Wydawca: Bernardinum Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 485 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Prywatna wojna Rosy - Rosy Canale, Emanuela Zuccala

Pierwsza książka na polskim rynku wydawniczym, która pokazuje, czym naprawdę jest kalabryjska mafia. To głos prawdy wydobywający się ze środka piekła. Prawdziwa historia młodej kobiety, która buntuje się przeciw ’ndranghecie – najpotężniejszej organizacji przestępczej we Włoszech. Przejmująca opowieść Rosy Canale rzuca nowe światło na rzeczywistość, panującą w miasteczku San Luca, położonym na południu Włoch, kolebce ’ndranghety. W książce splatają się niezwykle intrygujące życiorysy kobiet żyjących w Kalabrii – żon, matek, sióstr ofiar, pochłoniętych przez mafię. Poruszająca, wciągająca, zapadająca w pamięć historia, w której dobro wychodzi na spotkanie ze złem i rzuca mu wyzwanie.



ROSY CANALE jest założycielką i przewodniczącą Ruchu Kobiet z San Luca i Locride, stowarzyszenia non profit, które promuje projekty społeczne na terenie o wysokim stężeniu mafijnym. W roku 2008 zdobyła nagrodę Premio per la Legalità gminy Locri. Jej historią zainteresowały się największe włoskie i zagraniczne gazety.



EMANUELA ZUCCALÀ jest dziennikarką Io donna, tygodnika Corriere della Sera. Zdobyła wiele włoskich i międzynarodowych nagród za artykuły dotyczące łamania praw kobiet i dzieci (między innymi Premio Enzo Baldoni Prowincji Mediolanu i For Diversity. Against Discrimination Award Komisji Europejskiej). W wydawnictwie Paoline opublikowała Risvegliato dai lupi, reportaż z więzień włoskich (2005) oraz Sopravvissuta ad Auschwitz (2011).

Opinie o ebooku Prywatna wojna Rosy - Rosy Canale, Emanuela Zuccala

Cytaty z ebooka Prywatna wojna Rosy - Rosy Canale, Emanuela Zuccala

Myśleli, że to będzie miły gest wobec kolegów spokrewnionych z Pelle". Ale gazety wymieniły całą serię rzekomych precedensów: w październiku 1997 roku zachowano minutę ciszy podczas meczu Locri-Sciacca po śmierci Cosima Cordì, wujka dwóch piłkarzy z Locri, a także rzekomego bossa zabitego w zasadzce; w 2004 roku, podczas gdy grały Strongoli i Isola Capo Rizzuto, minutę ciszy na stadionie dedykowano zmarłemu Carmine Arenie, uważanemu za wybitną osobistość ’ndranghety z Crotone.
Są parą ze stali. Z gatunku tych rzadkich par, u których nie wiadomo, gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie. Szanują się nawzajem i po ponad dwudziestu latach nadal patrzą na siebie z miłością i zaskoczeniem w oczach. Teresa podejmuje decyzje tylko wspólnie z Giovannim, a on ją czci jak boginię z niebios.

Fragment ebooka Prywatna wojna Rosy - Rosy Canale, Emanuela Zuccala

Dla Micol, Angela i Lidii. Z całą moją miłością

Rosy Canale

Dla mojego ojca Michele’a, członka pierwszej Antymafijnej Komisji Parlamentarnej (1969-1976)

Emanuela

PROLOG

ROSY

Obudziłam się w białym pokoju.

Wszystko było białe.

Lekko przechylając głowę, próbowałam spojrzeć na swoje ciało. Moje ciało również było białe. Być może przykrywało je prześcieradło.

Pomyślałam – no tak, nie żyję. Ale w głębi siebie, w głębi tego, co ze mnie zostało, nie odczuwałam ani życia, ani śmierci.

Wszystko było białe.

A ja czułam, że ta biel mnie pożera, że rozpuszczam się w bezkolorze, którego jestem zanikającym odcieniem.

Nie byłam w stanie dostrzec zarysu łóżka, komódki, gwoździa na ścianie, okna.

Wszystko było białe.

Jeden obraz zakłóca tę absolutną biel. Nie pytaj mnie, czy to jawa, czy sen.

To mój ojciec, który wchodzi do pokoju, odwraca się w moim kierunku, patrzy na mnie, upada na podłogę.

Człowiek w mundurze chwyta go za ramiona, podnosi, wyprowadza.

Jak za białą mgłą. Twarz mojego ojca wydała mi się taka sama jak dawno temu, jak w dniu, który już wymazałam z pamięci – miałam piętnaście lat, uciekłam z domu, wskoczyłam do pociągu jadącego do Rzymu. Mój ojciec przyjechał, żeby mnie zabrać do domu. Stał tam, z moim wujkiem, na stacji metra Colli Albani, i z daleka machał do mnie ręką.

Przepraszam, nie mogę powstrzymać płaczu.

Nie pytaj mnie o nic więcej. Nic więcej nie pamiętam.

TERESA

A więc postanowiłam, że na pogrzeb ubierzemy się wszyscy na biało.

Członkom mojej rodziny powiedziałam: musimy pokonać zło. Zło zaślepia.

Biel jest czystością. Niewinnością. Głęboki ból zostaje w nas na zawsze, ale my musimy umieć przekształcać go w nadzieję i wybaczenie.

Przyjechaliśmy do kościoła ubrani na biało, aby zło się skończyło.

Mój syn Francesco był niewinny. Mój brat Sebastiano był niewinny.

Wszyscy wiemy, że to była rzeź niewiniątek. Dotknęła wielu osób. Tak jak zabili mojego syna, mogli zabić dzieci którejkolwiek matki.

W Duisburgu padło sześciu niewinnych ludzi. Słuszne jest wołanie: „Dość!", i tak samo słuszne jest, żebyśmy my, kobiety, znalazły siłę, aby powstrzymać zło.

Biel dała nam nadzieję. Pomogła nam stworzyć atmosferę przebaczenia w naszej społeczności.

Napisano, że jakoby powstrzymałam wendetę, że moja biała koszulka była przesłaniem skierowanym do kogoś konkretnego.

To nieprawda.

Biel nie była niczym innym, jak tylko zaprzeczeniem nienawiści.

Gdybyśmy nadal czynili zło i karmili nienawiść, zniszczylibyśmy się sami jako pierwsi.

ANTONIA

Proszę wejść, pokażę pani pokój Marca.

Słucham? Podoba się pani tiulowa lamówka tej białej narzuty?

Proszę sobie wyobrazić, że jest częścią posagu, tego na użytek codzienny.

Tego ranka, kiedy mój syn wyjechał do Niemiec, zmieniłam mu pościel – poszwę na kołdrę, powłokę materaca.

Nie lubię koloru białego, ale ta narzuta znalazła się wśród tkanin, które moja matka zostawiła mi w posagu. Proszę sobie wyobrazić, że nigdy nie kładłam jej na moim łóżku, nie podobała mi się.

Tamtego sierpniowego ranka położyłam ją na łóżku Marca. Tak się złożyło.

Kilka dni temu wyprałam ją pierwszy raz, po latach, i położyłam znów na łóżku małżeńskim, gdzie mój syn bawił się z bratankami, a ja śmiałam się i mówiłam mu: „Dla mnie ty też jesteś dzieckiem".

I tak, niezamierzenie, przybrałam w biel łóżko mojego syna na krótko, zanim został zabity.

Ta biel jest jak jego czysta dusza, jak ten mnich, który ukazał mi się trzy dni przed rzezią we śnie, w którym ktoś chciał zabić trzech niewinnych ludzi, a ja biegłam, biegłam...

Ta biel jest jak niewinność Marca. Bo mój syn był niewinnym chłopcem. I będę to powtarzać, póki starczy mi życia.

Część pierwsza

WSZYSTKO BYŁO BIAŁE

I

BOŻE NARODZENIE W DOMU RODZINY DE STEFANO

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam zabitego człowieka, miałam piętnaście lat. Albo może szesnaście. Nie pamiętam roku. Mógł być 1988.

Pod moim domem znajdował się warsztat samochodowy. Pracował w nim pewien chłopak.

Któregoś letniego popołudnia leżę wyciągnięta na łóżku w moim pokoju, nagle słyszę hałas, jakby opuszczano mocnym szarpnięciem kratę. Jakby rytmicznie uderzano w obsuwającą się blachę.

Tratatatatatatatata.

Ciotka Santa, sąsiadka, krzyczy na schodach: U ’mma zzaru, u ’mmazzaru!

Zabili go.

W domu panuje zamieszanie. Moja matka otwiera drzwi. Wchodzi ciotka Santa i wybucha płaczem.

Podchodzimy do okna. Przy wejściu do warsztatu leży ciało chłopaka odwrócone na bok, w pozycji płodowej, w kałuży krwi, która rozpływa się w zwolnionym tempie.

Moja matka dłońmi zasłania usta, oczy ma pełne łez. Nic nie mówi. Wszyscy sąsiedzi podeszli do okien, aby popatrzeć na ten nowy akt widowiska, które miasto oferuje nam od jakiegoś czasu całkiem za darmo.

Nadjeżdżają samochody, policjanci w mundurach. Jakiś człowiek rzuca się na zwłoki i mruczy coś, czego nie słyszę. Może krzyczy.

Na środku sceny pojawia się trumna, kilka osób chwyta zmarłego za ubranie i wrzuca go do środka, jak worek. Trumna się oddala.

Kobieta z pierwszego piętra wylewa z balkonu wiadro wody na kałużę krwi. Ale ta woda nie ma mocy niczego zmyć, wręcz przeciwnie, rozrzedza krew, wzburza ją w fioletowawy potok, który plugawi ulicę.

Nadjeżdżają strażacy, aby rozproszyć ten straszliwy widok.

Myślę tylko o krwi, wsiąkającej w ziemię wokół mojego domu, o tragicznym strumieniu, który na swoich falach przenosi ślady człowieka. Jego życie.

Miałam piętnaście lat. Albo może szesnaście. Reggio Calabria to był Dziki Zachód. Żyliśmy obok śmierci. W każdej chwili czuliśmy na karku ponury podmuch, którego nie potrafiliśmy nazwać. Toczyła się właśnie druga wojna klanów.

Gdy chodziłam po ulicach, widywałam białe prześcieradła zakrywające trupy, blade dłonie i buty wystające spod całunów, przypominające, że tam pod spodem leży człowiek. Kolejny zabity.

„Bądźcie uważni, miejcie oczy otwarte, patrzcie, gdzie stawiacie kroki" – powtarzała nam moja matka z obsesyjnym uporem. Zawsze znajdowała jakiś dobry powód, żeby zatrzymać w domu mnie i mojego brata, a kiedy wychodziliśmy, obowiązywał nas bezwzględny nakaz powrotu o zmierzchu.

Ale w owym czasie ’ndrangheta rzetelnie wykonywała swoją brudną robotę. Jeżeli chodziło jej o ciebie, killer patrzył ci prosto w twarz i celował z pistoletu tylko w ciebie, nawet jeśli znajdowałeś się na placu wśród dwóch tysięcy osób. Rzadko się myliła. A dwa tysiące otaczających ciebie ludzi nic nie widziało i nic nie słyszało.

Dzisiaj ’ndrangheta jest inna. W 2007 roku w Duisburgu strzelano do całej grupy, tak jak się strzela do dzików na polowaniu w Aspromonte.

Druga wojna klanów w Reggio Calabria była konfliktem rozwiązywanym z wielką precyzją, walką między rodzinami, powolną, rytmiczną destrukcją – ty mnie, a ja ciebie; dwoje z moich i dwoje z twoich. Matematyczne obliczenia bez skazy.

Latem 1991 roku Reggio przeliczało swoich zabitych: ponad sześciuset w ciągu sześciu lat. Ziemia zamieniona w ludzką rzeźnię.

Wendeta nad Cieśniną oraz seria uprowadzeń w rejonie Locride przypominały Włochom o istnieniu mafii kalabryjskiej, postrzeganej nadal jako biedna i niewyrafinowana siostra mafii sycylijskiej. Kraj usłyszał pierwszy raz słowo ’ndrangheta latem 1955 roku, kiedy rząd wysłał z Triestu do Reggio Carmela Marzano – „żelaznego komendanta" – który miał zrobić czystkę wśród przestępców, uważanych za epigonów zbójników, a więc należących do rasy na wymarciu. Marzano łudził się, że w ciągu zaledwie pięćdziesięciu siedmiu dni udało mu się wyplenić klany, dokonawszy dwustu sześćdziesięciu jeden aresztowań i oczyściwszy szeregi policji ze skorumpowanych funkcjonariuszy.

Państwo odśpiewało hymn zwycięstwa. Nic nie zrozumiało z ’ndranghety.

Aby zrozumieć, jak mocno klany są wrośnięte w społeczeństwo i mentalność kalabryjską, wystarczyłoby zastanowić się głęboko nad słowami Corrada Alvaro1, wielkiego pisarza i intelektualisty z San Luca, który właśnie tamtej jesieni 1955 roku zauważał w Corriere della Sera: „W wyniku panującego wśród nas pomieszania pojęć, takich jak sprawiedliwość i niesprawiedliwość, błąd i prawo, legalność i nielegalność, z powodu rzeczywistych i rzekomych nadużyć tych, którzy w jakiś sposób byli u władzy, nie uważano za niewygodne pokazywanie się w towarzystwie członków ’ndranghety".

I tak pod koniec lat pięćdziesiątych mafia kalabryjska popada w zapomnienie narodowe i może kwitnąć bez przeszkód. Bogaci się dzięki przemytowi papierosów, wyłudzeniom, wykorzystywaniu przetargów państwowych, uprowadzeniom. Aż do wybuchu pierwszej wojny ’ndranghety w latach siedemdziesiątych, tego fizjologicznego starcia między starym a nowym, które prędzej czy później dotyka każdy system. To niemożliwy dialog między pokoleniem ojców chrzestnych, takich jak Antonio Macrì – człowiek staroświecki, przeciwny porwaniom i handlowi narkotykami, a wyłaniającymi się klanami z Piana di Gioia Tauro, z San Luca i Plati, rodziną De Stefano z Reggio.

Macrì zostaje zabity w 1975 roku. Jego delfin Mico Tripodo kończy tak samo rok później w przychodni więzienia Poggioreale w Neapolu, uśmiercony przez killerów, którzy działają w zmowie z Nową Camorrą Zorganizowaną Raffaela Cutolo.

Pierwsza wojna klanów pozostawia na polu bitwy dziewięćdziesięciu trzech zabitych w roku 1975, stu jeden w 1976. Zostaje przerwana, a później, w roku 1977, wznowiona zasadzką na capobastone Giorgia De Stefano, trafionego w plecy pośród świerków Aspromonte. Berło po nim przejmuje jego brat Paolo i następuje zawieszenie broni. Ale nie potrwa ono długo.

Urodziłam się w 1972 roku. Miałam trzynaście lat, kiedy wybuchła druga wojna ’ndranghety.

Pierwszy akt tego dramatu wystawiony zostaje 11 października 1985 roku przed siedzibą towarzystwa ubezpieczeniowego Italia Assicurazioni w Villa San Giovanni. Antonino Imerti, zwany Nano feroce2, stary znajomy mojej rodziny, unika wybuchu bomby w samochodzie-pułapce, który ma wyeliminować właśnie jego, a tymczasem zabija trzech jego ochroniarzy. Wtedy właśnie po raz pierwszy w Kalabrii zostaje użyta zdalnie sterowana bomba.

Mówi się, że boss z Fiumary di Muro stał się zbyt arogancki, że jego utopijne wizje o ekspansji zaczęły drażnić rodzinę De Stefano z Reggio, z którą Imerti był powiązany. Nadszedł moment, by położyć łapy na przetargach publicznych, począwszy od planowanego mostu nad Cieśniną. Gruba sprawa. Nie ma tu miejsca dla tych, którzy odstępują od reguł i wcześniej ustalonych ról.

Ale Imertiemu udaje się przeżyć, a dwa dni później czterech płatnych morderców zabija Paola De Stefano, absolutnego monarchę w Reggio. Zasadzka ma miejsce pod jego własnym domem w dzielnicy Archi, aby jasno pokazać, że rywale są zdolni przeniknąć do samego serca cytadeli króla.

Wybucha otwarta wojna o kontrolę nad miastem. Wrogie rodziny walczą nawet o chodniki, jak w przypadku corso3 Garibaldiego, gdzie handlarze z prawej strony płacą haracz jednemu stronnictwu, a ci z lewej przeciwnej frakcji.

Mapa ma wyraźne kontury – strefa północna Archi-Pentimele, zwana Bronxem Reggio, pozostaje w królestwie rodziny De Stefano, sprzymierzonej z rodzinami Tegano, Latella z Pellaro, Barreca, Paviglianiti, Zito. Do grupy należy także rodzina Libri, która zarządza innym kawałkiem strefy północnej – bliżej centrum, w San Giovannello i w Eremo della Consolazione. Przemieśćmy się wyżej, w kierunku Ospedali Riuniti – rządzi tam wroga rodzina Condello, satelita Imertich, wraz z rodzinami Saraceno, Fontana, Rosmini. Serraino to władcy wyższej strefy południowej, czyli dzielnicy Arangea, za lotniskiem. Południowa strefa wybrzeża jest natomiast terytorium rodziny Labate, która trzyma z klanem De Stefano.

Wychowałam się na południu, przy viale Calabria. Wówczas te trzy kilometry, które łączą groblę rzeki Calopinace ze strefą południową, w kierunku lotniska, były tylko stertą ziemi i kamieni. Tutaj rozciąga się królestwo rodziny Labate, od zawsze przezywanej Ti mangiu4 – niezbyt wyrafinowana metafora, pokazująca, jak bardzo się ich obawiano. Wiele razy słyszałam, jak mówiono: „Cca non si movi fogghia5, jeśli Labate sobie tego nie życzą".

Mieszkałam z rodziną w lokalu na czwartym piętrze, między centralną a dolną częścią dzielnicy Sbarre. Mam jeszcze przed oczami niekończące się ogrody, które ustąpiły później miejsca alei i nowym budynkom.

Mój ojciec Angelo jest kolejarzem, synem kolejarza; dziadek Giovanni był antyfaszystą, podczas dwudziestolecia międzywojennego nie chciał się podporządkować i zesłano go na odludzie. Babcia Rosa została sama z dziewięciorgiem dzieci, najmłodsze miało trzy lata. Od państwa dostała dwa mieszkania w dzielnicy kolejarzy, zwanej także dzielnicą Ceci, w centralnej części Sbarre. W miejscu tym skoncentrowały się bunty w 1970 i 1971 roku, czyli powstania w Reggio w sprawie przeniesienia stolicy regionu kalabryjskiego do Catanzaro, i moja babcia znalazła się wbrew woli w samym centrum historii.

Mój ojciec i moi wujowie uczestniczyli w protestach, jak wszyscy mieszkańcy Reggio, którzy wtedy to miasto kochali. Mój ojciec Angelo był jednym z tych, którzy ciskali kamieniami: w dwutomowej książce Buio a Reggio6 jest zdjęcie, na którym go widać – bardzo młodego, wśród powstańców.

Ja noszę imię po babci Rosie. Gdy patrzyłam na jej zdjęcia z młodości, zawsze wydawało mi się, że się w nich przeglądam, tak bardzo byłyśmy do siebie podobne. Nazywano ją faccia i paradisu7, ale wewnątrz kryła niespotykaną determinację. W rodzinie do legendy przeszedł epizod, kiedy jako siedemnastolatka chwyciła strzelbę ojca i po wsiach Nicotery, gdzie się wychowała, strzelała do pasterza, który ją uporczywie nękał. Kiedy dorosła i została żoną i matką, to ona zarządzała domem. To ona wydzielała porcje przy stole w czasie czarnego głodu.

W latach osiemdziesiątych Reggio wydawało się jeszcze miastem slumsów. Minęły dziesięciolecia od trzęsienia ziemi z 1908 roku, ale tym, żeby rzucić je znów na kolana, zajęły się inne zjawiska naturalne. Piętnastego października 1951 roku wylała rzeka Ancinale i górne dorzecze Petrace, rozpętując apokalipsę na południu Kalabrii: ponad siedemdziesiąt ofiar, cztery tysiące pięćset osób bez dachu nad głową, prawie tysiąc siedemset domów zmiecionych przez furię wody. W 1953 roku, znów w październiku, kolejna katastrofalna powódź: w prowincji Reggio było ponad sto ofiar, tysiąc dwieście zostało bez dachu nad głową. Śmierci te nie wywołały sensacji, ani też nie wzbudziły zaciekawienia badaczy zjawisk społecznych. Moje miasto, tak jak cała Kalabria, było odległym miejscem, którym nie trzeba się przejmować.

Trzydzieści lat później Reggio trwało odarte ze swej starożytnej, już tylko mitologicznej urody. Gabriele D’Annunzio8 nazwał tutejszy nadmorski deptak „najpiękniejszym kilometrem Włoch", z kamienicami w stylu liberty, panoramą Sycylii i wspaniałymi latarniami z kutego żelaza, które w pewnym momencie gmina postanowiła sprzedać urzędowi miejskiemu w Nicei, żeby na tym zarobić.

Moje miasto zostało okryte architektoniczną hańbą: barakowiska przetrwały od czasów trzęsienia ziemi z początku stulecia, dławiło nas budownicze bezprawie i wszechobecne śmieci.

Reggio takie już zostało, niemal pozbawione zmysłu piękna i pogrążone w bagnie bylejakości. Niewykończone domy, z widocznymi gołymi cegłami i koślawymi drutami wystającymi z cementowych słupów, tworzą krajobraz, do którego się ze smutkiem przyzwyczailiśmy, może nawet przywiązaliśmy. I wiemy, że wewnątrz wielu z tych szkieletów pysznią się marmury, pozłacane krany, drzwi z orzechowca i wanny z hydromasażem.

Kiedy byłam dziewczyną, o zachodzie słońca spontanicznie nastawała godzina policyjna. Po strzelaninie, w której ktoś ginął, spodziewano się reakcji rywalizujących ze sobą rodzin. Zamykaliśmy się więc wszyscy w domu.

Któregoś wieczora, gdy jedliśmy kolację na świeżym powietrzu na balkonie u mojej ciotki, zobaczyliśmy nagle wysoki płomień, po którym nastąpił ogłuszający wybuch. To sklep z owocami i warzywami wyleciał w powietrze. Napiliśmy się wody z cukrem, żeby dodać sobie animuszu i wróciliśmy do domu, skręcając w inne niż zwykle uliczki, żeby tylko nie natknąć się na policję, straż pożarną i uliczne korki.

Byłam przyzwyczajona do tego systemu. To była rutyna. Żyliśmy w samym sercu zniszczenia, w rytmicznym i ponurym napięciu. Budziliśmy się rano z tkwiącym w naszych głowach pytaniem – ilu dziś zabiją?

Pierwsze strony gazet wyglądały jak szachownice nekrologów. Zdjęcia zabitych, wydobywane z dowodów osobistych, na których spojrzenia gasną w nieruchomym wyrazie twarzy, były otoczone ramką zawsze takich samych słów. Patrzyliśmy, szukaliśmy kogoś, kogo znamy. Czasem znajdowaliśmy.

Tak nam właśnie kazali dorastać i tak żyć: państwo włoskie i panowie ’ndranghetisti. Kazali nam istnieć tak, jakbyśmy byli donicami z terakoty zmuszonymi do podróży w towarzystwie wielu donic z żelaza. My też toczyliśmy wojnę, nie chwytając za strzelby. Ogarnął nas popłoch, prawdziwy strach i niemoc. Odczuwaliśmy zmęczenie faktem, że zostaliśmy wessani do teatru, po którego scenie nikt z nas nie chciałby nigdy stąpać, ale ktoś umieścił nas w środku tego dramatu, jak statystów w scenach pozbawionych wszelkiej ludzkiej logiki.

Czuliśmy się jak dzieci gorszego włoskiego genu.

Tymczasem tak zwany Dekret z Reggio z maja 1989 roku, obowiązujący do tej pory, przeznaczał sześćset miliardów starych lirów na stworzenie infrastruktury i miejsc pracy na terytorium objętym przemocą. Dwudziestego siódmego sierpnia 1989 roku w Bocale został zabity Lodovico Ligato, były prezes Ferrovie dello Stato9. A w gminie Villa San Giovanni rozegrał się ostatni, mrożący krew w żyłach, rozdział mafijnego konfliktu – zabójstwo sędziego z Campo Calabro, Antonina Scopellitiego, sędziego Prokuratury Generalnej w Sądzie Kasacyjnym. Dziewiątego sierpnia 1991 roku Scopelliti był na wakacjach i przygotowywał oddalenie odwołań złożonych przez sycylijskich bossów skazanych w wielkim procesie przeciw cosa nostrze w Palermo. Zdaje się, że w tym przypadku ’ndrangheta kalabryjska była zbrojnym ramieniem mafii sycylijskiej, która w zamian starała się doprowadzić do podpisania zawieszenia broni między rodzinami z Reggio.

Wiele rzeczy opowiadano na temat dynamiki mafijnego pokoju, istniały nawet napuszone wersje, mówiące o autorytatywnej ingerencji z zewnątrz. Jedna z wersji głosi wręcz, że aby położyć kres drugiej wojnie ’ndranghety przyjechał wpływowy rozjemca ze Stanów Zjednoczonych. Inna wersja opowiada o bossie z cosa nostry Totò Riinie, który przekroczył Cieśninę Mesyńską w habicie zakonnika, aby rozwiązać problem. Wersja najbardziej wiarygodna wskazuje natomiast na Antonia Nirtę il Diplomatico, historycznego ojca chrzestnego z San Luca, jako orędownika rozejmu i poręczyciela za rodzinę De Stefano.

Wtedy po raz pierwszy usłyszałam o San Luca.

Konflikt pozostawił pole walki umazane krwią, ale pozbawione zwycięzców i pokonanych, a chodziło o pokój z wygody. Aby móc poprowadzić nowy, owocny biznes narkotykowy, konieczne było wygaszenie reflektorów. Koniec z trupami. Praca została wstrzymana przez masakry, trzeba było podjąć ją czym prędzej na nowo.

Klany rozdzieliły między siebie strefy wpływów według nowych schematów. Kilka lat później, podczas wielkiej operacji Olimpia, Dyrekcja Antymafijna z Reggio napisała, że miasto zostało powierzone dwóm grupom po pięćdziesiąt procent: Condello, Serraino i Rosmini z jednej strony; De Stefano i Libri z drugiej. Utworzona została „komisja prowincjonalna" z przedstawicielami obszaru tyrreńskiego, pasa wewnętrznego, strefy jońskiej i miasta Reggio.

Na jakiś czas krew przestała brudzić moje miasto.

Skruszeni opowiadają, że podczas mediacji pomiędzy dwiema armiami fundamentalną rolę odegrał inny capobastone10 z San Luca, Antonio Pelle, zwany Gambazza – postać, która dziś, po krętych ścieżkach wytyczonych przez przeznaczenie, w końcu stanęła na mojej drodze.

Tak. Przeznaczenie jest dziwne. Prawie groteskowe, jeśli chodzi o zbiegi okoliczności, którymi ciska ci w twarz.

Byłam studentką uniwersytetu w Pizie i moje powroty do Reggio na Boże Narodzenie były podróżami nadziei. Studiowałam na wydziale języków i literatury obcej, między Placem Cudów a Piazza dei Cavalieri, gdzie wznosiła się surowo „La Normale"11, nieprzenikniona twierdza elitarnej kultury. Miałam kuzyna, który studiował w Pizie. Moje losy uniwersyteckie były oczywiście podporządkowane jego obecności w mieście, mój ojciec inaczej by się na to nie zgodził.

Jak wszyscy przyjezdni studenci, w większości południowcy, koło 20 grudnia wsiadałam do Freccia del Sud, pociągu linii Turyn–Palermo, do wagonu drugiej klasy bez rezerwacji miejsc, i rozpoczynałam podróż do Kalabrii. Siedziałam na swojej walizce, wciskając kolana między inne dwadzieścia osób stojących w przejściu między toaletami a korytarzem. Powietrze było obrzydliwą mieszanką oddechu, potu, moczu, zastałego dymu papierosów.

Kiedy zapadał zmrok, przesuwające się pode mną szyny zaczynały intensywnie pulsować, wybijając synkopowany rytm wokół mojego ciała.

W korytarzu ktoś klął, bo ktoś go potrącił łokciem, albo dlatego, że ktoś próbował pokonać tę masę ludzką, depcząc po głowach i kończynach. Ja słuchałam muzyki z walkmana na kasety, dopóki głos Madonny nie zmieniał się w baryton, gdy baterie mnie opuszczały. Wówczas opierałam głowę o rozchwianą ścianę pociągu i starałam się odpocząć.

W sercu nocy, kiedy wreszcie krzepła zawieszona cisza, lubiłam słuchać gwizdu zawiadowcy stacji, który zezwalał na przejazd, i czuć jak pociąg nabiera prędkości. Kochałam myśl o tym, że moje ciało przemieszcza się przez odmienne krajobrazy, kiedy ja nie poruszam przy tym ani jednym mięśniem.

O świcie byliśmy już daleko na Południu – na stacji, która symbolicznie wyznaczała granicę geograficzną i emocjonalną. Na stacji tej pukanie w mikrofon anonsowało głos, który z wyraźnym kalabryjskim akcentem budził nas wszystkich z otępienia niespokojnej nocy: ’Ibbo Pizzo! Stazioni i Vibbo Pizzoooooo! Otóż to, w Vibbo Pizzo Kalabria witała mnie ponownie swoim śpiewem głosów na przydechu, przypominając, że przekroczyłam próg innego wymiaru.

Koło Bagnary pociąg skręcał i nagle pojawiał się ostro zarysowany czubek włoskiego buta i krawędź Sycylii. To było moje Reggio, w tej chwili wydawało mi się olśniewające. Podniecenie neutralizowało moje zmęczenie długą podróżą w tym bydlęcym wagonie.

Nadjeżdżałam, aby znów przejąć we władanie moje miasto.

Na dworcu czekała na mnie moja przyjaciółka Luisa. Wysoka, jasnowłosa, efektowna. Luisa była wcieleniem femme fatale. Mężczyźni z wątłym poczuciem wartości chcieliby mieć ją u swego boku jak trofeum, którym chwalić się można podczas uroczystych okazji. Dzieliłam z nią chleb i sen, gdy w wieku osiemnastu lat wierzyłam jeszcze, że cztery koła, dziesięć tysięcy lirów w kieszeni i światła dyskoteki wystarczą, aby podbić świat. Ale świat, ten prawdziwy, był odległy o lata świetlne od Reggio Calabria – miasta, które nie sięgało wzrokiem poza własne granice.

Z Luisą spędzałyśmy wieczory, krążąc samochodem, paląc papierosy, słuchając przejmującego głosu Mii Martini12 i opowiadając sobie o tym, co zdarzyło się nam w dniach rozłąki.

W czasie jednego z tych wieczorów flirtowałam w pewnym lokalu z chłopakiem o słodkich oczach. Palił cygaro, dodawało mu to męskości. Nigdy wcześniej nie widziałam go w mieście; ani jego, ani jego trzech przyjaciół: Nina, Antonia i Giuseppe. Wystarczyło nam kilka minut, żeby się zapoznać.

Ten wieczór był magiczny, od tej pory chłopak o słodkich oczach nie tracił żadnej okazji, żeby się ze mną zobaczyć. Spędzaliśmy razem mnóstwo czasu w lokalach i dyskotekach, jedząc ciepłe rogaliki o świcie.

Był bardzo zżyty ze swoim przyjacielem Giuseppe, przyjeżdżali i odjeżdżali tym samym samochodem i wydawało się, że żyją w symbiozie bardziej niż braterskiej.

Słodkooki używał uprzejmych słów, miał eleganckie i ujmujące maniery, jego pełne skrępowania zainteresowanie moją osobą było oczywiste. Ja się świetnie bawiłam i o niczym nie myślałam. W restauracji, w dyskotece, w barze – ja i Luisa byłyśmy zawsze mile widzianymi gośćmi dla tych rycerzy, którzy traktowali nas ze staroświecką elegancją. Słodkooki mówił mi o sobie, o swojej pracy, o tym, jak spędza dni, podczas gdy za jego plecami Giuseppe robił sympatyczne miny, żartując sobie z niego bezlitośnie.

Chłopcy pili szampana, ja, przy mojej nietolerancji alkoholu, wybierałam tylko sok brzoskwiniowy. Przy każdej kolejce zamawialiśmy jedną butelkę szampana i sok dla mnie – pod koniec wieczoru mój brzuch był jak bulgoczący staw.

Czasem jeździliśmy moim samochodem, wówczas ja prowadziłam, a Giuseppe siadał koło mnie.

Pewnego wieczoru ja i Słodkooki znaleźliśmy się sami, bez załogi. Następnego dnia zostałam przedstawiona grupie. Zwłaszcza Giuseppe traktował mnie z nieoczekiwaną serdecznością. To on był przywódcą towarzystwa, znał mnóstwo osób, wszyscy mu się kłaniali. On decydował, do którego miejsca się szło ,i kiedy się z niego wychodziło.

Pewnego wieczoru zorganizował rozgrywki karciane w swoim domu, jak to się zwykło robić w okresie bożonarodzeniowym. Podobno mieszkał w willi i było tam wystarczająco dużo miejsca, żeby wszystkich pomieścić. Ja i Luisa byłyśmy naturalnie zaproszone.

Stawiłyśmy się na spotkaniu przy Piazza De Nava. Słodkooki promieniał.

Chłopcy wsiedli do samochodu pożyczonego od mojego brata, do mechanicznej pokraki – forda escorta (diesel 1600) z magnetofonem, który prawowity właściciel traktował jak wynalazek techniki ostatniej generacji.

Pokrążyliśmy po mieście, a później ruszyliśmy do domu Giuseppe. Z pasa biegnącego tuż nad portem skierowaliśmy się na północ Reggio i przejechaliśmy przez Pentimele, obok hali sportowej. Budynki stojące wzdłuż ulicy miały niedokończone fasady, ale balkony były udekorowane bożonarodzeniowymi światłami w tysiącu kolorach. Nie było wśród nich dwóch takich samych – parada dzwoneczków, świętych mikołajów, reniferów z saniami i zwykłych kolorowych żarówek.

Giuseppe pokazywał mi drogę. Słodkooki siedział obok mnie – po raz pierwszy.

Dojechaliśmy na trasę provinciale13 i skręciliśmy w kierunku morza. Po mojej prawej stronie prześwitywała willa otoczona wysokimi murami, zasłaniającymi ją od strony ulicy.

Zaparkowałam, zgasiłam silnik i zaczęłam wyciągać radio, żeby odruchowo schować je pod maskę, jak zawsze. Z tylnego siedzenia usłyszałam, jak Giuseppe mówi: „Możesz zostawić je podłączone". „Żartujesz?", zaśmiałam się. „Tylko tego by jeszcze brakowało, żeby ukradli radio mojemu bratu. Wiesz, co ja bym później miała?".

A on poważnym tonem, którego nigdy wcześniej u niego nie słyszałam: „Możesz zostawić otwarty samochód i kluczyki w stacyjce, tutaj nikt niczego nie dotknie". Wysiadł, a ja nadal próbowałam wyciągnąć sprzęt. Perspektywa znoszenia wrzasków mojego brata w wypadku ewentualnej kradzieży nie pozwalała mi tej sprawy zlekceważyć.

Słodkooki zbeształ mnie zaniepokojony: „Obraziłaś go, w ogóle nie myślisz o tym, co mówisz. Czy ty nie rozumiesz, kim jest Giuseppe?".

Patrzyłam na niego oszołomiona. Mężczyzna kierował do mnie mocne słowa, których nie rozumiałam.

Weszliśmy do willi. Przy wejściu, wysoko po lewej stronie, sześć czarno-białych monitorów transmitowało obraz otoczenia budynku. Obejrzałam się na Słodkookiego: „W tym domu mają po jednym telewizorze na głowę?". On jakby skamieniał, ja nadal się śmiałam. Dopiero później zdałam sobie sprawę, że ekrany były częścią prywatnego system nadzoru.

Salon był ogromny i kipiał od przepychu. Każdy przedmiot był stylowy, wyeksponowany w miejscu, gdzie najlepiej wyglądał. Czekali na nas inni chłopcy, których nigdy wcześniej nie widziałam.

Popatrzyłam na Luisę. Ona popatrzyła na mnie.

Byłyśmy w Archi, w domu Paola De Stefano, capo dei capi14, zamordowanego w 1985 roku.

Giuseppe był jego synem.

Podczas gdy mężczyźni odkorkowywali butelki szampana, tak jakby odpakowywali cukierki, stojąc w kręgu, wznosili toast za życie, za Boże Narodzenie, ale przede wszystkim za rozejm w wojnie klanów, który pozwolił im znów wychylić nosy z domów, ja i Luisa zapadałyśmy się w kwaśną miękkość zielonej kanapy. I śmiałyśmy się nerwowo.

W rzeczywistości byłyśmy zdezorientowane i nieporadnie szukałyśmy sposobu, byle jakiego, żeby nie dać tego po sobie poznać. Tę straszliwą wojnę wszyscy przeżyliśmy tak, jak oni – z innej perspektywy, ale jednakowo boleśnie. Byliśmy poddani reżimowi okrutnego niepokoju, który przeniknął do naszych domów, do codziennej pracy, do naszych nocnych myśli, zanieczyszczając każdą przestrzeń zastałym smrodem przerażenia.

Pozwolono im na to. Wszyscy na to pozwoliliśmy. Wszyscy milczeliśmy. Być może dlatego, że byliśmy sami.

Co mogli zrobić uczciwi ludzie z Reggio Calabria, aby odzyskać swoje miasto? Uzbroić się? Uciec się do tego samego, skażonego języka?

Poszukując jakiegokolwiek zajęcia, które pozwoliłoby nam zacząć myśleć o czymś innym, ja i Luisa zaczęłyśmy bezmyślnie obliczać wartość domowego wyposażenia, przeliczając je na ludzkie życia. Ona mi mówiła: „Widzisz tę kanapę? Jeśli ją wyciśniesz, wypłynie krew, kosztowała przynajmniej pięciu zabitych. A żyrandol? Popatrz na niego. Przynajmniej dziesięciu zabitych".

Ogarniała mnie wściekłość. Odczuwam ją nadal po dwudziestu latach, kiedy myślę o tamtym wieczorze. A tymczasem Słodkooki, stojąc koło stołu, uśmiechał się do mnie z triumfalnym wyrazem twarzy, jakby chciał mi powiedzieć: „Widzisz, gdzie cię przyprowadziłem?".

Pragnęłam uciec jak najdalej, ale nie chciałam, żeby zauważyli moje zdegustowanie i pełen bólu dystans.

Obok Giuseppe stała cały czas dziewczyna – najmłodsza z czterech sióstr, najbardziej z nich lodowata, zupełnie wyjątkowa. Znałyśmy się od małego, jak wszyscy rówieśnicy w mieście, ze wspólnych imprez i spacerów – z życiowych spotkań pozbawionych treści. Ona już wybrała swoje przeznaczenie i podążała za nim z uporem zakochanej kobiety. Pragnęła tylko jego – Peppe, który zgodnie z zasadami ’ndranghety miał poślubić pewną młodą dziewczynę z San Luca. Takie wówczas krążyły głosy. Ale jej udało się naruszyć wzniosłe umowy i zamazać obietnice wyryte w kamieniu, żeby tylko mieć go dla siebie – sytuacja wyjątkowa, niemal wywrotowa dla wielkiego rodu ’ndrine. Prawdziwa miłość, która umiała pokonać nawet aranżowane małżeństwo, dzięki któremu miało się zawiązać nowe przymierze.

’Ndrangheta wiele traciła ze swego feudalnego dziedzictwa, utkanego z kodeksów i nienaruszalnych rodowych rytuałów, kawałek po kawałku. Następowała biologiczna metamorfoza, nadejście nowych pokoleń kładło kres niektórym ceremoniałom, lub raczej wybierało ze zbioru ojcowskich praw te, które dało się przełożyć na nowoczesne strategie kryminalne, pozostałe były jedynie obciążeniem. I jasne było, że Giuseppe De Stefano cieszył się na tyle ważną pozycją, żeby samemu wymyślać nowe reguły, łącznie z tą pozwalającą mu na niezależny wybór kobiety, którą poprowadzi do ołtarza. Jego władza nie wymagała żadnych układów.

I tak oto wielka miłość tej dziewczyny stała się dla niego wielkim krzyżem.

Nie wybiera się mężczyzny, którego się pokocha, tak jak nie możemy wybrać miejsca, w którym się rodzimy, ani nazwiska, jakie nosimy. Dzieje się to po prostu i nie może być niczyją winą. Ale pokochać mężczyznę o niewygodnym nazwisku jest rozdzierające. Będziesz wyczekiwać, wstrzymując oddech, aż ktoś zapuka do drzwi i ci go odbierze, a każda spędzona z nim chwila może być tą ostatnią. Wydasz na świat dzieci, zdrowych nosicieli tego nazwiska i tej historii, dzieci, które naznaczone zostaną na zawsze jako mafijni spadkobiercy. A ty sama skończysz jak niewolnica czasu zawieszonego między jednym więziennym widzeniem a drugim, przez szybę wstawioną na mocy ustawy 41 bis15, po której twoje pieszczoty mogą się tylko ześlizgiwać, a te pięćdziesiąt dziewięć minut pełne wypranych słów wyda ci się nieskończonością, ponieważ trwać będą w twoim umyśle przez kolejne trzydzieści dni, jak automatyczna sekretarka, która powtarza na okrągło te same słowa, zanim odezwie się prawdziwy głos. Będziesz spać sama w łóżku pozbawionym namiętności i uczuć, pod ciężarem tysiąca myśli, które będą wędrować po twojej poduszce jak armia jadowitych mrówek.

Gardzę zabójcą, ale nie osądzam kobiety, która kocha i która zawsze znajdzie powód, aby iść przed siebie. Bez względu na to, czy to prawdziwa miłość, czy choroba.

Poznałam wiele kobiet będących w związku z mężczyznami ze świata przestępczości zorganizowanej. Myśląc o ich miłości, zastanawiam się, jakie bogactwo i jaka władza mogłyby kiedykolwiek zrównoważyć czas poszarpanego życia, spędzonego na czekaniu i na wychowywaniu dzieci, które teraz są już sierotami. Gubiąc powoli ślady mężczyzny, którego się kocha, wśród tylu podsłuchanych, odczytanych, poronionych słów.

Często dziewczęta nie są świadome tych straszliwych komplikacji lub po prostu wolą ich nie zauważać, uwiedzione i pochwycone przez środowisko wszechmocy oraz łatwych i obfitych pieniędzy. Więzienie i samotność majaczą tylko czasami jak dalekie widma. Są to jednak rzeczywiste etapy wytyczonego szlaku – nieuniknionego przeznaczenia.

Zastanawiam się też, czy miłość kobiety ma tyle siły, żeby odkupić złowrogi i krwawy wybór mężczyzny, czy też zbrodnia to wrodzone powołanie, którego nie sposób odrzucić. Nawet jeśli się patrzy prosto w oczy własnej żonie i dzieciom.

Giuseppe De Stefano został pozbawiony władzy rodzicielskiej jeszcze przed aresztowaniem. Było to zarządzenie bez precedensu we włoskim systemie sprawiedliwości, wydane przez sąd dla nieletnich w Reggio Calabria, który w październiku 2008 roku pisał o nim: „Zbyt długi okres życia w ukryciu pozbawił jego dzieci niezbędnej figury ojca i roli, jaką jest on powołany odgrywać w zrównoważonym kształtowaniu ich charakteru". Poza tym istniało ryzyko, zdaniem sędziów, że tego typu rodzic „sprawi, że dzieci staną się niewolnikami logiki zachowania i władzy mafijnej". Był to policzek wymierzony przez sprawiedliwość ’ndrinom16, które na prokreacji, także podczas życia w ukryciu, opierają ciągłość swojego dominium.

Decyzji tej nie podzielała jednak żona, ona wytrwała u jego boku aż do samego końca. Była razem z nim i dwojgiem dzieci w dniu jego aresztowania, 10 grudnia 2008 roku, w mieszkaniu w dzielnicy Pietrastorta w Reggio. De Stefano miał trzydzieści dziewięć lat i ukrywał się od 2003 roku, skazany za handel narkotykami, przynależność do grupy przestępczej o charakterze mafijnym i zabójstwo.

Wiele razy wyobrażałam sobie, że z nim rozmawiam, ja i on na wzgórzu Fortino di Pentimele, które wznosi się nad Reggio – twarzą w twarz, jesteśmy sami, nieuzbrojeni, bez podsłuchów i świadków, na środku ogromnej polany, przed nami Sycylia na wyciągnięcie ręki, a za plecami nasze miasto – paradoksalnie wspólne tło dla naszych historii z dwóch przeciwległych biegunów. Wyobrażam sobie, jak spoglądam mu w oczy, już bez masek i osłon, i pytam: „Dlaczego? Po co cały ten ból, od którego ty sam nie zdołałeś się uchronić?".

Przemoc pozostawiła bruzdy od swoich szponów na naszym ciele. Nasze dusze są przykurczone od kopnięć i pięści tych, którzy chcieli nam rozkazywać. Ale czyżby ten, kto uderzył pięścią, zapomniał już o moich ustach pełnych krwi tamtej wiosennej nocy? Czy moje jęki rozpłynęły się w nurtach Cieśniny, czy też rozbrzmiewają jeszcze w jego uszach jak ponura pieśń pogrzebowa?

Nie mogę, nie chcę w to uwierzyć – czy naprawdę staliśmy się tak nieludzcy?

Kto wie, czy De Stefano pamięta ostatnie słowa, jakie wypowiedział Giuseppe Spinella, zanim na jego oczach osunął się na ziemię. Trzydziestoletni przyjaciel umarł 2 września 1994 roku w kanale pod via Lia, za dzielnicą Archi. Kolejny chłopak, którego znałam, wyeliminowany podczas próby siły. Spinella wszedł do dyskoteki uzbrojony w pistolet, wystrzelił w powietrze, ludzie rzucili się w panice na podłogę. Władcy terytorium nie mogli pozwolić, żeby ktoś się zachowywał jak pan i władca w ich własnym domu.

Kto wie, czy De Stefano pamięta jęki przyjaciela, który na klęczkach odliczał ostatnie chwile, zanim nie dobił go strzał w głowę. Jakie to wykroczenie mogło stanowić równowartość życia młodego przyjaciela i ojca?

Gdyby tylko zechciał, Giuseppe De Stefano mógłby zapisać nową stronę historii Reggio Calabria. Postanowił jednak nadal plamić krwią dziennik naszego życia.

I ja też musiałam ją przelać.

Aż do chwili aresztowania uznawany był za absolutnego władcę ’ndranghety nad Cieśniną. W 2010 roku w protokołach śledztwa Meta17, prowadzonego przez Antymafijną Dyrekcję Śledczą w Reggio, jeden ze skruszonych, Roberto Moio, opisuje go jako najbardziej wpływową postać w mieście, stojącą na „bardzo wysokim stopniu w hierarchii ’ndranghety, niezależną od wuja Orazio", który był z kolei zbyt uzależniony od innych rodzin. Ale nie Giuseppe, on woli działać sam, bo wie, że żaden inny klan nie dorównuje jego władzy. Jest jedynym autentycznym spadkobiercą ojca Paola i jego dynastii.

Dwudziestego kwietnia 2011 roku w więzieniu w Tolmezzo, gdzie jest przetrzymywany zgodnie z ustawą 41 bis, były boss z Archi prosi, aby wysłuchali go prokurator Giuseppe Lombardo i ówczesny szef prokuratury w Reggio, Giuseppe Pignatone. Jest to końcowa faza dochodzenia Meta, którego za daniem była rekonstrukcja hierarchii ’ndranghety i prześwietlenie nowych struktur przestępczych w Reggio w ostatnim dwudziestoleciu.

Przed sędziami De Stefano wypiera się swojej przynależności: „Ja z ’ndranghetą nie miałem nigdy nic wspólnego i nikt" – mówi – „nikt nigdy nie podszedł do mnie, żeby zapytać, czy chcę należeć do ’ndranghety, czy nie".

Podobna przemowa, aż nazbyt klarowna w obronnym zaprzeczeniu, nigdy nie padłaby z ust ojca chrzestnego dawnego pokolenia. Taki był jego brat Carmine, aresztowany w 2001 roku w dzielnicy sypialnej w Arghilla, północnej części Reggio, gdzie stoją domy komunalne i mieszkają Cyganie. Nadjeżdża policja, otwiera drzwi, mężczyzna staje w wejściu nieuzbrojony, jak przystoi prawdziwemu capo18. Pytają go: „Czy pan jest Carmine De Stefano?". On odpowiada: „Tak, jestem synem świętej pamięci Paola", i wyciąga ręce, żeby mogli mu założyć kajdanki. Nie ucieka, nie dodaje zbędnych słów, nie pyta. Człowiek honoru do samego końca. Opowiadał mi to ktoś, kto był tam w chwili aresztowania i uczestniczył w tej filmowej scenie w stylu Ojca chrzestnego. Godnej mężczyzn stojących ponad czasem i ponad rzeczywistością, którzy chcą zmienić bieg historii.

Giuseppe De Stefano nagle naprawdę zmienia historię Reggio Calabria, gwałtownie zaprzecza swojej wszechwładzy, mówi, że skruszeni bredzą, gdy twierdzą, że podczas pobytu w więzieniu został rzekomo awansowany na stanowisko crimine w organizacji. Crimine razem z contabile przyjmują rozkazy wyłącznie od capo bastone, najważniejszego władcy terytorium. Contabile inwestuje pieniądze i wypłaca pensje członkom, crimine zarządza tak zwaną grupą ogniową i brudzi sobie ręce, planując zbrodnie korzystne dla dobrobytu lub bezpieczeństwa ’ndriny, czyli rodziny przestępczej.

Ale on temu zaprzecza. Oczyszcza całą trzydziestoletnią sagę swojej rodziny, począwszy od legendarnej triady braci honoru, noszących przezwisko brzmiące jak homerycki epitet – Arcoti, pochodzące od nazwy zarządzanej przez nich dzielnicy Archi: Giovanni De Stefano, zabity w 1974 roku przez oddział komandosów rywala Mica Tripodo w Roof Garden, barze na deptaku nadmorskim w Reggio, Giorgio De Stefano, zabity w 1977 roku w zasadzce w Aspromonte, Paolo De Stefano, ojciec Giuseppe, zabity w 1985 roku przed własnym domem.

„Płacę wysoką cenę", mówi jeszcze do prokuratora Lombardo. „Dziś pragnąłbym tylko dużo, bardzo dużo pogody ducha i prawowitości dla moich dzieci, bo ja jej już mieć nie mogę". Schować się w cieniu, oto czego by chciał. Albo zniknąć, teraz, kiedy wszystko zdaje się być skończone: „Nie ma w tym żadnej manii wielkości", podkreśla. „Bo jeśli chodzi o manię wielkości, to my... Moja rodzina wie lepiej niż inni, co to znaczy cierpienie spowodowane nazwiskiem, wielkością, historią".

Ale jakie to nazwisko, jaka wielkość, jaka historia?

„A kto dowodzi w Reggio?", pyta go prokurator.

„Dottore, kto dowodzi w Reggio?", otrząsa się nagle De Stefano. „Co za pytania mi pan zadaje, dottore Lombardo? Ja mam to panu powiedzieć? To pan mi może powiedzieć..."

„Pytam pana i ma pan prawo nie odpowiadać".

„Poraził mnie pan tym pytaniem, dottore... Kto dowodzi w Reggio... Piękne pytanie mi pan zadał..."

1 Corrado Alvaro (1895-1956), włoski pisarz i dziennikarz, w latach trzydziestych XX wieku występował przeciw faszyzmowi, przez co musiał opuścić Włochy, do których powrócił dopiero po zakończeniu II wojny światowej. Jako jeden z pierwszych pisarzy zaczął pisać o kalabryjskiej mafii (przypisy, jeśli nie zaznaczono inaczej, pochodzą od tłumaczki).
2 Okrutny karzeł (wł.).
3 Corso (wł.) – główna ulica w mieście, aleja.
4 Zjem cię (dial. kalabr.).
5 Tu nawet liść nie zadrży (dial. kalabr.).
6Ciemność w Reggio (wł.).
7 Rajska twarz.
8 Gabriele D’Annunzio (1863-1938) – jeden z największych pisarzy i poetów włoskich, uważany często za prekursora włoskiego faszyzmu, był dowódcą oddziałów ochotniczych, które zajęły miasto Rijekę. Po sojuszu Włoch z III Rzeszą odszedł od Mussoliniego. Jego najsłynniejsza powieść to Triumf śmierci.
9 Koleje Państwowe.
10Capobastone – głowa lokalnej rodziny mafijnej w Kalabrii.
11 „La Normale” – jedna z najbardziej prestiżowych włoskich uczelni, założona w Pizie przez Napoleona w 1810 roku.
12 Mia Martini – (1947-1995) włoska piosenkarka, tragicznie zmarła w Rzymie, popularna przez prawie cztery dziesięciolecia, znana z niezwykłej wrażliwości, wywarła ogromny wpływ na współczesną muzykę włoską.
13 Provinciale – droga regionalna.
14Capo dei capi (wł.) – dosł. szef szefów: szef mafii, najwyżej stojący przywódca mafijny.
15 Ustawa wprowadzająca ostry reżim więzienny dla członków mafii.
16’Ndrina (dial. kalabr.) – rodzina; podstawowa jednostka mafii kalabryjskiej będącej siecią powiązanych ze sobą rodzin.
17 Z wł. „meta”, nazwa jednego z procesów śledczych dotyczących przestępczości mafijnej.
18Capo (wł.) – szef, przywódca.

II

KATEDRA

Urodziłam się pewnego majowego dnia w Reggio Calabria, w miejscu mojego przeznaczenia, gdzie miałam dorastać tak jak moja matka, moje babki, ciotki i wszystkie inne kobiety z mojej rodziny. Być może było zapisane, że tam też miałam umrzeć.

Moja matka Lidia miała trzydzieści sześć lat – późny poród jak na kobietę z Południa na początku lat siedemdziesiątych. Jej młodsze siostry i kuzynki były mężatkami i matkami już od jakiegoś czasu, ale ona początkowo wybrała drogę modlitwy i medytacji.

Lidia urodziła się w Fiumarze di Muro, wiejskim miasteczku niezbyt oddalonym od Villa San Giovanni, portowej osady, gdzie wsiada się na pokład promu płynącego w kierunku Sycylii. Przedostatnia z siedmiorga dzieci, trzecia z trzech sióstr, była najbardziej związana z rodziną. Kobieta wątła, drobnej budowy, o bardzo długich włosach, które spływały splecione w warkocze wzdłuż jej bioder. Posłuszna, pełna szacunku i pracowita. Mawiano o niej: Bucca avi e parola no1.

Lidiuzza dorastała powściągliwa – różaniec w dłoni, szerokie spódnice w kwiaty i buty na obcasie fler przywiezione w prezencie przez mojego dziadka z podróży na Północ. Miała szczere oczy i spojrzenie kogoś, kto został wychowany do zaufania – Bogu, braciom, ojcu. Zawsze był w to zamieszany jakiś mężczyzna. Ktoś, kto by ją prowadził, kontrolował, upoważniał.

Lidia modliła się, haftowała, a w letnie popołudnia spacerowała z kuzynkami aż do tabernakulum Świętej Mateńki naprzeciw miasteczkowej poczty. Jeszcze teraz do jej najdroższych zdjęć należą te, na których jako dziewczyna uśmiecha się, oparta o murek ogrodzenia, i trzyma w dłoni kwiaty lawendy i różyczki, które przynosiła do kościoła w porze nabożeństwa. Jej życie toczyło się między klasztorem sióstr a ostatnim pokojem po lewej stronie za salonem z kamienną posadzką w dużym domu przy via Tobruk. Aż spotkała mojego ojca.

Jej matka, babka Maria, wychowywana była przez bezdzietną ciotkę. Kiedyś był taki zwyczaj, że jeśli w rodzinie była bezpłodna siostra, jedno z siostrzeńców czy bratanków mieszkało razem z nią. Adopcja w obrębie tej samej rodziny, bez papierów, bez sądów, wzmacniała więzy rodzinne.

I zdarzyło się, że pewna ciotka zabrała do siebie Marię i zamieszkały w Bovalino nad morzem, tuż pod San Luca. I dorosła na wzgórzach Aspromonte. Tam nauczyła się modlić, haftować i gotować – jak wszystkie kobiety z okolicy.

Moja babcia dobrze znała sanktuarium w Polsi. Była tak oddana Matce Boskiej Górskiej, że nie przepuszczała żadnej okazji, aby Ją przyzywać i składać Jej dziękczynienie. Kazała mi siadać na schodach między dwoma wejściami, gdzie powietrze jest chłodniejsze i opowiadała mi, jak co roku, odkąd pamięta, w pierwszych dniach września wyruszała pieszo w nocy, z chlebem zawiązanym w chustkę, do „Pięknej Panienki" z kumą z San Luca, która ją bierzmowała. Od dziecka Maria miała za zadanie trzymać w dłoni pochodnię, która nie była niczym innym jak gałęzią drzewka cytrynowego z ciasno przywiązaną na czubku szmatką z juty, nasączoną smołą. Wujek szedł u jej boku, ale to ona prowadziła grupę, ostrzegała przed dużymi kamieniami, chłodnymi strumykami i korzeniami. Dda puzza l’aiu ancora nto nasu2, mówiła mi. Zdawało jej się, że czuje jeszcze w nozdrzach uderzający zapach spalonej smoły.

Znała ścieżkę wśród skał jak własny dom i śmiejąc się, wyznawała mi przyciszonym głosem, że nawet z zawiązanymi oczami odnalazłaby właściwą drogę do Polsi. Ta ścieżka rozpościerała się najpierw w niej, a dopiero później w lasach Aspromonte.

Opisywała płynący przez gęstą czerń dębów strumień pochodni, które poruszały się jak wibrujące świetliki. Śpiewy i modlitwy intonowane przez kobiety podczas drogi w lekkim poblasku księżyca. Wiele z nich składało śluby, że dojdą aż do sanktuarium boso, a później podejdą do ołtarza na kolanach, płacząc i modląc się. Niektóre sunęły nawet po podłodze językiem od wejścia do kościoła aż do gabloty, która osłania Najświętszą Matkę.

Była pierwsza połowa dwudziestego wieku.

Dom Marii miał troje dużych drzwi wychodzących na ulicę. Środkowym wejściem przechodziło się do domowego korytarza, natomiast z lewej strony kamienne schody o wysokich i nieregularnych stopniach prowadziły na niższe piętra, które były odrębnymi galaktykami. Pokonując pierwszą rampę, napotykało się okno bez szyb i okiennic, zakryte tylko kratą z zardzewiałego żelaza, przy którym wyobrażałam sobie zawsze, że znajduję się w prawdziwym zamku. Dostępu do składu ziaren pilnowały ciemne i kruche drewniane drzwi, pożarte przez korniki i upływające lata, na których wisieli święci Kosma i Damian oraz Matka Boska Karmelitańska. Wysoko, jako ochrona, dominował święty Michał Archanioł.

Było to wejście do komnaty sekretów, Maria trzymała tam nasiona, stare meble, skrzynie wypchane ubraniami, a później beczki, równo ustawione po prawej stronie. Ściany nosiły na sobie ślady czasu, podczas gdy z dachu opadały w szeregu wieńce pomidorków jak naszyjniki z cynobrowych pereł, dodające barw zimie. Przez inkrustowaną szybę spiżarni dostrzegałam skorupy fig, które moja babcia nawlekała na pałeczki z trzciny rzecznej – suszyła je latem na lnianych prześcieradłach rozpostartych na starych sieciach, nakrywszy je białym tiulem, aby nie zjadły ich muchy.

Schodząc po schodach, cieszyłam się już zapachem tej nieprzebranej przestrzeni, która miała posmak moszczu, drewna i starości. Tam nawet kurz miał swój smak i wartość.

Na coraz niższych stopniach prowadzących do kurnika stały worki pełne pszenicy i twardej żółtej kukurydzy. Maria brała po trochu z każdego worka i mieszała wszystko w dużym, brzydko pachnącym wiadrze, w którym leżały resztki jedzenia z bieżącego dnia i szykowała posiłek dla zwierząt. „Dzień dobry paniom", ze śmiechem witała wysiadujące kury, siedzące równo na drewnianych piętrach jak w pociesznej ptasiej kamienicy. Umierałam ze strachu, że mnie podziobią, ale moja babcia brała mnie za rękę i prowadziła za sobą, a ja zbierałam jajka, które układałyśmy później w głębokim koszyku wyłożonym liśćmi jak miękką poduszeczką. Zbierałyśmy ich zawsze bardzo dużo, a w drodze powrotnej Maria chciała, żebym to ja niosła cenny łup, ona zaś trzymała mnie za rękę.

Ten dom był katedrą. Każdy kąt, tam gdzie to tylko było możliwe, ustrojony był świętymi i Maryjami.

W jadalni, która wychodziła na piazza di Fiumara, dwa ogromne obrazy ze świętą Łucją i Matką Boską Bolesną wisiały nad kredensami. Obrazy niepokojące, w posępnych barwach, które doskonale oddawały męczeństwo jednej i cierpienie drugiej. Dominowały nad pokojem jak skrzydła ołtarza w miejscu kultu, nadając wnętrzu atmosferę absolutnej surowości.

Niżej, zawieszony na maszynie do szycia i pokryty przezroczystą torebką, wisiał kalendarz z ojcem Pio, a w nim zdanie, które towarzyszyło mi przez całe życie: „Kiedy się kocha, poświęcenie nie istnieje". W niedzielne popołudnia, gdy siedziałam przed ogniem pachnącym skórką pomarańczową, na tym zdaniu uczyłam się czytać, rozpoznawać samogłoski i spółgłoski. Sens słów dotarł później. Kiedy zostałam matką.

Obok kalendarza zakonnika – Matka Boska odcinająca się od niebieściutkiego tła nieba. Tło kłóciło się z przypalonym i nasyconym brązem figurki, jej oblicze było ciemne, wyraz twarzy kamienny. W porównaniu z łaską i łagodnością, jakie wyrażały przedstawienia Maryi Panny, do których byłam przyzwyczajona, ta była tak grubiańska, że wydawała mi się wręcz brzydka. I zastanawiałam się, czy Matka Boska może być brzydka.

Repertuar świętych obrazków w tym domu był tak różnorodny, że z biegiem czasu zdobyłam w tej kwestii wiedzę akademicką. W pokoju Lidii była nawet Matka Boska z Loreto, wizerunek Maryi Panny rozsławiony przez Rafaela w szesnastym wieku, prawdziwa perełka dla pasjonatów. Ale spośród nich żadna nie wydawała mi się tak szorstka jak brązowa Matka Boska, która kaleczyła niebieskie niebo. Była to słynna Matka Boska Górska w – delikatnie mówiąc – potwornej reprodukcji z tego okresu.

A jednak to ona była Piękną Panienką, obok której wyrosła Maria. Świętą Matką, która popychała ją nocą do lasu z kawałkiem chleba nasączonym oliwą w chusteczce zawiązanej u boku. Kiedy opowiadała mi o marszu, o kościółku wbitym w stromą dolinę, o śpiewach i tarantelach3 świętujących ludzi, umiałam sobie pięknie wyobrazić wszystko, oprócz tej Matki Boskiej, której nadal się bałam.

Któregoś dnia znalazłam w szufladzie mniejszą ikonę Matki Boskiej z Polsi. Miała bardziej ludzkie oblicze, ale była pokryta zbyt dużą ilością złota, była tak nim obwieszona, że nie byłam w stanie wyczuć jej ciała, tak jakby głowa wystawała z bezkształtnej i krzykliwej bryły naszyjników i biżuterii. Zaniepokoiła mnie jeszcze bardziej. Pobiegłam do babci i zapytałam ją: „Dlaczego ta Matka Boska jest bogata, dlaczego ma to całe złoto na sobie? Co Matce Boskiej po złocie?". Ona mi odpowiedziała: Beni meu, a Maronna non voli ricchizzi, voli i preghieri. I ricchizzi su dda terra, i preghieri su ddu cielu4. Mówiła mi, że to była wola ludzi, że obwieszali ją darami, aby podkreślić Jej wielkość – gest, który służył bardziej im samym, niż Matce Boskiej, ponieważ w niebie bogactwo jest pojęciem nieznanym.

Maria chodziła do kościoła co rano o wschodzie słońca, odmawiała różaniec o zachodzie i nie było kęsa, który podniosłaby do ust, nie podziękowawszy przedtem Bogu Ojcu. Jeden z jej braci był kapłanem, powód do chluby dla wszystkich krewnych. Nigdy nie słyszałam, żeby wymawiali jego imię. Dla wszystkich był tylko „wujkiem księdzem", duchownym, i nikim więcej. Wybór wiary wyniósł go na byt wyższy niż ludzki, był stróżem przymierza między dalekim niebem a całą ziemską rodziną. To on złączył moich rodziców w sakramencie małżeństwa w kaplicy Sakramentów w katedrze w Reggio Calabria.

Moja babcia była kochana w miasteczku, jej ogród warzywny rodził zbiory, a jej dłonie cudownie je mnożyły, tak jak kurze jajka. Była wodą i chlebem dla wszystkich, punktem odniesienia dla najsłabszych, o których troszczyła się z wielką miłością. To było jej głównym powołaniem. Często od sióstr zakonnych przejmowała pod opiekę posagi osieroconych dziewcząt i szukała owym pannom mężów. Mój dziadek szemrał, ale ona zawsze znajdowała sposób, żeby go udobruchać: „Nino, kilogram mąki a nui non ndi cambia nenti5, ale dla biednej mamy i famigghia ’nci faci a iurnata6". Kilogram mąki może zmienić twój dzień.

W sierpniu, w czasie procesji Matki Boskiej Karmelitańskiej, figura była stawiana na chwilę przy furtce Marii. Ona się kłaniała, krzyżowała dłonie na piersi, aby później skierować je ku niebu, przyzywając opiekę Maryi Panny dla swoich dzieci, dla wnucząt i dla wszystkich dobrych ludzi.

Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz usłyszałam, jak ktoś wymawia słowo ’ndrangheta. Prawdopodobnie byłam w brzuchu matki. Miasteczko, w którym mieszkała nie było znane tylko z tego, że urodził się w nim piosenkarz Mino Reitano7, który zresztą był kuzynem Lidii i temu wspólnemu miejscu ich dzieciństwa dedykował piosenkę Gente di Fiumara. Tutaj urodził się również Antonino Imerti zwany Nano feroce, opisywany przez czarne kroniki jako bezlitosny i bystry strateg świata przestępczego. Był jednym z uczniów mojej matki na katechezie. „Czego ty nauczyłaś tego chłopaczka?", śmialiśmy się ja i mój brat. A Lidia, niewinna i skupiona na wyblakłych wspomnieniach, przekonuje do dzisiaj: „To był dobry chłopiec, jego rodzina to przyzwoici ludzie".

Antonino Imerti odziedziczył berło po don Ciccio i don Rocco Furcich, wielkich starcach z Fiumary. Mówi się, że w jego ślubie z nauczycielką ze szkoły podstawowej uczestniczyli mafiosi z Palermo i Katanii, nie mówiąc o kilku przedstawicielach kamorry. Żeniąc się z kobietą, która nosiła nazwisko Condello, Imerti przypieczętował porozumienie z kolejnym słynnym klanem.

Nano stał w centrum pajęczyny mafijnej z odgałęzieniami nawet w Kanadzie, ale w wyniku pokoju mafijnego z 1991 roku w Reggio stracił swoją pierwszoplanową rolę w chaotycznej rywalizacji między ówczesnymi ’ndrinami. Po drugiej nieudanej próbie zamachu, który miał go wyeliminować, 7 lipca 1986 roku dostał kulkę w prawą nogę i zniknął na długie lata. Aresztowano go razem z jego szwagrem, Pasquale Condello, w marcu 1993 roku w pobliżu Fiumary, niedaleko jego własnego domu. Nazwisko Imerti pojawiało się w dochodzeniach dotyczących zabójstw sędziego Antonia Scopellitiego i Lodovica Ligato. Jego żona Giuseppa Condello została aresztowana już w grudniu 1990 roku, a później skazana za przynależność do grupy mafijnej – jeden z rzadkich przypadków figury kobiecej z wiodącą rolą wewnątrz ’ndranghety.

Tymczasem ukrywający się Nano feroce złożył w sądzie przysięgłych w Reggio trzydziestoośmiostronicowy memoriał, spisany odręcznie na kartkach w kratkę, w którym deklarował: „Nie jestem mafiosem, ani buntownikiem, ani antyspołecznikiem. Jeśli popełniłem jakieś błędy, zrobiłem to w młodości".

Moja matka Lidia wie, zawsze wiedziała. Jak wszyscy. Ale nie może tego zaakceptować. Odrzuca myśl o kryminalnej działalności osób, które najpierw widziała jako ludzi, a później jako władców ludzi. Wyczytuję to w jej spojrzeniu, w twarzy, która smutnieje za każdym razem, kiedy o tym rozmawiamy. Ona odsuwa myśli o tej rzece dusz umazanej krwią, często niewinną, która na jej oczach przelewała się, brudna, przez kamieniste drogi jej ukochanego miasteczka.

Lidię zawsze bolało, kiedy słyszała, jak mówi się o Fiumarze jako o kolebce przestępczości. Ona, intensywnie żyjąca tym miejscem, budująca swoje marzenia, otoczona prostymi przedmiotami i nawykami, wypełniająca czas tym, co małego i cennego Fiumara mogła zaoferować – mikroświat naturalnych relacji, wzajemną gościnność, wiarę i miłość. Trudne, a właściwie prawie niemożliwe było pogodzenie się z faktem, że tak przytłaczające zło mogło pochodzić od osób, z którymi dzieliła swoją codzienność.

Oto dlaczego Lidia wszystkich z czarno-białej epoki wspomina z miłością, w której każdy zostaje unieśmiertelniony jako „przyzwoity człowiek". To wygodna fotografia, jedyna, jaką moja matka pragnie zachować w pamięci. Ponieważ nie boli.

W Fiumarze don Ciccio Furci był osobą szanowaną. Znaną i uznaną. Wiadomo było, że prowadzi szemrane interesy, ale były to wyłącznie jego sprawy. W miasteczku niektórzy trzymali się blisko niego, inni pozdrawiali go z należytej odległości.

W pewnym momencie zdarzyło się, że brat babci Marii, wujek Nino, ożenił się z siostrą don Ciccia – ciotką Concettiną, kobietą drobną i wielce cnotliwą. Z domu nazywała się Furci, ale wujek Nino nie pozwolił nikomu w tym przeszkodzić i ślub się odbył. I tak moja matka dorastała razem ze swoimi kuzynkami, wnuczkami du capu8, traktowanymi z wielką czcią w miasteczku.

Zdarzało się nieraz, że kiedy Lidia szła do sióstr zakonnych, don Ciccio siedział przed domem, zajmując z tłumem mężczyzn opartych plecami o mur obydwa chodniki na swego rodzaju miasteczkowym biwaku, pełnym pogaduszek i papierosów. Moja matka musiałaby przejść przez ulicę, przepychając się między mężczyznami różnego wieku i przynależności. To nie było przyzwoite. Zwłaszcza dla dziewczyny z jej figurą – smukłą, ale o obfitym biuście, zatrzymującym na sobie męskie spojrzenia przez zbyt długi czas. I tak Lidia, bucca avi e parola no, przestała się kłaniać bossowi i zaczęła chodzić inną trasą, mimo iż droga do oratorium w ten sposób się wydłużała. Don Ciccio zauważył to i pewnego dnia podszedł do niej.

„Commarella, czy masz jakiś żal, że się nie witasz?" Lidia śmiała mu odpowiedzieć: „Oczywiście! To nieobyczajne, żeby – widząc przechodzącą kobietę – ci mężczyźni nie mieli na tyle przyzwoitości, aby się usunąć na bok i ją przepuścić. Czy mam ich może prosić o pozwolenie, żeby przejść ulicą mojego miasteczka, compare? Wy przykładacie tyle uwagi do moich kuzynek, waszych wnuczek, może ieu non meritu u stessu rispettu9. Dziwię się, gdyż znany jest pan jako n’omu di rispettu"10.

Don Ciccio wydał się zdziwiony, nigdy nie spodziewałby się takiej śmiałości po tej dziewczynie, która zawsze wydawała mu się delikatna i lękliwa. Usłyszawszy, jak wyciąga nawet argument szacunku wobec kobiet w rodzinie, zaczął ją przepraszać, na co moja matka, oburzona i zdenerwowana, odwróciła się i odeszła.

Wieczorem, opowiedziawszy to zdarzenie mojej babci, Lidia usłyszała upomnienie: porządna kobieta nie może prowadzić pewnych rozmów. Mój dziadek natomiast odciągnął ją na bok: Facisti bonu11, powiedział jej. „Jeśli brak im szacunku, to ty ich poustawiaj, sia chi sunnu re o malandrini"12.

Od tamtej pory kiedy tylko don Ciccio Furci widział, że na górce przy ratuszu pojawia się Lidia ze swoją torbą z haftami, gestem nakazywał wszystkim mężczyznom przesunąć się na przecznicę. Później podnosił się z krzesła i kłaniał, zdejmując czapkę. Moja matka przez jakiś czas jeszcze wybierała inną drogę, jakby po to, żeby pokazać mu, że zawsze istnieje droga alternatywna, którą można wybrać w życiu. Przechodziła, patrzyła don Ciccio prosto w oczy z wdzięcznie zarysowanym uśmiechem, jednak nadal mu się nie kłaniała.

Także Fiumara, jak San Luca, poznała znaczenie słowa wendeta. W latach osiemdziesiątych klan Nano feroce przeciwstawiał się rodzinie Zito, która, w odróżnieniu od secesjonisty Imertiego, pozostała wierna rodzinie De Stefano z Reggio.

Ja byłam wtedy mała, ale pamiętam serię zabójstw, jedno z nich miało miejsce podczas uroczystości Matki Boskiej Karmelitańskiej w drugi poniedziałek sierpnia. Po miasteczku krążyły głosy, że za plecami człowieka, który miał być ofiarą stała inna osoba, która na widok pistoletu zamieniła się w słup soli. Killer spojrzeniem dał jej znak, żeby się przesunęła, i strzelił w ustalony cel. Robota zimna i czysta.

Pamiętam zwęglone i rozkładające się ciało młodego człowieka z Fiumary znalezione na terenach wiejskich w pobliżu miasteczka Villa San Giovanni, robotnika zastrzelonego na placu i jeszcze jednego mężczyznę zaledwie kilka metrów od ratusza, lokalnego piekarza zabitego w Villa z dubeltówki. W marcu 1990 roku przyszła kolej na wiceburmistrza Modesta Creę, który padł pod ostrzałem płatnych zabójców, a krótko po nim zginął radny gminy Vincenzo Reitano. Proboszcz postanowił zawiesić uroczystości z okazji święta patrona z powodu żałoby, ale także w proteście. Przerażenie zasiadało do stołu z mieszkańcami Fiumary, a ból sypiał w ich łóżkach. Nie można było już dłużej tak żyć.

Za każdym razem, gdy kogoś zabijano, moja babcia Maria zamykała okiennice i nie otwierała ich przez całe dni. Wszyscy w miasteczku tak robili. Jej dom wychodził na piazza13 Municipio i właśnie naprzeciwko stał kościół Matki Boskiej Karmelitańskiej, gdzie bito w dzwony żałobne w godzinach pogrzebów, podczas gdy milczący orszak przechodził przez szczelnie zamknięte i puste miasteczko. Brałam wiklinowe krzesło, wchodziłam na nie i przez pęknięcie w okiennicach obserwowałam stojące wokół budynki; w mojej dziecięcej wyobraźni domki ożywały, a okna były ich oczami, które w tym momencie były zamknięte. Nie rozumiałam, co się dzieje, ale sekwencja zakratowanych spojrzeń kazała mi wierzyć, że nawet domy nie chciały uczestniczyć w tym straszliwym bólu.

Nie mogliśmy włączać telewizji. Mówiło się szeptem – z szacunku dla zmarłego. Ja i mój brat siedzieliśmy przed kominkiem i mogliśmy tylko wymieniać się kartami, nie było nam wolno wychodzić na ulicę.

Ten mrok, na który skazywaliśmy dom, to była nasza żałoba, ale nie tylko. Zamknięte okiennice oznaczały przede wszystkim: „My nie mamy nic wspólnego z tym zabójstwem. Kultura przemocy nie jest naszym udziałem. I w ten sposób protestujemy". Milczące potępienie, metaforyczne zamknięcie każdego wejścia do własnego domu i do własnej duszy przed wiatrem przerażenia.

Wiceburmistrz Modesto Crea był człowiekiem uprzejmym. Pamiętam doskonale jego twarz: uspokajającą, otwartą, a kiedy się uśmiechał, jego oczy zwężały się w dwie cienkie kreski. Był niski, miał szpakowate włosy. Mieszkał naprzeciwko mojej babci i jako dziewczynka byłam przekonana, że to nasz krewny – z powodu wielkiej miłości, jaką obdarzała go nasza rodzina.

Modesto męczył się przez całe życie. Jego matka Domenica cierpiała na zaburzenia psychiczne, a ludzie o złych językach wskazywali przyczynę tej choroby w pięści wymierzonej jej w głowę przez męża. Potrafiła godzinami błądzić po miasteczku, w dzień i w nocy. Czasem ktoś ją spotykał zagubioną na ulicach Campo Calabro i zawsze to syn Modesto biegł, żeby ją odebrać.

Trudne było życie wiceburmistrza z Socjalistycznej Partii Włoskiej. W trudnej rodzinie. W trudnym miasteczku.

Moja babcia wściekała się na jego matkę, wypominając jej katusze sprowadzone na Modesta: U fa muriri a stu figghiolu14, a ta odpowiadała: „Teraz tak zrobię, że umrze... Atimi acqua, Mariuzza...", Domenica prosiła o wodę, bo gadała do siebie bez przerwy i wysychały jej usta.

Pojął za żonę bardzo ładną dziewczynę, wnuczkę Papy15, tak był przezywany człowieczek, który rozwoził mleko w Fiumarze. Ludzie uczciwi i pokorni. W rzeczywistości nazywał się Zito, a jeden z jego synów rozpoczął karierę w świecie przestępczym, zdobywając rangę wicebossa ustępującego jedynie dziekanowi ’ndranghety z Fiumary – don Rocco Furciemu.

Ale wiceburmistrz nie miał związków ze światem przestępczym, nie łączyły go z nim żadne interesy. Został zabity w ramach zemsty poprzecznej, która miała trafić w rodzinę Zito.

Babcia Maria płakała za każdym razem, kiedy wymawiała jego imię. Niebieskie oczy osadzone głęboko na twarzy spalonej słońcem stawały się nagle czerwone jak ogień, a ja myślałam, że płacze krwią.

W nocy 27 marca 1990 roku babcia Maria była w domu, w swojej katedrze na zakręcie drogi, która z Fiumary prowadzi do San Roberto. Usłyszała strzały tuż za drzwiami. Wiele strzałów, kara boska. Padały na zewnątrz, ale rozbrzmiewały wewnątrz. Zasadzka miała miejsce pięć metrów od niej i ta stara samotna kobieta sądziła, że ktoś opróżnia magazynek w jej domu.

Leżała w łóżku, podciągnęła kolana do piersi i ścisnęła dłońmi głowę, zawierzając się Pięknej Panience, przekonana, że nadszedł koniec: Vergine Santa, ndi stannu ’mmazzandu nta casa... Oh mammicedda bella16.

Kiedy znów nastała cisza, wstała, przeszła przez korytarz w kierunku jadalni i otworzyła pierwsze drzwi wejściowe, wychodzące na schody, które prowadziły do pomieszczeń z ziarnami. Zeszła jeden stopień i stanęła obok drugich drzwi, tych, które prowadziły na ulicę. W bramie po prawej stronie były dwie dziury i kawałek drewna – można było go wsuwać, żeby je zasłonić. Wstrzymując oddech, Maria przesunęła drążek i zbliżyła oczy do otworów. Nikłe światło latarni na rogu odkrywało martwe ciało jej drogiego Modesta. Nie rozpoznała go.

Nie zdała sobie sprawy, a może postanowiła nie zdawać sobie sprawy w tamtej chwili. Ona – sama w domu, z trupem jednej z jej najdroższych osób w odległości paru metrów na odizolowanej i ciemnej ulicy.

Chwyciła za telefon i zadzwoniła do syna Pina. Mój wujek usłyszał, że jest poruszona jak nigdy dotąd, starał się ją uspokoić, mówił, że może to były grzmoty albo ciężarówka, która na zakręcie zgubiła towar. Chciał do niej przyjechać, ale Maria zabroniła mu się ruszać z domu, to nie był dobry moment na podróż. Wkrótce przyjechała policja. I wszystko stało się jasne.

Moja babcia znieruchomiała jak posąg z wosku. Przesiedziała całą noc w jadalni na fotelu, który należał niegdyś do mojego dziadka. Następnego ranka przyjechał mój wujek i zabrał ją do siebie. Na zawsze.

Niesprawiedliwa śmierć Modesta wstrząsnęła nią jak rozszalałe trzęsienie ziemi, które ma taką moc, że każe odrzucić własną ziemię i własne korzenie, które nagle cię zdradziły. A ona głęboko kochała ten świat, swoje odwieczne kumoszki, chleb w białych ściereczkach, ogródek, kościół.

Powiedziała mojemu wujkowi, że chce odejść: Chista è na terra amara e maledetta figghiu17, gdzie płacą także niewinni. Zamknij wszystko i jedźmy stąd. Imunindi18.

Przeprowadziła się do Reggio, do cioci Ciccilli, „noblistki" za domowej roboty stomatico, ciasteczko z migdałami typowe dla Reggio. Do Fiumary wracała od czasu do czasu w ciągu lata. Pojechała tam także na krótko przed śmiercią, ponieważ właśnie w tym miejscu chciała zgasnąć, wśród swoich nietkniętych i przestarzałych przedmiotów i swoich Matek Bożych, w katedrze, która widziała, jak się starzeje, a później, pewnej nocy na początku wiosny, została obrażona i naruszona.

Wiele osób na ulicy zastanawiało się, w ciągu dni bezpośrednio po jej wyjeździe, co się stało z signuraMariuzza. To był dla niej najbardziej wymowny sposób potępienia podłego gestu przeciw niewinnemu. Wychowała Modesta jak syna, ale postąpiłaby tak samo wobec masakry każdego innego dziecka Bożego.

Dla Kalabryjczyka ’ndrangheta to coś, co jest wyryte w ciele, wkręcone aż po wnętrzności. Nawet jeśli nie należy się do ’ndrine i jest się uczciwym człowiekiem. Większość Kalabryjczyków nie akceptuje przestępstwa, a przede wszystkim nie chce mieć z nim nic wspólnego. W żadnym sensie. Ale Kalabryjczycy są zdrowymi nosicielami nieuczciwości, ponieważ wielu z nich, zanim zostanie przestępcami, żyje w rozpaczy.

Do niedawna słowo ’ndrangheta w naszych stronach było zakazane. Niewymawialne. Kto był jej częścią, wyrzekał się jej; kto był poza nią, bardzo się pilnował, żeby o niej nie wspominać. Ale każdy z nas nosi w sobie truciznę i antidotum. Zna prawdę i nie wie nic. Kłania się wszystkim, a nie rozpoznaje nikogo. To nie zawsze jest równoznaczne ze współudziałem czy patrzeniem przez palce, istnieje pewna delikatna równowaga, dzięki której wiadomo, że poruszać się można jedynie po pewnym marginesie.

Wychylanie się nie jest w Kalabrii tylko niewygodne, jest też niebezpieczne. A więc upodabniasz się w końcu do reszty, jeśli wszyscy zamykają okna, ty też je zamykasz. Robisz to z szacunku, ponieważ wiesz, że musisz to zrobić.

Ci, którzy się wyłamują z chóru, płacą wysoką cenę na tej ziemi, i ja sama jestem tego przykładem. Powiedzieć „nie leży mi to" można i trzeba, moja babcia to zrobiła w najsłuszniejszy dla siebie sposób. Wyjść na plac i krzyczeć przeciw ’ndranghecie, nie przeciw ’ndranghecie ogólnie, ale wołając imiona i nazwiska, to inna historia. Jeśli bowiem każdy Kalabryjczyk dorasta z pojęciem ’ndranghety wplątanym we wnętrzności, to nosi w sobie również bardziej upartą narośl – pewność, że w większości przypadków państwa włoskiego w ogóle to nie obchodzi.