Przebudzeni bogowie - Sylvain Neuvel - ebook
Opis

Pasjonująca kontynuacja „Śpiących gigantów” – jednej z najlepszych książek o kontakcie ludzi z obcą cywilizacją.

Ludzkość musi stawić czoło najeźdźcom z kosmosu, ale Rose Franklin i jej towarzysze z Korpusu Obrony Ziemi nie zamierzają się poddać. Kluczem do powstrzymania inwazji jest odkrycie sekretu leżącego u podstaw zaawansowanej technologii Obcych. Najpotężniejszą bronią jest wiedza – odpowiednio wykorzystana może stać się kluczem do władzy nad Ziemią, a może nawet nad gwiazdami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 369

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł ‌oryginału: Waking Gods

Projekt ‌okładki: ‌Faceout Studio, ‌Charles Brock

Redakcja: Grażyna ‌Muszyńska

Redakcja techniczna: Karolina ‌Bendykowska

Skład wersji ‌elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Katarzyna ‌Szajowska

Copyright © 2017 ‌by ‌Sylvain ‌Neuvel.

By arrangement ‌with ‌the author.

All ‌rights reserved.

Ilustracje na ‌okładce © Vilhelem ‌Jozsef Hunor

© for ‌the Polish edition ‌by ‌MUZA SA, Warszawa 2018

© ‌for ‌the Polish translation ‌by Radosław Madejski

ISBN ‌978-83-287-0863-1

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2018

PROLOG

DZIENNIK ‌OSOBISTYEVA REYES

Melissa nabijała ‌się dzisiaj ze mnie ‌w szkole. Teraz trzyma ‌z chłopakami. ‌Enzo i jego kumple znów ‌zaczęli na ‌mnie ‌wołać La ‌Evita Loca, ‌a ona ‌do nich dołączyła. Powiedziała: ‌„Patrzcie! Szalona ‌Eva będzie płakać!”. ‌Nienawidzę ‌jej.

Była ‌moją ostatnią ‌dobrą ‌przyjaciółką. Angie wyjeżdża właśnie ‌do Baldwin i nie będę ‌miała z nią ‌kontaktu. Essie ‌przeprowadziła się ‌do Bayamón. ‌Oprócz ‌nich z nikim nie widywałam ‌się ‌po szkole. ‌Mama wciąż ‌mi powtarza, żebym ‌częściej ‌wychodziła z domu, ‌ale ‌nie mam z kim ‌się ‌bawić. ‌Pamiętam, jak ‌chodziłyśmy nad Rio Piedras ‌szukać ‌kamieni. Essie je ‌uwielbia, zwłaszcza te ‌niebieskie. Ten minerał chyba ‌nazywa się cyjanit. ‌Niedawno wybrałam ‌się tam sama i znalazłam ‌całe mnóstwo tych ‌kamieni. ‌Obiecałam jej, że zabiorę ‌je ze ‌sobą, ‌kiedy pojadę ‌do niej w odwiedziny, ale ‌nie wiem, kiedy mama mnie puści. Mówi, że najpierw muszę wydobrzeć.

Dziś wieczorem znów byłam u tego psychiatry. Uważa mnie za wariatkę, jak wszyscy. Wszyscy zapewniają, że senne koszmary to nic niezwykłego. Ale ja wiem, że to nie sny. Teraz widzę to na jawie. Dzisiaj w szkole znów to zobaczyłam i zaczęłam krzyczeć. Ten sam widok, który nawiedza mnie od miesięcy. Wszyscy nie żyją. Tysiące ludzi, martwych ludzi na ulicach, całe miasto pełne trupów. I moi rodzice w kałuży krwi na podłodze naszego domu. O tym im nie wspomniałam. Ale dzisiaj pojawiło się coś nowego. Widziałam robota, coś jak Temidę, olbrzymią metalową kobietę, która zanurzała się w chmurach.

CZĘŚĆ PIERWSZA

KREWNI I PRZYJACIELE

DOKUMENT NR 1398 KOMUNIKAT PRASOWYJACOB LAWSON, BBC LONDYN

Miejsce: Regent’s Park, Londyn, Anglia

Dziś nad ranem w Regent’s Park pojawiła się wysoka na dwadzieścia pięter metalowa postać. Pierwsi zauważyli ją około godziny czwartej dozorcy z londyńskiego zoo. Stojący na jednym z boisk piłkarskich w północnej części parku obiekt zarówno pod względem kształtu, jak i rozmiarów przypomina robota ONZ znanego obecnie jako Temida. Jednak ten nowy kolos wygląda na mężczyznę, a raczej przypomina mężczyznę. Ma masywniejszą sylwetkę niż tamta wysmukła gigantyczna kobieta, która nawiedziła Londyn niespełna rok temu, i prawdopodobnie jest też od niej wyższy. Różni się także kolorem – podobnie jak ona jest szary, ale jego powłoka ma jaśniejszy odcień i w przeciwieństwie do turkusowych żyłek Temidy jest pokryty świecącymi na żółto bruzdami.

Z relacji świadków wynika, że robot pojawił się znikąd. „Nie było go, a chwilę później tam stał” – zrelacjonował jeden z dozorców. Na szczęście nikt nie przebywał wtedy na boiskach i nie odnotowano żadnych ofiar w ludziach. Oczywiście nie wiadomo, czy tak wczesna pora jego materializacji była celowa, jak również nie mamy pojęcia, skąd przybył i kto go przysłał. Jeżeli faktycznie jest to taki robot jak Temida, sterowany w taki sam sposób jak ona, na jego pokładzie może znajdować się załoga. A jeżeli naprawdę ktoś tam w środku siedzi, czy są to Rosjanie, Japończycy czy Chińczycy? A może pochodzą z zupełnie innego miejsca? W tej kwestii możemy jedynie snuć domysły. Równie dobrze we wnętrzu tej gigantycznej konstrukcji może nie być nikogo. Olbrzym stoi w miejscu od czterech godzin i nie poruszył się ani o centymetr.

Wciąż czekamy na oficjalne stanowisko Korpusu Obrony Ziemi. Dotarliśmy do kierującej sekcją naukową doktor Rose Franklin, która obecnie przebywa w Genewie, gdzie jeszcze dziś przed południem ma wygłosić oświadczenie. Doktor Franklin odmówiła spekulacji na temat pochodzenia drugiego robota, jednak zapewniła nas, że nie jest on częścią systemu obrony kosmicznej ONZ. Oznaczałoby to, że albo na Ziemi znaleziono drugiego robota i utrzymywano ten fakt w tajemnicy, albo ten drugi robot nie pochodzi z naszej planety. O piętnastej czasu londyńskiego ma się odbyć w Nowym Jorku konferencja prasowa, którą zwołał KOZ.

Zadaniem Korpusu Obrony Ziemi, utworzonego przez ONZ dziewięć lat temu, kiedy Amerykanie znaleźli Temidę, jest badanie obcych artefaktów w celu pozyskania nowych technologii, które mogą przysłużyć się ludzkości i ochronić naszą planetę przed zagrożeniami z kosmosu. Tylko czas pokaże, czy obecnie stoimy w obliczu takiego zagrożenia.

Rząd Jego Królewskiej Mości na razie nie zajął stanowiska w tej sprawie, ale nasze źródła donoszą, że w ciągu godziny premier wygłosi orędzie do narodu. Brytyjczycy nie musieli za to długo czekać na głos z przeciwnej strony parlamentu. Opozycja zdążyła już wydać oświadczenie, w którym domaga się, aby premier w jakiś sposób uspokoił obywateli. Mniej więcej godzinę temu liderka opozycji Amanda Webb wystąpiła przed kamerami i powiedziała: „W środku Londynu znajduje się nieznany obiekt o potencjalnie niszczycielskiej sile, a jedynym posunięciem, jakie premier uznał za stosowne, jest zamknięcie jednego z parków miejskich. Czy premier może zapewnić trzynaście milionów ludzi, którzy zamieszkują region Wielkiego Londynu, że mogą czuć się bezpieczni? Jeżeli tak, powinien to jakoś uzasadnić, a jeżeli nie, to przynajmniej ja jestem ciekawa, dlaczego nie ogłoszono jeszcze ewakuacji”. Była minister spraw zagranicznych zasugerowała również, że w pierwszej kolejności należałoby ewakuować mieszkańców centralnych dzielnic, a według jej obliczeń przeprowadzenie takiej akcji w zorganizowany sposób nie powinno zająć więcej niż czterdzieści osiem godzin.

Tymczasem londyńczykom najwyraźniej nigdzie się nie spieszy. Kompletna nonszalancja, jaką przejawiają w tych okolicznościach, jest chyba równie zaskakująca jak samo pojawienie się robota. Olbrzymią sylwetkę widać z większości miejsc na terenie Londynu i choć można by się spodziewać zbiorowej paniki, większość ludzi zajęła się swoimi sprawami, a wielu z nich wybrało się nawet w okolice Regent’s Park, żeby zobaczyć z bliska nowego kolosa. Policja zamknęła teren na południe od Prince Albert Road i na północ od Albany Street pomiędzy drogami A501 i A41, ale kilku osobom i tak udało się przedostać do parku. Funkcjonariusze musieli nawet ewakuować rodzinę, która zamierzała urządzić sobie piknik zaledwie kilka kroków od gigantycznej metalowej stopy intruza.

Trudno się dziwić, że londyńczycy traktują tego kolosa jako przyjazną postać, ponieważ widzą w nim podobieństwo do Temidy. Jak wszystkim wiadomo, Temidę pozostawili na Ziemi przedstawiciele obcej cywilizacji, aby nas chroniła. Jej metalowa twarz i wyginające się do tyłu kolana od blisko dziesięciu lat pojawiają się prawie codziennie na ekranach telewizorów i pierwszych stronach wszystkich brukowców. W każdym sklepie można kupić koszulki z jej podobizną, a młode pokolenie Brytyjczyków dorastało, bawiąc się figurkami, dla których jej postać stanowi inspirację. Temida jest gwiazdą. Jej zeszłoroczna wizyta w jednym z londyńskich parków przypominała raczej koncert rockowy aniżeli pierwszy kontakt z istotą z obcego świata.

Jest to przełomowy moment w krótkiej historii KOZ. Przeciwnicy tej instytucji, która jest owocem bardzo kruchej koalicji, uważają jej działalność za chwyt medialny. Wielu sceptyków twierdzi, że jeden robot, nawet tak potężny, nie zdoła obronić naszej planety przed inwazją. Dodając kolejnego robota do swojego arsenału albo nawiązując sojusz z inną cywilizacją pozaziemską, KOZ mógłby zyskać solidny argument na odparcie tego rodzaju zarzutów.

DOKUMENT NR 1399 DZIENNIK OSOBISTYDOKTOR ROSE FRANKLIN, SZEF SEKCJI NAUKOWEJ, KORPUS OBRONY ZIEMI

Miałam kiedyś kotkę. Z jakiegoś powodu nikt nie pamięta, że ją miałam. Czasem wyobrażam ją sobie, jak leży zwinięta w kłębek na kuchennej podłodze i umiera z głodu, czekając na mój powrót. Wciąż zapominam, że tamtej nocy Rose Franklin – ta druga ja – wróciła do domu i wszystko było jak dawniej. Cieszę się, że moja kotka uniknęła śmierci głodowej, choć z drugiej strony żałuję, że nie wita mnie teraz codziennie na progu. Brakuje mi jej. Moje mieszkanie wydaje się niesamowicie puste bez tej małej istoty.

A może już nie żyje. Chociaż nie była aż tak stara. Może oddałam ją komuś, kiedy w pracy przybyło mi obowiązków. Może uciekła, bo nie rozpoznała osoby, która tamtej nocy przyszła do domu, podając się za mnie. Tak byłoby najlepiej. Gdyby została, zapewne bałaby się tamtej mnie. Jeżeli istnieje jakaś „prawdziwa” Rose Franklin, prawdopodobnie to nie jestem ja.

Trzynaście lat temu miałam wypadek w drodze do pracy. Jacyś ludzie wyciągnęli mnie z samochodu i obudziłam się na poboczu drogi w Irlandii cztery lata później. Nie postarzałam się ani o dzień.

Jak to możliwe? Czyżbym odbyła podróż w czasie? Czy byłam… zamrożona, zahibernowana przez cztery lata? Przypuszczalnie nigdy się tego nie dowiem. Ale potrafię z tym żyć. Za to trudno mi jest poradzić sobie z faktem, że w zasadzie nie zniknęłam na te cztery lata. Cały czas tu byłam – a w każdym razie ktoś taki jak ja. Następnego dnia Rose Franklin przyszła do pracy. Mnóstwo zdziałała przez ten czas. Jakoś tak się złożyło, że zajęła się badaniami nad gigantyczną metalową dłonią, do której wpadłam jako dziecko. Nabrała przekonania, że w różnych miejscach spoczywają ukryte inne elementy kolosa i wymyśliła sposób, który umożliwił ich odnalezienie. Poskładała w całość potężnego robota, którego nazwano Temidą. A potem zginęła w katastrofie.

To były pracowite cztery lata.

Oczywiście nic z tego nie pamiętam. Nie brałam w tym udziału. Kimkolwiek była osoba, która dokonała tego wszystkiego, już nie żyje. Wiem ponad wszelką wątpliwość, że nie byłam to ja. Rose Franklin miała dwadzieścia osiem lat, kiedy zaczęła kierować zespołem, który badał dłoń. Zginęła w wieku trzydziestu lat. Mnie znaleziono rok później. Miałam wtedy dwadzieścia siedem lat.

Temidą zajęła się ONZ. Utworzono specjalną agendę do spraw obrony kosmicznej, czyli KOZ, a jej głównym atutem stał się ten gigantyczny robot. Przy tym też mnie nie było. Jedno z moich ja już nie żyło, a drugie nie zostało jeszcze odnalezione. Jakiś miesiąc po moim powrocie powierzono mi kierownictwo sekcji naukowej KOZ. Tamta druga Rose musiała mieć imponujące kwalifikacje, bo ja sama byłam chyba ostatnią osobą, która nadawała się na to stanowisko. W życiu nawet nie widziałam Temidy. Ostatni raz miałam styczność zaledwie z jej częścią w moje jedenaste urodziny. Nikomu to nie przeszkadzało. Mnie również. Zależało mi na tej pracy. Zajmuję się tym od dziewięciu lat. Dziewięć lat. Mogłoby się wydawać, że to wystarczająco dużo czasu, żebym doszła do siebie po tym, co mi się przydarzyło. Ale tak nie jest. Musiałam nadgonić cztery lata i przez jakiś czas tylko to zaprzątało moją uwagę. Ale kiedy przywykłam do swego rodzaju rutyny, oswoiłam się trochę z moją nową pracą i nowym życiem, z coraz większą uporczywością nachodziło mnie pytanie, kim jestem.

Zdaję sobie sprawę, że jeśli podróżowałam w czasie, przypuszczalnie moja wiedza jest zbyt uboga, żebym mogła to pojąć, ale tak czy inaczej nie mogłam się rozdwoić. Kiedy jakiś przedmiot przemieszcza się z punktu A do punktu B, zgodnie z logiką w punkcie A już go nie ma. Czyżbym była klonem? Duplikatem? Mogę jakoś z tym żyć, nie mając pojęcia, co się ze mną stało, ale muszę wiedzieć, czy… ja to ja. Wątpliwości w tej kwestii są nie do zniesienia.

Wiem, że teraz nie jestem na swoim miejscu. Nie pasuję tutaj. To wcale nie jest takie obce uczucie, gdyby się nad tym zastanowić. Dawniej ten niepokój ogarniał mnie tylko od czasu do czasu, może dwa albo trzy razy w roku. Zazwyczaj kiedy byłam bardzo zmęczona albo wypiłam za dużo kawy, zaczynałam odnosić wrażenie… Nigdy nie wiedziałam, jak to opisać. Tak jakby każdą sekundę wypełniał przeraźliwy zgrzyt paznokci po tablicy. Wszystko to mija po minucie czy dwóch, ale czuję się wtedy, jakbym troszeczkę – o ułamek sekundy – wybiła się z rytmu wszechświata. Nigdy nie potrafiłam tego wyjaśnić, więc nie wiem, czy tylko ja doświadczam czegoś takiego. Podejrzewam, że nie, ale teraz czuję się tak przez cały czas, tylko ten ułamek sekundy coraz bardziej się wydłuża.

Tak naprawdę nie mam przyjaciół i z nikim nie jestem blisko związana. Moje obecne relacje z otoczeniem opierają się na czymś, czego nie doświadczyłam, tak samo jak nie uczestniczyłam w wydarzeniach, które doprowadziły do zerwania kontaktów z niektórymi ludźmi. Moja matka wciąż dzwoni do mnie co drugi dzień. Nie wie, że nie rozmawiałyśmy przez ponad rok do mojego powrotu. Bo skąd ma wiedzieć? Dzwoni do tej drugiej osoby; do tej, która nie boryka się wciąż ze stratą ojca i którą wszyscy lubili. Nie odzywam się do żadnej z moich szkolnych przyjaciółek. Były na moim pogrzebie. Jest to tak definitywna forma zerwania więzi, że nie chciałabym tego zepsuć.

W tej chwili coś najbardziej zbliżonego do przyjaźni łączy mnie z Karą i Vincentem, ale nawet po dziewięciu latach czuję się tym trochę zawstydzona. Podaję się za kogoś innego. Uczucia, jakie do mnie żywią, opierają się na kłamstwie. Opowiedzieli mi, przez co niby razem przeszliśmy, i teraz udajemy, że mamy te same wspomnienia, jak gdyby wszystko potoczyło się inaczej. Wciąż podtrzymujemy iluzję, że jestem tamtą osobą, i tym zaskarbiam sobie ich sympatię.

Nie wiem, kim jestem, ale nie mam wątpliwości, że nie jestem… nią. Próbuję nią być. Rozpaczliwie próbuję. Wiem, że gdyby mi się to udało, wszystko byłoby w porządku. Setki razy studiowałam każdą stronę jej dziennika, ale wciąż nie umiem spojrzeć na świat jej oczami. W niektórych wpisach dostrzegam okruchy siebie, ale to za mało, abym zdołała się do niej zbliżyć. Była niezwykle inteligentna i wątpię, czy zdołałabym dokonać tego co ona, gdybyśmy teraz szukali tych gigantycznych części ciała. Musiała natrafić na jakieś odkrycie, o którym nie wiem, przypuszczalnie na coś, co zostało opublikowane, kiedy byłam „gdzie indziej”. Może jestem niedoskonałą kopią. A może ona była po prostu bystrzejsza ode mnie.

Z pewnością miała więcej optymizmu. Wierzyła – była o tym święcie przekonana – że Temida trafiła tu jako dar, który mieliśmy odnaleźć w odpowiednim czasie, swoisty prezent z okazji wkroczenia w wiek dojrzały, ofiarowany ludzkości przez jakieś uosobienie dobrotliwego ojca. Mimo to wszystkie elementy spoczywały w różnych miejscach, najbardziej odległych zakątkach planety, niektóre nawet pod lodem. Nie dziwi mnie atmosfera podniecenia towarzysząca poszukiwaniu skarbów, ale nie rozumiem, po co te wszystkie utrudnienia. Intuicja podpowiada mi, że te artefakty zostały ukryte… No i tyle. Jakby komuś zależało, żeby nikt ich nie odnalazł.

Ale przede wszystkim nie potrafię pojąć, po co jakaś cywilizacja, choćby nie wiem jak zaawansowana, miałaby nam zostawiać robota, którego, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, nie bylibyśmy w stanie używać. Dla kogoś, kto dysponuje technologią pozwalającą na skonstruowanie czegoś takiego i dostarczenie nam tego z prędkością światła, nie stanowiłoby problemu dostosowanie układu sterowania do naszej anatomii. Mogliby wysłać mechanika, który dokonałby przeróbek albo przynajmniej prowizorycznie usunął drobne niedogodności. Tak naprawdę wystarczyłoby sięgnąć po ich odpowiednik śrubokrętu i przełożyć klamry na szynach nożnych, żebyśmy mogli z nich korzystać. Nasz ofiarodawca nie mógł przecież oczekiwać, że wyłamiemy sobie stawy, żeby móc sterować robotem.

Jestem naukowcem i nie mam dowodów na potwierdzenie tego wszystkiego, ale kiedy tamta druga Rose doszła do odwrotnych wniosków, też nie potrafiła ich uzasadnić. Bez dowodów nawet brzytwa Ockhama nigdzie by mnie nie doprowadziła.

Jak na ironię to właśnie w oparciu o moje odkrycia stworzono cały ten program. Gdybym im powiedziała, jak bardzo się boję tego, co nastąpi, nie pozwoliliby mi zajmować się tym, czym się teraz zajmuję. Laboratorium jest jedynym miejscem, w którym znajduję pokrzepienie, i jestem im za to wdzięczna. Jestem im wdzięczna za Temidę i za każdy dzień spędzony w jej towarzystwie. Coś mnie do niej przyciąga. Ona też nie jest z tego świata. Jest tu obca, nie bardziej niż ja. Obie nie pasujemy do tego miejsca i do tych czasów, a im więcej dowiaduję się o niej, tym silniejsze odnoszę wrażenie, że zaczynam rozumieć, co się naprawdę ze mną stało.

Wiem, że wszyscy się o mnie martwią. Matka powiedziała mi, że modli się za mnie. Nie robiłaby tego, gdyby uważała, że świetnie sobie radzę. Nie chciałam sprawiać jej przykrości, więc podziękowałam. Nigdy nie miałam w sobie silnej wiary, ale nawet gdyby było inaczej, nie łudziłabym się, że Bóg przyjdzie mi z pomocą. Nie ma odkupienia za to, co zrobiłam. Powinnam umrzeć. Umarłam. Znalazłam się z powrotem wśród żywych za sprawą, jak przypuszczam, jakiejś zaawansowanej technologii, ale równie dobrze można by to nazwać magią. Jeszcze nie tak dawno temu Kościół spaliłby na stosie kogoś takiego jak ja.

Może i wierzę w Boga, ale toczę z nim wojnę. Jako naukowiec próbuję systematycznie odpowiadać na pytania, więc Jego rola w tej materii jest trochę ograniczona. Krok po kroku zajmuję Jego królestwo, zatykając swoją flagę. To dziwne, ale nigdy dotąd nie zdarzyło mi się nic takiego. Nigdy nawet nie dostrzegałam poważnej sprzeczności między nauką i religią. A teraz ją widzę, jasno i wyraźnie.

Przekroczyłam tę granicę, której nikt nie powinien przekraczać. Umarłam. I nadal żyję. Oszukałam śmierć. Zdobyłam bożą moc.

Zabiłam Boga i czuję się pusta w środku.

DOKUMENT NR 1408 ZAPIS ROZMOWYGENERAŁ BRYGADY EUGENE GOVENDER, DOWÓDCA, KORPUS OBRONY ZIEMI

Miejsce: hotel Waldorf Astoria, Nowy Jork

Zostało już niewiele czasu, Eugene.

Jak długo się znamy?

We wrześniu tego roku minie czternaście lat.

Czternaście lat. Czy w tym czasie zaproponowałem kiedykolwiek, żeby zwracał się pan do mnie po imieniu?

Forma „panie generale” wydaje się… niestosowna po tym, co razem przeszliśmy.

Owszem, niestosowna. Więc proszę sobie wyobrazić, jakie to uczucie, kiedy nie wiem, jak mam się zwracać do pana.

Nie żebym nie lubił słuchać, jak pan ciągle utyskuje na moją anonimowość, ale za niecałą godzinę będzie pan przemawiał przed Zgromadzeniem Ogólnym ONZ. Wiem, jak pan nie znosi takich wystąpień, więc gdybym mógł w czymś pomóc, jest to dobry moment.

Czemu pan sam nie wygłosi tego przemówienia? To przez pana wdepnąłem w cały ten bajzel.

Chciałbym usłyszeć pański wstęp.

Gdzie ta cholerna kartka? O, tu jest. Widział pan moje…

Na stoliku przy łóżku.

Dziękuję. No więc powiem tak: Wiem, że wielu z was się boi. Wiem, że oczekujecie wyjaśnień.

Chodziło mi o początek przemówienia.

To jest właśnie początek tego cholernego przemówienia.

Eugene, nie przemawia pan do kadetów w akademii wojskowej. To jest Zgromadzenie Ogólne ONZ. Obowiązuje ścisły protokół. Zwykle na początku należy się zwrócić do wszystkich słuchaczy. Panie prezydencie, panie sekretarzu generalny, szanowni członkowie Zgromadzenia Ogólnego, panie i panowie.

W porządku. Zacznę od tego, a potem powiem: Wiem, że wielu z was się boi. Wiem, że oczekujecie wyjaśnień.

Nie, najpierw musi pan powiedzieć coś głębszego, coś inspirującego.

Coś inspirującego? W samym środku Londynu stoi gigantyczny robot, a ludzie chcą, żebym się go pozbył. Nie ma w tym żadnej głębi.

Więc niech to będzie coś niezwiązanego z tematem, ale głębokiego. Ostatnie przemówienie, jakiego słuchałem na żywo, wygłosił poprzedni prezydent. Powiedział coś takiego: „Stoimy na rozdrożu między wojną i pokojem, między chaosem i wspólnotą, między strachem i nadzieją”.

No dobrze. Panie prezydencie, panie sekretarzu generalny, szanowni członkowie Zgromadzenia Ogólnego, panie i panowie. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że jestem oszczędny w słowach. Ci, którzy znają mnie dobrze, wiedzą również, jak bardzo nie cierpię przemawiać. Dlatego pozwolę sobie zapożyczyć słowa wstępu od byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych, który powiedział: „Stoimy na rozdrożu między wojną i pokojem, między chaosem i wspólnotą, między strachem i nadzieją”.

To jest…

Żartowałem. Ale mam w zanadrzu słowa pewnego faceta, który był bardziej elokwentny ode mnie, i nimi się posłużę. Potem będziecie państwo musieli zadowolić się tym, co sam mam do powiedzenia. Ten facet to Thomas Henry Huxley, jeden z pionierów nowoczesnej biologii, który stwierdził: „Poznane jest skończone, nieznane jest nieskończone; intelektualnie stoimy na wysepce pośród bezgranicznego, niewyjaśnionego oceanu. Zadaniem kolejnych pokoleń jest osuszanie następnych kawałków lądu”. Dziesięć lat temu, kiedy świat odkrył Temidę, uświadomiliśmy sobie, że otaczający nas ocean jest dużo większy, niż się nam wydawało. A po tym, co wydarzyło się dziś rano w Londynie, nasza wysepka niezachwianej wiedzy wydaje się tak mała, że moglibyśmy nabrać obaw, czy w ogóle zdołamy się na niej pomieścić.

Teraz mogę to powiedzieć?

Wiem, że wielu z was się boi.

Proszę sobie ze mnie nie kpić.

Wiem, że wielu z was się boi. Wiem, że oczekujecie wyjaśnień. Pozwólcie, że będę szczery. Nie mam odpowiedzi na żadne z waszych pytań. Nie dzisiaj. Co więcej, muszę wam coś wyznać. Ja… też się boję. Boję się, bo nie wiem, co to za intruz i czego chce. Nie wiem, czy pojawi się ich więcej, a jeżeli tak, to naprawdę nie wiem, czy zdołamy coś na to zaradzić. Wielu rzeczy nie wiemy. Odrobina strachu nie jest niczym niezwykłym, jeśli chcecie znać moje zdanie.

Jakie to pokrzepiające. Od razu mi lepiej.

Nie możemy dopuścić, aby strach powstrzymał nas przed wypełnianiem naszych obowiązków. Nie możemy także dopuścić, aby strach kierował naszymi poczynaniami. Musimy uzbroić się w cierpliwość. W obecnej sytuacji…

Do czego pan zmierza?

Chcę powiedzieć, że wszyscy powinni się wstrzymać, zanim ktoś zrobi coś naprawdę głupiego.

Na przykład co?

Wszystkim nam wiadomo, że w Anglii nie brakuje takich, którzy chcą urządzić demonstrację siły. Wiem również, że NATO bierze pod uwagę własną interwencję zbrojną. Chcę, aby wszyscy zebrani w tej sali użyli swoich wpływów. Niech wykorzystają wszystkie środki, jakimi dysponują, aby nie dopuścić do takiego rozwiązania.

Dlaczego?

Wie pan dlaczego! Ten drugi robot prawdopodobnie jest potężniejszy od Temidy. Wątpię, aby brytyjskie siły lądowe zdołały go choćby drasnąć. A to jest Londyn. Prowadząc atak naziemny w terenie miejskim, po prostu nie mamy szans na skoncentrowanie wystarczającej siły ognia. Zmasowany atak z powietrza ma większy potencjał, ale musielibyśmy przeprowadzić wspólną operację przy użyciu naszych najsilniejszych formacji lotnictwa taktycznego. Przy okazji zrównalibyśmy z ziemią centrum Londynu. Jeżeli w ten sposób nie zniszczymy robota, najlepszym i ostatecznym wyjściem jest użycie głowicy nuklearnej, chociaż to oznacza przesiedlenie większości mieszkańców Anglii. Czy wyrażam się dostatecznie jasno?

Jeżeli takie ma być przesłanie, powinien pan im to powiedzieć właśnie w taki sposób, tymi słowami. Trzeba im uzmysłowić, że jeśli zaatakują, nie mają co liczyć na pomyślne zbiegi okoliczności i nie będą mogli się z tego wyłgać.

Nie sądzi pan, że to trochę szorstkie? Prosił pan o coś głębokiego i inspirującego.

Trzeba rzucić coś takiego na wstępie, żeby za dwadzieścia lat ktoś mógł się poczuć mądry, cytując pana przy obiedzie. Ale jeśli chce pan dzisiaj przekonać do czegoś tych ludzi, proszę to ująć tak, jakby się pan zwracał do swoich wnuków. Do połowy zebranych pańskie przemówienie dotrze za pośrednictwem tłumaczy, a większość z nich nie potrafi skupić uwagi dłużej niż przeciętny pięciolatek. Kiedy pan skończy, wyjdą z sali, żeby zadzwonić. Najpewniej będą rozmawiali ze swoimi ministrami obrony, czterogwiazdkowymi generałami i szefami sztabów, słowem: z ludźmi, którzy sprawują kontrolę nad siłami zbrojnymi i mają wielką ochotę ich użyć. Prosi ich pan, żeby zaufali grupie naukowców, a nie swoim doradcom wojskowym. Dlatego pańskie argumenty, które za tym przemawiają, muszą być jednoznaczne.

Mam tu jeszcze jeden akapit, który powinien ich przekonać, że moje stanowisko jest rozsądne.

Chciałbym to usłyszeć.

Nie rozmawiamy tutaj o problemie Londynu. To nie jest problem Brytyjczyków ani Europejczyków. Z pewnością nie jest to problem NATO. Mamy tutaj do czynienia z problemem całej planety. To jest problem nas wszystkich, wszystkich narodów, których przedstawiciele zasiadają w tej sali, i wspólnie musimy go rozwiązać. Ta organizacja została powołana do życia po zakończeniu najbardziej niszczycielskiej wojny w historii ludzkości, żeby wspierać pokój, umożliwiając narodom rozwiązywanie sporów tutaj, w tym gmachu, a nie na polu bitwy. Powstała również po to, abyśmy mogli dzielić się swoją wiedzą i zasobami, co pozwala nam osiągać wielkie sukcesy, na które nikt nie miałby szans w pojedynkę. Dziś mamy okazję dokonać jednego i drugiego: zapobiec wojnie na niewyobrażalną skalę i otworzyć przed ludzkością całkiem nowe perspektywy. Właśnie nadszedł ten moment, w którym Organizacja Narodów Zjednoczonych może pokazać, na co ją stać. To jest ten moment, w którym Korpus Obrony Ziemi może udowodnić, że nie utworzono go na próżno.

To proszę zostawić na koniec, kiedy nie będą już uważać. Teraz powinien pan opowiedzieć o swojej karierze wojskowej, żeby mieli jakieś wyobrażenie.

Gdzieś o tym wspomniałem… Tutaj… Wiem również, że wielu z was ma wątpliwości. Decyzja o utworzeniu KOZ nie była jednogłośna. Czemu mielibyście zaufać nam, a nie własnym sztabowcom? Prawdopodobnie jest to jedyne pytanie, na które dziś mogę udzielić odpowiedzi. Sam jestem żołnierzem, służę od przeszło czterdziestu lat. I powiem wam jedno: wojsko potrzebuje informacji…

To nie wystarczy. Proszę im powiedzieć, w ilu wojnach pan walczył, ilu ludzi pan zabił. Niech poczują krew. Niech zobaczą w panu podżegacza wojennego, który tylko czeka na pretekst, żeby zrzucić bombę na Londyn. W przeciwnym razie nie uwierzą, kiedy im pan powie, że nie należy tego robić.

Cóż mogę dodać? Jestem generałem brygady w armii południowoafrykańskiej i głównodowodzącym sił pokojowych ONZ. W RPA dowodziłem korpusem pancernym wojsk lądowych, jak mówi się tam na tę masę czołgów. Walczyłem w białym regimencie podczas wojny granicznej, brałem udział w misjach pokojowych w Sudanie i stałem na czele kontyngentu, który wchodził w skład brygady interwencyjnej ONZ w Demokratycznej Republice Konga. Przez całe moje dorosłe życie służyłem w armii, takiej czy innej…

Doskonale.

…i powiem wam jedno: wojsko – czyli tacy jak ja – potrzebuje informacji wywiadowczych. Musimy wiedzieć, co się dzieje. Nie chcecie oddać swojego losu w ręce wojskowych, którzy działają po omacku. Nie możemy sobie pozwolić na improwizację. Jesteśmy niczym słoń w składzie porcelany – możemy narobić wielkiego bałaganu, jeśli każecie nam gonić własny ogon.

Dowodzę również Korpusem Obrony Ziemi, który formalnie jest kolejną jednostką taktyczną wyposażoną w pojedynczy egzemplarz potężnej broni. Pod swoją komendą mam dwóch żołnierzy, choć w zasadzie jeden z nich jest kanadyjskim doradcą do spraw wywiadowczych. Podlega mi również sześćdziesięcioro ośmioro naukowców, aczkolwiek oni zupełnie inaczej określili naszą relację, kiedy zaproponowali mi współpracę, ponieważ wiedzą, że nie przepadam za naukowcami. Oni są jak dzieci. Zawsze chcą wszystko wiedzieć, zadają zbyt dużo pytań i nigdy nie wypełniają rozkazów co do joty.

Tak, proszę państwa, wygląda KOZ. Gigantyczny robot, jeden żołnierz, jeden lingwista i całe mnóstwo nieposłusznych bachorów. Ale w tej chwili to właśnie od nich, od tej mojej krnąbrnej dzieciarni, zależą losy całego świata. Ci ludzie wiedzą więcej na temat obcych technologii niż ktokolwiek inny i codziennie dowiadują się nowych rzeczy. Tym właśnie się zajmują – nieustannym zdobywaniem informacji. Osuszają następne kawałki lądu, żebyśmy mogli się pomieścić na naszej wysepce wiedzy.

Wzruszające.

To nic w porównaniu z mową, którą pan wygłosił, próbując zwerbować mnie do współpracy za pierwszym razem.

Wtedy pan odmówił.

Owszem, ale mowa była przednia. Potem zamierzam powiedzieć kilka słów o naszym obecnym stanie wiedzy, czyli głównie o tym, czego nie wiemy.

A co wiemy?

Niewiele. Ująłem to tak.

Mieliśmy zaledwie kilka godzin na zapoznanie się z dostępnymi informacjami, a nasi ludzie nie dotarli jeszcze na miejsce, więc teraz powiem, co już zdążyliśmy ustalić. Metalowy kolos, który pojawił się w Londynie, jest około trzy metry wyższy od Temidy i około dziesięć procent masywniejszy. Nazywamy go Kronosem. To wszystko, co wiemy na pewno. Cała reszta to domysły.

Niewykluczone, że w jego wnętrzu nikogo nie ma. Może jest zdalnie sterowany, a nawet może nie być robotem, bo odkąd tam stoi, ani razu się nie poruszył. Sądzimy, że to raczej mało prawdopodobne, ale nie możemy zbyt pochopnie wykluczyć takiej ewentualności. Równie dobrze w środku mogą znajdować się ludzie. To by oznaczało, że gdzieś został ukryty drugi robot i odnalazło go jedno z państw, których przedstawiciele są tu dziś obecni. To również wydaje się nieprawdopodobne, co nie znaczy, że niemożliwe.

Zważywszy na nasz obecny stan wiedzy, przypuszczalnie na pokładzie kolosa znajduje się jeden albo dwóch obcych, a ponieważ jego podobieństwo do Temidy jest uderzające, w tej chwili przyjmujemy założenie, że oba roboty stanowią wytwór tej samej cywilizacji. Niekoniecznie musi to oznaczać, że mamy teraz do czynienia z obcymi, którzy skonstruowali Temidę. Skoro zostawili jednego gigantycznego robota na Ziemi, jest całkiem logiczne, że mogli zrobić to samo na innej zamieszkanej planecie i to właśnie z niej ktoś do nas przybywa. Jak już powiedziałem, niewiele wiemy.

Zakładając, że faktycznie mamy do czynienia z obcymi, nasi goście mogą być przyjaźnie nastawieni. Nie zaczęli do nas strzelać – to zawsze jest dobry znak – a zgodnie z obowiązującą teorią ktoś podarował nam Temidę, żebyśmy mogli się bronić. Ale mogą też mieć wrogie zamiary. Może wydawać się dziwne, że nieprzyjaciel daje nam tyle czasu na przygotowanie, ale pojawienie się gigantycznego robota może stanowić preludium do totalnej inwazji albo ataku. Jednak całkiem możliwe, że obcy nadal próbują wybadać nasze intencje, i jest to bardzo rozsądne wytłumaczenie, do którego się skłaniamy. Bo skąd mieliby się dowiedzieć, czy nie mamy wobec nich złych zamiarów albo jak zareagujemy na ich wizytę?

Ale dosyć spekulacji. Na razie mogę wam zaoferować jedynie mnóstwo pytań i przypuszczeń. Poproszono mnie, abym zabrał głos i zalecił jakieś postępowanie. W tej chwili moje zalecenie jest bardzo proste: należy wysłać Temidę do Anglii, co zajmie siedem do ośmiu dni. Dajcie moim dzieciakom kolejny tydzień, aby mogły zająć się swoją pracą, a potem znów się spotkamy. Proszę, błagam was wszystkich, abyście zachowali spokój i pozwolili sprawom toczyć się własnym torem. To nie jest odpowiedni czas na pochopne działania, nawet gdyby wydawały się niezwykle kuszące.

To wszystko. Całe moje przemówienie. Nie za krótkie?

W zupełności wystarczy.

Co nie zmienia faktu, że byłem zmuszony napisać całkiem nowe oświadczenie dla prasy po tym, jak Rose postradała zmysły.

Co takiego zrobiła?

Nie słyszał pan? Wystąpiła w telewizji i oznajmiła całemu światu, że nie powinniśmy się w to mieszać.

Kogo miała na myśli?

KOZ. Powiedziała, że wysłanie Temidy do Europy będzie naszym największym błędem. Wiem, że czuje pan do niej sympatię, ale ona nie myśli trzeźwo. Ta dziewczyna balansuje na krawędzi załamania.

Ma za sobą dosyć… ciężkie przeżycia.

Rozumiem. Ale nie mogę pojąć, dlaczego mianował ją pan szefem sekcji naukowej. Mogłaby pracować w zespole, ale nie kierować badaniami. Rose nie przepada za mną, bo jestem wielkim, złym trepem, ale jej postępowanie naprawdę nie działa na naszą korzyść. Wysłanie Temidy do Londynu to jedyne wyjście, które pozwoli nam zyskać na czasie. W przeciwnym razie jutro rano wojsko wkroczy do Regent’s Park i obaj wiemy, jak to się skończy.

Chciałbym to usłyszeć.

Co?

To, co przygotował pan dla dziennikarzy.

Jasne.

Zapewne słyszeli państwo, że kierująca naszą sekcją naukową doktor Rose Franklin wydała dziś rano oświadczenie dla prasy. Miała wiele do powiedzenia, ale ujmując to w skrócie, doktor Franklin jest zdania, że nie powinniśmy nic robić, nikogo nie angażować, nawet KOZ, i żywić nadzieję, że robot w końcu sam zniknie. Doktor Franklin jest znakomitym naukowcem i niewątpliwie ma prawo do takiej opinii, nawet jeżeli nie wypowiada się w imieniu KOZ. Jak państwu zapewne wiadomo, doktor Franklin omal nie przypłaciła życiem eksperymentu z Temidą w Kolorado i sądzę, że po tym wypadku stała się nadmiernie ostrożna. Chociaż nie zgadzam się z jej konkluzją, powiedziała znacznie więcej niż tylko to, że „nie powinniśmy niż robić”. W swoim dzisiejszym oświadczeniu zawarła kilka trafnych uwag.

Po raz pierwszy nawiązujemy kontakt z obcą cywilizacją. Bez względu na to, jak potoczą się wypadki, będzie to przełomowy moment w historii ludzkości. Powinniśmy wszyscy zatrzymać się na chwilę i uświadomić sobie, jak doniosłe jest to wydarzenie.

Mając to na uwadze, doktor Franklin zaznaczyła, że komitet powitalny w postaci dywizji pancernej i kilku tysięcy żołnierzy nie jest najlepszym sposobem na zrobienie dobrego wrażenia. Trudno się z tym nie zgodzić.

Zasugerowała również, że wysłanie Temidy do Europy będzie jeszcze większym błędem. Czołgi i piechota mogłyby zostać odebrane jako oznaka agresji, ale najprawdopodobniej nie stanowiłyby poważnego zagrożenia dla robota, jeżeli jest on podobny do naszego. Za to Temida pozwoliłaby nam wyrównać szanse. Moim zdaniem pokazanie obcym znajomej twarzy to dobry sposób na rozpoczęcie dialogu, chociaż ktoś może nam zarzucić, że wykorzystywanie w tym celu robota, który jest naszą jedyną skuteczną bronią w ewentualnej konfrontacji, to nie najlepszy pomysł.

Zwięzłe. Stanowcze, a zarazem pokrzepiające. Podoba mi się. Proszę się ubierać. Musimy już iść.

Pamięta pan, co mi pan obiecał, namawiając mnie po raz drugi do objęcia tej posady?

Pamiętam.

Powiedział pan: „Znalazłem dla pana stanowisko, na którym nie będzie pan już musiał nikogo zabijać”.

Wiem. I nadal zamierzam dotrzymać słowa.

DOKUMENT NR 1416 ZAPIS ROZMOWYKAPITAN KARA RESNIK, KORPUS OBRONY ZIEMI

Miejsce: gdzieś na Atlantyku

Dzień dobry, panno Resnik. Mam nadzieję, że pani nie obudziłem.

O cholera! Nie! Właśnie wyszłam spod prysznica. Biegałam sobie po pokładzie. Czemu odnoszę wrażenie, że nie słyszałam pana od wieków?

Od naszej ostatniej wymiany zdań mięło osiem lat. Może pani rozmawiać?

Chodzi o to, czy ktoś mnie słyszy? Wątpię. Vincent jeszcze śpi w swojej koi.

Miałem na myśli to, czy nie jest pani zajęta.

Brakowało mi tego.

Czego?

Tego!

Nie, nie jestem zajęta. Mogę rozmawiać.

Gdzie pani jest?

Na środku Atlantyku, ale to już pan wie.

Pytałem o miejsce na pokładzie.

W naszej kwaterze. Mamy tu małą… To wygląda jak bardzo małe mieszkanko. Z kanapą, telewizorem i aneksem kuchennym.

Miło mi słyszeć, że jest pani wygodnie. Kazałem zadbać o odpowiednie wyposażenie, kiedy ONZ kupiła ten statek. Wiem, jak bardzo nie podobał się pani tamten poprzedni.

To niebo a ziemia. Statek, którym pływaliśmy wcześniej, służył do transportu zboża i czuliśmy się jak pasażerowie na gapę. Ten został przebudowany specjalnie dla nas. Nie przewozi niczego innego. Chociaż nie wiem, dlaczego tu też musimy spać na piętrowych kojach. A co u pana słychać? Założę się, że bez nas umierał pan z nudów.

Może mi pani wierzyć albo nie, ale są na tym świecie rzeczy, które nie kręcą się wokół was. Nie ma ich zbyt wiele, ale wystarczy, żeby wypełnić mój czas.

Ja tylko pytałam, jak się pan miewa. Nie rozmawialiśmy przez osiem lat.

Chodzi pani o moje życie osobiste?

Boże, stęskniłam się. Czemu nie odzywał się pan tak długo? Wiem, że z doktor Franklin kontaktował się pan wiele razy.

Nie widziałem potrzeby. Pani i pan Couture całkiem nieźle sobie radziliście.

Mógł pan chociaż zagadnąć.

Luźne pogawędki wymagają pewnej formy wzajemności, a tego nie jestem w stanie zagwarantować. Ale, jak już wspomniałem, kazałem zadbać o odpowiednie wyposażenie, kiedy ONZ kupiła wasz statek.

Czyli pomyślał pan o mnie… ten jeden raz. Kilka lat temu.

Otóż to. A o co chodziło, kiedy zadzwoniła pani do mnie w Portoryko? Co to za sentymentalne bzdury? Lepiej proszę mi powiedzieć, jak sobie radzi doktor Franklin.

Cóż, sam pan wie, rozmawialiście przecież. Jest trochę bardziej posępna niż dawniej. Spodziewałam się, że szybko jej przejdzie, ale to już prawie dziesięć lat, więc myślę, że ta nowa ona już taka jest. Ale nadal świetnie się dogadujemy, znaczy ja i ona. Vincenta też lubi. Całej reszty nie tak bardzo.

Przeszła traumę. Należy się spodziewać takich reakcji.

Chodzi panu o to, że zginęła? Wiem, byłam przy tym. To ja ją zabiłam. A potem ona wróciła, młodsza o cztery lata. Ale nigdy mi nie wyjaśniła, jak to się stało. Czy ona w ogóle to wie?

Nie.

A pan?

Też nie.

Zapewne i tak nie powiedziałby mi pan, gdyby było inaczej.

Prawdopodobnie nie, ale naprawdę nie mam pojęcia. Gwoli ścisłości wypadły jej tylko trzy lata życia. Przez czwarty rok była martwa.

W razie czego proszę mi przypomnieć, żebym nigdy nie szukała u pana otuchy. Nic dziwnego, że Rose kiepsko to znosi. Jestem przerażona, chociaż to nie ja wróciłam z zaświatów. Przed jej śmiercią Vincent i ja spędzaliśmy z nią po kilka godzin dziennie. Kto był z nami przez cały ten czas?

Doktor Rose Franklin.

No cóż, tamta doktor Franklin nie żyje. A Rose Franklin, z którą pracujemy teraz, nic z tego nie pamięta.

Zdaję sobie sprawę, jakie to pogmatwane. Jestem zdumiony całą tą sytuacją tak samo jak wy. Udzielę wam wyjaśnień, kiedy tylko czegoś się dowiem. Mogę zadać pytanie o charakter pani związku z panem Couture?

Czy przez te lata przyglądał się pan, co robimy?

Z tego, co mi wiadomo, żadne z was nie jest objęte obserwacją.

Jakże miło to słyszeć. Miałam na myśli telewizję. W ogóle pan wie, czym się zajmujemy? Nie żartował pan, mówiąc, że czekają nas głównie parady i sesje zdjęciowe. Kilka godzin dziennie spędzamy w laboratorium, próbując się dowiedzieć czegoś więcej o Temidzie. To daje dziesięć, góra piętnaście godzin tygodniowo, kiedy jesteśmy w Nowym Jorku. W trasie nie prowadzimy żadnych eksperymentów. Reszta naszego czasu wygląda tak, jak pan zapowiadał. Pokazy odbywają się rzadko, bo logistyka to czysty obłęd, a ten robot niszczy wszystko, na czym stanie, nawet nawierzchnię dróg. Niewiele jest miast chętnych na takie wydatki i zapewnienie środków bezpieczeństwa, ale często pozujemy do zdjęć. Głównie reporterom. Odwiedzamy szkoły i szpitale, ale szpitale dziecięce są najlepsze. Vincent świetnie sobie radzi z dziećmi. Robi tę sztuczkę z kolanami, to zawsze pomaga, ale naprawdę ma do nich podejście. Jesteśmy cyrkowcami.

Pewnie pani tego nienawidzi z całego serca.

Tak pan uważa? Ale nie. To przyjemny tryb życia. Dobrze się odżywiamy, pokoje hotelowe są świetne, a Jenny bardzo się o nas troszczy.

Kim jest Jenny?

Menadżerem trasy. Rezerwuje hotele i spełnia nasze zachcianki. Jak już powiedziałam, jesteśmy trupą cyrkową. Kiedy zaczynaliśmy, myślałam, że nie wytrzymam dłużej niż miesiąc, ale jakoś sprawia mi to przyjemność. Chociaż kompletnie się do tego nie nadaję. Wywiady ze mną muszą nagrywać z wyprzedzeniem albo ktoś czuwa, żeby zagłuszać połowę tego, co mówię. Teraz głównie Vincent rozmawia z dziennikarzami. Z dziećmi też nie wychodzi mi najlepiej. One w ogóle nie wyczuwają ironii. Kiedyś doprowadziłam chorą dziewczynkę do łez. Chyba miała białaczkę i przeze mnie się popłakała.

Nie rozumiem, co przyjemnego pani w tym widzi.

Sama strona propagandowa jest okropna. Gdyby na tym wszystko się kończyło, to… Chodzi o całą otoczkę. Pracujemy po kilka godzin dziennie. Jenny myśli, że nas przemęcza, ale nie ma pojęcia, że w Denver ciągnęliśmy zmiany po szesnaście godzin. Jak to ująć? Wspólnie podróżujemy, mamy mnóstwo czasu dla siebie i jeszcze nie próbowaliśmy nawzajem się pozabijać. Sama nie wiem. To się wydaje takie…

Normalne?

No właśnie.

I udawało się pani przez cały ten czas powstrzymywać pana Couture’a przed oświadczynami?

Chyba tak. Choć szczerze mówiąc, przez ostatnie dwa lata nawet specjalnie się nie starałam.

Co sprawiło, że zmieniła pani nastawienie?

Och, nic z tych rzeczy. Po prostu nie widziałam już takiej potrzeby. Myślę, że dał sobie ze mną spokój.

Czy to panią martwi?

Może odrobinę. Chyba w głębi duszy miałam nadzieję, że moje nastawienie faktycznie się zmieni. Wiem, jakie to dla niego ważne. Vincent powinien związać się z kobietą, która chce mieć dzieci tak samo jak on. Chyba w końcu zdał sobie sprawę, że ja taka nie jestem. Zresztą teraz to nie ma znaczenia.

Co pani chce przez to powiedzieć?

Nie wiem. Płyniemy tam, żeby zmierzyć się z robotem obcych. Znów jesteśmy na swoim miejscu. W każdym razie ja czuję, że wróciłam do rzeczywistości. Czy jestem odrażająca, bo tak się czuję?

Niewykluczone, że czeka panią szybka śmierć z rąk przeciwnika, który nad nami góruje, i to w jakiś sposób panią uszczęśliwia. Według mnie „odrażająca” nie jest najtrafniejszym określeniem.

Może nie uszczęśliwia mnie to, ale… czuję, że żyję. Mam na myśli, że właśnie w tej chwili czuję się bardziej sobą. Może nie jestem stworzona do normalności. Może przez te lata próbowałam być kimś innym, niż jestem.

Nie zamierzam pani przeszkadzać w odkrywaniu samej siebie, aczkolwiek jestem przekonany, że istnieje wiele innych sposobów na samospełnienie, które mogą się obyć bez globalnego kryzysu. A może po prostu odstrasza panią perspektywa założenia rodziny? Brała pani pod uwagę taką możliwość?

Hm. Niech się zastanowię… Nie. Tego nie brałam pod uwagę. Ale dosyć o mnie. Porozmawiajmy o panu… No dobra. A może pan mi powiedzieć coś nowego o tym wielkim przybyszu z kosmosu? Rose mówiła, że jest większy od naszej dziewczynki, ale poza tym nic o nim nie wiemy.

Właśnie wyszedłem z odprawy w KOZ. Doktor Franklin i jej zespół wciąż gromadzą dane. Na razie nie mamy nic nowego.

Poruszył się?

Nie. Jego emisja światła też pozostaje bez zmian. Nic nie wskazuje na to, aby odbierał albo wysyłał jakieś sygnały.

W takim razie co mamy robić? Podejść do niego i uścisnąć jego wielką metalową dłoń?

Może się okazać, że to wystarczy. Póki co, zawiniecie do portu London Gateway i przygotujecie sprzęt na placu za terminalem. Tam będziecie czekać na dalsze instrukcje. Mam nadzieję, że do tego czasu dowiemy się czegoś więcej. Nie chciałbym wyjść na pesymistę, ale czy może mi pani powiedzieć, jakim dysponujecie potencjałem bojowym, gdyby doszło do konfliktu? Doktor Franklin poinformowała mnie, że odkryliście, jak spowodować wyładowanie i nakierować strumień energii.

Tak, przekonaliśmy się, że to możliwe. Właśnie w ten sposób zniszczyliśmy laboratorium w Denver. Musieliśmy tylko ustalić, na które z przycisków upadł Vincent. Resztę odkryliśmy przez przypadek. Okazuje się, że kiedy wyzwalamy impuls, a miecz jest wysunięty, promienie wydobywają się z jego końcówki. Im większy miecz, tym bardziej skupiona wiązka. W Nowym Jorku ćwiczymy na wybrzeżu niedaleko New Rochelle i strzelamy w ocean. Po wystrzale powstaje dziura, w której zmieściłoby się kilka kamienic, i zaraz z powrotem napełnia się wodą. Całkiem niezły widok. Próbowaliśmy również z czymś twardszym i dosyć spory głaz po prostu wyparował. Nie wiem, czy nasza broń poradzi sobie z tamtym robotem, ale zmiecie wszystko, co pochodzi z tego świata.

Wie pan, że zdaniem doktor Franklin wyprawa do Londynu to zły pomysł.

Wiem.

Cóż… Jej opinia przemawia do mnie bardziej niż wszystkie inne argumenty, które słyszałam. Sądzimy, że komuś zależało, abyśmy odnaleźli Temidę, ale załóżmy, że miało być inaczej. Załóżmy, że obcy zjawili się teraz, żeby nam ją odebrać, zniszczyć albo… sama już nie wiem. Co więcej, nie możemy przeciwstawić im niczego, co mogłoby się zmierzyć z ich robotem, no, może z wyjątkiem nas. Czy naprawdę chcemy nawiązać pierwszy kontakt z obcą cywilizacją, prezentując nasz jedyny atut – w zasadzie nawet nie nasz – który może zostać odebrany jako zagrożenie? Ja tylko pytam. Jestem żołnierzem i jeżeli mi każą zajść go od tyłu i kopnąć w tyłek, to tak zrobię. Ale gdyby dało się uniknąć posyłania mnie i Vincenta na pewną zgubę, wie pan… byłoby miło.

Podzielam to zdanie. Ale musi pani zrozumieć, że władze nie będą długo czekać z założonymi rękami, podczas gdy w samym środku najgęściej zaludnionego miasta w Wielkiej Brytanii stoi robot z kosmosu. W pewnym momencie weźmie w nich górę ludzka natura i wyślą jakiś komitet powitalny. Jeżeli to nie będzie Temida, która swoją drogą z perspektywy naszych gości może być nie tylko jedynym godnym przeciwnikiem, ale również jedynym swojskim akcentem na tej planecie, będą to Siły Zbrojne Jego Królewskiej Mości. Gdybym miał wybierać, wolałbym posłać tam was.

Przecież moglibyśmy ich powitać, nie trzymając broni gotowej do strzału. Pokazać im coś milutkiego i puszystego. Posłać tam dinozaura Barneya albo stadko kociaków. Oglądał pan Bliskie spotkania trzeciego stopnia? Może by tak zagrać im coś na organach, urządzić pokaz laserowy albo nauczyć ich języka migowego?

Pani pomysły są bardzo podobne to tych, na które wpadli Brytyjczycy. Zastosowali coś, co nazywają procedurą pierwszego kontaktu.

Czy coś mnie jeszcze zaskoczy?

Rozstawili w parku wielkie ekrany i wyświetlają na nich zdjęcia zabytków, różnych gatunków zwierząt i miast. Puszczają też fragmenty starych filmów i piosenki z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych.

Czemu takie starocie? Co jest złego w dzisiejszej muzyce?

Przypuszczalnie wyszli z założenia, że jeśli jakiś sygnał dotarł na tyle daleko, żeby przechwyciła go obca cywilizacja, to musiał opuścić Ziemię dawno temu.

To nie będą rozczarowani, jeśli przylecieli tutaj po Elvisa?

Najwyraźniej chodzi o stworzenie zażyłej atmosfery. Wydaje się to trochę nieporadne, ale musi pani wiedzieć, że naukowcy nie tak wyobrażali sobie odkrycie pozaziemskiej formy życia. Spodziewali się raczej mikrobów albo regularnych sygnałów radiowych, a nie czegoś takiego, z czym teraz mamy do czynienia. Zdaję sobie sprawę, jak daremne może się to wszystko wydawać, ale przynajmniej nie utrudnia nam działania i stwarza pozory, że władze coś robią.

No więc jaki jest najbardziej optymistyczny scenariusz? Obcym spodoba się pokaz laserów, wyjdą z wnętrza robota i dadzą się zaprosić na kolację?

Moim zdaniem wszyscy żywią nadzieję, jawnie lub skrycie, że nasi goście po prostu znikną. A jeżeli nie, to liczymy, że to oni zapoczątkują dialog i narzucą warunki wzajemnego zapoznania. Zważywszy na ich niewątpliwą przewagę technologiczną, byłby to najbardziej sensowny i najbezpieczniejszy rozwój wypadków.

Pokonaliby taki kawał drogi tylko po to, żeby zniknąć po paru dniach?

Co ciekawe, prawdopodobnie sami byśmy tak postąpili. W każdym razie pół wieku temu. Może to miejska legenda, ale słyszałem, że w latach pięćdziesiątych amerykańscy wojskowi zaczęli się zastanawiać, co by to było, gdybyśmy natrafili na rozumne formy życia pozaziemskiego. Opracowali siedmiostopniową procedurę, która zaczynała się od zdalnej obserwacji. Kolejnym krokiem byłaby potajemna wizyta w świecie obcych, a gdyby się okazało, że górujemy nad nimi pod względem uzbrojenia i technologii, rozpoczęlibyśmy serię krótkich ekspedycji, żeby pobrać próbki fauny i flory, a przy okazji uprowadzić jednego czy dwóch przedstawicieli lokalnej cywilizacji. Potem mieliśmy ujawnić swoje istnienie, a gdyby reakcja obcych okazała się zadowalająca, nawiązać z nimi kontakt.

A gdybyśmy odkryli, że to oni nas przewyższają? Co zakładał plan w takim wypadku?

Modlić się, żeby nie uznali nas za pożywienie.

DOKUMENT NR 1422 DZIENNIK OSOBISTYDOKTOR ROSE FRANKLIN, SZEF SEKCJI NAUKOWEJ, KORPUS OBRONY ZIEMI

Właśnie tego się bałam. To dlatego żałuję, że w ogóle ją znaleźliśmy… A właściwie ja ją znalazłam. Teraz oni tu są. Jej krewniacy. Może przybyli, żeby zabrać ją do domu? Chciałabym, żeby tak było. Chciałabym, żeby zabrali mnie ze sobą. Żeby ten świat pozostał taki, jaki powinien być. Nawet gdybym miała tu zostać, mam nadzieję, że po prostu znikną, bo jakąkolwiek podejmą decyzję, w żaden sposób nie zdołamy ich powstrzymać.