Przebudzenie zmarłego czasu. Powrót - Stefan Darda - ebook + audiobook

Przebudzenie zmarłego czasu. Powrót ebook i audiobook

Stefan Darda

4,3

Opis

Znany przemyski fryzjer, Olgierd Lang, popełnia samobójstwo w dniu, w którym jego niesłusznie skazany na długoletnią odsiadkę siostrzeniec opuszcza zakład karny. Jakub Domaradzki nie może uwierzyć, że jego wuj dobrowolnie targnął się na własne życie, a tajemniczy list pożegnalny pozostawiony przez Langa zdaje się mnożyć znaki zapytania. Tropy prowadzą do najcenniejszego zabytku Muzeum Narodowego Ziemi Przemyskiej. Czy tysiącletnia bizantyńska gemma określana mianem amuletu magicznego skrywa nieznane dotąd tajemnice? Czy w połączeniu ze swoją zaginioną bliźniaczką jest w stanie ożywić zmarły czas? Świadom niebezpieczeństwa, jakie zaczyna mu grozić, Domaradzki postanawia znaleźć odpowiedzi na te pytania. Pewien chłopiec, który kilka lat wcześniej uległ koszmarnemu wypadkowi, bardzo potrzebuje pomocy, a gemma zmarłego czasu może być dla niego jedyną deską ratunku…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 228

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 9 min

Lektor: Stefan Darda

Popularność




Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Irma Iwaszko

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Barbara Linsztet (Lingventa), Maria Śleszyńska

Zdjęcie wykorzystane na okładce

© Joanna Jankowska/Arcangel Images

Copyright © for the text by Stefan Darda

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2019

ISBN 978-83-287-1163-1

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2019

FRAGMENT

Ni ucieknisz od samegu siebi.

Ludwik Zięba

19 listopada 2018 (19.25–19.58)

Wieczorny pociąg Regio z Rzeszowa dojeżdża właśnie do stacji Żurawica. Spoglądam na zegarek. Jest dziewiętnasta dwadzieścia pięć, a więc zapewne będę na miejscu o czasie.

Czuję, że serce bije mi coraz mocniej, chociaż z pozoru nie ma powodów do niepokoju. Przecież Jarosław, do którego dotarłem autobusem z Tomaszowa Lubelskiego, wyglądał identycznie, jak go pamiętałem. Ale zdaję sobie sprawę, że dopiero kiedy zobaczę Przemyśl, okaże się, czy będę mógł tak naprawdę odetchnąć z ulgą.

To już niedługo i wszystko będzie jasne.

Pociąg łagodnie rusza ze stacji w Żurawicy, a ja swoim zwyczajem wychodzę, aby stanąć przy drzwiach wyjściowych. Kusi mnie, żeby cofnąć się, wrócić na miejsce, zamknąć oczy i po prostu odczekać te kilkanaście minut.

Kiedy jeździłem do wujka Olgierda, wolałem kończyć podróż pociągiem, nawet jeśli miałem szybsze połączenie autobusowe z Jarosławia. Nigdy nie żałowałem tych nadprogramowych minut zwłoki.

Czy dziś będzie tak samo?

Staję przy lewych drzwiach twarzą w kierunku jazdy, a potem spoglądam na zewnątrz. Celu mojej podróży jeszcze nie widać, ale wydaje mi się, że pod latarniami jest biało. Przybliżam do szyby twarz i osłaniam ją po bokach dłońmi. Faktycznie, pada drobny śnieg, a na ziemi leży już jego kilkucentymetrowa warstewka. Być może jest to tutaj pierwszy śnieg w tym roku, ale nie mam co do tego pewności. Przecież ostatnio przebywałem zupełnie gdzie indziej…

W niewielkiej szparce pomiędzy prawą dłonią a szybą dostrzegam odbicie szczupłego, stojącego nieruchomo po drugiej stronie korytarzyka, elegancko ubranego mężczyzny. Przyglądam mu się przez chwilę, zastanawiając się, jakim cudem bezszelestnie znalazł się za moimi plecami. Ma na sobie długi płaszcz z futrzanym kołnierzem i jest odwrócony w moją stronę. Nie widzę jego oczu, ponieważ są one skryte przed światłem górnej lampy w cieniu ronda czarnego melonika. Mężczyzna ma blade policzki, długie staromodne wąsiki zawadiac­ko wywinięte lekko do góry i elegancko przyciętą kozią bródkę.

Zamykam oczy, liczę do pięciu i otwieram je znów. On wciąż jest za moimi plecami. Odsuwam twarz od szyby, wkładam dłonie do kieszeni kurtki i odwracam się. To nie było przywidzenie, jestem tego pewien.

Tak samo jestem pewien, że teraz w korytarzu nie ma nikogo poza mną.

Moje serce wywija gwałtownego kozła. Nie, nie dlatego, że boję się zjaw albo duchów. Przez ostatnie trzy lata z kawałkiem spotkałem ich aż nadto, więc zdążyłem się przyzwyczaić. Boję się miejsca, do którego zmierzam, a ten wyglądający znajomo mężczyzna moje obawy nagle podsycił.

Po prawej pociąg mija widoczne w oddali, położone na wzgórzu budynki przemyskiego szpitala umiejscowionego przy wjeździe do miasta od północy. Setki okien, w których tli się nadzieja, ogromny kombinat naprawy ludzi.

Uważnie przypatruję się latarniom i widocznym w ich blasku jaśniejszym zarysom budynków na tle czarnego nieba. Wygląda na to, że nic tu się nie zmieniło. Widzę komin po prawej i bloki osiedla przy Monte Cassino po lewej stronie od szpitala.

Wszystko tak, jak było.

Już nieco uspokojony znowu wyglądam przez szybę po lewej i tym razem, gdy się do niej przybliżam, widzę już w oddali wzgórze, na którym położone jest Stare Miasto i rozciągający się w dolinie Sanu Przemyśl.

Akurat w tej chwili szeroka wstęga rzeki towarzyszy torom kolejowym i drodze prowadzącej do Bolestraszyc. W oddali jaśnieje ta główna, której bieg po polskiej stronie kończy się przejściem granicznym w Medyce. Zlokalizowane przy niej centra handlowe mienią się kolorowymi, przyciągającymi oko, jaskrawymi neonami i podświetlanymi tablicami reklamowymi. Zauważam też charakterystyczny niebieski neon zamontowany na szczycie sześciopiętrowego budynku Sanwilu.

Położone na zboczu wzgórza Stare Miasto jest coraz bliżej i z każdą sekundą zdaje się rosnąć. W tej chwili jest jeszcze dość daleko, a i tak rozsypane na nim jak dziecięce klocki setki pochodzących z różnych epok budynków robią niesamowite wrażenie. Nad nimi widnieje niemal stumetrowa, wieńcząca panoramę wieża przekaźnika, jarząca się czerwonymi światłami.

Obok niej, może sto metrów po lewej, dostrzegam coś, co wygląda na mierzący pewnie około dwudziestu metrów podświetlony jasnym światłem krzyż. Intrygujące. I niepokojące.

Pociąg zatrzymuje się na Stacji Przemyśl Zasanie. Kilkanaścioro pasażerów wysypuje się na peron prawymi drzwiami. Wystawiam głowę na zewnątrz. Jest wyraźnie poniżej zera, moja czapka tkwi w kieszeni kurtki, ale nie zważam na to. Rozglądam się i uspokajam sam siebie, że może jednak wszystko będzie dobrze.

Jakieś dwie minuty później pociąg zaczyna brać łagodnie lewy zakręt, a ja wiem, że teraz trzeba być tu, gdzie jestem, czyli po prawej stronie. Jak dziecko Bożego Narodzenia czekam, aż pociąg, sunąc niespiesznie, ale konsekwentnie, będzie wykonywał zwrot niemal o sto osiemdziesiąt stopni, a Stare Miasto, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zacznie pojawiać się w polu widzenia.

I tak jest w istocie. Wcześniej było oddalone i nieco rozmazane, teraz wygląda monumentalnie, lśni w mroźnym powietrzu jak rozsiane na stromym zboczu niezliczone jubilerskie błyskotki. Wieża katedralna, dzięki charakterystycznej iluminacji przypominająca ogromne drzewko świąteczne, znacznie dominuje nad dachami kamienic i kościelnymi iglicami. Frontony świątyń i ciągnących się coraz wyżej, wznoszonych w różnych epokach budynków jaśnieją dzięki podświetlającym je reflektorom i umiejscowionym niby przypadkowo ulicznym latarniom – białym, żółtym, pomarańczowym, zielonkawym… W oddali, nieco na uboczu po prawej, widać białą basztę Zamku Kazimierzowskiego i powiewającą nad nią polską flagę.

Pociąg z hukiem przypominającym przeciągły grzmot wtacza się na most kolejowy na Sanie i pomimo że skład porusza się wolno, nie sposób zdążyć ogarnąć na spokojnie całej panoramy, której lekko wirujący w podmuchach wiatru śnieg, bielący dachy, skwery, chodniki i ulice, dodaje nierzeczywistej, bajkowej poświaty.

I właśnie, nacieszywszy się niezmienioną, położoną wyżej i najbardziej efektowną częścią Starego Miasta, dostrzegam drugą różnicę.

Pociąg zmierza już w stronę dworca, a ja ponuro patrzę przed siebie. Obawy wracają. Nie mogę uwierzyć w to, co widzę. Pociąg wbija się w krótki tunel Kamiennego Mostu.

*

Wysiadam z wagonu ostatni, jakby dając sobie trochę więcej czasu na to, by stawić czoło nieuniknionemu, próbując objąć rozumem to, co ciągle mam pod powiekami.

Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to wielki pożar, którego skutki już błyskawicznie uprzątnięto. W praktyce jest to niemożliwe, choć teoretycznie pewnie jakoś tam minimalnie prawdopodobne, zwłaszcza że teren jest już jako tako zagospodarowany.

Idę peronem noga za nogą, trochę jak na stracenie, ale przecież nawet jeśli zmieniło się tylko tyle, to nie jest jeszcze tak tragicznie.

Schodzę do tunelu, słysząc dobrze znajome dźwięki. To akordeonista, który grywa tu w nadziei na drobne rzucone mu przez mijających go podróżnych i mieszkańców miasta. Zwykle jest to polonez Ogińskiego i zwykle ten prawdopodobnie domorosły muzyk prezentuje dość swobodny stosunek to zachowania określonego tempa oraz pilnowania wszystkich nut i pauz. Te dźwięki poprawiają mi humor.

Wrzucam mu dziesięć złotych, co zostaje skwitowane pogodnym uśmiechem i kilkoma głośniejszymi akordeonowymi klaksonami, od których bolą uszy. Odwzajemniam uśmiech i patrzę w pogodne niebieskie oczy. Żałuję, że w przeszłości mijałem go obojętnie tyle razy.

Nie jestem jeszcze gotów na konfrontację z miastem, więc postanawiam rzucić okiem na wnętrze dworca. Skręcam w prawo, wchodzę po schodach, a następnie, po pokonaniu kilkudziesięciu metrów wzdłuż budynku, który sprawia wrażenie odnowionego, otwieram solidne przeszklone drzwi i znajduję się w ciepłym wnętrzu.

Na chwilę zapiera mi dech. Idę na środek ogromnego gmachu, nieustannie lustrując wnętrze.

Od zawsze pamiętam, że ściany pomieszczeń tego dworca ozdobione były freskami przedstawiającymi herby miast, panoramę Przemyśla, jakieś postaci, motywy kwiatowe… Ale to wszystko jeszcze w lipcu było tak zaniedbane, że w ogóle nie chciało się patrzeć do góry. Teraz wszystko aż lśni świeżymi farbami, zdobienia są odnowione i podświetlone, złoceniom przywrócono dawny blask, a kolumienki i stiuki wyglądają, jakby zostały wykonane przed kilkoma dniami. Do tego ekskluzywny wygląd pomieszczenia głównego holu dopełniają stylowe, jakby wykonane w poprzedniej epoce kinkiety i żyrandole.

Poruszam się powoli, nie dowierzając temu, co widzę. Mam wrażenie, że albo przeniosłem się w czasie, albo znalazłem się w jakimś niezwykłym muzeum. Odruchowo łapię się za obie kieszenie kurtki. Wszystko jest w porządku. Poza tym kręcący się po dworcu ludzie ubrani są jak na początek dwudziestego pierwszego wieku przystało. Na ścianach wiszą elektroniczne tablice informujące o przyjazdach i odjazdach pociągów.

To dworzec w Przemyślu. Jak to się tutaj często mawia: nie chce być inaczej.

Odwiedzam (a raczej zwiedzam) wszystkie pomieszczenia. Ściany, podłogi, sufity lśnią nowością i dyskretnym dziewiętnastowiecznym luksusem.

Potem głównymi drzwiami wychodzę na plac Legionów.

Śnieg pada niespiesznie, malując na biało stojące na rozległym parkingu samochody. Widzę stąd kamienice przy Mickiewicza, które powinny być zasłonięte innym gmachem.

Raz jeszcze niemal mechanicznie sprawdzam kieszenie kurtki. Najpierw lewą, a potem prawą. Z tej drugiej wyjmuję czapkę, uważając, by wraz z nią nie wysunęło się coś jeszcze.

Myślę, że pewnie ten śnieg za kilka dni zniknie i wspomnienie zimowego wieczoru będzie zupełnie nierealistyczne.

A potem uśmiecham się do siebie niewesoło. Jestem chyba ostatnią osobą, która może twardo stąpać po ziemi i wątpić w to, co dla innych jest niewiarygodne.

– Nawet nie wiesz, czy tak naprawdę wciąż jeszcze żyjesz – mruczę sam do siebie, a potem ostrożnie stawiam kroki na śliskim od śniegu kamiennym bruku.

Rozdział pierwszyOdlot wuja Olgierda

1.

Latem dwa tysiące piętnastego roku kisłem w niewielkim salonie mieszkania z wielkiej płyty. Wokół mnie tomaszowskie blokowisko przy ulicy Jana Paw­ła II dyszało gorącym lipcowym wieczorem. Przez otwarte na oścież okna wlewał się tropikalny upał. Od około dziesięciu dni temperatury po południu dobijały do trzydziestu pięciu stopni Celsjusza, a parne i bezwietrzne noce nie przynosiły ulgi. Pożółkłe od palącego słońca miejskie skwery i trawniki z utęsknieniem czekały na deszcz, ale prognozy pogody nie pozostawiały złudzeń. Gorący wyż znad Afryki usadowił się nad południowo-wschodnią Polską i nic nie wskazywało na to, aby w najbliższych dniach cokolwiek się miało zmienić.

Siedziałem na fotelu w samych slipkach, gapiąc się w ekran telewizora. Dźwięk był wyciszony, puszczali chyba jakiś kryminał. Kiedy akcja filmu, wraz z jednym z bohaterów, przeniosła się do więziennej sali widzeń, sięgnąłem po pilota i zmieniłem kanał. Na Dwójce akurat powtarzano stary skecz. Brali w nim udział trzej lubelscy kabareciarze z Ani Mru-Mru i Cezary Pazura. Wszyscy byli ubrani w więzienne pasiaki.

Pomyślałem, że to jest bardzo, kurwa, śmieszne, i znowu zmieniłem kanał.

Tego dnia brałem prysznic już z pięć razy, ale i tak nie potrafiłem wyzbyć się wrażenia, że moja skóra wciąż cuchnie odorem więziennej celi. No cóż, w końcu przez tych trzydzieści dziewięć miesięcy (bez trzech dni) miała prawo nim przesiąknąć.

Tym razem natrafiłem na jakiś program motoryzacyjny i włączyłem dźwięk, bo panująca w mieszkaniu cisza nagle stała się nie do zniesienia.

Zdałem sobie sprawę, że podświadomie cały czas nasłuchuję odgłosów z kuchni albo z pokoju mamy, choć doskonale pamiętam ponure październikowe popołudnie w dwa tysiące trzynastym i cmentarz przy Zamojskiej. Dowieźli mnie wtedy z pierdla, żebym mógł wziąć udział w jej pogrzebie.

Późniejsze miesiące odsiadki były trudne, ale od wiosny dwa tysiące dwunastego roku już zdążyłem się przyzwyczaić, że poza mamą i wujkiem Olgierdem, który od czasu do czasu przyjeżdżał na widzenie z Przemyśla, i Bartkiem Rebizantem – mieszkającym w Zamościu kolegą z czasów studenckich – nie ma przy mnie nikogo bliskiego. Potem pozostał mi już tylko wujek i zamojski przyjaciel. Siedząc w fotelu i wsłuchując się w odgłos pracującego silnika jakiegoś sportowego auta, zrozumiałem, że teraz będę musiał ponownie przywyknąć do samotności. Jednak czułem, że tutaj, w tym mieszkaniu, w którym spędziłem młodość i sporą część dorosłego życia, może to być znacznie trudniejsze niż w więziennej celi.

W przedpokoju rozległ się agresywnie ćwierkający dzwonek do drzwi, a ja aż podskoczyłem. Od zawsze nienawidziłem tego dźwięku, ale mama go lubiła, więc nauczyłem się go tolerować.

Teraz będę mógł go zmienić na każdy, który mi się tylko spodoba.

Westchnąłem, wciągnąłem na siebie luźny T-shirt i krótkie spodenki, po czym poczłapałem do korytarza. W judaszu ujrzałem dwóch facetów w policyjnych mundurach. Niechętnie otworzyłem drzwi.

– Pan Jakub Domaradzki? – zapytał młodszy z nich.

– Tak, a o co chodzi?

– Starszy posterunkowy Zawada, komenda miejska… – Mniej więcej dwudziestopięcioletni blondyn przedstawił się, salutując regulaminowo do daszka służbowej czapki. – Mamy dla pana… Aha, jakiś dowodzik by się znalazł?

– Cześć, Kuba – przerwał mu drugi z funkcjonariuszy. – Nie wiem, czy mnie poznajesz… Chodziliśmy razem do ogólniaka, tylko ja o klasę niżej.

– Tak, teraz poznaję. – Faktycznie, dotarło do mnie, że znam jego twarz. – Piotrek… Piotr Nowicki?

– Nowacki, poza tym się zgadza – odparł poważnie.

Ja również się nie uśmiechałem. Spotkanie dawnego kolegi w takich okolicznościach raczej nie zapowiadało niczego dobrego. Dostrzegłem w jego oczach powagę zmieszaną z lekką nieufnością. Albo cholera wie co jeszcze. Na mieście być może wciąż jeszcze wielu nie uwierzyło w moją niewinność. A na pewno spora część lokalnej społeczności w dalszym ciągu dawała wiarę temu, że lubię się zabawiać w szkole z małymi chłopcami.

– Możemy na chwilę wejść? – zapytał Piotr.

– Tak, proszę bardzo.

Otworzyłem szerzej drzwi, odsunąłem się na bok, zapraszając policjantów do środka gestem ręki, a potem wyminąłem ich i poprowadziłem do kuchni. Zaproponowałem, aby usiedli. Zrobili to z wyraźnym ociąganiem, jakby nie byli pewni, czy u faceta, który dopiero co wyszedł z kicia, mogą posadzić tyłki przy kuchennym stole.

Postawiłem przed nimi szklanki i napełniłem je w dwóch trzecich niegazowaną wodą z plastikowej butelki. Sobie również nalałem i zająłem miejsce przy oknie.

– Nie wiedziałem, że pracujesz w Tomaszowie – zagadnąłem Nowackiego. – Wydawało mi się, że wyjechałeś do Warszawy…

– Tak było, ale po paru latach służby wróciłem na stare śmieci – odparł, ale widać było, że myśli o czymś innym. – Posłuchaj, Kuba, to nie pora na moje prywatne sprawy…

– Jasne. Zamieniam się w słuch. O co tym razem jestem podejrzany? Po pedofilii i zabójstwie z zamiarem ewentualnym spodziewam się czegoś bardziej spektakularnego. – Nie chciałem, żeby zabrzmiało to cierpko, ale chyba nie starałem się zbyt mocno.

Młodszy z policjantów wpatrywał się w ścianę, a Piotr najpierw odruchowo spuścił wzrok, a potem spojrzał na mnie jakby z wyrzutem.

– Żaden z nas nie doprowadził do tego, co cię spotkało – rzekł. – Jeśli jesteś niewinny, to dobrze, że prawda wyszła na jaw.

– „Jeśli jesteś niewinny”… – powtórzyłem jak echo. – Dobra, Piotrek, chyba nie mam dla was za dużo czasu. Róbcie, co macie robić, i dajcie mi spokój.

Nowacki przeniósł wzrok na swojego kolegę i skinął mu głową. Tamten wyjął z kieszeni niewielki notatnik, przez chwilę w nim czegoś szukał, a potem, nie patrząc mi w oczy, zapytał:

– Pan Olgierd Lang to pański krewny, prawda?

– Zgadza się. To jest mój wujek, mieszka w Przemyślu. Miał mnie dzisiaj odebrać z zakładu w Zamościu, ale chyba mu coś wypadło. Próbowałem się kilka razy do niego dodzwonić, nie odbierał, więc uznałem, że może jakaś usterka samochodu… – Przerwałem, patrząc na znajomego z dawnych lat. – Czy coś się stało, Piotr?

– Cholera, bardzo mi przykro, że to właśnie ja muszę ci o tym powiedzieć…

– Miał wypadek? Jest w szpitalu? – dopytywałem się, ale wyraz twarzy policjantów w zasadzie nie pozostawiał złudzeń, że nie chodzi o szpital.

– Dostaliśmy telefon z Przemyśla, z komendy – kontynuował Nowacki. – Niedawno, ale najpierw dzwonili do Zamościa, sądząc, że tam cię jeszcze zastaną. Potem to spłynęło do nas…

– Powiesz wreszcie?

– Pana wujek nie żyje, panie Domaradzki – odezwał się młodszy z policjantów, przychodząc w sukurs Piotrowi. – Dziś po południu popełnił samobójstwo.

Spojrzałem na niego z niedowierzaniem, a potem przeniosłem wzrok na Nowackiego.

– To prawda?

Odpowiedział mi twierdzącym skinieniem głowy, nie odzywając się ani słowem. Przez chwilę nic nie mówiłem, mając wrażenie, że to jakiś koszmar, z którego za chwilę się obudzę, a potem odetchnąłem głębiej.

– Jak to się stało? Jesteście pewni, że to samobójstwo? Wydaje mi się, że wujek jest… był… ostatnią osobą pod słońcem, która mogłaby targnąć się na własne życie…

– Nie ma wątpliwości. Wyskoczył z okna swojego mieszkania. Drzwi były zamknięte od środka, a na stole leżał list pożegnalny. – Piotr mówił cicho, powoli, ale pewnie. – Miał wprawdzie ręce związane sznurkiem z tyłu, ale węzeł był nieporadny, chłopaki z Przemyśla twierdzą, że na pewno sam go założył i zaplątał. Jakby chciał mieć pewność, że w ostatniej chwili nie zmieni zdania, próbując chronić głowę przed upadkiem… – Nowacki przerwał, jakby powiedział o kilka słów za dużo, a następnie raptownie wstał z krzesła. – Raz jeszcze chciałem powiedzieć, że mi przykro. I ze względu na wujka, i w ogóle… – Wykonał jakiś nieokreślony ruch rękoma, który mógł znaczyć wszystko i nic. – Na nas już pora.

Młodszy już także stał na baczność. Rzucili jeszcze kilka formalnych uwag odnośnie do tego, gdzie znajdę ciało wujka i co powinienem teraz zrobić. Chwilę później zostałem w kuchni sam. Nie fatygowałem się nawet, aby odprowadzić policjantów do drzwi.

Przez głowę przebiegało mi tysiąc myśli, ale najczęściej przewijała się ta, że właśnie zostałem na świecie sam jak palec. Wujek Olgierd, jedyny brat mamy, nie miał dzieci. Po śmierci żony mieszkał samotnie. Moi dziadkowie od dawna nie żyli, podobnie jak tato, który w dwutysięcznym zmarł nagle na zawał. Miałbym jeszcze jedną bliską krewną, ale siostra taty w latach osiemdziesiątych powiesiła się na sznurze do suszenia bielizny po tym, jak nie zaliczyła egzaminu na wydziale prawa lubelskiego UMCS-u. Prawie jej nie pamiętałem. Wiedziałem tylko tyle, że miała na imię Bernadeta. Tato wiele razy, nawet jeszcze niedługo przed zawałem, odgrażał się, że kiedyś dorwie tego sukinsyna, przez którego ze sobą skończyła.

– Podobno to jakiś młody palant, który wyżej sra, niż dupę ma – powtarzał przez kilkanaście lat.

Podejrzewałem, że młody palant zdążył już od tamtego czasu stać się palantem w starszym wieku i zrobić doktorat albo może nawet profesurę.

Dziwne, jakie wspomnienia i myśli nachodzą człowieka w ciężkich chwilach. Siedziałem przy stole z łokciami na blacie i brodą podpartą o pięści. Wpatrywałem się w jakiś odległy punkt, analizując losy swojej rodziny. Nawet nie wiem kiedy z oczu pociekły mi łzy.

Żeby się otrząsnąć, wstałem, wylałem wodę ze szklanek do zlewu i odstawiłem wszystkie trzy na suszarkę. Nie musiałem ich myć, ponieważ z żadnej nie został upity nawet łyk.

Potem poszedłem wyłączyć telewizor, a następnie włożyłem buty, wyjąłem z portfela pięćdziesiąt złotych i opuściłem mieszkanie, pamiętając, aby je za sobą zamknąć. Niektóre nawyki można stracić po paroletniej odsiadce.

Było za późno, by jeszcze tego samego dnia wyruszyć do Przemyśla, ale na tyle wcześnie, żeby zdążyć do najbliższego sklepu z wódą. Prawie zapomniałem smak alkoholu, a okoliczności wydawały się wręcz idealne, aby go sobie przypomnieć.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz