Wydawca: MUZA SA Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 444 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Próżna - Sylwia Zientek

Kluczem w dążeniu do szczęścia jest zrozumienie tego, czego naprawdę się pragnie. Bohaterki książki są ambitnymi i zdeterminowanymi prawniczkami. Chcą spełnić swoje marzenia i z impetem wkraczają w atrakcyjny świat warszawskiej korporacyjnej kancelarii prawnej. 

Los bywa jednak przewrotny. Okazuje się, że sukces, który tak bardzo chciały osiągnąć, ma wyjątkowo gorzki smak. Mozolne budowania kariery, skomplikowane związki miłosne i zakręty losu... Przyjaciółki odrzucają nieoczekiwanie standardowe kanony sukcesu, rezygnują ze wszystkiego, czemu z takim uporem starały się sprostać i zamieniają się życiowymi rolami...

Opinie o ebooku Próżna - Sylwia Zientek

Fragment ebooka Próżna - Sylwia Zientek

Projekt okładki: Katarzyna Konior/bluemango.pl

Redakcja: Marta Mizuro

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Małgorzata Kryszkowska

Zdjęcie wykorzystane na okładce:

© wrangler/Shutterstock

© by Sylwia Zientek

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2015

ISBN 978-83-7758-979-3

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2015

Wydanie I

FRAGMENT

Patrzyła na jego plecy, czuła się obdarowana i pełna wdzięczności. Dwoje wtajemniczonych spokojnie zamknęło się w łupinie swoich ciał. Wiedzieli oboje, że nie jest prawdopodobne, aby się kiedyś porozumieli w słowach. Wymienili jednak ze sobą znaki dobroci, które każde z nich miało na zawsze przechowywać. Z zamkniętymi oczami rozpoznali w sobie nawzajem apostołów prawdy. To wystarczyło.

Patrick White,Wóz ognisty

(przełożyła Maria Skibniewska)

Część pierwszaLa vie en rose

1.

Ilekroć nadchodziły jesienne chłody i opanowywała ją typowa dla tej pory roku melancholia, niezmiennie powracała wspomnieniami do tych dni, gdy spacerowała samotnie bulwarami i ulicami, przekraczając mosty nad rzeką i wpatrując się w spektakl, jakim bywa życie na ulicach Paryża.

Znowu czuła ogromną tęsknotę za tym miejscem i z lubością wyobrażała sobie spacer wzdłuż brzegu rzeki i straganów bukinistów, szare dachy i charakterystyczne gzymsy kamienic, markizy kawiarń, możliwość patrzenia na ulicę z perspektywy wystawionego na trotuar kawiarnianego krzesła. Tego typu nostalgia podsycała próżność, pozwalając pławić się w smutku, podczas gdy prawdziwe życie, praca i rodzina wymagały postawy aktywnej i wojowniczej. Ona czuła się jednak tak, jakby płynęła niesiona dokądś z nurtem, i chociaż los był dla niej nad wyraz łaskawy, wolała rozpamiętywać stracone szanse, niż faktycznie stanąć do walki i wpływać na rzeczywistość.

Z biegiem lat Diana wykształciła umiejętność oddzielenia pamięci o tamtych dniach od świadomości niespełnienia jej ówczesnych wyobrażeń. Potrafiła na zawołanie ustawić pamięć dokładnie na tę chwilę, gdy cofa się o sześć lat, jest całkiem atrakcyjną (gorzej ubraną, ale szczuplejszą niż teraz) dwudziestosiedmiolatką. Wychodzi z hotelu usytuowanego przy placu Republiki. Wkracza na paryski bruk, wdycha rześkie powietrze, widzi przed sobą powoli kręcące się koniki na pobliskiej karuzeli, stoliki i krzesła kawiarń zlewających się w niewyraźną masę ludzi, spośród których wzrok wychwytuje twarz bardzo przystojnego, ciemnoskórego mężczyzny. Znów odczuwa błogie szczęście, bo wkrótce czeka ją coś, co – jak ma prawo przypuszczać – wydarzy się naprawdę i będzie stanowiło ziszczenie jej najskrytszych pragnień. Zaledwie za kilka godzin spotka się z kimś, w kim jest zakochana. Będą wreszcie razem, odseparowani od swoich środowisk, związków i pozostawionych w kraju zobowiązań. Nieważne, co będzie dalej, kiedy już wrócą do domu, do pracy, do normalnego życia. Teraz czeka ją epizod poza czasem, kilkanaście godzin poddania się uczuciu – sceny, jakie często widuje się w filmach, kiedy to zakochani w sobie ludzie przeżywają swój „Paryż”.

Los bywa przewrotny. Ledwie kilkanaście miesięcy później, w tej samej scenerii, naprawdę rozegrały się sceny i obrazy, które tamtego dnia projektował jej rozmarzony umysł. Inna osoba odtwarzała jednak główną rolę męską. Cała reszta wyglądała niemal dokładnie tak, jak sobie wyobrażała w dniu, w którym czekała pod karuzelą na Roberta.

Był mglisty październikowy poranek 2011 roku, gdy mecenas Diana Bazak, ubrana mimo chłodu w beżowy trencz Burberry, z subtelnie widoczną podszewką w kratkę, i nowe, jeszcze nierozchodzone szpilki na wydających nerwowy odgłos obcasach, raźnym krokiem przeszła przez ulicę Grzybowską i wkroczyła na plac Grzybowski, kierując kroki ku kancelarii prawnej, w której pracowała od przeszło siedmiu lat.

Kancelaria Duval, Smok i Partnerzy miała siedzibę przy ulicy Bagno w Warszawie, w nowoczesnym budynku o kaskadowej strukturze, stanowiącym architektoniczną plombę ustawioną pomiędzy komunistycznymi blokami z wielkiej płyty, jakimi odbudowując miasto po wojnie, otoczono neorenesansowy kościół przy placu Grzybowskim.

Po wyjściu z nowo wybudowanego apartamentowca usytuowanego na skraju placu przy ulicy Grzybowskiej Diana wkraczała niemal od razu w obręb tej nieregularnej przestrzeni. Zachłannie napawała się pięknym widokiem (zwłaszcza w mglistej poświacie słońca lub po zmroku) i miała wrażenie, że niezależnie od pory roku i aury miejsce to zawsze wzbudza w niej skomplikowane emocje. Na środku placu znajdował się obsadzony precyzyjnie zaaranżowaną roślinnością skwer z oczkiem wodnym, ale wzrok przyciągała przede wszystkim wielka, jasna sylwetka neorenesansowego kościoła pod wezwaniem Wszystkich Świętych. Tło dla budowli z dwiema dzwonnicami po bokach głównego wejścia stanowiły przytłaczające sylwetki pobliskich wieżowców centrum miasta: komunistycznego Pałacu Kultury i Nauki, Żaglowca Libeskinda, nieco wycofanego, smukłego hotelu Intercontinental oraz otaczających rondo ONZ wysokich biurowców.

Nieco dalej wzrok Diany natrafiał na obskurny na pierwszy rzut oka wylot krótkiej i wąskiej ulicy Próżnej – jedynej uliczki na obszarze dawnego getta, która przetrwała wojnę, zachowując oryginalną zabudowę po obu stronach. Przed wojną ustawione naprzeciw siebie kamienice zamieszkiwały rodziny żydowskich kupców, handlujących na Próżnej głównie artykułami żelaznymi. Teraz mówiono o niej „wstydliwa enklawa w centrum miasta” albo „ulica widmo”, bo zmurszałe futryny były pozbawione szyb, a na murach z poczerniałych cegieł widniały tylko ślady po wykutych z żelaza, fantazyjnych balkonach, które ledwie w kilku miejscach zachowały cień dawnego uroku. Pokryte odchodami gołębi opustoszałe podwórka robiły wstrząsające wrażenie, przypominając o świecie, który bezpowrotnie uległ zagładzie.

Zdewastowane oficyny budynków miały niegdyś secesyjne elewacje, ale teraz dramatycznie odstawały estetyką od reszty placu. Na ścianach wisiały – jako pamiątka po wskrzeszającym na moment żydowski świat Festiwalu Singera – płachty płótna, ukazujące sepiowe fotografie mieszkańców tych domów: kobiety idące chodnikiem pod rękę, twarze ludzi, których zamordowano. Niemal codziennie w tym miejscu chodnik tarasowały wycieczki z Izraela, przemieszczające się pomiędzy pobliskim Teatrem Żydowskim, restauracją z koszerną kuchnią a miejscem, gdzie kiedyś stała największa synagoga przedwojennej Warszawy. „Ulica Próżna to samoistny pomnik unicestwienia”, mawiali przewodnicy.

Zderzenie na powierzchni trójkątnego placu obiektów architektury dziewiętnastowiecznej, w tym kościoła ze strzelistymi wieżami i noszących ślady wojny budynków, ze szpetnymi komunistycznymi blokami, które zastąpiły klasycystyczne kamienice Corazziego, i sylwetkami wieżowców w pierwszej chwili wywoływało sprzeczne odczucia. Nie wiadomo dlaczego, cały ten eklektyzm placu składał się jednak na piękny obrazek.

Największe wrażenie plac robił wieczorem, gdy tonął w poświacie różnorodnych świateł. Front kościoła zdawał się złocić na tle strzelistych srebrzysto-niebieskich wysokościowców, a podświetlany na fioletowo Pałac Kultury dodawał uroku tej feerii barw. Niekiedy deszcz sprawiał, że na mokrych płytach chodnika tańczyły kolorowe odbicia latarni i neonów. Tylko ulica Próżna niezmiennie straszyła i swym zaciemnieniem podkreślała wyjątkowy charakter wyludnionego miejsca pamięci tragicznych wydarzeń sprzed siedemdziesięciu lat.

Po kilkudniowej nieobecności w Warszawie związanej z pobytem na konferencji Intellectual Property Law Summit 2011 w Berlinie widok kościoła obwarowanego budynkami o kubaturach różnej wielkości pudełek wydał się Dianie niedorzeczny, dziwny, nieodwracalnie popsuty. Nieliczne drzewa, które ostały się w sercu placu, pokrywała warstwa szronu. One również nie pasowały do tego miejsca, podobnie jak strzelisty wieżowiec Cosmopolitan.

Jeszcze kilka kroków i zaraz będzie rozdawać uśmiechy, wsłuchiwać się w standardowe pytania o wyjazd służbowy, odpowie, że dobrze, wypowie się pochlebnie o poziomie merytorycznym szkolenia. Sekretarka przyniesie jej świeże espresso macchiato. Już po paru minutach w kancelarii zapomni o nieprzyjemnej, porannej wymianie zdań z mężem, który z pretensją przypomniał jej o wciąż przekładanych wizytach u dentysty z dziećmi, zapomni też o nieprzyjemnym aspekcie pobytu w Berlinie, o czekających ją badaniach kardiologicznych, o chorobie matki, o wszystkim, co zaprzątało jej głowę, gdy tylko wychodziła z biura i jej nadrzędna rola prawniczki przestawała mieć wiodący charakter.

Świeże wciąż wspomnienie niedawnej podróży wywoływało w niej pewien dyskomfort. Nie mogła zapomnieć o przykrym spotkaniu, które popsuło jej cały pobyt w Berlinie. Marzyła o chwilowym odpoczynku od kancelarii i rodzinnych obowiązków, planowała odwiedzić Wyspę Muzeów i pochodzić po sklepach, i chociaż w jedno z deszczowych popołudni udało jej się wymknąć ze znajomą do dzielnicy Mitte, gdzie odwiedziły kilka galerii sztuki i spędziły czas w miłej knajpce, minione trzy dni wiązały się przede wszystkim z nieprzyjemnymi odczuciami, za które odpowiedzialna była niejaka Monika.

– Co to za blondynka? – jak tylko zajęły swoje miejsca w samolocie, zapytała Jola, znajoma prawniczka, która również wybierała się na szkolenie do Berlina.

– Ach, że też musiałam się z nią spotkać na tym samym szkoleniu… Ja to mam szczęście – westchnęła Diana. – Popsuje mi to cały wyjazd!

– Odniosłam wrażenie, że to jakaś stosunkowo bliska znajomość – oceniła Jola.

Diana rzeczywiście była dla spotkanej kobiety nadzwyczaj miła. Jak tylko rozpoznała jej twarz, gdy na terenie hali odlotów Monika siadła przy kawiarnianym stoliku tuż obok niej, w pierwszym odruchu chciała natychmiast odejść, udając, że jej nie zauważyła. Dawna znajoma jednak przestała wpatrywać się w swój tablet, podniosła głowę i jej wzrok trafił wprost we wpatrzone w nią oczy Diany. Nie pozostawało nic innego, jak przywitać się z profesjonalnym uśmiechem.

– O! Dzień dobry! Co słychać? – powiedziała Diana

– Dzień dobry! – Monika obdarzyła ją uśmiechem równie promiennym. – Dziękuję. Potwornie chłodno, w zasadzie przydałaby się jakaś kurtka puchowa. – Kobieta roześmiała się, sprawiając przystępne, sympatyczne wrażenie. – Dzisiaj rano studenci żartowali z mojego ubioru. „Berlin to nie Mediolan”, mówili. A ja się wybrałam w takim lekkim trenczu…

Diana w popłochu zorientowała się, że Monika udaje się z pewnością na tę samą konferencję. Czeka je więc konieczność tolerowania swojej obecności przez trzy dni, co najmniej po kilka godzin dziennie.

Przez kilka minut rozmawiały o korkach i nowej siedzibie sądu gospodarczego. Monika niby mimochodem wspomniała, że pracuje w kancelarii, którą postrzegano jako głównego konkurenta kancelarii Diany na rynku francuskim. Istota słów wypowiadanych przez Monikę była jasna: „Wspaniale sobie radzę, robię karierę i mam świetne życie”.

Kiedy przyszedł czas, aby odprawić się przed wejściem na pokład samolotu, Diana musiała w końcu wstać z krzesła, choć w myślach stresowała się faktem, że Monika zobaczy w całej okazałości jej obfite biodra, tak niekorzystnie poszerzone przez fatalny krój spodni, które rano włożyła w pośpiechu. I rzeczywiście, gdy podniosła się od stolika, Monika obrzuciła jej sylwetkę uważnym spojrzeniem, a jej mina wyrażała nieskrywany triumf. Dianie nie pozostawało nic, tylko zachowywać się uprzejmie jak dotąd, choć w myślach czuła się pokonana.

Stojąc w kolejce po karty pokładowe, rozmawiały o głośnym ostatnio w prawniczym światku połączeniu dwóch dużych kancelarii. Dopiero przybycie nieco spóźnionej koleżanki, Joli, wybawiło Dianę z udręki prowadzenia rozmowy z ledwo jej znaną osobą, która na dodatek wyglądała tak świetnie, że wpędzała ją w kompleksy.

– Skąd, prawie jej nie znam, ale sytuacja była niezręczna, bo odrzuciłam jej kandydaturę na stanowisko starszego prawnika w naszej kancelarii. Teoretycznie miała odpowiednie kwalifikacje, ale w trakcie rozmowy wydała mi się głupia. Niestety, bardzo lobbował za jej przyjęciem nasz wspólny znajomy, mecenas Kruk. – Diana wyjaśniała Joli swoją relację z piękną Moniką, gdy siedziały już w samolocie, czekając na start.

– Ale i tak jej nie zatrudniłaś?

– Nie, nie czułam „chemii”, wiesz, o co mi chodzi… – Diana machnęła ręką, przymykając oczy i sadowiąc się sztywno w fotelu, by przeczekać moment startu.

Diana uważała się za osobę podchodzącą profesjonalnie i obiektywnie do tego typu sytuacji. Jak niemal każdy wybielała własne niedoskonałości i racjonalizowała swoje wady. Czy naprawdę Monika nie nadawała się do tej pracy? Jak przyznała teraz przed sobą, w rzeczywistości nie chodziło tylko o przebieg prawniczej kariery czy poziom wiedzy kandydatki.

Pamiętała, że sprawa ta przez kilka dni sprawiała jej problem, zanim Diana nie podjęła ostatecznej decyzji o odmowie zatrudnienia. Monika budziła w niej nie do końca uzasadnioną niechęć – wydawała się zbyt doskonała w swej fizyczności i zbyt pewna siebie. Jej wygląd był zapewne solą w oku dla większości kobiet, z którymi pracowała – szczupła, proporcjonalna, subtelna blondynka, do tego nadzwyczaj gustownie ubrana. Zdając sobie sprawę, że przemawiają przez nią kobieca przekora i chęć ukarania jej za idealny wizerunek, Diana zadecydowała o odrzuceniu jej kandy­datury, choć miała świadomość, że zrazi do siebie znajomego, który tak bardzo rekomendował Monikę, zachwalając jej pracowitość i umiejętności interpersonalne. Podobno Monice szczególnie zależało na tym, by jej przełożonym była kobieta. Szowinistyczny świat zdominowanych przez mężczyzn kancelarii musiał mocno nadszarpnąć jej poczucie godności, co w przypadku długonogiej i długowłosej blondynki o buzi „ruskiej lalki” nietrudno sobie wyobrazić. Mecenas Kruk po odrzuceniu kandydatury Moniki przestał być dla Diany uprzejmy, ledwo powiedział jej „cześć” na korytarzu w sądzie. Widocznie musiał osobiście angażować się w relację z piękną prawniczką.

– Poza tym słabo wypadła na rozmowie. Najbardziej poirytowało mnie to, że jako zainteresowania podała w CV muzykę klasyczną, a kiedy zapytałam, jakiej muzyki konkretnie słucha i jakich kompozytorów lubi, zaczęła się plątać. Nie umiała wymienić żadnego nazwiska! Powiedziała, że słucha muzyki, którą jej mąż puszcza w samochodzie! – Diana kontynuowała rozmowę, jak tylko samolot przestał bujać i przebił się przez pierwszą warstwę szarych chmur.

– Co za żenada! – przyznała rację Jola.

Wymazując „berliński epizod” z pamięci, Diana z radością wracała teraz do pracy. Niemal biegła, z trudem pokonując na szpilkach kałuże i przerwy między płytami chodnika, które potrafiły w sekundę zniszczyć nowe buty. Nieobecność w kancelarii była problemem, którego Diana starała się unikać. Nawet urlop spędzany z rodziną – w pewnym sensie przymusowy – sprawiał, że czuła się podenerwowana i z trudem znosiła rozłąkę z toczącymi się sprawami. Była przekonana, że głód informacji i potrzeba bycia w centrum wydarzeń to główny motor jej kariery. Zawsze, ilekroć nie mogła się stawić w pracy, miała wrażenie, że ominęło ją coś bardzo istotnego.

Gdy wkroczyła do eleganckiego wnętrza o ścianach wy­łożonych fornirem w kolorze czereśni, poczuła się, jakby wróciła do domu. Recepcjonistka przywitała ją standardowym „dzień dobry, pani mecenas”, mijający ją na korytarzu mecenas Leon Kania kurtuazyjnie się uśmiechnął, uścisnął jej dłoń i stwierdził, że czekano na nią w związku z dużą sprawą klienta z branży budowlanej.

Za pół godziny u mnie! – rzucił na odchodne.

Pani mecenas, przypominam tylko, że za pół godziny rozpoczyna się spotkanie partnerów – poinformowała ją z kolei asystentka.

Otworzyła swój uśpiony, chłodny gabinet, powiesiła na wieszaku płaszcz, zmieniła czerwone szpilki na bardziej wygodne czółenka, usiadła przy biurku i uruchomiła komputer. Ilekroć przestępowała próg swojego gabinetu, widok miasta zza wielkich narożnych okien – imponujący dla każdej wchodzącej do tego pomieszczenia osoby – momentalnie działał jak przywracający wewnętrzną równowagę trik. Wielka połać nieba, na której tle rysowały się bliskie sylwetki największych budynków w centrum, przypominała jej, jak wiele osiągnęła, jak bezpieczne umościła sobie miejsce w świecie. Osoba, która ma takie biuro, musi być kimś – wiedział to każdy, kto zawitał do jej królestwa. Lata nauki, nieskończenie długie dni pracy, tygodnie, weekendy poświęcone klientom i ich problemom, kolejne godziny, za które najpierw pobierała stawkę pięćdziesiąt, potem sto, wreszcie dwieście euro. „Było warto”, mówiła sobie w myślach, potwierdzając sens swojej życiowej drogi.

Wizualnie nie różniła się od innych prawniczek, które ubrane w garnitury w stonowanych kolorach sprawiały wrażenie profesjonalnych, kompetentnych i potwornie nudnych osób. Perfekcyjnie uzbrojona w swój czarny bądź szary kostium włoskiej marki z wyższej półki (tak doskonale skrojony, że odejmował jej parę kilo i dawał złudzenie wcięcia w talii, którego po drugiej ciąży już nie miała), w niezbyt wysokich szpilkach (pod biurkiem trzymała pięć różnych par, wszystkie tej samej marki), z delikatną biżuterią ledwo widoczną na jej szyi i gładkimi włosami, które w wieku trzydziestu pięciu lat przefarbowała na blond, była miła „w odbiorze”, zrównoważona, jednolita. Jedyne szaleństwo, na jakie sobie pozwalała, to zawiązana na szyi apaszka (koniecznie Hermèsa), a torba w innym kolorze niż czarny okazała się totalną ekstrawagancją, na którą zdecydowała się do tej pory tylko dwukrotnie. Wzbudzała zaufanie i sympatię, spokojna, rzeczowa, stonowana i uśmiechnięta (nie za bardzo, lecz akurat tyle, aby wydać się zainteresowana czyimś problemem i gotowa do niesienia profesjonalnej pomocy), zadowolona ze swojej życiowej roli. Ten skromny, formalny wizerunek idealnie odzwierciedlał profesjonalizm i prawnicze kompetencje. Była pewną siebie, ale nie aro­gancką osobą. Nie potrzebowała nikomu udowadniać swojej wartości. Miała świetny kontakt z klientami i wciąż udawało jej się pozyskiwać nowych, może dzięki temu, że nie była natarczywa i miała świetną opinię w środowisku.

Jej wielkie, zawalone papierami biurko ustawiono tak, aby odrywając wzrok od monitora, mogła oglądać widoczne w oddali wieżowce. Za plecami miała regał z kodeksami i komentarzami, z których nieustannie korzystała. Kolorowe ramki ze zdjęciami małych jeszcze dzieci: Poli i Jasia w różnych okresach ich życia (na niektórych z ich ojcem Adamem) oraz zabawne przyciski do papieru w kształcie kotów ocieplały nieco atmosferę, odejmując powagi poważnym opasłym księgom. Wnętrze wydawało się wyjątkowo przestronne za sprawą przeszklenia oddzielającego je od głównego korytarza, za którym ustawiono stanowisko jej asystentki. Dzięki sporemu funduszowi, jaki otrzymała na urządzenie gabinetu, na je­dynej ścianie wisiał pokaźnych rozmiarów obraz Dwurnika z jego charakterystycznymi niebieskimi labiryntami ulic i dachami kościołów. Płótno dumnie prezentowało się nad modernistyczną skórzaną kanapą. Przyjmując gości, Diana lubiła zasiadać w fotelu przy stoliku o szklanym blacie, na którym zwykle stały cięte żółte kwiaty.

Wielokrotnie w ciągu dnia spoglądała na szaroniebieskie szklane płaszczyzny, w których odbijały się sylwetki chmur. Wieczorem różnorodne układy świateł robiły jeszcze większe wrażenie. Ilekroć zamykała za sobą drzwi gabinetu, przez moment po zgaszeniu światła wpatrywała się w to energetyczne widowisko pulsującego miasta. Scenografia, niemal filmowa, dodawała jej życiu nieco koloru, jak dobra dekoracja w kiepskiej teatralnej sztuce.

Tego dnia pochłonięta sprawą jednego z klientów Diana przez kilkanaście minut przeglądała zawartość szuflady swojego biurka w poszukiwaniu kopii pewnych dokumentów. Niespodziewanie zamiast na orzeczenie sądu trafiła na zaplątaną między papiery kartkę z kłującym w oczy własnoręcznym podpisem Roberta. Była to jakaś opinia prawna sprzed kilku lat. Szafirowe litery stawiał zamaszystym ruchem ręki, zapewne za pomocą pióra Mont Blanc, które teraz ona trzymała u siebie w domu, w szkatułce z biżuterią, i niekiedy z tkliwością obracała w dłoniach. To pięknie wykaligrafowane pismo przywodziło jej zawsze na myśl rękopisy XIX-wiecznych poetów.

Nigdy już nie złoży na niczym swojego podpisu. Ta myśl wywoływała niemy, trwający ułamek sekundy, nieokreślony spazm. Czym było to uczucie? Tęsknotą? Świadomością, że straszne rzeczy naprawdę się dzieją?

Jakaś niepojęta gorycz od pewnego czasu zaczynała naznaczać każdy aspekt – wydawałoby się – tak udanego życia. W jej duszy powoli gromadził się osad, produkt uboczny przeświadczenia, że wszystko, co pozornie dobre, nie jest do końca tym, co sobie wyobrażała. Od lat systematycznie realizowała swój plan: praca, rodzina, pozycja zawodowa, prestiż, majątek, nie zważając na wyrzeczenia. Tylko po co? Aby w efekcie poczuć wielką pustkę?

Robert. Kim był? Tyle twarzy, różnorodność nastrojów, wielka inteligencja, nie mniejsza wiedza, elokwencja i niezrozumiałe piękno. Był taki wiersz Eliota Kolekcjoner chaosu i właśnie to określenie utkwiło jej w pamięci. Widok tego mężczyzny niemal obsesyjnie wywoływał w niej myśli o trwodze przemijania. A teraz wszystko, co pozostało, to ekscytacja czekającym ją niedługo wyjazdem do Paryża i perspektywą spaceru ulicami, kiedyś przemierzanymi wraz z nim. Obserwowanie kadrów, które rejestrował, stanowiło smutną namiastkę przebywania obok niego. Obejrzy znowu krogulce gotyckich katedr na tle stalowego nieba, wypije kawę w miejscu, w którym on ją pijał. Spacery będą elegią ku jego pamięci, opłakiwaniem jego skomplikowanego, niewyjaśnionego do końca losu.

Zapewne nosił to w sobie od początku, tę możliwość nagłego powiedzenia „nie” światu, jaki go otaczał. Jego ucieczka, zaginięcie (w zasadzie nadal przecież nie wiadomo, jak to nazwać) miało w sobie tę samą porywczość i świadomość braku odwrotu, co decyzja poety Arthura Rimbauda o porzuceniu świata literatury i wyjeździe do Afryki albo niespodziewana, zakończona utonięciem kąpiel w Missisipi muzyka Jeffa Buckleya. Ilekroć słyszała jego utwór Everybody Here Wants You, przed oczami stawał jej Robert i znowu, z bolesną przyjemnością, zagłębiała się w meandry pamięci.

Był w nim jakiś nadmiar opcji, obfitość ścieżek, zbyt wiele możliwości do wykorzystania. To nawet ciekawe, takie teoretyzowanie w stylu, jak mogą się potoczyć losy bohatera komputerowej gry, którego wyposażono w tak liczne przymioty – niezwykłą urodę, inteligencję, wykształcenie (zarówno w zakresie sztuki, jak i ekonomii), znajomość kilku języków obcych, sprawność fizyczną, otwartość na ludzi… Cóż, każdy podąża za tym, czego mu brak, a co mają inni. Może on, mając tak wiele, chciał czegoś, czego pozornie wcale nie było mu potrzeba.

Jej myśli przerwał dźwięk telefonu. Dzwoniła Penelopa, jej najbliższa przyjaciółka, ale Diana nie miała tego dnia siły ani ochoty z nią rozmawiać. Nie odebrała połączenia, a gdy kilkanaście minut później telefon zadzwonił ponownie, napisała tylko, że ma spotkanie i nie może gadać. Nie wiedziała nawet, czemu to zrobiła… Im dłużej trwała ich znajomość, tym większą w jej ocenie zyskiwała wartość. To było niezwykłe, że przyjaźń przetrwała, mimo że ich drogi życiowe poszły w różnych kierunkach, zarówno w sferze zawodowej, jak i osobistej. Jednak rozmawiać z nią akurat teraz nie miała ochoty… Przez wiele lat, jedna zapatrzona w drugą, uważały, że w danej chwili fortuna jest po stronie przyjaciółki. Obserwując nawzajem swoje życie, spalały się przez lata w bezsensownym biegu za spełnieniem pragnień, które wcale nie czyniły ich szczęśliwymi.

Zadzwonię do niej pod koniec dnia, pomyślała Diana i jej uwagę odwrócił nowy e-mail, informujący o podpisaniu umowy o współpracy z kancelarią przez dużą spółkę z branży transportowej – klienta zdobytego wyłącznie przez nią, co zdecydowanie umocniło jej pozycję jako wspólnika. Powinna się cieszyć z tego porozumienia, o które walczyła w sposób, w jaki kiedyś robił to Dawid, tym bardziej że w dobie kryzysu każdy nowy klient był na wagę złota. Czasy dawnej prosperity minęły, wiele spółek ograniczało wydatki na obsługę prawną i przenosiło się do małych, tańszych kancelarii lub zamrażało inwestycje, czekając na koniunkturę.

Diana dojrzała do swojej roli zawodowej na tyle, że nie miała już żadnych obiekcji, żeby wykorzystać informację pozyskaną w trakcie prywatnej rozmowy z koleżanką, z którą kiedyś uczyły się na aplikacji. W luźnej rozmowie przy kawie jej znajoma – obecnie starająca się o awans na partnera w niewielkiej kancelarii – zapewne nieopatrznie wyjawiła, że lada chwila ściągnie do siebie firmę W., do której dotarła dzięki towarzyskim koneksjom męża.

– Nie miałam pojęcia, że zmieniają prawników, dotąd obsługiwał ich SWP – zauważyła niby obojętnie Diana.

– Podobno nie są zadowoleni, bo SWP doradza ich konkurencji i nie chce się zgodzić na wyłączność – powiedziała koleżanka.

Była na tyle naiwna, że wyjawiła nawet stawki godzinowe, jakie zaproponowała klientowi. Dziesięć minut po tym spotkaniu pracownik Diany już szykował ofertę z atrakcyjniejszą propozycją cenową. Pewien znajomy jej męża otrzymał zaraz telefon z prośbą o skontaktowanie się ze znanym mu dyrektorem z firmy W. i przekazanie mu oferty. Koleżanka Diany nawet nie mogła mieć do niej żalu – każdy odpowiedzialny wspólnik właśnie w taki sposób zawalczyłby o interes swojej firmy.

Zanim wyszła na spotkanie do sali konferencyjnej, otworzyła jeszcze jedną wiadomość – od Anny, jej dawnej pracownicy. Dziewczyna przesyłała pozdrowienia z wyspy Mauritius i załączała zdjęcia. Diana kliknęła jeden z plików. Fotografia na pierwszy rzut oka przywodziła na myśl widoczek z katalogu podróży: przedstawiała strzeliste palmy na tle błękitnego nieba i turkusowe morza. Dopiero gdy przyjrzała się bliżej, jej wzrok przykuł nieoczekiwany obraz. W centralnym punkcie, w alejce wiodącej pomiędzy grubymi pniami strzelistych palm, zobaczyła ledwo dostrzegalną postać mężczyzny w białym kapeluszu, siedzącego na wózku inwalidzkim. Ten widok ścisnął jej serce. Sylwetka wydawała się drobna, nic nieznacząca, bezbronna i mikroskopijna w otoczeniu bujnych, sięgających nieba drzew o rozłożystych parasolach liści. Mój Boże, szepnęła w duchu.

Pertraktując z klientem, czuła się jak zawsze pewnie, wzbudzała zaufanie i wykazywała się w pełni profesjonalnym podejściem, mimo że oczekiwania były z gruntu niemożliwe do zrealizowania. Umiała jednak tak poprowadzić rozmowę, by mieć uzasadnioną nadzieję na pomyślne rozwiązanie. Kiedy tylko znowu usiadła przy swoim biurku, ponownie otworzyła plik z fotografią. Mężczyzna na wózku był jej dawnym szefem i kochankiem.

Bardzo pilnowała, żeby każdego dnia poświęcić swoim dzieciom quality time, zgodnie z wyczytaną w podręcznikach zasadą, że ważniejsze jest krótsze obcowanie z dziec­kiem, w którego trakcie maksymalnie dajemy coś z siebie, niż bycie razem przez cały dzień, podczas gdy dziecko jest tak naprawdę obok i nie czuje, że skupiamy na nim uwagę. Często o poranku, bo dzieci budziły się bardzo wcześnie, wykorzystywała ten moment na półgodzinne układanie z nimi klocków albo czytanie książeczek. Wówczas wy­chodziła do biura zadowolona i spokojna, że ma już za sobą ten obowiązek i może bez wyrzutów pracować do późnego wieczoru, potem wrócić do domu, ucałować dzieci na dobranoc i chwilę odpocząć (z kieliszkiem wina przejrzeć gazety albo w trakcie jedzenia kolacji obejrzeć coś w telewizji). Dzień w kancelarii był tak przepełniony niecierpiącymi zwłoki kwestiami, tyle się działo i tyle spraw było do ogarnięcia, że w godzinach pracy rzadko wędrowała myślami ku dzieciom. Niekiedy nie mogła uwierzyć, że one w ogóle istnieją. Nic nie irytowało jej bardziej niż telefony od opiekunki pytającej, jaką kurteczkę włożyć na spacer, czy zaniepokojonej biegunką któregoś z malców. Dzieci wzbudzały w niej największą dumę i radość, gdy pięknie ubrane (malec w spodenki na szelkach i nonszalancko rozpięte koszule z kołnierzykiem, córeczka w minimalistyczne, pastelowe sukienki) towarzyszyły rodzicom na wspólnym spacerze (zwłaszcza w ciepłych promieniach jesiennego słońca, w scenografii kolorowych liści w Łazienkach) albo podczas wizyty w kościele, gdzie wszyscy zachwycali się pięknym obrazkiem, jaki tworzyła Diana wraz ze swoją rodziną.

Czasami jednak z goryczą przyznawała przed sobą, że jej ulubiony autor, australijski noblista Patrick White, miał rację, wydając okrutny sąd na temat pokrewieństwa pomiędzy rodzicami a dziećmi: jesteśmy i zawsze będziemy sobie obcy, a więzy krwi nie stanowią żadnej gwarancji bliskości. Odczuwanie więzi z drugim człowiekiem to jak nawiązanie kontaktu z inną galaktyką – nie sposób wytłumaczyć, dlaczego się udało. Podobnie jest z miłością, niewysłowioną, niedokonaną, jak ta jej do Roberta.

Skupiając się na obowiązkach, Diana starała się dzielnie walczyć z poczuciem rozczarowania. Z roku na rok coraz szybciej rozpoznawała i eliminowała wszelkie złudzenia. Tamte zmysłowe marzenia sprzed lat, które wzbudzały w niej widoki parków o zmierzchu, zapach roślin i kwiatów, dzisiaj wracały jak wyblakłe wspomnienia pełnego podekscytowania okresu, gdy chodziła nieprzytomnie zadurzona, nieustająca w czekaniu, które finalnie doprowadziło donikąd.

Jeśli jest w życiu człowieka jeden jedyny moment, który decyduje o wszystkim, jak ten, kiedy Orfeusz odwrócił się i spojrzał za siebie albo gdy Lord Jim skoczył z tonącego statku, w jej przypadku była to chwila w malinowym chruśniaku, kiedy nie rozumiejąc dlaczego, uchyliła usta od warg kogoś, w kim była szaleńczo zakochana. Z biegiem lat nabrała przekonania, że gdyby wówczas dała mu do siebie dostęp, wszystko potoczyłoby się inaczej, nawet jeśli ich historia zakończyłaby się kilkunastotygodniowym romansem, a deklaracje Roberta nie wykroczyły poza uprzejmości, jakie prawi się kobiecie po odbytym stosunku. Może teraz, gdyż już wie, jak dużo może kosztować jeden moment zawahania, nie zmarnuje kolejnej szansy. Jeśli los jej jeszcze jakąś da…

Na obiad tego dnia zjadła przyniesioną jej przez asystentkę sałatkę grecką. Spokojnie przejrzała prywatną pocztę, newsy na portalach i posty na forum prawników. Znalazła też moment, aby wpaść do sąsiedniego gabinetu mecenas Zubik i obejrzeć zdjęcia z jej niedawnego urlopu. Starsza od niej koleżanka – niezła merytorycznie, choć kiepsko wypadająca przy klientach i niemająca zbyt silnej pozycji w kancelarii – zabiegała o uwagę Diany, choć ta traktowała ją nieco wyniośle, odmawiając wspólnych wyjść na lunch czy wieczornych babskich pogawędek przy winie. Teraz Edyta z radością włączyła komputer, na którego ekranie pojawiła się tapeta z widokiem rajskiej plaży i bambusowych chatek.

– Byliśmy w Tajlandii! Tam mieszkałam. – Skierowała palec w stronę zdjęcia, widząc, że Diana wykazała zainte­resowanie. – Nie w jakimś ośrodku turystycznym, ale na pięknej wyspie. Tylko dwadzieścia domów. Plażą szło się do restauracji. Jakie kwiaty, owoce! Och, mówię ci!

Na ekranie migały fotki zachodów słońca, plaży, bawiących się dzieci, nawet jaszczurek. Ubrana w jaskrawe pareo koleżanka tuliła się do swojego nowego faceta, dumnie prężącego opaloną klatę. Nie wyglądała na czterdzieści dwa lata.

– Absolutnie przepięknie. Totalny relaks. Zachwycająco! Pojechaliśmy do takiego miejsca, gdzie można było zamieszkać w domku na drzewie. W jeziorze były małe piranie, któ­re gryzły lekko w nogi. Stamtąd oczywiście ruszyliśmy na przejażdżkę słoniem! Widziałaś Wyspę tajemnic z Leonardo DiCaprio? To właśnie tam kręcono większość scen. Naprawdę polecam taki wyjazd! – nie przestawała szczebiotać.

Dzwoniący telefon uwolnił Dianę od dalszych opowieści, dla których ludzie wydają ogromne pieniądze. Czyż nie to jest bowiem największą wartością ich przeżyć, że można opowiedzieć o nich znajomym, pochwalić się widokami z raju?

Kiedy parę godzin później Diana poprawiała makijaż w toalecie, myjąca akurat ręce bezczelna i zawsze świetnie o wszystkim poinformowana kierowniczka administracyjna ich kancelarii zagadnęła, czy już zdążyła obejrzeć zdjęcia dokumentujące wakacje w Tajlandii ich wspólnej koleżanki. Diana przytaknęła. Kinga upewniła się, że nikt ich nie słyszy, i szeptem powiedziała:

– Zapożyczyli się u rodziny, żeby zapłacić za tę wycieczkę. Rezerwację zrobili ponad pół roku temu, a teraz już nie było ich na nią stać. Wyobraź sobie, że miesięcznie płacą ponad piętnaście tysięcy raty kredytu! Byłaś na ich parapetówce, w tym wielkim domu w Wilanowie, prawda? Ona i jej facet świetnie zarabiają, ale i tak musieli wziąć na niego dwa i pół miliona kredytu. W jenach. Teraz jen dwukrotnie zdrożał i ich kredyt wzrósł do ponad czterech milionów! Nie stać ich na nic. Musieli sprzedać kawalerkę, żeby mieć na życie.

Diana z przerażeniem kiwała głową. Pomyślała, że jej sytuacja – mimo kryzysu i rosnących nieustannie rat kredytu – nie wygląda tak źle. Czym jest jej zadłużenie w porównaniu z sytuacją koleżanki? Edyta starała się, jak mogła, by nikt nie zauważył jej problemów, nie przewidziała jednak, jak „życzliwa” okaże się najbliższa koleżanka z pracy…

Kiedy biuro niemal całkowicie opustoszało i nawet Jaromir – partner zarządzający ich kancelarią – pożegnał się przez dzielącą ich szybę dosyć chłodnym skinieniem głowy, Diana z niechęcią zaczęła zbierać papiery z biurka i wylogowywać się z systemu. Adam, jej mąż, dzwonił już dwukrotnie z pytaniem, czy zamawiają coś na kolację i co dać dzieciom, jeśli będą chciały jeść, zanim Diana wróci do domu. Dziś już nie czuła tego wymownego wyrzutu w jego głosie. Przez tyle lat borykała się z potwornym poczuciem winy i nieustannie kombinowała, jak wybrnąć ze stawianego przez niego ultimatum. Zawsze za dużo i za długo pracowała, nie chciała rodzić dzieci, czekać na jego powrót z pracy z talerzem zupy, a potem, kiedy w końcu się ugięła, też było źle, bo najpierw nie zamierzała siedzieć z nimi w domu, a potem zrezygnować z wyścigu o stanowisko wspólnika, co musiała zre­kompensować Adamowi, rodząc drugie dziecko. Robiła, co mogła, by ugłaskać męża, załagodzić sytuację, uratować ich małżeństwo, które nieraz wisiało na włosku. Kazał jej wybierać między pracą a nim, wspierany przez rodzinę, pragnął sformatować ją na obraz tradycyjnej kobiety-matki. Ona zaś nie była na tyle silna, by powiedzieć „nie”, ale osiągała swoje cele małymi krokami, mydląc mu oczy i obiecując różne zmiany, które nigdy i tak go nie zadowalały.

Gdy oglądała podkolorowane obrazki z raju, przypomniała sobie własne wakacje i wyjazd z Adamem na Malediwy (zasłużony wypoczynek bez dzieci), który zakończył się ledwie kilka tygodni temu. Pierwsze dni w luksusowym ośrodku na rajskiej wyspie z turkusowym morzem, palmami i kolorowymi drinkami przybranymi kwiatami, z prywatną plażą do dyspozycji, egzotycznym, przemiłym personelem sprawiły, że opanowała ich euforia. Przebywali w pięknym miejscu, którego wszyscy będą im zazdrościć. Wczesnym porankiem Diana wstawała, by ponurkować na rafie koralowej, w otoczeniu widywanych dotychczas w telewizji spektakularnie pięknych, mieniących się kolorami ryb i morskich stworzeń. Te chwile były najcenniejsze. Później rozpoczynał się dzień trwający ponad piętnaście godzin, które trzeba było spędzić niemal wyłącznie w towarzystwie Adama. On, podobnie jak ona, męczył się tym odizolowaniem od świata, zmuszony do nieustającego przebywania z żoną. Przez wiele lat każdy wypad planowali wraz ze znajomymi, zwykle było to kilka par z dziećmi z kręgu bliskich im prawników, dzięki czemu kontakty sam na sam między małżonkami sprowadzały się do chwil przed pójściem spać, sporadycznego seksu i krótkich poranków. Teraz nie mogli od siebie uciec, a nie mieli sobie nic do powiedzenia. Adam nie drążył tematów, które podejmował wielokrotnie, może nie widział szans na realizację swojej wizji albo pragnienie posiadania tradycyjnej rodziny wyparowało mu z głowy. Żadne z nich nie chciało też mówić o przyszłości. Całymi dniami zadręczali się, leżąc na boleśnie bajkowej plaży, z książkami w rękach, upici słodkimi drinkami, od których ich mdliło. Oboje czekali, aż ktoś skróci im wyrok. Po powrocie oczywiście pokazywali fotografie cudnie lazurowego morza i egotycznej roślinności, nawet zdjęcia ich samych czule do siebie przytulonych. Nie było nic prostszego, niż udawać przed sobą i innymi, jak bardzo im się w życiu powiodło.

Prawda była taka, że od wielu, wielu miesięcy Diana nie czuła już tego, co kiedyś pchało ją do przodu – nagłego wewnętrznego przekonania, że to, co rozlewało się dookoła niej (ta chwila, ten dzień, widok rozsianych po niebie chmur przypominających rozdzielone warstwy waty cukrowej, świeżo przeżyte wydarzenia dnia w pracy, jej poczucie zadowolenia z samej siebie, wyjątkowo piękna Warszawa), jest czymś potężnym, co zwiastowało jej powodzenie. Nie było już tych momentów prawdziwego podekscytowania przyszłością i tym, co ze sobą przyniesie, oraz przeświadczenia, że będą to kolejne sukcesy.

Po południu taksówka podwiozła ją na Mokotów na spotkanie z klientem, który składał pozew w sądzie antymonopolowym, a gdy wracała znów do kancelarii, w radiu niespodziewanie zabrzmiała piosenka zespołu Stare Dobre Małżeństwo, którą kiedyś znała na pamięć. Miała wtedy siedemnaście lat i z grupą znajomych próbowała wspinać się w Tatrach.

– Jak biec do końca, potem odpoczniesz, potem odpoczniesz, cudne manowce, cudne manowce, cudne, cudne manowce – zanuciła.

W wyobraźni widziała Roberta idącego przed siebie, włóczykija, wagabundę uciekającego od świata. Jego obraz – rozwiewane przez wiatr włosy, pochylona szczupła sylwetka, wyraz szarych oczu i linia warg zawsze wyrażająca jakby lekką kpinę – pojawiał się coraz częściej w jej myślach, sprawiając dziwną, egotyczną przyjemność i podsycając mit niespełnionej miłości.

Jako licealistka zaczytywała się w dziwnych tekstach Stachury, we Wszystkich Świętych jeździła na jego grób zapalić znicz. Kolejnym jej „idolem” był Rimbaud, którego Iluminacje czytała na ławce w parku, paląc papierosa za papierosem. Widocznie ta uśpiona przez dorosłość fascynacja wędrowcem o poetyckim usposobieniu i popapranym życiorysie musiała znaleźć jakieś ujście i znalazła je w tej zażyłości, istniejącej bardziej w wyobraźni niż na jawie. Może gdyby nie książki, na które natrafiła jako młoda dziewczyna, nie nosiłaby w sobie marzeń o tego typu mężczyznach.

W czasach, gdy jeszcze pracowała razem z Robertem w kancelarii, wielokrotnie mówiła sobie, że niczego nie oczekuje, że między nimi nic nie ma. Zdradzało ją jej ciało. On musiał wiedzieć. Kiedyś dotknął jej dłoni i palcami przytrzymał przegub, wyczuwając zapewne przyspieszony puls. Ilekroć był blisko, jej serce zaczynało gwałtownie łomotać.

* * *

koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Marszałkowska 8

00-590 Warszawa

tel. 22 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: 22 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz