Jed­ne­go pa­ca­na mniej – my­ślę, ki­wa­jąc gło­wą.

–  Po­de­słać Olę. – Mógł­by choć raz po­pro­sić.

 

Alek­san­dra An­drus

16:02

 

Pan Tu­row­ski, pan Ry­ba­czek, a ja na za­wsze po­zo­sta­nę Olą. Każ­de­go, kto nie od­bęb­nił w su­mie mi­ni­mum stu lat, trak­tu­ją jak dziec­ko. Boże, otwo­rzył­by dziad okna, po­dzie­lił się stę­chli­zną ze świa­tem.

–  Ro­dzi­na mar­twić – za­czy­na dy­rek­tor. – Nie­przy­zwo­itość.

Ile tur musi mi­nąć, by wszy­scy się od­pie­przy­li?

–  Re­pu­ta­cja… – cią­gnie, ale prze­ry­wam mu, na­wet jak na mój gust zbyt ener­gicz­nie:

–  Mo­ni­to­ru­je­cie nas?! Bez tech­no­lo­gii mia­ło być.

Wy­glą­da na za­sko­czo­ne­go. W su­mie taką ma twarz. Twarz na­szych (wstecz­nych) cza­sów.

–  Ro­dzi­na wy­ma­gać – duka. – A kot? – Na­gle jak­by go olśni­ło. Boże, chroń mnie przed te­ra­peu­ta­mi. – Lęk przed przed­na­ro­dzi­na­mi?

–  No, nie na­ży­łam się tyle, co pan.

–  Nie mar­twić się. Po­wro­ty bez sta­ro­ści.

Jak on się wy­sła­wia… Po­noć po afa­zji.

–  Pro­si­ła­bym o kre­ma­cję – mó­wię, roz­ba­wio­na jego już nie tak ka­mien­ną miną.

–  Cie­ka­we – za­pi­su­je coś w no­te­sie. – Mus po­in­for­mo­wać ro­dzi­nę.

 

III

Ma­rek Ry­ba­czek

15:27

 

Ogro­dze­nie z czte­ro­pię­tro­wych blo­ków, po par­ce sied­mio- i dwu­klat­kow­ców. My, fi­zycz­nie dzie­ci, w środ­ku. Na ze­wnątrz do­ro­śli. W przej­ściach mię­dzy blo­ka­mi so­lid­ne, że­la­zne bra­my, wyż­sze od ja­rzę­bi­ny. Po­dejść nie moż­na, nie daj Boże pod­biec. Po­wa­lą na zie­mię, ko­la­na przy tym obe­drą i bez­ł­zo­wo po­pła­cze so­bie brzdąc, wy­li­że z pia­sku nie­kr­wa­wią­ce rany.

Ści­skam trio klu­czy, dło­nie pocą mi się, jak­by w dwóch ży­ciach nie za­zna­ły więk­sze­go wy­sił­ku.

–  Czter­dzie­ści trzy? – upew­nia się Ola.

Przy­ta­ku­ję. Tu­row­ski wle­cze się za nami, nie­co mniej po­nu­ry niż zwy­kle. Nie pije, nie je, nie iro­ni­zu­je. Ra­czy się de­pre­sją.

–  To tu­taj mają no­wo­rod­kar­nię? – za­ga­du­je, kie­dy otwie­ram drzwi.

–  Tak, na wyż­szych pię­trach. – Ola pusz­cza nas przo­dem.

–  Mają wi­zy­ty? – do­py­tu­je Ja­rek.

–  Po­noć po no­cach. – Dziew­czy­na na­chy­la się w jego stro­nę.

–  Skąd wiesz? – Ła­pię się na za­zdro­ści. Draż­ni mnie ich chwi­lo­wa za­ży­łość.

–  Sła­bo sy­piam – wzdy­cha cho­ler­nie smut­no. Tak smut­no, że od­dał­bym du­szę, by cof­nąć py­ta­nie. – Ostat­nio… za­sta­na­wiam się. Boże, dla­cze­go je­ste­śmy star­si od resz­ty? Wo­kół same smy­ki na pie­lu­chach, a tacy jak my prze­cież wciąż na wol­no­ści. Dla­cze­go szyb­ciej za­czę­li­śmy się przed­ro­dzić? Kto tak za­de­cy­do­wał? Dla­cze­go od­da­no nas tak wcze­śnie pod ku­ra­te­lę tego oszo­ło­ma? Jesz­cze mó­wi­my, jesz­cze cho­dzi­my… Nie ro­zu­miem.

W mil­cze­niu spo­glą­dam na scho­dy pro­wa­dzą­ce do piw­ni­cy, za­pa­lam świa­tło wo­do­od­por­nym pstrycz­kiem, co cho­ciaż tro­chę ła­go­dzi przy­mus udzie­le­nia od­po­wie­dzi na ten stos py­taj­ni­ków. Od­po­wie­dzi, któ­rych nie znam.

–  Sie­dem stop­ni – szep­cze Ola. – Szczę­śli­wie?

Py­ta­nia re­to­rycz­ne wy­pa­da­ją przy po­przed­nich bla­do.

 

Ja­ro­sław Tu­row­ski

15:14

 

Idzie zima, cze­kaj mro­zów (po­czą­tek mar­ca, a na­pie­prza chło­dem), poza za­sięg cen­tral­ne­go ogrze­wa­nia nie wy­chodź! W lu­tym na stó­wę pie­prz­nie śnie­giem, to na­mno­ży­my bał­wa­nów.

Piw­ni­ce nic się nie zmie­ni­ły, be­ton nie po­krył się zmarszcz­ka­mi, w dal­szym cią­gu za­la­tu­ją gro­bem. Pod su­fi­tem cią­gnie się ar­te­ria rur ze zmia­na­mi miaż­dży­co­wy­mi w po­sta­ci rdzy. Świa­tło ota­cza­ją klo­sze wzmoc­nio­ne sta­lo­wy­mi krat­ka­mi. Do wy­mia­ny ża­rów­ki po­trze­ba dwóch osób oraz ze­sta­wu śru­bo­krę­tów. Punk­ty bo­nu­so­we przy­zna­wa­ne są za la­tar­kę. Przy­naj­mniej pa­ję­czyn brak. Pa­ją­ki, nie­po­wo­do­wa­ne gło­dem, ma­le­ją so­bie po ką­tach. Wró­ci­ły, cho­ciaż nikt ich nie za­ko­py­wał. Czy­li z za­ba­wy wy­łą­cza je­dy­nie ogień.

Mo­że­my ga­niać po ko­ry­ta­rzu, ale po­za­my­ka­no wej­ścia do kli­tek, zaś drzwi obi­to bla­chą, zza któ­rej sły­chać szum ge­ne­ra­to­rów. Po co im wła­sne źró­dło prą­du? Czyż­by ten z elek­trow­ni też pły­nął wstecz? Może w ogó­le? I na co to cho­dzi? Na naf­tę? Nie, wy­czuł­bym.

Skow­ron­ki na­wet się nie roz­glą­da­ją. Mkną w chi­cho­tach do wóz­kar­ni. Drżą­cy­mi dłoń­mi mo­cu­ją się z kłód­ką, suk­ces okra­sza­ją śmie­chem. Przy­tu­la­ją się na­wet, jak na mój gust, zbyt dłu­go.

–  Jest ma­gne­to­fon i są ka­se­ty! – za­chwy­ca się dziew­czę. Jej przy­du­pas w prze­ci­w­cza­sie roz­wi­ja har­cer­ską siat­kę.

Sia­dam na wy­słu­żo­nej so­fie. Wy­łą­czam scep­ty­cyzm, bo i po co psuć ko­muś chwi­lę szczę­ścia? Nie są­dzi­łem, że przed dzie­sią­tym ro­kiem ży­cia będę jesz­cze ro­bił za przy­zwo­it­kę.

Świecz­ki, za­pał­ki, ogień. Mło­da dba o kli­mat. Uro­cza jest, trze­ba przy­znać, w tej cy­gań­skiej su­kien­ce za­pi­na­nej na rząd gu­zicz­ków.

Krze­sła, po­dusz­ki, stół. Ry­ba­czek nie po­zo­sta­je w tyle. No, może z wy­jąt­kiem wdzię­ku.

Za to ja głów­ku­ję nad po­wo­dem, dla któ­re­go przy­zwo­lo­no na ten cyrk. Kto po­cią­ga za sznur­ki? Nie wi­dzę kan­dy­da­tów. Dy­rek­to­ro­wi brak in­te­li­gen­cji, pie­lę­gniar­kom za­an­ga­żo­wa­nia, woź­ne­mu pią­tej klep­ki.

Ola pusz­cza mu­zy­kę. Wie­dzia­łem, że na jazz nie ma co li­czyć, ale żeby od razu Scor­pions? Cho­ciaż, w su­mie to na­wet za­baw­ne, bo ra­czej nie ku­ma­ją słów. Wiatr zmian, Mo­skwa, park Gor­kie­go i film z przy­szło­prze­szłe­go roku o trzech ofia­rach po­zba­wio­nych twa­rzy.

Oj, tra­ci­my swo­je z każ­dym wie­czo­rem.

 

Alek­san­dra An­drus

15:01

 

Wiatr zmian! To znak, że wy­rwie­my się z mo­no­to­nii, by za­znać odro­bi­nę ra­do­ści! Prze­cież za­wsze o szczę­ście cho­dzi!

Zgrab­nie po­usta­wiał krze­sła. Dwa bli­żej, pew­nie na­sze, jed­no nie­co z boku. Moc pod­świa­do­mo­ści? Za­pa­lam świecz­ki na sto­li­ku. Ma­rek fin­ką wy­dra­pu­je imio­na na bla­cie. Przy­gry­za ję­zyk, a i tak się pew­nie dra­śnie. Dzie­cin­nie­je­my, lecz prze­cież po to nas tu za­mknę­li.

–  Kra­jew­ski – Tu­row­ski ma na my­śli dy­rek­to­ra – nie bez po­wo­du dał klu­cze. – Zwle­ka się z sofy, by za­siąść na środ­ko­wym krze­śle. – Znów psy­cho­te­ra­peu­tycz­ny gów­no­deszcz za­wi­śnie w po­wie­trzu.

–  Nie mo­żesz po­mil­czeć? – Jego cią­głe ma­ru­dze­nie dzia­ła mi na ner­wy.

–  Ja na­wet ro­zu­miem. – W od­po­wie­dzi wzru­sza ra­mio­na­mi, bo wie, że tego nie zno­szę. – Mło­da je­steś i nie za­zna­łaś do­bro­dziejstw pły­ną­cych z po­rząd­ne­go ru­cha­nia… – nie do­koń­czył. Ma­rek sko­czył na nie­go, szczę­śli­wie bez fin­ki.

–  Prze­stań­cie! – pro­szę.

Ta­rza­ją się po be­to­nie, co nie trwa dłu­go. Tu­row­ski chwy­ta prze­ciw­ni­ka za kro­cze i ści­ska. Krzyk Mar­ka mie­sza się z moim.

–  Zło zwy­cię­ża! – re­cho­cze Tu­row­ski, po czym milk­nie. Wpa­tru­je się w okien­ko tuż za mną. – Błąd? – Zrzu­ca z sie­bie obo­la­łe­go prze­ciw­ni­ka. Zry­wa się, by zwąt­pić po kil­ku kro­kach. – Wi­dzie­li­ście, co jest na ze­wnątrz? Też ma­cie po­ko­je od po­dwór­ka?

Nie od­po­wia­dam. Po­ma­gam prze­gra­ne­mu wstać. Sta­ra się nie oka­zy­wać bólu. Duka o nie­ry­cer­skim cio­sie po­ni­żej pasa.

–  Go­to­wi na moc­ne wra­że­nia? – cią­gnie Tu­row­ski.

Pod­cho­dzi do okien­ka, sta­je na pal­cach, jed­nak to nie wy­star­cza. Bie­rze się za prze­su­wa­nie sto­łu. Po­ma­ga­my mu, bo rów­nież mamy okna po nud­nej stro­nie. Wspi­na­my się, spo­glą­da­my przez szkło.

Pa­ra­li­żu­je nas strach.

–  Woda – szep­cze Tu­row­ski. – Wszę­dzie woda.

Ma­rek mówi o ni­co­ści. Nie o czer­ni, nie o smo­le czy bra­ku świa­tła, ale o ni­co­ści, o nie­by­cie. Od­wra­ca wzrok, pła­cze. Po­noć nie da się na to pa­trzeć.

Po­wie­dzieć im, że wi­dzę krew?

Nie, zno­wu wyj­dę na głup­szą, niż usta­wa prze­wi­du­je.

 

IV

Ma­rek Ry­ba­czek

14:22

 

We­zwa­nie do dy­rek­to­ra. Za nami wcho­dzą dwie pie­lę­gniar­ki przy­dzie­lo­ne do star­sza­ków.

–  Bez­piecz­nie – za­pew­nia, wska­zu­jąc na ko­bie­ty.

–  Tam nic nie było – od­zy­wam się bez py­ta­nia. – Jak­by mi ktoś wy­łą­czył wzrok!

–  Było, było. Nie pa­ni­ko­wać.

–  Ko­niec tych gie­rek! – Tu­row­ski ude­rza piąst­ką w stół. Na ni­kim nie robi to więk­sze­go wra­że­nia. Dziec­ku bra­ku­je siły. – Dla­cze­go wi­dzia­łem wodę? Ty też coś wi­dzia­łaś, praw­da? – zwra­ca się do Oli.

Dziew­czy­na kiwa gło­wą, ale nie­pew­nie, tak jak­by uko­śnie.

–  Ekran to. Okna brak. Za­mu­ro­wa­no. – Dy­rek­tor ścią­ga oku­la­ry, po czym uśmie­cha się wy­jąt­ko­wo jo­wial­nie. – Ekran roz­grze­wać się, więc czar­ność. Woda jako tło. Dźwięk był?

Nie było, co fak­tycz­nie nas tro­chę dzi­wi.

–  Pa­trzy­li­śmy w tym sa­mym mo­men­cie – opo­nu­ję jed­nak.

–  Kąty róż­ne, ob­raz róż­ny. Tech­no­lo­gia. Pan wcze­śniej pa­trzeć. – Wska­zu­je na Tu­row­skie­go. – Wi­dzieć wcze­śniej.

–  Pro­szę za­pro­wa­dzić nas do po­koi od stro­ny osie­dla. – Sły­szy­my Olę. Mówi jak zwy­kle spo­koj­nie, z dziew­czę­cym uro­kiem. – Za­koń­czy­my tę far­sę. Wró­ci­my do umie­ra­nia.

–  Przed­na­ro­dzin – od­zy­wa się jed­na z pie­lę­gnia­rek (Lewa, jak zwy­kli­śmy ją na­zy­wać – jest nie­znacz­nie chud­sza od Pra­wej).

–  Lęk przed przed­na­ro­dzi­na­mi? – Dy­rek­to­ro­wi włą­czy­ła się sta­ra pły­ta.

–  Ra­czej przed ma­ni­pu­la­cja­mi. – Pierw­szy raz mó­wię w imie­niu trój­ki.

Pierw­szy raz czu­ję się do­ro­sły.

 

Ja­ro­sław Tu­row­ski

14:10

 

Wy­star­czy­ło ści­snąć ja­jecz­ka i zmą­drzał. I mło­da od­dur­nia­ła.

–  Zaj­rzyj­my do no­wo­rod­kar­ni – pro­po­nu­je Lewa.

–  Zaj­rzyj­my do no­wo­rod­kar­ni – z se­kun­do­wym po­śli­zgiem wtó­ru­je jej Pra­wa.

–  Zaj­rzeć więc – przy­ta­ku­je dy­rek­tor.

Ko­bie­ty pro­wa­dzą nas do są­sied­niej klat­ki. Wpa­da­ją w słod­ko-pier­dzą­ce kli­ma­ty, może jesz­cze chwy­cą ko­goś za rącz­kę. Wi­dzi­my, że na drzwiach do piw­ni­cy wisi do­dat­ko­wa kłód­ka. Klu­czy nam nie ode­bra­li, za to za­ła­twi­li nas w dość wred­ny spo­sób.

–  Bez­piecz­nie – za­pew­nia dy­rek­tor, któ­ry po­zo­sta­je nie­co w tyle. Jego za­sób słów pa­su­je do no­wo­rod­kar­ni.

Wcho­dzi­my na salę na dru­gim pię­trze. Za­la­tu­je przed­szko­lem, du­cho­tą do­pra­wio­ną tal­kiem i mo­czem. Jak okiem się­gnąć cią­gną się rzę­dy łó­że­czek, wśród nich in­ku­ba­to­ry (o oczach po­że­ra­ją­cych dło­nie opie­ku­nek), ob­dra­pa­ne ko­ły­ski, spa­ce­rów­ki z za­cie­ka­mi, prze­wi­ja­ki i ci­sza. Wy­glą­da na to, że po­łą­czo­no po­miesz­cze­nia w jed­ną, na­szpi­ko­wa­ną ko­lum­na­mi ca­łość. Wzdłuż ścian za­le­ga­ją sto­sy pam­per­sów. Sen­ty­men­ty sen­ty­men­ta­mi, jed­nak ni­ko­mu nie chcia­ło­by się uże­rać z te­trą.

Dy­rek­tor pro­wa­dzi nas w stro­nę okien; per­so­nel kła­nia się sze­fo­wi nie­mal­że w pas, zaś sio­stry wy­co­fa­ły się. Wy­kroch­ma­lo­na straż tyl­na.

–  Pa­trzeć – za­chę­ca męż­czy­zna.

Waż­ny taki, jak­by sa­me­mu Bogu wy­li­zał ze zmarsz­czek dło­nie.

 

Alek­san­dra An­drus

13:48

 

Sto­imy na pu­dłach pie­luch, ob­ser­wu­je­my zak­tu­ali­zo­wa­ne Żary. Sklo­no­wa­ne dom­ki cią­gną się po ho­ry­zont. Nad mia­stem roz­cią­ga się ja­sno­błę­kit­ne nie­bo; sła­biut­kie słoń­ce po le­wej, dość ni­sko wi­szą­ce, po­ran­no-wie­czor­ne ze sła­bo­ścią do po­ma­rań­czy.

–  Kie­dyś tu były blo­ki – od­zy­wa się Ma­rek. – Bu­ti­ki, bla­sza­ki, ap­te­ki, z cza­sem kre­dy­ty, ko­mi­sy, kan­to­ry, do­pa­la­cze, ko­fi­ki. Noc­ny, o tam. – Wska­zu­je pod słoń­ce, więc nie­spe­cjal­nie chce nam się pa­trzeć. – No i śmiet­ni­ki wspól­ne, jak u nas na po­dwór­ku. I ław­ki z żu­ler­ką… – cią­gnie w tym sty­lu jesz­cze ze dwie mi­nu­ty.

–  Pa­trzeć. Bać się nie trze­ba. – Dy­rek­tor po­pra­wia oku­la­ry.

Szy­ba wy­glą­da nor­mal­nie, na­wet opu­ku­je­my. Samo okno rów­nież. Zwy­czaj­ne, drew­nia­ne, ze śru­ba­mi stwo­rzo­ny­mi pod gi­gan­tycz­ne śru­bo­krę­ty. Jak za sta­rych, te­raź­niej­szych cza­sów z wer­sji 1.0. Pa­ra­pet gru­by, moc­ny, po­ma­lo­wa­ny na zie­lo­no. Chłod­ny, bo ka­lo­ry­fe­ry zde­mon­to­wa­no.

–  Ogrze­wa­cie pod­ło­go­wo? – py­tam, sama nie wiem cze­mu.

–  Pod­ło­go­wo i su­fi­to­wo, za­le­ży jak na to spoj­rzeć. – Lewa bie­rze to za do­bry żart, bo śmie­ją się całą do­ro­słą trój­ką.

–  Mniej awa­ryj­ność – wy­ja­śnia zwierzch­nik.

Spo­glą­dam raz jesz­cze w okno i do­strze­gam coś, co wy­trą­ca mnie z rów­no­wa­gi nie mniej od wcze­śniej­sze­go wi­do­ku krwi.

–  Boże! – Głos drży ni­czym dłoń, któ­rą ce­lu­ję w nie­bo. – Tam, nad dom­kiem z czer­wo­nym… sa­mo­cho­dem – wy­bie­ram sło­wo, któ­re nie do koń­ca pa­su­je do no­wo­cze­sne­go po­jaz­du.

–  Nic nie wi­dzę – Ma­rek za­pew­nia zde­cy­do­wa­nym gło­sem, chrzą­ka przy tym wy­mow­nie. Pie­lę­gniar­ki pró­bu­ją go od­cią­gnąć.

–  Nic tam nie ma, chmu­ra ja­kaś. – Tu­row­ski szczy­pie mnie de­li­kat­nie w ra­mię. – Nie siej­my psy­cho­zy, skow­ron­ki. Le­piej po­baw­my się w klu­bie.

–  Klub za­mknąć. – Dy­rek­tor wga­pia się w szy­bę, ale nie do­strze­ga ni­cze­go nie­ty­po­we­go, w oku­la­rach czy bez. – Ran­kiem otwo­rzyć, po ca­łym dniu. Wy­mie­niać ekran. Wia­do­mo. Cze­kać. Odejść.

Od­cho­dzi­my. Sły­szę jesz­cze:

–  Da­li­śmy dupy? – dy­rek­tor pyta pie­lę­gnia­rek szep­tem.

–  Na­wet je­śli… – od­po­wia­da Lewa.

–  Na­wet je­śli… – od­po­wia­da Pra­wa z kla­sycz­nym, se­kun­do­wym po­śli­zgiem.

Dali? Sama nie wiem.

 

V

Ma­rek Ry­ba­czek

10:42

 

Za­bi­ja­li­śmy prze­ci­w­czas par­tyj­ka­mi ma­kao. Ani sło­wem nie na­wią­zy­wa­li­śmy do no­wo­rod­kar­ni. Pi­gu­ły nie od­stę­po­wa­ły nas na krok, do­pin­go­wa­ły, ta­so­wa­ły kar­ty, pod­rzu­ca­ły dzie­cin­ne te­ma­ty roz­mów. Od­pu­ści­ły do­pie­ro, kie­dy Ola, z pięk­nie za­gra­ne­go szczę­ścia po wy­gra­niu roz­gryw­ki, uści­snę­ła je obie. Dzie­ci szyb­ko za­po­mi­na­ją, praw­da?

Klub otwar­to w nie­stan­dar­do­wy spo­sób: po­przez ścią­gnię­cie drzwi z za­wia­sów. Ka­me­ry za­wi­sły w każ­dym z ro­gów, za­miast okna za­mon­to­wa­no czar­no-bia­łą Uni­trę, pew­nie wy­pro­du­ko­wa­ną na re­tro-nutę. Je­dyn­ka, Dwój­ka, Ziar­no, Pa­no­ra­ma. Oba ka­na­ły kla­sycz­nie za­śnie­żo­ne, jak­by o an­te­nę opar­ło się stad­ko straż­ni­ków.

–  Pod­słu­chu­ją? – pyta Ola szep­tem na gra­ni­cy sły­szal­no­ści, na co Tu­row­ski przy­ta­ku­je nie­po­rad­nym drgnię­ciem.

Ścią­ga ze ścia­ny har­cer­ską siat­kę, po czym przy­kry­wa nią stół.

–  Za­pra­szam – zwra­ca się do Oli, lecz i tak nur­ku­je­my pod blat zgod­ną trój­ką. Szu­mi­my szep­tem.

–  Pta­szek – wzdy­cha dziew­czy­na. Je­ste­śmy tak bli­sko sie­bie. – On nie le­ciał.

–  To był ekran. – Tu­row­ski na­chy­la się nad nią, a mi ze zło­ści aż pisz­czy w uszach. Kła­dzie jej dłoń na ra­mie­niu, za­ta­pia­jąc szpi­lę w moim żo­łąd­ku. Czyż­bym nie miał ser­ca? – Wy­świe­tla­li fil­mik, któ­ry za­wie­sił się na dłuż­szą chwi­lę.

–  Co te­raz? – wdzie­ram się w roz­mo­wę naj­głu­piej, jak moż­na.

–  Wyj­dzie­my, po­ga­wo­rzy­my o pierw­szym ży­ciu, czy­li ty­po­we pier­do­li­no. Mam tro­chę py­tań, a pi­gu­ły na bank tu bie­gną. Póź­niej woda, je­śli o mnie cho­dzi. Do­strze­gli­śmy zna­ki – do­rzu­ca, praw­do­po­dob­nie ma­jąc na my­śli wcze­śniej­sze pro­jek­cje – więc ca­łość tego o be­ton po­tłuc. To nie jest praw­dzi­we – po­prze­sta­je na oczy­wi­sto­ści.

Wy­ła­zi­my spod sto­łu o kil­ka de­kad star­si, choć nie­spe­cjal­nie mą­drzej­si.

 

Ja­ro­sław Tu­row­ski

10:34

 

Przy­bie­ga­ją zdy­sza­ne. Ha­mu­ją do­pie­ro w przej­ściu, w nie­po­ko­ją­cej, nie­mal per­fek­cyj­nej syn­chro­ni­za­cji. My­śliw­skie suki w ki­tlach. Pięk­ne, na swój upior­ny spo­sób.

–  To nie na­miot. Uwa­żaj­cie, żeby nie ude­rzyć się w gło­wę. – Lewa wy­po­wia­da pierw­sze zda­nie, Pra­wa dru­gie.

–  Uwa­ża­my. – Ola uśmie­cha się z wdzię­kiem, po czym usku­tecz­nia po­ga­dan­kę o har­cer­stwie, o przy­jaź­ni, o In­dia­nach i kow­bo­jach na­wet.

–  Nie wchodź­cie tam – wy­co­fu­je się Lewa. – Dy­rek­tor się nie­po­koi – do­rzu­ca Pra­wa. – Bę­dzie­my na po­dwór­ku, jak­by­ście nas po­trze­bo­wa­li – koń­czą na­lot w ste­reo.

Ola spo­glą­da na mnie, Ma­rek na nią, z tru­dem ha­mu­je za­zdrość, ale to do­brze, za­zdrość doda łaj­zie sił.

–  Jak by­łaś umar­łaś? – za­czy­nam roz­mo­wę o pierw­szym ży­ciu. W ta­kich wy­pad­kach przy­ję­to uży­wać cza­su za­prze­szłe­go.

–  Cho­ro­wa­łam by­łam i umar­łam. Bia­łacz­ka. Ostra, szpi­ko­wa. W che­mio­te­ra­pii do­rzu­co­no kla­dry­bi­nę jako te­ra­pię eks­pe­ry­men­tal­ną, bar­dzo pol­ską, co skoń­czy­ło się sze­re­giem za­ka­żeń. Dzię­ki niej re­mi­sję osią­ga­ło dzie­więć osób na dzie­sięć. Nie­ste­ty, wy­lo­so­wa­łam by­łam naj­krót­szą za­pał­kę.

–  Któ­ry rok?

–  Je­dy­necz­ka i trzy dzie­wiąt­ki. Ma­rzec.

–  A ty? – za­ga­du­ję Mar­ka.

–  Do­bi­łem do koń­ca. – Za­sko­czył mnie! Mu­siał być cho­ler­nie sta­ry. – W pięć­dzie­sią­tym szó­stym po­ciem­nia­ło było każ­de­mu przed ocza­mi, by­li­śmy po­mdle­li, a póź­niej wrzu­co­no wstecz­ny.

 

Alek­san­dra An­drus

10:06

 

–  A co z tobą? – prze­ła­mu­ję ci­szę.

–  Ty pew­nie wi­dzia­łaś krew, wnio­sku­ję, bia­łacz­kow­cu, ty ni­cość. – Tu­row­ski ski­nął na Ry­biń­skie­go. – A u mnie woda.

–  Uto­ną­łeś?

–  Nie pły­wa się po go­rza­le, skow­ron­ki. Po­le­głem w dwa ty­sią­ce trzy­dzie­stym szó­stym, nie­dłu­go po tym, jak Po­lak po raz dru­gi zo­stał pa­pie­żem.

–  Co ro­bi­my? – Ma­rek mnie obej­mu­je. Drgam, przez co cofa rękę.

–  Naj­le­piej swo­je – Ja­rek wzdy­cha, dzi­siaj już chy­ba set­ny raz. Pro­si o fin­kę, któ­rej przy­glą­da się dłuż­szą chwi­lę. – Praw­da jest bra­kiem kłam­stwa – do­rzu­ca.

Ostrze za­ta­pia w moim brzu­chu. Po rę­ko­jeść, któ­rą prze­krę­ca.

 

VI

Ma­rek Ry­ba­czek

10:00

 

Zo­sta­ję z Olą. Do koń­ca! Za­stą­pię pie­lę­gniar­ki, któ­re sto­ją w wej­ściu i ki­wa­ją gło­wa­mi. Drę się, bła­gam o po­moc. Uko­cha­na kona.

Tu­row­ski wy­biegł. Prze­pro­sił i wy­biegł. Krew krzep­nie na be­to­nie, bar­wi siat­kę, któ­ra spły­nę­ła ze sto­łu. Krew pły­nie, co tro­chę dzi­wi… Przy ta­kiej dziu­rze nie ma cu­dów. Ze szklan­ki płyn też się prze­cież wy­le­wa.

–  Złap­cie go! – krzy­czę w stro­nę pi­guł, któ­re ki­wa­nie za­stę­pu­ją wzdry­gnię­cia­mi ra­mion.

Obłęd – my­ślę.

Sły­szy­my trzask, huk, a na ko­niec szum wody.

 

Ja­ro­sław Tu­row­ski

09:59

 

Bolą ple­cy, kost­ka chy­ba zwich­nię­ta. Ale było war­to!

Prze­rdze­wia­ła rura pę­kła. Wspią­łem się, po­ło­ży­łem na ple­cach i pchną­łem no­ga­mi su­fit. Nie wiem, czy nor­mal­nie coś by to dało, lecz tu nie jest nor­mal­nie. Tu na­le­ży się kie­ro­wać in­tu­icją.

Woda za se­kun­dę pod­to­pi mi uszy, a im ge­ne­ra­to­ry. Pie­lę­gniar­ki otwie­ra­ją drzwi do wciąż roz­szu­mia­nych kli­tek, nie­spe­cjal­nie przej­mu­jąc się nie­skrom­nym wy­cho­wan­kiem Tu­row­skim. Dy­rek­tor woła do nich z po­dwór­ka. Za­rzą­dza… ja­rzę­bi­no­wą ewa­ku­ację? Źle sły­szę?

Po­le­żę so­bie na be­to­no­wej pod­ło­dze. Zim­no sca­la się z bó­lem. Wy­cią­ga­ją wier­tła, cho­ciaż za­czy­na­ją od szpi­lek.

 

Alek­san­dra An­drus

9:51

 

Chlu­pot?

Ma­rek pró­bu­je prze­su­nąć mnie w stro­nę scho­dów. Bła­gam, by prze­stał, by za­brał ból.

–  Nie zo­sta­wię cię.

–  Wró­sę – rzę­żę. Woda do­sta­je mi się do uszu. Uspo­ka­ja.

–  We­zwę po­moc. – Le­d­wo go sły­szę.

Uśmie­chem za­chę­cam do dzia­ła­nia. Ucie­ka. I do­brze. Boże, wresz­cie mam odro­bin­kę prze­ci­w­cza­su dla sie­bie.

Wy­ło­wią mnie, wy­cią­gną nóż, za­ko­pią ciał­ko, więc wró­cę na trze­cią turę. Raz jesz­cze z che­mio­te­ra­pią, raz jesz­cze z szan­są dzie­więć na dzie­sięć.

Tym ra­zem musi się udać.

Ma­te­ma­tycz­nie.

 

VII

Ma­rek Ry­ba­czek

9:49

 

Świsz­czy mi w skro­niach, jak­by do mó­zgu do­sta­ła się woda, jak­by za­pra­gnę­ła pa­ro­wać ni­czym z czaj­ni­ka. Roz­po­czy­nam uciecz­kę przed wła­sny­mi cie­nia­mi, któ­re na dłu­go po­zo­sta­ną w piw­ni­cy. Na dach nie po­bie­gnę. Scho­dy do nie­ba atrak­cyj­ne są tyl­ko w hor­ro­rach. Czy­li zo­sta­je po­dwór­ko. Nie­co więk­sza pu­łap­ka, choć przy­naj­mniej względ­nie su­cha.

–  Zo­sta­wić! – sły­szę dy­rek­tor­skie krzy­ki. – Ewa­ku­acja!

Po­móc uko­cha­nej? Oto jest py­ta­nie. Po­win­ni­śmy zgi­nąć ra­zem, po szek­spi­row­sku, lecz je­śli się nie od­ro­dzę? Prze­cież to sa­mo­bój­stwo. Le­piej uciec, po­cze­kać na przed­ro­dzi­ny, by wy­ja­śnić so­bie wszyst­ko za trze­cim, naj­szczę­śliw­szym po­dej­ściem. Wspól­nie do­ro­śnie­my, za­sza­chu­je­my bia­łacz­kę, na­ro­bi­my dzie­ci. Prze­cież wy­pro­du­ku­ją sku­tecz­niej­sze leki, gdy wy­rwie­my się z prze­ci­w­cza­su.

–  Wy­ba­czy. – Su­mie­nie na­py­cham kłam­stwem.

Drzwi od klat­ki scho­do­wej za­trza­sku­ją się za mną. Per­so­ne­lo­wi po raz ko­lej­ny od­pie­przy­ło. Dy­rek­tor wspiął się na ja­rzę­bi­nę wraz z tu­zi­nem pie­lę­gnia­rek. Tkwią tam za­sty­gli, znie­ru­cho­mie­li. Ma­lu­chów nie wi­dzę, pew­nie prze­szka­dza­ły­by we wspi­nacz­ce. Zresz­tą i tak mkną po ostat­niej pro­stej, z nie­co prze­su­nię­tą przez Tu­row­skie­go li­nią mety. Zwa­rio­wa­li? Prze­cież woda do nich nie doj­dzie. Po­wy­le­wa się przez nie­szczel­no­ści be­to­no­we­go ko­tła – luf­ci­ki, szpa­ry w drzwiach, dziu­ry od ka­bli, piw­nicz­ne okna.

Mi­jam pia­skow­ni­cę, któ­rej wnętrz­no­ści za­mie­ni­ły się w bło­to. Trze­pak za­czy­na rdze­wieć, wia­ta śmiet­ni­ko­wa za­la­tu­je al­ga­mi. Prze­ska­ku­ję przez co­raz tęż­sze ka­łu­że. Zie­mia poci się ze stra­chu? Śnię?

Z blo­ku na­prze­ciw­ko wy­bie­ga woź­ny z pa­pie­ro­sem pod wą­sem, z ciał­kiem ko­cia­ka w dło­niach. Ma­cha pa­dli­ną w lewo, bym po­szedł za nim. Po­stę­ku­je ner­wo­wo, prze­stę­pu­je z nogi na nogę. Wresz­cie wpy­cha zwie­rzę do kie­sze­ni wa­cia­ka.

–  Idę – za­chę­cam sam sie­bie, głów­nie z bra­ku in­nych opcji (bram nie sfor­su­ję, nie skru­szę ścian, nie po­le­cę, chy­ba że na twarz).

Wcho­dzi­my do dwu­klat­kow­ca. Przed nami scho­dy, lecz woź­ny przy­spie­sza, jak­by mło­dość spły­nę­ła mu do nóg. Sta­ram się na­dą­żyć. Na czwar­tym pię­trze z tru­dem ła­pię od­dech, a to nie ko­niec wspi­nacz­ki, bo z pasz­czy wła­zu zwi­sa ję­zyk dra­bi­ny. Woź­ny pusz­cza mnie przo­dem. Czu­ję dłoń na tył­ku, oby w ra­mach ase­ku­ra­cji.

Papa lśni od wil­go­ci. Przy ze­wnętrz­nej kra­wę­dzi sto­ją straż­ni­cy, zwró­ce­ni ple­ca­mi do nas w upior­nym ma­ne­kin chal­len­ge. Sze­ro­ko roz­sta­wi­li nogi, chwy­ci­li się za dło­nie, po­spi­na­li kaj­dan­ka­mi, ob­cią­ży­li wię­zien­ny­mi ku­la­mi na łań­cu­chach. Do­strze­gam na­wet ogrom­ne, ko­wal­skie gwoź­dzie, wbi­te w sto­py i upać­ka­ne za­krze­płą krwią! Ani drgną. Za nimi roz­cią­ga się…

Czu­ję dłoń woź­ne­go na ra­mie­niu. Od­wra­cam się, po czym przy­tu­lam do wa­cia­ka.

–  Pust­ka – szep­czę, bo ze stra­chu trud­no po­ru­szać usta­mi.

Męż­czy­zna przy­ta­ku­je dla od­mia­ny. Pusz­cza mnie i sia­da po tu­rec­ku, przez co mamy oczy na tym sa­mym po­zio­mie. Wzdy­cha, wy­cią­ga z kie­sze­ni kot­ka (sztyw­ne­go, jak­by zro­bio­ne­go z obi­te­go fu­trem drew­na). Kła­dę dłoń na zwie­rza­ku. Wy­czu­wam cie­pło.

–  Nie prze­dumarł jesz­cze? – Z za­sko­cze­nia nie my­ślę o ni­co­ści.

Sta­ru­szek dmu­cha mi dy­mem w twarz. Wcią­gam tok­sy­ny i na­gle wiem, skąd bie­rze się nie­ru­cho­mość per­so­ne­lu, nie­ela­stycz­ność kot­ka. Ge­ne­ra­to­ry tra­fił szlag. Mniej lub bar­dziej me­ta­fo­rycz­nie na­pę­dza­ły ten cały bur­del. Straż­ni­cy, ci mo­car­ni, pew­ni sie­bie męż­czyź­ni z są­siedz­twa – do­ro­śli, do cho­le­ry! – po­win­ni ochra­niać dzie­ci, za­po­biec złu. Przy ich wy­szko­le­niu po­raż­ka nie wcho­dzi w grę. Bez­sil­ność wy­kre­śli­li ze słow­ni­ka.

Spo­glą­dam na męż­czy­znę, w do­brze mi zna­ne oczy. Woź­ny uśmie­cha się i od­kle­ja wąsa, cho­ciaż przy­siągł­bym, że jest praw­dzi­wy, naj­praw­dziw­szy ze wszyst­kie­go w tym wstecz-ży­ciu. Po­bruż­dżo­na, wy­chu­dła twarz przy­po­mi­na moją sprzed de­kad.

Chciał­bym po­now­nie spoj­rzeć w pust­kę, lecz woź­ny przy­su­wa się bli­żej i wol­no krę­ci gło­wą. Ni­cość jest bli­sko, bo tra­cę czu­cie. Prze­mie­li­ła straż­ni­ków, wgry­zła się w żel­be­ton, roz­dar­ła papę, za­ję­ła się po­dwór­kiem, wodą, cia­ła­mi przy­ja­ciół.

–  Je­steś mną – poj­mu­ję. – Dla­te­go nie za­sty­głeś.

Z dzie­cin­ną ła­two­ścią wy­mie­nia­my się uśmie­cha­mi. Star­sze ja pusz­cza na­szą młod­szą twarz, po czym się­ga po pa­pie­ro­sa. Wpa­tru­ję się w roz­ża­rzo­ną koń­ców­kę. Zbli­ża się, po­sze­rza, uspo­ka­ja je­dy­nym świa­tłem po­śród pust­ki, któ­ra się­ga po moje nogi, wspi­na się po ple­cach.

Ser­dusz­ko gubi rytm.

Żar roz­ra­sta się, pod­pa­la me rzę­sy.

Wska­ku­ję. Pło­nę w tu­ne­lu.

O kur­czę, ogień.

 

(P)Rzeczywistość

–  Pro­fe­so­rze Mil­gram! Pro­fe­so­rze Mil­gram, do cho­le­ry! Pro­fe­so­rze, to nie jest śmiesz­ne. Służ­bo­wo przy­cho­dzę.

Na­uko­wiec po­ja­wił się tuż za krzy­kli­wym woj­sko­wym. Spo­śród bo­ga­te­go zbio­ru eks­cen­trycz­no­ści, to wła­śnie tą zdol­no­ścią po­zor­nej te­le­por­ta­cji za­sły­nął na całą pla­ców­kę. Nagi, zgar­bio­ny, nie­do­my­ty, ale roz­ba­wio­ny do łez. Przy­naj­mniej tym ra­zem od­pu­ścił so­bie do­no­śne „Bu!”.

–  Mógł­by pan spo­waż­nieć, pro­fe­so­rze. Tak nie wy­pa­da, tak na go­la­sa. Pa­cjen­ci wró­ci­li, na in­tro­fo­nach o tym trą­bią, a dy­rek­to­ra pro­jek­tu ani widu, ani sły­chu. Nie było ich bite osiem go­dzin. USS „El­dri­ge” ma jed­nak zmie­nio­ny nu­mer. – Mó­wił o okrę­cie woj­sko­wym, któ­ry słu­żył ich spe­cy­ficz­nym ce­lom ba­daw­czym od prze­szło wie­ku. – Na pra­wej bur­cie za­miast pięć­dzie­siąt­ki czwór­ki wy­ry­so­wa­no pięć­dzie­siąt­kę trój­kę.

–  Czy­li kla­sycz­nie, tyl­ko wstecz. Pew­nie bez kom­pli­ka­cji. Na­wet z nu­me­ra­mi się zga­dza.

–  Jak to bez kom­pli­ka­cji? A kie­dy­kol­wiek oby­ło się bez kom­pli­ka­cji? – zdzi­wił się żoł­nierz, któ­ry chęt­niej po­szedł­by na ja­kiś front, za­miast prze­sia­dy­wać z za­stę­pem ja­jo­gło­wych.

–  Świat się nie roz­padł – rzu­cił Mil­gram. – Ergo bez kom­pli­ka­cji.

–  Z trój­ki prze­żył je­den – mel­do­wał gość, by nie pal­nąć ko­men­ta­rza z ga­tun­ku tych, któ­rych się póź­niej ża­łu­je. – Dziew­czy­nę ro­ze­rwa­ło aż miło. Po­ło­wa po we­wnętrz­nej, po­ło­wa po ze­wnętrz­nej stro­nie ko­mi­na, śro­dek wto­pio­ny w me­tal, że o krwi nie wspo­mnę. Jak­by ktoś sło­nia szlach­to­wał. – Jed­nak wspo­mniał.

–  Roz­rze­dze­nie, rów­nież krwi. Nor­mal­na spra­wa – skwi­to­wał roz­mów­ca. – Któ­ry z dżen­tel­me­nów prze­trwał? Na Tu­row­skie­go po­sta­wi­łem stów­kę. A pan?

–  Pro­fe­so­rze, mie­li­śmy bez na­zwisk, z ochro­ną da­nych oso­bo­wych – żoł­nierz skar­cił Mil­gra­ma, po czym od razu prze­pro­sił. – Obiekt z ra­kiem je­li­ta gru­be­go czwar­te­go stop­nia nie tra­fił na sta­tek. Wy­lą­do­wał w oce­anie. Nie zdą­ży­li­śmy po­móc. Sztorm i w ogó­le.

–  Czy­li tym ra­zem pa­lacz miał naj­wię­cej szczę­ścia. Jaką wer­sję mu przed­sta­wi­li­ście?

–  Zna­czy się, jaki wci­snę­li­śmy mu kit?

Pro­fe­sor w ta­kich mo­men­tach od­dał­by wie­le, po­szedł­by na­wet wy­kła­dać na uni­wer­sy­te­cie, byle nie pra­co­wać z tę­py­mi osił­ka­mi.

–  Opcja z za­mra­ża­niem, z eks­pe­ry­men­tal­ną hip­no­zą czy z ku­ra­cją elek­trow­strzą­sa­mi? – do­pre­cy­zo­wał.

–  To in­te­lek­tu­ali­sta. – Pra­wi­dło­we wy­po­wie­dze­nie tego sło­wa za­ję­ło woj­sko­we­mu spo­ro cza­su. Wi­dać, że po­wta­rzał za któ­rymś z prze­ło­żo­nych. – Po­sta­wi­li­śmy na trud­ną opcję.

–  Świet­nie, za­tem mro­że­nie wraz z te­ra­pią lęku przed śmier­cią. Uwie­rzył?

–  Pro­szę sa­me­mu prze­czy­tać! – Żoł­nierz po­dał roz­mów­cy pa­mięt­nik. Mil­gram otwo­rzył od razu na ostat­nich stro­nach, od­szedł na dwa kro­ki.

Wpra­wio­ne­mu oku lek­tu­ra nie za­ję­ła dużo cza­su:

 

Ucie­kłem, lecz nie mam się z cze­go cie­szyć. Po­wra­ca pa­mięć z ostat­nich ty­go­dni przed ho­spi­ta­li­za­cją w Dol­no­ślą­skim Cen­trum Cho­rób Płuc, skąd wy­sła­no mnie w da­le­ką po­dróż za nie­ma­łe pie­nią­dze. Czas jak­by spo­wol­nił. Tak po­noć bywa przed śmier­cią. Ja chud­nę, on puch­nie. Nie­dłu­go się roz­sta­nie­my. Z czte­rech wy­mia­rów zo­sta­nie trój­ka.

Dom spo­koj­nej mło­do­ści za­lęgł się w mo­jej gło­wie na wła­sną, pi­sem­ną proś­bę. Igrasz­ki mó­zgu za­po­cząt­ko­wa­no hip­no­te­ra­pią, któ­ra po­zwo­li­ła wy­łu­skać co istot­niej­sze trau­my. Na­stęp­nie ska­li­bro­wa­no pierw­szo­rzę­do­wą oraz aso­cja­cyj­ną korę wzro­ko­wą… czy ja­koś tak – no­men­kla­tu­rę zży­nam z ulot­ki szpi­ta­la woj­sko­we­go w Fi­la­del­fii (na okład­ce umie­ści­li bu­dy­nek The Phi­la­del­phia Na­val Ho­spi­tal – to wy­so­ko­pien­ne mon­strum w sty­lu art déco, co przy­tła­cza pa­cjen­tów ogro­mem). Sam pro­ces na­le­ży do nie­sa­mo­wi­cie in­te­re­su­ją­cych. Wy­świe­tla­no na ekra­ni­ku to­mo­gra­fu li­te­ry: M, Ó, Z, G. Re­zo­nan­sem ma­gne­tycz­nym prze­śle­dzo­no ak­tyw­ność pła­ta po­ty­licz­ne­go. Ma­gia na­uki!

Ko­lej­ny krok sta­no­wi­ło emi­to­wa­nie sied­mio-, dzie­się­cio- oraz dwu­dzie­sto­se­kun­do­wych fil­mi­ków, któ­re pó­zniej od­twa­rza­łem z pa­mię­ci, przy czym mia­ła miej­sce dal­sza ka­li­bra­cja. Po ty­go­dniu le­ka­rze ogło­si­li go­to­wość do od­wró­ce­nia pro­ce­su. Prze­sta­wi­li się na nada­wa­nie – cze­kaj­cie, się­gam po ulot­kę – po­przez po­bu­dza­nie war­stwy ziar­ni­stej. Wy­wo­ła­li ob­ra­zy, któ­rym naj­bli­żej było do ma­rzeń sen­nych.

Na de­ser pół­rocz­na wi­try­fi­ka­cja, czy­li schło­dze­nie cia­ła do za­le­d­wie dwóch stop­ni Cel­sju­sza, oczy­wi­ście z krio­pro­tek­tan­ta­mi w ży­łach oraz – w ra­zie wu, bo za­wsze coś może pójść nie tak – ablu­cje w cie­kłym azo­cie, mi­nus dwie se­tecz­ki na ter­mo­me­trze, za­trzy­ma­nie re­ak­cji che­micz­nych or­ga­ni­zmu, czy­li po­su­wam cię so­plem w zra­ko­wa­cia­ły zad, pła­sko­na­błon­kow­cu!

Ga­snę. No­wo­twór plu­je ja­dem, ja krwią.

Na dniach prze­nio­są mnie na umie­ral­nię, ura­czą THC, tra­ma­lem, ke­to­na­lem, ko­bal­tem, z cza­sem mor­fi­ną, za­le­ją py­ta­nia­mi ni­czym Tu­row­ski piw­ni­cę. Piać będą nad umy­słem, któ­ry z za­ser­wo­wa­nych ob­ra­zów oraz wspo­mnień po­skle­jał na­miast­kę rze­czy­wi­sto­ści, lo­gicz­ne pęk­nię­cia szpa­chlu­jąc la­ta­mi fik­cji. By się uda­ło, naj­waż­niej­sze jest po­noć chło­dze­nie, bo wte­dy w pa­mię­ci po­wsta­je gi­gan­tycz­na wy­rwa – zno­wu ulot­ka, pod­pi­sa­ne: pro­fe­sor Stan­ley Mil­gram (wkle­jo­ne wraz z uspo­ka­ja­ją­cym zdję­ciem chu­dziel­ca w po­sza­rza­łym ki­tlu; cie­ka­we cze­go jest pro­fe­so­rem?).

Nie­ste­ty, za­miast ki­pieć w tym do­li­czo­nym cza­sie szczę­ściem, zmar­kot­nia­łem. Młod­nia­łem, uniesz­czę­śli­wio­ny per­spek­ty­wą wiecz­no­ści. Te­ra­peu­tycz­ny pa­ra­sen za­czął drżeć w po­sa­dach, aż wresz­cie za­la­łem ge­ne­ra­to­ry wodą. Wci­sną­łem wy­łącz­nik. Strze­li­łem sa­mo­bój­cze­go hat-tric­ka. Tak mó­wią ci woj­sko­wi me­dy­cy. Ki­pią opty­mi­zmem, jak­bym mógł się nim ot tak za­ra­zić. Da­łem so­bie tyl­ko na­mą­cić w łe­pe­ty­nie. Przy­naj­mniej za­przy­jaź­ni­łem się ze śmier­cią.

Ale mam plan! So­lid­ny i pro­sty, bo tyl­ko ta­kie mi po­zo­sta­ły. Tuż przed tym, jak sta­nie mój bio­lo­gicz­ny ze­gar, za­pa­lę pa­pie­ro­sa. Wkro­czę w tu­nel pro­wa­dzą­cy na ko­lej­ne po­dwór­ka lub za­nur­ku­ję w nie­by­cie.

 

–  Po­etyc­ko – po­chwa­lił pro­fe­sor Mil­gram. – I, wbrew po­zo­rom, z opty­mi­zmem! Na przy­szłość trze­ba się trzy­mać wer­sji z wi­try­fi­ka­cją, po­sta­no­wio­ne. Na­uko­wy beł­kot wy­ma­ga opa­no­wa­nia przez obiekt spe­cja­li­stycz­ne­go słow­nic­twa, do na­uki wła­śnie, przez to nie ma mowy o zwąt­pie­niu. A jak z po­lem? – do­py­tał, od­da­jąc pa­mięt­nik.

–  Że co? – zdzi­wił się żoł­nierz. – W dal­szym cią­gu nie­sta­tecz­ne.

–  Uni­tar­ne. – Mil­gram wy­raź­nie ak­cen­to­wał każ­dą gło­skę. – Pan za to w dal­szym cią­gu nie ro­zu­mie, o co to­czy się gra.

Roz­mów­ca wbił wzrok w pa­mięt­ni­ko­wą okład­kę. Po­krę­cił gło­wą.

–  Pra­cu­je­my nad roz­rze­dze­niem, nad trans­for­ma­cją ma­te­rii, naj­pro­ściej mó­wiąc. Pole uni­tar­ne do­pro­wa­dza do zmian w struk­tu­rze czą­ste­czek. Pan też się z nich skła­da, to niech pan wy­raź­nie słu­cha. Pro­szę so­bie wy­obra­zić, że jest pan w sta­nie kon­tro­lo­wać od­le­gło­ści mię­dzy tymi, z któ­rych jest pan zbu­do­wa­ny. Od­da­lać lub zbli­żać je od sie­bie. Roz­rze­dzić się do tego stop­nia, że aż stać się, w prak­ty­ce, nie­wi­dzial­nym!

–  Umrzeć? – Męż­czyź­nie ta wi­zja nie przy­pa­dła do gu­stu.

–  Nie żar­tuj­my so­bie z po­waż­nych ba­dań! Mowa o nie­sa­mo­wi­tych kon­cep­cjach! W od­po­wied­nich wa­run­kach, przy od­po­wied­nio opa­no­wa­nej pro­ce­du­rze, moż­na by ukryć na­wet całą pla­ne­tę!

–  To oni, te obiek­ty… – Dość dłu­go szu­kał od­po­wied­nie­go sło­wa, bo nikt tu­taj nie na­zy­wał śmier­tel­nie cho­rych ludź­mi i nie cho­dzi­ło o ochro­nę da­nych. – Roz­rze­dza­ją się, a po ośmiu go­dzi­nach znów ście­śnia­ją?

–  Nie tyl­ko! – Jesz­cze moc­niej pod­nie­cił się Mil­gram. – Ich psy­chi­ka, pa­nie dro­gi! Ich świa­do­mość! Zni­ka! Oni po­dró­żu­ją w cza­sie. Peł­na kon­tro­la tego pro­ce­su daje nam nie­wy­obra­żal­ne moż­li­wo­ści.

Żoł­nierz wpierw spo­waż­niał, lecz po chwi­li par­sk­nął śmie­chem, przez co pro­fe­so­ro­wi obe­rwa­ło się śli­ną. Mil­gram nie stra­cił jed­nak re­zo­nu. Spo­koj­nie wy­tarł twarz w rę­kaw mun­du­ru roz­mów­cy.

–  Nie musi mi pan wie­rzyć. W na­uce scep­ty­cyzm jest na­wet wska­za­ny, po­sza­no­wa­nia god­ny. Pro­wa­dzi­my ba­da­nia od ty­siąc dzie­więć­set czter­dzie­ste­go trze­cie­go roku, od wy­cie­ku jed­ne­go z obiek­tów, nie­ja­kie­go Ala Biel­ka. Wte­dy trze­ba było przy­sto­po­wać, ale nie dziś. Na­opo­wia­da­li­śmy dzien­ni­ka­rzom o ko­smi­tach i tym po­dob­ne bzdu­ry. Dali spo­kój. Od de­ka­dy dzia­ła­my jed­nak na ogrom­ną ska­lę. Je­ste­śmy o krok od od­kry­cia, przy któ­rym wy­na­le­zie­nie koła, lo­ko­mo­ty­wy czy In­ter­ne­tu to nie­wie­le zna­czą­cy dro­biazg.

–  Jesz­cze cze­goś panu nie po­wie­dzia­łem, pro­fe­so­rze. Ten Ry­ba­czek, ten od płuc…

–  Tak? – Mil­gram uda­wał obo­jęt­ność, ale z ca­łych sił li­czył na nie­sa­mo­wi­cie do­bre wia­do­mo­ści.

–  On po na­pi­sa­niu li­stu znik­nął.

–  Opa­no­wa­nie. Kon­tro­la roz­rze­dze­nia – wes­tchnął pro­fe­sor i wresz­cie, od dłu­gie­go cza­su, nie czuł się taki sa­mot­ny.

Cal­lan, li­sto­pad 2016

Ma­rek Zy­chla

 

Uro­dził się 26 mar­ca 1980 roku w Ża­rach. W 2007 roku ukoń­czył stu­dia na Wy­dzia­le Bio­lo­gii UAM w Po­zna­niu, po czym wy­emi­gro­wał do Ir­lan­dii, gdzie za­ło­żył ro­dzi­nę i miesz­ka do dzi­siaj. Pra­cu­je jako księ­go­wy, ka­dro­wy i opie­kun osób nie­peł­no­spraw­nych w KCAT Art&Stu­dy Cen­tre w Cal­lan, w hrab­stwie Kil­ken­ny, w wol­nych chwi­lach pi­su­jąc opo­wia­da­nia, któ­re moż­na zna­leźć w kil­ku­na­stu an­to­lo­giach róż­nych wy­daw­ców. Zy­chla za­zwy­czaj pi­su­je hu­mo­re­ski lub gro­zę, naj­wi­docz­niej lu­bu­jąc się w skraj­no­ściach. Pro­ta­go­ni­ści z jego hor­ro­ro­wych opo­wia­dań wal­czą głów­nie z uro­je­nia­mi wła­snych, scho­ro­wa­nych głów, zaś od czy­tel­ni­ka wy­ma­ga się sku­pie­nia, by z po­zor­ne­go cha­osu, ra­mię w ra­mię z bo­ha­te­ra­mi, dojść do praw­dy. A ta bywa prze­ra­ża­ją­ca, bo cóż może być strasz­niej­sze­go od bun­tu­ją­ce­go się prze­ciw nam umy­słu?

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two GMORK Świąt­kow­ska Ryba sp.j.© Co­py­ri­ght by Ma­rek Zy­chlaWro­cław 2017

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne.All Ri­ghts Re­se­rved.

Ko­rek­ta i re­dak­cja:MA­REK GRZY­WACZDO­MI­NI­KA ŚWIĄT­KOW­SKAKA­MI­LA ŚWIĄT­KOW­SKAJU­STY­NA MA­SE­RAK

Skład:DO­MI­NI­KA ŚWIĄT­KOW­SKA(ebo­ok) PRZE­MY­SŁAW RYBA

Ilu­stra­cja na okład­ce:RO­MAN PA­NA­SIUK

Ilu­stra­cje:KRZYSZ­TOF WROŃ­SKI

Fragment książki

Wy­da­nie I

Żad­na część tej pra­cy nie może być po­wie­la­na i roz­po­wszech­nia­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie i w ja­ki­kol­wiek spo­sób, włącz­nie z fo­to­ko­pio­wa­niem, na­gry­wa­niem na ta­śmy lub przy uży­ciu in­nych sys­te­mów, bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy.

Wy­daw­nic­two Gmork Świąt­kow­ska Ryba Sp.j.ul. Do­mey­ki 16, 53-209 Wro­cławtel: 795 626 546www.gmork.plwy­daw­nic­two@gmork.pl

Pa­tro­ni me­dial­ni:

Ku­pu­jąc wspie­rasz: