Przebudzenie zmarłego czasu. Powrót - Stefan Darda - ebook + audiobook
Opis

Znany przemyski fryzjer, Olgierd Lang, popełnia samobójstwo w dniu, w którym jego niesłusznie skazany na długoletnią odsiadkę siostrzeniec opuszcza zakład karny. Jakub Domaradzki nie może uwierzyć, że jego wuj dobrowolnie targnął się na własne życie, a tajemniczy list pożegnalny pozostawiony przez Langa zdaje się mnożyć znaki zapytania. Tropy prowadzą do najcenniejszego zabytku Muzeum Narodowego Ziemi Przemyskiej. Czy tysiącletnia bizantyńska gemma określana mianem amuletu magicznego skrywa nieznane dotąd tajemnice? Czy w połączeniu ze swoją zaginioną bliźniaczką jest w stanie ożywić zmarły czas? Świadom niebezpieczeństwa, jakie zaczyna mu grozić, Domaradzki postanawia znaleźć odpowiedzi na te pytania. Pewien chłopiec, który kilka lat wcześniej uległ koszmarnemu wypadkowi, bardzo potrzebuje pomocy, a gemma zmarłego czasu może być dla niego jedyną deską ratunku…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 228

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja:Irma Iwaszko

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Barbara Linsztet (Lingventa), Maria Śleszyńska

Zdjęcie wykorzystane na okładce

© Joanna Jankowska/Arcangel Images

Copyright © for the text by Stefan Darda

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2019

ISBN 978-83-287-1163-1

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2019

Ni ucieknisz od samegu siebi.

Ludwik Zięba

19 listopada 2018 (19.25–19.58)

Wieczorny pociąg Regio z Rzeszowa dojeżdża właśnie do stacji Żurawica. Spoglądam na zegarek. Jest dziewiętnasta dwadzieścia pięć, a więc zapewne będę na miejscu o czasie.

Czuję, że serce bije mi coraz mocniej, chociaż z pozoru nie ma powodów do niepokoju. Przecież Jarosław, do którego dotarłem autobusem z Tomaszowa Lubelskiego, wyglądał identycznie, jak go pamiętałem. Ale zdaję sobie sprawę, że dopiero kiedy zobaczę Przemyśl, okaże się, czy będę mógł tak naprawdę odetchnąć z ulgą.

To już niedługo i wszystko będzie jasne.

Pociąg łagodnie rusza ze stacji w Żurawicy, a ja swoim zwyczajem wychodzę, aby stanąć przy drzwiach wyjściowych. Kusi mnie, żeby cofnąć się, wrócić na miejsce, zamknąć oczy i po prostu odczekać te kilkanaście minut.

Kiedy jeździłem do wujka Olgierda, wolałem kończyć podróż pociągiem, nawet jeśli miałem szybsze połączenie autobusowe z Jarosławia. Nigdy nie żałowałem tych nadprogramowych minut zwłoki.

Czy dziś będzie tak samo?

Staję przy lewych drzwiach twarzą w kierunku jazdy, a potem spoglądam na zewnątrz. Celu mojej podróży jeszcze nie widać, ale wydaje mi się, że pod latarniami jest biało. Przybliżam do szyby twarz i osłaniam ją po bokach dłońmi. Faktycznie, pada drobny śnieg, a na ziemi leży już jego kilkucentymetrowa warstewka. Być może jest to tutaj pierwszy śnieg w tym roku, ale nie mam co do tego pewności. Przecież ostatnio przebywałem zupełnie gdzie indziej…

W niewielkiej szparce pomiędzy prawą dłonią a szybą dostrzegam odbicie szczupłego, stojącego nieruchomo po drugiej stronie korytarzyka, elegancko ubranego mężczyzny. Przyglądam mu się przez chwilę, zastanawiając się, jakim cudem bezszelestnie znalazł się za moimi plecami. Ma na sobie długi płaszcz z futrzanym kołnierzem i jest odwrócony w moją stronę. Nie widzę jego oczu, ponieważ są one skryte przed światłem górnej lampy w cieniu ronda czarnego melonika. Mężczyzna ma blade policzki, długie staromodne wąsiki zawadiac­ko wywinięte lekko do góry i elegancko przyciętą kozią bródkę.

Zamykam oczy, liczę do pięciu i otwieram je znów. On wciąż jest za moimi plecami. Odsuwam twarz od szyby, wkładam dłonie do kieszeni kurtki i odwracam się. To nie było przywidzenie, jestem tego pewien.

Tak samo jestem pewien, że teraz w korytarzu nie ma nikogo poza mną.

Moje serce wywija gwałtownego kozła. Nie, nie dlatego, że boję się zjaw albo duchów. Przez ostatnie trzy lata z kawałkiem spotkałem ich aż nadto, więc zdążyłem się przyzwyczaić. Boję się miejsca, do którego zmierzam, a ten wyglądający znajomo mężczyzna moje obawy nagle podsycił.

Po prawej pociąg mija widoczne w oddali, położone na wzgórzu budynki przemyskiego szpitala umiejscowionego przy wjeździe do miasta od północy. Setki okien, w których tli się nadzieja, ogromny kombinat naprawy ludzi.

Uważnie przypatruję się latarniom i widocznym w ich blasku jaśniejszym zarysom budynków na tle czarnego nieba. Wygląda na to, że nic tu się nie zmieniło. Widzę komin po prawej i bloki osiedla przy Monte Cassino po lewej stronie od szpitala.

Wszystko tak, jak było.

Już nieco uspokojony znowu wyglądam przez szybę po lewej i tym razem, gdy się do niej przybliżam, widzę już w oddali wzgórze, na którym położone jest Stare Miasto i rozciągający się w dolinie Sanu Przemyśl.

Akurat w tej chwili szeroka wstęga rzeki towarzyszy torom kolejowym i drodze prowadzącej do Bolestraszyc. W oddali jaśnieje ta główna, której bieg po polskiej stronie kończy się przejściem granicznym w Medyce. Zlokalizowane przy niej centra handlowe mienią się kolorowymi, przyciągającymi oko, jaskrawymi neonami i podświetlanymi tablicami reklamowymi. Zauważam też charakterystyczny niebieski neon zamontowany na szczycie sześciopiętrowego budynku Sanwilu.

Położone na zboczu wzgórza Stare Miasto jest coraz bliżej i z każdą sekundą zdaje się rosnąć. W tej chwili jest jeszcze dość daleko, a i tak rozsypane na nim jak dziecięce klocki setki pochodzących z różnych epok budynków robią niesamowite wrażenie. Nad nimi widnieje niemal stumetrowa, wieńcząca panoramę wieża przekaźnika, jarząca się czerwonymi światłami.

Obok niej, może sto metrów po lewej, dostrzegam coś, co wygląda na mierzący pewnie około dwudziestu metrów podświetlony jasnym światłem krzyż. Intrygujące. I niepokojące.

Pociąg zatrzymuje się na Stacji Przemyśl Zasanie. Kilkanaścioro pasażerów wysypuje się na peron prawymi drzwiami. Wystawiam głowę na zewnątrz. Jest wyraźnie poniżej zera, moja czapka tkwi w kieszeni kurtki, ale nie zważam na to. Rozglądam się i uspokajam sam siebie, że może jednak wszystko będzie dobrze.

Jakieś dwie minuty później pociąg zaczyna brać łagodnie lewy zakręt, a ja wiem, że teraz trzeba być tu, gdzie jestem, czyli po prawej stronie. Jak dziecko Bożego Narodzenia czekam, aż pociąg, sunąc niespiesznie, ale konsekwentnie, będzie wykonywał zwrot niemal o sto osiemdziesiąt stopni, a Stare Miasto, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zacznie pojawiać się w polu widzenia.

I tak jest w istocie. Wcześniej było oddalone i nieco rozmazane, teraz wygląda monumentalnie, lśni w mroźnym powietrzu jak rozsiane na stromym zboczu niezliczone jubilerskie błyskotki. Wieża katedralna, dzięki charakterystycznej iluminacji przypominająca ogromne drzewko świąteczne, znacznie dominuje nad dachami kamienic i kościelnymi iglicami. Frontony świątyń i ciągnących się coraz wyżej, wznoszonych w różnych epokach budynków jaśnieją dzięki podświetlającym je reflektorom i umiejscowionym niby przypadkowo ulicznym latarniom – białym, żółtym, pomarańczowym, zielonkawym… W oddali, nieco na uboczu po prawej, widać białą basztę Zamku Kazimierzowskiego i powiewającą nad nią polską flagę.

Pociąg z hukiem przypominającym przeciągły grzmot wtacza się na most kolejowy na Sanie i pomimo że skład porusza się wolno, nie sposób zdążyć ogarnąć na spokojnie całej panoramy, której lekko wirujący w podmuchach wiatru śnieg, bielący dachy, skwery, chodniki i ulice, dodaje nierzeczywistej, bajkowej poświaty.

I właśnie, nacieszywszy się niezmienioną, położoną wyżej i najbardziej efektowną częścią Starego Miasta, dostrzegam drugą różnicę.

Pociąg zmierza już w stronę dworca, a ja ponuro patrzę przed siebie. Obawy wracają. Nie mogę uwierzyć w to, co widzę. Pociąg wbija się w krótki tunel Kamiennego Mostu.

*

Wysiadam z wagonu ostatni, jakby dając sobie trochę więcej czasu na to, by stawić czoło nieuniknionemu, próbując objąć rozumem to, co ciągle mam pod powiekami.

Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to wielki pożar, którego skutki już błyskawicznie uprzątnięto. W praktyce jest to niemożliwe, choć teoretycznie pewnie jakoś tam minimalnie prawdopodobne, zwłaszcza że teren jest już jako tako zagospodarowany.

Idę peronem noga za nogą, trochę jak na stracenie, ale przecież nawet jeśli zmieniło się tylko tyle, to nie jest jeszcze tak tragicznie.

Schodzę do tunelu, słysząc dobrze znajome dźwięki. To akordeonista, który grywa tu w nadziei na drobne rzucone mu przez mijających go podróżnych i mieszkańców miasta. Zwykle jest to polonez Ogińskiego i zwykle ten prawdopodobnie domorosły muzyk prezentuje dość swobodny stosunek to zachowania określonego tempa oraz pilnowania wszystkich nut i pauz. Te dźwięki poprawiają mi humor.

Wrzucam mu dziesięć złotych, co zostaje skwitowane pogodnym uśmiechem i kilkoma głośniejszymi akordeonowymi klaksonami, od których bolą uszy. Odwzajemniam uśmiech i patrzę w pogodne niebieskie oczy. Żałuję, że w przeszłości mijałem go obojętnie tyle razy.

Nie jestem jeszcze gotów na konfrontację z miastem, więc postanawiam rzucić okiem na wnętrze dworca. Skręcam w prawo, wchodzę po schodach, a następnie, po pokonaniu kilkudziesięciu metrów wzdłuż budynku, który sprawia wrażenie odnowionego, otwieram solidne przeszklone drzwi i znajduję się w ciepłym wnętrzu.

Na chwilę zapiera mi dech. Idę na środek ogromnego gmachu, nieustannie lustrując wnętrze.

Od zawsze pamiętam, że ściany pomieszczeń tego dworca ozdobione były freskami przedstawiającymi herby miast, panoramę Przemyśla, jakieś postaci, motywy kwiatowe… Ale to wszystko jeszcze w lipcu było tak zaniedbane, że w ogóle nie chciało się patrzeć do góry. Teraz wszystko aż lśni świeżymi farbami, zdobienia są odnowione i podświetlone, złoceniom przywrócono dawny blask, a kolumienki i stiuki wyglądają, jakby zostały wykonane przed kilkoma dniami. Do tego ekskluzywny wygląd pomieszczenia głównego holu dopełniają stylowe, jakby wykonane w poprzedniej epoce kinkiety i żyrandole.

Poruszam się powoli, nie dowierzając temu, co widzę. Mam wrażenie, że albo przeniosłem się w czasie, albo znalazłem się w jakimś niezwykłym muzeum. Odruchowo łapię się za obie kieszenie kurtki. Wszystko jest w porządku. Poza tym kręcący się po dworcu ludzie ubrani są jak na początek dwudziestego pierwszego wieku przystało. Na ścianach wiszą elektroniczne tablice informujące o przyjazdach i odjazdach pociągów.

To dworzec w Przemyślu. Jak to się tutaj często mawia: nie chce być inaczej.

Odwiedzam (a raczej zwiedzam) wszystkie pomieszczenia. Ściany, podłogi, sufity lśnią nowością i dyskretnym dziewiętnastowiecznym luksusem.

Potem głównymi drzwiami wychodzę na plac Legionów.

Śnieg pada niespiesznie, malując na biało stojące na rozległym parkingu samochody. Widzę stąd kamienice przy Mickiewicza, które powinny być zasłonięte innym gmachem.

Raz jeszcze niemal mechanicznie sprawdzam kieszenie kurtki. Najpierw lewą, a potem prawą. Z tej drugiej wyjmuję czapkę, uważając, by wraz z nią nie wysunęło się coś jeszcze.

Myślę, że pewnie ten śnieg za kilka dni zniknie i wspomnienie zimowego wieczoru będzie zupełnie nierealistyczne.

A potem uśmiecham się do siebie niewesoło. Jestem chyba ostatnią osobą, która może twardo stąpać po ziemi i wątpić w to, co dla innych jest niewiarygodne.

– Nawet nie wiesz, czy tak naprawdę wciąż jeszcze żyjesz – mruczę sam do siebie, a potem ostrożnie stawiam kroki na śliskim od śniegu kamiennym bruku.

Rozdział pierwszyOdlot wuja Olgierda

1.

Latem dwa tysiące piętnastego roku kisłem w niewielkim salonie mieszkania z wielkiej płyty. Wokół mnie tomaszowskie blokowisko przy ulicy Jana Paw­ła II dyszało gorącym lipcowym wieczorem. Przez otwarte na oścież okna wlewał się tropikalny upał. Od około dziesięciu dni temperatury po południu dobijały do trzydziestu pięciu stopni Celsjusza, a parne i bezwietrzne noce nie przynosiły ulgi. Pożółkłe od palącego słońca miejskie skwery i trawniki z utęsknieniem czekały na deszcz, ale prognozy pogody nie pozostawiały złudzeń. Gorący wyż znad Afryki usadowił się nad południowo-wschodnią Polską i nic nie wskazywało na to, aby w najbliższych dniach cokolwiek się miało zmienić.

Siedziałem na fotelu w samych slipkach, gapiąc się w ekran telewizora. Dźwięk był wyciszony, puszczali chyba jakiś kryminał. Kiedy akcja filmu, wraz z jednym z bohaterów, przeniosła się do więziennej sali widzeń, sięgnąłem po pilota i zmieniłem kanał. Na Dwójce akurat powtarzano stary skecz. Brali w nim udział trzej lubelscy kabareciarze z Ani Mru-Mru i Cezary Pazura. Wszyscy byli ubrani w więzienne pasiaki.

Pomyślałem, że to jest bardzo, kurwa, śmieszne, i znowu zmieniłem kanał.

Tego dnia brałem prysznic już z pięć razy, ale i tak nie potrafiłem wyzbyć się wrażenia, że moja skóra wciąż cuchnie odorem więziennej celi. No cóż, w końcu przez tych trzydzieści dziewięć miesięcy (bez trzech dni) miała prawo nim przesiąknąć.

Tym razem natrafiłem na jakiś program motoryzacyjny i włączyłem dźwięk, bo panująca w mieszkaniu cisza nagle stała się nie do zniesienia.

Zdałem sobie sprawę, że podświadomie cały czas nasłuchuję odgłosów z kuchni albo z pokoju mamy, choć doskonale pamiętam ponure październikowe popołudnie w dwa tysiące trzynastym i cmentarz przy Zamojskiej. Dowieźli mnie wtedy z pierdla, żebym mógł wziąć udział w jej pogrzebie.

Późniejsze miesiące odsiadki były trudne, ale od wiosny dwa tysiące dwunastego roku już zdążyłem się przyzwyczaić, że poza mamą i wujkiem Olgierdem, który od czasu do czasu przyjeżdżał na widzenie z Przemyśla, i Bartkiem Rebizantem – mieszkającym w Zamościu kolegą z czasów studenckich – nie ma przy mnie nikogo bliskiego. Potem pozostał mi już tylko wujek i zamojski przyjaciel. Siedząc w fotelu i wsłuchując się w odgłos pracującego silnika jakiegoś sportowego auta, zrozumiałem, że teraz będę musiał ponownie przywyknąć do samotności. Jednak czułem, że tutaj, w tym mieszkaniu, w którym spędziłem młodość i sporą część dorosłego życia, może to być znacznie trudniejsze niż w więziennej celi.

W przedpokoju rozległ się agresywnie ćwierkający dzwonek do drzwi, a ja aż podskoczyłem. Od zawsze nienawidziłem tego dźwięku, ale mama go lubiła, więc nauczyłem się go tolerować.

Teraz będę mógł go zmienić na każdy, który mi się tylko spodoba.

Westchnąłem, wciągnąłem na siebie luźny T-shirt i krótkie spodenki, po czym poczłapałem do korytarza. W judaszu ujrzałem dwóch facetów w policyjnych mundurach. Niechętnie otworzyłem drzwi.

– Pan Jakub Domaradzki? – zapytał młodszy z nich.

– Tak, a o co chodzi?

– Starszy posterunkowy Zawada, komenda miejska… – Mniej więcej dwudziestopięcioletni blondyn przedstawił się, salutując regulaminowo do daszka służbowej czapki. – Mamy dla pana… Aha, jakiś dowodzik by się znalazł?

– Cześć, Kuba – przerwał mu drugi z funkcjonariuszy. – Nie wiem, czy mnie poznajesz… Chodziliśmy razem do ogólniaka, tylko ja o klasę niżej.

– Tak, teraz poznaję. – Faktycznie, dotarło do mnie, że znam jego twarz. – Piotrek… Piotr Nowicki?

– Nowacki, poza tym się zgadza – odparł poważnie.

Ja również się nie uśmiechałem. Spotkanie dawnego kolegi w takich okolicznościach raczej nie zapowiadało niczego dobrego. Dostrzegłem w jego oczach powagę zmieszaną z lekką nieufnością. Albo cholera wie co jeszcze. Na mieście być może wciąż jeszcze wielu nie uwierzyło w moją niewinność. A na pewno spora część lokalnej społeczności w dalszym ciągu dawała wiarę temu, że lubię się zabawiać w szkole z małymi chłopcami.

– Możemy na chwilę wejść? – zapytał Piotr.

– Tak, proszę bardzo.

Otworzyłem szerzej drzwi, odsunąłem się na bok, zapraszając policjantów do środka gestem ręki, a potem wyminąłem ich i poprowadziłem do kuchni. Zaproponowałem, aby usiedli. Zrobili to z wyraźnym ociąganiem, jakby nie byli pewni, czy u faceta, który dopiero co wyszedł z kicia, mogą posadzić tyłki przy kuchennym stole.

Postawiłem przed nimi szklanki i napełniłem je w dwóch trzecich niegazowaną wodą z plastikowej butelki. Sobie również nalałem i zająłem miejsce przy oknie.

– Nie wiedziałem, że pracujesz w Tomaszowie – zagadnąłem Nowackiego. – Wydawało mi się, że wyjechałeś do Warszawy…

– Tak było, ale po paru latach służby wróciłem na stare śmieci – odparł, ale widać było, że myśli o czymś innym. – Posłuchaj, Kuba, to nie pora na moje prywatne sprawy…

– Jasne. Zamieniam się w słuch. O co tym razem jestem podejrzany? Po pedofilii i zabójstwie z zamiarem ewentualnym spodziewam się czegoś bardziej spektakularnego. – Nie chciałem, żeby zabrzmiało to cierpko, ale chyba nie starałem się zbyt mocno.

Młodszy z policjantów wpatrywał się w ścianę, a Piotr najpierw odruchowo spuścił wzrok, a potem spojrzał na mnie jakby z wyrzutem.

– Żaden z nas nie doprowadził do tego, co cię spotkało – rzekł. – Jeśli jesteś niewinny, to dobrze, że prawda wyszła na jaw.

– „Jeśli jesteś niewinny”… – powtórzyłem jak echo. – Dobra, Piotrek, chyba nie mam dla was za dużo czasu. Róbcie, co macie robić, i dajcie mi spokój.

Nowacki przeniósł wzrok na swojego kolegę i skinął mu głową. Tamten wyjął z kieszeni niewielki notatnik, przez chwilę w nim czegoś szukał, a potem, nie patrząc mi w oczy, zapytał:

– Pan Olgierd Lang to pański krewny, prawda?

– Zgadza się. To jest mój wujek, mieszka w Przemyślu. Miał mnie dzisiaj odebrać z zakładu w Zamościu, ale chyba mu coś wypadło. Próbowałem się kilka razy do niego dodzwonić, nie odbierał, więc uznałem, że może jakaś usterka samochodu… – Przerwałem, patrząc na znajomego z dawnych lat. – Czy coś się stało, Piotr?

– Cholera, bardzo mi przykro, że to właśnie ja muszę ci o tym powiedzieć…

– Miał wypadek? Jest w szpitalu? – dopytywałem się, ale wyraz twarzy policjantów w zasadzie nie pozostawiał złudzeń, że nie chodzi o szpital.

– Dostaliśmy telefon z Przemyśla, z komendy – kontynuował Nowacki. – Niedawno, ale najpierw dzwonili do Zamościa, sądząc, że tam cię jeszcze zastaną. Potem to spłynęło do nas…

– Powiesz wreszcie?

– Pana wujek nie żyje, panie Domaradzki – odezwał się młodszy z policjantów, przychodząc w sukurs Piotrowi. – Dziś po południu popełnił samobójstwo.

Spojrzałem na niego z niedowierzaniem, a potem przeniosłem wzrok na Nowackiego.

– To prawda?

Odpowiedział mi twierdzącym skinieniem głowy, nie odzywając się ani słowem. Przez chwilę nic nie mówiłem, mając wrażenie, że to jakiś koszmar, z którego za chwilę się obudzę, a potem odetchnąłem głębiej.

– Jak to się stało? Jesteście pewni, że to samobójstwo? Wydaje mi się, że wujek jest… był… ostatnią osobą pod słońcem, która mogłaby targnąć się na własne życie…

– Nie ma wątpliwości. Wyskoczył z okna swojego mieszkania. Drzwi były zamknięte od środka, a na stole leżał list pożegnalny. – Piotr mówił cicho, powoli, ale pewnie. – Miał wprawdzie ręce związane sznurkiem z tyłu, ale węzeł był nieporadny, chłopaki z Przemyśla twierdzą, że na pewno sam go założył i zaplątał. Jakby chciał mieć pewność, że w ostatniej chwili nie zmieni zdania, próbując chronić głowę przed upadkiem… – Nowacki przerwał, jakby powiedział o kilka słów za dużo, a następnie raptownie wstał z krzesła. – Raz jeszcze chciałem powiedzieć, że mi przykro. I ze względu na wujka, i w ogóle… – Wykonał jakiś nieokreślony ruch rękoma, który mógł znaczyć wszystko i nic. – Na nas już pora.

Młodszy już także stał na baczność. Rzucili jeszcze kilka formalnych uwag odnośnie do tego, gdzie znajdę ciało wujka i co powinienem teraz zrobić. Chwilę później zostałem w kuchni sam. Nie fatygowałem się nawet, aby odprowadzić policjantów do drzwi.

Przez głowę przebiegało mi tysiąc myśli, ale najczęściej przewijała się ta, że właśnie zostałem na świecie sam jak palec. Wujek Olgierd, jedyny brat mamy, nie miał dzieci. Po śmierci żony mieszkał samotnie. Moi dziadkowie od dawna nie żyli, podobnie jak tato, który w dwutysięcznym zmarł nagle na zawał. Miałbym jeszcze jedną bliską krewną, ale siostra taty w latach osiemdziesiątych powiesiła się na sznurze do suszenia bielizny po tym, jak nie zaliczyła egzaminu na wydziale prawa lubelskiego UMCS-u. Prawie jej nie pamiętałem. Wiedziałem tylko tyle, że miała na imię Bernadeta. Tato wiele razy, nawet jeszcze niedługo przed zawałem, odgrażał się, że kiedyś dorwie tego sukinsyna, przez którego ze sobą skończyła.

– Podobno to jakiś młody palant, który wyżej sra, niż dupę ma – powtarzał przez kilkanaście lat.

Podejrzewałem, że młody palant zdążył już od tamtego czasu stać się palantem w starszym wieku i zrobić doktorat albo może nawet profesurę.

Dziwne, jakie wspomnienia i myśli nachodzą człowieka w ciężkich chwilach. Siedziałem przy stole z łokciami na blacie i brodą podpartą o pięści. Wpatrywałem się w jakiś odległy punkt, analizując losy swojej rodziny. Nawet nie wiem kiedy z oczu pociekły mi łzy.

Żeby się otrząsnąć, wstałem, wylałem wodę ze szklanek do zlewu i odstawiłem wszystkie trzy na suszarkę. Nie musiałem ich myć, ponieważ z żadnej nie został upity nawet łyk.

Potem poszedłem wyłączyć telewizor, a następnie włożyłem buty, wyjąłem z portfela pięćdziesiąt złotych i opuściłem mieszkanie, pamiętając, aby je za sobą zamknąć. Niektóre nawyki można stracić po paroletniej odsiadce.

Było za późno, by jeszcze tego samego dnia wyruszyć do Przemyśla, ale na tyle wcześnie, żeby zdążyć do najbliższego sklepu z wódą. Prawie zapomniałem smak alkoholu, a okoliczności wydawały się wręcz idealne, aby go sobie przypomnieć.

2.

Następnego dnia prawie nie bolała mnie głowa.

Wypiłem wprawdzie niemal całą połówkę, ale jeszcze przed położeniem się do łóżka dwa razy wymiotowałem, więc nie bardzo były powody do porządnej porannej migreny.

Szybko wziąłem prysznic i spakowałem swoje graty. Dokładnie rzecz biorąc, polegało to głównie na dołożeniu do torby paru kosmetyków, szczoteczki do zębów i jednej zmiany bielizny. Pozostała część dobytku, który zamierzałem ze sobą zabrać, od wczorajszego ranka nie ujrzała nawet światła dziennego.

W całej tej sytuacji było coś surrealistycznego. Kiedy siedziałem w sali sądowej, wysłuchując wyroku, dzięki któremu znów stałem się wolnym człowiekiem, sądziłem, że najtrudniejsze już za mną i teraz tylko wystarczy płynąć z nurtem życia, pamiętając o oddychaniu. Wątpliwości nadeszły, jeszcze zanim wsiadłem do busa jadącego do Tomaszowa. Co teraz? Gdzie znajdę pracę? Czy uda mi się – o ile w ogóle tego zechcę – wrócić do zawodu? Jak zostanę przy­jęty w mieście, w którym spędziłem ponad połowę swojego życia?

Czułem żal do wujka Olgierda, że nawalił. Liczyłem na jego trzeźwe, choć czasem nieznośnie ironiczne spojrzenie na rzeczywistość, ale się zawiodłem.

Gdy o ósmej rano wychodziłem z mieszkania, a potem zbiegałem po schodach, poczucie żalu zamieniło się w złość. Czy naprawdę musiał zawinąć się na tamten świat właśnie w tym momencie? Przecież podczas każdego więziennego widzenia zapewniał mnie, że nie może się doczekać, aż wyjdę.

Od początku wierzył w moją niewinność, chyba jeszcze bardziej niż ja, i gdy wyszła sprawa związana z Emilem, natychmiast uznał, że moje dni w kiciu są policzone, a potem jeszcze będę mógł ubiegać się o spore odszkodowanie za błąd wymiaru sprawiedliwości.

– Powinien być tutaj ze mną – stwierdziłem, otwierając drzwi klatki schodowej.

Mimo wczesnej pory upał na zewnątrz już był trudny do zniesienia.

Skierowałem kroki na przystanek busów, żeby sprawdzić, o której odjeżdża coś do Jarosławia. Okazało się, że jeden za kwadrans, a kolejny za nieco ponad półtorej godziny.

Po chwili zastanowienia uznałem, że wyruszając tym drugim, powinienem jeszcze zdążyć załatwić w Przemyślu to, co najważniejsze. Wszak dwie godziny w tę czy we w tę wujowi Olgierdowi nie powinny robić różnicy. Zwłaszcza że odwiedziny u pewnego szesnastoletniego dżentelmena uważałem za swój obowiązek i bez względu na wszystko nie chciałem z nich zrezygnować.

3.

Pół godziny później lekko zdyszany zatrzymałem się przed niezbyt okazałym parterowym domem z czerwonej cegły przy ulicy Asnyka. Nieotynkowany budynek z drewnianymi oknami, z których odłaziła biała farba, robił wrażenie niezamieszkanego, ale dzięki informacjom uzyskanym za pośrednictwem wujka Olgierda przed paroma tygodniami wiedziałem, że kogoś raczej powinienem w nim zastać.

Na mocno zardzewiałej furtce wisiała tabliczka ostrzegająca przed złym psem i jeszcze gorszym gospodarzem. Po chwili wahania złapałem za klamkę i na moment uchyliłem furtkę, by zaraz nią mocno trzasnąć.

Gospodarza nie musiałem się obawiać, bo z tego, co było mi wiadomo, przebywał akurat w areszcie, ale jeśli chodzi o psa – niczego nie byłem pewien.

Raz jeszcze trzasnąłem furtką i po odczekaniu kilku sekund nacisnąłem klamkę. Rozległ się przeraźliwy pisk nienasmarowanego zawiasu, a skoro nawet po tym nie wyskoczył zza rogu żaden czworonóg, to już mogłem być spokojny, że tabliczka również w pierwszej kwestii jest nieaktualna.

Wejście do domu znajdowało się od strony podwórza.

Po naciśnięciu dzwonka przy drzwiach nie czekałem długo. Otworzyła mi krępa sześćdziesięcioparoletnia kobieta w podomce. Miała farbowane rude włosy, pod którymi widać było kilkucentymetrowe siwe odrosty. Jej poorana zmarszczkami twarz i wory pod przekrwionymi oczyma sugerowały, że może mieć jakieś zmartwienie.

Niech mnie szlag, jeśli nie miała, i to poniekąd z mojego powodu, ale niespecjalnie mnie to obchodziło.

– Czego tu? – zapytała uprzejmie. – Mam wezwać policję już czy dopiero za chwilę?

– Za chwilę – odparłem bez cienia emocji w głosie. – Dzień dobry, pani Hejzner.

Pamiętałem ją dobrze ze swojej rozprawy sądowej. Wtedy była bardziej zadbana, zawsze schludnie ubrana i umalowana jak na mój gust zbyt agresywnie. Za każdym razem siedziała w pierwszym rzędzie, trzymając w dłoni bawełnianą chusteczkę. Nie pamiętam, aby choć raz jej użyła. Może po prostu nadmiernie nie przepadała za swoim chrześniakiem, do którego śmierci znacznie się przyczyniłem.

– Nie będę się z tobą przekomarzać, jełopie – oświadczyła. – Idź stąd.

– Pani wybaczy, ale nie przyszedłem do pani. Chciałbym się zobaczyć z Emilem. I z Justyną.

– A ja bym chciała, żebyś stąd poszedł. – Mówiąc to, zaczęła zamykać drzwi.

– Mamo, przestań – rozległo się z głębi korytarza.

Chwilę potem za plecami Hejznerowej stanęła moja niegdyś dobra koleżanka z licealnej klasy. Ciągle była bardzo ładna, mimo że na jej trzydziestotrzyletniej twarzy pojawiły się pierwsze zmarszczki. Takich powstających w wyniku częstego uśmiechania się nie dostrzegłem.

W ogólniaku podkochiwałem się w Justynie, ale gdy zaczęła chodzić z Danielem Hejznerem, całkiem mi przeszło. Ładne i mądre dziewczyny nie powinny wiązać się z tępymi osiłkami ze starszych klas. Tym bardziej nie powinny zachodzić z nimi w ciążę i rzucać nauki. Wydaje mi się, że to właśnie ze względu na związek mojej niedoszłej sympatii postanowiłem spróbować dostać się na AWF i udowodnić, że wysportowany facet niekoniecznie musi mieć IQ na poziome rozwielitki. Z perspektywy czasu trudno powiedzieć, czy to mi się udało.

Jedno jest pewne – wtedy, gdy spocony od upału i szybkiego marszu stałem w progu domu, który Justynę przygarnął, żałowałem, że nigdy nie byliśmy razem. Myślę, że Daniel wkurzał się na to, że „jego stara” zaczyna mieć zmarszczki. Ja bym się cieszył, mogąc być przy ich powstawaniu.

– Co: „przestań”?! – warknęła Hejznerowa, która na moment najwyraźniej zaniemówiła z oburzenia. – Nie będziesz mi chyba rozkazywać w moim własnym domu? – Odwróciła się i założyła ręce na obfitych piersiach.

– Nie, nie będę – odparła Justyna. – Ale Kuba, jak się okazuje, niczego złego nie zrobił. Przecież wiesz o tym równie dobrze jak ja. No i po tym wszystkim chyba ma prawo spotkać się z Emilem…

Teściowa mojej koleżanki mruknęła pod nosem coś, co niekoniecznie musiało być dowodem, że jest przekonana o mojej niewinności, a potem obrażona na cały świat ruszyła w głąb domu.

– Tylko szybko! – dobiegło z oddali. – Daniel by mnie zabił, gdyby się dowiedział, że… – Dalszego ciągu już nie usłyszałem.

– Wejdź, Kuba – zwróciła się do mnie Justyna. – Ona taka już jest…

– W tej sytuacji trudno się dziwić. W końcu niewykluczone, że jej syn z mojego powodu przez jakiś czas będzie oglądał niebo zza kratek. Nie dokucza wam? Chyba ci teraz ciężko…

– Nie bardziej niż wcześniej. Może nawet teraz jest… – Zawiesiła głos. – Nieważne. Chodź, Emil na pewno ucieszy się na twój widok.

*

Przeszliśmy wąskim korytarzem, którego ściany i sufit wyłożone były boazerią prawdopodobnie pamiętającą jeszcze lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku. W budynku czuć było stęchliznę, co w obliczu panujących na zewnątrz upałów wydawało się dość dziwne.

– Przepraszam za ten zapach – odezwała się cicho Justyna, jakby czytając w moich myślach. – Babcia Emila nie pozwala otwierać okien na przestrzał, bo obawia się przeciągów.

Zastanowiło mnie specyficzne nazwanie teściowej. Brzmiało tak, jak gdyby mowa była nie o matce męża, a o kimś zupełnie obcym.

Pokój, do którego zostałem wprowadzony chwilę później, znajdował się na końcu korytarza, po lewej stronie. Panował w nim półmrok, a zapach – co szczerze mówiąc, mocno mnie zaskoczyło – był znacznie przyjemniejszy od tego w korytarzu. Wyczuwało się w nim delikatną woń mydła, pudru, może jakiejś ziołowej maści… W kontakcie zauważyłem też elektryczny odświeżacz powietrza.

Okno z widokiem na położony po drugiej stronie ulicy zagajnik było lekko uchylone. Łóżko Emila ustawiono w ten sposób, aby mógł patrzeć na zieleń.

– Cześć, kolego – powiedziałem, a potem podszedłem bliżej do chłopca. – Mogę się z nim przywitać? – zapytałem Justynę.

– No jasne.

Delikatnie chwyciłem jego wychudzoną dłoń, wyczuwając pod cienką skórą drobne kości. Miałem wrażenie, że są z delikatnego szkła i zostaną pogruchotane, jeśli choć odrobinę zacisnę na nich palce.

Emil miał głowę skierowaną w stronę okna, lecz jego niewidzące oczy patrzyły chyba gdzieś powyżej. Usta miał rozchylone, a czoło pokryte kropelkami potu. Klatka piersiowa poruszała się delikatnie w rytm ciężkiego, chrapliwego oddechu. Miałem wrażenie, że chłopiec walczy o każdy centymetr sześcienny tlenu.

– Chciałem ci powiedzieć, że nie mogłem się już doczekać naszego spotkania. Jak się miewasz?

Nie spodziewałem się, że odpowie. O ile było mi wiadomo, ostatnie słowo wypowiedział pod koniec marca dwa tysiące jedenastego roku, a więc prawie cztery i pół roku temu. Przechodził przez przejście dla pieszych z piłką do nogi pod pachą. Najpierw potrąciło go auto skręcające na zielonej strzałce. To nie było mocne uderzenie, ale wystarczające, aby dwunastoletni wówczas chłopiec odbił się od zderzaka i zrobił kilka kroków w przód, próbując złapać równowagę, co mu się jednak nie udało, więc upadł na jezdnię już na drugim pasie. Próbował się podnieść i wtedy pędząca z drugiej strony furgonetka najpierw zderzakiem uderzyła Emila w głowę, przejechała po jego ciele przednim kołem, a potem jeszcze tylnym, by ostatecznie wyhamować dopiero kilkanaście metrów za przejściem.

Obrażenia były tak rozległe, że lekarze nie dawali chłopcu praktycznie żadnych szans. Emil był cały połamany, ale najgorszy był uraz czaszki i obrzęk mózgu, przez co neurochirurdzy w Lublinie musieli operacyjnie usunąć fragment czaszki. Wydawało się, że jego dni są policzone, jednak dziecięcy organizm postanowił kurczowo złapać się życia.

– Synku…? – usłyszałem zza pleców głos Justyny. – Jesteś z nami?

Spojrzałem na jego twarz, usiłując nie zwracać uwagi na okropne wklęśnięcie w głowie pozostałe po usunięciu fragmentu sklepienia czaszki. Lewa powieka delikatnie się poruszyła.

– Mówi, że jest – powiedziała jego mama.

Przez pierwszych kilkanaście miesięcy nie było wiadomo, czy Emil w ogóle jest świadomy tego, co się wokół niego dzieje. Były wątpliwości, czy chłopiec jest w stanie wegetatywnym, czy też cierpi na klasyczny zespół zamknięcia, co oznaczałoby, że jest w stanie rejestrować bodźce z zewnątrz, odczuwać zapachy, a nawet dotyk. Liczne badania wykazały, że najprawdopodobniej chodzi o to drugie, ale dowodów nie było żadnych.

Dopiero kilka miesięcy po tym, gdy zostałem skazany, Emil po raz pierwszy skomunikował się ze światem za pomocą delikatnego drgnięcia powieki.

– Teraz już nawet potrafi poruszyć gałkami ocznymi.

Gdy tylko Justyna wypowiedziała ostatnie słowo, jej syn zrobił właśnie to, o czym wspomniała. Teraz patrzył już dokładnie w odsłonięte okno, najprawdopodobniej mając mnie w zasięgu wzroku.

– Przyszedłem, żeby ci podziękować – powiedziałem, wciąż trzymając w palcach jego kruchą dłoń i uważając, żeby w emocjach jej nie ścisnąć. – Wielu ludzi zrobiło dla mnie mnóstwo dobrych rzeczy, ale nikt aż tyle co ty, chłopaku… – Musiałem na moment przerwać, bo wzruszenie zaczęło ściskać mi krtań. – Wiesz, mam teraz coś ważnego do załatwienia w Przemyślu. Pewnie trochę mnie nie będzie, ale cały czas będę o tobie pamiętał… I zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby w miarę możliwości postarać się ci odwdzięczyć…

Patrzyłem na jego chudą, wymizerowaną i bladą jak papier twarz. Można było odnieść wrażenie, że czas dla Emila zatrzymał się parę lat temu. Syn Justyny, teraz już prawie dorosły, zdawał się być dwunastolatkiem zamkniętym w ciele kogoś o kilka lat starszego. Jego umysł, na szczęście dla mnie, jednak działał prawidłowo.

– Twoja mama mówiła mojemu wujkowi, że lubisz westerny – odezwałem się znów, tym razem puszczając dłoń chłopca i sięgając po swoją torbę. – Mam dla ciebie dwa na DVD.

Poprzedniego dnia, gdy już straciłem nadzieję, że wuj Olgierd odbierze mnie spod więzienia, poszedłem do centrum Zamościa i kupiłem dwa filmy: Bez przebaczenia i Prawdziwe męstwo.

– Nie wiem, może widziałeś…

– Tych jeszcze nie mamy – powiedziała Justyna.

– To mam nadzieję, że ci się spodobają… – Położyłem pudełka z płytami na kołdrze. – W razie czego pewnie mama ci trochę pomoże…

– Z chęcią – dobiegło znów zza moich pleców, a zaraz potem poczułem dłoń na ramieniu.

– Ten z Clintem Eastwoodem widziałem, jest świetny – dodałem. – Drugi też zdążyłem obejrzeć, zanim mnie zapuszkowali. Jest o takiej dzielnej dziewczynce… Prawie tak dzielnej jak ty, kolego, ale nie będę ci go przecież opowiadał…

Wstałem.

– Raz jeszcze powiem, że nie wiem jak ci dziękować, Emil.

Wtedy Justyna zbliżyła usta do mojego ucha i powiedziała:

– Przytul go… Od tamtego dnia nie miał okazji doznać czegoś takiego od mężczyzny i wydaje mi się, że bardzo by tego potrzebował…

Poszedłem za jej radą, starając się to zrobić jak najdelikatniej. Niezdarny uścisk trwał kilkanaście sekund.

Gdy się wyprostowałem, zauważyłem łzę spływającą chłopcu z kącika oka.

*

Justyna odprowadziła mnie do furtki.