Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przebudzeni - Nikki Gemmell

 

Książka, która odkrywa jeszcze więcej niż Pięćdziesiąt twarzy Greya.

To lato było wyjątkowe. Ona, samotna nastolatka, zapamięta je na całe życie. Pierwsza miłość, namiętność, pożądanie, tak starannie skrywane przed ojcem i macochą. On jest pisarzem poszukującym natchnienia, który zaszył się na wsi, żeby pracować. Przypadkowe spotkanie w jego domu na zawsze odmieni życie ich obojga. A konsekwencje będą nieprzewidywalne...

Ona przez całe swoje życie będzie pielęgnować te cenne wspomnienia o swoich pierwszych erotycznych doświadczeniach, lekcjach miłości i seksu, które uczyniły z niej prawdziwą kobietę. Które zostały przerwane w bardzo tajemniczy sposób.

Teraz jako mężatka, matka trójki dzieci zmęczona codziennym życiem, wyrusza w podróż do przeszłości, aby zmierzyć się z najbardziej skrywanymi myślami i pragnieniami. Aby odnaleźć swoje prawdziwe ja. Odzyskać własną seksualność.

To prowokująca opowieść nie tylko o seksualnym przebudzeniu, ale i bardzo emocjonująca analiza rodziny, małżeństwa, miłości i seksu.

Opinie o ebooku Przebudzeni - Nikki Gemmell

Fragment ebooka Przebudzeni - Nikki Gemmell

Nik­ki Gem­mell

Prze­bu­dze­ni

Tłu­ma­cze­nie: Ewa Kleszcz

Ty­tuł ory­gi­na­łu: With My Body

Text co­py­ri­ght © Nik­ki Gem­mel 2011

Pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Da­vid Go­dwin As­so­cia­tes, Lon­don

All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Prolog

Za­czy­nasz.

Czu­jesz, że to w po­rząd­ku, że ro­bisz to przy jego biur­ku. Na jego krze­śle. Ma­szy­na do pi­sa­nia to je­dy­ne, co po nim zo­sta­ło w tym po­ko­ju. Ta­śma z tu­szem jest świe­ża – li­te­ry od­ci­ska­ją się głę­bo­ko i zde­cy­do­wa­nie na bia­łym pa­pie­rze – jak­by wy­mie­nił tusz tyl­ko dla cie­bie, spe­cjal­nie na tę chwi­lę. Za­czy­nasz. Po­wo­li ude­rzasz w kla­wi­sze, przy­zwy­cza­ja­jąc się do tego sta­re­go spo­so­bu pi­sa­nia. Pra­cu­jesz z mo­zo­łem na pięk­nej, za­byt­ko­wej ma­szy­nie, bo je­śli po­peł­nisz błąd, nie bę­dziesz mo­gła go wy­ma­zać. A chcesz, żeby te stro­ny były me­to­dycz­ne, schlud­ne. Pi­szesz, trzy­ma­jąc pod ręką sta­ry to­mik z epo­ki wik­to­riań­skiej, któ­ry ci kie­dyś po­da­ro­wał – Ko­bie­ty my­śli kil­ka o ko­bie­tach. W za­gię­ciach mię­dzy kar­ta­mi zgro­ma­dzi­ło się wszyst­ko, co wy­da­rzy­ło się w tym miej­scu, co kie­dyś od­dy­cha­ło ży­ciem. Na nowo prze­ży­wasz dia­log wa­szych od­ręcz­nych no­ta­tek na mar­gi­ne­sach. Nie do koń­ca wiesz, co zro­bisz z tym wszyst­kim; na tym eta­pie po pro­stu zbie­rasz in­for­ma­cje, krad­niesz wszyst­ko, cze­go po­trze­bu­jesz z tego no­tat­ni­ka, któ­re­go stro­ny po­si­nia­czo­ne są sta­ro­ścią, bru­dem i ży­ciem. Lśnią­cym ży­ciem. Pa­pier zdo­bią or­na­men­ty z potu, atra­men­tu, kro­pli desz­czu, ro­ślin­ne­go soku, bru­du i po­pio­łu, sma­ru z ro­we­ru, sre­brzy­stych śla­dów śli­ma­ka i skrzy­deł cy­ka­dy. Zbie­rasz wa­sze sło­wa i łą­czysz je ze sło­wa­mi wik­to­riań­skiej pani domu, z jej lek­cja­mi na te­mat ży­cia. Jej gło­sem prze­wod­ni­ka. Ona cię przez to po­pro­wa­dzi. Mów praw­dę i nie lę­kaj się jej, uspo­ka­ja cię.

Pi­szesz, aby zro­zu­mieć.

Pod­czas pra­cy czu­jesz czy­jąś obec­ność, dłoń na ra­mie­niu. Za­chę­ca­ją­cą obec­ność każ­dej oso­by, któ­ra kie­dy­kol­wiek ko­cha­ła i utra­ci­ła, każ­dej oso­by, któ­ra we­szła do tego eks­klu­zyw­ne­go klu­bu mi­ło­sne­go roz­cza­ro­wa­nia. Twój mały to­mik za­wsze leży obok. Przy­by­łaś tu, aby po­grze­bać tę ksią­żecz­kę, aby zie­mia tej do­li­ny przy­ję­ła ją tak, jak pew­ne­go dnia przyj­mie two­je wła­sne cia­ło – je­steś tego pew­na – z mi­ło­ścią i wdzięcz­no­ścią. Bo je­steś czę­ścią tej kra­iny.

Ale naj­pierw to­mik musi po­słu­żyć in­ne­mu ce­lo­wi.

Czu­jesz się sil­na, lek­ka.

Speł­nio­na.

Pi­szesz, żeby to wszyst­ko zro­zu­mieć.

Nig­dy ni­ko­mu o tym nie opo­wie­dzia­łaś. Nikt nie wie, co na­praw­dę my­ślisz. To za­wsze było dla cie­bie wy­jąt­ko­wo waż­ne – żeby nikt nig­dy się nie do­wie­dział, nie zo­ba­czył brzy­do­ty, okru­cień­stwa, ale też wspa­nia­ło­ści, ego­izmu i chwa­ły tego wszyst­kie­go. Nig­dy nie chcia­łaś dać im do­stę­pu. Za­wsze było dla cie­bie waż­ne, by za­cho­wać rów­no­wa­gę, uśmiech, swój pan­cerz w każ­dej sy­tu­acji. Nie mo­gła­byś znieść, gdy­by kto­kol­wiek zo­ba­czył, jaka je­steś na­praw­dę.

Ale te­raz, w koń­cu, nad­szedł czas. Wraz ze świa­do­mo­ścią przy­szło wy­zwo­le­nie. Wie­le lat za­ję­ło ci do­tar­cie do tego eta­pu.

I

Na­wet we śnie nie znam wy­tchnie­nia.

He­lo­iza

Lekcja 1

Nie­chaj wszyst­ko bę­dzie pro­ste, szcze­re i otwar­te. Mów praw­dę i nie lę­kaj się jej

My­ślisz o sek­sie z każ­dym męż­czy­zną, któ­re­go po­zna­jesz. Ale nie masz ocho­ty spać z żad­nym z nich. Już ci się nie chce. Je­steś zbyt zmę­czo­na, zbyt skost­nia­ła. Zim­no zwi­nę­ło się w kłę­bek w two­ich ko­ściach ni­czym pleśń i czu­jesz, że już nig­dy nie da się go wy­dłu­bać. Miesz­kasz w Glo­uce­ster­shi­re, w domu prze­ro­bio­nym z za­gro­dy, z da­chem po­kry­tym strze­chą i su­fi­tem zro­bio­nym z wiek od tru­mien. Nig­dy nie jest tu wy­star­cza­ją­co cie­pło. Są prze­bi­śnie­gi w lu­tym i dzwo­necz­ki w maju, i mo­kre czar­ne je­sien­ne li­ście, a po­tem na­gie ga­łę­zie zimy, orzą­ce pa­zu­ra­mi nie­bo, wszę­dzie wo­kół cie­bie, ca­ły­mi mie­sią­ca­mi, z ko­łu­ją­cy­mi pta­ka­mi zry­wa­ją­cy­mi się do lotu, kie­dy idziesz przez pola. To kra­ina wrzo­so­wisk, dzi­kiej przy­ro­dy, na­tu­ry. To ję­zyk, któ­ry nie jest two­im ję­zy­kiem, bo się tu nie uro­dzi­łaś.

Two­je wspo­mnie­nia krzy­czą z tę­sk­no­ty za słoń­cem, bu­szem i twar­dą, spło­wia­łą zie­mią. Za ko­bie­tą, któ­rą kie­dyś by­łaś. Te­raz le­d­wie ją pa­mię­tasz.

Nie wiesz, jak się z tego wy­do­stać, zdo­być przy­czep­ność, stać się zno­wu wi­dzial­ną jako ko­bie­ta. Jak zna­leźć spo­sób, by żyć zu­chwa­le. Zno­wu.

Lekcja 2

Straż­nicz­ka do­mo­we­go ogni­ska! Gdzież znaj­dziesz bar­dziej szla­chet­ne mia­no, bar­dziej uświę­co­ne za­ję­cie

Twój mąż, Hugh, wró­ci do domu póź­no. Koło dzie­sią­tej. To czę­sto się zda­rza. Pra­cu­je cięż­ko jako le­karz in­ter­ni­sta, a ty bar­dzo to so­bie ce­nisz, tę jego nie­wzru­szo­ną ety­kę za­wo­do­wą. On nie za­wie­dzie swo­jej ro­dzi­ny. Za­wsze jest coś, co musi ro­bić pod ko­niec dnia. Pa­pie­ry, co­kol­wiek.

To do­brze, że Hugh wra­ca póź­no. Wła­śnie tego chcesz. Masz dla sie­bie te kil­ka cen­nych go­dzin mię­dzy po­ło­że­niem dzie­ci do łó­żek, a jego po­wro­tem do domu. To czas od­no­wy, kie­dy się roz­pro­sto­wu­jesz, zbie­rasz siły. Ro­bisz so­bie ką­piel i ma­rzysz o tym, by się zre­lak­so­wać, wy­sta­wić twarz na pa­lą­ce pro­mie­nie słoń­ca, otwo­rzyć pierś i wy­peł­nić ko­ści cie­płem. Wy­obra­żasz so­bie, że zno­wu je­steś dum­na i peł­na ży­cia, że je­steś ko­bie­tą, któ­rą kie­dyś by­łaś.

Masz twarz grzecz­nej dziew­czyn­ki. Wciąż mło­dą. Ale Hugh wy­czuł coś pod tą ma­ską, już wcze­śniej wy­wą­chał to jak pies my­śliw­ski. Coś… nie­nor­mal­ne­go pod gład­kim uśmie­chem. Coś przy­cza­jo­ne­go, cze­ka­ją­ce­go na uwol­nie­nie.

Nig­dy tego nie znaj­dzie. By­łaś za­mknię­ta tak dłu­go, a twój mąż nie zna szy­fru do sej­fu i nie ma po­ję­cia, jak jest po­trzeb­ny. Uwa­ża, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku z wa­szym mał­żeń­stwem. Obo­je osią­gnę­li­ście etap sta­gna­cji. Zbyt za­ję­ci, przy­tło­cze­ni pro­zą ży­cia.

Je­steś do­brą żoną le­ka­rza. Gu­mo­we ka­lo­sze, duże sa­mo­cho­dy, od­wo­że­nie dzie­ci do szko­ły i przy­wo­że­nie po lek­cjach, ko­ściół w nie­dzie­lę. Ist­nie­je jed­nak część cie­bie, któ­rej twój mąż nig­dy nie po­zna. Ta­jem­ni­ca, któ­ra kie­dyś oszo­ła­mia­ła go po­żą­da­niem. Se­kre­ty two­jej prze­szło­ści.

Kie­dyś czę­sto py­tał, o czym my­ślisz. Ale ty nie mo­głaś nic wy­ja­wić, nig­dy. Nie chcia­łaś, żeby ten do­bry czło­wiek się wy­stra­szył. Nie może po­znać dzi­kich in­stynk­tów, któ­re kie­ro­wa­ły kie­dyś two­im ży­ciem. Był świet­nym ma­te­ria­łem na męża – po­wa­ża­nie, dzie­ci, dom na wsi. Nic nie może temu za­gro­zić.

Wspa­nia­łość, brzy­do­ta, pięk­no, siła, trans­cen­den­cja – kie­dy nie mu­sia­łaś się ogra­ni­czać. O tym Hugh nig­dy się nie do­wie. Nie po to go po­ślu­bi­łaś. Nie może cię ob­na­żyć, tak jak kie­dyś się to sta­ło.

Nie­wie­lu jest męż­czyzn, któ­rzy wie­dzą, jak od­kryć naj­głęb­sze ta­jem­ni­ce ko­bie­ty.

Lekcja 3

Ni­czym sta­do wście­kłych psów prze­śla­du­ją ją okre­śle­nia, któ­rych do koń­ca nie ro­zu­mie – sto­sow­nie, na­le­ży­cie, przy­zwo­icie. Pę­dzą ją w stro­nę śmier­ci

Two­je dzie­ci wła­śnie wró­ci­ły ze szko­ły. Na ze­wnątrz pa­nu­je lo­do­wa­ta biel, ale to szron, nie śnieg. Kru­chy koc bez­ru­chu po­wstrzy­mu­ją­cy świat. Nie sto­pił się w ni­kłym słoń­cu mi­nio­nych kil­ku dni. Dzie­cia­ki nie­cier­pli­wią się, chcą wyjść na dwór, sko­rzy­stać ze świa­tła, za­nim znik­nie. Po­zwa­lasz im. Wy­bie­ga­ją przez drzwi ku­chen­ne, wpa­da­ją jak bu­rza w kru­chą ci­szę i wy­peł­nia­ją ją wrza­skiem; znę­ca­ją się nad szro­nem i jego śmier­tel­nym bez­ru­chem.

Uśmie­chasz się, pa­trząc przez okno na swo­ich chłop­ców – jest w nich tyle ży­cia. Są peł­ni bla­sku, wy­ma­ga­ją­cy cią­głej uwa­gi, upar­ci i tak od sie­bie róż­ni. Ro­bisz ko­lej­ną fi­li­żan­kę zie­lo­nej her­ba­ty, ostat­nią tego dnia, in­a­czej nie uśniesz, bo tak wie­le two­ich bli­skich przy­ja­ció­łek te­raz cho­ru­je na raka pier­si. A ty, z hi­sto­rią two­jej mat­ki, mu­sisz na to uwa­żać.

Je­steś taka zmę­czo­na. Masz pod opie­ką czte­rech chłop­ców, łącz­nie z tym, któ­re­go po­ślu­bi­łaś. Znu­że­nie za­gnieź­dzi­ło się w to­bie ni­czym obce cia­ło. Wy­sy­sa z cie­bie całą ener­gię. Trwa wła­ści­wie od lat, od uro­dze­nia pierw­sze­go dziec­ka, Re­xie­go, spo­wo­do­wa­ne utra­tą cał­ko­wi­tej kon­tro­li, fak­tem, że to już nie ty dyk­tu­jesz wa­run­ki. Kie­dyś, daw­no temu, jako sa­mot­na ko­bie­ta ro­bią­ca ka­rie­rę, mia­łaś wła­dzę. Miesz­ka­łaś w mie­ście, bia­łej bań­ce pięk­na, uwiel­bia­łaś swo­je ide­al­nie do­bra­ne stro­je i póź­ne wsta­wa­nie w week­end, za­gra­nicz­ne wy­ciecz­ki i buj­ne ży­cie to­wa­rzy­skie.

Ale sy­tu­acja się zmie­ni­ła. Ży­jesz w ma­łym, cia­snym świat­ku kury do­mo­wej, któ­re­go głów­nym ele­men­tem jest góra nie­po­skła­da­nych ubrań na pod­ło­dze przy łóż­ku. Mo­żesz wrzu­cić ubra­nia do pral­ki. Mo­żesz je wy­cią­gnąć. Mo­żesz je roz­wie­sić do wy­schnię­cia. Po­tem ze­brać i po­ło­żyć na ster­tę cze­ka­ją­cą na po­sor­to­wa­nie. Ale nie mo­żesz, nie po­tra­fisz, po pro­stu nie po­tra­fisz, po­wkła­dać ich z po­wro­tem do sza­fek i szu­flad. Aż w koń­cu ta ster­ta w no­gach łóż­ka za­mie­nia się w wul­kan fru­stra­cji, oskar­żeń i roz­pa­czy, któ­ry cię wy­kań­cza. Cza­sa­mi, gdy je­steś sama, za­czy­nasz po­pła­ki­wać, choć nie bar­dzo wiesz dla­cze­go, trzy­ma­jąc prze­mar­z­nię­te dło­nie przy po­licz­kach. Nie po­tra­fię tego zro­bić. Cza­sa­mi mó­wisz to na­wet swo­im dzie­ciom, mi­mo­wol­nie wy­ry­wa ci się to prze­ra­ża­ją­ce: to zbyt trud­ne, nie dam rady. A one nie wie­dzą, co się ma­mie sta­ło…

Kie­dyś by­łaś inna. Gar­dzi­łaś ta­ki­mi ko­bie­ta­mi.

Choć czu­jesz się sa­mot­na, roz­pacz­li­wie chcia­ła­byś zo­stać sama. Trud­no uciec od two­ich uko­cha­nych ty­gry­sków, ukraść chwi­lę bło­gie­go spo­ko­ju od wszyst­kich, któ­rzy na to­bie po­le­ga­ją. Do­pa­dło cię roz­go­ry­cze­nie, stra­ci­łaś blask słoń­ca, któ­ry kie­dyś ogrze­wał two­ją du­szę. Nie po­do­ba ci się to, kim się sta­łaś; czu­jesz się zu­bo­ża­ła.

A jed­nak je­steś szczę­ścia­rą, tak wie­le do­sta­łaś od ży­cia. Do­brze o tym wiesz. I choć nie mo­żesz na­rze­kać, czu­jesz się jak w pu­łap­ce, za­mknię­ta w tym ma­łym świat­ku wy­ma­ga­ją­cym cią­głe­go da­wa­nia. Wszyst­kim do­oko­ła.

Lekcja 4

Za­gu­bio­ne ko­bie­ty

Nie spa­łaś ze swo­im mę­żem od dwóch lat, od na­ro­dzin trze­cie­go syna. To cię jed­nak nie mar­twi, wła­ści­wie czu­jesz ulgę. Hugh rów­nież nie wy­da­je się tym za­nie­po­ko­jo­ny. Obo­je prze­sta­li­ście roz­ma­wiać o bra­ku ży­cia sek­su­al­ne­go, skoń­czy­ły się żar­ty i do­cin­ki. On już w ogó­le o tym nie mówi. Kie­dyś jesz­cze żar­to­bli­wie ma­ru­dził i pró­bo­wał zdej­mo­wać ze swo­jej ma­łej bi­blio­te­kar­ki twe­edo­we spód­ni­ce do ko­lan i skrom­ne ko­szu­le. Wy­zwo­lić to, co jest pod nimi ukry­te. Te­raz, po­dej­rze­wasz, jest rów­nie wy­koń­czo­ny jak ty.

Nie­mal każ­da noc to jak za­ba­wa w ko­mór­ki do wy­na­ję­cia – jed­no z dzie­ci śpi obok cie­bie, pod­czas gdy Hugh leży zwi­nię­ty na któ­rymś z aku­rat do­stęp­nych łó­żek. Ostat­nio bu­dzisz się gwał­tow­nie każ­dej nocy, koło trze­ciej nad ra­nem. Błą­kasz się po domu i pię­ścia­mi bęb­nisz w ścia­ny. Bez­sen­ność dyk­tu­je drę­czą­cą myśl, że mu­sisz od­zy­skać sie­bie. Ser­ce ci wali, wiesz, że nie bę­dziesz w sta­nie za­snąć przez kil­ka go­dzin, a ju­tro nie bę­dzie le­piej, a może na­wet go­rzej. Och, jak­że tę­sk­nisz za peł­nym, głę­bo­kim, bo­ga­tym snem, żeby nie było ni­cze­go, co obu­dzi cię na­stęp­ne­go dnia. Żad­nych żą­dań, kłót­ni, próśb. Jak­że tę­sk­nisz za tym spo­koj­nym snem po wy­jąt­ko­wo sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cym sek­sie. Czu­łość, drże­nie do­ty­ku.

Oczy­wi­ście ko­chasz Hugh, i to głę­bo­ko, ale z ra­do­ścią po­zo­sta­ła­byś w ce­li­ba­cie. W szko­le pa­trzysz na oj­ców nie­któ­rych dzie­ci i po pro­stu wiesz, że by­li­by nie­przy­zwo­ici – zu­chwa­li, fi­glar­ni, odro­bi­nę bru­tal­ni – i to za­wsze do­ty­czy tych roz­wie­dzio­nych. Jest w nich coś nie­skrę­po­wa­ne­go, roz­wią­złe­go, lek­kie­go. Ale nig­dy byś z tym nic nie zro­bi­ła. Już nie po­trze­bu­jesz sek­su. Za­sta­na­wiasz się nad bla­skiem ko­biet, któ­re z wy­bo­ru oby­wa­ją się bez męż­czyzn – wdo­wy i roz­wód­ki, któ­re po­zna­łaś w cią­gu ostat­nich lat, za­kon­ni­ce, ko­bie­ty po sie­dem­dzie­siąt­ce… Ko­bie­ty nie­szu­ka­ją­ce. Jest ich bar­dzo nie­wie­le. Trwa­ją w swo­jej de­cy­zji i ja­śnie­ją pew­no­ścią. Roz­po­zna­jesz ten blask.

Nie­ob­cią­żo­ne.

Dla cie­bie męż­czyź­ni już ode­gra­li swo­ją rolę. Masz dzie­ci, czu­jesz się speł­nio­na. Kie­dyś, daw­no temu, sta­łaś się dum­na i sil­na, dzię­ki spo­tka­niu z kimś, kto wiel­bił ko­bie­ty i nie bał się ich, kto czcił ich cia­ła. Tacy męż­czyź­ni tra­fia­ją się nie­zwy­kle rzad­ko, a kie­dy ko­bie­ta znaj­dzie jed­ne­go z nich, do­strze­ga ogrom­ną róż­ni­cę w ja­ko­ści sek­su i to od­mie­nia ją na za­wsze. Ten męż­czy­zna sta­je się wzo­rem, we­dług któ­re­go mie­rze­ni będą wszy­scy inni. Masz szczę­ście, wiel­kie szczę­ście, że kie­dyś ta­kie­go męż­czy­znę zna­la­złaś. Nie­któ­re z two­ich przy­ja­ció­łek nig­dy tego nie za­zna­ły.

Lekcja 5

Pora wcze­snej je­sie­ni po­win­na być naj­bar­dziej spo­koj­nym, ob­fi­tym, bez­piecz­nym i świę­tym cza­sem w ca­łym ży­ciu ko­bie­ty

Wspo­mnie­nie roz­dzie­ra­ją­ce two­je ży­cie.

Wy­śli­zgu­jesz się każ­dej nocy ni­czym li­ścik mi­ło­sny ukry­ty w po­szew­ce na po­dusz­kę, któ­ry za­cho­wa­łaś przez wszyst­kie do­ro­słe lata. To nie­sa­mo­wi­te, osza­ła­mia­ją­ce wspo­mnie­nie: że two­je cia­ło było kie­dyś wiel­bio­ne. On nie my­ślał tyl­ko i wy­łącz­nie o so­bie; bu­dził cię do ży­cia.

Jego do­tyk – sza­le­jesz na to wspo­mnie­nie na­wet te­raz, po tych wszyst­kich la­tach. Jego do­tyk krze­sał iskry ni­czym bo­ska siła. I jego głos. Czy wła­śnie to pa­mię­ta­my naj­le­piej, wszyst­ki­mi zmy­sła­mi, dłu­go po tym, jak ktoś odej­dzie? Wciąż sły­szysz, w jaki spo­sób wy­ma­wiał two­je imię, gdy był głę­bo­ko w to­bie i po­ru­szał się nie­mal nie­zau­wa­żal­nie, da­jąc ci nowe siły. Choć ostrość jego ry­sów wy­bla­kła, ten głos za­cho­wa­łaś w pa­mię­ci.

Nie chciał cię w ża­den spo­sób ogra­ni­czać – to pa­mię­tasz przede wszyst­kim. Jego je­dy­nym ce­lem było wzmoc­nić cię, unieść, otwo­rzyć. Na­uczyć cię wła­sne­go cia­ła i jego moż­li­wo­ści. Jak wie­lu męż­czyzn może po­da­ro­wać ko­bie­cie coś ta­kie­go?

Inne ży­cie. Inny świat.

Od­le­gły od tego, w któ­rym ży­jesz te­raz, po­pi­ja­jąc zie­lo­ną her­ba­tę i ga­piąc się przez okno o wpół do pią­tej po po­łu­dniu. Ze­gar two­je­go ży­cia tyka, a knyk­cie pal­ców za­ci­ska­ją­cych się na kub­ku bie­le­ją. Wkrót­ce na­dej­dzie pora pod­wie­czor­ku, po­tem bę­dziesz bła­gać, by dzie­ci od­ro­bi­ły lek­cje, bę­dziesz od­cią­gać je od kom­pu­te­rów, zmu­szać, by wzię­ły prysz­nic i umy­ły zęby. Wszyst­kie te dys­ku­sje, za­chę­ty, przy­po­mi­na­nie są tak strasz­li­wie mę­czą­ce…

Lekcja 6

Za­męż­ne ko­bie­ty wy­cią­gnę­ły swój los na do­bre i na złe, uświa­do­miw­szy so­bie w więk­szym lub mniej­szym stop­niu na­tu­ral­ne prze­zna­cze­nie na­szej płci

Łą­czy cię z mę­żem nie­wy­po­wie­dzia­ne po­ro­zu­mie­nie, że nig­dy się nie ro­zej­dzie­cie – tkwi­cie w tym ra­zem, na całe ży­cie. Kie­dy za nie­go wy­szłaś, pra­gnę­łaś peł­nej unie­sień mi­ło­ści. Jed­no­cze­śnie był przy­ja­cie­lem, któ­ry roz­śmie­szał cię w środ­ku nocy, więc uzna­łaś, że się uda. Za­wsze ce­ni­łaś so­bie jego spo­kój. Nig­dy nie czu­łaś się przy nim nie­kom­for­to­wo, na­wet w mil­cze­niu – to pró­ba praw­dzi­we­go po­ro­zu­mie­nia. Je­steś taką szczę­ścia­rą, że go masz. Wiesz o tym. Nig­dy nie wol­no ci o tym za­po­mnieć.

Nie lu­bisz spo­so­bu, w jaki ca­łu­je. Nie wiesz, jak mu to po­wie­dzieć, nig­dy nie mo­gła­byś go zra­nić. A to się nie zmie­ni. Trwa już zbyt dłu­go. Nie da się tego prze­ćwi­czyć. Jak mo­żesz po­wie­dzieć ko­muś, kogo ko­chasz, że bra­ku­je mu czu­ło­ści? Tego też nie moż­na się na­uczyć. Po­tra­fi­łaś to znieść przed uro­dze­niem dzie­ci, da­wał ci tak wie­le in­nych rze­czy. Wy­peł­niał mi­go­czą­cą sa­mot­ność ko­lej­nej so­bot­niej nocy, ko­lej­ne­go syl­we­stra swo­ją sil­ną, cza­ru­ją­cą obec­no­ścią, uci­na­ją­cą wszyst­kie te krę­pu­ją­ce py­ta­nia pod­czas świąt, ślu­bów, przy­jęć dla ko­biet spo­dzie­wa­ją­cych się dziec­ka, na któ­re na­gle za­czę­łaś cho­dzić. Był two­im zbaw­cą, do­brze o tym wiesz.

A jed­nak te­raz masz wra­że­nie, że je­dy­na rzecz, któ­ra was łą­czy, to dzie­ci. Ma­rzysz o jesz­cze jed­nym, o dziew­czyn­ce, ale już ci się nie chce, oby­dwo­je ma­cie to już za sobą. Nig­dy o tym nie roz­ma­wia­cie. Nie roz­ma­wia­cie już o ni­czym.

On jest An­gli­kiem, któ­ry miesz­kał w in­ter­na­cie od siód­me­go roku ży­cia i od ma­łe­go wpa­ja­no mu, by nie ufał swo­im uczu­ciom, by się za­my­kał. Tę­sk­nił za mat­ką, był przy­tło­czo­ny przez żal i sa­mot­ność, a jed­nak cały czas mó­wio­no mu, że jego ro­dzi­na tego chcia­ła, że tak bę­dzie naj­le­piej. Więc w bar­dzo mło­dym wie­ku na­uczył się, żeby nie ufać swo­im pier­wot­nym in­stynk­tom, by po­grze­bać głę­bo­ko w środ­ku to, co na­praw­dę my­ślał. Niósł te lek­cje przez ży­cie; ocze­ki­wał tego sa­me­go od in­nych. Nig­dy nie zmie­nia się w sto­sun­ku do cie­bie – jest cie­pły i dow­cip­ny – ale nie chce żad­nych emo­cji i zwią­za­ne­go z nimi cha­osu.

Kie­dy cały twój gniew i tłu­mio­ne fru­stra­cje wy­bu­cha­ją, na­zy­wa cię We­zu­wiu­szem swo­ich Pom­pei. Kie­dy twój głos pęka z prze­mę­cze­nia i krzy­czysz na męża i dzie­ci. To głos, ja­kie­go nig­dy wcze­śniej nie sły­sza­łaś, głos ko­bie­ty, któ­rej nie roz­po­zna­jesz; głos gnie­wu i brzy­do­ty. Oba­wiasz się, że twoi uko­cha­ni chłop­cy za­cho­wa­ją jego ton gdzieś głę­bo­ko we wspo­mnie­niach przez resz­tę ży­cia i wsty­dzisz się tego, ale wciąż od cza­su do cza­su wy­bu­chasz. A jed­nak ko­chasz ich do sza­leń­stwa, chci­wie, dzi­ko, po­żą­dli­wie; każ­de­go wie­czo­ru pod­czas mo­dli­twy dzię­ku­jesz Bogu za to, że ci ich dał.

Ma­cie­rzyń­stwo jest tak skom­pli­ko­wa­ne – to bo­gac­two i żar, ale też wy­czer­pa­nie, roz­pacz i sa­mot­ność.

Lekcja 7

Nie my­śli już tyl­ko o so­bie i wła­snych przy­jem­no­ściach

Na po­cząt­ku dłu­go nie mia­łaś or­ga­zmu. Oto­czy­łaś się mu­rem ne­ga­cji; two­je cia­ło wzdra­ga­ło się w re­ak­cji na to, co ro­bi­li z nim męż­czyź­ni. Albo cze­go nie ro­bi­li. Ich igno­ran­cja, nie­zdar­ność, brak fi­ne­zji. By­łaś wstrzą­śnię­ta bo­le­sną praw­dą – że nie­któ­rzy z tych męż­czyzn tak na­praw­dę nie lu­bi­li ko­biet. Chcie­li je zde­pre­cjo­no­wać, zre­du­ko­wać, spra­wić, że sta­ną się bez­bron­ne i sła­be; bali się ich. A two­je cia­ło kur­czy­ło się na myśl o tej wie­dzy, jak co­fa­ją­cy się ukwiał.

Ale w koń­cu zna­lazł się ko­cha­nek, któ­ry dał ci pierw­szy or­gazm. Na­uczył cię, jak od­da­wać się roz­ko­szy. Te­raz, w two­im wie­ku, je­śli nie mo­żesz mieć już tak nie­zwy­kłe­go sek­su, nie bę­dziesz upra­wiać go w ogó­le. Pro­ste. Je­steś za sta­ra na co­kol­wiek in­ne­go.

Hugh, niech go Bóg ma w swej opie­ce, jest do­brym to­wa­rzy­szem w sy­pial­ni. Nie chra­pie ani nie śmier­dzi, obej­mu­je cię ra­mie­niem i przy­tu­la moc­no pod­czas tych rzad­kich oka­zji, gdy znaj­du­je­cie się w tym sa­mym łóż­ku. Uwiel­biasz opie­kuń­czość, z jaką to robi. Może i stra­ci­łaś ocho­tę na seks, ale nig­dy nie utra­cisz pra­gnie­nia wspól­ne­go snu.

Z Hugh.

Dla ze­wnętrz­ne­go świa­ta je­ste­ście wspa­nia­łym mał­żeń­stwem, jed­ną z tych rzad­kich par, któ­rym na­praw­dę się uda­ło.

Lekcja 8

Mał­żeń­stwo: od­da­nie się cał­ko­wi­cie i z ra­do­ścią w ręce dru­giej oso­by; wy­zby­cie się po­trze­by obro­ny swo­ich praw czy oso­bo­wo­ści

Uro­dzi­łaś się w gó­rzy­stej kra­inie na pół­noc od Syd­ney, w miej­scu nie­ustan­nie za­la­nym przez świa­tło. We wsi na wzgó­rzach, gdzie gle­ba była spło­wia­ła od słoń­ca, a z kra­nu le­cia­ła woda w ko­lo­rze her­ba­ty. Za­wsze pa­trzy­łaś w zie­mię, idąc przez wy­so­ką tra­wę ze wzglę­du na węże, a o zmierz­chu wzgó­rza błysz­cza­ły ró­żem. Mia­łaś żar uwię­zio­ny pod skó­rą, prze­ni­kał cię do szpi­ku ko­ści, nie mo­głaś się od nie­go uwol­nić. Wciąż cię wzy­wa. Do domu. Do wy­so­kie­go słoń­ca i ży­cia wy­peł­nio­ne­go świa­tłem.

W wie­ku lat osiem­na­stu ze­szłaś ze wzgórz, po­szłaś na stu­dia, a po­tem zo­sta­łaś praw­nicz­ką w Syd­ney, w wiel­kim mie­ście. Gdy mia­łaś dwa­dzie­ścia kil­ka lat, po­le­cia­łaś do Lon­dy­nu – nie­spo­koj­na, na­pę­dza­na cie­ka­wo­ścią, pra­gnąc czer­pać z ży­cia gar­ścia­mi. Po kil­ku la­tach cięż­kiej pra­cy mu­sia­łaś się zmie­rzyć z dy­le­ma­tem oso­by ży­ją­cej na ob­czyź­nie, chcia­łaś wró­cić do Au­stra­lii, ale nie po­tra­fi­łaś zde­cy­do­wać kie­dy. Po­tem spo­tka­łaś Hugh – męż­czy­znę, któ­ry cię nie eks­cy­to­wał, ale chro­nił. Ko­niec koń­ców te­raz je­steś tu­taj na całe ży­cie, na tej prze­siąk­nię­tej desz­czem wy­spie. Pa­trzysz na górę pra­nia przy łóż­ku i ma­rzysz o ośle­pia­ją­cym świe­tle. Po na­ro­dzi­nach dru­gie­go syn­ka pod­ję­li­ście wspól­ną de­cy­zję: prze­pro­wadz­ka do po­łu­dnio­wo-za­chod­niej An­glii, do Cot­swolds, w po­szu­ki­wa­niu prze­strze­ni, świe­że­go po­wie­trza i lep­sze­go ży­cia. Two­je ma­rze­nie o part­ner­stwie w fir­mie praw­ni­czej. Mu­sia­łaś je po­rzu­cić, by od­dać się opie­ce nad dziec­kiem. Po pierw­szym urlo­pie ma­cie­rzyń­skim już nie wró­ci­łaś do pra­cy, stra­ci­łaś za­wo­do­wą pew­ność sie­bie. Te­raz sy­no­wie zaj­mu­ją każ­dy za­ka­ma­rek two­je­go ży­cia. Je­steś per­fek­cyj­ną i am­bit­ną mat­ką, taką też by­łaś praw­nicz­ką. Za­nu­rzasz się cał­ko­wi­cie we wszyst­kim, co ro­bisz, za­bie­rasz się za to z wście­kłą wolą suk­ce­su i nie­na­wi­dzisz, kie­dy coś się nie uda­je. A te­raz nie uda­je się czę­sto, co tyl­ko po­głę­bia two­ją roz­pacz.

Hugh po­wie­dział, że to do­brze, że je­steś Au­stra­lij­ką; two­je­go ak­cen­tu nie da się tu roz­po­znać, mo­żesz bez wy­sił­ku wśli­zgnąć się z niż­szej kla­sy do wyż­szej, nie da się cie­bie spre­cy­zo­wać. Ty wiesz, że to do­brze, że Hugh nie jest Au­stra­lij­czy­kiem, bo nie po­tra­fił­by po­zbyć się wiej­skie­go, pro­stac­kie­go ak­cen­tu. Busz nig­dy nie zo­stał cał­ko­wi­cie wy­ma­za­ny z two­je­go gło­su; upar­cie cze­pia­ją się go ja­kieś po­zo­sta­ło­ści. Two­je sa­mo­gło­ski zo­sta­ły zmięk­czo­ne w Syd­ney, jed­nak wciąż sły­chać w nich sła­be echa wiej­skiej pi­pi­dó­wy. An­glia nie od­ci­snę­ła na nich żad­ne­go śla­du.

Za­wsze bę­dziesz tu out­si­de­rem. Roz­ko­szu­jesz się bra­kiem przy­na­leż­no­ści, cie­szysz się swo­im dy­stan­sem. Wciąż zdu­mie­wa­ją cię su­ro­we za­sa­dy zwią­za­ne z wła­ści­wym miej­scem w spo­łe­czeń­stwie, z przy­na­leż­no­ścią do kla­sy, któ­rych nie moż­na na­ru­szyć – ło­wie­nie ryb i po­lo­wa­nia, wil­le we Fran­cji, ka­mien­ne ścia­ny gro­ma­dzą­ce zim­no i wil­goć, ko­niecz­ność no­sze­nia ka­lo­szy na­wet w lip­cu, a swe­trów w sierp­niu, nie­bo wi­szą­ce ni­sko ni­czym na­brzmia­ły od wody su­fit sta­re­go domu. Jak nie­bio­sa mogą utrzy­mać tyle desz­czu, pła­kać aż tak bar­dzo? Dzień za dniem… Cza­sa­mi po pro­stu masz ocho­tę unieść ręce i po­pchnąć chmu­ry w górę, uciec. Hugh nig­dy nie prze­pro­wa­dzi się do Au­stra­lii, wy­zna­je ogra­ni­czo­ny po­gląd, że to ko­niec świa­ta, a do tego zu­peł­nie nie­in­te­re­su­ją­cy – że je­dy­na żywa kul­tu­ra, jaką moż­na tam zna­leźć, znaj­du­je się w ku­becz­kach z jo­gur­tem.

Wi­dzisz te­raz całą swo­ją przy­szłość, roz­cią­ga­ją­cą się przed tobą aż do mo­men­tu, gdy two­je cia­ło zo­sta­nie zło­żo­ne w tej wil­got­nej czar­nej zie­mi. Przed tobą całe lata mo­no­to­nii. Kie­dyś, daw­no temu, twier­dzi­łaś, że nig­dy nie by­ła­byś do tego zdol­na. Na­pę­dza­ła cię cie­ka­wość, chęć po­zna­nia tego, co nie­zna­ne. No­sisz w so­bie roz­pacz jak za­ka­że­nie, któ­re­go nie moż­na się po­zbyć.

Ale ostat­nio po­ja­wi­ło się w to­bie ja­kieś nie­bez­piecz­ne pra­gnie­nie, aby spro­wa­dzić ka­ta­stro­fę do swo­je­go ży­cia – w ja­ki­kol­wiek spo­sób, Bóg je­den wie jaki, może po­przez ko­goś. To wa­rzy się w to­bie od lat; ma zwią­zek z prze­kro­cze­niem czter­dziest­ki i do­strze­że­niem tej roz­cią­ga­ją­cej się przed tobą mo­no­to­nii. Nig­dy nie by­łaś w peł­ni szcze­ra z Hugh i po­no­sisz za to cał­ko­wi­tą od­po­wie­dzial­ność.

Za nie­ustan­ne no­sze­nie ma­ski. Za brak otwar­to­ści. Za to, że nig­dy nie po­ka­za­łaś mu, jaka na­praw­dę je­steś.

Lekcja 9

Nie­szczę­śli­wa du­sza: stan czę­sto rów­nie nie­wy­tłu­ma­czal­ny co nie­uza­sad­nio­ny

– Jak się masz? – za­py­tał uro­czy, za­wa­diac­ki Ben­gal­czyk pra­cu­ją­cy w kio­sku. Wła­śnie wy­bie­ra­łaś się ode­brać dzie­ci ze szko­ły.

– Nie mam po­ję­cia – od­po­wie­dzia­łaś z roz­tar­gnie­niem chło­pa­ko­wi.

Ty­po­wa cięż­ko ko­ja­rzą­ca ma­muś­ka – wiesz, że tak so­bie po­my­ślał.

Ale to praw­da. Nie masz po­ję­cia. Utra­ci­łaś ko­bie­tę, któ­rą kie­dyś by­łaś. Nie po­tra­fisz upro­ścić swo­je­go ży­cia. Kie­dyś mia­łaś tyle ener­gii na tak dużo rze­czy; te­raz two­je dni wy­peł­nia tyle ma­łych, ab­sor­bu­ją­cych do­mo­wych obo­wiąz­ków. Przy­ła­pu­jesz się na tym, że mó­wisz na głos, gdy idziesz po High Stre­et. Czy to sza­leń­stwo, za­bie­ga­nie czy ra­czej ma­cie­rzyń­stwo? Ze zdu­mie­niem za­uwa­żasz swo­je od­bi­cie w szy­bie, pa­trzysz gniew­nie, z za­ci­śnię­tą szczę­ką. Mę­czy cię myśl, że od kie­dy je­steś mę­żat­ką, w ja­kiś spo­sób jest cię mniej. Je­steś tyl­ko małą żon­ką. Hugh nie chce cię tak trak­to­wać, ale to robi. Drę­czy cię sub­tel­na, lecz wy­czu­wal­na utra­ta pew­no­ści sie­bie, po­zor­nie nie­win­na, bo po­le­ga­cie na so­bie tak bar­dzo. Kie­dyś na to nie po­zwa­la­łaś. Ale z upły­wem lat przy­zwy­cza­iłaś się, że twój bak jest na­peł­nia­ny, a da­nia w re­stau­ra­cji wy­bie­ra­ne za cie­bie, że mąż daje dzie­ciom sło­dy­cze w se­kre­cie, za two­imi ple­ca­mi z przy­jem­no­ścią ku­pu­je im gry kom­pu­te­ro­we, wy­bie­ra bi­le­ty do te­atru na sztu­ki, któ­re cię nie in­te­re­su­ją.

Nie po­tra­fisz wy­ja­śnić, jak te oko­licz­no­ści za­mknę­ły się nad tobą, jak sta­łaś się ko­bie­tą, któ­ra utra­ci­ła swój głos.

Wiesz, że jest tyl­ko jed­na oso­ba, któ­ra może cię z tego wy­cią­gnąć.

Jest pią­ta po po­łu­dniu.

Trze­ba obrać ziem­nia­ki i prze­pchać to­a­le­tę; pew­nie zno­wu za­tka­ła się przez pla­sti­ko­wą za­baw­kę. Pip, twój naj­młod­szy syn, za­czy­na je tam wrzu­cać z co­raz więk­szym upodo­ba­niem.

Mu­sisz w ja­kiś spo­sób zmie­nić to ży­cie, albo coś w to­bie eks­plo­du­je ni­czym ła­du­nek głę­bi­no­wy ukry­ty pod po­wierzch­nią.

Lekcja 10

W więk­szo­ści ro­dzin złe za­rzą­dza­nie i brak do­mo­we­go szczę­ścia są winą pani domu

Dzie­wią­ta wie­czór. Mu­sisz jesz­cze tyl­ko roz­ła­do­wać zmy­war­kę, a po­tem bę­dziesz mo­gła przy­go­to­wać so­bie ką­piel i w koń­cu roz­luź­nić się w naj­cie­plej­szym po­miesz­cze­niu w domu, w głów­nej ła­zien­ce.

Te­le­fon. Su­san. Jed­na z mam ze szko­ły. Nie wiesz, jak do tego do­szło, że tak wdar­ła się w two­je ży­cie. Rexi przy­jaź­ni się z jej naj­star­szym sy­nem, Ba­stim. Po­zna­ły­ście się, kie­dy chłop­cy byli w tym sa­mym żłob­ku, a po­tem ra­zem po­szli do szko­ły pod­sta­wo­wej, obaj zna­ją się od ko­ły­ski. To było z góry przy­ję­te. Ale za­przy­jaź­ni­ły­ście się, za­nim zda­łaś so­bie spra­wę z tego, jaka jest trud­na. Mat­ka z nad­mier­nie roz­wi­nię­tym po­czu­ciem słusz­no­ści we wszyst­kim, co robi. Jest w tym coś, co od­bie­ra ci siłę.

Każ­da roz­mo­wa jest dla Su­san for­mą ry­wa­li­za­cji; za­wsze musi prze­żyć mo­ment trium­fu. Kie­dy wi­dzi­cie się każ­de­go ran­ka przy bra­mie szko­ły, zmu­sza cię, że­byś po­chwa­li­ła, jak uro­czo wy­glą­da jej mała có­recz­ka. Wy­mu­sza kom­ple­men­ty.

– Patrz na Ho­nor, sama się dziś ubra­ła, czy nie wy­glą­da prze­ślicz­nie?

– Gdzie jest Ho­nor? Gdzie cho­wa się moja pięk­na dziew­czyn­ka?

– Czy nie jest pięk­na?

Tak, oczy­wi­ście. A ty je­steś ko­bie­tą, któ­ra nie ma cór­ki. Ale Su­san nig­dy nie przy­szło­by do gło­wy, że żar­li­we pra­gnie­nie po­sia­da­nia có­recz­ki prze­cię­ło cię kie­dyś jak po­szar­pa­na kra­wędź pusz­ki. Nie mo­żesz za­prze­czyć, że prze­ży­wa­łaś chwi­lę roz­cza­ro­wa­nia przy na­ro­dzi­nach każ­de­go ko­lej­ne­go syna, któ­ry wy­cho­dził z twe­go łona. Choć to był tyl­ko mo­ment, któ­ry szyb­ko mi­jał, gdy przy­sta­wia­łaś dziec­ko do pier­si. Ale te­raz, każ­de­go dnia przy szkol­nej bra­mie, prze­cho­dzisz ry­tu­ał za­uwa­ża­nia cze­goś, cze­go nie masz. Każ­de­go dnia prze­ży­wasz tę roz­mo­wę, na któ­rą ja­koś po­zwo­li­łaś w swo­im ży­ciu.

Su­san ma ob­se­sję na punk­cie swo­ich dzie­ci. Jak żad­na inna ko­bie­ta, któ­rą znasz. Za­wsze mówi o tym, jak do­bry jest jej Ba­sti – w ma­te­ma­ty­ce, pły­wa­niu, pla­sty­ce, że wła­śnie prze­pły­nął czte­ry ba­se­ny, po­mógł jej za­sa­dzić zio­ła w ogro­dzie, nig­dy nie cho­ru­je, za­wsze jest grzecz­ny – nie na­le­ży do roz­ra­bia­ków.

Za­wsze czu­jesz za­że­no­wa­nie, gdy to sły­szysz – twoi chłop­cy to po pro­stu chłop­cy. Uwiel­biasz ich, ale nie za­wsze są naj­lep­si; czę­sto czu­jesz ser­ce w prze­ły­ku, kie­dy nie masz nad nimi kon­tro­li. Za­sta­na­wiasz się, o czym będą opo­wia­dać, czy cze­goś nie po­przew­ra­ca­ją, z kim się po­kłó­cą. Su­san kry­ty­ku­je two­je­go Re­xie­go za każ­dym ra­zem, gdy ten bawi się z Ba­stim. Na pro­gu, kie­dy od­bie­rasz od niej syna, mu­sisz się pod­dać temu ma­łe­mu ry­tu­ało­wi na­rze­ka­nia. Pa­mię­tasz, że skom­ple­men­to­wa­ła two­je­go naj­star­sze­go syna je­den, je­dy­ny raz, kie­dy po­wie­dzia­ła w zdu­mie­niu: Jest przy­stoj­ny… na ra­zie. Na ra­zie. Twój prze­pięk­ny, ra­do­sny, za­chwy­ca­ją­cy chło­piec, cu­dow­ny od pierw­sze­go dnia.

Rex nie zjadł swo­jej por­cji… nie chciał się ba­wić z Ho­nor… za­cho­wy­wał się bar­dzo gło­śno…

Po­zwa­lasz na to od tak daw­na – chcesz wy­na­gro­dzić Su­san za to, że zdej­mu­je ci jed­ne­go z sy­nów z gło­wy, że daje ci bło­go­sła­wio­ną prze­rwę. O jed­no dziec­ko mniej na kil­ka go­dzin, a obie wie­cie, jak tego po­trze­bu­jesz w swo­im ży­ciu – odro­bi­ny do­dat­ko­wej prze­strze­ni.

Lekcja 11

Za­wsze była za­do­wo­lo­na i ra­do­sna – bo za­wsze mia­ła to czy tam­to do ro­bo­ty. Je­śli nie dla sie­bie, to dla są­siad­ki

Jest dzie­wią­ta pięt­na­ście, a Su­san wciąż wisi na te­le­fo­nie. Na dźwięk jej słów żo­łą­dek zwi­ja ci się w su­peł – w czym jej Ba­sti dzi­siaj przo­do­wał itd. Jaki jesz­cze triumf mu­sisz wy­cier­pieć? A w my­ślach prze­ży­wasz Księ­gę krzy­ku, któ­rą wła­śnie od­kry­łaś pod łóż­kiem two­je­go śred­nie­go dziec­ka. Jack dro­bia­zgo­wo no­tu­je, kie­dy na nie­go krzy­czysz. Pi­smem bar­dziej schlud­nym niż kie­dy pi­sze w szko­le.

So­bo­ta, 14 stycz­nia: 2 razy.

Nie­dzie­la, 15 stycz­nia: NIE­SA­MO­WI­TE. Nic.

Po­nie­dzia­łek, 16 stycz­nia: 3 razy.

Je­steś zdru­zgo­ta­na.

Dzi­siaj to było spo­wo­do­wa­ne tym, że chcia­łaś, aby za­ło­żył ju­tro ład­ną ko­szu­lę na uro­dzi­no­wy pod­wie­czo­rek u bab­ci.

– Nie­na­wi­dzę tej ko­szu­li na gu­zi­ki tak bar­dzo, że mam ocho­tę cho­dzić wspak – krzyk­nął.

Za­śmia­łaś się z tego wte­dy, a póź­niej to za­no­to­wa­łaś; Bóg je­den wie po co. Mu­sia­łaś się ro­ze­śmiać. Dają ci tak dużo, a na­wet o tym nie wie­dzą. Te peł­ne we­rwy, pro­mie­nie­ją­ce małe nic­po­nie wy­peł­nia­ją każ­dy za­ka­ma­rek two­je­go ży­cia, spulch­nia­ją je; ko­chasz ich tak za­chłan­nie, ale nie je­steś pew­na, czy w to wie­rzą, przede wszyst­kim Jack, twój śred­ni syn, o któ­re­go mar­twisz się, że któ­re­goś dnia od­kry­je praw­dę o to­bie.

Pro­szę, Boże, spraw, żeby mama prze­sta­ła krzy­czeć – brzmia­ła jego mo­dli­twa dziś wie­czo­rem.

Prze­stań! – usły­sza­łaś jego stłu­mio­ny pro­test spod koł­dry, kie­dy pró­bo­wa­łaś go po­ła­sko­tać, po­ca­łun­kiem zmyć całe po­czu­cie winy. Ale on wzdry­gnął się, jak­by twój do­tyk pa­rzył. To spra­wi­ło, że jesz­cze bar­dziej chcia­łaś go przy­tu­lić, oto­czyć ra­mio­na­mi.

Su­san da­lej traj­ko­cze, chce, że­byś to ty zro­bi­ła kawę przed ze­bra­niem ro­dzi­ców w po­nie­dzia­łek, a nie zła­pa­ła cię dzi­siaj. Jest prze­wod­ni­czą­cą ko­mi­te­tu ro­dzi­ciel­skie­go, ty re­pre­zen­tu­jesz kla­sę, to jest nowy świat, w któ­rym za­nu­rzy­łaś się z za­pa­łem, jaki kie­dyś re­zer­wo­wa­łaś dla pra­wa. Je­steś głę­bo­ko osa­dzo­na w tym in­ten­syw­nym mi­kro­ko­smo­sie, a jed­nak co­dzien­nie robi ci się nie­do­brze, gdy zbli­żasz się do szkol­nej bra­my, by ode­brać dzie­ci. Na­kła­dasz ma­skę ra­do­ści – opa­no­wa­łaś to do per­fek­cji – ale gdy­by inni tyl­ko wie­dzie­li, jaką ulgę czu­jesz, gdy z ja­kie­goś po­wo­du, za rzad­ko, nie mu­sisz tam być. Dwa razy dzien­nie prze­ży­wasz tor­tu­ry, a cza­sa­mi czu­jesz się cho­ra, gdy tyl­ko wi­dzisz ten bu­dy­nek. Cze­kasz w sa­mo­cho­dzie, więc nie sto­isz tam za dłu­go i nie mu­sisz roz­ma­wiać. Wy­peł­niasz chłop­com po­po­łu­dnia, uma­wia­jąc ich na za­ba­wy z in­ny­mi dzieć­mi, żeby nic ich nie omi­ja­ło, a wła­sne wie­czo­ry wy­peł­niasz drin­ka­mi i ko­la­cja­mi z in­ny­mi mat­ka­mi z tego sa­me­go po­wo­du. Po­trze­bu­jesz wy­tchnie­nia i moż­li­wo­ści uwol­nie­nia się od ko­niecz­no­ści uży­wa­nia mó­zgu. Spo­ty­kasz się z nie­któ­ry­mi z tych ko­biet już od po­nad pię­ciu lat. A ich wady z wie­kiem ro­bią się co­raz gor­sze – po­dob­nie jak two­je; zda­je się, jak­by­ście wszyst­kie umac­nia­ły swo­je sła­bo­ści, a ma­cie jesz­cze przed sobą wie­le lat szko­ły. Ry­wa­li­za­cja, ma­łost­ko­we gier­ki o wła­dzę, prze­chwał­ki, wy­wyż­sza­nie się; cza­sa­mi czu­jesz się tak, jak­byś zno­wu mia­ła dzie­sięć lat i była na szkol­nym po­dwór­ku. Roz­pły­wa się w tym two­ja praw­dzi­wa toż­sa­mość, ko­bie­ta, któ­rą kie­dyś by­łaś.

Lekcja 12

Strzeż się przy­ja­cie­la z ze­wnątrz, któ­ry dba tyl­ko o swo­je ko­rzy­ści

Two­ja Księ­ga krzy­ku.

Co ro­bią mat­ki (albo Ty­ra­nia przy szkol­nej bra­mie)

Igno­ru­ją proś­by o wspól­ną za­ba­wę wa­szych dzie­ci, po pro­stu nie od­pi­su­ją na e-ma­ile albo cią­gle mó­wią, że ich dziec­ko nie może. Albo każą swo­je­mu oso­bi­ste­mu asy­sten­to­wi od­mó­wić w ich imie­niu.

Za­pra­sza­ją na przy­ję­cie syna każ­de dziec­ko z kla­sy – poza two­im.

Wciąż ga­da­ją o swo­im dziec­ku i nig­dy nie za­da­ją na­wet jed­ne­go py­ta­nia na te­mat two­je­go.

Na każ­dą wzmian­kę o pro­ble­mie, jaki ma two­je dziec­ko – np. krzy­we przed­nie zęby / nie ra­dzi so­bie z ma­te­ma­ty­ką / ma trud­no­ści z na­wią­zy­wa­niem przy­jaź­ni – sły­szysz od­po­wiedź: zęby John­nie­go są prze­pięk­nie pro­ste, dzię­ki Bogu, John­nie za­wsze był do­bry z ma­te­ma­ty­ki, do­brze mu się ukła­da ze wszyst­ki­mi i tak da­lej. Nie­waż­ne, czy w to uwie­rzysz, czy nie.

Pod­rzu­ca­ją swo­je dziec­ko na przy­ję­cie uro­dzi­no­we two­je­go syna bez pre­zen­tu, od­bie­ra­ją je i na­wet nie wspo­mną o upo­min­ku, z ra­do­ścią bio­rą tor­bę z reszt­ka­mi je­dze­nia z im­pre­zy, dzię­ku­ją, ale nig­dy nie dają pre­zen­tu uro­dzi­no­we­go w za­mian ani nie wspo­mi­na­ją o sy­tu­acji, jak­by rzu­ca­ły ci wy­zwa­nie. Oczy­wi­ście nic nie mó­wisz.

Nig­dy nie re­wan­żu­ją się pod­wóz­ka­mi do albo ze szko­ły, jak­by po pro­stu nie przy­cho­dzi­ło im to do gło­wy.

Ska­czą z kwiat­ka na kwia­tek pod szkol­ną bra­mą jak mo­tyl­ki, lą­du­jąc na naj­śwież­szych i naj­pięk­niej­szych – naj­now­szych ma­mach, na­stęp­nych naj­lep­szych przy­ja­ciół­kach – za­nim po­mkną do ko­lej­nej oso­by. Po­rzu­ca­ją cię tak po pro­stu, zo­sta­wia­jąc samą w zim­nym miej­scu. Na­gle prze­sta­ją od­bie­rać te­le­fo­ny, two­je za­pro­sze­nia na kawę kwi­tu­ją tek­stem: Je­stem taka za­ję­ta, może in­nym ra­zem. Miaż­dżą cię mil­cze­niem, bo ktoś inny wy­peł­nia te­raz ich ży­cie. Kie­dyś to ty by­łaś naj­cu­dow­niej­szą i naj­bar­dziej in­try­gu­ją­cą mamą w szko­le; pro­sto z Lon­dy­nu, po­cho­dzą­cą z ob­ce­go kra­ju, na­zna­czo­ną przez róż­ni­ce. Daw­no temu. Ta tech­ni­ka jest zdu­mie­wa­ją­ca: jak do­pro­wa­dzić do upad­ku sil­ną ko­bie­tę, za­drę­czyć ją, zmu­sić, by wciąż za­da­wa­ła so­bie py­ta­nie: „Co jest ze mną nie tak?”.

Cza­sa­mi masz po pro­stu ocho­tę krzy­czeć na te ko­bie­ty, skry­ty­ko­wać całą tę ma­łost­ko­wość (zwłasz­cza pod ko­niec se­me­stru, kie­dy wszy­scy są wy­czer­pa­ni). Czy nie mo­że­my po pro­stu ce­nić się na­wza­jem? Pro­szę.To trud­ne dla nas wszyst­kich, wie­cie o tym.

A naj­gor­sza jest kró­lo­wa Su­san:

Uży­wa­ją­ca kró­lew­skie­go „my”, gdy mówi o szko­le, bo jako prze­wod­ni­czą­ca ko­mi­te­tu ro­dzi­ciel­skie­go ma po­czu­cie pra­wa i wła­dzy nad in­sty­tu­cją – i do­stęp do dy­rek­to­ra – cze­go nie ma ża­den inny ro­dzic.

Czę­sto lubi pod­kre­ślać w roz­mo­wach swo­ją uprzy­wi­le­jo­wa­ną po­zy­cję. Na przy­kład trud­no o miej­sce par­kin­go­we wo­kół szko­ły i wszy­scy im­pro­wi­zu­ją, włącz­nie z tobą, nie­le­gal­nie za­trzy­mu­jąc się na chwi­lę pod bra­mą. Z wy­jąt­kiem Su­san. Je­stem prze­wod­ni­czą­cą, po pro­stu nie mogę – lubi przy­po­mi­nać wszyst­kim z ża­ło­snym uśmie­chem. Je­stem prze­wod­ni­czą­cą, mój syn musi od­ra­biać pra­cę do­mo­wą… Je­stem prze­wod­ni­czą­cą, nie mogę się spóź­niać po od­biór dziec­ka. Gdy­by mo­gła do­stać od­zna­kę, no­si­ła­by ją.

Za­wsze do­da­je link do wła­snej stro­ny in­ter­ne­to­wej na dole co­ty­go­dnio­wej szkol­nej ga­zet­ki, jak­by chcia­ła przy­po­mnieć, że ma inne ży­cie poza tym wszyst­kim, że zdo­ła­ła być jed­ną z tych osób, któ­re ro­bią wszyst­ko bez wy­sił­ku (poza szkol­ny­mi obo­wiąz­ka­mi pro­wa­dzi stro­nę in­ter­ne­to­wą, przez któ­rą sprze­da­je ro­bio­ne na za­mó­wie­nie drew­nia­ne na­czy­nia ku­chen­ne).

Gdy­byś była za­do­wo­lo­na z ży­cia, nic z tego by cię nie ob­cho­dzi­ło; po pro­stu spły­wa­ło­by po to­bie jak woda po kacz­ce. Ale jed­na ko­bie­ta, ta ko­bie­ta, sta­ła się źró­dłem wszyst­kich two­ich fru­stra­cji i wiesz, że to nie­spra­wie­dli­we, pa­ra­no­idal­ne i ab­sur­dal­ne. Ona jest do­brą oso­bą, po pro­stu za­zdro­ścisz jej po­zy­cji i spo­so­bu, w jaki uło­ży­ła so­bie ży­cie. To po­że­ra cię żyw­cem, nie mo­żesz przed tym uciec. Ale by­ła­byś szczę­śli­wa, gdy­byś już nig­dy jej nie zo­ba­czy­ła. Nig­dy nie za­przy­jaź­ni­ła­byś się z Su­san w two­im daw­nym wcie­le­niu. Ona w ża­den spo­sób nie pod­no­si cię na du­chu, two­je ser­ce nie ska­cze z ra­do­ści na jej wi­dok, a te­raz po­trze­bu­jesz wo­kół sie­bie osób pod­no­szą­cych na du­chu bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek. Czu­jesz, jak­byś z wie­kiem sta­wa­ła się co­raz bar­dziej bez­bron­na, mia­ła co­raz cień­szą skó­rę. Jak to moż­li­we, że te wiel­kie, głę­bo­kie rany za­da­ne przez in­nych w od­le­głej prze­szło­ści za­ogni­ły się te­raz, kie­dy je­steś w śred­nim wie­ku? Nie mo­żesz ich ule­czyć i nie masz po­ję­cia dla­cze­go. Utra­ci­łaś swój głos. Utra­ci­łaś swo­ją siłę.

Lekcja 13

Przy­jaźń to więź, choć nie na­tu­ral­na, lecz z wy­bo­ru. Po­win­na być pod­trzy­my­wa­na, spo­koj­na, swo­bod­na i lek­ka, po­zba­wio­na praw i za­zdro­ści. A jed­no­cze­śnie to naj­sil­niej­sza i naj­bar­dziej nie­za­leż­na z wszel­kich ludz­kich wię­zi

Wsu­wasz dłoń w majt­ki, my­śląc o zu­peł­nie in­nych rze­czach, o oj­cach ze szko­ły, o iskrze, jaka w nich jest. O tym, że szcze­gól­nie je­den z nich, Ari, przy­wró­cił­by cię do ży­cia. Po­mógł­by ci stać się na nowo ko­bie­tą, któ­rą kie­dyś by­łaś. Ari, tak, on miał­by tę wie­dzę, ten in­stynkt; ale nig­dy byś tego nie zro­bi­ła. Boże, nie, to był­by ba­ła­gan. Su­san wciąż brzę­czy ci do ucha, opo­wia­da, że Ba­sti za­raz zda swój pierw­szy eg­za­min z gry na fle­cie, po­tra­fi za­grać każ­dy za­sły­sza­ny utwór mu­zycz­ny, zdu­mie­wa ją. (Rexi utknął na stro­nie szó­stej pod­ręcz­ni­ka gry na gi­ta­rze i jest mało praw­do­po­dob­ne, żeby kie­dy­kol­wiek zro­bił ja­kieś po­stę­py). I spo­tka­nie to­wa­rzy­skie po­łą­czo­ne ze zbiór­ką cha­ry­ta­tyw­ną. Mo­żesz je po­pro­wa­dzić, ko­cha­nie? Oczy­wi­ście, tak. Su­san upie­cze dla cie­bie mu­ffiny. Wiem, że nie je­steś w tym do­bra.

Ona pie­cze nie­ustan­nie, jej dom jest atrak­cją tu­ry­stycz­ną, jej dzie­ci są nie­ska­zi­tel­nie czy­ste – to two­je cza­sa­mi no­szą brud­ne T-shir­ty, któ­re prze­wra­casz na lewą stro­nę, je­dzą płat­ki śnia­da­nio­we na obiad i do­sta­ją coca-colę jako sma­ko­łyk. W kuch­ni Su­san wisi ogrom­na ta­bli­ca ogło­szeń w ozdob­nej ra­mie, za­pcha­na świa­dec­twa­mi osią­gnięć, zdję­cia­mi dzie­ci i ich ko­lo­ro­wy­mi ry­sun­ka­mi. Rzad­kie cer­ty­fi­ka­ty, ja­kie zdo­by­wa­ją two­je po­cie­chy, gu­bią się gdzieś w ster­tach pa­pie­rów, ra­zem ze szkol­ny­mi świa­dec­twa­mi, zdję­cia­mi i li­sta­mi ży­czeń do Świę­te­go Mi­ko­ła­ja. Cze­ka­ją, aż je kie­dyś po­se­gre­gu­jesz. Daw­no temu kon­tro­lo­wa­łaś swo­ją ka­rie­rę, przy­jaź­nie, całe ży­cie. Od kie­dy sta­łaś się mat­ką, już tego nie po­tra­fisz. Czu­jesz się win­na z po­wo­du tylu rze­czy.

Kie­dy zło­ży­łaś wó­zek, wło­ży­łaś go do ba­gaż­ni­ka i usły­sza­łaś pisk – mały Pip wciąż był w środ­ku.

Kie­dy Jack stur­lał się z łóż­ka, gdy go prze­wi­ja­łaś, i skoń­czył z wgnie­ce­niem w czasz­ce.

Tor­ty uro­dzi­no­we z Te­sco, rok w rok.

Gry kom­pu­te­ro­we, któ­re trzy­ma­ją ich wszyst­kich w kar­bach, łącz­nie z naj­młod­szym.

Oka­zjo­nal­ne wi­zy­ty w McDo­nal­dzie, czter­dzie­ści pięć mi­nut jaz­dy stąd, w nie­dziel­ne wie­czo­ry.

Ba­sti, oczy­wi­ście, nig­dy w ży­ciu nie jadł ta­kich rze­czy. Mówi ci to, kie­dy przy­cho­dzi do two­je­go domu. Odzie­dzi­czył po mat­ce po­czu­cie wyż­szo­ści i słusz­no­ści swo­ich prze­ko­nań. Oba­wiasz się, co go cze­ka w zde­rze­niu z praw­dzi­wym świa­tem. Tym­cza­sem Su­san uwi­ja się ener­gicz­nie jak mały ciem­ny wró­be­lek efek­tyw­no­ści z ogrom­ną, na­stro­szo­ną pier­sią. Spra­wia, że czu­jesz się wy­bra­ko­wa­na, że wciąż bie­gniesz, ale nig­dy jej nie do­ga­niasz. Nie mia­łaś w ży­ciu ta­kie­go wzo­ru do na­śla­do­wa­nia. Naj­lep­sze mat­ki to te, któ­re mia­ły złe mat­ki, my­ślisz, bo one wie­dzą, cze­go nie ro­bić. Ale co, je­śli nig­dy nie mia­ło się mat­ki? Je­śli zmar­ła, za­nim zdą­ży­ła za­pi­sać się w pa­mię­ci?

Głos Su­san spro­wa­dza cię na zie­mię.

– Ale ta dzi­siej­sza pra­ca do­mo­wa była trud­na, praw­da? Ba­sti w koń­cu to za­ła­pał.

– Re­xie­mu za­ję­ło to chwi­lę. Mu­sia­łam wy­łą­czyć te­le­wi­zor, żeby go za­pę­dzić do biur­ka…

– My nie tę­sk­ni­my za na­szym. Dzie­cia­ki nig­dy o nie­go nie pro­szą.

Mil­czysz przez chwi­lę.

– Szczę­ścia­ra.

Te­le­wi­zja, oczy­wi­ście, to two­ja niań­ka. Ukry­wasz to z po­czu­ciem winy. I nie zwra­ca­łaś uwa­gi, co Rexi ro­bił w swo­im pod­ręcz­ni­ku do ma­te­ma­ty­ki.

– Chcia­łam tyl­ko spraw­dzić, czy to wciąż ak­tu­al­ne, że zaj­miesz się Ba­stim w ten czwar­tek?

Za­wsze je­steś otwar­ta, je­śli cho­dzi o wza­jem­ną opie­kę nad dzieć­mi; to dla­te­go układ dzia­ła.

– Oczy­wi­ście… nie mogę się do­cze­kać.

– Do­sta­łaś in­for­ma­cję o wszach? Wiem, że nig­dy nie spraw­dzasz tor­ni­strów, tyl­ko ci przy­po­mi­nam. Ba­sti nig­dy ich nie miał. Nie wiem, kto mógł je roz­nieść.

Za­my­kasz oczy, two­je knyk­cie za­mie­nia­ją się w małe, po­kry­te śnie­giem góry za­ci­śnię­te na słu­chaw­ce. Bo pod­czas ką­pie­li kil­ka go­dzin wcze­śniej wy­cią­ga­łaś wszy – z ich ma­lut­ki­mi, roz­go­rącz­ko­wa­ny­mi nóż­ka­mi – wszyst­kim chłop­com, na­wet Pi­po­wi. A Jack ma pa­to­lo­gicz­ną awer­sję do wszy, nie­mal wy­mio­to­wał z prze­ra­że­nia, wrzesz­czał, jak­byś go skal­po­wa­ła. Po­tem bła­ga­łaś, gro­zi­łaś, żeby skoń­czy­li pra­cę do­mo­wą, prze­sta­li grać, po­szli do łóż­ka. Rexi wy­biegł sfru­stro­wa­ny, z ra­mio­na­mi nad gło­wą. Cza­sa­mi czu­jesz, jak­by był wiel­ką otwar­tą raną, do któ­rej wle­wasz swo­ją mi­łość i kon­ster­na­cję. Co się tam dzie­je? Czy to się kie­dy­kol­wiek wy­rów­na? On ma tyl­ko dzie­więć lat. Jego na­uczy­ciel mówi, że to ma coś wspól­ne­go z chłop­ca­mi w tym wie­ku, od siód­me­go roku ży­cia w górę prze­cho­dzą ogrom­ną psy­cho­lo­gicz­ną zmia­nę, hor­mo­ny bu­zu­ją. Czy zła­god­nie­je z wie­kiem, czy sta­nie się sil­niej­szy? Czy jest za bar­dzo uczu­cio­wy, jak ty? Je­steś za­fa­scy­no­wa­na i prze­ra­żo­na głę­bią jego emo­cji.

Nie je­steś od­po­wie­dzial­na za szczę­ście swo­je­go dziec­ka, po­wie­dzia­ła ci nie­daw­no ła­god­nie na­uczy­ciel­ka Re­xie­go, ko­bie­ta po pięć­dzie­siąt­ce. Je­steś od­po­wie­dzial­na za to, co do nich mó­wisz i co ro­bisz jako ro­dzic. To wszyst­ko. Nic in­ne­go. Mu­sisz o tym pa­mię­tać.

Lekcja 14

Tu­taj pa­cjent­ka musi słu­żyć so­bie sa­mej

Dzie­wią­ta trzy­dzie­ści. Wy­cho­dzisz na dwór. Za­my­kasz drzwi na klucz.

Te­raz masz kon­tro­lę. Wdy­chasz su­ro­we noc­ne po­wie­trze; zim­no nig­dy nie prze­sta­je szo­ko­wać w tym miej­scu, na­wet po tylu la­tach. Dzie­ci śpią, wiesz, że się nie obu­dzą, znasz je aż za do­brze, sta­łaś w ci­szy ich po­ko­jów i wdy­cha­łaś głę­bo­ko ich za­pach. Czu­łaś jak ogrom­ny spo­kój prze­le­wa się przez cie­bie, szep­cząc uko­je­nie, wle­wa­jąc się w two­je żyły. Wszy­scy śpią, twój dzień się skoń­czył.

Ale co te­raz?

Idziesz szyb­ko przez ci­szę, któ­ra wstrzy­mu­je swój od­dech. Czu­jesz, jak daw­na ty po­wra­ca. Ka­mien­ne mury, po­bli­skie lasy, most nad stru­mie­niem – wszyst­ko jest po­kry­te gru­bą war­stwą szro­nu, któ­ry nie sta­jał od kil­ku dni. To osza­ła­mia­ją­co pięk­ne, ale nig­dy nie pod­bi­je twe­go ser­ca. Bo to nie jest twój dom.

Zim­no prze­ni­ka cię do ko­ści, nie ubra­łaś się od­po­wied­nio, nie po­my­śla­łaś o tym, po pro­stu mu­sia­łaś się przejść, uciec, być na ze­wnątrz. Hugh ma służ­bo­wą ko­la­cję, bę­dzie w domu za dwie go­dzi­ny, do tego cza­su oczy­wi­ście wró­cisz. To na­gle cię przy­tła­cza, gdy tak idziesz, łzy za­czy­na­ją pły­nąć. Ma­rzysz, żeby się od­blo­ko­wać. Przez ła­god­ność. Pro­sto­tę. Świa­tło. Krzy­czą­ce, bo­le­śnie ośle­pia­ją­ce świa­tło. Ma­rzysz o bez­kre­snym nie­bie, nie­skoń­czo­nej prze­strze­ni, o kar­mie­niu się słoń­cem, o tym, by nig­dy nie wró­cić. Łzy leją się te­raz stru­mie­nia­mi, prze­ły­kasz je z tru­dem. Usta masz po­kry­te wil­go­cią. Nie je­steś sil­na.

Idziesz dro­gą, nie­od­po­wied­nio ubra­na. Nie mo­żesz wró­cić. Nie po­tra­fisz sta­wić temu wszyst­kie­mu czo­ła. Mija cię sa­mo­chód, skrę­ca gwał­tow­nie. Zi­ry­to­wa­ny kie­row­ca na­ci­ska klak­son. Nie ma tu żad­nej ścież­ki dla pie­szych, tyl­ko skraj dro­gi po­ro­śnię­ty tra­wą, dróż­ki są zbyt wą­skie, zbu­do­wa­ne dla wo­zów parę wie­ków temu, nie po­win­naś tędy cho­dzić pie­szo. Za­mie­rasz w prze­ra­że­niu jak kró­lik. Nie mo­żesz iść da­lej, nie mo­żesz za­wró­cić. Obej­mu­jesz się ra­mio­na­mi i szlo­chasz roz­pacz­li­wie, spę­ta­na przez oko­licz­no­ści – nie je­steś już dłu­żej sobą. Za­gu­bi­łaś się.

Lekcja 15

Mo­że­my uciec z na­szej wła­snej, cia­snej co­dzien­no­ści

Wię­cej świa­teł. Fur­go­net­ka.

Zwal­nia, za­trzy­mu­je się. Cała się trzę­siesz, ser­ce ło­mo­cze ci w pier­si.

– Cześć, nie­zna­jo­ma.

To Mel. Ko­lej­na szkol­na mama. Ta jest inna, nig­dy do koń­ca się nie do­sto­so­wa­ła. Wpa­da do szko­ły i wy­pa­da, jak­by ni­czym się nie przej­mo­wa­ła, jest… wol­na. Mówi: pie­przyć wie­czo­ry z qu­iza­mi, pie­przyć let­nie przy­ję­cia, pie­przyć ich wszyst­kich, mam lep­szy po­mysł na swo­je ży­cie. Jaki, Bóg je­den wie.

Nosi na­tu­ral­ne, sta­re fu­tro, jak­by chcia­ła po­wie­dzieć: ni­cze­go nie uda­ję – nie no­szę płasz­cza, nie mam sztucz­nych pa­znok­ci, a moje or­ga­zmy są jak naj­bar­dziej praw­dzi­we.

Wszy­scy po­dej­rze­wa­ją, że zwol­nio­no ją z pła­ce­nia cze­sne­go za szko­łę, z uwa­gi na sy­tu­ację ro­dzin­ną. Jest sa­mot­ną mat­ką. Ma syna w kla­sie Jac­ka. Za­zdro­ścisz jej co dru­gie­go week­en­du wol­ne­go od ma­cie­rzyń­stwa. Może spać do póź­na, zo­stać w łóż­ku cały dzień, obi­jać się, pić; ro­bić wszyst­ko i nic. Pro­wa­dzi sklep z an­ty­ka­mi na High Stre­et – nie­re­gu­lar­ne go­dzi­ny otwar­cia, sta­ro­cia z fran­cu­skich pchlich tar­gów – rze­czy, któ­re uwiel­biasz, a któ­re Hugh uwa­ża za śmie­ci.

Mel kie­dyś póź­no ode­bra­ła od cie­bie swo­je­go syn­ka, Oti­sa, z umó­wio­nej za­ba­wy dzie­cia­ków. Wra­ca­ła pro­sto z za­jęć tań­ca na ru­rze – na­wet nie mia­łaś po­ję­cia, że coś ta­kie­go tu­taj funk­cjo­nu­je. Mel mu­sia­ła być taką dziew­czy­ną, któ­ra no­si­ła w szko­le za krót­ką spód­nicz­kę, pod­kra­da­ła ta­cie pa­pie­ro­sy i prze­my­ca­ła traw­kę do aka­de­mi­ka; ma to wszyst­ko wy­pi­sa­ne na twa­rzy. Ape­tyt, na­mięt­ność, wie­le cięż­kich ży­cio­wych prób i ogrom­ne otwar­te ser­ce, nie­za­leż­nie od tego, ile razy roz­bi­ła się o ska­ły. Ota­cza ją aura ko­bie­ty, któ­ra roz­ko­szu­je się ży­ciem. Któ­ra czę­sto upra­wia seks.

Mel za­wsze się ocią­ga, od­bie­ra­jąc syna od cie­bie. Czę­sto od­czu­wasz ja­kieś dziw­ne mil­czą­ce przy­cią­ga­nie, nie wiesz dla­cze­go; po pro­stu chcesz się ku niej po­chy­lić, to idio­tycz­ne, nie jest w two­im ty­pie. Nosi bar­dzo ob­ci­słe dżin­sy, cza­sa­mi cięż­kie buty ugg. Ty wo­lisz ko­lo­ry po­wścią­gli­wo­ści: ostroż­ny pło­wy kar­mel, pia­sko­wy albo kre­do­wy z odro­bi­ną czer­ni. Zresz­tą… ona jest ko­bie­tą, na li­tość bo­ską.

Lekcja 16

Uczy­ni­ła, co mo­gła

– Hej – mówi Mel ci­cho, marsz­cząc brwi z nie­skoń­czo­nym zro­zu­mie­niem. – Wsia­daj.

Prze­ły­kasz łzy; w sa­mo­cho­dzie pa­nu­je przy­jem­ne cie­pło, ogrze­wa­nie jest włą­czo­ne.

– Nie wiem, co ze mną nie tak – mó­wisz szyb­ko, gło­sem co­raz wyż­szym i co­raz bar­dziej drżą­cym.

– Cii…

– Chłop­cy, szkol­na bra­ma, Hugh…

– Wiem, wiem.

Mel za­trzy­mu­je się na po­bo­czu, nie wy­py­tu­je cię o nic, dzię­ki Bogu, nie wy­py­tu­je. Le­d­wie re­je­stru­jesz, co robi: a ona słu­cha, to wszyst­ko.

Chce wie­dzieć. Trzy­ma rękę na two­im ko­la­nie, tyl­ko tyle.

– Cii – mówi, a łzy za­czy­na­ją pły­nąć zno­wu, ci­cho, w bez­ru­chu i ci­szy.

Je­steś roz­dar­ta przez jej do­broć. Za­czy­nasz mó­wić w spo­sób, w jaki nie mó­wi­łaś od tak daw­na.

– Ale prze­cież je­steś taką szczę­ścia­rą – mówi po chwi­li ci­szy. – Nie wi­dzisz tego? Masz tak wie­le.

Pa­trzysz na nią. Tak, ki­wasz gło­wą, tak, wiesz o tym; a jed­nak o dzi­wo je­steś w ta­kim sta­nie.

Mel po­chy­la się, bie­rze cię pod bro­dę i wy­ma­wia two­je imię, mięk­ko, de­li­kat­nie. Uśmie­chasz się; nikt tak do cie­bie nie mó­wił od daw­na, gło­sem prze­peł­nio­nym tro­ską. Ca­łu­je cię w po­li­czek, mięk­ko, czu­le, po­cie­sza­ją­co.

Jej usta błą­dzą.

Od­su­wasz się, ale jej de­li­kat­ność cię przy­trzy­mu­je, przy­cią­ga.

Coś w to­bie oży­wa, po tak dłu­gim cza­sie, po tylu la­tach. Chcesz coś po­wie­dzieć. Ciii – uspo­ka­ja cię Mel. I ca­łu­je. Ca­łu­je. Czu­jesz po­ru­sze­nie, je­steś ni­czym ukwiał otwie­ra­ją­cy się do ży­cia pod wpły­wem piesz­czot wody. Czu­jesz pod­nie­ce­nie w brzu­chu i przy­po­mi­nasz so­bie, jak daw­no temu pod­da­wa­łaś się, otwie­ra­łaś. Nig­dy nie czu­łaś się bar­dziej żywa niż wte­dy… kie­dyś, daw­no temu, przez sześć ty­go­dni prze­mia­ny, w in­nym miej­scu, w in­nym ży­ciu. Coś dłu­go uśpio­ne­go bu­dzi się w to­bie.

Lekcja 17

Je­śli się nie roz­wi­ja­my, za­czy­na­my się co­fać

W tej fur­go­net­ce, w ciem­no­ściach wy­pa­la­nych świa­tłem do­wia­du­jesz się, że to uczu­cie, wspo­mnie­nie, wra­że­nie, ży­wioł, wszyst­ko może wró­cić i za­lać cię zno­wu.

Wy­star­czy tyl­ko de­li­kat­ność do­ty­ku. Po tak dłu­gim cza­sie.

Od­ry­wasz się zszo­ko­wa­na. Mel śmie­je się ci­cho.

– Wiesz, że spa­nie z ko­bie­tą może być jak od­kry­wa­nie sek­su na nowo – opusz­ka jej pal­ca zsu­wa się de­li­kat­nie po two­im po­licz­ku, po szyi – bo my wie­my, co dzia­ła – pa­lec draż­ni cię – i gdzie.

Za­mie­rasz. Je­steś tak wraż­li­wa na do­tyk, na uwa­gę ja­kie­go­kol­wiek ro­dza­ju. Po­trzą­sasz gło­wą, wy­cią­gasz dłoń do klam­ki, z tru­dem wy­rzu­casz z sie­bie sło­wa po­dzię­ko­wa­nia – dzie­ci, mu­sisz wra­cać. Wy­pa­dasz na ze­wnątrz.

– Do zo­ba­cze­nia na wie­czo­rze z qu­iza­mi. – Mel uśmie­cha się ta­jem­ni­czo i od­pa­la sa­mo­chód. – Albo nie – do­da­je.

Wra­casz za­ma­szy­stym kro­kiem, cu­dow­na, wspa­nia­ła, przez bo­le­sne mi­go­ta­nie pięk­ne­go szro­nu.

Jak od­kry­wa­nie sek­su na nowo…