Wydawca: Inpingo Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 77

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Przebudzenie - Edward Słoński

Powieść Edwarda Słońskiego z 1907 roku. Edward Słoński (1872–1926) był polskim poetą i pisarzem. Pobierał nauki w Kazaniu. W twórczości literackiej nawiązywał do romantyzmu, propagował rewolucyjne przemiany społeczne. Podczas I wojny światowej tworzył poezję patriotyczną związaną z Legionami. Napisał wówczas popularne wiersze: „Ta, co nie zginęła” (1915), „Idzie żołnierz borem lasem...” (1916), „Już ją widzieli idącą” (1917). Był także autorem książek dla dzieci i młodzieży. W jego dorobku literackim znalazły się m.in. „Dla mojej Pani” (1898), „Poezje” (1899), „Obłąkany niewydany poemat napisany w 1899 roku”, „Do Boga poemat” (1901), „Noc” (1902), „Wiesio” (1903), „Okruchy” (1904), „Pieśń nad pieśniami” (1904), „Bezimieńce – opowiadania dzisiejsze” (1907), „Przebudzenie” (1907), „Jeszczem wciąż pełen wiosny” (1909), „Spod szronu” (1910), „W więzieniu. Nowele” (1911), „Partia. Romans rewolucyjny” (1911), „Jak to na wojence... Opowiadania dla dzieci” (1915–1916), „Bajka o Białym Orle” (1918), „Wybór poezji. Ta, co nie zginęła...” (1918). Obecne wydanie książki zostało przygotowane przez firmę Inpingo w ramach akcji „Białe Kruki na E-booki”. Utwór poddano modernizacji pisowni i opracowaniu edytorskiemu, by uczynić jego tekst przyjaznym dla współczesnego czytelnika.

Opinie o ebooku Przebudzenie - Edward Słoński

Fragment ebooka Przebudzenie - Edward Słoński

Edward Słoński

Przebudzenie

Warszawa 2012

[Przebudzenie]

Po rewizji, która trwała prawie całą noc, pana Jana Downara aresztowano.

Było jeszcze zupełnie szaro, kiedy przez puste ulice szedł pod zbrojną strażą do więzienia. Wysoki, barczysty policjant sunął przed nim z taką powagą i godnością, że panu Janowi na razie wydało się, że to idzie przed nim sam pan komisarz. Pan Jan raz tylko, przy załatwianiu jakichś formalności paszportowych, widział komisarza swojego cyrkułu i zapamiętał jego generalskie gesty i generalską postawę. Ten idący przed nim policjant miał w sobie coś generalskiego i przypominał panu Janowi komisarza.

Za panem Janem szło czterech żołnierzy z karabinami. Stąpali ciężko, człapiąc ogromnymi buciskami po wyboistym bruku ulicznym.

Panu Janowi dokuczał wilgotny chłód marcowego poranku. Przez cienkie, gemzowe buciki chwytał go lepkim błotem za nogi i szedł w górę po kościach dreszczem... Brr...

Nieprzespana noc, pełna jakichś wstrząśnień i wrażeń niemiłych, wykoleiła go zupełnie. Ręce w głębokich kieszeniach jesiennego paltota trzęsły się, dolna szczęka nerwowo uderzała o górną, a myśli bezładnie plątały się po głowie.

Nieraz wracał do domu o świcie, lecz każdy taki spóźniony powrót miał przedsmak bliskiego wypoczynku. W wygodnym łóżku czekał go zmęczony sen bez śniadania, spokojne trwanie bez myśli... Przez zapuszczone rolety zaglądał do pokoju dzień... Zasypiając, słyszał ciche stąpania i szepty. Marynia i mała Nika chodziły na palcach, rozmawiały cicho, cichutko... Dziś jakże inaczej się czuje! Nie wie, co go czeka, nie wie, dokąd idzie...

Z wylotów ulic poprzecznych, koło których przechodzili, zrywał się wiatr chłodny, dojmujący, uderzał w twarz, wciskał się między poły paltota i przeraźliwie huczał w uszach. Wówczas policjant oglądał się poza siebie niespokojnie, a żołnierze przyśpieszali kroku i otaczali pana Jana.

Bo półgodzinnej wędrówce wprowadzono go wreszcie na zabrukowany podwórzec więzienny, skąd po kamiennych schodkach dostał się do obszernej sieni. W sieni panował jeszcze mrok, w którym z trudnością zdołał rozróżnić niskie ławki dokoła ścian i oszklone drzwi w głębi, wiodące na korytarz.

Na chwilę pozostawiono go samego w sieni. Usiadł na ławce i wcisnął się w kąt. Był rad, że nie smaga już go wicher, że otoczyły go jakieś grube, czarne ściany i że ma suchą, kamienną posadzkę pod nogami. Pomimo tego dzwonił jeszcze zębami i trząsł się od zimna...

Nigdy nie bał się zimna i nie rozumiał, dlaczego dziś tak strasznie przemarzł. Nie rozumiał również, dlaczego jest tutaj, w więzieniu? Jak się to wszystko stało? Sam widział czarno na białym rozkaz aresztowania... Pamięta doskonale... było: Jan Downar... Jan Downar...

O dwunastej w nocy ktoś energicznie zadzwonił do drzwi ze schodów i jednocześnie ktoś drugi zaczął dobijać się do kuchni... Kto?...

Mieli miny poważne, urzędowe... A on automatycznie otwierał przed nimi wszystkie szuflady, drżącymi rękami rozkładał papiery, fotografie, listy... tłumaczył... czytał... Widział dokoła siebie jakichś obcych ludzi i przerażone, wylękłe oczy Maryni... Chodziła za nim, jak cień, i szeptała:

– Co to? Janku, co to?

– Nic... nic... uspokój się – odpowiadał i ściskał ją za rękę.

A potem kazano mu się ubrać i iść. Oplotły go białe, ciepłe ręce, zadrżały na ustach jego tłumionym płaczem ciepłe usta...

Poszli... W cyrkule, w brudnym, szarym pokoju z portretem w złoconej ramie posiedziano mu raz jeszcze, że jest aresztowany, i kazano coś podpisać... Czerwony nos pomocnika komisarza pochylił się nad jego podpisem.

– Charaszo! Wieditie!

Znowu znalazł się na ulicy, znowu owiał go chłód...

Dobrze, że siedzi już w kącie, przytulony do wytartej, brudnej ściany, sam... sam zupełnie...

Więzienie budziło się ze snu. Z korytarzów przez oszklone drzwi zaczęły dolatywać głosy rozmów, stąpania jakichś ciężkich nóg i dzwonienie ciężkich, więziennych kluczów. Gdzieś zadzwoniły szyby we drzwiach, ktoś przebiegi po schodach.

Pana Jana morzyła senność, jakieś mgły napełniły mu oczy... Prędzej... prędzej zasnąć, choć na chwilę... I nagle wyrósł przed nim, jak spod ziemi, ten sam policjant, który go przyprowadził, i w milczeniu wskazał mu drzwi do kancelarii.

Pan Jan ziewnął i poszedł we wskazanym kierunku.

W kancelarii było pełno stołów popełnionych i podrapanych. Przy stolach stały jesionowe, żółte krzesła z powycieranymi poręczami i z podartą na siedzeniach ceratą. Przez środek pokoju, po białej i nierównej podłodze, biegł szary, sukienny chodnik.

Przy jednym ze stołów w głębi pokoju, siedział zaspany i nieumyty urzędnik, przy drzwiach stało dwóch strażników więziennych. Jeden z nich był bardzo wysoki i miał czerwoną twarz z sumiastym wąsem pod nosem, drugi był niski i krzywy, twarz miał bladą, brudny, nastroszony wąs i oczy patrzące spode łba. Panu Janowi wydało się, że ci obaj strażnicy i ten zaspany urzędnik, to dalszy ciąg mizernego umeblowania kancelarii więziennej, tak dopełniały się nawzajem ciemne barwy szynelów z podartą ceratą krzeseł i szary, wydeptany chodnik, z brudną szarością twarzy nieumytego i zaspanego urzędnika.

Policjant rozkazującym tonem poprosił o zdjęcie palta i marynarki – i jednocześnie pan Jan uczuł na sobie ręce strażnika z czarną brodą. Objęły go w pół, pełzły na dół po ciele, utonęły na chwilę w kieszeniach spodni i ześliznęły się po kolanach na mokre i brudne buciki. Pan Jan jednocześnie widział, jak strażnik z sumiastym wąsem trzęsie jego marynarkę i rewiduje kieszenie paltota... Potem zabrano mu szelki, krawat i zegarek i pozwolono się ubrać. Powoli naciągał na siebie marynarkę i czuł na powiekach coraz większą senność. Szary chodnik zaczął nieprzyjemnie falować, a brudne i podarte krzesła kołysały się jak łódki na wodzie.

Po chwili siedział na jednym z tych brudnych krzeseł na wprost urzędnika i odpowiadał na pytania.

Gdzie się urodził? Gdzie? Daleko – w jednej z północnych guberni Litwy... wymienił nazwę... Mieszkał na wsi... potem uczył się w Wilnie, potem w głębi Rosji... O, daleko! bardzo daleko, gdzieś na końcu Rosji... Potem powrócił do kraju... Czym się trudni? z czego żyje? Jest artystą... nie!... nie maluje, nie pisze... Skończył prawo – jest prawnikiem... Czy jest żonaty? Czy ma dzieci?... Pytania sypały się jedno po drugim, zachrypły głos urzędnika pełzł po nim długo i skrzypiał, jak źle nasmarowane drzwi... Ma... ma żonę i jedno dziecko, tylko jedną małą córeczkę Nikę... Ach, ten zachrypły urzędnik nie zna jego córeczki! – myślał i odpowiadał w dalszym ciągu sennie, ziewając co chwila, a przed zamglonymi jego oczami przesuwały się jakieś dalekie obrazy, chodziły jakieś mgły znajome, pełne kształtów zapamiętanych niegdyś przed laty i pozbawionych szarej powszedniości.

Widział urwisty brzeg rzeki, widział wielki łan pszenicy, falujący złotem, bezkresny... miasteczko... biały kościółek z czerwonym dachem... sklep z zielonymi okiennicami... długi szary mur i zielone kopuły cerkiewki...

Potem widział serdeczną głowę ojca... potem jakieś oczy chabrowe, dziecinnie bezradne i jednocześnie głębokie, jak dwa morza...

– Padpiszytie! – powiedział wreszcie urzędnik, podsuwając mu pożółkły arkusz papieru.

Podpisał.

– W 63 nomier – zwrócił się urzędnik do strażnika.

Wysoki z dużym, płowym wąsem strażnik zastukał butami po podłodze i zadzwonił kluczami. Pan Jan wstał i wyszedł za nim drzwiami wiodącymi na korytarz więzienny. Na korytarzu było jeszcze mroczno. Z końca, przez podwójne, oszklone drzwi z zakratowanego okna, sączyło się szare, niepewne światło budzącego się, marcowego dnia.

Po czarnych, żelaznych schodach weszli na piętro. Na piętrze był taki sam korytarz, tak samo przedzielony oszklonymi drzwiami i z obu stron zakończony zakratowanymi oknami.

Pan Jan szedł za strażnikiem sennie i powoli. Myśli plątały się bezładnie:

– Więzienie... to tak się wchodzi do więzienia!... po takich czarnych, długich schodach... przez taki długi korytarz... W oknach, we drzwiach, wszędzie kraty, pełne oczu podpatrujących i szpiegujących... za kratami siedzą ludzie – i on, Jan Downar, będzie siedział...

Skręcili na lewo. Oszklone drzwi otworzyły się przed nimi bez szmeru i tylko przy zamykaniu zadzwoniły żelazem ciężkich ram.

Przez środek korytarza biegł tak, jak w kancelarii, długi, szary, chodnik. Korytarz był nieskończenie długi, sklepiony i mroczny. Z obu stron ciągnęły się aż do końca dwa szeregi zamkniętych, pomalowanych smołą na czarno, drzwi.

U wejścia spotkał ich strażnik oddziałowy Makar Lisica i badawczym spojrzeniem zmierzył pana Jana. Makar Lisica był już od lat kilkunastu strażnikiem więziennym i miał oczy wprawne do oceny nowych przybyszów. Od razu poznał, z kim ma do czynienia.

Po ukończeniu służby wojskowej, zamiast wrócić do swej wioski rodzinnej, wstąpił do służby więziennej. Z początku przytłoczyła go ponurość mrocznych korytarzów i gęste siatki rdzawych krat w każdym oknie. Powoli jednak przyzwyczaił się do więziennego życia, wrósł w tę zaryglowaną mroczność i znieczulał na dramaty, które codziennie na cztery spusty zamykał swymi ciężkimi kluczami. Uszy zaczęły chciwie i zdradziecko podsłuchiwać, a oczy podpatrywać. Nawet cała powierzchowność jego znakomicie dostosowała się do tego ponurego otoczenia. Oczy nabrały jakiegoś chytrego wyrazu i patrzyły spode łba, głowa pochyliła się naprzód i weszła głęboko między kościste, szerokie ramiona. To sprawiało wrażenie, że jest garbusem. Kiedy zaczynał mówić, usta jego kurczyły się tak, że każdy myślał, iż się śmieje. Ale Makar nie śmiał się prawie nigdy – był, jak więzienie, ponury i skryty. Mieszkał wraz z żoną Praskowią w obrębie więzienia, w małym domku piętrowym. Praskowia była córką podoficera żandarmów z cytadeli, Własowa. Stary żandarm odwiedzał ich dość często. Podczas odwiedzin wypijał zwykle niezliczoną ilość szklanek herbaty. Lisica lubił teścia i chętnie z nim rozmawiał o polityce.

– Sława Bohu, uśmirym – powtarzał, ilekroć Własow zaczynał mówić o rewolucji.

– Izwiestno – potakiwał mu teść.

Dziś, obejrzawszy uważnie pana Jana, Lisica pytająco spojrzał na kolegę z sumiastym wąsem.

– 63 – odpowiedział ten i zajrzał w głąb korytarza.

– Ocho! szczęśliwczyk z pana... najlepsza cela, salonowy pokój – powiedział Lisica i zadzwonił kluczami.

– Najlepsza... najlepsza... – powtarzał w duchu pan Jan i powlókł się za Lisicą w głąb korytarza.

Po chwili znalazł się w niedużym, kwadratowym pokoiku o białych ścianach i małym okienku u góry. W kącie, między wmurowaną w ścianę deską, imitującą stół, a ścianą zewnętrzną był zawieszony z szarego płótna hamak do spania, z drugiej strony było to samo. Na jednym z nich leżała czyjaś pościel i ubranie, ale w celi nie było nikogo.

– Będę tu nie sam? – zapytał Lisicę.

– Z towarzyszem... A cóż, z towarzyszem weselej będzie – odparł Lisica i wysunął się z celi na korytarz.

Pan Jan ucieszył się, że będzie miał towarzysza. Zawsze we dwóch weselej – więzienne dni będą krótsze, nie będzie tej więziennej samotności! Więzienie zawsze wyobrażał sobie, jako ciągłą, beznadziejnie głuchą i zapomnianą samotność, zamkniętą na cztery spusty pojedynczość. I nagle dowiaduje się, że będzie miał towarzysza.

Towarzysz więzienny... kto on?... za co siedzi? – myślał, układając się na pustym hamaku i okrywając się paltotem.

Na posianiu leżało ubranie – szara, wytarta i postrzępiona marynarka, kamizelka z brudną i podartą podszewką i postrzępiony kołnierzyk... Zniszczone, stare ubranie zaczęło opowiadać panu Janowi o swoim właścicielu. Towarzysz więzienny w drzemiących oczach pana Jana, zaczął przyoblekać się w żywe kształty. W pokoju, w ciasnej celi było pełno jego ruchów i głosu...

I nagle oczy zamknęły się, a myśli rozpłynęły się w bezkształtach snu.