Wydawca: Psychoskok Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 216 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przechytrzyć Pana Boga - Stefania Jagielnicka-Kamieniecka


"Przechytrzyć Pana Boga" jest to powieść pełna cierpienia, powagi. Trudna i lekka zarazem. Wątki kryminalne i szpiegowskie przeplatają się z intrygującymi rozważaniami natury egzystencjalnej. Ucieczka przed światem miesza się z afirmacją życia, witalności, piękna i miłości. W zależności od tego, czy ktoś wybierze fabułę i skupi się na sensacyjno-szpiegowskim klimacie, czy drugie dno – krytykę biurokratyzacji życia, pozornej demokracji i wszechobecnych środków nadzoru, powieść ta powinna mu przypaść do gustu.

Patrycja, młoda dziennikarka, osamotniona, nękana przez tajemniczą organizację, szuka w otaczającym ją świecie przestrzeni, w której spokojnie mogłaby zapuścić korzenie. I odetchnąć. Przemieszczając się z miejsca na miejsce, z Polski do Stanów, a następnie do Niemiec, usiłuje odnaleźć spokój dla ciała i ducha. Ukoić nadszarpnięte nerwy. Nieudany związek, znużenie wyścigiem szczurów na rynku pracy, problemy rodzinne oraz powracający niczym senny koszmar Inwigilatorzy zmuszają ją do ciągłej wędrówki. Nie wie jednak, że Wielki Brat czuwa. I nigdy nie wybacza tym, którzy mu odmówili. Beata popełniła ten błąd, postanowiła pójść za głosem sumienia. nie rozsądku. Przyjdzie jej za to zapłacić wysoką cenę.

Stefania Jagielnicka- Kamienieckajest dziennikarką, poetką i powieściopisarką, absolwentką Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, zamieszkałą obecnie w Wiedniu. W 1983 roku uzyskała honorowe dożywotnie członkostwo Arizona Press Club w Phoenix (USA), dokąd wyemigrowała po internowaniu. Otrzymała je za „walkę o możność pisania prawdy”, jak uzasadniono. W Polsce była zatrudniona w „Dzienniku Zachodnim“ w Katowicach, a od roku 1980 w prasie „Solidarności“. Po przeniesieniu się ze Stanów do Niemiec pisała w dziennikach: „Neue Westfälische” w Minden, „Rhein-Neckar-Zeitung” w Heidelbergu i w piśmie Polskiej Misji Katolickiej „Nasze Słowo“. Pod koniec roku 2003 ukazał się tomik jej poezji zatytułowany „Leichter als Atem” (Lżejsza niż oddech), po czym reportaże pod tytułem „Wege zum Erfolg”(Drogi do sukcesu) i ""Wege zur Erfüllung"" (Drogi do spełnienia) oraz wspomnienia zatytułowane „Sprung über den Abgrund” (Skok nad przepaścią). W Niemczech wydano również jej książki napisane w języku polskim: dwie powieści - „Sen“ i „Wielki Manipulator“, wspomnienia „Skok nad przepaścią“ oraz dwa tomiki wierszy. Na polskim rynku wydawniczym ukazało się do tej pory jej osiem powieści: „Z busolą w sercu“, „Samobójcy“, „Siatka w sieci“, „Poezja i miłość”, „Oko w oko ze śmiercią”, „Niebezpieczna miłość”, „Zdeptana róża” oraz ""Więcej niż szczęście"". W styczniu 2012 zdobyła główną nagrodę w Konkursie Literackim Wydawnictwa Astrum za powieść „W żelaznym uścisku”.

Opinie o ebooku Przechytrzyć Pana Boga - Stefania Jagielnicka-Kamieniecka

Fragment ebooka Przechytrzyć Pana Boga - Stefania Jagielnicka-Kamieniecka

Stefania Jagielnicka–Kamieniecka "Przechytrzyć Pana Boga"

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok, 2013 Copyright © by Stefania Jagielnicka–Kamieniecka, 2013

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Wydawnictwo Psychoskok Projekt okładki: Wydawnictwo Psychoskok Zdjęcie okładki © andi braun – sxc.hu Zdjęcie okładki © mokra – sxc.hu Zdjęcie okładki © Iwan Beijes – sxc.hu

ISBN: 978-83-7900-028-9

Wydawnictwo Psychoskok ul. Chopina 9, pok. 23, 62-507 Konin tel. (63) 242 02 02, kom.665-955-131

wydawnictwo.psychoskok.pl

Stefania Jagielnicka – Kamieniecka
Przechytrzyć     Pana Boga 
Wydawnictwo Psychoskok 2013

Rozdział 1

Nagle straciła poczucie grozy całej tej sytuacji, jakby przestała istnieć w realnym świecie. Pozbyła się materialnej powłoki, rozpływając się w niebycie, a raczej w miłości. Tylko to po niej pozostało, nic więcej. Została wchłonięta przez jakąś niepojętą, tkliwą emocję o tak niewyobrażalnej intensywności, że to, co dotychczas uznawała za miłość, jawiło się jej jako blade i mdłe, liche i ckliwe uczucie, rodem ze szmirowatych powieści. Unosiła się wśród galaktyk, w promienistych przestworzach, wchłonięta przez harmonię wszechświata, jak gdyby raz na zawsze wymazany został koszmar ostatnich chwil zamknięty z hukiem za piekielnymi wrotami.

Obudził ją straszliwy ból w klatce piersiowej. Patrycja nie musiała otwierać oczu, by wiedzieć, że jest w szpitalu. Ogarnęło ją wspomnienie horroru przeżytego przed utratą świadomości. Wszystko ożyło na nowo. Słyszała trzask rozpryskujących się na wszystkie strony guzików zapinanej na całej długości sukienki, zaskoczona brutalnością Rafała, który nie zważając na jej przeraźliwy krzyk, jedną ręką ściskał boleśnie nad jej głową jej obie dłonie, a drugą zdzierał z niej ubranie... A potem głowa Rafała zamieniła się w niesamowicie wykrzywioną twarz Toma z szaleńczym błyskiem w oczach, kiedy usłyszała dwa strzały...

– Nie zniosę dłużej tego bólu! – krzyknęła, otwierając oczy.

– Zaraz dostanie pani zastrzyk – powiedziała czuwająca przy niej pielęgniarka.

Nie odezwała się więcej, w milczeniu wykonała to, co zapowiedziała i wyszła. Ból ustąpił niebawem pod wpływem przyjemnego oszołomienia.

„Pewno mnie zoperowali. Chyba... nie umrę!”– pomyślała Patrycja, odczuwając ulgę.

– Co za tragedia, co za rozpacz... Jaka straszna rozpacz! Co teraz z nami będzie?... Co za tragedia – powtarzała szeptem, leżąc nieruchomo, obawiając się każdego ruchu, by nie poczuć bólu.

Rozpłakała się w głos.

– Boże, Boże, co ja teraz pocznę? – powtarzała przez łzy.

Ale zdawała sobie sprawę, że ma też powód do radości. Tak, w głębi duszy cieszyła się. Cieszyła się, że żyje.

„Wszystko lepsze, nawet najgorsze... Wszystko lepsze od śmierci” – pomyślała, wycierając łzy palcami.

Wtem przypomniała sobie owo cudowne uczucie i wizję olśniewającego piękna, które ją poraziły po utracie przytomności. Zdawało się jej, że kiedyś czytała o czymś podobnym. Czyżby te wszystkie bzdury o „życiu po życiu” miały jakiś sens?

Nigdy w to nie wierzyła. Trudno było jej uwierzyć w nieśmiertelność, chociaż wychowała się w katolickiej rodzinie, co już nawet w tamtych czasach należało do rzadkości. Niektórzy byli agnostykami, inni ateistami, a większość należała do Kościoła Wiary Uniwersalnej. W wieku dojrzewania doszła do wniosku, że tylko ludzie naiwni mogą wierzyć w zmartwychwstanie. Przestała uczestniczyć w życiu religijnym, nie chodziła do żadnego kościoła, aczkolwiek kiedyś z ciekawości weszła do jednego z kościołów wiary uniwersalnej, wyznającej istnienie „kosmicznej świadomości”, której cząstkę – według tej wiary – miał w sobie każdy człowiek i która to cząstka po jego śmierci łączyła się ze swą kosmiczną całością, co miało stanowić pełnię szczęścia. W Kościele tym stosowano wszelkie ezoteryczne praktyki, między innymi psychotronikę, biotronikę, feng shui, kabalistykę, numerologię, chirologię i Bóg jeden wie co jeszcze. Chodziło o poznawanie odmiennych stanów świadomości, ich wyzwalanie i poszerzanie, w czym pomagały różnego rodzaju narkotyki. Był to istotnie Kościół uniwersalny, gdyż gromadził wszystkich, niezależnie od preferencji seksualnych. Dopuszczał rozwody, aborcję, a nawet klonowanie, uznawał częściowo Talmud, Koran i Pismo święte, po swojemu je interpretując i odrzucając wszelkie nakazy moralne. Głównym cytatem jego wyznawców z Biblii był ten, że „Bóg nawet we śnie darzy swoich wybranych”. Uważali, że tylko za nich Chrystus umarł na krzyżu. I oczywiście siebie uznawali za wybranych. Na Zachodzie Kościół ów wszedł już do podziemia, gdyż wszystkie te praktyki zostały zakazane, jako związane z chorobami psychicznymi i plagą samobójstw, która przetrzebiła społeczeństwo. W Polsce jednak wciąż był przez państwo uznawany.

Po wejściu do kościoła Patrycja cofnęła się z przerażenia i szybko wyszła, gdyż rozlegały się tam różnego rodzaju niesamowite dźwięki, jakieś trzaski, piski, syki. Podążył za nią „pasterz” (tak nazywali się księża tego Kościoła) i zawołał:

– Dlaczego pani wyszła? Teraz nastąpi główna część naszego nabożeństwa!

Zatrzymała się, zwracając się do niego:

– Weszłam tylko z ciekawości, ale nie zamierzam poddawać się waszym praktykom.

– Chce pani żyć w nieświadomości? – Pasterz wytrzeszczył na nią oczy z udanym zdziwieniem. – Nie chce pani poznać tajemnych sił, które nami rządzą i licznych możliwości ich wykorzystania? Nie chce pani nabyć zdolności nadzmysłowych, nadprzyrodzonych, jasnowidzenia, telepatii...

– A co to ma wspólnego z kosmiczną świadomością? – przerwała mu zniecierpliwiona. – Ze szczęściem połączenia się z nią, które głosicie?

– O, to nie jest takie proste. – Mężczyzna pokręcił głową. – Nie łatwo jest to osiągnąć. Tacy niedowiarkowie jak pani nie osiągają tego stanu za życia, a po śmierci ich świadomość błąka się po ziemi, nie mogąc połączyć się z kosmiczną świadomością. Ale my takim zbłąkanym też pomagamy...

– Nie, nie – przerwała mu znowu – mnie to nie interesuje. Przepraszam, ja już muszę iść.

– Proszę poczekać! – Pasterz usiłował ją zatrzymać. – Dowie się pani, co posiała w swoim ogrodzie podświadomości. Pozna odmienne stany świadomości...

– Mnie to naprawdę zupełnie nie interesuje – rzekła zdecydowanie.

– Chwileczkę! – Mężczyzna chwycił ją za ramię. – Nie interesuje pani wzmocnienie afirmacji i przekazu? Ani energia astralna i doświadczenia poza ciałem?

– Proszę mnie zostawić w spokoju. – Skrzywiła się zniecierpliwiona.

Uwolniła ramię z uścisku i odeszła szybkim krokiem.

***

Przed kilku laty, gdy przebywała w Nowym Yorku, gdzie poznała Toma, dał jej do przeczytania książkę napisaną przez jego matkę, która była głęboko religijną katoliczką. Patrycja znała tę książkę niemal na pamięć, gdyż czytała ją wiele razy. Pod jej wpływem stała się na powrót, przez pewien czas, osobą wierzącą. Trudno zresztą powiedzieć czy tylko na pewien czas. Zawsze wolała słowo Bóg niż transcendencja, nadświadomość czy kosmiczna świadomość. Jednak jej wiara różniła się zasadniczo od tej z książki matki Toma. Wierzyła w ducha piękna, dobra, prawdy, ducha miłości. Wierzyła też w ducha ohydy, zła i kłamstwa, ducha nienawiści. Czasami czuła go nawet w swym wnętrzu, przeżywając straszliwe stany lękowe. Najgorsze jednak były diabły w ludzkiej postaci: informatorzy i animatorzy – funkcjonariusze Unii Globalnej Świadomości.

Nie wiedziała, czy leżało to w ich intencjach czy też umknął ich uwadze fakt, że pierwotne znaczenie słowa „animator” określało człowieka poruszającego marionetkami. Czyżby całe społeczeństwo stanowiło dla nich tylko marionetki? W rzeczy samej, tak właśnie było, a ona stanowiła jedną z nich, nie zdając sobie sprawy z tego, że często nie ponosiła odpowiedzialności za gorzko opłakiwane grzechy.

Oficjalnie wiadomo było, że chodzi o tajnych informatorów i animatorów życia społecznego. Nazywali siebie z dumą duszą społeczeństwa, lecz potocznie mówiono o nich: inwigilatorzy i manipulatorzy. Wszyscy się ich bali. Manipulatorzy kojarzyli się Patrycji z czerwonymi wszami, wypełnionymi wyssaną z mózgów krwią, zaś inwigilatorzy ze szczurami, jak nazywano donosicieli w Stanach. Postanowiła poświęcić życie na walkę z nimi, wstępując do Wolnej Jaźni. Zdawało się jej wtedy, że wreszcie znalazła się na właściwej drodze, chociaż już samo słowo walka wzbudzało w niej niechęć.

– Gdybym nie wstąpił do Wolnej Jaźni, nie potrafiłbym spojrzeć w oczy własnemu synowi, który mógłby mnie kiedyś spytać: „A ty gdzie wtedy byłeś, tato?” – powiedział jej wówczas pewien młody informatyk po jednym z pierwszych zebrań, odbywających się jeszcze w konspiracji przed zarejestrowaniem partii.

I ona tak wówczas myślała. Teraz jednak była przekonana, że ich cynicznie oszukano, że to Unia Globalnej Świadomości, której wówczas usuwał się grunt pod nogami, posłużyła się uczciwymi członkami Wolnej Jaźni jak mięsem armatnim, z góry skazanym na ofiarę. Zadawała sobie pytanie, dlaczego niektórych internowano w luksusowych wręcz warunkach, w porównaniu z więzieniem, w którym ją umieszczono. Zaś po zwycięstwie Wolnej Jaźni w wyborach głównie oni zajęli najważniejsze państwowe stanowiska, dbając o to, by funkcjonariuszom Unii włos z głowy nie spadł. Dręczyły ją wyrzuty sumienia, że zamiast demaskować ich, jako zakamuflowanych inwigilatorów wmawiała sobie, że cierpi na szpiegomanię.

„Ale co by to dało? Prawdopodobnie było tak” – popuściła wodze wyobraźni. „Najinteligentniejsi manipulatorzy, orientując się, jak ogromny opór narasta w społeczeństwie, doszli do wniosku, że należy uprzedzić wybuch sprzeciwu, który mógłby przyjąć tragiczny dla nich obrót. Wymyślili pokojowy ruch „Wolna Jaźń”, na czele którego postawili swoich ludzi. Przecież wyszło podobno na jaw, że nawet jeden z przywódców tego ruchu był ich człowiekiem. Doprowadziło to jednak do rozłamu w Unii Globalnej Świadomości, gdyż większość manipulatorów doszła do wniosku, że jest to zbyt ryzykowny krok. Ale było już za późno, bo ruch ten zaczął im się wymykać z rąk, więc brutalnie zaczęli go zwalczać, wprowadzając w końcu stan wojenny. Cóż się jednak okazało? Cały świat uwolniony już od rządów Unii pospieszył z pomocą zbuntowanemu społeczeństwu dalej walczącemu w podziemiu, doprowadzając do sytuacji, w której manipulatorzy musieli dogadać się z niektórymi uczciwymi działaczami. Jednak tych najuczciwszych wyeliminowano, a pozostałych przekupiono wysokimi stanowiskami, zobowiązując do milczenia, że są wśród nich manipulatorzy. Fakt, że na nic zdałby się ów wspaniały pomysł, gdyby nie udział w ruchu szerokich rzesz uczciwych ludzi, nie był dla nich godny uwagi. Manipulatorzy przekonali ich, że tym motłochem łatwo będzie dalej manipulować. I właściwie mimo zwycięstwa Wolnej Jaźni w wyborach dalej byli górą, a przy tym dysponowali potężnymi środkami, by w następnych wyborach przejąć władzę. Najlepszy dowód, że mimo większości w Sejmie nie udało się Wolnej Jaźni wprowadzenie zakazu wytwarzania i dystrybucji narkotyków. Jakże by Unia mogła zrezygnować z tak świetnych środków ogłupiania i manipulowania, z tak wspaniałego źródła dochodów?”

Nie, wolała o tym nie myśleć, gdyż włos jeżył się jej na głowie. Żałowała, że w ogóle wstąpiła do Wolnej Jaźni. Ale wówczas sądziła, że nie istnieje nic ważniejszego niż walka z inwigilacją i manipulacją oraz z ułatwiającymi ją nałogami, zwłaszcza z narkomanią tudzież z wszelkimi innymi metodami i środkami zniewalania, wytwórczość których i dystrybucję Unia Globalnej Świadomości zalegalizowała, nazywając sposobami „wyzwalania i poszerzania świadomości”. Dotąd nie do pomyślenia było dla niej utożsamienie się z programem jakiejkolwiek partii. Tym razem jednak czuła, że wreszcie znalazła bratnie dusze, gdyż Wolna Jaźń skupiała wszystkich wrogów Unii, niezależnie od poglądów politycznych, wrogów inwigilacji i manipulacji.

Rozdział 2

Patrycja zaczęła rozpamiętywać, jak doszło do rządów tej zbrodniczej partii. Po wykryciu sposobów stymulacji genetycznej oraz szczepionek przeciw wielu chorobom, a także dzięki wymianie organów przeciętna długość życia wydłużyła się niemal do stu pięćdziesięciu lat. Gdy jednak ludzie przestali się bać chorób, rozpowszechniły się nikotynizm, alkoholizm, narkomania, rozwiązłość seksualna, kwitła związana z nimi wytwórczość. Z biegiem lat ludzkość została zaatakowana przez choroby psychiczne, które często kończyły się samobójstwem. Psychiatrzy twierdzili, że przyczynę stanowią różne praktyki ezoteryczne i parapsychologiczne oraz zaśmiecanie wyobraźni plugawą sztuką, literaturą i piekielną muzyką, obrazami gwałtu, zboczonego seksu, a zwłaszcza środki „wyzwalania i poszerzania świadomości”. Byli i tacy, którzy twierdzili, że wywołuje je wirus. Podobno wyhodowano go w unijnych tajnych laboratoriach w celu pozbywania się wrogów. Antidotum stanowiła „czystość psychiczno-moralna”. Należało przestrzegać zasad moralnych, unikać używek, zwłaszcza narkotyków, obrazów przemocy, magii itp. Oczywiście Unia zaprzeczała ich szkodliwości, twierdząc, że są to teorie spiskowe, nie potwierdzone żadnymi naukowymi badaniami. Wielu znajomych Patrycji, mimo wyborczego zwycięstwa Wolnej Jaźni, związanych było z tą zdelegalizowaną już w zachodnim świecie partią. W Polsce stanowiła teraz parlamentarną opozycję. Jej krewni i przyjaciele, którzy przeżyli, byli nieprawdopodobnie manipulowani. Pozostała z nich zresztą niewielka garstka. Trudno było się temu dziwić, skoro Zachód po zdelegalizowaniu u siebie Unii, oczyszczał się kosztem państw Europy środkowo-wschodniej, gdzie partia ta wciąż jeszcze sprawowała rządy. Zasypywał je śmieciami stanowiącymi główny oręż tej zwyrodniałej organizacji począwszy od narkotyków i pornografii, a skończywszy na przeróżnych innych środkach i metodach manipulowania jaźnią. Powszechnie więc w Polsce palono papierosy, upijano się, narkotyzowano, lekceważąc tragiczną statystykę samobójstw. Niestety, pomimo większości w Sejmie, nie udało się Wolnej Jaźni wprowadzić zakazu reklamowania i wytwarzania „środków wyzwalania i poszerzania świadomości”, a także ograniczenie zasięgu „toksycznej” sztuki, muzyki i literatury.

We wczesnej młodości, na pierwszym roku studiów w szkole aktorskiej Patrycja zbuntowała się przeciw religijnym rodzicom, przeciw ich zakazom i nakazom. Paliła papierosy, piła alkohol, uprawiała pewne ezoteryczne praktyki, czytała „toksyczne” książki, słuchała „takiej” muzyki, interesowała ją „taka” sztuka. Wiodła niezbyt cnotliwe życie. Uważała się wówczas za bardzo nowoczesną. Jedynie narkotyki stanowiły dla niej tabu, co zdołała jej wpoić matka. Niemniej na drugim roku studiów zmieniła się. Nastąpiło to pod wpływem niezwykłego przeżycia:

Było już południe, gdy wybrała się na spacer do parku. W powietrzu unosił się zapach kwitnących drzew, ptaki nawoływały się świergotliwie, przyroda promieniała radością, ale ona była na dnie rozpaczy. Poszła do parku, by uśmierzyć ból, bo natura zawsze działała na nią kojąco. Tym razem jednak nie była w stanie jej pocieszyć. Całą noc tonęła we łzach. Jej ukochany przedawkował narkotyki, znaleziono go zbyt późno i nie zdołano uratować. Wciąż go prosiła, by przestał brać, ale on twierdził, że nad tym panuje i wszystko na to wskazywało. Tym razem jednak skończyło się tragicznie.

Cierpiała tak straszliwie, że po raz pierwszy zastanawiała się, czy nie ukoić bólu tabletką, jednak bała się, że jeśli raz spróbuje, to zacznie coraz częściej sięgać po narkotyki. Nie dała się też zaciągnąć przez kolegów i koleżanki na wódkę po pogrzebie. Była obezwładniona rozpaczą.

Spacerowała bezmyślnie, oszołomiona bólem. W pewnym momencie przystanęła naprzeciw ulubionego ogromnego drzewa. Było bardzo oryginalne. Kiedyś znalazła w sieci informację, że pochodzi ono z Japonii i nazywa się Aralia. Gdy przyglądała się mu, jak zwykle z zachwytem, zadzierając do góry głowę, ujrzała nagle na jego szczycie, a właściwie nad nim, na tle błękitnego nieba przepiękną postać, ni to kobiecą, ni to męską, ni to dziecięcą. Było to tak cudowne zjawisko, że wyrwał się jej z ust okrzyk zachwytu i... postać znikła. Patrycja usiadła na ławce, gdyż ugięły się pod nią nogi. Nigdy dotąd nie widziała kogoś czy też czegoś tak pięknego i nie przypuszczała, że kiedykolwiek mogłaby być tak szczęśliwa. W jej sercu nie było najmniejszego śladu po przeżywanej jeszcze przed chwilą rozpaczy.

Przyszło jej na myśl, jak trafne było określenie piękna jako kształtu miłości przez Kamila Cypriana Norwida, z poezją którego niedawno zetknęła się na ćwiczeniach w szkole aktorskiej. W tym momencie zrozumiała na czym to polega, ponieważ oprócz zapierającego dech zachwytu odczuwała ogromną miłość, którą wzbudziło w niej to niepojęte piękno. Przepełniało ją uczucie wielkiej, oszałamiającej miłości. Czystej i abstrakcyjnej, nie związanej z żadnym obiektem. W uszach jej brzmiały dźwięki IX Symfonii Beethovena. Postanowiła, że uczyni wszystko, by znów ujrzeć ów cudowny kształt miłości. Zdawało się jej, że absolutnie nic innego w życiu się nie liczy, zależało jej tylko na tym jednym.

Usiłowała sobie przypomnieć tę cudowną zjawę, ale nie była w stanie, choć widziała ją zaledwie przed chwilą. Po prostu wizja ta przekraczała możliwości jej wyobraźni. Czuła, że to jest Bóg. I właśnie wtedy po raz pierwszy w życiu tak naprawdę uwierzyła w Niego. Przekonało ją o tym owo niezwykłe uczucie miłości.

– Tak – wyszeptała – Bóg jest miłością.

Jednak z biegiem czasu zaczęła sceptycznie podchodzić do tej wizji i zastanawiać się, czy ktoś nie zaaplikował jej podstępnie jakiegoś narkotyku, który ją wywołał. Chcąc się upewnić, sięgnęła po książki o odmiennych stanach świadomości oraz o środkach jej wyzwalania i poszerzania. Jednak na podstawie lektury i własnych przemyśleń doszła do wniosku, że narkotyki poszerzają jaźń tylko na podświadomość, blokują natomiast dostęp do jej głębi, do której nie wpada nic o nikłym ciężarze gatunkowym, gdyż jest to skarbiec, wypełniony wyłącznie wartościowymi uczuciami, takimi jakie odkryła w swym wnętrzu podczas tej cudownej wizji.

Zerwała z dotychczasowym towarzystwem, stała się abstynentką, zaczęła chodzić do muzeów, zwiedzała zabytki, słuchała wyłącznie muzyki klasycznej. Zainteresowała się dziełami wielkich mistyków. W ich przekazach znalazła rozpalające serce uczucie piękna, uczucie czy też poczucie, podobne do tego, jakiego doznała podczas pamiętnego spaceru. Doświadczali oni smaku duchowego przychodzącego wraz z miłością. Doznania te pochodziły z rzeczywistości nieskończonej, nierozpoznawalnej i niewyobrażalnej.

„Trudno jednak nie zauważyć” – rozmyślała po tej lekturze – „z jak wspaniałą architekturą, sztuką, muzyką i literaturą, z jakże pięknymi krajobrazami, stanowiącymi wszak swoiste odzwierciedlenie Bożej wyobraźni, mieli oni na co dzień kontakt.”

Stwierdziła, że to wyobraźnia najmocniej kształtuje poznanie przekraczające zasięg umysłu, czerpiąc ożywcze soki w zasadzie ze świata widzialnego. Zdając sobie z tego sprawę, łatwiej było jej zrozumieć, co działo się z nią, gdy zatruta była obrazami zła, grozy, przemocy, wyuzdanego seksu. W zgłębianej wówczas lekturze znalazła obrazowe określenie tego, co się z nią poprzednio działo: „Diabeł liże swą ofiarę, zanim ją pożre.”

„Można by rzec” – myślała przerażona – „liże duszę, podsuwając wyobraźni świat iluzji i fascynacji złem. Zostaje zerwany kontakt z otaczającą rzeczywistością, zaczyna się widzieć to, co dyskretnie zasugerował demon. Człowiek staje się wewnętrznie bierny, stąd krok do alkoholizmu, narkomanii, nawet samobójstwa w celu uwolnienia się od budzących lęk obrazów, niszczących serce jak zatrute powietrze, które wdychamy.”

Przypomniała sobie, jak kiedyś oglądała w telewizji reportaż z balu nowojorskich homoseksualistów, ukazujący niewyobrażalne wprost orgie seksualne. Pomyślała, że wielu z nich nie urodziło się gejami, lecz stanowiło ofiary atakujących ich na co dzień pornograficznych obrazów ukazujących kobiecość „w całej swej krasie”, narzucając im pragnienie bycia kobietą. Patrzyła na nich właściwie ze współczuciem, nie przyszło jej do głowy, że może to mieć jakiś negatywny wpływ na jej duszę. A jednak tej nocy obudziła się z uczuciem straszliwego lęku, czując przez moment obok siebie, wręcz namacalnie, obecność złego ducha.

Zrozumiała, że kryzys obrazowania religijnego stawiał pod znakiem zapytania wszelką sztukę, muzykę i literaturę, do których triumfalnie wtargnęły demony, wkraczając równocześnie do kultury masowej. Z przerażeniem stwierdziła, że wielu z jej ulubionych artystów miało skażoną wyobraźnię i zamiast dążyć do jej oczyszczenia u psychoterapeutów zatruwało z kolei dusze swych odbiorców, zniekształcając rzeczywistość i blokując ich dostęp do transcendencji.

Przez całe wieki najwyższe pragnienie artystów stanowiło łączenie piękna, dobra i prawdy. „W sztuce chodzi o piękno, czyli formę, o prawdę, czyli treść i koronę tych obu, dobro” – określił to lapidarnie Cyprian Kamil Norwid. Jednakże po drugiej wojnie światowej wielu artystów zwątpiło i zakwestionowało ten układ wartości, co z biegiem czasu stało się dość powszechne, a ona dała się na to nabrać. Szukano przeciwieństw tych idei, które w swej nieskończonej mocy są cechami samego Boga. Piękno zastąpiono kultem brzydoty, prawdę – fałszem, blichtrem, pozorami, dobro – złem, okrucieństwem, wyuzdaniem. Nie trzeba było długo czekać na społeczne rezultaty tych zabiegów. Niespotykane dotąd rozmiary przybrały alkoholizm, narkomania, rozpacz, samobójstwa, akty przemocy i wynaturzonego seksu.

„Teraz wiem” – doznała olśnienia – „dlaczego nigdy dotąd nie dane mi było przeżywanie tak pięknych doznań, jakich dostarczyła mi wizja w parku. „Toksyczna” literatura, muzyka i sztuka zatrzymywały mnie na obrzeżach człowieczeństwa, zaśmiecając świadomość i hamując dostęp do głębi duszy, a za jej pośrednictwem do transcendencji.”

Wciąż jednak nie mogła zrozumieć, dlaczego przeżyła mistyczną wizję w chwili skrajnej rozpaczy. Wyjaśnienie znalazła wiele lat później w książce matki Toma, która obszernie opisała mechanizm związku świadomości z transcendencją, a zwłaszcza strukturę i sens cierpienia, jego oczyszczającą moc, jeśli pokona się je o własnych siłach, bez uciekania się do uśmierzających je środków. Ten fragment książki stał się dla Patrycji objawieniem. Iluminacją, która towarzyszyła jej przez całe życie, pomagając znosić nieszczęścia, jakich jej nie szczędził los.

Rozdział 3

Kiedy po wyborczym zwycięstwie Wolnej Jaźni i jej kilkuletnim sprawowaniu władzy wróciła z emigracji w Niemczech, dokąd przeniosła się po rocznym pobycie w Nowym Yorku, i osiedliła się w Krakowie. Nie miała po co wracać do Katowic, skąd pochodziła. Rodzice już nie żyli a brat był inwigilatorem. Większość krewnych i przyjaciół popełniła samobójstwo. Chętnie utrzymywałaby kontakt z bratem, kochała go, wiedziała, że został do tej działalności podstępnie zwerbowany, ale to on nie chciał się z nią spotykać, by nie być zmuszonym do donoszenia na własną siostrę.

Dom jej znajdował się w pobliżu lasu, w którym co dzień odbywała długie spacery. Niestety znane jej z młodości piękne drzewa iglaste – świerki, sosny i jodły zostały zastąpione drzewami liściastymi, gdyż tamte wydzielały łatwopalne olejki eteryczne, w związku z czym padły ofiarą katastrofalnych pożarów, szalejących podczas letnich upałów. Ale mimo to las stanowił dla niej źródło radości życia. Zwiedzała też zabytki, regularnie chodziła na Wawel, gdzie kontemplowała niepowtarzalną atmosferę tego miejsca. Miała dużo czasu na kontakt z pięknem i rozmyślania, gdyż nie musiała pracować. Miała też środki finansowe na wspomaganie wysiłków wspaniałego prezydenta miasta Krakowa, którego znała z czasów działalności w Wolnej Jaźni, a który energicznie zabrał się do oczyszczania ulic tego pięknego miasta z bezdomnych narkomanów, umieszczając ich w zakładach odwykowo– opiekuńczych i dzielnie walczył z rozbojami. Zresztą i tak nie mogłaby pracować ani w teatrze ani w prasie, gdyż wciąż jeszcze w znacznej mierze były opanowane przez manipulatorów.

W aktorstwie najbardziej pociągała ją literatura, piękne klasyczne teksty. Z upodobaniem uczyła się ich na pamięć w latach pracy w teatrze. Gdy jednak zaczęto coraz częściej wprowadzać do teatru psychodeliczno – pornograficzny repertuar, kilku jej kolegów zmarło z powodu przedawkowania dopalaczy, a dwoje innych popełniło samobójstwo, zwątpiła w możliwość dalszego uprawiania tego zawodu. Nie miała szansy na wykonywanie go w uczciwy sposób, który polegał dla niej na bezinteresownym duchowym oddaniu się widzom, obdarzeniu ich najgorętszymi i najczystszymi uczuciami; w odróżnieniu od wielu kolegów, twierdzących, że w aktorstwie najważniejsze jest, „by publiczność mieć w dupie”.

Z drugiej zaś strony zdawała sobie sprawę, że minęła się z powołaniem. Chciała być pianistką. Ukończyła nawet średnią szkołę muzyczną, ale z powodu urody i próżności postanowiła pójść do szkoły aktorskiej. Okazało się, że źle zrobiła. Chyba jednak nie nadawała się do tego zawodu. Po każdym spektaklu dręczyło ją całonocne rozpamiętywanie jego przebiegu. Przeżywała całe przedstawienie na nowo, dręcząc się licznymi niedoskonałościami swej gry. Usypiała dopiero nad ranem. Gdy ów koszmarny repertuar zaczął dominować, odeszła z teatru, wstąpiła do Wolnej Jaźni i zaczęła pracować jako dziennikarka w tygodniku tej partii. Zrozumiała wówczas, że praca ta bardziej jej odpowiada. Nie tyle dziennikarstwo, co samo pisanie. Uwielbiała tę przejmującą samotność podczas godzin spędzanych przy komputerze, ów wysiłek umysłowy, owo wewnętrzne skupienie.

***

Po powrocie z emigracji bała się, by nie wpaść w jakieś toksyczne towarzystwo. Dbała o czystość umysłu, wyobraźni i serca, tak jak to czyniła w Niemczech, gdzie uwolniono się już w znacznej mierze od zatruwania ciała i duszy, przynajmniej w życiu publicznym. Unikała więc i w Krakowie brudu, chamstwa, hałasu i zgiełku. Unikała przypadkowych kontaktów, starając się zorientować poprzez obserwację różnych środowisk, gdzie należałoby szukać odpowiedniego towarzystwa. Zwłaszcza w Filharmonii i Operze bacznie przyglądała się tutejszym bywalcom i nawiązywała czasami rozmowy, gdyż z takimi osobami najłatwiej przychodziło jej znalezienie wspólnego języka. Niestety, często trafiała na inwigilatorów, którzy ezoterycznymi metodami ściągali jej uwagę. Mimo to najchętniej przebywała w tych dwu miejscach, gdyż muzyka poważna uwolniła się już niemal całkowicie od zgrzytliwych atonalnych dysonansów.

Nie martwiła się zbytnio brakiem towarzystwa. Od dzieciństwa najlepiej czuła się w samotności, najpierw wymyślając sobie różne bajeczki, a później – czytając książkę, odrabiając lekcje, ćwicząc na fortepianie lub odgrywając sceny ze spektaklu, obejrzanego ostatnio w Operze, do której zabierała ją ze sobą sąsiadka pracująca tam jako garderobiana. Lubiła też rozmyślać podczas samotnych spacerów. Miała zawsze tak wiele spraw do przemyślenia.

Mocno utkwiło jej w pamięci pewne dość osobliwe uczucie z najwcześniejszego dzieciństwa. Gdy zostawała w pokoju sama, zdawało się jej, że za drzwiami panuje czarna pusta otchłań, że całe życie koncentruje się tylko tu, gdzie przebywa ona i że powróci również tam za drzwi w momencie, gdy je otworzy. Nie wzbudzało to w niej lęku, wręcz przeciwnie bardzo lubiła to uczucie panowania nad widzialną rzeczywistością.

Odkryła, że wszystkie jej przyjemne wspomnienia, związane są z samotnością. To nie znaczy, że nie lubiła bywać w publicznych miejscach. Ale najchętniej sama. Z innymi wiązały się głównie przykre epizody. Zrozumiała to jednak dopiero teraz. Przedtem zawsze była przekonana, że uwielbia towarzystwo, spotkania, imprezy, a nawet libacje, do których w gruncie rzeczy czuła obrzydzenie. Tak samo było z plotkowaniem przy kawie. Zdawało się jej, że bardzo to lubi, a potem nie mogła sobie darować, że w tak idiotyczny sposób marnuje czas, który mogłaby przeznaczyć, na przykład na czytanie lub słuchanie muzyki. Zawsze otoczona była koleżankami, przyjaciółmi, znajomymi, którzy równie często jej schlebiali jak i ranili, wszystkiego jej zazdroszcząc. Cierpliwie znosiła docinki, także ze strony najbliższych. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego inni, czując się w gruncie rzeczy gorszymi od niej, już to chociażby ze względu na jej urodę, starają się za wszelką cenę wykazać swą wyższość, raniąc ją niemiłosiernie. Tym bardziej, że nie czuła się kimś szczególnym, wartościowszym od innych i uważała, że ją przeceniają. Nie rozumiała prześladującej jej zawiści, gdyż uważała ją za bezpodstawną. Wiedziała, że należy bronić się przed takim traktowaniem, lecz nie potrafiła. Bała się, by nie sprawić komuś przykrości, nawet jeśli zranił ją do głębi. Zamykała się wówczas w sobie i milczała, co prowokowało do eskalacji złośliwości, jako że zadającej ciosy osobie zależało na wytrąceniu jej z równowagi. Reagowała w końcu łzami, obserwując ze zdumieniem satysfakcję prześladowcy.

Najważniejsze jednak w poczuciu pełni szczęścia było chyba to, że nie miała sobie niczego do zarzucenia. I tak jak dotąd powtarzała wiecznie słowa matki: „Sama sobie jesteś winna”, tak wówczas zrozumiała, że to inni – głównie inwigilatorzy i manipulatorzy – wciągnęli ją do tego piekła, jakim jawiła się jej tragiczna przeszłość. Zrozumiała, że należy bać się ludzi, a nie samotności, gdyż trudno rozszyfrować doskonale maskujących się animatorów, a także osoby przez nich manipulowane, nie dysponujące własną wolą.

A jednak mimo wszystko lękała się dalszego samotnego życia, gdyż powszechnie wiadomo było, że pozostawanie w stałym związku emocjonalnym wzmaga naturalną odporność organizmu na psychicznego wirusa, którego ofiarą padały najczęściej osoby samotne. Najgorsze, że zaczęły ją od czasu do czasu dręczyć dziwne stany psychiczne. Wiedziała, iż są to sztuczki wszechobecnych animatorów. Oznaczało to, że jest telepatycznie inwigilowana. Nie wiedziała dokładnie, jak się to robi. Tę tajemną wiedzę posiadali tylko animatorzy i w pewnym stopniu inwigilatorzy. Zdobywali ją na tajnych szkoleniach. Zdołała się jednak zorientować, że na koncertach siadali koło niej podejrzani ludzie, niektórzy używali wręcz jej słownika podchwyconego przez podsłuchy i podglądy, przez czytanie pisanej przez nią powieści, którą wydobywali z komputera, mimo iż zawsze zabezpieczała teksty. Na tych włamywaczy nie było sposobu. Kiedy zaczęły ją nachodzić obce myśli, przestraszyła się nie na żarty. Znowu wtargnęli do jej mózgu.

Pewnego wieczoru podczas słuchania muzyki usłyszała w myśli:

„Nie martw się, jestem z tobą. Zniszczymy wszystkich twoich wrogów. Zaczniemy od matki, ojca i brata.”

Wpadła w