Wydawca: Videograf Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 739 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przebudzenie - Piotr Rozmus

Miasto nawiedza nowy wymiar zła - kontynuacja bestsellerowej "Bestii". Od okrutnych i krwawych wydarzeń, które rozegrały się w Szczecinku, mijają trzy lata. Lokalna społeczność powoli o nich zapomina, a miasto znów zaczyna tętnić życiem. Turyści i mieszkańcy cieszą się upalnym latem, okupują miejscowe plaże, szaleją na nartach wodnych i korzystają z wszelkich atrakcji urokliwego Szczecinka. Nieopodal parku swoje podwoje otwiera olbrzymie wesołe miasteczko, a jedna z największych polskich telewizji zamierza nagrać wakacyjny program. Tymczasem para dzieciaków podczas przejażdżki rowerowej odkrywa zwłoki wędkarza. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że mężczyzna został zamordowany i to w wyjątkowo brutalny sposób. Podczas eksploracji szczecineckich podziemi z okresu II wojny światowej jeden z konserwatorów zabytków wpada w szał i rzuca się na towarzyszącego mu kolegę. Dyrektor lunaparku zostaje zamordowany, a zrozpaczeni rodzice zgłaszają zaginięcie ośmioletniej dziewczynki… Mimo usilnych prób zachowania sprawy w tajemnicy informacja wycieka do prasy. W mieście znów zaczyna panować chaos. Nowo wybrany burmistrz wyraźnie nie radzi sobie z presją. Wraz z prokuratorem angażują w sprawę śledczego ze Szczecina, który ma pomóc lokalnej policji w ujęciu psychopatycznego mordercy. Prowadzący sprawę policjanci z każdym dniem utwierdzają się w przekonaniu, że koszmar zaczął się na nowo. Podejrzewają, że w Szczecinku pojawił się naśladowca bestii, która sparaliżowała miasto przed laty. Mieszkańcy mają inną teorię – uważają, że Szczecinek został nawiedzony.

Opinie o ebooku Przebudzenie - Piotr Rozmus

Fragment ebooka Przebudzenie - Piotr Rozmus

Re­dak­cja

Anna Se­we­ryn

Pro­jekt okład­ki

Da­riusz Ko­cu­rek

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład i ła­ma­nie

Da­mian Wa­la­sek

Opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Ur­szu­la Bań­ce­rek

Wy­da­nie I, Cho­rzów 2016

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-500 Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3 C

tel. 600 472 609

of­fi­ce@vi­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

01-942 War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa 21

tel. 22 663 98 13, fax 22 663 98 12

dys­try­bu­cja@dic­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów 2016

Tekst © Piotr Roz­mus

ISBN 978-83-7835-566-3

Dia­beł ni­g­dy nie sta­nie twa­rzą w twarz.

Jo­se­ma­ría Escri­vá de Ba­la­gu­er

Po­wieść de­dy­ku­ję mo­je­mu ojcu, Jó­ze­fo­wi Roz­mu­so­wi, któ­re­go nie ma już z nami.

Tak na­praw­dę od nie­go wszyst­ko się za­czę­ło. Gdy by­łemmały, przy­niósł mi sta­rą ma­szy­nę do pi­sa­nia i po­wie­dział: „Pisz”. Pi­szę więc… Po­wie­dział też inne zna­mien­ne sło­wa: „Ptak, aby po­le­cieć, po­trze­bu­je dwóch skrzy­deł. Z czło­wie­kiem jest po­dob­nie. Jed­no skrzy­dło to wia­ra, a dru­gie pra­ca”. Pra­cu­ję więc i… wie­rzę.

Dzię­ki, tato. Wiem, że tam, gdzie te­raz je­steś, je­steś szczę­śli­wy.

Prolog

Wro­na prze­mie­rza­ła szcze­ci­nec­kie nie­bo wy­ma­lo­wa­ne przez wscho­dzą­ce lip­co­we słoń­ce bar­wa­mi pur­pu­ry i różu. Prze­le­cia­ła nad od­bi­ja­ją­cą ko­lo­ro­we re­flek­sy gład­ką ta­flą je­zio­ra, po­tem mi­nę­ła roz­cią­ga­ją­ce się w dole pa­smo ciem­nych drzew, ob­ni­ży­ła lot nad czer­wo­ny­mi da­cha­mi do­mów osie­dla Ge­ne­ral­skie­go, któ­re­go miesz­kań­cy do­pie­ro le­ni­wie opusz­cza­li swo­je łóż­ka, i za­krę­ciw­szy po­kaź­ne koło, osta­tecz­nie usia­dła na czub­ku jed­ne­go ze świer­ków, tuż nie­opo­dal szcze­ci­nec­kie­go bun­kra z cza­sów woj­ny. Pierw­sze pro­mie­nie od­bi­ja­ły się w jej ru­bi­no­wych ślep­kach, przy oka­zji na­da­jąc czer­ni skrzy­deł do­dat­ko­wy blask. Były zwia­stu­nem bu­dzą­ce­go się do ży­cia go­rą­ce­go pierw­sze­go dnia lip­ca, a ten z ko­lei obiet­ni­cą po­god­ne­go lata, na któ­re z utę­sk­nie­niem wy­cze­ki­wa­li szcze­ci­nec­cza­nie.

Ptak z nie­zwy­kłą sta­ran­no­ścią od­da­wał się po­ran­nej to­a­le­cie, za­nu­rza­jąc dziób naj­pierw pod jed­nym, po­tem pod dru­gim skrzy­dłem, od cza­su do cza­su za­baw­nie po­trzą­sa­jąc łeb­kiem. Wo­kół pa­no­wa­ła ci­sza, nie li­cząc śpie­wu jego po­bra­tym­ców, przed­sta­wi­cie­li in­nych ga­tun­ków, do obec­no­ści któ­rych wro­na zdą­ży­ła się już przy­zwy­cza­ić. Czu­ła się spo­koj­na.

I wte­dy na­gle prze­raź­li­wy zgrzyt wkom­po­no­wał się w ka­ko­fo­nię zna­jo­mych dźwię­ków, spra­wia­jąc, że nie­któ­re z pta­ków po­de­rwa­ły się do lotu, opusz­cza­jąc gę­ste ko­ro­ny drzew, inne uci­chły zu­peł­nie, prze­ra­żo­ne pró­bo­wa­ły zlo­ka­li­zo­wać źró­dło ha­ła­su, oce­nić nie­bez­pie­czeń­stwo. Ko­lej­ne skrzyp­nię­cie było jesz­cze bar­dziej do­no­śne i osta­tecz­nie wy­pło­szy­ło resz­tę ptac­twa, któ­re nie zde­cy­do­wa­ło się na uciecz­kę za pierw­szym ra­zem.

Wro­na sie­dzia­ła bez ru­chu, jak za­hip­no­ty­zo­wa­na, mru­ga­jąc świe­cą­cy­mi oczka­mi, wpa­try­wa­ła się w nie­co­dzien­ne zja­wi­sko. Mi­nę­ła dłuż­sza chwi­la, za­nim znów po­de­rwa­ła się do lotu, okrą­ży­ła bu­dy­nek za­byt­ko­we­go bun­kra i usia­dła na jed­nej z żół­tych ba­rie­rek roz­cią­gnię­tych wo­kół bu­dow­li. Nie bę­dąc pew­na, czy za­cho­wa­ła bez­piecz­ną od­le­głość od cen­trum wy­da­rzeń, od­sko­czy­ła o kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów. Za­skrze­cza­ła, jak­by chcia­ła za­zna­czyć swo­ją obec­ność, a po­tem wle­pi­ła spoj­rze­nie w po­tęż­ne sta­re drzwi.

***

– Le­piej patrz pod nogi – po­wie­dział Ma­ko­wiec­ki do ko­le­gi, gdy prze­kra­cza­li próg bun­kra. – Scho­dy może i nie są bar­dzo stro­me, ale na pew­no czę­ścio­wo ukru­szo­ne. Uwa­żaj na po­zo­sta­ło­ści ce­gieł.

Ra­biń­ski przy­sta­nął w miej­scu, opie­ra­jąc rękę na fu­try­nie.

– A tak wła­ści­wie to dla­cze­go mam iść pierw­szy?

– Tak ja­koś wy­szło – od­parł Ma­ko­wiec­ki, lek­ko się uśmie­cha­jąc. Kie­dy zro­zu­miał, że ko­le­ga cze­ka na kon­kret­ny ar­gu­ment, do­rzu­cił bez za­sta­no­wie­nia: – A poza tym je­steś niż­szy i lżej­szy.

Ra­biń­ski prych­nął.

– A co to niby ma do rze­czy?

– Ano to, że jak się wy­rżniesz, bę­dziesz miał bli­żej do zie­mi. Na do­da­tek wa­żysz tyle, co do­rod­ny ko­ciak. Cięż­ki upa­da cię­żej i…

– Daj mi no cho­ciaż lep­szą la­tar­kę – prze­rwał Ra­biń­ski, wy­ry­wa­jąc ko­le­dze urzą­dze­nie z ręki, swym wy­glą­dem przy­po­mi­na­ją­ce cię­ża­rek ket­tle­bell, jed­no­cze­śnie prze­ka­zu­jąc mu zwy­kłą pod­ręcz­ną la­ta­recz­kę.

Nie miał ocho­ty słu­chać da­lej tych bzdur, i tak był na prze­gra­nej po­zy­cji. Młod­szy wiek, mało im­po­nu­ją­cy staż i te­raz oka­zy­wa­ło się, że na­wet wa­run­ki fi­zycz­ne – wszyst­ko to dzia­ła­ło na jego nie­ko­rzyść.

Praw­dą było, że tych dwóch róż­ni­ło wie­le. Ry­szard Ma­ko­wiec­ki był sześć­dzie­się­cio­trzy­let­nim, mie­rzą­cym pra­wie dwa me­try dziad­kiem, od­li­cza­ją­cym ostat­nie wło­sy na czub­ku gło­wy i lata do eme­ry­tu­ry. Prze­my­sław Ra­biń­ski, ze swo­im wzro­stem lek­ko prze­kra­cza­ją­cym sto sześć­dzie­siąt cen­ty­me­trów, buj­ną fry­zu­rą i grzyw­ką cią­gle opa­da­ją­cą na oczy, któ­rą od cza­su do cza­su usu­wał z czo­ła prze­sad­nym dmuch­nię­ciem, wy­glą­dał przy nim jak dzie­ciak. Ma­ko­wiec­ki był żo­na­ty i dzie­cia­ty, a ostat­ni­mi cza­sy do­cze­kał się na­wet wnu­cząt, a Ra­biń­ski… cóż… w wie­ku trzy­dzie­stu czte­rech lat nie miał na­wet dziew­czy­ny. Choć on sam był in­ne­go zda­nia, wie­lu za­czę­ło przy­cze­piać mu już ety­kiet­kę sta­re­go ka­wa­le­ra.

Były jed­nak rze­czy, któ­re ich łą­czy­ły: wza­jem­na i co­raz rza­dziej skry­wa­na nie­chęć i ten sam za­wód, któ­ry – jak Ma­ko­wiec­ki pod­kre­ślał wie­lo­krot­nie – wy­ko­ny­wał co naj­mniej tyle lat, ile li­czył so­bie jego młod­szy ko­le­ga. Byli kon­ser­wa­to­ra­mi za­byt­ków i pra­co­wa­li w szcze­ci­nec­kim ra­tu­szu. Ma­ko­wiec­ki prze­żył tyle ka­den­cji urzę­du­ją­cych bur­mi­strzów, że chy­ba na­wet nie był w sta­nie ich wy­mie­nić w po­rząd­ku chro­no­lo­gicz­nym. Sam zresz­tą wśród per­so­ne­lu urzę­du mia­sta cie­szył się uzna­niem i po­sza­no­wa­niem jak nie­je­den z nich. Szcze­gól­ną sym­pa­tią za­pa­łał do nie­go nie­daw­no ustę­pu­ją­cy bur­mistrz, któ­ry był jego ró­wie­śni­kiem. Przez dwie ka­den­cje po­ran­ki roz­po­czy­na­ne od wspól­nej kawy sta­ły się już co­dzien­nym ry­tu­ałem i ni­ko­go nie dzi­wił fakt, że ły­sie­ją­cy dry­blas za­wsze swo­je pierw­sze kro­ki kie­ro­wał do ga­bi­ne­tu bur­mi­strza.

Od dzie­się­ciu mie­się­cy, od­kąd urząd ob­jął mło­dy Da­riusz Duda, spra­wy wy­glą­da­ły zu­peł­nie ina­czej. Ma­ko­wiec­ki ubo­le­wał nad fak­tem, że za­le­d­wie trzy­dzie­sto­ośmio­let­ni fa­cet za­siadł w fo­te­lu bur­mi­strza. Sam nie gło­so­wał na nie­go i przy każ­dej nada­rza­ją­cej się oka­zji pró­bo­wał od­wieść od ta­kich za­mia­rów wszyst­kich tych, któ­rzy w swej bez­myśl­no­ści je prze­ja­wia­li. Jed­nak oka­za­ło się, że mło­dy Duda spra­wił nie­spo­dzian­kę i przy jego na­zwi­sku krzy­żyk po­sta­wi­ło kil­ku­set miesz­kań­ców wię­cej niż przy na­zwi­sku jego prze­ciw­ni­ka. Ma­ko­wiec­kie­go obu­rzył ów fakt, po­dob­nie zresz­tą jak to, że mło­dzian nie oka­zy­wał mu sza­cun­ku, na jaki za­słu­gi­wał. Pró­bo­wał jed­nak tłu­ma­czyć so­bie, że ja­koś prze­trzy­ma te ostat­nie dwa lata, ja­kie mu zo­sta­ły do eme­ry­tu­ry, nie­spe­cjal­nie się prze­mę­cza­jąc, wy­słu­gu­jąc się młod­szym Ra­biń­skim pod pre­tek­stem do­świad­cze­nia, któ­re­go ten nie­chyb­nie musi na­brać.

Jak­że wiel­kie było jego zdzi­wie­nie, gdy Duda po­pro­sił ich obu do swo­je­go ga­bi­ne­tu i za­ko­mu­ni­ko­wał, że mia­sto za­mie­rza za­in­we­sto­wać nie­ba­ga­tel­ne pie­nią­dze w re­no­wa­cję bun­kra i pod­ziem­nych tu­ne­li cią­gną­cych się pod je­zio­rem, aż do znaj­du­ją­cej się po dru­giej stro­nie mia­sta wie­ży Bi­smarc­ka. I to ich de­sy­gnu­je do uczest­nic­twa w pro­jek­cie za­ini­cjo­wa­nym przez Ce­za­re­go Czar­kow­skie­go, ku­sto­sza i dy­rek­to­ra re­gio­nal­ne­go mu­zeum, któ­ry w mnie­ma­niu Ma­ko­wiec­kie­go (jak i wie­lu in­nych urzęd­ni­ków zresz­tą) miał nie po ko­lei w gło­wie.

– Coś czu­ję, że chy­ba strach cię ob­le­ciał. – Ma­ko­wiec­ki za­śmiał się pod no­sem.

Ra­biń­ski po­słał mu wy­mow­ne spoj­rze­nie i kie­ru­jąc snop świa­tła pod nogi, za­czął scho­dzić. Stop­ni nie było za wie­le, ale rze­czy­wi­ście w du­żej mie­rze no­si­ły śla­dy ukru­szeń. Każ­dy nie­roz­waż­ny krok mógł gro­zić upad­kiem. Su­fit był ni­sko skle­pio­ny i choć dla Ra­biń­skie­go nie sta­no­wi­ło to szcze­gól­ne­go pro­ble­mu, ku jego za­do­wo­le­niu star­szy z kon­ser­wa­to­rów mu­siał po­ru­szać się w wy­jąt­ko­wo nie­wy­god­nej po­zy­cji, aby nie stłuc so­bie gło­wy.

Kie­dy prze­szli przez ni­ską i wą­ską kon­dy­gna­cję, zna­leź­li się w więk­szym po­miesz­cze­niu, gdzie Ma­ko­wiec­ki ode­tchnął z ulgą, bo wresz­cie mógł się wy­pro­sto­wać.

– Skie­ruj la­tar­kę na wprost – roz­ka­zał, z dez­apro­ba­tą ob­ser­wu­jąc, jak świa­tło za spra­wą wy­raź­nie pod­eks­cy­to­wa­ne­go Ra­biń­skie­go błą­dzi po ścia­nach i su­fi­cie bez ładu i skła­du, jak­by ten od­pę­dzał się od na­tar­czy­wej mu­chy, od­sła­nia­jąc przy oka­zji ko­lej­ne frag­men­ty graf­fi­ti au­tor­stwa ja­kie­goś prze­cięt­nie uzdol­nio­ne­go ar­ty­sty.

Prze­mek usłu­chał i po chwi­li uj­rze­li nie­ba­ga­tel­nych roz­mia­rów otwór w ścia­nie. Świa­tło mu­ska­ło ostre kra­wę­dzie ce­gieł wo­kół nie­go, ale gdy mło­dy kon­ser­wa­tor skie­ro­wał je w sam śro­dek dziu­ry, do­słow­nie zo­sta­ło wchło­nię­te przez mrok. Pod ścia­ną ni­czym kloc­ki usy­pa­ne w nie­rów­ny stos le­ża­ły roz­bi­te ce­gły.

– Tędy we­szli – stwier­dził Ma­ko­wiec­ki. – Pier­ni­czo­ny Czar­kow­ski miał nosa, trze­ba mu przy­znać. Nie chcie­li go słu­chać, a tu, pro­szę, pod na­szym mia­stem przez te wszyst­kie lata cią­gnę­ły się ki­lo­me­try pod­ziem­nych tu­ne­li i nikt nie miał o tym zie­lo­ne­go po­ję­cia.

Kon­ser­wa­tor zro­bił kil­ka kro­ków i zde­cy­do­wa­nym ru­chem do­ko­nał po­now­nej, nie­spo­dzie­wa­nej za­mia­ny, wy­ry­wa­jąc Ra­biń­skie­mu pro­fe­sjo­nal­ną la­tar­kę, a jed­no­cze­śnie wrę­cza­jąc mu jej mar­ny od­po­wied­nik z chiń­skie­go skle­pu.

– Miał swo­je pięć mi­nut sła­wy. Każ­dy cho­ler­ny dzien­ni­karz w tym kra­ju chciał z nim roz­ma­wiać. – Ostroż­nie stąp­nął na kil­ka ce­głó­wek, prze­ło­żył nogę nad mu­rem i za­nur­ko­wał w ot­chła­ni.

Na­gła chęć eks­plo­ra­cji miej­sca zdzi­wi­ła Ra­biń­skie­go, któ­ry te­raz wi­dział je­dy­nie bla­dy snop świa­tła pod­ska­ku­ją­cy z każ­dym kro­kiem Ma­ko­wiec­kie­go.

– A kie­dy jego gwiaz­da wresz­cie przy­ga­sa, wy­my­ślił so­bie, że zro­bi z pod­zie­mia mu­zeum. Nie mogę uwie­rzyć, że Duda w ogó­le dał się na to na­mó­wić. – Prze­mek sły­szał go co­raz go­rzej, więc osta­tecz­nie, choć nie­chęt­nie, sam prze­lazł przez kra­wędź otwo­ru. Zro­bił kil­ka po­śpiesz­nych kro­ków i zwol­nił do­pie­ro wte­dy, gdy głos Ma­ko­wiec­kie­go zno­wu zy­skał na sile. – Nie ma się co dzi­wić. Za­ło­żę się, że gdy­by nasz nowy bur­mistrz nie usłu­chał, pew­nie Czar­kow­ski na­ro­bił­by ra­ba­nu. A wiesz, co ja uwa­żam?

„Umie­ram z cie­ka­wo­ści” – po­my­ślał Ra­biń­ski.

– Że lu­dzi tak na­praw­dę gów­no ob­cho­dzą tu­ne­le z cza­sów dru­giej woj­ny. Mają te­raz lep­sze atrak­cje, w po­sta­ci „zło­te­go po­cią­gu”. Lu­dzie chcą zo­ba­czyć miej­sce, gdzie ukry­wał się psy­cho­pa­tycz­ny mor­der­ca, ot co. Chcą zwie­dzić i na wła­sne oczy uj­rzeć miej­sce kul­tu sek­ty. I na tym Czar­kow­ski chce zbić ko­ko­sy, mło­dy.

– No i co w tym złe­go?

– Niby nic, ale wku­rza mnie ta jego uda­wa­na po­sta­wa wiel­kie­go hi­sto­ry­ka, ro­zu­miesz?

Ma­ko­wiec­ki od­wró­cił się w jego stro­nę, lecz Ra­biń­ski nie był w sta­nie do­strzec jego twa­rzy. Nie wi­dział, jak za­sła­nia dło­nią usta i nos.

– Je­zu­sie, co za smród! Po­win­ni­śmy byli za­opa­trzyć się w ja­kieś ma­ski ga­zo­we albo co.

Rze­czy­wi­ście, okrut­nie cuch­nę­ło. Ra­biń­ski miał pro­blem, aby zde­fi­nio­wać ten za­pach albo po­rów­nać do cze­go­kol­wiek. Oprócz smro­du ple­śni, wil­go­ci i zie­mi w po­wie­trzu uno­sił się jesz­cze ja­kiś słod­kom­dlą­cy fe­tor. Gdzieś w od­da­li skra­pla­ła się woda. Mło­dy ob­ser­wo­wał, jak snop świa­tła, kie­ro­wa­ny ręką Ma­ko­wiec­kie­go, błą­dzi po za­wil­go­co­nych ścia­nach, jak po­ły­sku­ją­ce struż­ki ście­ka­ją po­mię­dzy ce­gła­mi. Do gło­wy przy­szła mu myśl, któ­rą na­tych­miast chciał prze­go­nić – tu­nel cią­gnął się prze­cież pod je­zio­rem, nad gło­wą mie­li hek­to­li­try wody. A co je­śli…? Sze­lest, któ­ry usły­szał, wy­rwał go z za­my­śle­nia.

– Do­bra, za­bie­raj­my się do ro­bo­ty. Masz, przy­trzy­maj. Ta la­tar­ka waży chy­ba z kil­ka­na­ście ki­lo­gra­mów. – Ra­biń­ski prze­jął urzą­dze­nie i skie­ro­wał na mapę, któ­rą roz­po­starł przed nim Ma­ko­wiec­ki. – Je­ste­śmy tu. A to ozna­cza, że do naj­bliż­sze­go punk­tu kry­tycz­ne­go mamy ja­kieś dwie­ście me­trów. Ta­kich punk­tów mu­si­my za­ła­twić co naj­mniej kil­ka, żeby nie wró­cić z pu­sty­mi rę­ka­mi, więc nie trać­my cza­su.

Punk­ta­mi kry­tycz­ny­mi Czar­kow­ski na­zwał miej­sca wy­jąt­ko­wo atrak­cyj­ne dla przy­szłych zwie­dza­ją­cych. To na nich mie­li się sku­pić kon­ser­wa­to­rzy. Oce­nić znisz­cze­nia, do­ko­nać oglę­dzin in­wen­ta­ry­za­cyj­nych, okre­ślić pra­ce, któ­re trze­ba bę­dzie prze­pro­wa­dzić. Na kil­ka pierw­szych punk­tów skła­da­ły się po­miesz­cze­nia, w któ­rych pla­no­wa­no po­sta­wić odzia­ne w nie­miec­kie mun­du­ry ma­ne­ki­ny oraz ga­blo­ty ze zna­le­zi­ska­mi, ja­kie od­kry­to w sa­mym tu­ne­lu, ale rów­nież w oko­licz­nych la­sach. Ale naj­więk­szy szał mia­ła zro­bić gra świa­tła i dźwię­ku. Pla­no­wa­no za­in­sta­lo­wać gło­śni­ki, z któ­rych do tu­ry­stów róż­nych na­ro­do­wo­ści po­pły­ną w ich oj­czy­stych ję­zy­kach sło­wa lek­to­ra udzie­la­ją­ce­go przej­mu­ją­cej lek­cji hi­sto­rii.

Ru­szy­li po­wo­li, nie­wie­le się od­zy­wa­jąc, wsłu­chu­jąc się w od­gło­sy wła­snych kro­ków. Kie­dy do­tar­li do pierw­szej kom­na­ty, roz­en­tu­zja­zmo­wa­ny Ma­ko­wiec­ki raz jesz­cze rzu­cił okiem na mapę, a po­tem na swo­je­go kom­pa­na. Ra­biń­ski stał jak wry­ty, ga­piąc się w nie­prze­nik­nio­ny mrok.

– A to­bie co? – za­py­tał star­szy kon­ser­wa­tor.

– Chy­ba… coś sły­sza­łem.

Ma­ko­wiec­ki po­dą­żył za jego spoj­rze­niem, wpusz­cza­jąc w gę­stą czerń świa­tło la­tar­ki.

– Niby co?

– Nie wiem. Coś jak­by chro­bo­ta­nie albo coś…

– Chro­bo­ta­nie?

– No…

Ra­biń­ski nie wi­dział, jak star­szy ko­le­ga z dez­apro­ba­tą krę­ci gło­wą.

– Daj­że spo­kój. Ja sły­szę je­dy­nie, jak nogi trzę­są ci się ze stra­chu. – Za­śmiał się, a jego nie­przy­jem­ny chi­chot ode­zwał się echem gdzieś w głę­bi tu­ne­lu. – Masz apa­rat?

– Mam.

– No to da­waj go, chło­pa­ku, i bierz­my się w koń­cu do ro­bo­ty.

***

Jej pta­sia cier­pli­wość była na wy­czer­pa­niu. Wro­na wciąż ob­ser­wo­wa­ła swy­mi cie­kaw­ski­mi ślep­ka­mi uchy­lo­ne drzwi bun­kra, od cza­su do cza­su prze­ska­ku­jąc po żół­tej ba­rier­ce ogro­dze­nia. Słoń­ce wze­szło już na do­bre, a jego pro­mie­nie ra­zi­ły ją w oczy i pa­rzy­ły gę­ste pie­rze. Po­krę­ci­ła łeb­kiem, znu­dzo­na za­ma­cha­ła skrzy­dła­mi i już chcia­ła wzbić się do lotu, aby po­szu­kać cie­nia w ko­ro­nach drzew, kie­dy usły­sza­ła ko­lej­ny in­try­gu­ją­cy dźwięk. Nie­zna­ny, obcy, z każ­dą se­kun­dą przy­bie­ra­ją­cy na sile, spra­wia­ją­cy, że jej małe ser­ce za­czę­ło wa­lić jak sza­lo­ne.

Na­gle drzwi bun­kra otwar­ły się z me­ta­licz­nym trza­skiem i ktoś wy­padł na ze­wnątrz. Ptak nie­raz sły­szał ludz­kie krzy­ki, cza­sa­mi póź­nym wie­czo­rem, kie­dy prze­la­ty­wał nad oświe­tlo­ny­mi par­ko­wy­mi ale­ja­mi albo nad po­mo­sta­mi miej­skich plaż, ale ten od­głos spra­wiał mu nie­mal fi­zycz­ny ból, jak­by jego nie­wiel­ki móż­dżek prze­bi­ła cien­ka szpil­ka. Tego było za wie­le i in­stynkt sa­mo­za­cho­waw­czy wresz­cie wziął górę nad cie­ka­wo­ścią. Wro­na, kra­cząc pi­skli­wie, wzbi­ła się do lotu, za­kre­śli­ła w po­wie­trzu ogrom­ne koło i w ostat­niej chwi­li do­strze­gła, jak ktoś, nie prze­sta­jąc krzy­czeć, zni­ka wśród gę­stych drzew…

1.

CB-ra­dio za­trzesz­cza­ło do­kład­nie w mo­men­cie, gdy wy­cią­gnął swą wiel­ką dłoń, aby się­gnąć po zwi­tek scho­wa­nych w pla­sti­ko­wej jed­no­ra­zów­ce ka­ba­no­sów, pię­trzą­cych się na sie­dze­niu pa­sa­że­ra.

– Miś­kiii na S10, za­raz na zjeź­dzie z A1 – usły­szał z gło­śni­ka – strze­la­ją do wszyst­kich jak leci, więc noga z gazu, chło­pa­ki.

– Kur­wa! – za­klął pod no­sem i kła­dąc nie­chęt­nie obie dło­nie na kie­row­ni­cy, rzu­cił tę­sk­ne, ukrad­ko­we spoj­rze­nie w stro­nę kra­kow­skich ka­ba­no­sów.

W tym sa­mym mo­men­cie usły­szał skom­le­nie za swo­imi ple­ca­mi. Zer­k­nąw­szy w lu­ster­ko wstecz­ne, uj­rzał dwa duże czar­ne łby, ster­czą­ce tuż obok jego gło­wy, ni­czym ob­li­cza upa­dłych anio­łów stró­żów wy­sła­nych przez sa­me­go dia­bła. Ich śle­pia lśni­ły, a ję­zy­ki co chwi­lę ob­li­zy­wa­ły dłu­gie py­ski.

– Nic z tego, pie­ski – szep­nął, uśmie­cha­jąc się sze­ro­ko. – Mu­si­cie obejść się sma­kiem i to co naj­mniej do chwi­li, aż mi­nie­my tych dar­mo­zja­dów.

Re­ak­cją na jego sło­wa było przej­mu­ją­ce po­pi­ski­wa­nie i nie­mi­ło­sier­ne wręcz mla­ska­nie. Żu­chwy psów za­my­ka­ły się, to zno­wu otwie­ra­ły, a dłu­gie, mo­kre ję­zy­ki wi­ro­wa­ły w po­wie­trzu. Czuł ich od­de­chy na swo­im kar­ku.

Ostat­nią rze­czą, ja­kiej te­raz po­trze­bo­wał, była po­li­cyj­na kon­tro­la. Od­ru­cho­wo po­pra­wił brud­ną bejs­bo­lów­kę, wierz­chem dło­ni ocie­ra­jąc zro­szo­ne czo­ło. Jeź­dził cię­ża­rów­ką od dwu­dzie­stu lat i prze­żył nie­zli­czo­ną ilość po­li­cyj­nych kon­tro­li, kon­tro­li In­spek­cji Ru­chu Dro­go­we­go i Stra­ży Miej­skiej, i żad­ne z tych do­świad­czeń nie wzbu­dza­ło w nim po­zy­tyw­nych wspo­mnień. Ta ban­da umun­du­ro­wa­nych nie­ro­bów nie wie­dzieć cze­mu za głów­ny cel ob­ra­ła so­bie uprzy­krze­nie ży­cia kie­row­com cię­ża­ró­wek. Dzi­siej­sza ewen­tu­al­na kon­tro­la była mu nie na rękę z co naj­mniej kil­ku po­wo­dów. Po pierw­sze, nie wy­mie­nił dwóch opon ze­wnętrz­nych kół ostat­niej z osi, co za­le­cał mu już ja­kiś czas temu jego upier­dli­wy szef. „Opo­ny przy dzie­cię­cym ro­we­rze mają wię­cej bież­ni­ka niż te tu­taj. Wy­mień je, bo ja nie za­mie­rzam pła­cić ko­lej­ne­go man­da­tu!” – już go sły­szał. Praw­da była taka, że on też nie za­mie­rzał pła­cić ko­lej­ne­go man­da­tu, bo ostat­nio za­pła­cił aż dwa i je­że­li zo­sta­nie za­trzy­ma­ny dzi­siaj, praw­do­po­dob­nie nie obej­dzie się bez ko­lej­ne­go. Po dru­gie, to­wa­rzy­szy­ły mu jego dwa psy, przed­sta­wi­cie­le ras ogól­nie uzna­nych za nie­bez­piecz­ne: rot­twe­iler o wdzięcz­nym imie­niu Ram­bo i Roc­ky, do­ber­man o dłu­gich, spi­cza­stych uszach, któ­ry, po­dob­nie jak jego psi brat, swe imię za­wdzię­czał wiel­kie­mu ido­lo­wi swo­je­go wła­ści­cie­la, Sy­lve­stro­wi Stal­lo­ne, a ra­czej wy­kre­owa­nym przez nie­go po­sta­ciom. Psy sie­dzia­ły so­bie swo­bod­nie za jego ple­ca­mi, na nie­wiel­kiej ka­na­pie, choć on do­sko­na­le wie­dział, że do prze­wo­zu po­wi­nien użyć kla­tek lub in­ne­go trans­por­te­ra. No i po trze­cie, prze­wo­ził ol­brzy­mich roz­mia­rów koło zę­ba­te, sta­no­wią­ce część gi­gan­tycz­nej ka­ru­ze­li, o dzia­ła­ją­cej na wy­obraź­nię na­zwie „Pier­ścień Śmier­ci”, i zda­wał so­bie spra­wę, że jego kry­ta na­cze­pa nie nada­wa­ła się do trans­por­tu ła­dun­ków o ta­kich roz­mia­rach i ta­kim to­na­żu. Miał ją prze­wieźć do­pie­ro za dwa dni, kie­dy zwol­ni się od­po­wied­nia przy­cze­pa, ale fa­cet z we­so­łe­go mia­stecz­ka po­wie­dział, że je­że­li do­star­czy ją na dzi­siej­szy wie­czór, od­pa­li mu trzy tyś­ki eks­tra. Co więc mógł zro­bić? Za­ry­zy­ko­wał, bo – jak to mó­wią – kto nie ry­zy­ku­je, nie pije wina… albo szam­pa­na, czy ja­koś tak. W każ­dym ra­zie jego plan za­kła­dał, że do­wie­zie to­war na czas, zgar­nie dwa ty­sią­ce dla sie­bie, a nie­za­do­wo­lo­ne­go sze­fa udo­bru­cha ewen­tu­al­nie tym do­dat­ko­wym ty­sią­cem. Taki był plan, któ­ry te­raz mógł spa­lić na pa­new­ce, je­śli te pie­przo­ne psy po­sta­no­wią go za­trzy­mać.

Sied­mio­ca­lo­wy ekran na­wi­ga­cji po­ja­śniał i z gło­śni­ka wy­do­był się nie­przy­jem­ny, pisz­czą­cy dźwięk, a wraz z nim po­ja­wił się na­pis: UWA­GA KON­TRO­LA DRO­GO­WA 200 M. Od­ru­cho­wo zdjął nogę z gazu, cho­ciaż je­chał grzecz­nie pra­wym pa­sem, w rzę­dzie kil­ku in­nych cię­ża­ró­wek, z do­zwo­lo­ną pręd­ko­ścią. Ten, kto wy­my­ślił ten pro­gram na­wi­ga­cyj­ny, w któ­rym użyt­kow­ni­cy mo­gli ostrze­gać o psich kon­tro­lach i ra­da­rach, po­wi­nien do­stać No­bla, Osca­ra… albo ja­kąś inną na­gro­dę.

Psy za­skom­la­ły gło­śniej, a Roc­ky do­tknął jego ucha swym zim­nym no­sem, jak­by chciał po­wie­dzieć: „No, da­lej, ta­tuś­ku, daj nam jesz­cze po ka­wał­ku ka­ba­no­sa”.

– Nic z tego, pie­ski. Mu­si­cie wy­trzy­mać jesz­cze tro­chę – po­wie­dział, szcze­rząc się do lu­ster­ka wstecz­ne­go, cho­ciaż czuł, jak wali mu ser­ce. Po­tem spoj­rzał na ko­ły­szą­cy się na lu­ster­ku mały ró­ża­niec i chwy­cił go swy­mi gru­by­mi pa­lu­cha­mi.

– Pro­szę Cię, Prze­naj­święt­sza Pa­nien­ko, po­zwól mi unik­nąć tej pie­przo­nej kon­tro­li, a obie­cu­ję, że nie będę przez ty­dzień oglą­dał por­no­sów i za­ba­wiał się wac­kiem… obie­cu­ję… to zna­czy obie­cu­ję, że przy­naj­mniej się po­sta­ram z ca­łych sił… i…

Do­strzegł od­bla­sko­wą ka­mi­zel­kę po­li­cjan­ta mie­rzą­ce­go w nie­go „su­szar­ką” i wstrzy­mał od­dech, zu­peł­nie jak­by funk­cjo­na­riusz trzy­mał w ręku pi­sto­let go­to­wy na­ci­snąć spust. Po chwi­li gli­niarz sku­pił się na od­czy­ta­niu wy­ni­ku i w mo­men­cie, kie­dy jego wiel­ka cię­ża­rów­ka omi­nę­ła nie­ozna­ko­wa­ny ra­dio­wóz, na­wet na nie­go nie spoj­rzał. Z nie­wy­sło­wio­ną ulgą wy­pu­ścił po­wie­trze i zer­k­nąw­szy w bocz­ne lu­ster­ko, w któ­rym do­strzegł po­li­cjan­ta „strze­la­ją­ce­go” do ko­lej­nych cię­ża­ró­wek, od­ru­cho­wo szpe­rał już w re­kla­mów­ce z ka­ba­no­sa­mi, co wy­wo­ła­ło ko­lej­ną falę po­pi­ski­wań i skom­leń. Ram­bo nie wy­trzy­mał i szczek­nął gło­śno. Śli­na to­czy­ła się z psich py­sków wprost na opar­cie fo­te­la ich wła­ści­cie­la, po­gwiz­du­ją­ce­go z ra­do­ści.

– Tak jest, pie­ski! Mogą nas po­ca­ło­wać w dupę! Oto, co mogą nam zro­bić, nie?!

Te­raz oba psy szczek­nę­ły do­no­śnie i po chwi­li nie­cier­pli­we po­pi­ski­wa­nia znów wy­peł­ni­ły szo­fer­kę.

– Do­bra, już do­bra!

Wy­łu­skał wresz­cie dwie dłu­gie kieł­ba­sy i nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od przed­niej szy­by, po­dał psom, któ­re nie za­mie­rza­ły mar­no­wać cza­su na prze­żu­wa­nie. Ka­ba­no­sy po pro­stu zo­sta­ły wchło­nię­te.

– Grzecz­ne pie­ski! Do­bre, co? Chce­cie jesz­cze? Pew­nie, że chce­cie, ale po­zwól­cie, że te­raz ta­tuś zje cho­ciaż jed­ne­go, co?

Ugryzł wiel­ki ka­wał ka­ba­no­sa i po­dał ko­lej­ne dwa psom. Czuł się wspa­nia­le, był co­raz bar­dziej od­prę­żo­ny i na­brał nie­od­par­tej ocho­ty na pa­pie­ro­sa. We­pchnął do ust resz­tę kieł­ba­sy i po­gło­śnił ra­dio, któ­re wcze­śniej przy­ci­szył, jak tyl­ko usły­szał ko­mu­ni­kat o kon­tro­li. Z gło­śni­ków wy­do­był się głos Ry­szar­da Ryn­kow­skie­go: „…bo dziew­czy­ny lu­bią brąz… a słoń­ce o tym wie, że…”.

– …dziew­czy­ny lu­bią brąz! – do­koń­czył we­so­ło. – A my lu­bi­my dziew­czyn­ki, nie, pie­ski?

Ram­bo i Roc­ky da­lej tępo wpa­try­wa­ły się w za­war­tość re­kla­mów­ki.

Męż­czy­zna po­pra­wił się w fo­te­lu i po­dra­pał po przy­ro­dze­niu. Po­cił się jak dia­bli. Za­czął ża­ło­wać, że za­ło­żył dżin­sy, za­miast krót­kich spode­nek, ale skąd miał wie­dzieć, że bę­dzie tak go­rą­co. „Jak to skąd mia­łeś wie­dzieć, im­be­cy­lu? – usły­szał w gło­wie wła­sny głos. – Prze­cież jest po­czą­tek pie­przo­ne­go lata. Było oczy­wi­ste, że bę­dzie go­rą­co jak w pie­kle”. Ale tak na­praw­dę wca­le nie było to tak oczy­wi­ste, bo je­że­li już do cze­goś przy­wią­zy­wał szcze­gól­ną uwa­gę, wy­bie­ra­jąc się w tra­sę, to wła­śnie do wa­run­ków at­mos­fe­rycz­nych. A ta la­secz­ka od po­go­dy… ale mia­ła cy­cusz­ki… Czy te pa­lan­ty za­trud­nia­ją­cy ta­kie dziew­czy­ny nie zda­ją so­bie spra­wy, że ostat­nią rze­czą, o ja­kiej my­śli fa­cet, oglą­da­jąc ich, po­żal się Boże, pro­gno­zy, jest po­go­da? Ban­da je­ło­pów ubie­ra je w te przy­krót­kie spód­nicz­ki wła­śnie po to, aby czło­wiek nie mógł sku­pić się na po­go­dzie i gdy ich pro­gno­zy się nie spraw­dzą (a pra­wie ni­g­dy się nie spraw­dza­ją), je­dy­ną rze­czą, jaką bę­dzie pa­mię­tać, to ty­łek pre­zen­ter­ki albo nogi… albo cyc­ki, albo wszyst­ko na­raz, z wy­jąt­kiem tej pie­przo­nej po­go­dy. Mia­ło być po­chmur­nie z prze­lot­ny­mi opa­da­mi, a tym cza­sem grza­ło jak dia­bli. Do tego wszyst­kie­go kli­ma­ty­za­cja prze­sta­wa­ła dzia­łać. Sze­fuń­cio chrza­nił o opo­nach, a kli­ma­ty­za­cję miał w głę­bo­kim po­wa­ża­niu. Pew­nie skoń­czył się fre­on. Ale co go to ob­cho­dzi­ło? Prze­cież to nie on po­cił się w tej śmier­dzą­cej szo­fer­ce, z dwo­ma wiel­ki­mi psa­mi.

Kie­dy głos Ry­szar­da Ryn­kow­skie­go w koń­cu ucichł, kie­row­ca otwo­rzył scho­wek i za­czął szpe­rać w po­szu­ki­wa­niu pa­pie­ro­sów. Po chwi­li we­tknął jed­ne­go do ust i od­pa­lił za­pal­nicz­ką z ry­sun­kiem pięk­no­ści z wiel­kim biu­stem, dum­nie pre­zen­tu­ją­cej swe wdzię­ki, a z gło­śni­ków tym ra­zem ule­ciał głos Jen­ni­fer Lo­pez. Ni cho­le­ry nie ro­zu­miał, o czym ta bab­ka śpie­wa, ale trze­ba było przy­znać, że mia­ła nie­zły głos i na­praw­dę świet­ny ty­łek. Nie taki jak te wszyst­kie wy­chu­dzo­ne la­lu­nie od po­go­dy. Nie ma na­wet za co zła­pać, na czym po­rząd­nie ręki po­ło­żyć, a co do­pie­ro strze­lić po­rząd­ne­go klap­sa. Za­śmiał się gło­śno na tę myśl. Wy­jął pa­pie­ro­sa z ust, za­char­czał, a po­tem za­czął się krztu­sić. Kasz­lał jak przy za­awan­so­wa­nym sta­dium gruź­li­cy. Roc­ky i Ram­bo z pod­nie­sio­ny­mi usza­mi, czuj­nie na­słu­chu­jąc, wpa­try­wa­li się w swe­go pana.

– W po­rząd­ku, pie­ski, nic mi nie jest. – Znów zer­k­nął w lu­ster­ko wstecz­ne. – Co, jesz­cze po jed­nym ka­ba­no­sie? – Skom­le­niu zda­wa­ło się nie być koń­ca. – Do­bra, już do­bra. – Wło­żył pa­pie­ro­sa z po­wro­tem do ust i rzu­cił do tyłu całą za­war­tość re­kla­mów­ki. – A niech bę­dzie, ma­cie. Tyle wa­sze­go.

Wy­pu­ścił dym no­sem i oparł ręce na kie­row­ni­cy. Pró­bo­wał so­bie przy­po­mnieć, o czym my­ślał wcze­śniej, kie­dy na­gle uj­rzał ma­sze­ru­ją­cą skra­jem dro­gi dziew­czy­nę, skry­tą pod ró­żo­wym pa­ra­so­lem.

– Ja pier­do­lę! To już ja­kaś prze­sa­da. Wi­dzie­li­ście tę gru­ba­skę? Z ta­ki­mi no­ga­mi to po­win­na pra­co­wać w ma­sar­ni. – Znów za­rżał gło­śno, za­kasz­lał i spoj­rzał w lu­ster­ko wstecz­ne, uka­zu­ją­ce, jak Roc­ky i Ram­bo roz­dzie­ra­ją mię­dzy sobą pu­stą re­kla­mów­kę. – Nie wiem, co za de­spe­rat sku­si się na taką kro­wę, ale na pew­no nie my, co, pie­ski? – Ram­bo pod­niósł na chwi­lę łeb, jak­by chciał dać panu do zro­zu­mie­nia, że się z nim zga­dza, i na po­wrót za­czął prze­żu­wać ka­wał­ki re­kla­mów­ki.

CB-ra­dio znów za­trzesz­cza­ło i z gło­śni­ka ktoś za­gwiz­dał prze­cią­gle.

– Nooo, pa­no­wie, co­raz wię­cej la­se­eeczek. Ma któ­ryś ocho­tę?

Prych­nął. Pod­niósł mi­kro­fon do ust.

– La­se­czek? Ja tu na ra­zie same kro­wy wi­dzę, ko­le­go.

– Je­eestem na trzy­dzie­stym czwar­tym ki­lo­me­trze od zjaz­du z A1 i po­wiem ci, chło­pie, że wzro­ooku nie mogę ode­rwać…

Spoj­rzał na ekran na­wi­ga­cji. Prze­je­chał do­pie­ro dwa­na­ście ki­lo­me­trów od cza­su, gdy zje­chał z au­to­stra­dy. Z gło­śni­ka do­bie­gły ko­lej­ne gło­sy. Ktoś mó­wił, że od­kąd do­stał ja­kiejś opryszcz­ki, któ­rą po­tem prze­niósł na żonę, już nie ko­rzy­sta. Jesz­cze inny stwier­dził, że ni­g­dy nie wiesz, kie­dy pod­ja­dą go­ście z „czar­ne­go auta” i za­żą­da­ją port­fe­la. Ja­kiś fa­cet wy­znał, że jest wier­ny żo­nie i… na­wet nie do­koń­czył, bo prze­rwa­ła mu fala śmie­chu. Męż­czy­zna sam za­czął śmiać się wnie­bo­gło­sy, na zmia­nę za­cią­ga­jąc się, to zno­wu po­ka­słu­jąc, kie­dy po swo­jej pra­wej do­strzegł ko­lej­ną dziew­czy­nę w dłu­gich ko­za­kach się­ga­ją­cych ko­lan. Mu­siał w du­chu przy­znać, że nie była taka zła.

– No, to ro­zu­miem. Z każ­dym ki­lo­me­trem jest co­raz le­piej.

Zdu­sił nie­do­pa­łek w po­piel­nicz­ce, w któ­rej pię­trzył się stos pe­tów, i za­su­nął szu­flad­kę, przy­trza­sku­jąc kil­ka z nich. My­śla­mi krą­żył wo­kół tych dwóch ty­się­cy, któ­re nie­uchron­nie mia­ły wpaść do jego port­fe­la. Do koń­ca tra­sy zo­sta­ły za­le­d­wie sto sie­dem­dzie­siąt czte­ry ki­lo­me­try i ra­czej nic złe­go nie po­win­no się wy­da­rzyć. Do­star­czy to­war, zgar­nie kasę i rzu­ci do­dat­ko­wy ty­siąc sze­fo­wi, raz a do­brze za­my­ka­jąc mu gębę. Już wi­dział to zdzi­wie­nie ma­lu­ją­ce się na jego twa­rzy. To był ge­nial­ny plan, a pro­po­zy­cja spa­dła jak man­na z nie­ba. A sko­ro on w przy­pły­wie swej bły­sko­tli­wo­ści po­sta­no­wił to wy­ko­rzy­stać, to…

– Ta­tuś za­słu­żył na na­gro­dę, co, pie­ski?

Znów przyj­rzał się od­bi­ciu psich py­sków. Jego pu­pi­le naj­wy­raź­niej grzecz­nie i spra­wie­dli­we po­dzie­li­li się za­rów­no reszt­ką za­war­to­ści re­kla­mów­ki, jak i samą re­kla­mów­ką. Psy sie­dzia­ły te­raz nie­ru­cho­mo, wpa­tru­jąc się w wła­ści­cie­la, bacz­nie wy­ła­pu­jąc każ­de z wy­po­wia­da­nych prze­zeń słów.

– Wy już swo­ją do­sta­li­ście. Ka­ba­no­sy znik­nę­ły w oka­mgnie­niu. – W od­da­li uj­rzał syl­wet­kę ko­lej­nej dziew­czy­ny. Dłu­gie na­gie nogi w szpil­kach przy­ku­wa­ły wzrok z od­le­gło­ści dwu­stu me­trów. – Te­raz ko­lej na mnie.

Włą­czył kie­run­kow­skaz i po chwi­li wiel­ka cię­ża­rów­ka za­czę­ła skrę­cać na przy­droż­ny, le­śny par­king, a on utwier­dził się w prze­ko­na­niu, że dziew­czy­na jest blon­dyn­ką. Za­par­ko­wał i przez chwi­lę ga­pił się przez przed­nią szy­bę.

– Do­bra, pie­ski, ta­tuś wy­bie­rze się na małą rand­kę, co wy na to? Na rand­kę, na któ­rej nie­wie­le się mówi. – Za­śmiał się w głos. – Co praw­da prysz­nic bra­łem dwa dni temu, ale to nie nasz pro­blem, nie?

Psy za­skom­la­ły, a on trzy­mał już rękę na klam­ce, kie­dy nie­spo­dzie­wa­nie na par­king wje­chał ra­dio­wóz.

– A ci skąd się tu wzię­li, do ku…?

Cof­nął dłoń i od­ru­cho­wo za­czął po­szu­ki­wać ko­lej­ne­go pa­pie­ro­sa. Wci­snął go do ust i z wiel­kim za­in­te­re­so­wa­niem przy­glą­dał się roz­gry­wa­ją­cej się sce­nie. Po­li­cjant opu­ścił szy­bę, dziew­czy­na na­chy­li­ła się przy drzwiach, dum­nie pre­zen­tu­jąc de­kolt.

– A niech mnie kule biją, pie­ski – wy­mam­ro­tał, opie­ra­jąc łok­cie na kie­row­ni­cy, z pa­pie­ro­sem przy­le­pio­nym do dol­nej war­gi. – Wy­glą­da na to, że nasz stróż pra­wa też ma swo­je po­trze­by, co? – Znów za­chi­cho­tał. – A może tyl­ko wy­le­gi­ty­mu­je pa­nią i upo­mni, że nie po­win­na tu stać?

Dziew­czy­na na­gle spoj­rza­ła w kie­run­ku cię­ża­rów­ki, wy­krzy­wia­jąc czer­wo­ne usta w naj­szer­szym uśmie­chu, jaki kie­dy­kol­wiek wi­dział. Od­wza­jem­nił go. Po chwi­li wy­pro­sto­wa­ła się i po­ro­zu­mie­waw­czo po­ki­wa­ła do po­li­cjan­ta. Ra­dio­wóz po­now­nie wje­chał na dro­gę eks­pre­so­wą, a pa­nien­ka pro­wo­ka­cyj­nym kro­kiem ru­szy­ła w jego stro­nę.

– Wy­glą­da na to, że pan po­li­cjant przy­je­dzie tro­chę póź­niej. Je­ste­śmy pierw­si w ko­lej­ce.

Jed­ną ręką opusz­czał szy­bę, dru­gą zdu­szał w po­piel­nicz­ce pa­pie­ro­sa, wy­pa­lo­ne­go je­dy­nie do po­ło­wy.

– Cześć, przy­stoj­nia­ku – po­wie­dzia­ła blon­dyn­ka z wy­raź­nym ro­syj­skim ak­cen­tem, nie prze­sta­jąc się uśmie­chać.

Te­raz mógł do­kład­nie się jej przyj­rzeć. Wło­sy ucze­sa­ne mia­ła w kok, przy czym dwa skrę­co­ne pa­sem­ka opa­da­ły swo­bod­nie po obu stro­nach twa­rzy. Nie­na­tu­ral­nie duże nie­bie­skie oczy spo­glą­da­ły na nie­go spod dłu­gich, gru­bych rzęs. Za­raz po­tem po­wiódł wzro­kiem po resz­cie jej cia­ła, głów­ną uwa­gę po­świę­ca­jąc de­kol­to­wi, wy­sta­ją­ce­mu z po­łów ku­sej skó­rza­nej kur­tecz­ki.

– Zmę­czy­ła cię jaz­da? Chciał­byś się odro­bi­nę zre­lak­so­wać?

– Chy­ba tak – od­parł. – Masz ja­kieś kon­kret­ne po­my­sły?

Znów uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko.

– Co naj­mniej kil­ka.

Na chwi­lę utkwił wzrok w przed­niej szy­bie, za­raz po­tem zer­k­nął w lu­ster­ko bocz­ne, chcąc się upew­nić, że nikt nie bę­dzie im prze­szka­dzał, po czym po­now­nie spoj­rzał w oczy ko­lo­ru oce­anu.

– Za ile?

– Do­ga­da­my się. Mam dla cie­bie spe­cjal­ną ofer­tę.

„Ja dla cie­bie też” – po­my­ślał i zno­wu na chwi­lę spoj­rzał przed sie­bie, przy­gry­za­jąc dol­ną war­gę. Świe­cą­ce śle­pia dia­błów pa­trzy­ły na nie­go wy­cze­ku­ją­co z wnę­trza sa­mo­cho­do­we­go lu­ster­ka. Na­chy­lił się tuż nad le­war­kiem skrzy­ni bie­gów, otwo­rzył i pchnął drzwi po stro­nie pa­sa­że­ra.

– Do­bra, pie­ski, bie­gnij­cie na mały spa­ce­rek!

Roc­ky i Ram­bo wy­sko­czy­ły z szo­fer­ki, gło­śno uja­da­jąc. Uwiel­bia­ły mo­ment, w któ­rym ta­tuś otwie­rał drzwi i mó­wił: „Bie­gnij­cie na mały spa­ce­rek”…

– Do­bra, mała, wsia­daj. – Za­czął roz­pi­nać roz­po­rek. – Tro­chę się spie­szę.

– Ja­sna spra­wa. – Dziew­czy­na obie­gła szo­fer­kę i po chwi­li znik­nę­ła w jej wnę­trzu, za­trza­sku­jąc wiel­kie, czer­wo­ne, cięż­kie drzwi.

W tym sa­mym mo­men­cie Roc­ky ode­rwał od zie­mi swój dłu­gi pysk i uj­rzał przez bocz­ną szy­bę, jak jego pan od­chy­la gło­wę do tyłu i za­kła­da ręce na kark. Do­ber­man ro­zej­rzał się w po­szu­ki­wa­niu swe­go psie­go bra­ta. Ram­bo za­ła­twiał swo­ją po­trze­bą pod jed­ną z so­sen, ci­chut­ko po­pi­sku­jąc. Roc­ky po­biegł w stro­nę lasu, ale jego psi in­stynkt pod­po­wia­dał mu, że mu­szą być czuj­ni, bo nie­ba­wem mo­gło na­stą­pić to, na co tak bar­dzo cze­ka­li.

Kie­dy psy usły­sza­ły krzyk, jak na za­wo­ła­nie pod­nio­sły gru­be kar­ki i mo­men­tal­nie w sza­leń­czym sprin­cie pu­ści­ły się przez las, w stro­nę cię­ża­rów­ki. Za­zwy­czaj wy­glą­da­ło to ina­czej, to ta­tuś wo­łał: „Ram­bo, Roc­ky do nogi!”. Tym ra­zem coś było nie tak. Psy wy­sko­czy­ły z lasu i uj­rza­ły, jak ich pan wy­ska­ku­je z szo­fer­ki, ze spodnia­mi opusz­czo­ny­mi do ko­stek, i prze­wra­ca się cięż­ko na usła­ną szysz­ka­mi zie­mię. Mo­zol­nie pod­no­si się na ko­la­na i, klnąc gło­śno, wy­pro­sto­wa­nym ra­mie­niem wska­zu­je ucie­ka­ją­cą i krzy­czą­cą dziew­czy­nę.

Psy wie­dzia­ły, co za chwi­lę się wy­da­rzy, ale mimo to cze­ka­ły czuj­nie, war­cząc i ob­na­ża­jąc kły. Cze­ka­ły, aż pad­nie od­po­wied­nia ko­men­da, aż ich ta­tuś krzyk­nie…

– Bierz­cie ją!!!

Ru­szy­ły jak osza­la­łe, z mo­kry­mi ję­zy­ka­mi na wierz­chu, to­cząc pia­nę z py­sków, wście­kle uja­da­jąc. Wbie­gły do lasu, zwin­nie omi­ja­jąc gru­be pnie drzew, i znik­nę­ły z pola wi­dze­nia swo­je­mu wła­ści­cie­lo­wi.

– Pie­przo­na suka! – za­klął pod no­sem, pod­cią­ga­jąc wresz­cie spodnie. – Gryźć ci się za­chcia­ło, co? No to te­raz zo­ba­czysz, co to zna­czy gryźć, jak moje pie­ski do­bio­rą się do tych two­ich sztucz­nych cyc­ków!

Przez chwi­lę wy­cze­ku­ją­co wpa­try­wał się w las, od cza­su do cza­su rzu­ca­jąc spoj­rze­nie w kie­run­ku jezd­ni. Od­pa­lił ko­lej­ne­go pa­pie­ro­sa. Za­cią­gnął się głę­bo­ko, wy­pusz­cza­jąc no­sem dwie rów­ne smuż­ki dymu. Prze­cha­dzał się wzdłuż par­kin­gu, wpa­tru­jąc się w czub­ki wła­snych bu­tów, chrzęsz­czą­cych na szu­tro­wym pod­ło­żu. Usły­szał pisk, a za­raz po­tem ko­lej­ny. Spoj­rzał w stro­nę drzew, po­tem po­now­nie na uli­cę i dro­gę pro­wa­dzą­cą na par­king. Wszyst­ko w po­rząd­ku. Zno­wu za­czął spa­ce­ro­wać. My­śla­mi błą­dził przy zle­ce­niu, któ­re miał wy­ko­nać. „Pier­ścień Śmier­ci” – po­my­ślał. Ku­rew­sko do­bra na­zwa dla ka­ru­ze­li, ale on sam ra­czej nie zde­cy­do­wał­by się na prze­jażdż­kę.

Przy­glą­dał się szu­mią­cym au­tom, ja­dą­cym z tak za­wrot­ny­mi pręd­ko­ścia­mi, że na­wet trud­no było okre­ślić ich mar­ki. I wte­dy uj­rzał ra­dio­wóz, zbli­ża­ją­cy się spo­koj­nie pra­wym pa­sem, wy­raź­nie zwal­nia­ją­cy przy par­kin­gu.

– Ożeż kur­wa!

Rzu­cił nie­do­pa­łek na zie­mię i zdu­sił ob­ca­sem. Po­now­nie spoj­rzał w stro­nę lasu. Ani śla­du psów. Z ło­mo­czą­cym ser­cem wsiadł do szo­fer­ki, za­trza­sku­jąc drzwi. Od­pa­la­jąc sil­nik, wpa­try­wał się w ra­dio­wóz i cze­kał, aż wje­dzie na par­king, ale… osta­tecz­nie po­li­cyj­ny sa­mo­chód przy­spie­szył i po chwi­li znik­nął z pola wi­dze­nia.

Wy­pu­ścił z ulgą po­wie­trze. Ser­ce da­lej ło­mo­ta­ło mu w pier­si jak osza­la­łe. Wy­glą­da­ło na to, że pa­no­wie po­li­cjan­ci już nie mo­gli się do­cze­kać. Otwo­rzył drzwi po stro­nie pa­sa­że­ra, przez któ­re przed pa­ro­ma mi­nu­ta­mi wy­bie­gła ta dziw­ka, któ­ra ugry­zła go w ku­ta­sa. Wło­żył pal­ce do ust i za­gwiz­dał, a za­raz po­tem za­wo­łał:

– Roc­ky, Ram­bo, do nogi!

Jako pierw­szy łeb uniósł Roc­ky, Ram­bo da­lej szar­pał nogę dziew­czy­ny, od­gry­za­jąc ka­wał skó­ry i tkan­ki mię­śnio­wej. Do­ber­man ru­szył w stro­nę pana, jed­nak przy­sta­nął na chwi­lę i wi­dząc, że jego brat nie za­mie­rza wra­cać, szczek­nął gło­śno. Ram­bo cap­nął ostat­ni raz i ru­szył za gło­sem.

Kie­dy męż­czy­zna uj­rzał wy­bie­ga­ją­ce z lasu psy, raz jesz­cze ner­wo­wo ro­zej­rzał się wo­ko­ło, od­su­nął fo­tel i za­raz po tym, jak dwa po­tęż­ne ciel­ska wła­do­wa­ły się na tyl­ną ka­na­pę, za­trza­snął drzwi.

– Tro­chę się zje­ba­ło, pie­ski, co? Mam jed­nak na­dzie­ję, że ją do­rwa­li­ście, bo mu­si­my zjeż­dżać, i to już.

Wiel­ka, czer­wo­na cię­ża­rów­ka mo­zol­nie wy­to­czy­ła się z le­śne­go par­kin­gu, a dwa psy z przy­ci­śnię­ty­mi do bocz­nej szy­by py­ska­mi, gło­śno zia­ja­jąc, ga­pi­ły się w stro­nę zni­ka­ją­ce­go lasu.

2.

Nie lu­bi­ła tego ro­dza­ju po­ran­ków i po­waż­nie wąt­pi­ła, żeby mia­ło to się kie­dy­kol­wiek zmie­nić. Za­wsze do­pa­dał ją kac mo­ral­ny, mimo iż usil­nie sta­ra­ła się tłu­ma­czyć przed samą sobą, że prze­cież nie robi ni­cze­go złe­go. Do­dat­ko­wą tor­tu­rę sta­no­wi­ły ob­ra­zy Leny i mat­ki, któ­re wi­dzia­ła przed ocza­mi. Nie po­win­na zo­sta­wiać z nią ma­łej na ko­lej­ną noc. Ra­mię ko­chan­ka, spo­czy­wa­ją­ce na jej bio­drze, wy­jąt­ko­wo cią­ży­ło. Mia­ła wra­że­nie, że przy­gnia­ta ją ko­nar drze­wa, spod któ­re­go bar­dzo pra­gnie się wy­do­stać.

Wciąż spał. Czu­ła jego mia­ro­wy od­dech na swo­im kar­ku, od cza­su do cza­su szorst­ki do­tyk kil­ku­dnio­we­go za­ro­stu. Wło­ży­ła dłoń pod po­dusz­kę i wpa­try­wa­ła się w po­ła­cio­we okno, przez któ­re do po­ko­ju na pod­da­szu wdzie­ra­ły się pierw­sze pro­mie­nie sło­necz­ne. Chcia­ła wstać i otwo­rzyć je na całą sze­ro­kość. Prze­go­nić za­duch, prze­wie­trzyć, roz­pę­dzić wciąż uno­szą­cy się w po­wie­trzu za­pach sek­su. Mimo to na­dal trwa­ła bez ru­chu, jak spa­ra­li­żo­wa­na. Nie cier­pia­ła tego.

Na­gły dźwięk te­le­fo­nu spra­wił, że drgnę­ła. Spoj­rza­ła na szaf­kę noc­ną i mi­nę­ła chwi­la, za­nim po­ło­ży­ła dłoń na wi­bru­ją­cym urzą­dze­niu. Cią­żą­cy ko­nar znik­nął z bio­dra, gdy on ob­ró­cił się na ple­cy, cięż­ko wzdy­cha­jąc.

– Halo? – Usia­dła, przy­cią­ga­jąc do pier­si cien­ką koł­drę.

Ob­ser­wo­wał ją pół­przy­tom­nym wzro­kiem, opusz­ka­mi pal­ców gła­dząc de­li­kat­nie po ple­cach. Spoj­rza­ła na nie­go, zmu­sza­jąc się do lek­kie­go uśmie­chu.

– Gdzie? Kie­dy?

Pa­da­ły ko­lej­ne py­ta­nia, a on nie mógł usły­szeć od­po­wie­dzi. Mógł je­dy­nie się ich do­my­ślać, po­dob­nie jak tego, do cze­go zno­wu nie­uchron­nie do­pro­wa­dzi ta po­ran­na kon­wer­sa­cja. I wresz­cie sło­wa nie­po­zo­sta­wia­ją­ce wąt­pli­wo­ści…

– Za­raz będę.

Jego pal­ce znie­ru­cho­mia­ły w mo­men­cie, gdy od­kła­da­ła te­le­fon. Przez chwi­lę wpa­try­wa­ła się przed sie­bie, za­nim po­wie­dzia­ła:

– Mu­szę iść. – Znów spoj­rza­ła w jego brą­zo­we oczy.

– Sły­sza­łem.

Wsta­ła, wciąż opa­tu­lo­na koł­drą, tak jak­by wczo­raj nie po­zwo­li­ła mu zo­ba­czyć wszyst­kie­go, co było do zo­ba­cze­nia, zro­bić wszyst­kie­go, co było do zro­bie­nia.

– Dzię­ki za wczo­raj… i w ogó­le. Było na­praw­dę miło. Zdzwo­ni­my się. – Ru­szy­ła do ła­zien­ki, ale za­trzy­mał ją w pół dro­gi.

– Dla­cze­go zno­wu to samo? Mia­łaś wziąć dzi­siaj wol­ne.

– I wzię­łam.

– To dla­cze­go do cie­bie wy­dzwa­nia­ją? Nie mogą ścią­gnąć ko­goś in­ne­go?

– Nie mogą. Taka pra­ca.

– Nie po­do­ba mi się to. – Wes­tchnął i wsu­nąw­szy ręce pod po­dusz­kę, wbił wzrok w su­fit.

Od­wró­ci­ła się do nie­go. Spoj­rzał na nią z wy­rzu­tem. Tego było za wie­le.

– Coś się po­zmie­nia­ło w na­szej umo­wie? – za­py­ta­ła.

– Chy­ba nie.

Po­ki­wa­ła gło­wą.

– Gdy­byś jed­nak za­po­mniał, po­zwól, że przy­po­mnę. Żad­nych zbęd­nych py­tań, zo­bo­wią­zań i uża­la­nia się. Szcze­gól­nie nie cier­pię tego ostat­nie­go.

Rzu­ci­ła koł­drę w jego kie­run­ku i za­nim zdą­żył ją zła­pać, znik­nę­ła w ła­zien­ce.

***

Do­tar­ła na miej­sce po dwu­dzie­stu mi­nu­tach. Cał­kiem nie­zły wy­nik, zwa­żyw­szy na fakt, że mu­sia­ła prze­je­chać przez całe mia­sto. Jak tyl­ko skrę­ci­ła w szu­tro­wą dro­gę, od razu za­uwa­ży­ła lu­dzi krę­cą­cych się wo­kół bun­kra. Za­par­ko­wa­ła swo­je­go ma­łe­go opla przy pierw­szym ra­dio­wo­zie. Sie­dzą­cy w nim po­li­cjant ski­nął gło­wą w jej kie­run­ku, lek­ko się uśmie­cha­jąc. Od­wza­jem­ni­ła po­zdro­wie­nie i wy­sia­dła z auta.

Idąc pod górę, od­ru­cho­wo po­pra­wia­ła skrzą­ce się w pro­mie­niach słoń­ca rude wło­sy, któ­re przed wyj­ściem po­spiesz­nie i nie­dba­le spię­ła w koń­ski ogon. Za­ło­ży­ła na nos oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne. „Pi­lot­ki” ze zło­ty­mi opraw­ka­mi. Mia­ła wra­że­nie, że lek­ko krę­ci jej się w gło­wie. Ży­czy­ła­by so­bie, aby był to ra­czej wy­nik nie­wy­spa­nia i ogni­stej nocy niż efekt zbyt du­żej ilo­ści wy­pi­te­go wina. Wy­ję­ła z kie­sze­ni po­li­cyj­ną od­zna­kę i prze­wie­si­ła so­bie przez szy­ję.

– Je­steś – po­wie­dział na­czel­nik na przy­wi­ta­nie.

Pa­pie­ros, jego nie­od­łącz­ny kom­pan, tkwił w le­wym ką­ci­ku ust, tuż pod lek­ko zru­dzia­łym wą­sem. Wy­jął go na chwi­lę, jed­no­cze­śnie wy­pusz­cza­jąc smuż­kę dymu. Ująw­szy ją de­li­kat­nie pod ra­mię, pod­pro­wa­dził w kie­run­ku bun­kra. Brak po­li­cyj­nej ta­śmy był do­brym zna­kiem. Przy­naj­mniej na ra­zie być może obej­dzie się bez tru­pów. Mi­nę­li kil­ka ra­dio­wo­zów i sto­ją­cych przy nich funk­cjo­na­riu­szy. Dwóch na­stęp­nych sta­ło przy drzwiach bu­dow­li, a u ich stóp sie­dzia­ły psy. Kil­ka­na­ście me­trów da­lej do­strze­gła ka­ret­kę.

– Wy­bacz, że cię ścią­gam, Iwo­na. Wiem, że masz dziś wol­ne, ale wo­la­łem mieć cię przy so­bie. Wiesz, że wszy­scy w mie­ście są te­raz prze­wraż­li­wie­ni i bę­dzie­my mu­sie­li dmu­chać na zim­ne już do koń­ca pie­przo­ne­go ży­cia.

– Nie ma spra­wy, sze­fie. Co jest?

I praw­dę po­wie­dziaw­szy, na­praw­dę nie było spra­wy. W su­mie ucie­szył ją te­le­fon Ja­wor­skie­go, bo pod jego pre­tek­stem mo­gła znik­nąć z sy­pial­ni ko­cha­sia, któ­ry chy­ba wbrew umo­wie za­czy­nał lo­ko­wać uczu­cia w nie­wła­ści­wym miej­scu.

– Mamy go­ścia, któ­ry wlazł do bun­kra o świ­cie i do tej pory nie wró­cił.

Spoj­rza­ła na nie­go po­dejrz­li­wie.

– Za­nim za­py­tasz, dla­cze­go cię ścią­gną­łem, po­zwól, że do­koń­czę. Dwóch kon­ser­wa­to­rów z ra­tu­sza mia­ło zro­bić oglę­dzi­ny miej­sca. Mia­sto za­mie­rza zro­bić z tego mu­zeum.

Prze­wró­ci­ła ocza­mi i za­raz po­tem zer­k­nę­ła na otwar­te drzwi bun­kra.

– A więc jed­nak. Co za idio­tycz­ny po­mysł.

– Mnie to mó­wisz? – Ja­wor­ski za­cią­gnął się po­now­nie. Pa­pie­ros, przy­le­pio­ny do dol­nej war­gi, zo­stał tam na dłu­żej, gdy on, za­ło­żyw­szy oku­la­ry, roz­po­starł przed nią po­mię­to­lo­ną kart­kę. – Fa­cet na­zy­wa się Ry­szard Ma­ko­wiec­ki i ma sześć­dzie­siąt trzy lata. W ra­tu­szu pra­cu­je chy­ba od za­wsze…

– Może po pro­stu za­słabł? Z tego, co pan mówi, naj­młod­szy już nie jest.

Na­czel­nik wy­jął wresz­cie pa­pie­ro­sa z ust, wy­pu­ścił dym i strzep­nął po­piół.

– Ja też ży­czył­bym so­bie ta­kie­go sce­na­riu­sza, ale oba­wiam się, że spra­wa jest bar­dziej po­pie­przo­na.

– To zna­czy?

– Re­la­cja dru­gie­go z kon­ser­wa­to­rów.

Na­czel­nik kciu­kiem wska­zał za ple­cy. Po­tem od­wró­cił się, a ko­mi­sarz po­dą­ży­ła za jego wzro­kiem w kie­run­ku ka­ret­ki, w któ­rej w to­wa­rzy­stwie dwóch sa­ni­ta­riu­szy sie­dział mło­dy męż­czy­zna z oban­da­żo­wa­ną szy­ją i bar­kiem.

– To on po nas za­dzwo­nił. Zna­leź­li­śmy go w le­sie. Trząsł się jak dziec­ko. Ra­tow­ni­cy me­dycz­ni na­ci­ska­ją, żeby go za­brać, więc je­śli chcesz za­mie­nić z nim sło­wo, lep­szej oka­zji nie bę­dzie.

***

– Dzień do­bry, je­stem ko­mi­sarz Iwo­na Dzier­żyń­ska. Wiem, że już zło­żył pan ze­zna­nia, ale czy mógł­by pan jesz­cze raz w eks­pre­so­wym tem­pie opo­wie­dzieć, co tu się wy­da­rzy­ło?

Męż­czy­zna po­pa­trzył na nią sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi. Wy­glą­dał jak prze­ra­żo­ny chłop­czyk. Przez ban­daż prze­bi­ja­ła rdza­wa pla­ma krwi. Prze­łknął śli­nę.

– Na­zy­wam się Prze­mek Ra­biń­ski. Kon­ser­wa­tor. Mie­li­śmy zro­bić in­wen­ta­ry­za­cję pod­zie­mia – za­czął. Dzier­żyń­ska ski­nę­ła gło­wą. – Od po­cząt­ku mi się to nie po­do­ba­ło. Sło­wo daję, ale mus to mus. We­szli­śmy tam z Ry­szar­dem i ru­szy­li­śmy w stro­nę pierw­sze­go punk­tu kry­tycz­ne­go…

– Punk­tu kry­tycz­ne­go?

– To miej­sca szcze­gól­nie waż­ne przy pro­jek­to­wa­niu przy­szłe­go mu­zeum. Pierw­szym było po­miesz­cze­nie, w przy­szło­ści ma tam…

– Uhm… – prze­rwa­ła. – I co sta­ło się po­tem?

– We­szli­śmy tam. Zro­bi­li­śmy wstęp­ne oglę­dzi­ny. Po ciem­ku ra­czej trud­no robi się no­tat­ki, więc Ry­szard na­gry­wał wszyst­ko na dyk­ta­fon. Po­tem ru­szył wzdłuż ko­ry­ta­rza, w stro­nę ko­lej­ne­go punk­tu. Za­le­ża­ło nam, żeby za­ła­twić co naj­mniej kil­ka tego ran­ka. Ja zo­sta­łem, aby zro­bić parę zdjęć. – Męż­czy­zna skrzy­wił się, de­li­kat­nie do­ty­ka­jąc rany.

– I…?

– Kie­dy wy­sze­dłem, jego już nie było. Szu­ka­łem i wo­ła­łem, ale bez skut­ku. Wie­dzia­łem, że po­szedł w kie­run­ku ko­lej­ne­go po­miesz­cze­nia. Co praw­da to on wziął mapę, ale pa­mię­ta­łem, że od dru­gie­go punk­tu dzie­li nas ja­kieś sto me­trów. Kie­dy tam do­tar­łem… gdy tam wsze­dłem… – Głos mu się za­ła­mał.

– Pro­szę mó­wić da­lej – po­na­gla­ła ko­mi­sarz. – Co się sta­ło po­tem?

– On tam był i… rzu­cił się na mnie. Zła­pał za szy­ję i po­wa­lił na zie­mię.

Dzier­żyń­ska aż wy­pro­sto­wa­ła się, sły­sząc te sło­wa. Zer­k­nę­ła na chwi­lę w stro­nę prze­ło­żo­ne­go. Ja­wor­ski uniósł brwi.

– Wbił zęby naj­pierw w mój kark, po­tem w bark – kon­ty­nu­ował mło­dy kon­ser­wa­tor. – Na­wet nie wiem, ja­kim cu­dem uda­ło mi się wy­swo­bo­dzić. Mimo że jest star­szy, to jed­no­cze­śnie też dużo cięż­szy i… chy­ba sil­niej­szy – do­dał ze wsty­dem Ra­biń­ski. – Ja­koś jed­nak zrzu­ci­łem go z sie­bie. Chy­ba kop­ną­łem, a po­tem za­czą­łem biec co sił w no­gach, ucie­ka­łem, bo… – Prze­rwał na mo­ment, co wy­glą­da­ło tak, jak­by sam sie­bie pró­bo­wał prze­ko­nać, że to nie był pie­przo­ny sen. – Bo pod­czas tej sza­mo­ta­ni­ny mo­men­ta­mi w świe­tle la­tar­ki wi­dzia­łem jego twarz, pani ko­mi­sarz. I z całą pew­no­ścią mogę pani po­wie­dzieć, że to nie była twarz Ryś­ka.

– Jak to?

– Nie wiem, jak to wy­tłu­ma­czyć, ale… to po pro­stu nie była jego twarz, to zna­czy była, ale jak­by on nie był do koń­ca sobą, jak­by nie był czło­wie­kiem… – Męż­czy­zna syk­nął z bólu, od­ru­cho­wo ła­piąc się za oban­da­żo­wa­ną szy­ję.

Dzier­żyń­ska wes­tchnę­ła, przy­my­ka­jąc oczy na dłuż­szą chwi­lę.

– Mu­si­my już je­chać – ode­zwał się je­den z sa­ni­ta­riu­szy. – Rany wy­ma­ga­ją szy­cia. I tak zwle­ka­my już zbyt dłu­go…

Ko­mi­sarz przy­tak­nę­ła ski­nie­niem gło­wy. Od­wró­ci­ła się w stro­nę na­czel­ni­ka w chwi­li, gdy Ja­wor­ski od­pa­lał ko­lej­ne­go pa­pie­ro­sa.

– Nie­zła hi­sto­ria, co?

– Lep­szej bym nie wy­my­śli­ła, cho­le­ra.

– Dla­te­go chcia­łem, że­byś usły­sza­ła ją od nie­go. – Pió­ro­pusz dymu wzbił się w po­wie­trze. – Ro­zu­miem, że wy­bie­rasz się z nami na małą wy­ciecz­kę?

Uśmiech­nę­ła się lek­ko.

– Za nic bym tego nie prze­pu­ści­ła.

3.

Jan lu­bił są­dzić, że mały cy­pe­lek skry­ty za prze­wró­co­nym, sta­rym i spróch­nia­łym drze­wem, od­ci­na­ją­cym je­zio­ro od resz­ty lasu, jest wy­łącz­nie jego. Aby tu do­trzeć, trze­ba było zbo­czyć z ozna­ko­wa­nej tra­sy, wio­dą­cej do­oko­ła je­zio­ra, i prze­drzeć się przez gę­ste krza­ki, prak­tycz­nie nie­wi­docz­ną ścież­ką przy­kry­tą ko­cem li­sto­wia. Jan lu­bił na­zy­wać to miej­sce swo­ją Sa­mot­nią. Ni­g­dy wcze­śniej ni­ko­go tu nie spo­tkał i ni­g­dy wcze­śniej ni­ko­go tu nie za­bie­rał, może z wy­jąt­kiem Paw­ła, swo­je­go syna, w cza­sach, kie­dy był ma­łym szkra­bem, a węd­ko­wa­nie in­te­re­so­wa­ło go mniej wię­cej tak samo, jak ko­lek­cja la­lek jego sio­stry – czy­li w ogó­le. Dla­te­go też Jan za­nie­chał bez­owoc­nych prób za­ra­że­nia swo­ją pa­sją syna, któ­ry za­miast sku­pić się na ło­wie­niu, z en­tu­zja­zmem pusz­czał ka­czusz­ki, pło­sząc ojcu wszyst­kie ryby. Od tego cza­su mi­nę­ło co naj­mniej dwa­dzie­ścia lat, a Pa­weł nie­ba­wem sam miał zo­stać oj­cem i już daw­no, po­dob­nie jak sio­stra, dał się zwa­bić obiet­ni­com du­żych miast. Jan ni­g­dy nie mógł zro­zu­mieć, jak moż­na chcieć za­mie­nić ci­szę na wiel­ko­miej­ski zgiełk, a do­mek z ogro­dem na klau­stro­fo­bicz­ne miesz­kan­ko w cen­trum sto­li­cy. No, ale cóż… on nie ro­zu­miał tego, a oni nie ro­zu­mie­li jego pa­sji, jego Sa­mot­ni.

Zwi­nął żył­kę i ze zdzi­wie­niem skon­sta­to­wał, że ha­czyk jest goły. Nic dziw­ne­go, że nie może nic zła­pać, ale na­wet nie po­czuł, kie­dy ryba chwy­ci­ła przy­nę­tę, choć­by de­li­kat­ne­go szarp­nię­cia, ab­so­lut­nie nic i… wte­dy na­szła go nie­po­ko­ją­ca myśl: „A może po pro­stu naj­zwy­czaj­niej w świe­cie za­po­mnia­łem za­ło­żyć przy­nę­tę na ha­czyk?”. Ni­g­dy wcze­śniej coś tak ab­sur­dal­ne­go mu się nie przy­da­rzy­ło. Wciąż trzy­ma­jąc w ręce żył­kę z dyn­da­ją­cym, na­gim i lśnią­cym ha­czy­kiem, spoj­rzał w stro­nę swo­je­go węd­kar­skie­go ekwi­pun­ku. Wes­tchnął. Na­wet nie wy­jął z tor­by ma­łe­go pu­de­łecz­ka, peł­ne­go bia­łych wi­ją­cych się ro­ba­ków. Zer­k­nął na ze­ga­rek. Od co naj­mniej dwu­dzie­stu mi­nut ga­pił się tępo w fa­lu­ją­cy spła­wik, nie za­ło­żyw­szy wcze­śniej przy­nę­ty.

Praw­dą jed­nak było, że Sa­mot­nia ofe­ro­wa­ła mu coś znacz­nie waż­niej­sze­go niż ło­wie­nie ryb, a samo węd­ko­wa­nie ze­szło już daw­no na dru­gi plan. Być może mia­ło być je­dy­nie pre­tek­stem do wyj­ścia z domu, wy­mów­ką, aby w ak­cep­to­wal­ny spo­sób za­spo­ko­ić po­trze­bę prze­by­wa­nia wy­łącz­nie we wła­snym to­wa­rzy­stwie. Uwiel­biał to miej­sce, za­pach je­zio­ra, lasu i prze­gni­łej zie­mi, i świa­do­mość, że z dru­gie­go brze­gu je­zio­ra jest nie­wi­docz­ny dla to­czą­ce­go się w mie­ście ży­cia. Wpa­try­wał się w jach­ty za­cu­mo­wa­ne przy brze­gu, wod­ne tram­wa­je wy­peł­nio­ne tu­ry­sta­mi, su­ną­ce le­ni­wie po je­zio­rze, któ­rych ci­cho pyr­ka­ją­ce sil­ni­ki zdra­dza­ły, że pły­ną, a nie dry­fu­ją. Sły­szał przy­tłu­mio­ne, do­bie­ga­ją­ce z od­da­li krzy­ki szczę­śli­wych ama­to­rów nart wod­nych. Ze swo­jej per­spek­ty­wy od cza­su do cza­su wi­dział małe prze­my­ka­ją­ce po­sta­ci, ma­rio­net­ki ucze­pio­ne nie­wi­dzial­nej, me­cha­nicz­nej ręki wy­cią­gu. Ob­ser­wo­wał dzie­cia­ki ska­czą­ce do wody z po­mo­stów Pla­ży Miej­skiej. Było w tym coś z pod­glą­dac­twa. Bez­kar­ne­go pod­glą­dac­twa. Ży­cie po dru­giej stro­nie za­czy­na­ło być mu obce. Je­zio­ro nie tyl­ko od­dzie­la­ło od sie­bie dwa brze­gi, ale rów­nież po­go­dzo­ną z wła­snym lo­sem jed­nost­kę od resz­ty spo­łe­czeń­stwa, cho­re zwie­rzę od resz­ty sta­da.

Sa­mot­nia ofe­ro­wa­ła po­dró­że w cza­sie. Jan czę­sto wspo­mi­nał, jak pierw­szy raz spo­tkał swo­ją przy­szłą żonę, Kry­sty­nę, jak wresz­cie zdo­był się na od­wa­gę, aby się jej oświad­czyć, jak na świat przy­cho­dzi­ły ich dzie­ci… My­ślał też o trud­nych chwi­lach, nie­zli­czo­nych nie­ła­twych de­cy­zjach, któ­re ra­zem po­dej­mo­wa­li. Tak jak wte­dy, gdy po­sta­no­wił, że chce rzu­cić do­tych­cza­so­wą pra­cę i otwo­rzyć wła­sną fir­mę. Kry­sia była peł­na obaw, a on mó­wił wte­dy: „Nie martw się. Mam plan”. „Mam plan” – te dwa sło­wa mia­ły ją uspo­ko­ić, ale nie uspo­ko­iły. Wte­dy jesz­cze nie, ale Jan po­sta­wił na swo­im, sta­jąc się wła­ści­cie­lem fir­my trans­por­to­wej. Na po­cząt­ku było im bar­dzo cięż­ko i sam mu­siał jeź­dzić za­ku­pio­ną cię­ża­rów­ką. Z cza­sem jed­nak żyło im się co­raz le­piej. Od tam­tej pory za każ­dym ra­zem, gdy w ich ży­ciu po­ja­wił się ja­kiś pro­blem, a Jan wy­po­wia­dał te ma­gicz­ne sło­wa: „mam plan” lub „wszyst­ko bę­dzie do­brze”, ewen­tu­al­nie „coś wy­my­ślę”, Kry­sia była spo­koj­na, a na­wet je­śli nie była, to ni­g­dy nie da­wa­ła tego po so­bie po­znać.

Spła­wik znik­nął pod wodą i po chwi­li po­now­nie po­ja­wił się na po­wierzch­ni.

– O psia­krew! – za­klął i za­czął zwi­jać żył­kę.

Pod­cią­gał kij węd­ki, aby ze­brać luz i po­now­nie jego dłoń wra­ca­ła do ko­ło­wrot­ka. Po kil­ku chwi­lach z wody wy­sko­czy­ła mała ryba, pod­ska­ki­wa­ła i szar­pa­ła się na ha­czy­ku, nie ma­jąc za­mia­ru ła­two dać za wy­gra­ną. Jan przy­glą­dał się jej bez sło­wa, po czym chwy­cił i przy­trzy­mał w za­mknię­tej dło­ni. Skrze­la pło­ci uno­si­ły się i opa­da­ły, usta łap­czy­wie chwy­ta­ły po­wie­trze, a oko wy­da­wa­ło się wpa­try­wać wprost w nie­go. „Na­wet ty chcesz żyć, praw­da? – po­my­ślał. – Nie wiesz, że tar­mo­sząc się, spra­wiasz, że sy­tu­acja robi się jesz­cze bar­dziej bez­na­dziej­na?”. Naj­de­li­kat­niej jak po­tra­fił wy­łu­skał mały ha­czyk, któ­ry zdą­żył już prze­bić na wy­lot ry­bie war­gi i wrzu­cił zdo­bycz do wody. „Szko­da że nie je­steś zło­tą ryb­ką. Gdy­byś nią była, wy­obraź so­bie, że miał­bym do cie­bie tyl­ko jed­no, je­dy­ne ży­cze­nie, po­zo­sta­łe dwa mo­gła­byś so­bie wsa­dzić…”.

Po­now­nie za­rzu­cił węd­kę i nie­wi­dzą­cym wzro­kiem wpa­try­wał się w fa­lu­ją­cy spła­wik. Wspo­mnie­nia prze­nio­sły go w zu­peł­nie inne miej­sce. Le­żał w ga­bi­ne­cie le­kar­skim i wpa­try­wał się w su­fit. Dok­tor przy­ło­żył do jego za­okrą­glo­ne­go brzu­cha zim­ne i wil­got­ne urzą­dze­nie i prze­su­wał nim we wszyst­kie stro­ny, od cza­su do cza­su mó­wiąc coś przy­ci­szo­nym gło­sem do pie­lę­gniar­ki, naj­wy­raź­niej go­to­wej ro­bić no­tat­ki. A może to była sta­żyst­ka? Jan nie wie­dział. Zresz­tą nie­wie­le go to ob­cho­dzi­ło, po­nie­waż my­śla­mi był przy swo­jej pra­cy, a do­kład­nie rzecz uj­mu­jąc, przy jed­nym ze swo­ich kie­row­ców, któ­ry ak­tu­al­nie po­wi­nien opusz­czać te­ren fir­my, za­ła­do­wa­ny po brze­gi drew­nem. Tym­cza­sem przed pięt­na­sto­ma mi­nu­ta­mi otrzy­mał te­le­fon od zde­ner­wo­wa­ne­go kie­row­ni­ka trans­por­tu, że kie­row­ca Jana nie dał na­wet zna­ku ży­cia.

Pod­niósł gło­wę, chcąc za­py­tać le­ka­rza, jak dłu­go to jesz­cze wszyst­ko po­trwa, bo tro­chę się spie­szy, ale nie wy­du­sił z sie­bie już ani sło­wa. Nie wi­dział twa­rzy le­ka­rza, któ­ry wciąż trzy­mał na jego brzu­chu wil­got­ną koń­ców­kę urzą­dze­nia, lecz ład­ne, za­tro­ska­ne oczy pie­lę­gniar­ki. Dziew­czy­na pa­trzy­ła raz na ba­da­ją­ce­go, to znów na ba­da­ne­go. W koń­cu bez sło­wa kiw­nę­ła gło­wą i opu­ści­ła ga­bi­net. Za­raz po­tem dok­tor za­czął prze­cie­rać brzuch Jana pa­pie­ro­wy­mi ręcz­ni­ka­mi, a on wie­dział już, że kie­row­ca de­zer­ter to naj­mniej­szy z jego pro­ble­mów.

– Od kie­dy ma pan te bóle, pa­nie Jan­ku? – za­py­tał le­karz.

W za­sa­dzie cho­ler­nie do­bre py­ta­nie, bo Jan nie miał zie­lo­ne­go po­ję­cia, jak dłu­go to trwa­ło. Wie­dział na­to­miast jed­no – od daw­na. Kry­sia wy­sy­ła­ła go do le­ka­rza każ­de­go dnia, ale on za­wsze zby­wał ją sło­wa­mi: „Pój­dę w przy­szłym ty­go­dniu, obie­cu­ję”. W bie­żą­cym za­wsze było za dużo ro­bo­ty. Jak sam nie przy­pil­no­wał kie­row­ców, to za­wsze miał ja­kieś pro­ble­my. Bóle brzu­cha tłu­ma­czył so­bie stre­sem i złą die­tą. Kry­sia po­wta­rza­ła mu, że jak to się nie zmie­ni, to na­ba­wi się wrzo­dów, któ­re, nie daj Boże, jesz­cze pęk­ną i…

– To naj­praw­do­po­dob­niej no­wo­twór trzust­ki, pa­nie Ja­nie – rzekł ze współ­czu­ciem w gło­sie le­karz i jak­by ni­g­dy nic po­drep­tał w kie­run­ku zle­wu, aby umyć ręce.

Gło­wa Jana opa­dła na le­żan­kę, kie­dy wsłu­chi­wał się w szum pły­ną­cej wody, a on sam czuł się, jak­by ktoś wła­śnie zdzie­lił go obu­chem. Wciąż upać­ka­ny brzuch uno­sił się i opa­dał.

– Oczy­wi­ście po­trzeb­ne są do­kład­ne ba­da­nia. – Le­karz wy­cie­rał ręce w ręcz­nik. – Ale je­stem pra­wie pe­wien. Stąd te bóle. Miał pan bie­gun­ki, wy­mio­ty?

„Kil­ka razy” – po­my­ślał, wciąż wpa­tru­jąc się w su­fit, ale za­zwy­czaj zda­rza­ły się po kil­ku głęb­szych, któ­re wy­chy­lał z no­wy­mi wspól­ni­ka­mi, aby uczcić wła­śnie sfi­na­li­zo­wa­ną umo­wę.

Nie pa­mię­tał, jak wy­cho­dził z ga­bi­ne­tu, nie pa­mię­tał, ja­kim cu­dem uda­ło mu się do­trzeć do domu, ale ni­g­dy nie za­po­mniał spoj­rze­nia swo­jej żony, kie­dy prze­ka­zy­wał jej „wia­do­mość dnia”. Wpa­try­wa­ła się w nie­go za­łza­wio­ny­mi, za­tro­ska­ny­mi ocza­mi, ale było w nich coś jesz­cze. Oczy jego żony wy­ra­ża­ły pre­ten­sję: „A nie mó­wi­łam? Tyle razy pro­si­łam, że­byś po­szedł do le­ka­rza”. A po­tem po­ja­wi­ła się w nich na­dzie­ja. Ocze­ki­wa­nie, że Jan znów jak zwy­kle po­wie: „Mam plan” lub „Wszyst­ko bę­dzie do­brze”, ewen­tu­al­nie „Coś wy­my­ślę”. Nie po­wie­dział.

Jego ro­dzi­na dłu­go nie mo­gła zro­zu­mieć pod­ję­tej przez nie­go de­cy­zji. Nie oby­ło się bez kłót­ni, łez, a na­wet szan­ta­żu. Jan mu­siał przy­znać, że to ostat­nie w wy­ko­na­niu jego żony wy­glą­da­ło tro­chę za­baw­nie. Kry­sia za­gro­zi­ła, że odej­dzie od nie­go, je­śli on nie zgo­dzi się na le­cze­nie. Choć brzmia­ła na­praw­dę wia­ry­god­nie, wie­dział, że ble­fu­je. Ni­g­dy by go nie opu­ści­ła. Jego ro­dzi­na dała za wy­gra­ną do­pie­ro wte­dy, gdy pod­czas ostat­nie­go ro­dzin­ne­go zjaz­du ze­brał wszyst­kich w sa­lo­nie i po­wie­dział:

– Co w tym złe­go, że nie chcę ostat­nich mie­się­cy swo­je­go ży­cia spę­dzić przy­ku­ty do szpi­tal­ne­go łóż­ka?

Ni­g­dy nie za­po­mni ich spoj­rzeń. Łez spły­wa­ją­cych po po­licz­kach. Wi­do­ku swo­jej cór­ki wtu­la­ją­cej się w mat­kę. Wów­czas nie mógł oprzeć się wra­że­niu, że je­dy­nie Pa­weł go ro­zu­mie.

– Wszy­scy wie­my, że to bez­na­dziej­ny przy­pa­dek. Chcę spę­dzić czas, któ­ry mi po­zo­stał, tu w na­szym domu, z wami.

Po­tem pła­ka­li już wszy­scy.

I te­raz, sie­dząc na skła­da­nym węd­kar­skim krze­seł­ku, czuł, jak łzy na­pły­wa­ją mu do oczu. Każ­de­go dnia wy­cho­dził do swo­jej Sa­mot­ni, a Kry­sia nie opo­no­wa­ła. Kie­dy wró­ci, bę­dzie cze­ka­ła z obia­dem. Pra­wie w każ­dy week­end z War­sza­wy przy­jeż­dżał Pa­weł z Izą, choć po­wta­rzał im, że to nie jest ko­niecz­ne. Nie chcie­li jed­nak słu­chać, a on nie mógł mieć im tego za złe. Byli tak samo upar­ci, jak on. Gdy za­cznie dziać się na­praw­dę źle, mie­li wziąć urlo­py i przy­je­chać do domu na tak dłu­go, aż…

Kie­dy usły­szał pę­ka­ją­cą ga­łąz­kę za swo­imi ple­ca­mi i od­głos zbli­ża­ją­cych się kro­ków, od­ru­cho­wo spoj­rzał przez ra­mię. Zro­bił to, bo prze­cież przez te wszyst­kie lata nikt ni­g­dy nie tra­fił do Sa­mot­ni.

Ude­rze­nie zrzu­ci­ło go z krze­seł­ka. Na po­cząt­ku nie było bólu. Do­pie­ro po chwi­li pra­we oko za­czę­ło pa­lić ży­wym ogniem. Po­czuł ol­brzy­mią siłę. Coś cią­gnę­ło go w stro­nę ścież­ki i do­słow­nie prze­cią­gnę­ło przez prze­wró­co­ny pień. Lewe oko za­chłan­nie sta­ra­ło się ogar­nąć ota­cza­ją­cą go rze­czy­wi­stość. Nie­bo, drze­wa, krza­ki, zno­wu nie­bo… Czy krzy­czał? Chy­ba tak, ale je­dy­nie przez kil­ka chwil. Po­tem nie było już ni­cze­go.

4.

– My­śli pan, że fa­cet ma nie po ko­lei w gło­wie? – za­py­ta­ła, zer­ka­jąc w stro­nę od­jeż­dża­ją­cej ka­ret­ki.

– Może – od­parł Ja­wor­ski. – Ale sam chy­ba so­bie tego nie zro­bił. Trud­no wbić zęby we wła­sną szy­ję. – Zer­k­nął w stro­nę sto­ją­cych otwo­rem drzwi bun­kra. – A je­śli nasz „wam­pir” rze­czy­wi­ście gdzieś tam jest, naj­le­piej bę­dzie, je­że­li znaj­dzie­my go jak naj­szyb­ciej, za­nim me­dia coś zwę­szą.

Ski­nął gło­wą w kie­run­ku po­li­cjan­tów sto­ją­cych przed wej­ściem. Ci wy­da­li ja­kieś po­le­ce­nia swo­im psom i po chwi­li znik­nę­li w cze­lu­ściach bun­kra. Ja­wor­ski i Dzier­żyń­ska szli tuż za nimi.

– Dwóch na­szych lu­dzi we­szło do środ­ka, jak tyl­ko przy­je­cha­li na miej­sce – na­czel­nik mó­wił nie­wy­raź­nie, idąc z po­chy­lo­ną gło­wą. – Do­tar­li do pierw­sze­go po­miesz­cze­nia, ale po na­szym Dra­ku­li nie było śla­du. Ka­za­łem im po­cze­kać na wspar­cie i psy. Nie chcę na ra­zie wzbu­dzać pa­ni­ki, ale je­śli go nie znaj­dzie­my, chy­ba bę­dzie­my mu­sie­li roz­po­cząć po­szu­ki­wa­nia od stro­ny wie­ży Bi­smarc­ka. Resz­ta cze­ka na znak.

– To by znacz­nie uła­twi­ło spra­wę.

– Tak, i roz­głos mu­ro­wa­ny. Tu­taj ja­kimś cu­dem nikt nas jesz­cze nie wi­dział, ale o tej po­rze przy wie­ży jest peł­no lu­dzi. Za­nim za­cznie­my się tłu­ma­czyć w me­diach, do­brze by­ło­by wie­dzieć z cze­go.

Jak tyl­ko po­ko­na­li scho­dy i wresz­cie mo­gli się spo­koj­nie wy­pro­sto­wać, Dzier­żyń­ska usły­sza­ła za ple­ca­mi od­głos za­pal­nicz­ki. Po chwi­li za­pach dymu roz­no­sił się po za­mknię­tym po­miesz­cze­niu. Spoj­rza­ła na Ja­wor­skie­go.

– No co? Tyl­ko kil­ka szyb­kich ma­chów. – Z pa­pie­ro­sem w dło­ni wska­zał dziu­rę w ścia­nie. – Jak tam wej­dzie­my, już ra­czej nie za­pa­lę.

Psy za­czę­ły ner­wo­wo po­pi­ski­wać i cią­gnąć w stro­nę otwo­ru. Ich prze­wod­ni­cy wy­mie­ni­li spoj­rze­nia.

Na­czel­nik za­cią­gnął się kil­ka razy, rzu­cił nie­do­pa­łek na zie­mię i przy­du­sił ob­ca­sem.

– Do­bra, pa­no­wie. No to ru­sza­my.

***

Szli wsłu­cha­ni w swo­je przy­spie­szo­ne od­de­chy oraz po­pi­sku­ją­ce i uja­da­ją­ce psy. Ko­mi­sarz, wpa­tru­jąc się w pod­ska­ku­ją­ce świa­tła la­ta­rek, czu­ła, jak ser­ce za­czy­na bić jej w pier­si co­raz moc­niej. Na po­cząt­ku pod­cho­dzi­ła do ca­łej spra­wy z przy­mru­że­niem oka, lecz w bun­krze nie­co stra­ci­ła pew­ność sie­bie. W świe­tle let­nie­go po­ran­ka wy­da­wa­ło jej się, że to nic ta­kie­go, ot po pro­stu wej­dą i wy­cią­gną sta­rusz­ka na ze­wnątrz, w naj­gor­szym ra­zie oka­że się, że go­ścio­wi od­bi­ło. Ale ciem­ność zmie­nia­ła wszyst­ko, bu­dzi­ła de­mo­ny, przy­wo­ły­wa­ła złe wspo­mnie­nia. Pod­ziem­ne mu­zeum? Jezu, kto to wy­my­ślił? Jak dla niej to całe pod­zie­mie po­win­no być za­sy­pa­ne.

Psy ewi­dent­nie coś wy­czu­ły i ich tre­se­rom co­raz trud­niej było za­pa­no­wać nad ich tem­pe­ra­men­tem. Szyb­ki chód prak­tycz­nie mu­sie­li za­mie­nić w de­li­kat­ny trucht, aby do­trzy­mać owczar­kom kro­ku.

Skrę­ci­li w lewo, do pierw­sze­go z po­miesz­czeń. Ja­wor­ski i Dzier­żyń­ska ob­ser­wo­wa­li, jak psy z py­ska­mi przy zie­mi, w to­wa­rzy­stwie sztucz­ne­go świa­tła eks­plo­ru­ją wnę­trze. Po­tem – jak sta­ją na tyl­nych ła­pach, przed­nie opie­ra­jąc o ścia­ny i wpa­tru­jąc się w su­fit. Za psi­mi spoj­rze­nia­mi po­wę­dro­wa­ły la­tar­ki i wzrok po­li­cjan­tów.

– Tu­taj ra­czej ni­ko­go nie ma – stwier­dził z sar­ka­zmem w gło­sie Ja­wor­ski, ob­ser­wu­jąc z za­in­te­re­so­wa­niem, jak owcza­rek z no­sem wciąż skie­ro­wa­nym w nie­wy­so­kie skle­pie­nie dra­pie w ścia­nę. – Idzie­my da­lej.

Pierw­szy z po­li­cjan­tów od­cią­gnął psa i prze­mknął po­mię­dzy nimi, wzdłuż spo­wi­te­go mro­kiem ko­ry­ta­rza, dru­gi naj­wy­raź­niej chciał dać swo­je­mu zwie­rzę­ciu jesz­cze tro­chę cza­su.

– Pies jest nie­spo­koj­ny – po­wie­dział. – Coś tu­taj wy­czuł, pa­nie na­czel­ni­ku.

– Niby kogo, czło­wie­ka pa­ją­ka? – Ja­wor­ski uniósł brwi, lu­stru­jąc su­fit. – Po­miesz­cze­nie jest pu­ste. Idzie­my da­lej.

Funk­cjo­na­riusz usłu­chał, ale za­ję­ło mu tro­chę cza­su, aby prze­ko­nać do roz­ka­zu psa.

Eks­plo­ra­cja ko­lej­ne­go po­miesz­cze­nia nie trwa­ła dłu­go, bo­wiem psy nie wy­ka­za­ły więk­sze­go za­in­te­re­so­wa­nia, dla­te­go po kil­ku­na­stu mi­nu­tach prze­szli do­dat­ko­we dwie­ście me­trów. Dzier­żyń­ska za­czę­ła po­dej­rze­wać, że jak tak da­lej pój­dzie, to na­praw­dę prze­mie­rzą całe pod­zie­mie. Może nad­szedł czas, aby za­chę­cić Ja­wor­skie­go do jego po­my­słu i wy­słać eki­pę od dru­giej stro­ny?

Na­gle w bla­dym świe­tle swo­jej la­tar­ki, skie­ro­wa­nej w ple­cy od­da­lo­ne­go o pięć me­trów po­li­cjan­ta, do­strze­gła ja­kiś cień. Za­trzy­ma­ła się. Unio­sła gło­wę.

– Wi­dział pan? – za­py­ta­ła ci­cho sto­ją­ce­go tuż za nią na­czel­ni­ka.

– Co?

– Sama nie wiem. Coś jak­by… po su­fi­cie…

Dźwię­ki, któ­re na­gle wy­peł­ni­ły ko­ry­tarz, ra­ni­ły uszy, spra­wia­jąc, że za­mar­li. Naj­pierw uja­da­nie psów i prze­ra­ża­ją­cy pisk, za­raz po­tem krzyk cier­pią­ce­go czło­wie­ka i w koń­cu ogłu­sza­ją­cy huk wy­strza­łu…

5.

Tego piąt­ko­we­go, lip­co­we­go ran­ka bia­ły dron, wy­po­sa­żo­ny w pro­fe­sjo­nal­ny sprzęt opto­elek­tro­nicz­ny, wzbił się na pod­bój szcze­ci­nec­kie­go nie­ba zde­cy­do­wa­nie wcze­śniej niż zwy­kle. Prze­la­ty­wał wła­śnie tuż na igli­cą ko­ścio­ła pod we­zwa­niem Naj­święt­szej Ma­rii Pan­ny, przy­ku­wa­jąc wzrok sie­dzą­cej na pra­wym ra­mie­niu krzy­ża, skon­ster­no­wa­nej wro­ny, i od­bił w lewo, kie­ru­jąc się wzdłuż naj­dłuż­szej w mie­ście uli­cy Mic­kie­wi­cza, z każ­dej stro­ny oto­czo­nej pa­sma­mi drzew. Pod­niósł wy­so­kość, aby w obiek­ty­wie ka­me­ry zmie­ścił się rów­nież ob­raz par­ku i po­mo­stów bie­gną­cych w głąb atra­men­to­wej pla­my je­zio­ra, i ze sta­łą czę­sto­tli­wo­ścią ro­bił ko­lej­ne zdję­cia. Zmie­rzał w kie­run­ku Pla­ży Miej­skiej, sta­no­wią­cej w dniu dzi­siej­szym cen­trum jego za­in­te­re­so­wa­nia. W ka­drze po­ja­wi­ła się sieć drew­nia­nych po­mo­stów, wie­życz­ki ra­tow­ni­ków, naj­róż­niej­szy sprzęt pły­wa­ją­cy, od ka­ja­ków i ro­wer­ków wod­nych po­cząw­szy, a na za­cu­mo­wa­nych ża­glów­kach, mo­to­rów­kach i tram­wa­jach wod­nych skoń­czyw­szy. Dzie­się­cio­krot­ny zoom ka­me­ry przy­bli­żył lu­dzi krzą­ta­ją­cych się na po­mo­stach i w ob­rę­bie pla­ży. Za­raz po­tem dron sku­pił się na wy­cią­gu do nart wod­nych, ro­biąc zdję­cia pa­sjo­na­tom tego spor­tu, któ­rzy na spe­cjal­ną oka­zję zje­cha­li z naj­róż­niej­szych za­kąt­ków kra­ju. Mi­nia­tu­ro­we po­sta­ci su­nę­ły po je­zio­rze, ska­cząc przez prze­szko­dy, wy­wi­ja­jąc naj­dziw­niej­sze akro­ba­cje, na ułam­ki se­kund w ekwi­li­bry­stycz­nych po­zach za­sty­ga­jąc w po­wie­trzu. Wszyst­ko to dron za­pi­sy­wał na twar­dym dys­ku swo­jej ka­me­ry cy­fro­wej.

Gdy­by ste­ru­ją­cy zdal­nie dro­nem wie­dział, czyj sa­mo­chód wje­chał wła­śnie na par­king po dru­giej stro­nie uli­cy, za­pew­ne wła­śnie w ten ob­szar skie­ro­wał­by urzą­dze­nie. Sta­ry, sza­ry nis­san le­d­wo zmie­ścił się w rzę­dzie za­par­ko­wa­nych aut. Kie­row­ca zga­sił sil­nik, po­lu­zo­wał kra­wat, za­ci­śnię­ty pod szy­ją cia­sno jak pę­tla wi­siel­ca, i prze­tarł wierz­chem dło­ni zro­szo­ne czo­ło. Wy­ko­nał kil­ka ob­ro­tów po­krę­tłem ste­ru­ją­cym szy­bą od stro­ny pa­sa­że­ra, naj­de­li­kat­niej jak po­tra­fił w oba­wie, że może je urwać, i z przy­kro­ścią stwier­dził, że go­rą­ce po­wie­trze z ze­wnątrz nie przy­nio­sło ulgi.

Nie­speł­na trzy­dzie­sto­ośmio­let­ni Da­riusz Duda, od ośmiu mie­się­cy peł­nią­cy funk­cję bur­mi­strza Szcze­cin­ka, jesz­cze nie zdą­żył oswo­ić się z tym fak­tem. Każ­de­go ran­ka, gdy sta­wał przed lu­strem, za­sty­gał z ma­szyn­ką przy­ło­żo­ną do twa­rzy (choć za­rost miał rów­nie gę­sty jak czter­na­sto­la­tek) i po­wta­rzał w my­ślach: „Tak, je­steś bur­mi­strzem”. I za każ­dym ra­zem, gdy sły­szał w gło­wie te sło­wa, brzmia­ły co­raz bar­dziej wy­nio­śle. Kie­dy star­to­wał w wy­bo­rach, mimo am­bi­cji, któ­rej nie moż­na było mu od­mó­wić, jego szan­se na zwy­cię­stwo po­rów­ny­wa­no do tych, ja­kie mia­ła re­pre­zen­ta­cja Pol­ski w me­czu z Niem­ca­mi. Jego obec­ność w dru­giej tu­rze i póź­niej­szy triumf nad ma­ją­cym na­dzie­ję roz­po­cząć trze­cią ka­den­cję kan­dy­da­tem spo­tka­ły się z rów­nym nie­do­wie­rza­niem opi­nii pu­blicz­nej, jak póź­niej­sza hi­sto­rycz­na wy­gra­na Bia­ło-Czer­wo­nych. I pra­gnął wie­rzyć z ca­łych sił, że jego zwy­cię­stwo ma się ni­jak do fak­tu, że za­stęp­ca ustę­pu­ją­ce­go bur­mi­strza był człon­kiem sek­ty, któ­ra przed trze­ma laty od­pra­wia­ła krwa­we ry­tu­ały w po­wo­jen­nych pod­zie­miach Szcze­cin­ka, o ist­nie­niu któ­rych nikt nie miał po­ję­cia. Ów­cze­sny bur­mistrz nie krył za­sko­cze­nia, kie­dy do­wie­dział się, ja­kim prak­ty­kom od­da­wał się jego za­stęp­ca i tłu­ma­czył, że nie miał z tym pro­ce­de­rem nic wspól­ne­go. Po­li­cja po prze­pro­wa­dze­niu śledz­twa ni­cze­go mu nie udo­wod­ni­ła, ale „szcze­ci­nec­ki kosz­mar” rzu­cił się cie­niem na jego dal­szą po­li­tycz­ną ka­rie­rę i taka była praw­da. Lu­dzie nie do koń­ca wie­rzy­li w jego nie­win­ność, a na­wet ci, któ­rzy wie­rzy­li, naj­wy­raź­niej nie po­tra­fi­li już za­ufać czło­wie­ko­wi, któ­ry przez te wszyst­kie lata sie­dział z wy­znaw­cą dia­bła prak­tycz­nie biur­ko w biur­ko.

Żona Dar­ka od za­wsze po­wta­rza­ła mu, że jest stwo­rzo­ny do wiel­kich rze­czy. Utwier­dza­ła w prze­ko­na­niu, że zwy­cię­stwo w wy­bo­rach za­wdzię­cza tyl­ko so­bie, i prze­ko­ny­wa­ła, że ich wy­nik był­by taki sam bez wzglę­du na to, czy naj­bliż­szy współ­pra­cow­nik jego prze­ciw­ni­ka był wy­znaw­cą dia­bła, Al­la­cha, czy Wróż­ki Zę­busz­ki. Ni­g­dy nie prze­sta­ła w nie­go wie­rzyć. Wró­ży­ła mu ka­rie­rę po­li­tycz­ną już wów­czas, gdy za na­mo­wą ko­le­gi star­to­wał z ra­mie­nia opo­zy­cyj­ne­go ugru­po­wa­nia do rady mia­sta. I tak z na­uczy­cie­la WF-u i tre­ne­ra dru­ży­ny pił­kar­skiej ju­nio­rów stał się rad­nym mia­sta Szcze­ci­nek. Mu­sia­ło upły­nąć tro­chę cza­su, za­nim od­na­lazł się w no­wej roli i jego uczest­nic­two w se­sjach Rady Mia­sta za­czę­ło być bar­dziej za­uwa­żal­ne. W ko­lej­nych mie­sią­cach sta­wał się pew­niej­szy swo­ich ra­cji, za­czął do­strze­gać man­ka­men­ty, któ­rych jego zda­niem nie wi­dzia­ła obec­na wła­dza. Mó­wił o nich gło­śno i od­waż­nie, co w re­zul­ta­cie spra­wi­ło, iż urzę­du­ją­cy bur­mistrz nie krył swo­jej an­ty­pa­tii do rad­ne­go, pew­ne­go razu tak ko­men­tu­jąc wy­stą­pie­nie Dar­ka: „Pa­nie Duda, po­li­ty­ka to nie szkol­ne bo­isko. Cza­sa­mi nie­zbęd­na jest prze­my­śla­na tak­ty­ka, bu­do­wa­nie nud­ne­go ata­ku po­zy­cyj­ne­go, aby zdo­być upra­gnio­ny cel, a nie fu­riac­ki bieg za wy­ko­pa­ną pił­ką”. Już wte­dy gdzieś w głę­bi ser­ca i w za­ka­mar­kach swo­je­go umy­słu Da­rek Duda roz­po­czął na­kre­śla­nie wła­sne­go pla­nu ata­ku po­zy­cyj­ne­go o kryp­to­ni­mie „De­tro­ni­za­cja obec­ne­go bur­mi­strza”.

Po­cząt­ki, jak to bywa, były trud­ne, ale nie pod­dał się. Kie­dy pierw­szy raz za­siadł w wy­so­kim rzeź­bio­nym fo­te­lu bur­mi­strza i po­wiódł wzro­kiem po ob­li­czach zgro­ma­dzo­nych wo­kół rad­nych, po­czuł się jak nowo wy­bra­ny pan i wład­ca. Ob­ser­wo­wał ich twa­rze, oce­niał spoj­rze­nia. W nie­któ­rych do­strze­gał pod­eks­cy­to­wa­nie, en­tu­zjazm i wręcz eu­fo­rię. Oba­wiał się, że ko­le­dzy rad­ni z tego sa­me­go ugru­po­wa­nia po­wsta­ną jak je­den mąż, unio­są w górę nie­wi­dzial­ne kie­li­chy i krzyk­ną: „Umarł król, niech żyje król!”. Ale byli jesz­cze inni, lu­dzie ustę­pu­ją­ce­go bur­mi­strza, któ­rych miesz­kań­cy na­dal chcie­li wi­dzieć w roli re­pre­zen­tan­tów mia­sta. Ich spoj­rze­nia wy­ra­ża­ły zgo­ła od­mien­ne uczu­cia. Jed­nak Da­rek nie chciał ich tłam­sić, wal­czyć z nimi, pra­gnął siłą dia­lo­gu prze­cią­gnąć ich na swo­ją stro­nę. Nie za­mie­rzał kry­ty­ko­wać, umniej­szać za­sług ustę­pu­ją­ce­go bur­mi­strza, dla­te­go na sa­mym po­cząt­ku wy­mie­nił ele­men­ty pra­cy swe­go po­przed­ni­ka, któ­re po­win­ny być kon­ty­nu­owa­ne, ale rów­nież sta­now­czo i bez ogró­dek wy­tknął błę­dy i przed­sta­wił swój plan.

– To mia­sto po­trze­bu­je świe­że­go spoj­rze­nia! – krzyk­nął któ­re­goś ran­ka, spo­glą­da­jąc w sy­pial­nia­ne lu­stro i pró­bu­jąc – z mi­zer­nym skut­kiem – ukryć pod koł­nie­rzy­kiem ko­szu­li skra­wek kra­wa­ta. Od­wró­cił się do żony, któ­ra na­tych­miast ru­szy­ła z po­mo­cą. Raz jesz­cze unio­sła koł­nie­rzyk, a póź­niej po­pra­wi­ła i scho­wa­ła pod nim kra­wat. – Tak im po­wie­dzia­łem. To mia­sto po­trze­bu­je świe­że­go spoj­rze­nia.

– I bar­dzo do­brze im po­wie­dzia­łeś. – Ewa wy­gła­dza­ła ide­al­nie wy­pra­so­wa­ną ko­szu­lę. – Je­stem z cie­bie taka dum­na.

– Dzię­ku­ję. – Uca­ło­wał ją w czu­bek nosa.

– Ze wszyst­kim świet­nie dasz so­bie radę. Tyl­ko po­trze­bu­jesz tro­chę cza­su, aby prze­ko­nać nie­do­wiar­ków.

Mia­ła ra­cję. Zresz­tą jak za­wsze. Ewa po­tra­fi­ła zmo­ty­wo­wać go jak nikt inny, po­chwa­lić, ale też bez­par­do­no­wo zga­nić, je­śli na to za­słu­gi­wał. Tak jak wte­dy, kie­dy jej za­ko­mu­ni­ko­wał:

– W week­end będę miał tro­chę wię­cej cza­su, więc chciał­bym za­brać cię do Ko­sza­li­na. Mam dość tego gra­ta. Po­jeź­dzi­my po sa­lo­nach, może uda nam się wy­brać ja­kieś auto w do­brej ce­nie.

– Chy­ba zwa­rio­wa­łeś! – wrza­snę­ła.

– Dla­cze­go?

– Je­steś bur­mi­strzem od paru mie­się­cy i chcesz ku­pić nowe auto?

– Tak. Na­sze już…

– Nie mam mowy, Da­rek! Wiesz, co po­wie­dzą lu­dzie? Jak bę­dziesz wy­glą­dał w oczach swo­ich wy­bor­ców?

Sie­dząc i po­cąc się na­dal w swo­im gra­cie, uśmiech­nął się na tam­to wspo­mnie­nie. Wie­dział, że mia­ła ra­cję, a on sam bar­dzo szyb­ko za­po­mniał o no­wym sa­mo­cho­dzie. Przy­naj­mniej na ja­kiś czas.

Prze­tarł­szy oczy, po­wró­cił do rze­czy­wi­sto­ści. Dzi­siaj cze­kał go nie­ła­twy dzień. Miał na­gra­nie dla Te­le­wi­zji Ga­wex i spo­tka­nie z tą bab­ką z „Te­ma­tu”. Ale praw­dzi­we me­dial­ne sza­leń­stwo mia­ło roz­po­cząć się ju­tro. Spoj­rzał przez przed­nią szy­bę. Po dru­giej stro­nie uli­cy, za po­dwój­nym pa­smem drzew, do­strzegł roz­en­tu­zja­zmo­wa­ny tłum, zmie­rza­ją­cy w stro­nę Pla­ży Miej­skiej. Roz­po­znał rów­nież kil­ku lo­kal­nych dzien­ni­ka­rzy. Ju­tro bę­dzie tu ich jesz­cze wię­cej. Zja­dą się naj­więk­sze sta­cje te­le­wi­zyj­ne, z Pol­sa­tem i TVN-em na cze­le. Zna­ni dzien­ni­ka­rze będą ko­men­to­wać wa­lo­ry szcze­ci­nec­kiej zie­mi, za­chę­cać do od­po­czyn­ku w tym mie­ście, opo­wia­dać o no­wo­cze­snej pla­żo­wej in­fra­struk­tu­rze. Dzie­siąt­ki ka­mer, w tym co naj­mniej dwie za­mon­to­wa­ne na po­kła­dach he­li­kop­te­ra, będą prze­ka­zy­wać ob­raz na żywo. A po­środ­ku tego wszyst­kie­go on, nowy bur­mistrz, czło­wiek, któ­re­go cze­kał wąt­pli­wy za­szczyt po­chwa­le­nia się, w jaki spo­sób do­szło do po­wsta­nia no­wej Pla­ży Miej­skiej, zre­ali­zo­wa­nia pro­jek­tu, któ­re­go za­zdro­ści­ły Szcze­cin­ko­wi inne po­ło­żo­ne nad je­zio­ra­mi pol­skie mia­sta. Wąt­pli­wy, bo­wiem po­mysł przed­się­wzię­cia zro­dził się prze­cież w gło­wie jego po­przed­ni­ka, to on zdo­był środ­ki, Da­rek je­dy­nie do­mknął pro­jekt, umie­ścił na tor­cie przy­sło­wio­wą wi­sien­kę. A co gor­sza, na­wet przez uła­mek se­kun­dy nie miał złu­dzeń, że dzien­ni­ka­rze nie na­wią­żą do krwa­wej hi­sto­rii sprzed trzech lat. Już wi­dział te ty­tu­ły:Krwa­wy Szcze­ci­nek znów sta­je się mia­stem tu­ry­stycz­nymczyTu­ry­ści zjeż­dża­ją­cy tłum­nie do Szcze­cin­ka za­po­mnie­li o hor­ro­rze sprzed lat.

Wes­tchnął i wy­siadł z auta. Uda­ło mu się za­trza­snąć drzwi do­pie­ro za trze­cim ra­zem. Opu­ścił rę­ka­wy na opa­lo­ne przed­ra­mio­na i za­piął na nad­garst­kach. Z tyl­nej ka­na­py wziął ma­ry­nar­kę i prze­rzu­cił so­bie przez ra­mię. Zer­k­nął w stro­nę pla­cu Ka­miń­skie­go, któ­ry w pa­mię­ci co star­szych miesz­kań­ców za­wsze bę­dzie pla­cem No­wot­ki, i skon­sta­to­wał, że we­so­łe mia­stecz­ko roz­sta­wi­ło już pra­wie wszyst­kie swo­je ka­ru­ze­le. Z tego, co pa­mię­tał, przy­je­cha­ło do­pie­ro wczo­raj, a wiel­kie kon­struk­cje już pię­ły się ku nie­bu. „Bar­dzo do­brze – po­my­ślał. – Ko­lej­na atrak­cja przed ju­trzej­szym zwa­rio­wa­nym dniem”.

Przed wej­ściem na Pla­żę Miej­ską cze­kał na nie­go Piotr Kru­pa, jego za­stęp­ca. Był zde­cy­do­wa­nie niż­szy od Dar­ka i bar­dziej kor­pu­lent­ny. Jemu naj­wy­raź­niej upał rów­nież dał się we zna­ki, bo­wiem po­dob­nie jak Duda trzy­mał ma­ry­nar­kę prze­wie­szo­ną przez ra­mię, opóź­nia­jąc zbli­ża­ją­cy się mo­ment jej przy­wdzia­nia do ostat­niej chwi­li. Da­rek do­strzegł pod jego pa­cha­mi dwie duże pla­my potu i od­ru­cho­wo za­ło­żył swo­ją ma­ry­nar­kę, li­cząc, że za­stęp­ca pój­dzie w jego śla­dy. Nie po­my­lił się.

– Już są? – za­py­tał Duda.

– Ta – od­parł Kru­pa, prze­pusz­cza­jąc go w przej­ściu. – Dwie na­sze te­le­wi­zje. Jed­na z Ko­sza­li­na. Kil­ka osób z pra­sy. Na­wet nie wiem, z ja­kich ga­zet. A, jest też ktoś z ra­dia.

– Su­per – skwi­to­wał z uda­wa­nym en­tu­zja­zmem i ru­szył w stro­nę pla­ży.

Gdy jego wy­pa­sto­wa­ne pan­to­fle za­nu­rzy­ły się w mięk­kim pia­chu (zle­cił jego przy­wie­zie­nie z jed­nej z nad­mor­skich miej­sco­wo­ści), od razu do­strzegł tłu­mek miesz­kań­ców, rad­nych mia­sta i po­wia­tu, sta­ro­stę oraz kil­ku dzien­ni­ka­rzy krą­żą­cych przy wej­ściu na po­most. Mię­dzy słup­ka­mi, obok wy­so­kiej drew­nia­nej wie­życz­ki ra­tow­ni­ka, roz­cią­gnię­to bia­ło-zie­lo­ną wstę­gę, któ­rą miał dzi­siaj uro­czy­ście prze­ciąć.

– No to za­czy­naj­my – szep­nął pod no­sem.

Po­słał w stro­nę zgro­ma­dzo­nych naj­szczer­szy uśmiech, na jaki było go stać i ru­szył w stro­nę po­mo­stu. W tym sa­mym cza­sie w kie­sze­ni jego ma­ry­nar­ki za­brzę­cza­ła ko­mór­ka. Za­po­mniał wy­łą­czyć. Cho­le­ra ja­sna! Ale le­piej, że ode­zwa­ła się te­raz niż w trak­cie prze­mó­wie­nia. Wy­cią­gnął po­spiesz­nie te­le­fon i już miał od­rzu­cić po­łą­cze­nie, lecz na wy­świe­tla­czu do­strzegł na­zwi­sko ko­men­dan­ta szcze­ci­nec­kiej po­li­cji. „Błasz­czyk?” – zdzi­wił się w my­ślach. Wy­mie­ni­li się te­le­fo­na­mi na jed­nym z pierw­szych spo­tkań w ra­tu­szu, ale ni­g­dy nie mie­li oka­zji ani po­wo­dów, aby do sie­bie dzwo­nić. Cy­klicz­ne, choć rzad­kie spo­tka­nia wy­star­cza­ły, aby za­ła­twić wszyst­kie waż­ne spra­wy. Od­ru­cho­wo od­dał te­le­fon swe­mu za­stęp­cy. Wi­ce­bur­mistrz od­czy­tał na wy­świe­tla­czu na­zwi­sko dzwo­nią­ce­go i uniósł brwi w ge­ście zdzi­wie­nia.

– Dzień do­bry, pa­nie ko­men­dan­cie – rzekł do słu­chaw­ki Kru­pa. Duda w tym cza­sie wi­tał się ser­decz­nie ze sta­ro­stą i dzien­ni­kar­ką z Ga­we­xu. – Nie­ste­ty, bur­mistrz nie może te­raz roz­ma­wiać, po­nie­waż… – Kru­pa prze­rwał w pół zda­nia, wciąż nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od ści­ska­ją­ce­go dło­nie Dar­ka. – …uhm, ro­zu­miem, spra­wa nie­cier­pią­ca zwło­ki, ale…