Pruskie noce - Aleksander Sołżenicyn - ebook
Opis

Pruskie noce to fragment obszernego autobiograficznego utworu lirycznego „Dorożeńka” („Dróżka” – nieco ironicznie o drodze życiowej). to utwór mocniejszy w przekazie niż książka dokumentalna, przemawiający do wyobraźni. Sołżenicyn nie osądza i nie usprawiedliwia okrucieństw wojny. Widzi cierpienia niemieckiej ludności cywilnej, masakrowanej przez krasnoarmiejców, ale z drugiej strony rozumie zaciekłość tych żołnierzy, którym Niemcy przynieśli wcześniej taką samą pożogę, śmierć i zgliszcza.

Wydanie dwujęzyczne (polsko-rosyjskie).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 69

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


PRUSKIE NOCE

Obca ziemio, otwórz wrota!

Kornie się przed nami rozstąp!

Widzisz gości? To piechota.

Nasze zuchy! Witaj Rosjan!

„Dajcie mapę!” Górka, zbocze,

Znowu górka, mostek, rów –

Wiedźmie salwę prosto w oczy

Odpalimy ze stu luf!

Szli, czołgali się i pełzli

Tyle lat… Nareszcie! Już

Doszliśmy. Aż tu! Jesteśmy.

Wal, baterio, w niebo Prus!

Ogorzałe, smagłe chłopy,

W oczach ich – radosna złość,

Naprzód! W drogę, do Europy!

Teraz damy wszystkim w kość!

Wroga ani śladu nie ma,

Milczy rozszarpana ziemia –

Weszliśmy w daleki świat,

Tylko co nam głupio tak,

I lekkości w sercu brak?

Spojrzysz z dala – dziwny kraj,

Z bliska też zdziwienie budzi;

Ni to piekło, ni to raj…

„Wszystko insze niż u ludzi,

Nie jak w Polsce, nie jak w domu –

Dachów tu nie kryją słomą,

A obory – z cegieł one!

Jakby nagle w innym świecie –

Jedziesz drogą niewiadomą

Po nieznanej ci planecie…

Nie na naszą miarę ruską,

Tu się stawia każdy gmach,

Dwuspadowy, kryty łuską,

I z fikuśną wieżą dach…”

„Co się czepiasz, popatrz sam –

Tu dachówka, tam dachówka,

Wieża, balkon, przybudówka,

Równy rząd ceglanych ścian.

Tak budować u nas w Rosji,

Pewnie zdałoby się też:

Szosa wiedzie środkiem wioski,

A wzdłuż szosy stoi wieś…”

Zimowego zmierzchu całun

Niesie chmur posępne kłęby,

W serca sączy mgłę pomału,

Dzień króciutki jest i ciemny,

Czarna noc zapada wcześnie.

Jakiś ruch w gęstwinie leśnej –

Może Niemcy? Co za licho,

Zbyt bezludnie jest i cicho.

Ktoś tam wszedł między choiny?

Więc przedpole oświetlimy –

„Podpalajmy domy! W mig

Się sfajczą! Na strych, Wasia!

Trza zaczynać od poddasza,

Strop drewniany! Idź na strych!”.

Szkoda domów? Jeszcze czego,

A niech Niemiec ma za swoje!

I, gdzie tylko okiem sięgnąć,

Już jęzory ognia biegną,

Dymu ulatują zwoje…

Tak na frycu bezlitośnie

Mścimy krzywdy, psia go mać,

Wszystko płonie! A gdzie nocleg?

Znów na śniegu przyjdzie spać..

Co tam nocleg, drobna sprawa,

Rwiemy naprzód, a to grunt!

I radością nas napawa

Pruskie niebo pełne łun!

Mknie kolumna, jazda ostra,

Ryk silników, opon pisk,

Kleine Koslau, Grosse Koslau –

Wszędzie jedna kupa zgliszcz!

Żar! W oborach ryczą krowy,

Żywcem giną wśród płomieni,

Skwierczcie, krówki-hitlerówki,

Sami ledwo stąd ujdziemy!

Z prawej, z lewej, z tyłu, z przodu

Taniec ognia trwa wężowy!

Z dwóch stron wzbija się słupami,

Z dwóch stron splata się nad nami –

Jęzorami, pochodniami,

Iskrą, głownią i gwiazdami

Z sykiem leci nam na głowy…

W gmachu szkoły wiatr ognisty

Chciwie liże rzędy książek,

Ciężarówki są za blisko!

Przeprowadzić je – czy zdążę?

Sami się spalimy w piekle,

Wsiadać! Szybko! Śmiech i grzech.

I w różowym krzyczę świetle:

„Do każdego wozu – trzech!”.

Wleźli. Leżą. Szynelami

Odganiają chciwe iskry.

Dzięki! No, uratowani.

Zuch chłopaki! Już po wszystkim.

Plac i auta wokół niego:

Dobrze żyły, sukinsyny…

DZIŚ ŻOŁNIERZA NIEZNANEGO

ŚWIĘTUJEMY URODZINY!

Żłopią sznapsa prosto z flaszek,

Fraki i smokingi taszczą,

Co, nie wolno? Szwabskie są!

Ktoś kobyłki dosiadł – Patrzcie!

Pochodniami niebo chrzczą.

Przetrząsają każdy kąt,

Łażą, włażą, piją, żrą,

W górę strzela złoty snop –

Chlewu się zapada strop.

Dym spod nowych krokwi wali

Czarny niczym samo zło –

Cośmy krwią wywojowali,

Nie oddamy. Nasze to!

Ktoś za kurą rusza w pościg:

Nasze! Twoje! Bierz co chcesz!

A nad wszystkim kircha wznosi

Ażur swych gotyckich wież

Ale gorąc! Ale jasno!

Niczym w znojny letni dzień,

Może by tak ogniem chlasnąć

Kirchę po koronki wieży,

Spalić ten ceglany pień?

Po co gasić? Górą nasi!

Grabić! Niszczyć! Orgia trwa,

Ktoś w Gasthausie drzwi rozkwasił

I fortepian na dwór pcha.

Drzwi za wąskie. Zły, saperką

Żyły strun zaczyna rwać:

„Stawiasz mi się, twoju mać?

Nam, frontowcom, nie chcesz grać?

To i sztab cię nie dostanie,

Żebyś mógł w kasynie stać!”.

Ktoś się tam po wiosce włóczy,

Golnął sobie, zmogło go,

I systematycznie tłucze

Każdą szybę, każde szkło,

„Gdzieżem doszedł – tam zostanę!

Szkło wytłukę, porcelanę,

Pamiętajcie, że to ja!”.

Pękających huk dachówek,

Jęk pękającego szkła…

„Macie, gady, janki dudle,

Rym cym cym i tra la la…”

Środkiem wioski podpalonej,

Krwistą łuną oświetlonej,

Idzie Wasia podchmielony,

Na harmonii sobie gra:

„Rozkwitały jabłonie i grusze,

Popłynęła ponad rzeką mgłaaaa”.

Wasia własną gra melodię,

Krowy umierają w ogniu,

Ryk przedśmiertny, głowni trzask –

„Kumpel mój zapłacił życiem,

Mnie też śmierć zagląda w twarz…”.

„Wsiadać! Gdzie wy się włóczycie?

Do kolumny! Naprzód marsz!”

Od pożaru do pożaru,

Pośród łun przez cały czas.

Mkniemy – reflektorów para

Trupim światłem srebrzy las,

Wyłapuje w nieskończoność

Gąszczu drzew widmowy kształt,

Wszędzie skrzynki porzucone,

Łuski, wraki, szczątki dział.

Łuna znów rozprasza mrok,

Zakręt – górka – wiraż – stok,

Wszędzie ogień! Nagle – szok:

Jakaś fabryka o krok,

I nietknięta! Chyba cud,

Hale – całe. Tłum u wrót.

Przystajemy i patrzymy.

Sierżant puka do kabiny:

„Istny skarb nam w ręce wpadł!

To gorzelnia! Wysłać zwiad?

Przypadkowo mam kanistry,

Puste, w sam raz do nalania…”

„Tylko nie pić nic z tych cystern,

Pobrać próbki do zbadania,

Może tam dodali czegoś…”

Ale sierżant – już daleko.

Wziąwszy chochlę z długą rączką,

Siwy kozak, stary spec,

Na cysternę włazi rączo,

„Zobaczymy, co w niej jest…”.

Wlazł, otworzył, zdjął papachę

I przeżegnał się z rozmachem:

„Umrę dla was, chrześcijanie,

Albo razem damy w gaz!”.

Nabrał, przyjrzał się z wahaniem

I wlał w siebie niczym kwas:

Otarł siwy wąs, dał znak:

„O cholera,

Dech zapiera!

Pijcie śmiało, dobrzy ludzie,

Chociaż smak – a niech go szlag,

Ale grzeje. Dobry! Ujdzie!”.

Nim dokończył – wszyscy pili,

Wiwat kozak! Zuch! Uraaa!

Komisarze pozwolili,

Sąd polowy urlop ma!

Znów jedziemy i jedziemy,

Wokół noc koloru krwi,

I z Sarasatego1 temat

Wciąż melodią w głowie brzmi,

Bezustanny i bezkarny,

Dźwięk kuszący, niewojenny:

„Oto wachlarz czarny,

Wachlarz drogocenny…”.

Ginie w ogniu trud człowieczy,

Trud mozolny setek lat,

Płomień syczy, płomień trzeszczy,

Smaga, chłoszcze niczym bat,

To nieśmiało, niemal czule

Liże okno albo dach,

To zwycięsko opatula

Basztę zwojem złotych płacht.

Złotopłynny, migotliwy

Jest krajobraz pruskich łun…

I znów w głowie się odzywa,

W czerni i czerwieni cały,

Zły, zwycięski, zrozumiały,

W duszę sączy się jak miód –

Temat z zapomnianych nut,

Wkrada się, narasta scherzem,

Niepokoi, wabi, wzrusza –

„Jakież bowiem serce

Oprze się pokusom…”.

Cóż – oddawaj się płomieniom

Pracowita, dumna ziemio!

Jestem z tłumem rozjuszonym,

Ale obojętnie patrzę;

Nie podpalę w tobie domu

I pałacu nie ugaszę.

Nie obchodzi mnie, że płoną,

Przejdę obok niczym Piłat,

Między nami jest – Samsonow2,

Między nami są mogiły

Jego armii. Rosjan. Naszych…

Dziwne mnie uczucia naszły

Tej żagwiącej w ogniu nocy,

Nie jesteśmy sobie obcy.

Powiązało nas przed laty,

Z wami, Prusy, jakieś fatum,

Parliśmy na Berlin prosto:

Ja – z nadzieją i z obawą,

Czy nie każą skręcić w prawo

Zamiast dalej na wprost iść….

Przeczuwałem to, Ostpreussen,

Że los zetknie nas tu dziś!

Gdzieś w archiwach, w stertach akt,

Zakurzonych, dawnych, tajnych,

Leży wasz niemiecki ład,

Wież wyniosłość w Hohensteinie,

I to, co w pamięci tkwi;

Tamte rozpaczliwe dni,

Gdy w Czternastym w te jeziora,

W te bezdroża, jakby wczoraj,

W sześć dni marszu. bez taborów,

Bez zaopatrzenia, map,

Za Brukselę, Paryż, Marnę

Tępo, głupio naszą armię

Do natarcia rzucił sztab.

Szli – bez rozpoznania, chleba,

Prosto w łapy Ludendorffa3,

Walcząc pod błękitem nieba

Umierali w czarnym torfie.

Miał ich wesprzeć Nieczwołodow4 –

Odwołano go, nie zdążył…

Hańba, ból tego pochodu

W duszy niczym ołów ciążą.

W bibliotekach godzinami,

Powstrzymując drżenie ust,

Wertowałem mapy, plany –

Tamtych dni pożółkły puls.

Każda linia, kółko, strzałka

Ujawniały sekret swój:

Tutaj – na bagnety atak,

Tam – bezładny nocny bój.

Głód. Pragnienie. Sierpień. Znój.

Wyszczerzone pyski koni,

Tętent, rżenie, palba, ból,

Tłumy ludzi przerażonych,

Mrowie, panika, świst kul…

A dziś czołgów, samochodów,

Ława z rykiem naprzód rwie,

Waplitz, Windtken, Orlau, Soldau –

Pożar trawi wszystkie wsie!

Jadą czołgi, kruszą ściany,

Mielą bruk gąsienicami,

Przez zasieki poszarpane,

Jakby uwolnieni z pęt,

Dywizjami prą Rosjanie,

Rzeka ludzi, ciężki sprzęt!

Ledwie słońce oświetliło

Las i pole smugą świtu,

Mkną nad nami setki IŁ-ów,

By z Niemcami się przywitać.

Ryk zwycięski i mocarny

W duszy słodko brzmi jak pieśń:

To kolumna ciężkich haubic

Wężem wije się przez wieś.

Ciągnie płynnie, bez zatorów,

Sznur ciągników i traktorów,

Hałasują buldożery,

Ryk silników, łoskot, huk,

Śpieszą się studebeckery,

Wilcze oczy reflektorów

Wypatrują, gdzie jest wróg.

„Trzymaj hol!” – Przez ciemną noc

Drogą rwie za dodgem dodge,

To „czterdziestki piątki”, które

Ochrzcił kiedyś front ponuro

„Żegnaj nam, ojczyzno!” – zaś

Tuż za nimi raz po raz

Chwiejnie, chyłkiem, po obrzeżach

Przemykają się moździerze,

Cicho kryjąc się we mgle –

Chevrolety ciągną je.

Jaki to paradoks dziki,

Patrzcie, jak los sobie kpi:

Ciągną trucki z Ameryki

Nasze działa BS-3!

Delikatne jak panienki

Jadą działa nowiusieńkie,

Długolufe, smukłociałe,

Niewidziany dotąd sprzęt!

W drzazgi każdy cel rozwalą

Niczym ciężka ADZ5

W razie czego fryca zetrą,

Zmiotą ogniem zaporowym.

„Tygrys”? Z dwóch tysięcy metrów

Pancerz zmiażdżą mu czołowy!

Z tyłu jak szczupaków stado

Ciężkie czołgi IS6 jadą,

Objuczone rakietami

Jak od gruszek ciężkie grusze,

Ze zdjętymi pokrowcami

Suną – nie! płyną „katiusze”,

Nasza atutowa broń –

Długi, ciasno zwarty rząd.

Tak niedawno piechocińcy

Drałowali setki wiorst,

A dziś – proszę, jadą wszyscy,

W samochodach miejsca dość!

Rozbestwiła się piechota,

Teraz jest piechota „zmoto” –

Łącznościowcy, kaemiści,

„mech” i „chem”, każdy „sanbat”,

Już do samochodów wsiadł!

Ciasno, wąsko? Lufy w górę,

Czołgom nie potrzeba dróg!

Polem „T-trzydziestek czwórek”

Zawadiacko pruje pułk,

Z lewej strony, z prawej strony