Wydawca: Psychoskok Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 333 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Proza życia w realu - Artur Artecki


"Proza życia w realu" to książka dla ambitnych czytelników, nie bojących się stanąć w szranki z prawdziwą rzeczywistością. Taką bowiem przedstawia Autor Artur Artecki, dla którego pisanie to zdecydowanie coś więcej niż tylko zwykła twórczość. To sposób na życie, ulga dla serca i ducha.

Upust swoim emocjom daje on w 63 pogrupowanych tekstach, z których każdy odzwierciedla jakiś aspekt ludzkiej egzystencji. W książce mowa jest zarówno o polityce, bezpieczeństwie, prawach człowieka, jak i o religijności, obyczajności, samorealizacji, czy mentalności. Bogaty wachlarz tematyczny to jednak nie wszystko. Na uwagę zasługuje również sposób prezentowania poszczególnych treści. W książce bowiem nie brak ocen i komentarzy, które wsparte odpowiednimi przykładami z życia osobistego, pozwalają Autorowi zająć stanowisko w konkretnej sprawie i zarazem potwierdzić słuszność stawianych tez. Propozycje autora dotyczące rozwiązania niektórych problemów mogą budzić sprzeciw i zdumienie, ale celowość tego zamiaru zdaje się potwierdzać fakt, że ostatnie słowo w gruncie rzeczy zawsze należy do czytelnika. Poczyniony zabieg ma na celu tylko skłonić go do głębszej refleksji nad rzeczywistością, w której żyje. Jest to niezwykle istotne w czasach szybkich przemian społecznych i zazwyczaj nie do końca przemyślanego parcia do przodu.

Autor książki pt. ""Proza życia w realu"" to urodzony w 1958 roku w Białej Podlaskiej były wojskowy, któremu bogate spektrum zainteresowań i umiejętności pisarskich pozwoliło sięgnąć po pióro. Jako szczęśliwy mąż i ojciec poszukuje spełnienia również na płaszczyźnie literackiej. Czyni to z dużym powodzeniem, ponieważ twórczość ta spotyka się z wielkim uznaniem.

Opinie o ebooku Proza życia w realu - Artur Artecki

Fragment ebooka Proza życia w realu - Artur Artecki

Artur Artecki "Proza życia w realu"

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok, 2013 Copyright © by Artur Artecki, 2013

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Wydawnictwo Psychoskok Projekt okładki: Wydawnictwo Psychoskok

ISBN: 978-83-7900-021-0

Wydawnictwo Psychoskok ul. Chopina 9, pok. 23, 62-507 Konin tel. (63) 242

Artur Artecki
Proza życia
w realu
Wydawnictwo Psychoskok 2013

Bogdan Broniewicz Kolega, Mecenas, Przyjaciel Książkę dedykuję Bogdanowi- Autor

WSTĘP

„Pisać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej, ale nie o to chodzi, jak co komu wychodzi. Czasami człowiek musi, inaczej się udusi”[1]. Zmieniony troszeczkę tekst znanej piosenki świetnie obrazuje tematykę tej książki oraz wykorzystując notatkę, którą zamieściłem później, me odczucia oraz fakt dlaczego piszę.

Każdy może pisać, ale nie każdy umie i potrafi. Istotą pisania jest to, dlaczego chcemy pisać. Większość z nas pisze, bo taki jest wymóg jego pracy. Inni piszą w celach kontaktów międzyludzkich lub ku pamięci. Bądź też, że się udusi, jak z siebie tego nie wykrztusi. Tony makulatury zużywano na przesłania, myśli, uczucia oraz tworzenie niepotrzebnej biurokratycznej kwitologii. Czasy troszeczkę się zmieniły. Zamiast papieru – twardy dysk, a on wszystko przyjmie. Obserwując to, co dzieje się w Internecie, chyba każdy przyzna mi rację, że obywatele zaczęli pisać. Piszą wszyscy: młodzi, starzy, dzieci, zboczeńcy, pedofile oraz homoseksualiści. Teoretyczna anonimowość wypowiedzi każdemu dodaje skrzydeł. Prześcigamy się w oryginalności wypowiedzi, nie stroniąc od epitetów, wulgaryzmów oraz formy przekazu. Tak ustęskniona wolność słowa odurza i zachwyca. Wszyscy piszemy od serca i od ducha, rozpiera nas twórcza wena, bo wolność pisma to otucha dla zbłąkanego „serfmena”[2].

Powód opisany, ale istotne jest to, co chcemy przekazać oraz w jakiej formie. Jedni piszą beletrystykę opartą o fantazję. Drudzy budują emocje, wspierając się przygodą. Inni pamiętniki nie zawsze zgodne z prawdą i modą. Moje teksty oparte są o wiedzę. W ostatniej swojej książce pisałem, że przechodzę przez „przełom” swego tu istnienia, pokazując przez trzy lata swoje przemyślenia. Niektórzy mi wyrzucają, że się powtarzam i piszę dwuznacznie. Jak mam przekazać prawdę, że przecież przez te trzy lata się zmieniałem? Wszak w tytule i przedmowie powiedziałem, że są to me „zawirowania” w pojmowaniu świata i mej rzeczywistości. Oczywiście wszystkiego tam nie ująłem, bo dopiero teraz pojąłem, że me próby twórcze obudziły intelekt, który przez lata był uśpiony faktem „funkcjonowania” dnia codziennego. Gdzie było istotne chodzić do pracy, wracać, się rozmnażać, pieniążki zarabiać, a nie myśleć.

Kolejna moja książka to są rozważania faceta, który coś wie i ma do przekazania. Nie bajeczki śliczne czy opowieść z treścią, lecz to, co powinien każdy z nas wiedzieć, rozumieć i czuć, tak jak było w opowiadaniu „Kto zabrał mój ser?” Spencera Johnsona. Uchodzącego dziś za bestseller, a przecież dotyczącego prawd oczywistych. Każdy z nas przecież wie, co to jest życie, chociaż „jak żyć” można, a czasami trzeba poszukać w Internecie. Dlatego, Kochani zachęcam wszystkich: przeczytajcie prawdy o sobie samych, bo przecież niczym się nie różnimy na tym Bożym Świecie, a że miałem czas, dałem Wam przesłanie. Żadne odkrycie, tylko me myślenie, które może obudzi Wasze zastanowienie nad przemijaniem naszym.

Chciałbym jeszcze dodać, że fakt, że się książka ukazuje jest zasługą Bogdana Broniewicza, który docenił moją twórczość i poparł ideę jej wydania. Bogdan po przeczytaniu utworu uznał, że próby me twórcze warto udostępnić szerszej publiczności. Stwierdził (jego słowa) – „że mądrość przekazu, gdyby została potraktowana poważnie, znacznie ułatwiłaby życie społeczne oraz pojmowanie takiej wartości jak szacunek człowieka do człowieka. W dzisiejszych czasach, gdzie ludzie patrzą na siebie wilkiem, nie obrażając tego drugiego, warto się czasem zastanowić czy warto?” Bogdan dziękuję za dobre słowo i uznanie.

Dziękuję również swym bliskim, a w szczególności swej partnerce życiowej, której przyrzekałem współpracę do końca kresu dni naszych. Jej zdanie, umiejętności oraz recenzowanie przyczyniły się bardzo, że tekst jest przystępny. Sami wiecie dobrze, że zadufanie w sobie bez krytycznej oceny stojącej obok osoby może spowodować uraz psychiczny, społeczny, nazywany bezkrytycyzmem lub snobizmem. Wiedząc, że nikt nie jest omylny, teksty swe jako fragmenty historii poddawałem ocenie rodziny, a w szczególności małżonki, która okiem krytycznym sprawiła, że przynajmniej nie rażą. Dziękuję tym samym bardzo, że miała cierpliwość i zaangażowanie własne, by je czytać i poprawiać, mimo że miała sprawy własne bardzo istotne i ważne. Dziękuję też Panu Mariuszowi, który poświęcił swój czas i umiejętności, by ten utwór był bardziej przystępny dla czytelników. Dziękuję Pani Ani, która zrobiła go ortograficznie poprawnym.

DZIEŃ KOBIET

Rozpoczynając podróż po szarych komórkach szarej masy mózgowej warto zastanowić się nad problemem związanym z egzystencją. Byciem w świecie damsko-męskim oraz jego kompilacjami. Wiadomo przecież, że jedno bez drugiego nie może istnieć oraz wiadomo też, że się uzupełniamy. Kobiety coraz częściej dominują, ale jeszcze tak niedawno to myśmy, mężczyźni, dyktowali, jaki ten Świat ma być. Szanowaliśmy płeć oraz jej prawa, ustalając „Dzień Kobiet”, byśmy zawsze pamiętali, jak są ważne. „Podobno pierwsze obchody Dnia Kobiet odbywały się w starożytnym Rzymie jako „Matronalia”. Obchodzone były w pierwszym tygodniu marca i wiązano je z początkiem nowego roku, macierzyństwem i płodnością. Mężowie obdarowywali swoje żony prezentami i spełniali ich „wszystkie” życzenia.

Początki Międzynarodowego Dnia Kobiet wywodzą się z ruchów robotniczych w Ameryce Północnej i Europie. Pierwsze obchody Narodowego Dnia Kobiet odbyły się 28 lutego 1909 r. w Stanach Zjednoczonych. Zapoczątkowane zostały one przez „Socjalistyczną Partię Ameryki” dla upamiętnienia odbywającego się rok wcześniej nowojorskiego strajku pracownic przemysłu odzieżowego przeciwko złym warunkom pracy. Strajkujące kobiety zostały zamknięte w fabryce przez właściciela. W pożarze, który wybuchł w budynku, zginęło 126 kobiet.

W 1910 roku Międzynarodówka Socjalistyczna w Kopenhadze ustanowiła obchodzony na całym świecie Dzień Kobiet, który służyć miał krzewieniu idei praw kobiet oraz budowaniu społecznego wsparcia dla powszechnych praw wyborczych dla kobiet. W konferencji udział wzięło ponad 100 uczestniczek z 17 krajów, w tym trzy kobiety po raz pierwszy wybrane do Parlamentu Fińskiego. Ustanowienie Dnia Kobiet zostało przyjęte w drodze anonimowego głosowania, bez ustalania dokładnej daty jego obchodów ”[3].

Szanowni koledzy, minęło 101 lat jak Świat formalnie został obarczony komunistycznym świętem płci przeciwnej. Wiele lat minęło nim udało się skończyć ze „strasznym reżimem” jakim był socjalizm oraz z jego zaszłościami, takimi jak: „Dzień Kobiet” i nieodzowny goździk. Wielu Polaków walczyło, płacąc ciężki haracz krwi i wolności o to, by Polska była Polską oraz o to, żeby te czasy nigdy już nie wróciły. Niestety, nie potrafimy uwolnić się od święta, które tak bardzo kojarzy się z komunizmem. Nie potrafimy zapomnieć o „Dniu Kobiet”. Najdziwniejsze, że nikomu to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, czy PiS-owiec, czy PO-wiec, SLD-owiec lub AS-owiec, każdy z kwiatkiem dziś „zasuwa” koleżankom „paść do uda”.

Powtórzę kolejny raz „Strach się bać, nie ma gdzie przed demokracją zwiać”. Na kanwie informacji z Wikipedii można postawić tezę, że w myśl przysłowia „Daj komuś palec, a on sięgnie po całą rękę”, Kobiety rosną w siłę, a my „Dziadziejemy”. Czym Panowie chcecie im zaimponować? Łysiną, brzuszkiem oraz jakimś tam OFE? Strasznie się przestraszyłem, że panie w dniu wczorajszym (7 marca 2011 r.) utworzyły „Gabinet Cieni”. Panie Premierze, czy nic to Panu nie daje do myślenia? Wiem, że już kiedyś Pan to przerabiał z Kolegą Rokitą, ale kobiety potraktowałbym poważnie. Tylko patrzeć, jak poleci Pan ze stołka.

Moje szowinistyczne wystąpienie jest wołaniem o prawa dla ginącego gatunku męskiego. Nikt nie walczy o nasze prawa, a tak szybko odchodzimy. Całe szczęście, że przynajmniej z okazji Waszego święta można się przypomnieć oraz „napić”. Ze szczęścia „zalać w trupa”. „W Polskę idziemy drodzy Panowie, w Polskę idziemy”. Niech się święci „Dzień Kobiet”, bo dzięki Wam istniejemy.

KRUCHOŚĆ ISTNIENIA

Dzień Kobiet mamy z głowy. Warto się zatem zainteresować problemami dnia codziennego. Tragedia wysp japońskich uzmysłowiła mi kruchość naszego istnienia. Praca, praca, potem płaca, wciąż do przodu nigdy w tył, a wystarczy jedna chwila i nie będzie z nami „Bila”. Gonimy za kasą, bytem i szczęściem z góry zakładając, że się nam należy. Nagle wszystko się wali i stwierdzamy, że szczęście jest, ale jeszcze przed nami, a z kasą i pracą to wcale nie jest tak ciekawie, bo inni są lepsi, sprytniejsi oraz bezkompromisowi. Podziwiam młodych, że mają taką ogromną wiarę w siłę przebicia. Wiarę, że im się uda i osiągną sukces. Świat będzie ich.

Pogoń za sukcesem, sławą i dobrobytem. Pogoń za lepszym jutrem. Radość dnia, radość istnienia bez zastanawiania się nad tym, co było, jest i będzie. Budzisz się z kacem lub bez kaca. Spożywasz albo nie spożywasz śniadania i gonisz, jak masz pracę albo „olewasz”, jak nie masz pracy - czas, który szybko lub wolno ucieka. Planujesz spotkania, zadania, przedsięwzięcia z przeświadczeniem, że bez nas nie ma istnienia. Harujesz, tyrasz i pracujesz, głowę obciążasz, kombinujesz, gdy nagle w wieku już dojrzałym, stwierdzasz, że wszystko to banały. Kwity, papiery i rachunki były ważniejsze, niż list do żony albo córki. Dawniej cieszyłeś się rozmową z tą drugą, a nawet trzecią osobą. Dziś komputer i Play Station już od dziecka w głowach „kręci”. Edukując, postęp promując, zapominamy o starych prawdach związanych z mądrością pokoleń. Dziś „młode wilki” wieku nie szanują, z pychą oraz zarozumiałością myślą, że Świat zawojują. „A wystarczy jedna chwila i nie będzie zaraz Bila”.

Postęp jest ważny. Postęp to mądrość. Postęp to siła i wiedza nowych pokoleń. Postęp to przyszłość. Postęp to tradycja i mądrość. Nikt nie zbuduje domu bez dobrych fundamentów. Nikt nie poleciałby na Księżyc, czy skonstruował komputer bez wiedzy i mądrości poprzedników. Pierwsze uderzenie kamieniem czy kijem rozpoczęło postęp naszego gatunku na tej „Błękitnej Planecie”. Postęp, który mógłby być dziełem dinozaurów lub innych „stworów” - niekoniecznie ssaków, zamieszkujących glob. Więcej pokory, więcej rozsądku, więcej zrozumienia. Mniej pychy i zarozumiałości, jeszcze nie nad wszystkim panujemy. W większości egzystujemy. Czy potrzebna jest wiedza dla chłopa w Wilkowyjach, że gdzieś na wyspach japońskich było trzęsienie ziemi? Czy koń będzie zainteresowany mrówką podążającą do mrowiska? Czy zdajemy sobie sprawę, że dzięki postępowi stoimy na skraju przepaści? Czy rozumiemy to, że, tak jak kiedyś dinozaury, możemy przestać zamieszkiwać Ziemię? „Bo wystarczy jedna chwila i nie będzie zaraz Bila”.

Religia jest naszym lekarstwem na bezsilność, głupotę i brak zrozumienia. Wiedza to doświadczenie i mądrość. Przypadek to nasze przeznaczenie. Trzęsienia ziemi, powodzie, huragany, tajfuny dla wierzących to „dopust Boży”, kara za grzechy, którą łatwiej przyjąć i zrozumieć. Ateista - naukowiec stwierdzi, że jeszcze jest wiele rzeczy niezbadanych oraz niewyjaśnionych przez rozum. Zwykły śmiertelnik posłucha, „zeżre” śniadanie, obiad lub kolację, pójdzie do pracy albo spać. Pojęcie „Armagedonu” funkcjonuje tylko w filmach. My będziemy się kochać, jeść i pić, aż przyjdzie walec i wyrówna i zostanie tylko kupa - zniszczeń. Bo nasz „gatunek” taki jest, że bardziej wierzy w cuda niż w to, że się nie uda. I niestety nie będzie już wtedy Bila.

OBŁUDA ORAZ KONIECZNOŚĆ PROMOCJI

Te smutne rozważania o naszym istnieniu warto uzupełnić czymś śmiesznym. Opowiem Państwu kawał: „Zajączek siedzi na pieńku w lesie i coś pisze. Przechodzi lis i pyta się – Co zajączku piszesz? Zajączek odpowiada – Pracę magisterską. Lis zdziwiony, ale dalej kontynuuje konwersację – A jaki temat pracy magisterskiej? Zajączek odpowiada – Zajączek- najsilniejsze zwierzę lasu. Lis ze śmiechu pokłada się na ściółce leśnej. Widząc to, Zajączek mówi – Nie wierzysz, to chodź za krzaczek. Lis, śmiejąc się, podąża za zajączkiem za krzaczek. Po chwili słychać odgłosy walki. Wypada przerażony Lis i ucieka gdzie pieprz rośnie. Za nim wychodzi zajączek i powraca do czynności pisania. Podobna historia powtarza się z Rysiem oraz z Wilkiem. Konfrontacja z Zajączkiem za krzaczkiem na wszystkich działa bardzo stresująco. Kiedy kolejny raz adwersarz bardzo szybko ucieka w dal zza krzaczka, wychodzi Zajączek, a za nim Niedźwiedź. Pytaniem jest, – Jaki jest morał tej bajeczki? Odpowiedź jest bardzo prosta – Nie ważny jest temat pracy magisterskiej, ważny jest PROMOTOR”[4].

Ta leśna przypowieść idealnie odzwierciedla relacje środowiskowe istniejące w naszym społeczeństwie. Socjologowie z pewnością mają problematykę rozpracowaną na szczegóły, ale wszystko jest ukryte pod pojęciami i słownictwem naukowym, czym staje się to mało czytelne dla przeciętnego „intelektualisty”. Promotor to osoba istotna nie tylko w życiu studenckim, ale generalizując problem, osoba konieczna i nieodzowna w całym naszym życiu. Dzięki niej pniemy się po szczeblach drabiny naszej kariery. Dzięki niej zdobywamy kolejne profity i uznanie ogólnospołeczne. Brak Promotora skazuje nas na mało ciekawą egzystencję. Dzięki Promotorowi czujemy się bezpieczni i niezagrożeni w środowisku „wilków”, którzy z utęsknieniem oczekują na nasze potknięcie oraz utratę poparcia Promotora. Niestety nie ma nic za darmo. Promotor oczekuje od nas poddańczego uznania, zaangażowania, poparcia oraz BMW (Bierny, Mierny, ale Wierny). Faktem jest, że aby zdobyć promotora, trzeba czymś zabłysnąć. Lizusostwo przeważnie spotyka się z niesmakiem promotora oraz małą wiarygodnością, jako „Pretoriana”. Zdobycie Promotora wymaga naprawdę szczerego zaangażowania oraz ogromu pracy gdyż każdy fałsz i obłuda burzą naszą wiarygodność.

Jednakże, kiedy zdobędziemy uznanie oraz poważanie Promotora zaczyna się dla nas czas prosperity. Każdy casting, konkurs czy przetarg mamy wygrany. Zaczyna w naszym życiu odgrywać ważną rolę tak zwana „Inteligencja Emocjonalna”, która jasno i wyraźnie tłumaczy, że nie intelekt oraz poziom IQ jest istotny tylko umiejętność przystosowania się do środowiska społecznego. Czemuż to nasi geniusze klasowi gdzieś nagle przepadli lub zaginęli w tłumie? Nie potrafili przystosować się do potrzeb środowiska. Zarozumiałość ich zgubiła. Zdarza się jednak, że odebrana „życiowa lekcja” ustawia ich na odpowiednie tory, ale pamiętajmy, że nigdy nie zapomną upokorzenia z przegranej. Mało czujny Promotor daje się zwieść fałszywemu „Pretorianowi” i często płaci najwyższą cenę, jak to powiedział Cezar – „I ty Brutusie”.

Muszę jeszcze wspomnieć o różnicy płci. Jest to istotna sprawa, gdyż zdobycie Promotora płci przeciwnej wymaga odmiennego toku postępowania. Istotną rolę odgrywają tu uczucia. Rozkochanie w sobie Promotora przeważnie kończy się tragicznie dla obu stron. W przypadku odkochania jednego z nich, Ona go niszczy, przy okazji i siebie. Najlepsze jest współczucie. Znam wiele przypadków, że przez współczucie z pozycji zwykłego nauczyciela można osiągnąć szczyty władzy samorządowej. Kobiety kochają współczuć, pocieszać oraz opiekować się „Pretorianem”, który został skrzywdzony przez inną kobietę.

Promotor bez względu na płeć pozwala w sposób bardzo stabilny i przyjemny funkcjonować w naszym społeczeństwie. Szczypta wstydu oraz oddania nikomu jeszcze nie zaszkodziła, czyli bycie „Pretorianem” nie jest takie złe - tym bardziej, że to ładnie brzmi. Ponadto jest ta pewność, że kiedyś i my będziemy dla kogoś Promotorem, ale to przecież już inna bajka. Dobrze jest jednak pamiętać jak to się było „Pretorianem”, a niestety niektórzy Promotorzy zapominają o tym.

ERRARE HUMANUM EST, IN ERRORE PERSERVARE STULTUM[5]

Filozoficzne rozważania o promotorach i pretorianach skłaniają mnie do podjęcia tematu „myślenia” oraz aspektów z nim związanych. Czyli jak to się mówiło - kto myśli, ten nie błądzi. Tematykę „błądzenia” poruszałem już wielokrotnie. Przedmiot rozważań jednak jest szeroki, że nie sposób go omówić w kilku tekstach. Warto więc rozszerzyć go o kolejne treści. Mówiliśmy, że saper myli się tylko raz, wspominaliśmy o błądzeniu, a okazuje się, że życie płata nam kolejne figle. Przepraszam, nie życie, mieszkańcy naszego kochanego kraju nie pozwalają nam na odrobinę odpoczynku i zadumy nad przemijającym czasem, tylko serwują nam kolejne „paranoje”.

Przekonanie, że Polak potrafi - jest jak najbardziej słuszne. My naprawdę potrafimy zadziwiać świat swoimi pomysłami. Polska Prezydencja, czyli polskie przewodnictwo w Radzie Unii Europejskiej rozpoczynało się pierwszego lipca 2011 roku. Cały Świat wiedział, że przygotowujemy się do tego wydarzenia, mało tego - wszyscy wiedzieli, że jesteśmy gotowi. Symbolem naszej Prezydencji był „Bączek”. Takie małe „ustrojstwo”, które gdy się pokręci, to wiruje i nie chce się przewrócić, bo praw fizyki Panie nie złamiesz, żyroskop działa. Wracając jednak do „Bączka”, mam pytanie - W jakiej formie i czym kojarzy się z Polską? Może tym, że jak Polak się napije, to kręci mu się w głowie i gdy inni przedstawiciele europejskiej nacji padają, Polak się chwieje, ale dalej stoi, bo „doświadczony” błędnik działa. Może tym, że inne nacje preferują stabilność i rozwagę, a my zawsze wywijamy szabelką i kręcimy się w kółko, myśląc „komu tu przyłożyć”. Naprawdę, nie wiem.

Rozważałem różne artefakty, które mogłyby kojarzyć się z Polską. Myślałem o ciupadze, mazowieckiej krajce albo o górniczej lampie, ale wszystkie te przedmioty kojarzą się z regionami Polski, nie z krajem. Wreszcie odkryłem, że jest taki przedmiot kojarzący się na całym Świecie z Polską. Tym przedmiotem jest fortepian. Miniaturka fortepianu produkowanego w najstarszym polskim grodzie - Kaliszu (podobno „Calisia” pada) - najbardziej w mojej ocenie kojarzyłaby się z Polską, tym bardziej, że rok Chopinowski niedawno minął.

Polacy nie potrafią się sprzedać medialnie. Jako naród stajemy się pośmiewiskiem Europy. Nieprawda? Proszę, o to przykłady. Medialna walka o symbol religijny oraz profanacja polskich „relikwii” monarchistycznych, kiedy procedury beatyfikacyjne, które trwają kilka lat, nie napawają optymizmem, a zakrawają na śmieszność i kpinę. Zapytajmy się kogokolwiek na zachodzie, kiedy został obalony tak zwany „komunizm”. Większość odpowie, że w 1989 roku w momencie zburzenia „Muru Berlińskiego”. Solidarność, Gorbaczow, Wałęsa w ocenie przeciętnego Europejczyka to osobowości, ale nie wydarzenia. Zastanawiając się dalej, w ostatnim stuleciu możemy się medialnie poszczycić tylko dwiema postaciami. Elektrykiem z Gdańska i Księdzem z Wadowic. Dwudziestominutowy animowany film o historii Polski kręcony przez kilka lat oraz „bączek” nie przybliży Polski Światu.

Ostatnio Aptekarze ze Stowarzyszenia Farmaceutów Katolickich zbierali podpisy pod petycją, która umożliwi stosowanie klauzuli sumienia. Daje ona prawo do odmowy sprzedaży środków antykoncepcyjnych. Niektórzy krakowscy ginekolodzy nie zgadzali się na podanie pacjentkom tzw. tabletek po stosunku czy nieodpłatną wymianę wkładek antykoncepcyjnych[6]. Jak widzimy „błądzić jest rzeczą ludzką, trwać w błędzie – głupotą”. Proponuję, by aptekarze i lekarze klauzuli sumienia nosili opaski lub znaczki w klapach marynarek z symbolem krzyża bądź z literką „K”, by każdy klient lub pacjentka mógł uniknąć upokorzenia odmowy. Fajnie też by było, gdyby apteki oraz gabinety lekarskie „Klauzuli Sumienia” były specjalnie oznakowane, na przykład „symbolem religijnym”, tak często używanym we wszystkich instytucjach. By potencjalny klient nie tracił czasu oraz nie narażał aptekarzy oraz lekarzy na „grzech nieczystości sumienia”.

Fajnie by było, wzorem lat wojennych, jak w obozach koncentracyjnych czy gettach żeby znów wszyscy byliby oznakowani. Gej nosiłby literkę „G”, kobieta kochająca inaczej literkę „L”. Ateista wpiąłby sobie w klapę literkę „A”, a idiota literkę „I”. Ileż to nieporozumień byśmy uniknęli. Jak łatwiej byłoby poruszać się w tym gąszczu irracjonalizmu. Jak łatwo byłoby nie „pobłądzić”. Profesor profesorowi nie zarzuciłby, że jest wieśniakiem, a i Prezydent pisałby po „Polskiemu”. Miał rację Seneka mówiąc, że nie sztuką jest błądzić, bo to mamy w swojej naturze, sztuką jest umiejętność „znalezienia drogi”.

WIOSNA

Może po tych pompatycznych rozważaniach zajmijmy się naturą. Natura jest piękna, zwłaszcza wiosną.

„Wiosna - cieplejszy wieje wiatr

Wiosna - znów nam ubyło lat

Wiosna, wiosna w koło, rozkwitły bzy

Śpiewa skowronek nad nami

Drzewa strzeliły pąkami

Wszystko kwitnie w koło, i ja, i Ty …..”[7]

Poczujmy wiosnę. Wiosną robi się coraz cieplej. Natura budzi się do życia. Jeszcze czasami śnieg popada i gdzieniegdzie można pojeździć na nartach, ale generalnie robi się ciepło. Misie budzą się do życia, wkrótce przylecą bociany, wiosna zaszaleje. Jednak zalecam rozwagę. Słoneczko, co prawda pieści, ale na razie za wcześnie na pełny negliż. Można się „przejechać” do szpitala. Hormony jednak budzą się do życia. Coraz częściej można spotkać młode pary na ławeczkach w dwuznacznych uściskach.

Myślałem, że i wiosna zawita na scenę polityczną. Nastąpi „odwilż” i „śniegi puszczą”. Będzie można odetchnąć normalnością. Tymczasem „Świt Odysei” znowuż poróżnił polityków. Pokazała się tak dawno nieoglądana Pani minister Anna Fotyga. Właściwie nic nie mam przeciw Pani minister, ale cieszę się, że tak krótko gościła na ministerialnych salonach. Zastanawiam się, czy w dalszym ciągu pełni funkcję ambasador? Skoro jednak ponownie zabiera głos medialnie, pewnie czuje się niedowartościowana. Pani Aniu, proszę brać przykład z Pani Ambasador Marii Suchockiej, która już tyle lat siedzi w Watykanie i taka proza życia, jak nasz udział w kolejnej misji militarnej Jej nie interesuje. Poza tym, Pani Aniu, pozostawmy sprawy fachowe - fachowcom. Myślę, że mimo tego, że była Pani ministrem spraw zagranicznych, to jednak militaria są Pani obce.

Cieszy też fakt, że nie tylko Polacy mają skłonności korupcyjne. Europarlamentarzyści: Austrii, Słowenii i Rumunii gotowi byli za kasę sprzedawać poprawki do prawa unijnego. Pewnie Nasi nie doczekali się w kolejce. Chociaż prasa podaje, że też byli poddani prowokacji. Jak widać nauka w kraju nie poszła w las, a szkoda? Fajnie by było gdyby kolega Kurski i Ziobro wrócili do kraju. Byłoby ciekawiej. Tak, nudy na pudy. Nikt nie ściga się po drogach z CBA, nikt nie rozlicza nas za potencjalne przestępstwa. Jednak kasa robi swoje, nasi europolitycy się pilnują. Nie kuszą ich nawet wybory do Parlamentu.

„Afrykańska Wiosna Ludów” trwa nadal. Ciekawe, dlaczego Stany Zjednoczone Ameryki Północnej były za zaangażowaniem się w konflikt libijski? Dlaczego popierała to Francja, która nawet użyła sił swojego lotnictwa. Przeciwni byli Niemcy i Rosja. Gdyby ktoś nie wiedział, to chodzi o „Pokój” i obalenie dyktatora. Farsa na skalę światową, dziwi tylko, że ONZ udawało przygłupa. Kochani, jest okazja do zmiany strefy wpływów. Wiadomo wszystkim, gdzie libijska ropa płynęła i kto miał wspaniałe układy z „dyktatorem”. Wiadomo, że w tej wolnościowej komedii chodzi o kasę i ropę. Wolność narodu jest sprawą drugoplanową. Dlaczego nikt się nie mieszał w sprawy Egiptu? Bo kanał sueski nie jest tak strategiczny, jak surowce energetyczne. W przypadku Libii było się o co bić. Dzięki Bogu, że nasz Premier nie dał się wmanewrować w tę operację. Zresztą, nie miał czym. Tych około setki samolotów akurat w tej operacji jest mało przydatnych, zresztą - czy warto narażać się Niemcom i Rosjanom?

Mamy wiosnę, słonko świeci i miło przygrzewa. Wietrzyk wieje i gdzieś za tydzień przywieje nam chmurę radioaktywną znad Japonii. Podobno niegroźną - tak jak niegroźne było skażenie z Czarnobyla. Dziwne tylko, że tak dużo dzisiaj ludzi choruje. Tak dużo ułomności w narodzie. Tak dużo odchodzi z tego Świata, nie doczekawszy siedemdziesiątki. Cicho jakoś o badaniach na ten temat. Nikt się nie pokusił o zbadanie wpływu wybuchu reaktora atomowego w Czarnobylu na ludzką populację. Tak jak nikt nie przekazał nam wyników doświadczeń atomowych Amerykanów, Francuzów, Rosjan i innych mocarstw atomowych. Odnosi się wrażenie, że nie ma problemu. Nawet profesorowie potrafią wyzwać się od „wieśniaków”, ale konkretnej odpowiedzi jak dotąd nie przedstawili.

Igranie z energią atomową jest jak zabawa słonia w sklepie z porcelaną. Korzyści wydają się ogromne, ale czy warte zachodu, kiedy nie potrafimy zadbać, by były one bezpieczne. Prawa natury pokazały, że bezpieczeństwo jest pojęciem względnym. Gdy dodamy do tego nasze ludzkie ułomności, może wszystko skończyć się wielkim „Come Downem”. Warto się może jednak zastanowić, czy dorośliśmy do ery wykorzystania „atomu”?

Wiosna taka piękna, wszystko się budzi, chce się żyć. Pal sześć, trzeba korzystać z życia, nawet wtedy, kiedy innym to przeszkadza. Niech się zabijają za ropę, byle nas w to nie mieszali i nie podnosili jej ceny. Niech koledzy „Europejczycy” zostaną w Brukseli. Niech samoloty latają nad Libią, byle nie nasze. Niech pomoc, rozsądek i nauka z przykrych doświadczeń kraju kwitnącej jabłoni nie pójdzie na marne. No i oczywiście niech radni miasta Biała Podlaska biorą się do roboty, bo coś o nich nic nie słychać. Czyżby ulegli urokowi wiosny?

CZY PORTUGALIA JEST NAJWAŻNIEJSZA?

Strasznie się rozmoralizowałem. Pewnie macie dosyć tej politologii. Proszę bardzo, porozmawiajmy o gospodarce. Nie tylko ja na ten pomysł wpadłem. Przez wymuszony przypadek wszedłem na stronę blogu Pani Anny Marii Nowakowskiej http://www.nowakowska.pl/teksty/ i zachwyciłem się tekstem na temat polskich dyskontów, szczególnie jednego. Nie będę ich wszystkich wymieniał, ale te nad którym wyżyła się Pani Anna, szczególnie zwrócił moją uwagę.

W zupełności przyznaję rację, że promowanie firmy, która nie zapisała się złotymi zgłoskami na naszym rynku „pracodawstwa” nie zasługuje na promocję, tym bardziej przez tak znamienite osoby establishmentu polskiej władzy. Jak się okazuje, pamięć jest zawodna, a może chodzi tu o kasę? Tylko kto komu, ile i dlaczego? Myślę, że jednak ktoś chciał Premiera wpuścić w maliny. Natomiast pójście „Prezesa” na (udane) zakupy było farsą niegodną stanowiska i osoby.

„Jeden dureń, oderwany od realiów wyścigu małp do koryta, z mózgiem rozmiękczonym benzodiazepinami, wypluwa z siebie jakiś miazmat, jakiś stereotyp uliczny na temat sieci dyskontów”. Przyznam się szczerze, że nie wiem, o kim Pani Anna pisała powyższe zdanie, ale w swej treści i formie mnie osobiście zachwyca i postaram się je utrwalić w swojej „substancji szarej”. Zresztą cały tekst jest warty przyswojenia. Wielokrotnie zastanawiałem się, na jakiej zasadzie działają w tym naszym ukochanym kraju firmy, które oferują nam tak atrakcyjne produkty za tak niskie ceny. Tym bardziej, że ich lokalizacja zmienia się średnio co dwa lata. W moim ukochanym grodzie dyskontów mamy chyba z osiem. Brak przemysłu, brak dużych firm zatrudniających mieszkańców, a one funkcjonują i mają się dobrze. Może chodzi tu o pranie brudnych pieniędzy? Bo przyznam się szczerze, że nie bardzo rozumiem, jak im się to opłaca?

Może warto zacząć współpracować? Jakiś grosz i mnie skapnie. Jeżeli znaleźli się dziennikarze, którzy uprawiają kryptoreklamę przy współudziale osób z pierwszych stron poczytnych czasopism, to interes wydaje się być opłacalny. Gdy uważnie się przyjrzymy z założenia „polskim” firmom, okazuje się, że wcale nie są one polskie. Dyskonty - obcy kapitał, banki - obcy kapitał, przemysł - obcy kapitał. To, co właściwie w naszym kraju jest polskie? Myślałem, że przyroda, ale okazuje się, że PGR-y też zostały wykupione przez obcy kapitał. Rozprzedaliśmy nasz kraj, a sami zostaliśmy tanią siłą roboczą. Przodkowie nasi w grobach się przewracają, że ich trud poszedł na marne. Tyle emocji, tyle nadziei, tyle wiary, tyle krwi zostało przelanej niepotrzebnie. Polska została tylko z nazwy na mapie świata. Jeszcze tylko my możemy powiedzieć, że jesteśmy Polakami, ale też coraz częściej się słyszy, że jesteśmy obywatelami świata. Pomyślałby ktoś, że jestem nacjonalistą, a ja tylko martwię się, żeby ta Polska była jeszcze Polską dla mojej Córki i jej dzieci, bo przecież Polak tak brzmi dumnie.

Całe szczęście jeszcze polski język „kwitnie” w polskiej szkole, ale i on pomału ulega „dywersyfikacji” anglo-niemiecko-francusko języcznej. Czasami zastanawiam się, czy ktoś mnie nie obraża, „aczkolwiek” używając wysublimowanego słownictwa. Pomału rozumiem młodych, którzy używają potocznej „łaciny”, bo przynajmniej jest konkretna i dosadnie odzwierciedla intencję przekazu. Młodzi i tak pójdą tam, gdzie jest tańsze piwo i mówiąc szczerze, mają gdzieś, kto akurat jest właścicielem sklepu. Jak zwykle Polak będzie mądry po szkodzie. A „owadów” i „łamaczy językowych” w wydaniu sklepowym i tak nie lubię.

Posprzątać

Tyle, jeśli chodzi o gospodarkę. Chciałem przypomnieć, że jeszcze tak niedawno angażowałem się w politykę. Byłem zwolennikiem jedynie słusznej w obecnych czasach partii. Jak to się lubi powtarzać. Byłem w moim uznaniu naprawdę aktywnym członkiem, dopóki nie przejrzałem i się przekonałem, że ponownie chodzi o władzę i kasę. Nie byłbym sobą, gdybym nie ustosunkował się do sensacji dotyczących bialskiego środowiska politycznego, którym było rozwiązanie struktur politycznych Platformy Obywatelskiej RP miasta i powiatu Biała Podlaska. Boli, że to dotyczyło właśnie Platformy Obywatelskiej, a nie na przykład PiS, PSL lub SLD. Myślałem, że mimo mojego odejścia z partii, silna grupa intelektualna potrafi pokonać fobie interpersonalnych oddziaływań oraz „kultu jednostki” oraz osiągnie konsensus niezbędny do społecznego działania.

Orzeczenie sądu koleżeńskiego dotyczące kolegów Adama oraz Kolegi Michała nie było zaskakujące, lecz obrazuje w dalszym ciągu istniejącą walkę polityczną wewnątrz partii. Wyrok sądu w mojej ocenie był jak najbardziej słuszny. Cokolwiek by oskarżeni mówili, wiem, że ich interes skupiał się na przejęciu władzy za wszelką cenę bez względu na koszta. Proszę zatem radnego, by zachował chociaż w minimalnym zakresie poczucie uczciwości społecznej i nie zabierał głosu publicznie w mediach odnośnie swej działalności prospołecznej. Kochany kolego, więcej działania, mniej pochylania się nad czymś. Widzę i słyszę, że kolega bardzo lubi to sformułowanie.

Kolego Adamie, uważam, że strasznie skrzywdzono Kolegę, proponując udział w wyborach na Prezydenta. Powinien kolega sam „pendo” (łac. ocenić), że jest to niewykonalne. Próby działania bez zgody regionu - już taki przygłup jak ja wie - że pachnie samobójstwem. Szkoda Kolegi tym bardziej, że wiem, gdzie tkwił błąd. Niestety, takie jest nasze „zbójeckie prawo”, że dla szefa trzeba poświęcić wszystko. Chcę jednak kolegę pocieszyć - tylko do wyborów. Wybory pomału się zbliżają i nie bardzo jestem przekonany, że władze polityczne regionu Platformy Obywatelskiej RP ponownie wytypują jedyną słuszną kandydaturę do władz ustawodawczych.

Pięć lat działalności politycznej musi zostawić jakiś ślad w psychice - tym bardziej, że człowiek angażował się całym sercem i duszą. Próbowałem budować struktury, które nie czczym gadaniem, a działaniem zaczną wnosić nowe wartości społeczne. Program Platformy Obywatelskiej RP miasta Białej Podlaskiej, którego w większości byłem twórcą, zakładał działania, które miały przynieść efekty rozkwitu oraz rozbudowy naszego miasta. Koledzy przy wyborach nawet nie pokusili się, by cokolwiek zmienić w treści oraz dodać nowe wartości. Władza ich zaślepiła.

Nie dziwi mnie decyzja Przewodniczącego Rady Powiatu o rezygnacji ze stanowiska oraz decyzja Regionu o rozwiązaniu struktur. Kolegom w Białej pomyliły się czasy. Im nie chodziło o Program Platformy Obywatelskiej RP, im chodziło o władzę. Pierwszo- kwietniowy żart, że Pan Prezydent Andrzej Cz. podjął się odtworzenia struktur PO RP w Białej Podlaskiej, w mojej ocenie byłby działaniem opatrznościowym. Tylko osoba zdecydowana, silna oraz szczera moralnie i społecznie może przywrócić zaufanie do struktur, w których CWUK-i (Czekający w Ukryciu Kolesie) w dalszym ciągu odgrywają wiodącą rolę.

Posprzątać trzeba. Trzeba też przywrócić zaufanie do Platformy Obywatelskiej RP miasta Biała Podlaska. Uważam, jako były członek PO RP, że jeśli chodzi o Białą Podlaską - raczej jest to niemożliwe. Jest zbyt wielu chętnych do władzy i jest brak wiodącego autorytetu. Tym bardziej, że Ci, których wybraliśmy do samorządu, potrafią tylko pięknie się wysławiać oraz organizować działania „pozoracyjne”. Całe szczęście - jesteśmy my, którzy będziemy mieli na wszystko oko.

KWIECIEŃ CZY LISTOPAD?

Wtrącenie osobiste dotyczące mojego politycznego zaangażowania oraz wydarzeń już dziś historycznych każe przypomnieć wydarzenia, które przeszły do historii kraju nad Wisłą. Zbliżała się rocznica tragedii smoleńskiej. Mijał rok, a my w żałobie. Czy po tym roku powinniśmy wrócić do normalności? Odsłonimy kolejne pamiątkowe tablice i będziemy pamiętać tylko raz, no może dwa razy w roku, chyba już nie co miesiąc? Wiem, takich tragedii polski naród miał wiele w swej historii. Warto wspomnieć tylko Holocaust narodu żydowskiego, mord niemiecki na kwiecie polskiej inteligencji, czystki NKWD oraz najważniejsze – Katyń.

Współcześnie - katastrofa wojskowej „Casy” oraz tysiące śmierci na polskich drogach. Powodów do umartwiania się mamy wiele. Tych bezpośrednio nas dotyczących i tych dalekich, ale tak blisko nas. Śmierć zagościła w naszym życiu i zdominowała nasze istnienie. Media bazują na tragediach i nieszczęściu, strasząc nas jak za czasów średniowiecza łacińskim powiedzeniem „Memento Mori”.

Zastanawia mnie, czy to wszyscy tak odbierają, czy tylko facet po pięćdziesiątce, którego bliscy i koledzy odchodzą, a Śmierć uśmiecha się z boku, jakby mówiąc - „Stary przyzwyczajaj się, bo kto wie?”. Tak mało, tak niewiele jest radości i wesołości, a przecież wiosna się budzi. Cieplej i przyjemniej, czas grillowania się zbliża. Ludzie nie lubią się długo umartwiać, „negacja przypadłościowa” działa, budząc reakcje obronne. Telewizja przeprowadziła sondaż na temat tego, jak będziemy obchodzić rocznicę tragedii? Większość chce cieszyć się życiem. Szczególnie młodzież. Większość z pytanych była za spędzeniem czasu na łonie natury.

Wiem, że tak dużo znamienitych osób odeszło 10 kwietnia 2010 r. Cały czas przypominano nam o ich braku, przynajmniej o jednym, a przecież było ich aż dziewięćdziesiąt sześć osób. Dodając ofiary wojskowej Casy myślę, że kwiecień nie bez powodu pozostanie miesiącem pamięci narodowej, a zaraz po nim sierpień, wrzesień czy listopad. Smutnych miesięcy nam przybywa, ale brak dni radosnych takich jak kiedyś maj, lipiec no i dodałbym jeszcze grudzień. Tradycja tradycją, obowiązek obowiązkiem, ale zróbmy coś, by nadzieja, radość oraz wesołość zagościły w naszej codzienności. Pozwólmy Polakom cieszyć się wiosną, cieszyć się radością dni kwietniowych. Uczcijmy pamięć tych, co odeszli, ale pamiętajmy też o tych, którzy odchodzą każdego dnia. Cieszmy się, że tak wiele Pań chodzi z dumnie „wypiętym” brzuchem. Cieszmy się, że wkrótce będą święta.

Koniec procesu beatyfikacji Jana Pawła II, który trwał sześć lat. To uczy pokory i mądrości Kościoła. Pamiętamy wszyscy jak w dniu śmierci tłum skandował –„ Święty, Święty, Święty”, a mimo to trzeba było aż sześciu lat, by oczywista prawda została zaakceptowana przez władze kościelne. Trwa jeszcze śledztwo w sprawie katastrofy Tupolewa. Jeszcze nie wszystko zostało wyjaśnione, a my daliśmy ponieść się emocjom. Ciekawe, jakby się okazało, że nie wszystko jest „białe” albo „czarne”? Jak to będziemy tłumaczyć? Czy będziemy potrafili przyznać się do błędów? Przepraszam, że zastosuję tu historyczne porównanie, ale pamiętam jak mama mi opowiadała, co się działo w Polsce, kiedy zmarł Stalin. Ołtarzykom i płaczom nie było końca, a potem pluto na jego zdjęcia. Słowiańska dusza nie zna stanów pośrednich, albo rozpacz, albo gniew, smutek lub radości śpiew. Rozsądek oraz wyważenie to fikcja, no może z czasem się tego nauczymy - chociaż nie wierzę.

„RADZIWIŁŁOWSZCZYZNA”

Dość czarnych myśli, dość z tragedią, trzeba odwrócić uwagę przeciętnego Polaka od problemów egzystencji dnia codziennego. Długi, koszty, brak gotówki, brak pracy, wszystko drożeje, trudno związać koniec z końcem, a żyć trzeba. Trzeba utrzymać dom, utrzymać rodzinę, kochankę, a też i o bankach nie można zapomnieć, bo „nie daj Boh”, komornik przypomni. Oto radości życia. Naprawdę chce się żyć. Radości co nie miara. Wszyscy się cieszą. Rocznica tragedii smoleńskiej pozwoli nam chociaż na chwilę poczuć jedność narodową. Beatyfikacja Św. Jana Pawła II jeszcze bardziej ją umocniła, a potem kolejna rocznica Konstytucji 3 maja utrzyma nas w przekonaniu, że dobrze być Polakiem. Biedni, zadłużeni, bezrobotni, ale Polacy.

Czemu zatem coraz częściej słyszy się o ruchach nacjonalistyczno-regionalistycznych w naszym pięknym kraju? Jakie są tego powody? Przecież mamy wspaniałą demokrację, jaką jest Unia Europejska. Mamy wspaniałą współwłasność ekonomiczną, jaką jest monopol światowy (czy ktoś kiedyś przewidział, że kredyty będziemy otrzymywali we frankach?). Mamy anglometamorfozę języka polskiego. Mamy wolność słowa, wiary, wyznania oraz działania. Czemu więc zamiast czuć się Polakami wolimy być: Ślązakami, Góralami, Kaszubami, Wielkopolanami, Podlasiakami, Małopolanami, Łękami itd.?

Czy bycie Polakiem to za mało, trzeba jeszcze podkreślić swoją etniczność? Myślę, że nie chodzi tu o pochodzenie, bardziej widzę tu działania mające na celu odwrócenie uwagi od problemów dnia codziennego oraz to, że jak nie wiesz o co chodzi, to chodzi o kasę. Ślązak zawsze będzie Ślązakiem. Kaszub, mimo że zamieszkuje w Polsce, będzie czuć się Kaszubem i tak wszystkie nacje, które tworzą naród powszechnie nazywany „Polakami”.

Jak dotychczas nikomu to nie przeszkadzało. Rozumiem jednak Śląsk, który kombinuje, że mając „czarne złoto”, może nieźle na nim zarobić. Przy indolencji władz centralnych, która nie potrafi racjonalnie dzielić ogólnonarodowym dobrem, to czemu nie przejąć inicjatywy. Kaszuby mają ryby, Wielkopolska rolnictwo, Podlasie lasy itd. Przy ogólnoświatowym wolnym rynku jakoś by się to opłaciło. Przecież nic nas już nie łączy, jesteśmy wolnymi obywatelami Europy. Przejeżdżając przez opolskie bardzo mi się podobały dwujęzyczne nazwy miejscowości. Traktowałem to jako ciekawostkę regionalną. Wiem jednak, że wkrótce, wjeżdżając do Warszawy, zauważę pod spodem drugi napis „Warsow” i tak we wszystkich miastach, bo przecież jesteśmy w Europie.

Ludzie, wbrew pozorom, myślą racjonalnie. Jeżeli nie da się żyć w kupie, to może spróbować oddzielnie. Jeżeli nikt o nas się nie troszczy, tylko wymyśla, jak tu nam jeszcze „przyp…….”, to może faktycznie należy sprawy wziąć w swoje ręce. Panie Prezydencie, Andrzeju Cz. oraz Starosto, Tadeuszu Ł. proponuję z Białej Podlaskiej oraz powiatu bialskiego utworzenie „Radziwiłłowszczyzny” na prawach księstwa. Odbudujemy zamek, poprawimy fosy, okopiemy się. Przygotujemy się do wojny z Polską, a następnie poprosimy o pomoc Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, Białoruś, Rosję i inne demokratyczne kraje o wsparcie naszych dążeń wolnościowych. Jak Śląsk może, to czemu nie my? Przecież Bialczanin to także brzmi dumnie. Myślałem, że jestem Polakiem, ale jeżeli inni walczą o swoją kulturową odrębność, dlaczego nie My?

ZDRADA O PORANKU

Chciałem napisać tekst w kontekście „sennych fantazji nawiedzonego Prezesa”, ale doszedłem do wniosku, że byłoby to irracjonalne. Jednak temat po wystąpieniu w Sali Kongresowej strasznie poruszył moim ego, a zarazem przeraził swoją wymową oraz konsekwencją. Dzień wcześniej oglądałem film Andrzeja Wajdy „Pan Tadeusz”. Przypomniała mi się postać Gerwazego, który mobilizuje szlachtę do „Zajazdu” na Sędziego. Narodowościowe uczucia walki o niepodległość Polski zostały wykorzystane do realizacji planu personalnej zemsty. Czyżby fikcja literacka miała znaleźć odzwierciedlenie w rzeczywistości?

Czymże zatem są słowa „Prezesa”, jak nie mobilizowaniem społeczeństwa do rozwiązań siłowych? Były oskarżenia, były pomówienia, były pytania i wątpliwości, ale teraz to wyraźne zachęcanie do siłowej konfrontacji. Wszak to polskie jest powiedzenie, że zdrada krwi wymaga. Boję się, że fanatyzm i brak rozsądku weźmie górę nad opamiętaniem, dyskusją oraz rozwagą. Wielokrotnie wcześniej wspominałem, że filozofia tłumu kieruje się irracjonalnymi zasadami. Wystarczy iskierka, jedno zapamiętanie, podatny grunt społeczno-psychologiczny, a poleje się krew. Tak było za Hitlera oraz innych fanatyków, którzy popchnęli narody do bratobójczych wojen. Czy historia musi się powtarzać? Czy nie można im przeciwdziałać w zarodku? Przecież mamy dwudziesty pierwszy wiek. Wiek pokoju, umysłu, demokracji oraz nadziei. Różnimy się kulturą, wiarą, poglądami, ale to nie powód, żeby dążyć do konfrontacji.

Zdrada to poważne oskarżenie, tym bardziej, że mówimy o polskim społeczeństwie, gdzie „Bóg, Honor i Ojczyzna” to nie są banalne słowa. Pokolenia zapłaciły za nie daninę krwi, którą każdy Polak pamięta. Zdrada to nie puste słowa i pomówienia. Zdrada to oskarżenie, które wymaga dowodów i kary. Oskarżenie o zdradę musi znaleźć wyjaśnienie w sądzie. To nie pomówienie o alkoholizm, czy inne choroby społeczne, czy też wulgaryzm słowny. Zdrada to plama na honorze. Zdrada to plucie ludziom honoru w twarz. Mam nadzieję, że jednak rząd, władza zrozumie, że nie można przejść do porządku dziennego, nie reagując na takie pomówienia. Przynajmniej ja mam taką nadzieję.

Wiem, że jest część społeczeństwa fanatycznie nastawiona do ideologii oraz programu IV Rzeczypospolitej. Wrogo, wręcz napastliwie, do obecnych władz oraz partii rządzącej. Dążąca wszelkimi środkami do przejęcia władzy i zaprowadzenia swojego porządku. Wiem też, że nie chodzi tu o wyjaśnienie prawdy czy faktów, ale o narzucenie własnej ideologii myślenia. Wiem też, że Gerwazy w „Panu Tadeuszu” się o tym przekonał. Całe szczęście, że był wspólny wróg, który pogodził zwaśnione strony. Czy my w obecnych czasach mamy takiego wspólnego wroga? Czy zapomnimy się we własnej nienawiści? Czy rozsądek zwycięży? Czas pokaże.

Przejęliśmy przewodnictwo w Unii Europejskiej. Zastanawiam się, czy przy takich wewnątrznarodowych emocjach podołamy wyzwaniu? Czy Polska potrafi zapanować nad wewnętrznymi konfliktami? Czy skłócone strony dalej wręcz nie będą podkładały sobie „Świni”, by skompromitować się w oczach Europy? Pytań jest wiele i niestety odpowiedzi brak. Mam nadzieję, że też polskie powiedzenie, że „Polak potrafi” znajdzie swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Swoje wewnętrzne nieporozumienia załatwiać będziemy we własnym gronie. Wszak to my też wymyśliliśmy powiedzenie, że „Ptak nie robi we własne gniazdo”. Może jednak lepiej było napisać o sennych fantazjach.

POWIAŁO ŚWIĘTAMI

Strasznie jestem upierdliwy i czarno widzący, ale sami przyznacie, że nie jest łatwo wszystko widzieć różowo. Dziś, w piątek 15 kwietnia 2011 r., powiało świętami wielkanocnymi. Jak podała „Super Stacja TV” - w Sejmie chór (nie podano jaki) witał posłów pieśniami wielkanocnymi i częstował jakąś pastą czy sałatką? Nawet marszałek Schetyna uległ nastrojowi przedświątecznemu. Myślę, że warto brać przykład z góry. Fajnie by było, gdyby chór bialski „CAMERATA” pod batutą Waldemara M. witał Prezydenta miasta i pracowników magistratu pieśniami wielkanocnymi. Może by to pomogło? Może nastrój świąt złagodziłby oblicze administracji. Natchnął i przekonał do istniejących wartości i zaniechania zmian.

Dzisiaj też o godzinie piątej pięćdziesiąt pięć Janusz P. (Ruch Poparcia Palikota) miał konferencję prasową w Warszawie. Wczesne godziny ranne miały mówić, że słowami Zbigniewa Herberta - „zostaliśmy zdradzeni o świcie” przez rząd. Przedstawił swoje krytyczne sformułowania dotyczące obecnej polityki kraju. Stwierdził, że oprócz straty Prezydenta RP odnotowaliśmy wzrost administracji. Zaproponował uproszczenie działania czynności administracyjnych wzorcem amerykańskim. To znaczy urząd zbiera informacje o działalności gospodarczej. Petent zgłasza tylko do urzędu prowadzenie działalności. Proponuje też „status quo” sześćdziesięciu dni, po którym to okresie, jeżeli administracja nie odpowie na wniosek petenta, ten wniosek się uprawomocnia. Założenia są fajne, nawet „zdrada” nie brzmi tak strasznie jak w innym wydaniu. Kolega Janusz ma dobre pomysły. Gdyby tylko nie był tak ortodoksyjny w stosunku do kościoła, miałby szanse na zdobycie ogólnospołecznego poparcia.

Przerażony jestem fanatyzmem jedynie ortodoksyjnej partii społeczeństwa kraju nad Wisłą. Obchody rocznicy tragedii smoleńskiej miast godzić społeczeństwo, eskalowało konflikt, który jak sygnalizowałem w poprzedniej notatce, zmierza ku niebezpiecznemu finałowi. W programie „Kropka nad i” Monika Olejnik praktycznie nie została dopuszczona do głosu przez rozfanatyzowaną posłankę PiS - Beatę K. Słusznie zauważył Prezydent Lech Wałęsa, że pomału sprawy wymykają się spod kontroli. Prokuratura wykazuje się bezwładem administracyjnym. Czynności zaniechania są też przestępstwem. Nie można pozwolić, by łamanie prawa nie spotykało się z karą.

Nie można dzielić narodu na tych, którzy mogą być bezkarni i tych, którzy za prowadzenie, nie jechanie rowerem pod wpływem alkoholu otrzymują karę dwóch lat pozbawienia wolności. (Chociaż alkoholizmu nie usprawiedliwiam). Prowokacje, wyzwiska oraz działania propagandowe przeciwko władzy państwowej. Obrażanie i ośmieszanie Prezydenta oraz Premiera RP. Brak reakcji instytucji przewidzianych do przestrzegania Konstytucji RP to obraz dzisiejszej Polski. Zbliżamy się ku anarchii. Panie i Panowie, muszą być granice wolności wypowiedzi.