Przebudzeni - Colleen Houck - ebook + książka

Przebudzeni ebook

Colleen Houck

4,3

Opis

Kiedy siedemnastoletnia Lilliana Young wkracza pewnego poranka do swojego ulubionego Metropolitan Museum of Art, ostatnią rzeczą, jakiej się spodziewa, jest znalezienie egipskiego księcia z nadludzkimi mocami, który wrócił do świata żywych po tysiącu lat bycia zmumifikowanym.

Co jednak ma zrobić nastoletni książę Amon, gdy zamiast obudzić się w swoim grobowcu w egipskiej świątyni, znajduje się w muzeum w Nowym Jorku, a jego słoje z organami zniknęły? Lily wbrew swojej woli zostaje pomocniczką księcia i razem wyruszają w niezwykłą podróż. Od teraz to w ich rękach waży się los ludzkości – muszą dotrzeć do Doliny Królów, odnaleźć braci księcia i dokończyć ceremoniał, aby Set, bóg ciemności, nie przybył na nowo do świata śmiertelników, by siać spustoszenie.

 

Colleen Houck, bestsellerowa autorka „New York Timesa”, znana z serii „Klątwa Tygrysa”, powraca z epicką opowieścią o dwóch nastolatkach, którzy muszą zmierzyć się z mitycznymi siłami i starożytnymi klątwami w przygodzie z akcją bardziej wartką niż prąd Nilu.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 575

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału: Reawakened

Copyright © 2015 by Colleen Houck

Copyright © for the Polish translation

by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Redakcja: Natalia Szczepkowska

Korekta: Magdalena Wójcik, Anna Gidaszewska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Klaudia Kumala

Projekt graficzny okładki i stron tytułowych: FecitStudio

Fotografia na okładce: © Margarita Almpanezou | Getty Images

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN978-83-7976-112-8

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

Dedykuję mojemu tacie, Billowi,

którego śmierć zabrała nam zbyt wcześnie

WINO MIŁOŚCI

Starożytny egipski wiersz miłosny

Ach, gdy nadejdzie moja ukochana

I kiedy ujrzę ją nareszcie,

Wpuszczę ją do mojego bijącego serca

I zamknę w miłosnych objęciach;

Serce me przepełnia boska radość,

Gdyż należę do niej, ona zaś należy do mnie.

Ach, a gdy w jej objęciach

Moja miłość zatraca się bez reszty,

Czuję, jakby najsłodsze perfumy Arabii

Namaściły moje ciało.

Kiedy zaś nasze usta się odnajdują,

Nie potrzeba mi wina, bym czuł się pijany.

Tego dnia w mieście Itjtawy panowała ciężka, duszna atmosfera dobrze oddająca nastroje w świątyni. Szczególnie zły humor miał monarcha, król Heru, na którego sercu ciążyło straszliwe brzemię. Częściowo ukryty za filarem, władca w zamyśleniu przyglądał się zza zasłony zgromadzonemu tłumowi i zastanawiał, co właściwie oznacza odpowiedź, jakiej udzielili mu doradcy i kapłani – zapowiada ocalenie czy raczej ostateczną zagładę.

Nawet gdyby okazało się, że złożona ofiara zyska im przychylność bogów, jego poddani zapewne i tak poniosą dotkliwe straty. Dla niego oznaczałoby to katastrofę, po której nigdy by się już nie podźwignął.

Mimo że dzień był nadzwyczaj upalny, ukryty w świątynnym cieniu król poczuł, jak przechodzi go lodowaty dreszcz. Był to niewątpliwie zły omen. Przesunął nerwowo dłonią po ogolonej głowie, po czym opuścił zasłonę. Dla ukojenia nerwów zaczął przechadzać się po podium świątynnym, rozmyślając nad dostępnymi mu sposobami działania.

Król Heru zdawał sobie sprawę, że nawet jeśli odrzuci stawiane warunki, i tak będzie musiał podjąć jakieś drastyczne kroki, by obłaskawić strasznego boga Seta. Ach, gdybym tylko umiał znaleźć jakieś rozwiązanie, pomyślał władca. Zwracanie się do poddanych, by podjęli decyzję, było czymś wręcz niesłychanym – dotychczas na taki krok nie zdecydował się żaden monarcha.

Król zasiadał na tronie, ponieważ jego prawem i obowiązkiem było służenie poddanym. A monarcha, który nie byłby w stanie podjąć mądrej decyzji, choćby nawet niełatwej, byłby skazany na detronizację. Heru świetnie rozumiał, że pozwalając, by lud podjął kluczową decyzję, sam okazywał się słabeuszem i tchórzem. Mimo to jednak nie widział dla siebie innego rozwiązania, z którego następstwami mógłby potem żyć.

Na dwadzieścia lat przed początkiem panowania króla Heru wszyscy Egipcjanie żyli w wielkim niedostatku. Niewiele brakowało, by na skutek morderczej suszy, po której przyszły niszczycielskie burze piaskowe, a wreszcie zaraza, cywilizacja egipska ostatecznie upadła. Rabusie i starzy wrogowie królestwa rychło zwęszyli okazję i zaczęli wykorzystywać słabość Egiptu. Na skutek kryzysu kilka najstarszych osad zostało zrównanych z ziemią.

W akcie desperacji król Heru zwołał pozostałych przy życiu władców największych miast na mające potrwać tydzień spotkanie do swojego pałacu. Z Asjut przybył król Khalfani, z Waset natomiast król Nassor, i wszyscy trzej władcy, wraz z najbardziej zaufanymi kapłanami, udali się na naradę za zamkniętymi drzwiami.

Podjęto decyzję, która miała zaburzyć równowagę w panteonie egipskich bóstw. Każde z wielkich miast czciło innego boga. Mieszkańcy Asjut, miasta, do którego ściągali najsłynniejsi magicy, oddawali cześć Anubisowi. W Waset, słynącym z tkactwa i budowy okrętów, czczono Chonsu. Natomiast poddani króla Heru, celujący w poezji i kamieniarstwie, zanosili modły do Amona-Ra oraz jego syna Horusa. Za namową kapłanów królowie uwierzyli, że bóstwa opiekuńcze odwróciły się od nich i wobec tego powinni złożyć wspólną ofiarę przebłagalną innemu bogu, mrocznemu Setowi. Tylko w ten sposób, twierdzili kapłani, monarchowie zapewnią bezpieczeństwo i powodzenie poddanym.

A gdy królowie poszli za radą mędrców, jeszcze tego samego roku spadły ulewne deszcze. Nil wystąpił z brzegów, użyźniając okoliczne ziemie i czyniąc je zdatnymi do upraw. Wkrótce potroiła się liczebność bydła. Rok później na świat przyszło wiele zdrowych dzieci, więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Również królowe małżonki, z początku najbardziej niechętne zmianom, wkrótce odkryły, ku własnemu wielkiemu zaskoczeniu, że zaszły w ciążę, co szybko uśmierzyło ich gniew.

A kiedy trzy królowe urodziły zdrowych synów, musiały uznać, że doznały szczególnej łaski. Dotyczyło to zwłaszcza żony Heru, która nigdy wcześniej nie poczęła dziecka i była już, jak się zdawało, zbyt posunięta w latach. Świeżo upieczone matki nie zaprzestały co prawda czczenia starych bogów, jednak czyniły to w sekrecie. Zgodziły się też, że od tej chwili nigdy już nie będą krytykowały mrocznego Seta. Wywołało to wielką radość wśród poddanych.

Lud Egiptu żył w dostatku.

A trzej władcy szlochali z wdzięczności.

W tej epoce pokoju i harmonii synowie królowych wychowywali się razem niczym bracia. Oczekiwano bowiem, że pewnego dnia zjednoczą wszystkie regiony Egiptu, nad którym władzę obejmie jeden z nich. Wszędzie obowiązywał teraz kult Seta, a do starych świątyń praktycznie nikt już nie zaglądał.

Synowie do każdego z królów zwracali się jak do ojca i traktowali wszystkie królowe jak matki. Byli kochani przez monarchów i miłowani przez poddanych. Widziano w nich nadzieję na przyszłość. Byli nierozłączni.

Nawet teraz, gdy nastał najmroczniejszy dzień życia ich ojców, trzej młodzieńcy stali razem w oczekiwaniu, aż królowie wygłoszą zaskakujące oświadczenie.

Już za chwilę trzej władcy mieli dokonać czegoś niewyobrażalnego. Żaden ojciec nie powinien nigdy prosić syna o zrobienie czegoś takiego. Na samą myśl o tym, co miał zrobić, król Heru czuł, jak mrozi mu krew w żyłach. Od pewnego czasu nawiedzały go niezwykle wyraziste koszmary, w których jego serce, ważone na sądzie Ozyrysa, okazywało się niegodne życia wiecznego, gdy na drugiej szali kładziono pióro prawdy. Trzej władcy wyszli wreszcie z cienia i stanęli w oślepiającym słońcu, którego blask odbijał się od białych murów świątyni. Król Heru stał pośrodku, w otoczeniu dwóch pozostałych monarchów. Heru górował nad nimi wzrostem, a poza tym był spośród nich najlepszym mówcą. Uniósłszy rękę, przemówił:

– Moi poddani, a także obywatele przybyli do nas z miłych naszemu sercu miast położonych w górze rzeki. Jak doskonale wiecie, naradzaliśmy się z kapłanami, z jakiego powodu rzeka, która przez dwadzieścia ostatnich lat obmywała łagodnie nasze brzegi, teraz wysycha. Główny kapłan, Runihura, oświadczył, że bóg Set, którego przez lata czciliśmy z całego serca, domaga się nowej ofiary.

– Ojcze – odezwał się syn króla Heru, podchodząc – dopilnujemy, by złożono każdą ofiarę, jaka okaże się konieczna. Powiedz tylko, cóż nią będzie.

Król uciszył syna gestem uniesionej ręki. Uśmiechnął się do niego ponuro, po czym zwrócił się z powrotem do tłumu:

– Tym razem Set nie życzy sobie, byśmy zarzynali w ofierze byka. Nie chce garnców ziarna, najdelikatniejszych tkanin ani nawet najpyszniejszych owoców. – Heru zawiesił głos i czekał, aż słuchacze ucichną. – Runihura oznajmił, że po tym, jak wiele Set nam dał, oczekuje teraz, byśmy oddali w zamian to, co jest nam najdroższe. Żąda, by złożono w ofierze trzech młodzieńców z królewskiego rodu, którzy będą odtąd służyli mu w zaświatach. – Heru westchnął ciężko i dodał po chwili: – Jeśli nie uczynimy tego, co każe, poprzysiągł, że sprowadzi zagładę na cały Egipt.

1

SIEDZIBA MUZ

– Piętnaście pięćdziesiąt – rzucił kierowca z wyraźnym obcym akcentem.

– Mogę zapłacić kartą? – spytałam uprzejmie.

– Nie, mam popsuty terminal.

Ze wstecznego lusterka spoglądały na mnie nieustępliwie oczy osadzone pod krzaczastymi brwiami. Uśmiechnęłam się nieznacznie i sięgnęłam po portfel. Nieraz już korzystałam z nowojorskich taksówek, jednak nigdy nie zdołałam przyzwyczaić się do gburowatego zachowania lokalnych taksówkarzy. Wkurzało mnie to za każdym razem. Do wyboru miałam jednak albo ich, albo prywatnego szofera wożącego członków naszej rodziny. Wiedziałam, co czeka mnie w tym drugim przypadku: szofer śledziłby mnie na każdym kroku i donosił rodzicom, gdzie jestem i co robię. Zbyt ceniłam niezależność, by się na to godzić.

Wręczyłam taksówkarzowi banknot dwudziestodolarowy i otworzyłam drzwi. Jak tylko moje stopy dotknęły chodnika, kierowca gwałtownie ruszył. Musiała upłynąć chwila, nim odzyskałam równowagę, a obłok spalin przerzedził się na tyle, bym mogła stłumić kaszel i odetchnąć swobodnie.

– Dupek – mruknęłam pod nosem, wygładzając dłonią spodnie rybaczki. Schyliłam się i poprawiłam przekrzywiony pasek w jednym z włoskich sandałków ze skóry.

– Może pomóc? – zagadnął stojący nieopodal młodzieniec.

Prostując się, zmierzyłam go wzrokiem. Ubrany w tanie jeansy z sieciówki i koszulkę z nadrukiem I♥ NEW YORK, miał niechlujny wygląd chłopaka z osiedla. Było jasne, że to ktoś przyjezdny. Żaden szanujący się nowojorczyk, a w każdym razie nikt spośród znanych mi nowojorczyków, za żadne skarby nie nałożyłby takiego tandetnego T-shirta. W sumie mimo to prezentował się całkiem nieźle, ale i tak nie miałam zamiaru z nim gadać. Zapewne zjawił się w moim mieście tylko na określony, krótki czas, a rodzice nie byliby zachwyceni, że zadaję się z kimś jego pokroju. Tak, ten chłopak zdecydowanie nie był w moim typie.

Prawdę mówiąc, nadal nie odkryłam, jak właściwie wygląda facet, który byłby w moim typie. Wychodziłam jednak z założenia, że kiedy wreszcie go zobaczę, zdołam go rozpoznać.

– Nie, dzięki – odparłam z uśmiechem. – Nic mi nie jest.

Następnie zdecydowanym krokiem ruszyłam ku schodom Metropolitan Museum of Art. Przez głowę przeleciała mi myśl, że koleżanki ze szkoły uznałyby mnie za idiotkę – zmarnowałam właśnie szansę poznania słodkiego kolesia/potencjalnego chłopaka, a przynajmniej przeżycia czegoś fajnego.

Wiedziałam jednak, że nie powinnam składać obietnic, których i tak nie zamierzam dotrzymać. Zwłaszcza gdy chodziło o chłopaka, który nie spełniał żadnych kryteriów mojego wymarzonego faceta. Lista warunków, jakie musiał spełniać, nadal nie była kompletna, uzupełniałam ją, odkąd osiągnęłam wiek, gdy w ogóle zaczęłam się interesować chłopcami. Przede wszystkim starałam się wybierać mądrze i ostrożnie.

Mimo że byłam bardzo wybredna, nosiłam wyłącznie ubrania znanych projektantów, a moje miesięczne kieszonkowe przewyższało roczne zarobki przeciętnego zjadacza chleba, w żadnym wypadku nie uważałam się za snobkę. Po prostu rodzice mieli wobec mnie określone oczekiwania, a pieniądze były środkiem służącym do ich spełniania. Zawsze mi wpajano, że wprawdzie własny wizerunek, jaki ktoś stwarza, bywa mylący, jednak zazwyczaj zdradza, z jakiego rodzaju człowiekiem mamy do czynienia. Starałam się znaleźć dowody na podważenie tej teorii, jednak wśród moich znajomych ze szkoły oraz grupki przyjaciół zazwyczaj świetnie się sprawdzała.

Jak powtarzał mój ojciec, wzięty prawnik doradzający międzynarodowym instytucjom finansowym: „Bankierzy w pierwszej kolejności obdarzają zaufaniem garnitur, a dopiero potem człowieka, który go nałożył”; była to jego wersja maksymy „Ubiór decyduje o powodzeniu”. Wspólnie z matką, która większość czasu spędzała na dyktowaniu poleceń sekretarce w swoim gabinecie w drapaczu chmur, gdzie mieściła się siedziba jednej z największych nowojorskich firm mediowych, wpoili mi przekonanie, że wizerunek jest najważniejszy.

Ogólnie rzecz biorąc, rodzice nie narzucali mi się ze swoim towarzystwem, pod warunkiem, że przestrzegałam wyznaczanych przez nich zasad: zjawiałam się na różnych przyjęciach, odgrywałam przekonująco rolę słodziutkiej córeczki, no i zdobywałam wyłącznie oceny celujące w elitarnej prywatnej szkole dla dziewcząt. Ach, racja, było coś jeszcze – nie mogłam umawiać się z pewnym typem chłopaków. Radziłam z tym sobie w ten sposób, że nie umawiałam się w ogóle z żadnymi facetami. Rodzice odwdzięczali mi się hojnym kieszonkowym i możliwością samodzielnego eksplorowania Nowego Jorku. Bardzo ceniłam tę wolność, zwłaszcza dzisiaj, pierwszego dnia przerwy wiosennej w szkole.

Metropolitan Museum of Art zawsze było jednym z moich ulubionych miejsc na mapie miasta. Rodzice pozytywnie oceniali tę instytucję – co samo w sobie stanowiło duży plus – a dodatkowo muzeum było idealnym miejscem, gdzie mogłam do woli obserwować zwiedzających. Nadal nie wiedziałam, czym właściwie chcę się zajmować w przyszłości. Został mi tylko tydzień, by się tego dowiedzieć. Moje podania pozytywnie rozpatrzono już na kilku dobrze ocenianych przez rodziców uczelniach. Matka i ojciec – nie lubili, gdy nazywałam ich mamą i tatą – marzyli, bym studiowała medycynę, przedsiębiorczość i finanse lub politologię. Tylko takie kierunki sprostałyby ich oczekiwaniom, jednak, prawdę mówiąc, żaden z nich nie budził mojego entuzjazmu.

Największą frajdę sprawiało mi studiowanie zachowań innych ludzi. Mogli to być ludzie żyjący w zamierzchłych czasach, na przykład ci, o których dowiadywałam się podczas wizyt w Metropolitan Museum of Art, ale również ci przechadzający się po ulicach Nowego Jorku. Nigdy nie rozstawałam się z notatnikiem, w którym zapisywałam spostrzeżenia dotyczące najbardziej frapujących osób, które udawało mi się spotkać.

Nie miałam bladego pojęcia, w jaki sposób to moje, przyznaję, dość dziwaczne hobby przekuć w karierę zawodową. Rodzice nigdy nie pozwolą mi zostać terapeutką, ponieważ ich zdaniem człowiek powinien dbać o zdrowie psychiczne, samą siłą woli pokonując wszelkie przeszkody. Wiedziałam, że są przeciwni zadawaniu się choćby na polu zawodowym z ludźmi gorzej urodzonymi, a mimo to kariera terapeutki wydawała mi się jedyną sensowną drogą zawodową.

Ilekroć próbowałam zastanowić się nad przyszłością, natychmiast w moich myślach zjawiał się obraz rodziców. Wizja życia, które dla mnie zaplanowali, była stale obecna w moim umyśle. Wystarczyło, bym w wyobraźni zboczyła nieco z wytyczonego kursu, a momentalnie ogarniało mnie poczucie winy; w rezultacie wszelkie myśli o buncie były dławione już w zalążku. Jedną z takich sytuacji był wybór college’u. Moją decyzję w gruncie rzeczy trudno uznać za bunt, gdyż rodzice od początku o niej wiedzieli. Taką mieliśmy umowę – wolno mi było składać papiery do szkół, które najbardziej mnie interesowały, pod warunkiem, że będę się ubiegała również o przyjęcie do tych, które pochwalali rodzice. Rzecz jasna byli wniebowzięci, gdy zostałam przyjęta we wszystkich. Nie ulegało jednak wątpliwości, że przez cały czas popychają mnie w określonym kierunku.

A teraz, gdy nareszcie nadeszła przerwa wiosenna, okres uwielbiany przez większość nastolatków, witałam ją z przerażeniem. Gdybym tylko nie musiała już teraz podejmować tak doniosłej życiowej decyzji! Matka i ojciec dali mi czas do końca tygodnia na wybór college’u i przedmiotu kierunkowego. Rozpoczęcie nauki, będąc tak niezdecydowaną, nie wchodziło w grę.

Podeszłam do recepcji, pokazałam swój karnet i po chwili zostałam wpuszczona do oddzielonej liną strefy dla zwiedzających.

– Dzień dobry, panno Young – przywitał mnie z uśmiechem starszy strażnik. – Zamierza pani zostać u nas cały dzień?

– Tylko do południa, Bernie – odparłam, kręcąc głową. – Jestem umówiona na lunch z koleżankami.

– Chce pani, żebym ich wypatrywał?

– Nie, dzisiaj zwiedzam sama.

– Jak pani sobie życzy – odparł strażnik, mocując z powrotem linę, po czym skierował się ku oczekującej na wejście kolejce turystów.

Bycie dzieckiem rodziców, którzy każdego roku przekazywali pewne sumy na rzecz muzeum, miało niewątpliwie dobre strony. A ponieważ tak się złożyło, że byłam jedynaczką, mogłam samodzielnie korzystać z dobrodziejstw, jakie gwarantowały ich darowizny, mądrość i doświadczenie. Oczywiście prócz tego byli też kochającymi rodzicami, o ile przez miłość rodzicielską rozumiemy okazywaną publicznie dumę i aprobatę dla poczynań córki. Prawda była jednak taka, że często doskwierała mi samotność, a niekiedy czułam się też jak w pułapce.

Za każdym razem, gdy nachodziła mnie potrzeba, by poczuć, jak to jest mieć prawdziwą mamę, z którą mogłabym piec ciasto, prosiłam rodziców, by pozwolili mi odwiedzić babcię ze strony ojca. Mieszkała na niewielkiej farmie w Iowa, a rodzice dzwonili do niej raz na dwa miesiące. Nigdy rzadziej, ale też nigdy częściej. Raz do roku składali jej też wizytę, jednak nawet wtedy nie spędzali nocy pod jej dachem. Wynajmowali pokój w pobliskim hotelu i pracowali z niego zdalnie, podczas gdy ja nocowałam z babcią na farmie.

A propos babci, zauważyłam właśnie, że na ławce naprzeciwko siedzi jakaś ciekawie prezentująca się starsza kobieta. Podziwiała jedną z moich ulubionych fotografii – dzieło Henry’ego Peach Robinsona zatytułowane She Never Told Her Love. Zdjęcie wywołało swego czasu sporo kontrowersji. Krytycy uznali, że artysta postąpił nieprzyzwoicie i niedelikatnie, za bohaterkę zdjęcia obierając umierającą kobietę. Dla mnie natomiast dzieło to kryło w sobie wielki dramatyzm i było niezwykle romantyczne. Uważa się, że zamiarem Robinsona było zilustrować jedną ze scen z Wieczoru Trzech Króli Szekspira. Fotografia opatrzona została cytatem ze sztuki, który znałam już na pamięć:

Nigdy nie wyjawiła prawdy przed ukochanym,

A skrytość niczym robak toczący kwiat

Wykwitała rumieńcem na jej bladym licu.

Wieczór Trzech Króli, akt II, sc. 4, w. 110–112

Suchoty. Zapewne na to właśnie umierała uwieczniona na zdjęciu kobieta. Pomyślałam, że w sumie nawet pasuje. Agonia z powodu złamanego serca pewnie miała podobne objawy jak śmierć na suchoty. Wyobrażałam sobie, że chora czuła jak ból oplata ją niczym boa dusiciel, zaciskając stopniowo swe sploty, miażdżąc ciało, tak że na koniec pozostawała jedynie sucha powłoka.

Fascynowało mnie samo zdjęcie, jednak teraz jeszcze bardziej interesowała mnie przypatrująca mu się kobieta. Miała wiotkie policzki, skóra zwisała luźno na całym jej obfitym ciele. Włosy miała związane w niechlujny kok, z którego wymykały się niesforne siwe kosmyki. Dłonie zaciskała na wysłużonej lasce. Ubrana była w kwiecistą suknię o kołnierzu w formie motylich skrzydeł (uszytą zapewne w latach siedemdziesiątych). Siedziała z lekko rozstawionymi nogami, na stopach miała zapinane na rzepy adidasy na grubej podeszwie. Lekko pochylona, ściskała laskę, na której oparła brodę – w takiej pozycji podziwiała fotografię.

Spędziłam blisko godzinę, przypatrując się jej z oddali i szkicując jej obraz w notatniku. W pewnym momencie zauważyłam, jak po policzku kobiety toczy się łza. Chwilę potem poruszyła się i zanurzyła rękę w olbrzymiej torbie zrobionej na szydełku, szukając zapewne chusteczki. Zachodziłam w głowę, co też sprowokowało ją do płaczu. Czyżby w jej życiu też był moment, gdy kochała, i nie zdobyła się na wyznanie uczuć ukochanemu? Z głową pełną domysłów wstałam z ławki, poprawiłam torbę i ruszyłam korytarzem. Moje kroki odbijały się echem od marmurowej posadzki. Po chwili zauważyłam znajomego strażnika i przystanęłam.

– Cześć, Tony.

– Jak się dzisiaj miewasz, panno Young?

– Słuchaj, mam coś do zrobienia, zanim spotkam się z koleżankami na lunch. Znasz może jakieś mniej zatłoczone miejsce na terenie muzeum? Te tłumy zwiedzających nie pozwalają mi się skupić.

– Hmm… – Tony w zamyśleniu potarł brodę. Rozległ się wyraźny dźwięk szorowania, przywodzący na myśl papier ścierny. Najwyraźniej Tony tego ranka zapomniał o goleniu. – Skrzydło muzeum ze zbiorami staroegipskimi jest obecnie wyłączone z użytku – oświadczył po chwili. – Wzbogacamy kolekcję o nowe eksponaty. Ale dzisiaj powinno być tam spokojnie. Kierowniczka wyjechała na konferencję, a bez niej niczego nie zrobią.

– Myślisz, że mogłabym tam posiedzieć? Niczego nie będę dotykać, słowo honoru. Potrzebuję po prostu zacisznego miejsca.

Tony zmarszczył na chwilę brwi w zamyśleniu. Wreszcie twarz mu się wypogodziła.

– W porządku – oznajmił z uśmiechem. – Pamiętaj tylko, żeby uważać. Trzymaj się z dala od turystów. Jeśli cię zobaczą, może im przyjść do głowy, by wejść za tobą.

– Wielkie dzięki, Tony.

– Nie ma sprawy. Zajrzyj do mnie znowu, kiedy będziesz mieć wolną chwilę.

– Tak zrobię – obiecałam, ruszając ku wyjściu wiodącemu do części z ekspozycjami specjalnymi. Po chwili zatrzymałam się i odwróciłam. – Tony, słuchaj, na wystawie fotograficznej zauważyłam pewną starszą kobietę. Siedzi tam już dość długo. Może zerknij za jakiś czas, co porabia.

– Jasne, panno Lilliano – zgodził się strażnik.

– Do zobaczenia.

Szybkim krokiem minęłam ścianę pełną fotografii i zbiegłam po schodach do głównego holu. Następnie pokonałam część, gdzie wystawiano dzieła sztuki średniowiecznej oraz Hol Krużganków, pełen gobelinów, posągów, rzeźb, mieczy, krzyży i klejnotów. Stamtąd przeszłam do muzealnego sklepu i wreszcie dotarłam do skrzydła ze zbiorami staroegipskimi.

Odczekałam, aż nikt nie będzie patrzył, po czym niepostrzeżenie wślizgnęłam się za sznur. Mimo klimatyzacji w powietrzu dawała się wyczuć wyraźna woń kurzu zbierającego się od tysięcy lat na zgromadzonych tu prastarych eksponatach. Możliwe, że podczas niedawnych prac uwolniono wielowiekowy pył. W rezultacie dawała się tu wyczuć szczególna aura właściwa starym rzeczom, których dotyka się po długim czasie.

Światła były pogaszone, eksponaty wyławiały z ciemności promienie słońca wpadające przez wielkie okna. W kilkudziesięciu salach, poświęconych poszczególnym okresom rozwoju państwa egipskiego, zgromadzono tysiące artefaktów. Wkrótce poczułam, że unoszę się swobodnie pośród czarnego oceanu historii. Otaczały mnie niewielkie przeszklone gabloty, w których kryły się mgliste pozostałości minionego czasu.

Moje spojrzenie wyłuskiwało z mroku szkatułki, w których przechowywano kosmetyki, kanopy, posągi przedstawiające bogów i boginie, papirusy grobowe oraz fragmenty rzeźbionych bloków skalnych pochodzących z różnych pradawnych świątyń. Każdy z tych zabytków krył osobną fascynującą historię. Miałam wrażenie, że wszystkie czekają, aż ktoś odnajdzie je i zdmuchnie pył piaskowca z ich powierzchni.

W pewnym momencie kątem oka dostrzegłam lśniącego ptaka. Nigdy wcześniej go tutaj nie widziałam. Czy został niedawno zainstalowany, czy może dołączano go do ekspozycji co jakiś czas? Piękny złoty sokół symbolizował egipskiego boga Horusa.

Odszukałam dobrze oświetlone miejsce i usiadłam plecami do ściany. Na kolanach ułożyłam notatnik i otworzyłam go na czystej stronie. Miałam zamiar wypisać na niej wszystkie możliwe kombinacje przedmiotów kierunkowych oraz drugich fakultetów, na które wyraziliby zgodę rodzice. Próbowałam dopasować trzy kierunki, które najbardziej mi odpowiadały, do szczególnie przez nich cenionych uczelni, gdy usłyszałam jakiś dźwięk. Hałas przywodził na myśl drapanie.

W pierwszej chwili przyszło mi do głowy, że moim tropem do nieczynnej części muzeum zakradł się jakiś turysta. Nasłuchiwałam przez kilka minut, ale hałas już się nie powtórzył. W skrzydle muzeum, w którym się znajdowałam, panowała grobowa cisza. Zganiwszy się w myśli za własną głupotę, powróciłam do studiowania pięknego katalogu pewnego college’u.

Zanim jednak zdążyłam przebrnąć przez pierwszą stronę, rozległ się głuchy odgłos, a zaraz po nim powtórzyło się drapanie. Mimo że uważałam się za osobę myślącą racjonalnie i na ogół niełatwo dającą się przestraszyć, po plecach przebiegł mi dreszcz, jakby lodowate palce przesunęły się po kręgosłupie.

Ostrożnie, by nie wydać żadnego dźwięku, odłożyłam ołówek i notatnik, i z narastającym niepokojem wsłuchiwałam się w hałasy dobiegające zza ściany. Brzmiało to jak seria drapnięć, szurnięć i zdecydowanie nieludzkich pojękiwań. Nie ulegało wątpliwości, że ktoś, a może raczej coś, znajdowało się za ścianą. Żeby nie poddać się przerażeniu, próbowałam całą rzecz wytłumaczyć zdroworozsądkowo: możliwe przecież, że za hałasy odpowiedzialne było jakieś zabłąkane zwierzę.

Gdy ciszę przeciął następny złowróżbny jęk, zaczęły mi się trząść ręce. Widok drżących palców sprawił, że się zawzięłam. Nie bądź głupia, skarciłam się w myśli.

– Hej? – odezwałam się cicho. – Jest tam kto?

Wstałam i postąpiłam kilka kroków w tamtą stronę. Hałasy gwałtownie się urwały, a moje serce zamarło. Czyżby ktoś się tu ukrywał? Przecież gdyby to był pracownik muzeum, odpowiedziałby na moje pytanie.

Wstrzymując oddech, skręciłam na rogu, a wtedy drogę zagrodziła mi plastikowa zasłona. To zapewne sekcja, w której obecnie trwają prace, pomyślałam. Wewnątrz pomieszczenia było zbyt ciemno, by cokolwiek dojrzeć. Stałam tam przez całą minutę, zbierając się w sobie.

W końcu powiodłam dłonią po powierzchni zasłony, aż wreszcie moje palce natrafiły na krawędź i odsunęłam plastik. Jęknęłam ze strachu, gdy nagle z ciemności wyłonił się zarys postaci. Ten ktoś stał ledwie kilka centymetrów dalej i wpatrywał się we mnie. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie z ulgą, że przerażona dziewczyna, ściskająca kurczowo brzeg plastikowej zasłony, to tylko ja. Te same lekko falujące, długie kasztanowe włosy, wypielęgnowane najlepszymi szamponami, ta sama blada twarz i biała bluzeczka z markowego butiku, na której osiadła już warstewka muzealnego pyłu. Zdecydowanie ja. Na tabliczce umieszczonej pod wielkim eksponatem, przed którym się zatrzymałam, widniał napis: STAROŻYTNE ZWIERCIADŁO MIEDZIANE. Rozejrzałam się, żeby sprawdzić, co oprócz tego znajduje się w sali.

Na lśniącej posadzce rozłożono płachtę ochronną, którą pokrywały teraz trociny. Gdzieniegdzie leżały pojedyncze deski przycięte w różne kształty. Sięgnęłam po leżącą najbliżej i podparłam nią plastikową zasłonę, tak by z zewnątrz wpadało jakiekolwiek światło, po czym ruszyłam w głąb sali.

Na prowizorycznych półkach ustawiono liczne artefakty, które w półmroku przybrały postać enigmatycznych ciemnych kształtów. Rozpoznawałam wśród nich zarysy posążków. Co kilka kroków przejście tarasowały skrzynie, poukładane jedna na drugiej. Skoro eksponaty sprowadzono do muzeum niedawno, tłumaczyłam sobie w myśli, dziwne hałasy, które przed chwilą słyszałam, zapewne były sprawką jakiegoś gryzonia, który zamieszkał w jednej ze skrzyń. To również tłumaczyłoby ciszę, jaka zapadła w momencie, gdy przekroczyłam próg pomieszczenia.

Nie widziałam tu nic nietypowego dla przestrzeni muzealnej – w jednym kącie stał pojemnik z narzędziami, kawałek dalej leżała pilarka tarczowa. Wypełnione trocinami skrzynie pełne były egipskich skarbów. Tak jak obiecałam Tony’emu, powstrzymywałam się przed dotykaniem czegokolwiek. Po cichu i ostrożnie kluczyłam po sali, aż nagle zauważyłam jakąś dziwną złocistą poświatę za skrzyniami. Kiedy znalazłam się przed olbrzymim sarkofagiem, z wrażenia aż jęknęłam.

Górne wieko, oparte pod kątem o dolną część trumny, było absolutnie fascynujące. Pochłaniałam wzrokiem detale płaskorzeźby – przedstawiała przystojną twarz, w której oczodoły wprawiono oszlifowane zielone kamienie szlachetne; postać trzymała skrzyżowane na piersi laskę i bicz; drobne złote ornamenty pozwalały się domyślić, że w starożytnym Egipcie była to ważna osoba. Moje palce mimo woli powędrowały do ołówka i notatnika.

Rozpoznałam powtarzający się wzorzec trójkowy – ukazano tu trzy ptaki, trzech bogów, trzy pary skrzydeł i trzy pary ramion. Zachodząc w głowę, co też mogą oznaczać, ruszyłam dalej. List przewozowy na jednej ze skrzyń zawierał następującą informację:

MUMIA NIEWIADOMEGO POCHODZENIA

ZNALEZIONA W 1989

DOLINA KRÓLÓW

EGIPT

Byłam już zafascynowana przygotowywaną wystawą, jednak nie dostrzegałam tu niczego budzącego podejrzenia. Nigdzie nie znalazłam zwierzęcych odchodów. Nie zauważyłam żadnej popiskującej myszki przyczajonej w kącie. Ani śladu po rabusiach grobów czy krwiożerczych przeklętych mumiach. Miejsce wydawało się zupełnie opuszczone, nie przebywali tu nawet pracownicy.

Miałam już skierować się do wyjścia, gdy nagle uświadomiłam sobie dwie rzeczy równocześnie: po pierwsze, we wnętrzu wypełnionego trocinami sarkofagu brakowało mumii; a po drugie, w warstwie pyłu pokrywającego płachtę na posadzce dojrzałam wyraźnie odciśnięte ślady stóp. Nie zrobiłam ich ja – były to odciski bosych stóp, a co dziwniejsze, wiodły od sarkofagu.

Zaciekawiona, odsunęłam na bok obawy i ruszyłam za śladami. Prowadziły alejką pomiędzy skrzyniami, która po chwili okazała się ślepym zaułkiem. Wbrew moim filmowym skojarzeniom nie rozległa się w tej chwili dramatyczna muzyka. Nie wyczułam też obrzydliwego odoru rozkładu i śmierci, a z ciemności nie łypnęły na mnie złowrogo ślepia jakiegoś obrzydliwego potwora.

Uznawszy, że dałam się ponieść wyobraźni, zaczęłam się powoli wycofywać ku plastikowej zasłonie. Mijałam miedziane zwierciadło, gdy wtem z ciemności wystrzeliła jakaś ręka i chwyciła moje ramię. Mój krzyk odbił się echem od zgromadzonych zabytków. Lodowate oczy złotych bogów i kamiennych posągów pozostały jednak równie nieruchome jak wszystko wokół i wpatrywały się w pustkę.

2

PRZYBYSZ W NIEZNANEJ KRAINIE

Dłoń, która zacisnęła się na moim ramieniu, była ciepła i wcale nie pokrywały jej bandaże. Gdy tylko krzyknęłam, rozluźniła uchwyt. Puściłam się biegiem, minęłam plastikową zasłonę i skręciłam za róg. Chciałam jak najszybciej dostać się do torby, w której trzymałam gaz pieprzowy. Po chwili stałam tam, z wycelowanym pojemnikiem, z palcem na spuście. Ku mojemu zdziwieniu bose stopy, które jeszcze przed chwilą wystawały spod zasłony, cofnęły się i ukryły z powrotem w ciemności.

Z sali zaczęły dobiegać hałasy przetrząsania kolejnych skrzyni. W pewnym momencie coś, zapewne jedno z pudeł, runęło na ziemię. Metaliczny brzęk zdradzał, że na posadzkę strącono również jeden z drogocennych eksponatów.

– Ostrzegam, jestem uzbrojona – rzuciłam.

Osoba, która buszowała przy sarkofagu, znieruchomiała na chwilę i wypowiedziała kilka zupełnie niezrozumiałych dla mnie słów. Po czym powróciła do przerwanej czynności.

– Co takiego? Możesz powtórzyć? – spytałam, a nie doczekawszy się reakcji, spróbowałam innej strategii: – Qui êtes-vous? ¿Quién es usted?

W odpowiedzi usłyszałam jedynie stęknięcie wyrażające frustrację oraz wyraźny dźwięk odsuwanej skrzyni.

– Słuchaj, nie mam pojęcia, coś ty za jeden ani co tu robisz – zawołałam, przechodząc z powrotem na angielski. Równocześnie uklękłam i zaczęłam wrzucać papiery do torby. – Ale jedno jest dla mnie pewne: nie powinno cię tu być.

Nie tracąc czasu na zapinanie torby, zarzuciłam ją sobie na ramię i zaczęłam powoli zmierzać do wyjścia. Ani na sekundę nie spuszczałam z oczu plastikowej zasłony oddzielającej mnie od tajemniczego gościa muzeum. Chowałam się za półkami z eksponatami, aż wreszcie dotarłam do głównej alejki. Nadal nie wypuszczałam z ręki gazu pieprzowego w obawie, że lada chwila obcy może mnie zaatakować. Kiedy znów zobaczyłam zasłonę, omiotłam jej pobliże spojrzeniem w poszukiwaniu złowrogiej sylwetki. Z odgrodzonej folią części sali nikt się jednak nie wynurzył.

Czy ta osoba ukrywała się przede mną? Czy byłam w tej chwili śledzona?

– Wyjdź, proszę, i wytłumacz, skąd się tu wziąłeś – zawołałam odważnie. Z plecami przypartymi do muru czekałam, jak zareaguje.

Powinnam była postąpić zupełnie inaczej – należało jak najszybciej się wycofać i powiadomić strażników. Zamiast tego pozwoliłam, by ciekawość wzięła górę i w efekcie stałam teraz jak wryta. Gdyby ten człowiek planował mnie zaatakować, miał ku temu znakomitą okazję.

Możliwe, że po prostu się zgubił. Albo zgubiła. A co jeśli był to zwyczajny włóczęga, który zakradł się do muzeum i po prostu chciał się tu zdrzemnąć? Albo pracownik. Może był ranny. Opuściłam obolałe ramię i powoli zbliżyłam się do zasłony.

– Hej – zawołałam – potrzebujesz pomocy?

Chciałam, żeby mój głos emanował pewnością siebie, jednak skutek był mizerny.

Wtem usłyszałam westchnienie. Ktoś się do mnie zbliżał. Nie trzymałam już gazu w wyciągniętej ręce, jednak nadal ściskałam go w garści, nerwowo wodząc palcem wskazującym po spuście.

– Kim jesteś? – spytałam, tym razem ciszej. Nie tyle nawet spodziewałam się konkretnej odpowiedzi, co raczej chciałam po prostu wyrazić na głos niepewność.

Jakaś dłoń chwyciła brzeg zasłony i odsunęła ją, a wtedy zobaczyłam źródło mojego strachu i zarazem ciekawości. Człowiek wymamrotał pod nosem serię słów, które zabrzmiały jak przekleństwa w obcym języku. Mężczyzna – bo był to niewątpliwie mężczyzna – spoglądał na mnie z wyraźną irytacją.

Mimo że znajdowaliśmy się teraz w najsłabiej oświetlonej części wystawy, mogłam bez trudu rozpoznać plisowaną białą spódnicę sięgającą mu do kolan. Moją uwagę przykuł też obnażony, mocno opalony i muskularny tors. Do gołych stóp nieznajomego przyczepiły się trociny. Sprawiał wrażenie młodego, mógł mieć kilka lat więcej ode mnie. Mimo to na jego czaszce świeciła łysina.

Skrzyżowawszy umięśnione ramiona, zmierzył mnie wzrokiem zuchwale, a ja odniosłam dziwne wrażenie, że mój widok zaskoczył go i zarazem rozczarował.

– Ani kroku dalej – ostrzegłam. Wycelowałam w niego gaz. Czułam się teraz jak skończona kretynka, bo sama wpakowałam się w tę absurdalną sytuację. Nieznajomy uniósł jedną brew i uśmiechnął się ironicznie, jakby próbował mnie sprowokować. Wycelował we mnie palec, a z jego ust dobył się jakiś ostry, ponaglający dźwięk. Zabrzmiało to jak polecenie.

– Przykro mi, ale nie rozumiem, co mówisz – odparłam.

Wyraźnie już poirytowany powtórzył rozkaz. Mówił teraz powoli, jakby próbował dogadać się z idiotką.

Odpowiadając, zastosowałam tę samą strategię. Najpierw wskazałam na siebie i powiedziałam: „ja”, następnie pokręciłam głową, dodając: „nie rozumiem”, a na koniec pokazałam na niego: „co mówisz”.

Mężczyzna zawołał coś i wyrzucił ramiona w górę w geście skrajnej irytacji. W tej samej chwili zapaliły się nad nim lampy. Wydałam zduszony pisk, ponieważ dopiero wtedy zobaczyłam wyraźnie, jak wygląda. Ku mojemu przerażeniu wcale nie przypominał lumpa.

Kim jesteś? – zachodziłam w głowę, przyglądając mu się z zaciekawieniem. Nie był dorosłym mężczyzną, a mimo to nie wyglądał na nastolatka. Sprawiał wrażenie… jakby czas go nie dotyczył. Spod wydatnego czoła spoglądały na mnie groźnie piwne oczy o ciężkich powiekach. Miałam wrażenie, że w tym oświetleniu więcej w nich było zieleni niż brązu. Spojrzenie wydawało się zarazem niesamowicie inteligentne i niemal drapieżne. Poczułam się jak myszka zahipnotyzowana widokiem spadającego na nią sokoła – świadoma, że grozi jej śmierć, lecz niezdolna odwrócić wzroku od pięknej formy, jaką przybrała.

Fizyczna uroda mężczyzny była niezaprzeczalna. Na widok tego zamyślonego spojrzenia, wspaniałych mięśni grających pod gładką złocistą skórą i pełnych ust pod każdą dziewczyną ugięłyby się nogi. Pod całym tym męskim pięknem kryło się jednak coś jeszcze, coś, co sprawiło, że moje palce zapragnęły jak najszybciej ująć ołówek i kartkę. Nie byłam nawet pewna, czy umiałabym uchwycić tę niedającą się opisać inność, którą w nim wyczuwałam, ale marzyłam o tym, by choć spróbować. Dotychczas przyporządkowywanie ludzi do różnych kategorii na podstawie zaobserwowanych cech ich wyglądu przychodziło mi instynktownie. Brałam pod uwagę odzież, sposób poruszania się, towarzystwo, w jakim się obracali, albo wzorce komunikowania się z innymi. Coś mi mówiło, że w przypadku tego nieznajomego musiałabym opracować cały nowy system. Nie pasował do żadnej grupy. Był absolutnie wyjątkowy.

Zamrugałam i po chwili zobaczyłam, że na jego ustach znów pojawił się ironiczny uśmieszek. Jako całość pozostawał dla mnie zagadką, ale przynajmniej umiałam rozszyfrować ten wyraz twarzy. Widywałam całe dziesiątki chłopaków, którzy robili dokładnie taką minę. Wszyscy byli tacy sami, nawet jeśli pochodzili z zagranicy. Sądzili, że bogactwo i atrakcyjny wygląd dają im władzę. Ten, który stał teraz przede mną, roztaczał wokół siebie aurę wielkiej władzy. Zdecydowanie facet nie w moim stylu.

– Czym ty niby jesteś? – wypaliłam w końcu. Jego arogancki sposób bycia sprawił, że policzki zapłonęły mi ze złości. – Może jakimś zagranicznym modelem, który urządził sobie tutaj sesję zdjęciową, a teraz nie może znaleźć spodni? – Parsknęłam, wskazując jego kostium, czy raczej jego brak. Kiedy odezwałam się znowu, użyłam najbardziej protekcjonalnego tonu, na jaki było mnie stać. Każde ze słów podkreślałam osobnym dramatycznym gestem: – Słuchaj, możesz mi wierzyć, nikt nie zawiesi na tobie oka, więc po prostu… spływaj.

Westchnąwszy ciężko, model wymruczał pod nosem kilka dalszych niezrozumiałych słów i zakręcił palcami młynka w powietrzu. W tej samej chwili poczułam coś dziwnego w ustach. Przypominało to trochę syczenie musującego cukierka położonego na języku. Wrażenie to zniknęło równie niespodziewanie, jak się pojawiło. Próbowałam domyślić się, co właściwie oznaczał jego gest, gdy nagle usłyszałam coś, co nareszcie mogłam zrozumieć.

– Przedstaw się.

– Przedstaw się? Chcesz, żebym podała ci swoje imię?

Skinienie głową. Przeniosłam ciężar ciała na drugą nogę, po czym udzieliłam zwięzłej odpowiedzi:

– Lilliana Young. A jak ty się nazywasz?

– Dobrze. Chodź za mną, Young Lily, potrzebuję twojej pomocy.

Krzywił się przy każdym słowie, jakby pozostawiało po sobie paskudny posmak. Najwyraźniej nie był zainteresowany udzielaniem odpowiedzi na moje pytania.

Zakładając, że posłucham jego polecenia, mężczyzna odwrócił się i ponownie zniknął za plastikową zasłoną. Wahałam się krótko, po chwili zwyciężyła moja nieuleczalna ciekawość. Nie wiedząc, co lepszego mogłabym zrobić, odsunęłam zasłonę i ruszyłam jego śladem. Salę, jeszcze niedawno pogrążoną w ciemności, zalewało teraz jaskrawe światło. Model przetrząsał zawartość jednej ze skrzyń, bezceremonialnie wyrzucając kolejne bezcenne zabytki na posadzkę, jakby były zwyczajnymi śmieciami.

– Co ty właściwie tu wyrabiasz? I skąd ten dziwaczny strój? Jak to się stało, że nagle nauczyłeś się mówić po angielsku?

– Za dużo pytań, Young Lily. Wybierz jedno, proszę.

Wyciągnął ze skrzyni ciężki dzban. Zamknął oczy i wypowiedział łagodnym głosem jakąś melodyjnie brzmiącą formułę w obcym języku. Pokręcił głową, odłożył dzban na miejsce i wyjął ze skrzyni kolejny.

– Co robisz? – spytałam, gdy powtórzył inkantację.

– Szukam moich dzbanów śmierci.

– Dzbanów śmierci? Chodzi ci o urny kanopskie? A co niby ma znaczyć „moje”?

– Young Lily, dość pytań.

– A więc – mruknęłam, gdy powoli zaczęłam sobie uświadamiać, co właściwie robił nieznajomy – szukasz urn kanopskich, czyli tego, co nazywasz dzbanami śmierci. Niedawno czytałam o nich w „National Geographic”. Wykorzystywano je podczas mumifikacji do przechowywania wypreparowanych z ciała wnętrzności.

– Tak.

– Zamierzasz je ukraść?

Mężczyzna podszedł do kolejnej skrzyni.

– Jak mógłbym skraść coś, co należy do mnie?

Kucnęłam i zajrzałam mu w twarz. Byłam bystrą obserwatorką i zazwyczaj bez trudu umiałam rozpoznać, gdy ktoś kłamał. Ten facet najwyraźniej mówił prawdę. Oznaczało to, że albo rzeczywiście rościł sobie prawa do tych starożytnych pamiątek, albo miał nierówno pod sufitem. Skłaniałam się ku tej drugiej ewentualności.

– Słuchaj – odezwałam się cicho. – Te obiekty są własnością muzeum. Nie wolno ci ich dotykać. Nie możesz tu tak po prostu wejść i wziąć, co ci się podoba.

– Muzeum?

– Dokładnie, muzeum. Obiekt, w którym zgromadzono zabytki, gdzie prezentowane są stare dokumenty i dzieła sztuki o wielkiej wartości.

Mężczyzna odsunął pokrywę znad kolejnej skrzyni, po czym przykucnął, żeby przyjrzeć się jej zawartości.

– Ach, tak – powiedział. – Siedziba muz.

– Co takiego?

Puścił moje pytanie mimo uszu. Przetrząsał jeszcze przez chwilę skrzynię, po czym wydał z siebie pomruk irytacji.

– Nie ma ich tutaj – rzekł na koniec, prostując się.

– Dzbanów śmierci?

– Tak. To tylko repliki. Nie złożono w nich mojej siły życiowej.

– Siły życiowej, jasne. – Na sto procent stuknięty.

Wymamrotałam kilka wymówek i ruszyłam do wyjścia. Podążył za mną.

– Bez siły życiowej jestem zaledwie cieniem, korzystającym z pożyczonego czasu – oznajmił grobowym tonem. Spojrzał mi poważnie w oczy, podczas gdy nerwowo się wycofywałam. – Young Lily, potrzeba mi środków przetrwania – rzekł, zbliżając się.

– Środki przetrwania, jasna sprawa. – Boże, żeby tylko ten przystojny zagraniczny model nie zmienił się teraz w Hannibala Lectera. – Jest wiele miejsc, w których możesz coś przekąsić. Polecam Roof Garden Café na czwartym piętrze.

Kiedy tłumaczyłam mu, jak dotrzeć do kawiarni, cofnęłam się za stos skrzyń. On jednak wciąż napierał.

– Nie uciekaj, Young Lily.

– Uciekać? – Parsknęłam nerwowym śmiechem. – Wcale nie uciekam. Jeśli Roof Garden to dla ciebie za daleko, możesz zajść do American Wing Café. Mieści się tuż obok wystawy egipskiej. Na pewno ją znajdziesz. Prawdę mówiąc, jestem umówiona i powinnam już lecieć.

– Nie rozumiesz. Bez tych dzbanów zmuszony jestem żywić się twoją siłą życiową.

– Żywić się… No tak, słuchaj, nie możesz, bo tak się składa, że ja się nią teraz żywię. W każdym razie dzięki. Żałuję, ale nie potrafię ci pomóc – trajkotałam, powoli uświadamiając sobie, że zagnał mnie w pułapkę. Kiedy uderzyłam plecami w stertę skrzyń, po jego twarzy przemknął uśmiech. Niewiele myśląc, psiknęłam mu po oczach gazem pieprzowym. Zawył, zginając się w pół. Momentalnie zerwał się wiatr, wzbijając z posadzki kłęby pyłu i porzucone materiały budowlane.

Ogarnęła mnie panika. Odwróciłam się i popędziłam ile sił w nogach ku plastikowej zasłonie. Zanim jednak zdążyłam jej dopaść, światła zgasły, a ja po ciemku uderzyłam kolanem w złoty sarkofag. Zatrzymałam się, próbując odzyskać równowagę. Usłyszałam, że nieznajomy idzie za mną.

– Wróć, Young Lily – jęczał. – Potrzebuję cię.

O, nie, wykluczone. Moje oczy nie miały dość czasu, by przyzwyczaić się do ciemności. W jednej garści ściskałam torbę, drugą ręką przesuwałam wzdłuż powierzchni grobowca. Po chwili wymacałam jakiś wielki kształt, a wtedy puściłam się biegiem przed siebie. Mężczyzna nadal deptał mi po piętach. Wynurzył się zza zasłony kilka sekund po mnie.

Moja otwarta torba obijała mi się o nogi. Na posadzkę wysypały się długopisy i ołówki. Kiedy wyleciał też notatnik, przystanęłam, żeby go podnieść, nie bacząc na niebezpieczeństwo. Zaryzykowałam spojrzenie za siebie.

Stuknięty model stał niedaleko ze wzniesionymi ramionami. Oczy miał zamknięte. Znowu intonował jakąś monotonną melodię, a jego głos rozbrzmiewał echem w sali wystawowej, gdy biegłam w stronę wyjścia. Nagle jakiś tajemniczy wiatr zdmuchnął mi włosy na twarz i przestałam cokolwiek widzieć. Słowa wypowiadane przez mężczyznę rozbrzmiewały teraz w moim umyśle, niczym hieroglify nanoszone przy pomocy dłuta na powierzchnię kamienia:

Chroń mnie, Boże Wstającego Słońca.

Odtrąć tych, którzy trudnią się złymi uczynkami.

Wybaw mnie od tego nieszczęścia.

Potęgą własnych ust

I potęgą mego serca

Rzucam zaklęcie.

Jak nasze formy splotły się dzisiaj,

Niechaj takimi pozostaną nasze życia.

Będzie mi ona służyła niestrudzenie,

Jak ja służę Egiptowi.

Gdy będę wędrować tą krainą,

Ona uczyni lekkimi me pióra,

Chyżymi me skrzydła

I spokojnym me serce.

Biorę sobie siłę jej ciała,

I ślubuję nagrodzić jej ten dar.

Kiedy będę niepoznany, ona będzie mi służyć.

Gdzie będę samotny, ona będzie przy mnie.

Gdzie dopadnie mnie słabość, ona zniesie ją mężnie.

I będzie tak aż po kres śmierci.

Ciemność będzie trzymana pod kluczem,

A wszystko pławić się będzie w świetle wiecznego słońca.

Serce me jest pewne.

Dusza ma triumfuje.

A służba ma jest wieczną.

Byłam już o krok od wyjścia, gdy zakończył inkantację. W tym samym momencie jakaś potężna siła odrzuciła mnie do tyłu i upadłam na posadzkę.

Nie miałam pojęcia, co się dzieje. Czułam tylko ból. Serce waliło mi jak oszalałe. Impet uderzenia sprawił, że nie mogłam zaczerpnąć tchu, a to z kolei wywoływało mdłości.

Czyżby mnie postrzelił? Próbując bezskutecznie wypełnić płuca powietrzem, sięgnęłam do tyłu i pomacałam plecy. Nie znalazłam jednak śladów krwi. Ani rany po kuli. Ostrożnie wstałam z ziemi. Wiedziałam, że muszę się stąd wydostać. I to zaraz.

Przy bocznym wyjściu zerknęłam na zegarek. Była jedenasta trzydzieści pięć, byłam więc spóźniona tylko pięć minut. Wiedziałam, że ten lunch jest dla mnie w gruncie rzeczy obowiązkowy. Jeśli go przegapię, ojciec nie da mi żyć. Chciał, żebym zaprzyjaźniła się z córkami jakichś grubych ryb, z którymi planował w przyszłości „popracować”, co w jego przypadku oznaczało zakumplować.

Lawirując między przechodniami na chodniku, wpadłam do jednej z moich ulubionych restauracji. Zaprowadzono mnie do stolika ustawionego przy wielkim oknie wykuszowym wychodzącym na ulicę. Rzuciłam się na krzesło i wypuściłam długo wstrzymywane powietrze. Wyczułam na sobie krytyczne spojrzenie trzech par oczu. Były to moje koleżanki z klasy. Jak na komendę jednocześnie odłożyły karty dań na stolik, żeby dokładnie mi się przyjrzeć, a ich lśniące od błyszczyku usta ułożyły się w kształt „o”.

– Co ci się stało? – spytała Ruda.

– Wyglądasz jak mysz przeciągnięta przez kota – zauważyła Blondynka.

– Dokładnie – podchwyciła Jaśniejsza Blondynka. – Przeciągnięta, podrapana i połknięta. A potem wypluta razem z kulą sierści i jeszcze na koniec obsikana.

Dziewczyny nagrodziły ją śmiechem.

– Albo jeszcze lepiej – stwierdziła Blondynka. – Wyglądasz jak turysta, który za dużo czasu spędził na górnej platformie autobusu z odkrytym dachem. – Po chwili dodała przesłodzonym głosikiem: – Czyżbyś zgubiła mapę, pani turystko?

Zrewanżowałam się moim „przyjaciółkom” uśmiechem mówiącym „też-się-cieszę-na-wasz-widok-ale-najchętniej-bym-was-zamordowała”. One jednak najwyraźniej dopiero się rozkręcały.

– Ej no, serio, kto cię czesał rano? Albert Einstein?

– No i te jej wymięte ciuchy. – Jaśniejsza Blondynka jęknęła, marszcząc z dezaprobatą nosek. – Mniej zmarszczek ma shar pei.

Ruda nachyliła się i skubnęła materiał mojej bluzki.

– Czy to trociny?

– Owszem – odparłam, krzywiąc się.

– Wiedziałam! – Blondynka westchnęła z udawanym przejęciem. – Lilliana potajemnie romansuje z klaunem z rodeo.

Wszystkie trzy wybuchły śmiechem.

– To by tłumaczyło jej fryzurę – zauważyła Ruda.

– Dobra, wystarczy. Miałam ciężki poranek, okej? – Sięgnąwszy po kartę dań, próbowałam ukradkiem przygładzić włosy i oczyścić ubranie z trocin. Po chwili, kryjąc twarz za menu, wymamrotałam: – Byłam uczestnikiem wypadku, po którym sprawca uciekł. Działo się to na terenie muzeum.

– Chyba poza? – upewniła się Ruda. W jej głosie pobrzmiewał teraz autentyczny niepokój.

Wargi mi zadrżały, kiedy powiedziałam z naciskiem:

– Nie, na terenie.

Jaśniejsza Blondynka jęknęła teraz zupełnie na serio.

– Zostałaś… napadnięta? – spytała, zniżając głos.

W ułamku sekundy wszystkie trzy spoważniały. Moje napomknięcie o wypadku zbudziło żywiony przez nie podświadomy strach, że pewnego dnia padną ofiarą napadu rabunkowego i stracą swe drogocenne torebki. Jednym z niepisanych wymogów obowiązujących w mojej elitarnej prywatnej szkole było przeświadczenie, że wszyscy wokół przez cały czas pragną dobrać się do naszych pieniędzy, a także do nas samych.

– Biedactwo – zagdakała Blondynka, a Ruda przez dobrą minutę głaskała mnie po plecach. Kiedy skończyła, szybko wytarła palce w chusteczkę. – Musisz się uspokoić. Już my się tobą zaopiekujemy.

Następnie Blondynka zaczęła rozwodzić się nad zaletami nowego projektanta odzieży, którego właśnie pokochała, a ja bezmyślnie zapatrzyłam się w okno. I niemal natychmiast poczułam coś bardzo dziwnego – ucisk w żołądku i skurcze mięśni, przyspieszył mi też oddech, pozornie bez przyczyny. Po chwili kątem oka zauważyłam w oddali postać, która stanęła na chodniku i zaczęła blokować ruch pieszych. Mężczyzna był łysy i bosy, jedyne jego ubranie stanowiła biała plisowana spódnica.

Nowojorczyków niełatwo wyprowadzić z równowagi, a jednak on zdołał wywołać spore zamieszanie. Tłum omijał go, gdy zadarł głowę i obracał się wokół własnej osi, przypatrując otaczającym go budynkom z takim napięciem, jakby nigdy dotychczas nie widział czegoś podobnego. W chwili gdy zszedł z chodnika na jezdnię, odruchowo poderwałam się z krzesła.

W następnej sekundzie został potrącony przez taksówkę.

– Cassie, Christy, Courtney, bardzo mi przykro, ale muszę lecieć.

W popłochu porwałam torbę, wybiegłam z restauracji i znalazłam się na ulicy. Jakaś dziwna siła kazała mi trzymać się blisko tego człowieka, który budził moją fascynację i zarazem przerażenie. Wcale nie byłam pewna, czy życzę sobie, by odnaleźć go wśród żywych.

3

SERCE SFINKSA

Gnałam przed siebie, jakby świat się palił. Roztrącałam ludzi, którzy stanęli mi na drodze. Popchnęłam nawet jakiegoś dzieciaka, który upadł na chodnik. Co się ze mną działo? Miałam wrażenie, jakby ktoś przejął kontrolę nad moim ciałem. Mogłam jedynie biernie przypatrywać się rozwojowi wydarzeń.

Gdy wreszcie dopchałam się do potrąconego mężczyzny, natychmiast zapomniałam o naszym pierwszym spotkaniu. Impet uderzenia sprawił, że jego ciało znalazło się na drugim pasie, a tam uderzył w nie co najmniej jeszcze jeden wóz. Z ust oraz wielkiego rozcięcia na głowie sączyła się krew. Bok miał otarty do krwi, a stopy poranione.

Miał zmiażdżoną dłoń, a brzuch był posiniaczony. Prawe ramię było poszarpane. Gapie nie bardzo chyba wiedzieli, co robić. Było ich jedynie stać na robienie zdjęć telefonami.

– Odsunąć się – krzyknęłam w kierunku tłumu, zupełnie nie w swoim stylu. Chciałam się wycofać, gdy niektórzy zwrócili ku mnie swoje telefony. Nie wiedzieli pewnie, co sądzić o potrąconym. Trudno im się dziwić, sama w końcu też nie wiedziałam. Był przytomny – dosyć dziwne, biorąc pod uwagę odniesione obrażenia.

Od chwili, gdy mnie dostrzegł, nie spuszczał mnie z oczu, które teraz przybrały bardziej piwny kolor, a utraciły zielonkawe błyski. Był przestraszony, zdezorientowany i cierpiał. Nagle stałam się świadoma wszystkich jego emocji. Napływały ku mnie falami. Momentalnie też wyczułam empatię, którą uczucia te obudziły we mnie. Odczuwałam ją w formie gorąca, które ślizgało się po skórze. Miałam wrażenie, że moje ciało doświadcza tego samego bólu co on. Musiałam mu jakoś pomóc.

Mimo ciężkich ran próbował usiąść, gdy się zbliżyłam.

– Znalazłem cię, Young Lily – powiedział, a jego słowa zdawały się znaczyć o wiele więcej. Wyglądał jak starożytny wojownik umierający na betonowym polu bitwy.

Przyklękłam i dotknęłam lekko gładkiej skóry na jego ramieniu. Mimo targających mną sprzecznych uczuć, odezwałam się do niego łagodnie:

– To prawda. Ale popatrz tylko, jak się przy okazji urządziłeś.

Świadomość, że mężczyzna jest ranny, może nawet umierający, w połączeniu z tym dziwnym wglądem w jego uczucia, sprawiły, że strach, jaki we mnie budził, znikł bez śladu.

Nadal uważałam go za wariata, co do tego nie było wątpliwości. Teraz jednak nie wydawał mi się już szaleńcem w rodzaju „będę-mordować-cię-powoli”, a raczej kimś budzącym litość. Groza, którą jeszcze niedawno we mnie budził, oraz różne przesadnie złowrogie cechy, które przydałam mu w wyobraźni, wydawały mi się teraz śmieszne. Kiedy leżał ranny na środku ulicy, był zupełnie niegroźny.

Pojękując, poruszył się i syknął z bólu. Podejrzewałam, że może mieć złamaną nogę, a nawet biodro. Wyciągnęłam komórkę i zaczęłam wybierać numer pogotowia, gdy uniósł zdrową rękę.

– Pomóż mi – błagał.

– Właśnie to próbuję zrobić – wyjaśniłam, wskazując telefon.

– Nie. – Pokręcił głową i zamknął oczy, zgrzytając zębami.

Przez chwilę tylko dyszał, w końcu zdołał się znów skoncentrować. Spojrzałam mu w oczy i w tej samej chwili poczułam się w niewytłumaczalny sposób zauroczona. Ucichł zgiełk nowojorskiej ulicy. Cały świat przestał istnieć, zostaliśmy tylko my dwoje – ja i on. Przez chwilę fantazjowałam o zatopieniu się w bezdennych studniach jego oczu i pozostaniu tam na zawsze. O rany, w co ja się wpakowałam?

– Pomóż mi – powtórzył, a jego słowa wyrwały mnie z dziwnego odrętwienia w rodzaju transu. Natychmiast na moje uszy natarł harmider miasta. Bez namysłu upuściłam telefon na chodnik, ledwo zauważając odpadającą obudowę, i chwyciłam go za rękę.

Nagle poczułam dziwny wstrząs, a zaraz potem po moich żyłach rozlał się piekący ból, który wycisnął mi łzy – zapewne tak właśnie musi się czuć człowiek na krześle elektrycznym. Płakałam, szczękając zębami, gdy poczułam zapach palonych perfum lub kadzidła. Niemal natychmiast po tym ból stał się mniej dojmujący i po chwili ustąpił ciepłemu, łaskoczącemu uczuciu. Pod jego wpływem włosy stanęły mi dęba niczym naładowane prądem. Odniosłam wrażenie, że od gapiów oddziela nas teraz niewidzialna ściana. Ludzie nadal robili zdjęcia, ale nikt nie próbował się do nas zbliżyć.

Moje ciało wciąż nie otrząsnęło się z szoku. Nadal drżały mi mięśnie. Czułam się fatalnie, jakbym została wrzucona do suszarki, a potem wynurzyła się w formie pomiętej masy. Ktoś chwycił mnie za rękę. Otworzyłam szybko oczy. Przypomniałam sobie, gdzie jestem, i wyrwałam się z uścisku mężczyzny.

– Co to było? – Euforia płynąca z bycia dobrą samarytanką rozwiała się bez śladu. Byłam w szoku, do czego przed chwilą doszło między nami. – Coś ty zrobił? – spytałam oskarżycielsko.

Czułam, jakby ktoś mnie zhańbił, ale nie potrafiłam odgadnąć dlaczego. Ta niepewność sprawiła, że do oczu znów napłynęły mi łzy.

Przypatrywał mi się przez dłuższą chwilę. Coś mi podpowiadało, że żałował tego, co zrobił. Nie racząc mi odpowiedzieć, starł sobie z ust krew i ostrożnie wstał, jakby nie miał pewności, czy nogi nie odmówią mu posłuszeństwa. Otaczający nas ludzie wydali pełne zdumienia westchnienie i ze zdwojoną energią zaczęli robić zdjęcia temu przedziwnemu mężczyźnie.

Nie wiem, co było bardziej zdumiewające – tempo, w jakim się uleczył i podniósł, czy absolutny spokój, z jakim reagował na tłum gapiów. Był bardzo wysoki, jak przystało na modela. A ponieważ nadal klęczałam, musiałam zadzierać głowę, żeby go widzieć. Słońce stało dokładnie nad jego głową, przez co wydawało się, że ma aureolę. Blask był tak silny, że musiałam odwracać od niego wzrok.

Spodobało mu się chyba zamieszanie, jakie wywołał. Skłonił się nieznajomym i z uśmiechem niespiesznie obrócił się wokół, omiatając spojrzeniem ich twarze. Wyraźnie usatysfakcjonowany, wyciągnął do mnie rękę we władczym geście.

– Chodź, Young Lily – powiedział dźwięcznym głosem. – Przed nami dużo pracy.

Miałam już na końcu języka, gdzie może schować swój arogancki sposób bycia, razem z seksownym egzotycznym akcentem, gdy nagle znowu utkwił we mnie przeszywające spojrzenie. Świat przed moimi oczami zafalował, bardziej przypominał teraz sen niż jawę. Ochota na kłótnię zniknęła równie nagle, jak się pojawiła. Czując się bardzo nieswojo, podniosłam uszkodzony telefon i wrzuciłam go do torby. Nie protestowałam też, gdy pomagał mi się podnieść.

Przez gwałtowne powstanie zakręciło mi się w głowie; poczułam, jak mężczyzna kładzie mi rękę na plecach, by mnie podtrzymać. Nie spodobała mi się ta bezpośredniość i próbowałam się od niego odsunąć, żeby samodzielnie utorować sobie drogę przez tłum, ale mi nie pozwolił.

– Young Lily, zostaniesz u mego boku.

Ujął moją dłoń i położył ją sobie na przedramieniu, jakby prowadził mnie na bal. Kiedy ruszyliśmy, ludzie rozstępowali się przed nami jak Morze Czerwone. Mężczyzna kroczył dumnie niczym prorok. W swoim wybrudzonym i podartym pseudokilcie śmiało mógłby odgrywać taką rolę.

Kiedy szliśmy, próbowałam zebrać myśli. Czułam, że dzieje się ze mną coś bardzo dziwnego, jakbym nie była sobą, lecz w żaden sposób nie mogłam uwolnić się od wpływu tego mężczyzny ani wyrwać z osobliwego stanu półsnu, w jakim się znalazłam. Jednak, niezniszczalny czy nie, srogo się myli, jeśli sądzi, że to uczyni ze mnie jego wierną wyznawczynię. Chociaż moje zachowanie świadczyło póki co przeciwko mnie.

Kiedy znaleźliśmy się na chodniku, dostrzegłam koleżanki z klasy. Nadal siedziały w restauracji, z nosami przylepionymi do szyby i szeroko otwartymi ustami.

– Przykro mi, że cię w to wciągnąłem, Young Lily, ale nie miałem wyboru – rzekł nieznajomy, gdy znaleźliśmy się kilka przecznic od miejsca wypadku.

– Może łaskawie wyjaśnisz mi, w co właściwie mnie wciągnąłeś? – syknęłam, wciąż skrępowana w jego obecności i gotowa do ucieczki, a jednocześnie czując osobliwy przymus trwania przy jego boku.

Nakrył moją dłoń swoją, całkowicie wyleczoną, i westchnął.

– Wymagałoby to zbyt wielu wyjaśnień. A to nie jest odpowiednie miejsce.

– Jakie miejsce twoim zdaniem jest do tego odpowiednie?

Rozejrzał się wkoło z zaciśniętymi ustami. W zdumieniu chłonął widok górujących nad nami drapaczy chmur.

– Nie wiem – powiedział w końcu, kręcąc głową.

– Co to za odpowiedź? I jakim cudem zdążyłeś tak szybko się uleczyć? Co zrobiłeś?

Wydał pomruk świadczący o irytacji i nagle wciągnął mnie w pas cienia rzucanego przez budynek tak gwałtownie, że zatoczyłam się i wpadłam na niego. Serce biło mi jak oszalałe, po części ze strachu, po części zaś z podniecenia. Było to zupełnie nie w moim stylu. Wsparłam się wolną dłonią o jego tors. Pod wpływem dotyku jego skóry poczułam dziwne łaskotanie w palcach. Miałam wrażenie, jakby moje ciało syciło się bijącym od niego ciepłem. Ten facet był gorący. Dosłownie. Niewykluczone, że miał gorączkę.

Kiedy uzmysłowiłam sobie, że ja też czuję się nienaturalnie rozpalona, ogarnęła mnie złość. Nigdy nie leciałam na niebezpiecznych facetów, a już na pewno nie na łysych w spódnicy, których nie mogłam rozgryźć. Ten nieznajomy był inny od wszystkich mężczyzn, jakich poznałam w życiu.

Ścisnął mnie lekko za ramię, pomagając odzyskać równowagę, po czym powiedział półgłosem:

– Zadajesz za dużo pytań, Lily. W twojej głowie panuje zamęt. Rozprasza mnie to niepotrzebnie, a wokół nas i bez tego wszystko pogrąża się w chaosie. – Po chwili poklepał mnie delikatnie po ramieniu. – Postaraj się wyciszyć umysł. Naprawdę nic ci nie grozi z mojej strony.

– Pewnietowłaśniesłysząofiaryuprowadzoneprzezkosmitów–wymamrotałam.Wcaleniezamierzałampowiedziećtegonagłos.Byłytotylkomojesarkastyczneprzemyślenia,którenagleopuściłyusta.

– Muszę chwilę odpocząć – oznajmił, po czym rozluźnił uchwyt i mnie puścił. Przesunął się kawałek, tak że stał teraz w nasłonecznionym miejscu. Oparł się o mur i zamknął oczy, najwyraźniej pewien, że nie ucieknę. Uśmiechnęłam się na tę myśl i zacisnęłam palce na pasku torby. Kiedy jednak chciałam poderwać się do biegu, odkryłam, że nie jestem w stanie unieść stóp. Co się dzieje? Wiedziałam, że muszę się uspokoić. Dopiero gdy odepchnęłam myśli o ucieczce, okazało się, że mogę zrobić krok.

Przez kilka minut sprawdzałam, jak daleko wolno mi pójść. Mogłam chodzić w kółko, usiąść na ławce nieopodal, podejść do kosza na śmieci. Kiedy jednak próbowałam za bardzo oddalić się od nieznajomego, moje ciało odmawiało posłuszeństwa. Jakbym nagle znalazła się na niezbyt długim niewidzialnym łańcuchu, którym przykuto mnie do tego człowieka. Coś jest ze mną nie tak!

Próbowałam zaczepiać przechodniów i tłumaczyć im, że stałam się czyimś więźniem, jednak wkrótce odkryłam, że również własnym ustom nie mogę już ufać. Zamiast błagania o pomoc wychodziła z nich prośba o pożyczenie długopisu. A zamiast zgłosić przestępstwo przechodzącemu policjantowi, powiedziałam:

– Śliczny mamy dzień, prawda, panie oficerze?

Pomyślałam, że muszę jak najszybciej od niego uciec. Ależ nie. To błędne myślenie. Dlaczego miałabym go porzucić? Zrozumiałam, że umysł płata mi figle. W końcu pogodziłam się z faktem, że na jakiś czas muszę pozostać z nieznajomym. Od razu zaczęło mi się łatwiej oddychać i poprawiła się moja zdolność koncentracji. Usiadłam na ławce i zapatrzyłam się na nieznajomego, próbując pojąć, skąd wzięła się władza, jaką najwyraźniej miał nade mną.

Gdybym była jak inne panienki z mojej szkoły, ryczałabym teraz jak bóbr. Zamiast tego miałam milion pytań. Był to mój sposób radzenia sobie ze stresującymi sytuacjami: spokojnie wszystko analizowałam, dopóki nie znalazłam rozwiązania.

Jak to możliwe, by człowiek, który uległ poważnemu wypadkowi, zdołał się pozbierać w tak krótkim czasie? Kim jest ten facet? Co to za dziwna moc, która pozwala mu mną manipulować? Czego ode mnie chce? Próbowałam pomasować sobie kark. Wiedziałam, że muszę zdobyć jakieś środki przeciwbólowe. Czułam zbliżającą się migrenę. Dlaczego jestem taka obolała, jakby przejechał po mnie pociąg towarowy? Nawet nie znam jego imienia.

Przyglądałam się przez kilka minut, jak stał oparty o mur. W końcu zaczęłam się niecierpliwić. Wyciągnęłam długopis i notatnik, otworzyłam na czystej stronie i na chwilę zamarłam, nie wiedząc, od czego zacząć szkic. Mężczyzna albo nie zauważył, albo nie miał nic przeciwko mojemu przyglądaniu się, dlatego tym uważniej zaczęłam studiować jego twarz.

Był niewątpliwie przystojny, jednak jego uroda wydawała się… rodem z innego świata. Nawet kiedy słońce skryło się za chmurami, całe jego ciało lekko błyszczało. Nie świecił się jak neon czy coś w tym stylu; nie było tego widać, dopóki człowiek nie przyjrzał się uważnie. Nie ulegało jednak wątpliwości, że mężczyzna jaśniał delikatnie, jak w świetle reflektora.

Uniosłam wzrok, gotowa rozpocząć szkic, i natychmiast napotkałam utkwione we mnie spojrzenie jego chłodnych zielonych oczu.

– Czas ruszać dalej, Lily – rzekł.

– Dokąd?

Wyciągnął potężne ramiona i stanął prosto, omiatając spojrzeniem okoliczne budynki. Przez chwilę lustrował obie strony ulicy, jakby rozważał sposoby działania.

– Nie wiem. Jeszcze nigdy nie widziałem tak ogromnych pomników. – Przechylił głowę i spytał: – Jak daleko jest stąd do Teb?

– Do Teb? – Parsknęłam śmiechem. – Powiedzmy, że nieco dalej niż spacer, jaki jestem gotowa odbyć w tych butach.

Zakryłam usta dłońmi. Kolejny raz powiedziałam na głos to, co sobie pomyślałam. Moja matka nie pochwalała tego typu zgryźliwych, wrednych odzywek. Na przestrzeni lat wyrobiłam nawyk, by zawsze odczekać chwilę, nim otworzę usta.

Dawno już odkryłam, że na większość sytuacji reaguję takim lub innym rodzajem humoru. Jednak w kręgu znajomych moich rodziców nie było przyzwolenia na córkę obdarzoną zbyt ciętym językiem.

Nieświadomy tych myśli, mężczyzna zerknął na moje buty, marszcząc brwi.

– No tak. W takim razie znajdziemy inny środek transportu.

Oderwał się wreszcie od muru i zbliżył z kocią gracją. Kiedy wyciągnął ku mnie rękę, odruchowo szarpnęłam głową. Wydawał się urażony tą reakcją.

– Nie ruszaj się – poprosił łagodnie i pogładził mnie delikatnie po twarzy. Jego palce wydawały się wypełnione ciekłym światłem, a ich dotyk sprawił, że policzki zapłonęły mi ogniem. Miałam mgliste wrażenie, że mężczyzna ocenia teraz moje ciało. Jednak wcale nie przypominało to szacującego spojrzenia, jakim chłopcy obdarzają dziewczyny.

– Jesteś zmęczona – stwierdził w końcu. – Wypadek osłabił nasze siły. Potrzebujemy środków przetrwania.

– Znowu to sformułowanie.

– Życzysz sobie, bym użył innego? – zastanowił się, przechylając znów głowę.

– Nie, to jest w porządku. Pod warunkiem, że nie znajdę się w twoim menu – zażartowałam.

– Nie żywię się ludzkim mięsem. Czy to częsta praktyka w twoim mieście?

– Nie…

– To dobrze – odparł z wyraźną ulgą. – I tak wolałbym głodować podczas mojej wizyty tutaj, niż kosztować ludzkiego mięsa.

– No to przynajmniej mogę wykreślić z listy rzeczy, o które cię podejrzewam, „kanibalizm”. Bałam się, że posiekasz mnie na plasterki i wrzucisz na patelnię.

Widziałam, jak marszczy w skupieniu brwi. Po chwili jednak jego twarz rozpogodziła się, a usta ułożyły w szczery uśmiech. Jego twarz wydawała mi się teraz świetlista i zachwycająca; mogłabym bez końca się w nią wpatrywać. Miałam wrażenie, jakby wcześniej była ukryta za burzowymi chmurami, a teraz nareszcie wyjrzało zza nich słońce. Czułam, jak rozgrzewa moje serce. Pragnęłam, by uśmiechał się do mnie już zawsze.

Powoli docierało do mnie, jak bardzo się myliłam, oceniając go na początku. Nie był ani modelem z okładki, ani szaleńcem, ani uzbrojonym w topór mordercą. Nie miał też nic wspólnego z żadną inną etykietką, którą próbowałam mu doczepić. Splendor władzy, który wokół siebie roztaczał, nie brał się z bogactwa ani urody, choć nie dało mu się odmówić przynajmniej jednej z tych rzeczy. Jego pewność siebie nie była też pochodną kompleksu wyższości. Nie miała w sobie nic powierzchownego.

– Może później – odezwał się po chwili, a ja zauważyłam, że nerwowo drgnęła mu warga. – Powiedz, jakie uprawy macie w tym żelaznym mieście. Nigdzie nie widzę gospodarstw rolnych, a mimo to zewsząd dobiega mnie zapach jedzenia.

Uprawy?

Chwycił mnie za ręce i podniósł z ławki.

– Lily, zaprowadzisz mnie do nich?

Coś mi podpowiadało, że za tą prośbą kryło się znacznie więcej niż tylko chęć, bym zaprowadziła go do najbliższego fast foodu. Nagle uświadomiłam sobie też kilka innych rzeczy. Po pierwsze, zrozumiałam, że mężczyzna czuje się tu niezbyt pewnie – był, zupełnie dosłownie, obcym w obcej krainie. Po drugie, mimo że najwyraźniej był człowiekiem pewnym siebie, niekiedy dopadało go zwątpienie. W efekcie stawał się niezdecydowany, co z kolei budziło jego irytację. Po trzecie, wszystko wskazywało na to, że naprawdę potrzebował mojej pomocy. I to odkrycie wydawało mi się szczególnie istotne.

Może po prostu powinnam kupić mu burgera i wskazać, w którą stronę ma iść. Może wtedy wyzwoliłabym się spod tej pseudohipnozy i moglibyśmy się wreszcie rozstać. Wróciłabym do domu i zastanowiła się nad całym tym kuriozalnym zdarzeniem. Mgliście zakładałam, że może jakaś nieznana siła chciała, byśmy się spotkali, i że teraz moja rola anioła stróża miała dobiec końca. W innym wypadku nie miałam pojęcia, co powinnam o tym wszystkim myśleć.

Nieraz już przekonałam się, że najbardziej oczywiste rozwiązanie było tym właściwym. Mężczyzna zgłodniał, a więc nakarmię go, a potem zobaczymy.

– Cóż – rozejrzałam się za jakąś knajpą z jedzeniem – Nowy Jork pod względem gastronomicznym nie ma sobie równych. Mają tu wszystkiego po trochu.

– To miasto tak się nazywa? Nowy Jork?

– Tak – przyznałam, bacznie studiując jego wyraz twarzy. Jeśli ten facet udawał tylko, że nie wie, gdzie się znalazł, był wyśmienitym aktorem.

– Świetnie. Zabierz mnie, gdzie dają wszystkiego po trochu.

Spojrzałam z powątpiewaniem na jego spódnicę.

– Mam pewne obawy co do twojego stroju. Będzie pasował jedynie do budki z hot dogami.

– Jadacie… psy? – zawołał mężczyzna, marszcząc nos. – Przecież to się prawie niczym nie różni od zjadania ludzi!

– Ależ nie! – Parsknęłam śmiechem. – O rany, ty naprawdę nie jesteś stąd. Hot dogi robi się z wieprzowiny albo wołowiny.

– Ach tak, rozumiem. W takim razie zjadłbym takiego hot… doga.

– Robi się, Ali Babo.

– Dlaczego mnie tak nazwałaś?

– Jakoś muszę cię przecież nazywać. Nadal nie zdradziłeś mi swojego imienia.

Po drugiej stronie ulicy wypatrzyłam wózek z jedzeniem i dałam mu do zrozumienia, żeby szedł za mną. Posłuchał, a kiedy czekaliśmy na krawężniku, żeby przepuścić samochody, usłyszałam:

– Amon. Na imię mam Amon. – W jego ustach zabrzmiało to bardzo śpiewnie.

– W porządku, Amon. Miło cię poznać, Amonie z Teb.

– Nie pochodzę z Teb.

– Nie?

– Przyszedłem na świat w Itjtawy. W epoce rządów Pana Ciemności.

– No tak. A te Itjtawy to w jakim niby leżą państwie?

– Krainę, z której pochodzę, znacie pod nazwą Egipt.

O rany, dlaczego przystojni i najbardziej interesujący faceci zawsze w końcu okazują się stuknięci? Ten tutaj miał boskie ciało i najwyraźniej umysł dwulatka.

– No to jak mam się do ciebie zwracać: faraonie Amonie czy może królu Amonie? – droczyłam się z nim.

– Miałem zostać królem, epoka faraonów nastała dopiero potem.

– Ach tak. – Powoli zaczynałam rozumieć, co tu jest grane. Odzyskiwałam kontrolę nad sytuacją. – To nic. Nie przejmuj się, tytuły i tak nic nie znaczą, racja?

– Naśmiewasz się ze mnie – stwierdził Amon, skrzyżowawszy ręce na piersi.

– Nigdy w życiu. Jak mogłabym naśmiewać się z niemal króla/nie-faraona?

Przyglądał mi się teraz podejrzliwie i nieco bardziej przenikliwie, niżbym sobie tego życzyła. Po chwili jego uwagę przykuł ruch uliczny. Trąbiące samochody, głośni, wygrażający pięściami kierowcy, pisk opon – wszystko to zdawało się go niezmiernie fascynować. Zachowywał się jak człowiek, który nigdy w życiu nie widział auta. Oczywiście było to niemożliwe. Na całym świecie żyła może garstka ludzi, którzy nie wiedzieli, czym jest samochód.

Światło zmieniło się na zielone, a Amon zaczekał, aż rzeka samochodów się zatrzyma. Nadal nie odważył się wejść na jezdnię, mimo że chwyciłam go za rękę.

– Szybko – poprosiłam. – Zaraz znów będziemy mieli czerwone. A kierowcy nie patrzą, czy zdążyłeś przejść, czy nie.

Groźba kolejnego wypadku podziałała na niego mobilizująco, ruszył przed siebie, ściskając moją rękę. Ciągnął mnie za sobą, kiedy lawirowaliśmy pośród innych przechodniów, chcąc bezpiecznie przedostać się na drugą stronę ulicy.