Wydawca: Wielka Litera Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Przebłysk. Dookoła świata, dookoła siebie ebook

Robert Rient  

3.71052631578947 (38)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 201 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przebłysk. Dookoła świata, dookoła siebie - Robert Rient

Robert Rient postanowił znaleźć raj. Wyprowadził się z Warszawy, spakował plecak i zdecydował wyruszyć w samotną podróż do najdalszych zakątków świata, żeby zgubić siebie i ponownie odnaleźć.

Szlak prowadzi koleją transsyberyjską przez lodowatą Rosję, dalej przez upalną Tajlandię, kolorową Malezję, baśniową Nową Zelandię, tajemnicze Peru i Wyspy Wielkanocne. Jednak w poszukiwaniu siebie przeszkadza mu ciało z jego uciążliwą psychosomatyką, krępująca bliskość ludzi i podstępne pułapki zastawiane przez rozgadany umysł, który staje się jego głównym kompanem. Umysł obarczony wiedzą i doświadczeniem, trenowany przez lata w terapii, medytacji i szamańskich praktykach co chwilę podsyła podróżnikowi myśl, że traci czas, donikąd nie zmierza, niczego nie osiąga.

Poruszająca i intymna opowieść Rienta prowadzi przez intensywny lęk, sen o przebudzeniu i najgłębsze pragnienia, za które gotowi jesteśmy zapłacić każdą cenę. To również sensualna kronika egzotycznych smaków, zapachów, fotografii, wzruszeń i najważniejszego - pojednania.

"Od podróży z plecakiem znacznie bardziej heroiczne i wymagające uważania na siebie wydaje mi się słuchanie wiadomości, chodzenie do pracy, która zabiera osiem, a z dojazdami dziesięć godzin, płacenie rachunków, życie historią ludzi z telewizora, których nigdy nie spotkałem, ale w imię których gotów jestem znienawidzić innych ludzi, którzy wybrali historię innych ludzi z telewizora, gromadzenie rzeczy i wyposażania domu, martwienie się, ciągłe martwienie się o to, co może się wydarzyć, jak się do tego przygotować, co powinienem mieć, osiągnąć, kim być, zwłaszcza w porównaniu do tych, którzy – co wyraźnie potwierdza ich oś na Facebooku – już kimś są. Umrę, ta myśl jest tak prosta, tak oczywista, że umysł uwielbiał nad nią przeskakiwać i biec dalej, do tak zwanych ważnych spraw. Umrę, a skoro tak, może czas się zrelaksować. Dlatego postanowiłem znaleźć raj."

Opinie o ebooku Przebłysk. Dookoła świata, dookoła siebie - Robert Rient

Fragment ebooka Przebłysk. Dookoła świata, dookoła siebie - Robert Rient

Dla tych, którzy się zgubili,i dla tych, którzy znaleźli w tym przyjemność.

Widzę panoszenie się roślin, zielone, syte i bezgłośne. I słyszę wiatr i najróżniejsze szmery w martwych miastach, szyby okienne rozbite na brukach, kiedy zardzewieją zawiasy, krople wody kapiące z podziurawionych przewodów i stukanie tysięcy drzwi na wietrze. Niekiedy podczas burzliwych nocy spada kamienny przedmiot, który kiedyś był człowiekiem, z krzesła przy biurku i uderza z hukiem o parkiet.

Marlen Haushofer, Ściana, przełożyła Zofia Kania

.

Wyprowadzam się dzisiaj i nigdzie nie wprowadzam. Nie mam mieszkania, samochodu, kredytu, żadnych stałych rachunków do opłacania, poza tym za telefon komórkowy. Za miesięczny czynsz w Warszawie można kupić bilet na koniec świata. Odkładałem na tę podróż od trzech lat. Wiem tyle, że chcę pojechać koleją transsyberyjską, stracić adres i nie wiedzieć, gdzie będę mieszkał, gdy wrócę. Umysł obraca również myśl, by nie wrócić.

Jest 31 stycznia 2016 roku. Dwudziesta druga wyprowadzka. Dobytek dzielę[1] na cztery kategorie: umiłowane, praktyczne, doczesne i niezbędne. Umiłowane jest stare drewniane biurko, przy którym piszę, i półtorametrowe drzewko cytrynowe. Wyrosło osiem lat temu z pestki wsadzonej do doniczki. Umiłowane bierze pod opiekę przyjaciółka z Wrocławia. Kartony z książkami, ubrania na każdą porę roku, garnki, talerze, sztućce i mnóstwo innych sprzętów tak zwanego gospodarstwa domowego zwożę siedem pięter w dół. Doczesne ląduje w piwnicy u Sherondy, od której wynajmowałem mieszkanie. Rzeczy praktyczne, do których należą głównie dokumenty, zawożę do rodziców w Szklarskiej Porębie. Niezbędne zabieram ze sobą. Całość waży dziewiętnaście kilogramów, z czego niemal ćwierć to wysokie czarne wojskowe buty i zimowa kurtka. Poza tym ubrania, komputer, aparat fotograficzny, telefon, paszport, lekarstwa, kosmetyki, jedna, za to ważąca ponad kilogram książka, czytnik e-booków, notatnik, długopisy, stopery do uszu. Niezbędne okazuje się niezwykle lekkie w porównaniu z doczesnym. Pakuję niezbędne do dwóch plecaków, podróżnego i podręcznego, który ze względu na dwa sprytne uchwyty z powodzeniem udaje torbę. Gdybym jednak zapragnął mieć wolne ręce, ten podróżny założę na plecy, a mniejszy na klatkę piersiową. Wygodna, odrobinę ciężka wolność.

W Szklarskiej Porębie Średniej wsiadam do pociągu, który zawiezie mnie do Warszawy. Tam przesiądę się w kolejny, jadący przez Białoruś do Moskwy. Za oknem wszystko i wszystko w ruchu. Odcinek do Górzyńca wije się wśród wzgórz za obrzeżami Karkonoskiego Parku Narodowego. Tory układają się w serpentynę biegnącą przez skalny tunel, most nad Małą Kamienną, niewielkie urwiska i las świerkowo-bukowy, w którym można wypatrzyć sarny. Niebo zagarniają Sudety z wyraźnie odznaczającym się szczytem Szrenicy i postrzępionymi wierzchołkami Śnieżnych Kotłów. W tym miejscu, od lat, odkładam najbardziej wciągającą książkę i patrzę za okno. Siedzę nieruchomo, uśmiechnięty, tyle świata, żaden mój.

Jest jeszcze jeden powód podróży, który miałem przemilczeć. Czasami, wciąż, chcę umrzeć. Myśl o unicestwieniu przeszywa codzienność, którą od lat nazywam dobrą. Nie jest to opowieść o smutku, ukrytej rozpaczy, wypartych traumach. Pomysł o śmierci – to krótkie, zimne pragnienie – powraca, gdy czuję się wyrwany, gdy doświadczam pustki. Czasami jest to pragnienie snu, zniknięcia, ucieczki, czasami pragnienie Boga, bycia uratowanym, porwanym, przebudzonym. Głód zespolenia przy jednoczesnym unikaniu grup, porzuceniu religii, wspólnot i wszelkich zorganizowanych społeczności. Od lat, gdy podróżuję autobusem albo samolotem, wraca do mnie ta sama fantazja. Ja i nieznani sobie nawzajem pasażerowie zostajemy uprowadzeni, wyrwani z codzienności i bliskich relacji, zmuszeni do życia razem na odległej wyspie albo w innej zamkniętej przestrzeni. Mamy równe szanse i to samo przeznaczenie: być rozpoznanym. Nie poznanym czy uznanym, wybitnym liderem albo sprawnym podwładnym. Być naprawdę rozpoznanym, ostatecznie wolnym.

.

W dwudziestodwugodzinnej podróży do Moskwy najpiękniejsza jest szklanka, którą może wypożyczyć każdy pasażer. W metalowym uchwycie odbijają się wspomnienia dzieciństwa.

Nagle sentymentalny, pytam kierownika pociągu, czy szklankę można kupić. Można, za osiemset sześćdziesiąt rubli. To może kiedyś. W pociągu Polonez jest łazienka z prysznicem. Dziecko we mnie chce się wykąpać, ale dorosły jest czysty i odmawia. Na drzwiach w czteroosobowym przedziale znajduje się lustro, w które wmontowany jest wizjer. Napatrzeć się nie mogę. Jest nas trzech. Ja, rzeźnik Grzegorz i Cyryl, ojciec trójki synów, dumny, że przewozi w walizce komplet dziesięciu noży chirurgicznych. Wyciąga je i prezentuje, chociaż nikt o to nie prosi.

Granica Terespol–Brześć. Białoruskie celniczki sprawdzają paszporty i wizy. Pytają, czy przewozimy w bagażach nielegalne przedmioty. Nikt nic nie przewozi, żadnych noży. Otwierają plecaki i torby, macają od niechcenia, zamykają. Każą nam wyjść na korytarz. Z zapalonymi latarkami przeszukują przedział.

– Czyje lekarstwa leżą na podłodze? – pyta celniczka po białorusku.

Panowie zaprzeczają ruchem głowy. Naśladuję współpasażerów, bo nie zrozumiałem pytania. Gdy po raz trzeci nikt nie przyznaje się do pakunku, rzeźnik Grzegorz tłumaczy na polski, że pod moim siedzeniem leży reklamówka, a w niej mała papierowa torba z lekarstwami. Schylam się.

– Moje leki, no tak, ale to legalne, nie zrozumiałem pytania, musiały wypaść z plecaka.

Im szybciej wypowiadam słowa, tym mocniej czerwieni mi się twarz. Celniczki wołają koleżankę i kolegę. Otwierają każde opakowanie, wyciągają ulotki i czytają skład. Co chwila zerkają do grubego czarnego segregatora, by sprawdzić, czy lekarstwa nie zawierają zakazanych substancji.

Siedem lat temu rozbolało mnie gardło i nie przestało boleć przez następne dwa lata. Zwiedziłem gabinety laryngologów, lekarzy medycyny chińskiej i naturalnej. Leczyłem się na zapalenie gardła, refluks, zatoki, paciorkowce, gronkowce, grzyby i inne, nieistniejące choroby. Zgodziłem się, by wyrwano mi migdałki, i nic. Gardło zaczęło boleć akurat wtedy, gdy skończył się mój wieloletni związek, gdy rzuciłem dwie prace, a z trzeciej mnie wyrzucono, gdy po dziesięciu latach spędzonych w Poznaniu wyprowadziłem się do Wrocławia. Poszedłem więc na terapie w różnych nurtach i formach, by leczyć się z powodów psychosomatycznych. Szukałem tego, co nie zostało wyrażone i zalega w gardle, szukałem niepotrzebnie wykrzyczanego, które zraniło, i nic. Ból odzywał się co kilkanaście tygodni i zostawał, czasami na długie miesiące. Wrócił w grudniu, dwa miesiące przed podróżą. Ponowne wizyty u lekarzy, antybiotyki, pędzlowanie gardła szałwią, gencjaną, solą, srebrem koloidalnym, wodą utlenioną, wysuszanie i nawilżanie, zmiana diety, wywar z brzozy, kuracje witaminami, tabletki, syropy, spreje, reiki, ssanie wszystkiego, co koncerny farmaceutyczne wypuściły do ssania. I nic. To właśnie z powodu bólu gardła zabrałem ze sobą małą apteczkę.

Celniczki wczytują się w skład leków. Co chwila zerkają na mnie, kłamcę i prawdopodobnie narkomana. Uśmiecham się, jakbym stał w kolejce do lunaparku. Przybieram pozy i grymasy, które w mojej wyobraźni są naturalne i stoją w opozycji do póz i grymasów narkomana, co musi sprawiać wrażenie karykaturalnej sztuczności. Współpasażerowie zdają się zaciekawieni całą sytuacją, zwłaszcza nożownik Cyryl. Czytanie ulotek leków dobiega końca, celniczki zwracają mi podręczną apteczkę i każą ponownie otworzyć plecak. Wybebeszają go kilkoma pozbawionymi miłosierdzia ruchami. Znika misterna konstrukcja rzeczy różnych, układanych według planu i porządku, tak by najmniej potrzebne umieścić najniżej.

Pociąg wraz z pasażerami zostaje uniesiony – zmiana podwozia ze względu na szerszy rozstaw szyn na Białorusi. Trwa to prawie godzinę i wiąże się z koniecznością przyswojenia różnych przerażających dźwięków i doznań, głównie szarpania. Kładę się.

Nożownik Cyryl wysiada zaraz za granicą i zostaję z rzeźnikiem Grzegorzem. Nie przyznaję się, że nie jem mięsa, bo Grzegorz jedzie do pracy. Nigdy nie przypuszczał, że będzie pracował w Rosji, brał pod uwagę Niemcy, Szwecję i Norwegię, w których lepiej płacą. Ale okazało się, że w Rosji nie trzeba się przejmować związkami zawodowymi. Najdłużej pracował siedemdziesiąt osiem dni, ciągiem, po dwanaście godzin dziennie, dwanaście euro za godzinę. Można zarobić więcej niż na Zachodzie. Tylko że jak jego kolega miał wypadek, to szybko się dowiedział, że wypadek wydarzył się w domu, nie w pracy. Ale dla Grzegorza to drobiazg. Jest serdecznym rzeźnikiem; gdy mówi o pracy, uśmiecha się całą twarzą, a oczami najbardziej. Wysiada w Smoleńsku i zostaję sam.

Moskwa. Wynająłem pokój u Antona i jego żony, którzy mieszkają przy ulicy Skakowej. Tanio i blisko dworca. Zostawiam bagaże i biegnę na plac Czerwony. Przed wyruszeniem w podróż zwinąłem tęczową flagę w cienki rulon i spakowałem do plecaka, ale w ostatniej chwili stchórzyłem. Teraz, stojąc pod cerkwią Wasyla Błogosławionego z kolorowymi kopułami, żałuję, że flaga została w Polsce. Zrobiłbym sobie z nią zdjęcie, jak Tilda Swinton w odpowiedzi na homofobiczną ustawę wprowadzoną przez Putina[2]. Osoby LGBTQIA pozbawione są tutaj prawa do szacunku, godności, wyrażania swoich uczuć w miejscach publicznych, zawierania związków partnerskich czy małżeństw, a przede wszystkim podstawowego prawa do widzialności, obecności w przestrzeni publicznej i zazwyczaj również prywatnej. Rodzicom, nauczycielom czy psychologom, którzy wspierają dziecko homoseksualne, grożą kary finansowe i ostracyzm społeczny. Od 2013 roku dozwolone są tradycyjne kontakty seksualne, natomiast za propagowanie nietradycyjnych zachowań seksualnych można zostać ukaranym grzywną do pięćdziesięciu tysięcy rubli, a jeśli sprawcą jest osoba prawna, grzywna może wynieść nawet milion rubli. Jeśli obcokrajowiec zaprezentuje społeczności rosyjskiej symbol tęczy, może zostać deportowany, a przed deportacją skazany na piętnaście dni aresztu. Niektórzy w Rosji uważają, że osoby homoseksualne nie istnieją, władza natomiast pragnie, by nie istniały, czym zezwala na dyskryminację i przemoc.

Zapada noc. Spaceruję zamarzniętymi ulicami miasta. Wpatruję się w twarze kobiet i mężczyzn i próbuję odgadnąć, kto z nich musi się ukrywać. Jutro wyjeżdżam z Moskwy, nic mnie tu nie trzyma.

Jedna z dwunastu linii metra biegnie po okręgu wokół centrum stolicy. Nazywana jest pierścieniem albo obwodem, oznaczona kolorem brązowym i cyfrą pięć. Wysiadam na stacji Komsomolskaja. Barokowy hol, a w nim kolumny korynckie, malowidła, mozaiki i płaskorzeźby. Na żółtym suficie żyrandole. Mam ochotę włożyć kapcie. Wbiegam na schody ruchome, w uniesieniu. Za chwilę spełni się marzenie: pojadę koleją transsyberyjską. Wbiegam kolejne dwa schodki. Patrzy na mnie ponury mężczyzna, poważnie patrzy, możliwe, że życzy mi śmierci. To mnie zatrzymuje. Może być agentem Służb Wywiadu Zagranicznego Federacji Rosyjskiej. Jestem śledzony, od kiedy przekroczyłem granicę polsko-białoruską. Stoję, a umysł podrzuca myśl, że biegłbym dalej ruchomymi schodami, gdyby nie ciężki plecak. Zmniejsza to odrobinę dyskomfort związany z wyparciem prawdy, że od ciężkiego plecaka znacznie bardziej obciążają mnie obawy o to, jak będę postrzegany przez zupełnie nieznanych mi ludzi, których prawdopodobnie nigdy już w życiu nie zobaczę.

Wyjeżdżam na powierzchnię z miną poważną i godną. Mężczyzna kieruje się w stronę Dworca Leningradzkiego. Albo nie jest agentem, albo śledzi mnie już kolejny. Mija dziesiąta. Lubię być odrobinę wcześniej – zarówno przed odjazdem pociągu, jak i przed umówionym spotkaniem. Wizja, w której ktoś na mnie czeka, jest znacznie bardziej przerażająca od czekania na kogoś, nawet jeśli tym kimś jest pociąg. Mam czas na kawę i zwiedzanie. Pociąg relacji Moskwa–Władywostok odjeżdża o trzynastej dwadzieścia. Przede mną trzy godziny i dwadzieścia minut. To jest to moje odrobinę wcześniej.

Dworzec Jarosławski jest początkiem najdłuższej na świecie linii kolejowej, która ciągnie się przez ponad dziewięć tysięcy kilometrów i przecina osiem stref czasowych. Na piętrze znajduje się coś na kształt poczekalnio-jadalni. Poszukuję wegańskiej restauracji. Króluje mięso. Są kanapki, ale tylko z wędliną lub z serem. Z dań wegańskich kawa i herbata, które zamawiam wraz z dodatkami, czyli kaszą gryczaną, pajdą chleba i suchą bułką. Sprzedawczyni patrzy na mnie podejrzliwie, ale do transakcji dochodzi. Posilony i napojony, obchodzę dworzec, wielokrotnie. Znajduję sklep spożywczy, w którym kupuję wodę i jagodziankę, niewegańską, będzie na zaś.

Już czas. Na peronie czwartym wita mnie westalka w czerwonym uniformie, dostojna prowadnica wagonu numer dziewięć. Sprawdza bilet, paszport i pozwala wejść na pokład.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przypisy

[1] oddziel jasne od słońca

biegnie od drogi

twoje od moje

moje od?

[oddziel jasne od słońca], Krystyna Miłobędzka, gubione, Biuro Literackie, Wrocław 2008.

[2] „Czy jest normalny i nienormalny głód? Normalne i nienormalne pragnienie? Co to za świat i co to za ludzie, którzy decydują za dorosłego człowieka, kogo i jak wolno mu kochać? Czy to nie zahamowani seksualnie i obarczeni kompleksem niższości ustawodawcy zawsze najgłośniej krzyczą o »zdrowych odruchach narodu«?” – Heinz Heger, Mężczyźni z różowym trójkątem, przełożyła Alicja Rosenau, KARTA, Warszawa 2016.

Projekt okładki i zdjęcie autoraMagda Kuc
ZdjęciaRobert Rient
Projekt layoutuPiotr Gidlewski
RedakcjaWojciech Górnaś/Redaktornia.com
KorektaElżbieta Górnaś/Redaktornia.com, Hanna Trubicka
Skład i łamanieTYPO 2 Jolanta Ugorowska
Copyright © by Robert Rient, 2018 Copyright © Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2018
Wielka Litera Sp. z o.o. ul. Kosiarzy 37/53 02-953 Warszawa
POBIERZ NA TELEFON APLIKACJĘ WIELKA LITERA ARAplikacja WielkaLitera wykorzystuje technologię rozszerzonej rzeczywistości (AR) i umożliwia odtwarzanie wideo, audio oraz e-booków, a także przekierowuje na wybrane strony www. Aplikacja WielkaLitera jest dostępna w wersjach na Android oraz iOS. Pobierz ją za darmo i zobacz więcej.
Konwersja: eLitera s.c.