Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Prywatna pielęgniarka ebook

Anne Fraser

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Prywatna pielęgniarka - Anne Fraser

 

Pielęgniarka Colleen McCulloch całkowicie poświęca się pacjentom. Kiedy zdesperowany Daniel Frobisher prosi, by zaopiekowała się jego chorym synem, nie jest w stanie mu odmówić. Z pogodną Colleen Daniel wiąże wielkie nadzieje. Nie wie jednak, że ma ona swoje własne metody rehabilitacji i w terapię syna wciągnie także jego...

Opinie o ebooku Prywatna pielęgniarka - Anne Fraser

Fragment ebooka Prywatna pielęgniarka - Anne Fraser

Anne Fraser

Prywatna pielęgniarka

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Przykro mi, ale moja odpowiedź nadal brzmi „nie” – oznajmiła Colleen.

Daniel Frobisher usiadł wygodniej na krześle i starł dłonią niewidoczną drobinkę kurzu z klapy szarej marynarki. Zmrużył oczy i spojrzał na Colleen, jakby nie wierzył własnym uszom.

Przypomina tygrysa obserwującego ofiarę przed atakiem, pomyślała Colleen. Daniel miał trzydzieści parę lat, jasnobrązowe włosy i intensywnie zielone oczy. Na jego twarz chciało się patrzeć jak na obraz. Długi prosty nos, wydatne usta i kości policzkowe jak u kasowego modela. Wydawał jej się tak niesamowicie przystojny, że aż nierealny.

– Dobrze pani zapłacę. Bardzo dobrze – powiedział, a potem wymienił tygodniową kwotę, która sprawiła, że Colleen zakręciło się w głowie.

Zaproponował sumę większą niż jej miesięczne zarobki. Nawet większą, niż otrzymywała w ciągu dwóch miesięcy, ale jej nie chodziło o pieniądze.

– Nie potrzebuję pieniędzy. Poza tym jestem zupełnie zadowolona z mojego dotychczasowego życia – oznajmiła. Ostatnia część jej wypowiedzi nie była szczerą prawdą, ale mężczyzna siedzący naprzeciwko niej nie musi tego wiedzieć.

Nie po raz pierwszy odmówiła. To samo powiedziała kilka dni temu panu Havershamowi, zastępcy Daniela Frobishera.

– Jeśli pan Frobisher nie może znaleźć chwili czasu, żeby zobaczyć się ze mną we własnej sprawie, to mam wrażenie, że nie interesuje go poprawa zdrowia syna – wyjaśniła Havershamowi. – Żeby stan chłopca uległ poprawie, musi być leczony przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Po prostu wymaga intensywnej opieki medycznej. A to oznacza, że ojciec powinien w tym dużo pomóc. Jeśli nie może poświęcić chwili czasu na spotkanie ze mną... – Colleen zamilkła na chwilę – to mały nie ma szans.

– Pan Frobisher jest bardzo zapracowany – odparł Haversham. – Gdyby mógł, na pewno przyszedłby do pani. Prosił mnie, żebym reprezentował go w tej sprawie.

W tej sprawie? Przecież rozmawiamy o synu Daniela Frobishera, pomyślała Colleen.

– Proszę przekazać mu, że przykro mi z powodu jego syna... naprawdę. Ale jeśli pan Frobisher jest tak zamożny, jak pan twierdzi, to może załatwić tę sprawę na wiele innych sposobów, które będą bardziej skuteczne...

Potem uprzejmie go pożegnała i zapomniała o całej historii aż do dziś, kiedy to Daniel Frobisher zjawił się w szpitalu.

– Colleen, jakiś niezwykle przystojny mężczyzna chce się z tobą zobaczyć – oznajmiła recepcjonistka Lillian, wchodząc do pokoju dla personelu. – Mówiłam mu, że jesteś zajęta, ale on uparł się, że musi z tobą porozmawiać, i to natychmiast. – Lillian spoglądała na nią szeroko otwartymi oczami. – Ukrywałaś przed nami jego istnienie, choć doskonale rozumiem, dlaczego. Gdybym była niewierna mojemu chłopakowi, zwłaszcza zdradzając go z kimś fascynującym, chyba też nikomu nie pisnęłabym ani słowa.

– Nie zdradzam Ciarana – zaprotestowała Colleen. – Jak w ogóle mogła przyjść ci do głowy tak niedorzeczna myśl? Powiedz temu komuś, że musi zaczekać albo wpaść tu w poniedziałek.

– Kochanie, niezależnie od tego, co łączy cię z tym mężczyzną, on się stąd nie ruszy.

Zadziwiona słowami koleżanki Colleen wyjrzała na korytarz. Doszła do wniosku, że Lillian ma rację. Ten mężczyzna istotnie był niezwykle przystojny. Jej związek z Ciaranem nie oznaczał wcale, że nie zauważała interesujących panów. Ale nigdy przedtem nie spotkała mężczyzny, który teraz krążył po korytarzu i z wyraźnym rozdrażnieniem co dwie sekundy zerkał na zegarek. Bez wątpienia by go zapamiętała.

– Nigdy go nie widziałam. Lillian, czy powiedział, jak się nazywa? – wyszeptała Colleen.

– Daniel Frobisher.

Więc ten zapracowany facet przyszedł się ze mną zobaczyć, pomyślała Colleen. Powiem mu to samo, co powiedziałam Havershamowi. Ale będzie musiał zaczekać, aż przekażę informacje z nocnej zmiany i przebiorę się w prywatne ubranie.

Kiedy skończyła spotkanie z zespołem pielęgniarskim, poszła pożegnać się z pacjentami. Musiała uciec przed wózkiem inwalidzkim Jake’a, który omal jej nie rozjechał.

– Hej, Jake, nie jesteś na torze wyścigowym – zbeształa go z czułością.

Jake był jednym z pacjentów najdłużej przebywających na oddziale rehabilitacji. Kiedy go do nich przywieziono, był unieruchomiony i zły z powodu wypadku na motocyklu, który pozbawił go władzy w nogach. Ale od czasu, gdy dostał wyposażony w silnik wózek inwalidzki, stał się samodzielny. Za dwa tygodnie miał zostać wypisany ze szpitala, a Colleen doskonale zdawała sobie sprawę, że będzie jej brakowało jego zawadiackiego uśmiechu.

Ostatnią salą chorych, którą odwiedziła, był pokój położony naprzeciwko stanowiska pielęgniarek. Kiera Flannigan była osiemnastoletnią dziewczyną, która sześć miesięcy wcześniej, na skutek poważnego wypadku drogowego, została sparaliżowana od szyi w dół. Podobnie jak Jake, początkowo absolutnie nie chciała uczestniczyć w programie rehabilitacyjnym, który opracowano specjalnie dla niej. Colleen spędziła wiele czasu przy jej łóżku, namawiając ją do zmiany zdania, przekonując, by się nie poddawała. W końcu jej wysiłki odniosły skutek. Kiera, choć wciąż była sparaliżowana i nie mogła liczyć na poprawę swojego stanu zdrowia, zaczęła posługiwać się specjalnym komputerem, na którym pisała, używając oddechu, oraz jeździć po oddziale wózkiem inwalidzkim.

– Cześć, Colleen – napisała Kiera na ekranie komputera. – Czy wieczorem nie poszłybyśmy potańczyć?

– Jestem za bardzo zmęczona, Kiera. Muszę się wyspać – odrzekła pogodnie Colleen. – Jakie masz plany na dzisiejszy dzień?

– Będę się uczyć. Fuj! – odpisała Kiera. – Niebawem mam egzaminy. Wolałabym potańczyć.

Colleen serce się krajało na myśl o tej ślicznej dziewczynie, która leżała u nich od czterech miesięcy i niebawem, tak jak Jake, miała wyjść do domu.

Trzydzieści minut później była gotowa do opuszczenia oddziału. W recepcji Daniel Frobisher wciąż chodził w tę i z powrotem. Co chwilę spoglądał na zegarek, z trudem skrywając zniecierpliwienie. Colleen zupełnie zapomniała, że on na nią czeka.

– Nazywam się Colleen McCulloch – przedstawiła się. – Podobno chciał się pan ze mną widzieć?

Mężczyzna przystanął i zerknął znacząco na zegarek.

– Przykro mi, że musiał pan czekać – powiedziała, wkładając kurtkę.

Wyciągnął rękę i mocno uścisnął jej dłoń.

– Daniel Frobisher. Czy jest tu jakieś miejsce, gdzie moglibyśmy porozmawiać?

Był tak wysoki, że musiała przechylić do tyłu głowę, aby spojrzeć mu w oczy.

– Obawiam się, że stracił pan czas, przychodząc tutaj. Moja odpowiedź nadal jest negatywna. Mówiłam już panu Havershamowi, że nie mogę podjąć się opieki nad pańskim synem. Przykro mi, ale jak pan widzi, mam już pracę...

– Poświęciłem czas, żeby tu przyjść, więc myślę, że może pani przynajmniej mnie wysłuchać – przerwał jej zniecierpliwionym głosem, a ona poczuła, że ciarki przechodzą jej po plecach.

Zanim się zorientowała, chwycił ją za łokieć i poprowadził w kierunku wyjścia.

– Nie mogę tu zostać – oznajmił krótko. – Mam dość szpitali. Starczy mi ich na całe życie. Czy jest tu jakieś miejsce, gdzie moglibyśmy pójść i porozmawiać?

– Jak już mówiłam, nie mamy o czym rozmawiać – odparła Colleen, bezskutecznie próbując uwolnić ramię.

Czyżby chciał mnie uprowadzić? – spytała się w duchu. Po nim wszystkiego można się spodziewać, pomyślała, spoglądając na jego ponurą twarz.

Nie bądź śmieszna! – skarciła się w myślach. Przecież nie wepchnie cię do samochodu na oczach połowy mieszkańców Dublina.

Ale on tak właśnie postąpił. Jego czarny samochód z zaciemnionymi szybami czekał przed frontowymi drzwiami szpitala w miejscu, gdzie nikomu, absolutnie nikomu, nawet szefowi ich oddziału, nie wolno było parkować. Colleen znalazła się na tylnym siedzeniu auta obok Frobishera tak szybko, że nie miała ani sekundy, by wezwać pomoc.

Zaczął ją złościć niezależnie od tego, że miał chorego syna. Kiedy kierowca ruszył, bezskutecznie usiłowała otworzyć drzwi.

– Proszę zatrzymać ten samochód i pozwolić mi wysiąść! W tej chwili! – Starała się mówić opanowanym głosem. – Panie kierowco, proszę stanąć. Natychmiast! – Zaczęła grzebać w torebce, szukając czegoś, czym mogłaby się obronić, ale w bezładnej mieszaninie zużytych chusteczek higienicznych i monet znalazła tylko notes, portfel oraz buteleczkę perfum. Wyciągnęła ją i zaczęła nią wymachiwać. – Jeśli nie zrobi pan tego, o co prosiłam, obleję pana...

Zamiast pozwolić jej wysiąść, Daniel Frobisher nacisnął przycisk i szyba między nimi a kierowcą szybko się zasunęła.

– Zamierza pani mnie rozbroić z pomocą perfum? A potem co? Zrobi pani to samo z kierowcą? – zapytał Daniel Frobisher, a w jego zielonych oczach pojawił się wyraz rozbawienia, który złagodził surowość twarzy. – Potrzebuję jedynie trzydziestu minut pani czasu. Obiecuję, że odwiozę panią, kiedy skończymy rozmawiać. Chcę tylko, żeby pani mnie wysłuchała.

W jego sposobie mówienia, w dziwnym tonie było tyle smutku, że Colleen spojrzała mu w oczy zaskoczona.

Mimo zdumiewająco atrakcyjnej urody Daniela Frobishera dostrzegła zmarszczki wokół jego oczu oraz zaciśnięte usta, jakby nie były nawykłe do uśmiechu. Instynktownie wyczuła, że ten mężczyzna cierpi. I to bardzo. Oczywiście nie usprawiedliwia to jego aroganckiego zachowania, ale doszła do wniosku, że może mu poświęcić kilka minut.

– Dobrze – ustąpiła niechętnie. – Wysłucham pana, choć nie sądzę, żeby to coś zmieniło. Ale nie zamierzam robić tego tutaj. Umieram z głodu. Jeśli zaraz czegoś nie zjem, to nie jest wykluczone, że zemdleję. Za rogiem jest bar, do którego często wpadam. Proszę powiedzieć kierowcy, żeby się tam zatrzymał.

– Czy daje pani słowo, że nie będzie próbowała uciec?

Colleen uśmiechnęła się, wyobrażając sobie, jak biegnie ulicami Dublina, uciekając przed depczącym jej po piętach mężczyzną. Taki scenariusz wydał jej się bardzo mało prawdopodobny.

– Tak, przyrzekam. Dam panu tyle czasu, ile zajmie mi zjedzenie posiłku. I to wszystko. – Wyciągnęła do niego rękę. – Umowa stoi?

Uścisnął jej dłoń.

Ojej! – jęknęła w duchu. Ależ on ma zimne ręce!

Kiedy ujrzał bar, w którym Colleen zamierzała zjeść, na jego twarzy pojawił się wyraz zaskoczenia. Wprawdzie z zewnątrz nie wyglądał on najlepiej, ale wewnątrz panowała przytulna atmosfera. Poza tym podawano tam najlepsze irlandzkie śniadanie po tej stronie rzeki Liffey. Colleen bardzo często tu wpadała w drodze do lub z pracy. Poza tym Trish, jej najserdeczniejsza przyjaciółka, była jego właścicielką.

– Czy na pewno chce pani jeść w tym barze? – spytał Daniel z powątpiewaniem. – Bo mógłbym zaproponować jakieś inne miejsce.

– Albo tu, albo nigdzie – oświadczyła. – Stąd do domu mam spacerem tylko pięć minut. Poza tym po całonocnym dyżurze jak najszybciej muszę położyć się spać.

Pożałowała swoich słów, zanim jeszcze skończyła zdanie. Nie zamierzała dawać mu żadnych wskazówek dotyczących jej miejsca zamieszkania. Miała niejasne przeczucie, że bez skrupułów kazałby obserwować jej mieszkanie, kiedy zrozumiałby, iż naprawdę nie podejmie się roli opiekunki jego syna.

– Zgoda, pani tu rządzi – odparł z uśmiechem.

To był najbardziej przelotny uśmiech, jaki zdarzyło jej się widzieć, ale w ciągu tego ułamka sekundy jego twarz zupełnie się zmieniła. Wydawał się znacznie młodszy i, o ile to możliwe, jeszcze bardziej przystojny.

Okna baru były zaparowane od oddechu klientów, którzy zapełnili salę, by zjeść słynne śniadanie Trish przed pójściem do pracy czy college’u. Właścicielka podeszła do nich, kiedy usiedli przy ulubionym stoliku Colleen pod oknem, i zmarszczyła brwi ze zdumienia.

– Dla mnie proszę to, co zawsze – oznajmiła Colleen, nie zwracając uwagi na jej minę.

– A dla pana?

– Poproszę o kawę. Czarną. Bez cukru.

Trish mrugnęła porozumiewawczo do Colleen i odeszła, kołysząc biodrami. Daniel Frobisher nawet nie spojrzał na przyjaciółkę Colleen, która była zachwycającą kobietą i wszyscy mężczyźni natychmiast się w niej zakochiwali, ale ona zawsze ich zbywała.

– Więc dobrze. Prosił mnie pan, żebym pana wysłuchała, więc zamieniam się w słuch... choć szczerze mówiąc, nie sądzę, żeby powiedział pan coś, co by mnie przekonało. – Ściszyła głos. – Tak jak mówiłam panu Havershamowi, panu zresztą również, mam tu, w Dublinie, pracę, którą bardzo lubię i nie mam najmniejszego zamiaru jej porzucać. Poza tym, jak powiedział pan Haversham, pański dom jest w Londynie. Niestety, to sprawia, że nie mogę spełnić pana prośby. Nawet gdybym nie pracowała, nie mogę wyjechać z Irlandii. Więc sam pan widzi, że traci pan czas, przychodząc tutaj, panie Frobisher.

– Proszę zwracać się do mnie po imieniu.

– Wobec tego, Daniel, czy próbowałeś zatrudnić kogoś za pośrednictwem agencji? Z tego, co wiem od Havershama, twój syn wymaga całodobowej opieki. Istnieje jedna... nie, dwie takie agencje w Londynie, które mogłabym polecić.

W tym momencie podeszła do nich Trish, niosąc dwie filiżanki kawy oraz talerz z jajkami na bekonie, plasterkami kiełbaski i grzanką. Daniel spojrzał na jej posiłek z wyrazem lekkiego niedowierzania.

Czy on nigdy przedtem nie widział kobiety, która je? – spytała się w duchu Colleen, dodając do potrawy dużo ketchupu, a następnie wbiła widelec w plasterek kiełbaski.

Daniel wyciągnął z kieszeni jakąś fotografię i podał ją Colleen. Odłożyła nóż oraz widelec i przyjrzała się zdjęciu, na którym była uwieczniona piękna kobieta o jasnych włosach i błyszczących oczach. Stała na plaży w promieniach zachodzącego słońca, otaczając ramieniem chłopca, który uśmiechał się z zażenowaniem w stronę obiektywu. Jego zielone oczy były tak dokładną repliką oczu bacznie jej się przyglądającego mężczyzny, że nie miała wątpliwości co do stopnia ich pokrewieństwa.

– To zdjęcie zostało zrobione ponad dwa lata temu – oznajmił Daniel łagodnym tonem. – Wówczas mój syn, Harry, miał dziesięć lat.

Haversham powiedział jej, że Harry Frobisher jest teraz dwunastoletnim chłopcem.

Czyżby Daniel nie miał jakiejś nowszej fotografii synka, czy też ta jest jego ulubioną?

– Czy z Harrym jest twoja żona?

– Moja była żona. Rozwiedliśmy się, a Eleanor zginęła w wypadku, w którym mój syn został ciężko ranny.

– Przepraszam. Bardzo ci współczuję.

– Odebrała właśnie Harry’ego ze szkoły z internatem... i wtedy doszło do tego wypadku. Byli w drodze na lotnisko. – Urwał, jakby na nowo odżyły w nim te koszmarne wspomnienia.

– Czy Harry był poważnie ranny?

Przez twarz Daniela przemknął wyraz bólu.

– Odniósł ciężkie obrażenia. Prawie przez tydzień był w śpiączce. W tym czasie myślałem, że z tego nie wyjdzie – odparł posępnym głosem. – Odzyskał przytomność miesiąc temu. Nie jest w stanie mówić i ma ograniczone ruchy. Na litość boską, on nawet nie może samodzielnie jeść. Moje dziecko jest więźniem we własnym ciele.

– To dopiero pierwsze dni – próbowała go pocieszyć. – Jego stan może znacznie się poprawić w ciągu następnych sześciu miesięcy... oczywiście, jeśli będzie pod dobrą opieką.

Daniel wziął od niej fotografię i ostrożnie wsunął ją z powrotem do kieszeni.

– Tak właśnie mi powiedziano. Ale jestem przekonany, że byłoby mu lepiej w domu, gdyby miał indywidualną opiekunkę medyczną... kogoś takiego jak ty. Nie chcę dobrej opieki dla syna. Pragnę, żeby miał najlepszą. Z tego, czego dowiedziałem się o tobie, jesteś osobą, której on potrzebuje. Wiem, że byłaś fizjoterapeutką, zanim zostałaś pielęgniarką. Wiem też, że specjalizujesz się w opiece nad młodymi pacjentami i masz doświadczenie dotyczące tego rodzaju przypadków.

Słysząc to, Colleen zamarła ze zdumienia.

– Skąd o tym wiesz?

– Powiedzmy, że zebrałem informacje. – Przyjrzał jej się uważnie. – Nigdy w życiu nie zaproponowałbym komuś pracy bez zbadania jego przeszłości. Spytałem o ciebie profesora Ludwiga, a on bez wahania cię zarekomendował. Uważam, że jeśli ktoś może naprawić mojego syna, to właśnie ty. Gotów jestem zrobić wszystko, zapłacić ile trzeba, żeby tak się stało.

– Naprawić twojego syna? – Dobór słów lekko ją zmroził. Pomyślała, że wyraził się o Harrym, jakby był rozbitym samochodem.

Mimo to postanowiła mówić do niego możliwie łagodnie, zdając sobie sprawę, że rodzice dzieci, które odniosły tak poważne obrażenia jak jego syn, niekiedy całymi latami nie są w stanie się z tym pogodzić.

– Niestety, to nie jest takie proste. Nawet sześciomiesięczna intensywna opieka medyczna i rehabilitacja nie gwarantują pełnego powrotu do zdrowia. Może już nigdy nie odzyskać dawnej formy, powinieneś być na to przygotowany... Uraz mózgu, przez który Harry zapadł w śpiączkę, musiał być rozległy.

Daniel pochylił się nad stołem i wbił wzrok w Colleen.

– Przynajmniej obiecaj, że się nad tym zastanowisz.

Na litość boską, jak ja nienawidzę, kiedy ktoś wywiera na mnie presję, pomyślała.

Dziesięć lat wcześniej jej najmłodszy brat, Cahil, był w tej samej sytuacji co Harry. Ale choć miała wiele współczucia dla Harry’ego, nie mogła przystać na propozycję Daniela.

– Przykro mi, ale moja odpowiedź nadal brzmi „nie” – odparła, przesuwając ostatni plasterek kiełbasy wokół talerza i zanurzając go w sosie pomidorowym. – Posłuchaj, współczuję mu, naprawdę, ale nie mogę tak po prostu rzucić pracy. Poza tym w Dublinie mam narzeczonego, rodzinę...

– Trzech braci... – Daniel przeszył ją wzrokiem – z których dwaj nadal mieszkają w rodzinnym domu. Najmłodszy, Cahil, kilka lat temu doznał obrażeń głowy. O ile wiem, jest teraz gwiazdą drużyny piłkarskiej swojej szkoły.

Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów odebrało jej głos.

– Jesteś zaręczona ze swoim ukochanym z dzieciństwa, Ciaranem, ale nie mieszkacie razem – ciągnął Daniel. – Zaczęliście budować dom i zamierzacie się pobrać, kiedy uzbieracie dość pieniędzy, żeby go skończyć. Niektórzy mogą pomyśleć, że taka postawa jest staroświecka, a nawet trochę dziwaczna.

Do diabła! I pomyśleć, że mu współczułam! – zaklęła w duchu, czując wywołany gniewem ucisk w żołądku. Ma prawo sprawdzać moje zawodowe kompetencje, choć nie ubiegałam się o tę posadę, ale nie wolno mu ingerować w moje sprawy osobiste.

– Jak śmiesz grzebać w moim życiu prywatnym?

– Po prostu chcę zapewnić synowi jak najlepszą opiekę.

– Wcale w to nie wątpię, ale nie masz prawa...

– Możesz wziąć półroczny bezpłatny urlop. Zapłacę ci tyle, żeby wystarczyło na dokończenie domu, a nawet na wesele. Niezależnie od tego, jestem gotów wpłacić znaczną sumę na konto waszego oddziału rehabilitacji. Przejrzałem księgi rachunkowe i wiem, że moja dotacja pozwoli wam kupić bardzo potrzebny sprzęt. Rozmawiałem z twoim szefem i zgodził się zwolnić cię na pół roku. Aha, i złego słowa nie powiedział o twoich umiejętnościach pielęgniarskich. Wychwalał cię pod niebiosa. A jeśli chodzi o rozłąkę z narzeczonym i rodziną, to będziesz miała dla nich tyle czasu, ile zechcesz, kiedy tylko Harry zacznie zdrowieć. Poza tym jestem gotów zapewnić ci prywatny samolot, którym mogłabyś latać do Dublina i z powrotem.

Colleen głęboko westchnęła.

– O wszystkim pomyślałeś, prawda?

– Musiałem. Przez wzgląd na Harry’ego. Zrobię wszystko, co poprawi stan jego zdrowia. – Przez ułamek sekundy w jego oczach malował się tak wyraźny ból, że musiała wstrzymać oddech. – Mój syn mnie potrzebuje – ciągnął – a ja potrzebuję ciebie. Pomóż mi go odzyskać. Nie myśl, że robisz to dla mnie... jeśli ułatwi ci to podjęcie pozytywnej decyzji. Załóż, że robisz to dla niego. – Urwał i zamilkł na chwilę. – Bardzo cię proszę.

Przez moment Colleen uważnie mu się przyglądała. Miała wrażenie, że ten mężczyzna niezbyt często kogoś o coś prosi. Natarczywe spojrzenie jego zielonych oczu i rozpaczliwe cierpienie wywołane rozmową o synu wciągnęły ją. Sprawiły, że chciała mu pomóc, ale wciąż się wahała. Za mało wiedziała na temat stanu zdrowia Harry’ego, by zdecydować, czy jest odpowiednią osobą do opieki nad nim.

Daniel wyciągnął z kieszeni drugą fotografię.

– Ta została zrobiona trzy tygodnie temu.

Colleen wzięła od niego zdjęcie, na którym Harry leżał w szpitalnym łóżku. Mimo że z nozdrzy wystawała mu rurka, która biegła do aparatu tlenowego, nadal wyglądał bardzo ładnie. Miał jasne włosy i gładką zdrową cerę. Kiedy dostrzegła w jego oczach wyraz pustki, poczuła ucisk w żołądku.

Wróciła myślami do czasów, kiedy Cahil został poważnie zraniony. On też leżał w szpitalnym łóżku, spoglądając na nich niewidzącym wzrokiem. Lekarze nie dawali mu dużej szansy na wyzdrowienie, ale mama nie traciła nadziei. Uparła się, żeby zabrać go do domu.

Przez dwadzieścia cztery godziny na dobę członkowie rodziny na zmianę pełnili przy nim dyżur, chcąc przywrócić go do życia. Minęło wiele miesięcy, zanim zaczął jeść samodzielnie, a jeszcze więcej, zanim nauczył się chodzić i mówić. A teraz, jak zauważył Daniel, odzyskał zdrowie i siły na tyle, żeby grać w drużynie piłkarskiej swojej szkoły.

Daniel najwyraźniej zauważył jej wahanie.

– Przynajmniej obiecaj, że go zobaczysz – nalegał. – Pojedź ze mną do Londynu. Jeśli po tym jak go poznasz, wciąż będziesz uważała, że nie możesz przyjąć mojej propozycji, to obiecuję, że twój oddział mimo wszystko dostanie dotację...

Zanim zdążyła odpowiedzieć, rozległ się dźwięk telefonu komórkowego. Zerknął na ekran i zmarszczył czoło.

– Przepraszam, ale muszę odebrać. – Wstał i ruszył w kierunku drzwi. – Wrócę za kilka minut.

Kiedy tylko opuścił bar, Trish natychmiast podbiegła do ich stolika i usiadła naprzeciwko Colleen.

– Kim, do diabła, jest ten zachwycający byczek? Dlaczego mi o nim nic nie mówiłaś? Na litość boską, Col, nie wiedziałam, że jesteś do tego zdolna!

Colleen przez cały czas miała przed oczami obrazy Cahila i Harry’ego. Potrząsnęła głową, by przestać o nich myśleć, i zerknęła w kierunku Daniela, który przed barem rozmawiał przez telefon.

– Co takiego? Och, to jest Daniel Frobisher. Chce, żebym pojechała do Londynu i została prywatną pielęgniarką jego syna.

Trish była wyraźnie rozczarowana.

– Myślałam, że to twój kochanek.

Colleen doskonale zdawała sobie sprawę, że nie powinna czuć się obrażona. Wiedziała, że Trish zawsze mówi to, co jej ślina na język przyniesie.

– Czyżbyś zapomniała, że jestem zaręczona? – spytała z oburzeniem, spoglądając na przyjaciółkę.

Na twarzy Trish pojawił się wyraz niesmaku.

– A czy ty zapomniałaś o swoich wątpliwościach dotyczących tego układu? Już samo to jest dobrym powodem, żebyś pojechała do Londynu. Może po drodze uda ci się odpowiedzieć sobie na pytanie, co naprawdę czujesz do Ciarana.

Może ona ma rację, pomyślała Colleen. Od dnia zaręczyn czuła się coraz bardziej niepewna. Powinna szaleć z radości, a tymczasem miała wrażenie, że zmierza w kierunku jakiejś czarnej dziury.

– To tylko przedślubna trema – powiedziała, udając sama przed sobą głębokie przekonanie. – Oczywiście, że kocham Ciarana. Dobrze się czuję w jego towarzystwie, a to przecież w małżeństwie jest najważniejsze, prawda? Wzajemny szacunek, wspólne zainteresowania...