Proza - Kazimiera Iłłakowiczówna - ebook
Opis

Materią jej prozy było życie, a miała co wspominać i opisywać. W niniejszym tomie, który jest pierwszym zbiorczym wydaniem wszystkich utworów prozatorskich Iłłakowiczówny, opowiada o przyjaźni, która łączyła ja z Witkacym i Tuwimem, przywołuje lata pracy w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, związane z tym podróże i rauty, choćby ten pamiętny z Goebbelsem, bycie osobistą sekretarką Marszałka Piłsudskiego, życie w Siedmiogrodzie podczas wojny. A przy tym miała niezwykły talent – potrafiła o wydarzeniach z przeszłości opowiadać językiem godnym liryki.

Kazimierę Iłłakowiczównę, autorkę kilku zbiorów krótkich, prozaicznych form, rzadko obdarza się mianem pisarki, bo zbyt silnie przylgnęło do niej miano poetki. Tymczasem ona sama w jednym z ostatnich wywiadów powiedziała: „Nie lubię wierszy, wolę prozę. Wiersze bywają pretensjonalne...”.

„Naśladując Kazimierę Iłłakowiczównę, należałoby przestrzec czytelników, że jej Proza wciągnie ich w świat odmienny od tego, którego doświadczają poza literaturą. Spotkają na przykład ludzi, którzy kierują się w życiu dziwnymi zasadami, bo dbają o to, by w rozmowie z adwersarzem nic nie przekręcić z jego myśli i poglądów, a przede wszystkim, by koniecznie powiedzieć mu jakiś komplement. Znajdą świat, w którym jest wiele mankamentów, jednakże w przedstawianiu ich dominuje dobrotliwy, akceptujący niedoskonałości i odmienności komizm. Dystans poetki wobec słabości własnych i cudzych w połączeniu z akceptacją swojego życia i gotowością do nawiązania przyjaznych relacji ze spotykanymi ludźmi tworzy w jej wspomnieniowej prozie niepowtarzalny klimat, któremu warto dać się na jakiś czas «połknąć», by jednocześnie coś z niego wchłonąć w siebie”.

Z Przedmowy Mirosławy Ołdakowskiej-Kuflowej

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 855

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Mirosława Ołdakowska-Kuflowa„Ostrzegam państwa przed książkami” – czyli o prozie Kazimiery Iłłakowiczówny

Kazimiera Iłłakowiczówna urodziła się w Wilnie prawdopodobnie w 1888 roku, a zmarła w Poznaniu w 1983. Pomiędzy tymi datami mieści się niezwykle bogate życie kobiety, która znana jest przede wszystkim jako poetka, autorka wierszy dających się komponować w rozmaite tematycznie wybory, bo też bogata jest pod tym względem jej twórczość. Była wielokrotnie nagradzana jako należąca do kręgu najwybitniejszych poetów dwudziestolecia międzywojennego i znakomitych twórców powojennych. Poświęcone jej hasła słownikowe i encyklopedyczne eksponują przede wszystkim jej twórczość poetycką, pozostawiając w cieniu prozę, ledwie wzmiankują o utworach dramatycznych, wspominają o tłumaczeniach poezji i prozy z różnych języków.

Życiorys tej autorki frapował wielu przede wszystkim dlatego, że od przewrotu majowego w 1926 roku do końca życia Marszałka Józefa Piłsudskiego była jego – jak mówiono potocznie – osobistą sekretarką. We wspomnieniach znajomych pozostała osobą dość ekscentryczną i niezależną. Tymczasem powodów do zainteresowania życiem Kazimiery Iłłakowiczówny jest znacznie więcej, o czym przekonuje także biografia pióra Joanny Kuciel-Frydryszak. Już samo odsłonięcie po śmierci poetki tajemnicy jej pochodzenia, ujawnienie faktu, iż była wnuczką Tomasza Zana – przyjaciela Adama Mickiewicza – jako nieślubna córka jego syna Klemensa, stało się swego rodzaju sensacją w kręgach literaturoznawców.

Dla dzisiejszego czytelnika z pewnością ciekawsze są inne wydarzenia z życia poetki. Warto wspomnieć o nich pokrótce, bo to przede wszystkim życie Iłłakowiczówny stało się materią, która posłużyła jej do tworzenia prozy. Wprawdzie to samo można powiedzieć o poezji, a przynajmniej o znacznej części wierszy tej autorki, jednakże na lirykę doświadczenia życiowe wpłynęły w inny sposób, a stopień przetworzenia biograficznego surowca jest w niej nieporównanie większy. Pozostająca w bliskim związku z życiem proza Iłłakowiczówny ma przede wszystkim charakter wspomnieniowy z jednym tylko wyjątkiem, jakim jest utwór pozornie oderwany od biograficznej materii. Ale też Bajeczna opowieść o królewiczu La-fi-Czaniu, żołnierzu Soju i dziewczynce Kio zrodziła się z inspiracji konkretnymi życiowymi doświadczeniami, jakkolwiek uległy one przetworzeniu w fantastyczną fabułę o baśniowej, wschodniej aurze.

Autorki kilku zbiorów krótkich, prozaicznych form nie darzy się mianem pisarki, bo zbyt silnie przylgnęło do niej miano poetki. Nie trzeba też porzucać tego określenia, gdyż utwory prozatorskie Iłłakowiczówny, które wprost odwołują się do faktów biograficznych, przesycone są żywiołem lirycznym. Ich autorka miała poetycką naturę i potrafiła przedstawiać to, co się zdarzyło, czego była świadkiem, co miało dla niej znaczenie, językiem godnym liryki, w kunsztownie skonstruowanych formach, w cyklach, gdzie kolejność poszczególnych utworów została dobrze przemyślana.

Trzeba zresztą stwierdzić, że Iłłakowiczówna miała co wspominać i opisywać, poczynając od ubogiego dzieciństwa w Wilnie, które dla wielu Polaków żyjących w czasie, kiedy ukazywały się wspomnieniowe cykle poetki, pozostało miastem ich młodości, dla wszystkich, poprzez historię i literaturę, było miejscem szczególnie nacechowanym, ważnym, bo odsyłającym do wartości patriotycznych, literackich, estetycznych, wreszcie religijnych.

Po przedwczesnej śmierci rodziców i przejściowym okresie sierocych losów kilkuletnia Kazia znalazła się w Inflantach, w warunkach egzotycznych z dzisiejszego punktu widzenia. Przygarnięta przez Zofię Buyno z Plater-Zyberków miała kontakt z rozgałęzioną, arystokratyczną rodziną przybranej matki oraz całym ich nobliwym środowiskiem. Mieszkała w majątkach ziemskich, gdzie służba złożona z Bałtów mówiła po niemiecku i bona Bałtka przekazała jej znajomość tego języka. Krótko uczyła się w Warszawie, jako nastolatka przebywała w Petersburgu, gdzie przygotowywała się do matury, a jej pobyt w stolicy Imperium Rosyjskiego przypadł na czas rewolucyjnego wrzenia, lata 1905–1906. Także ją cechowały wówczas lewicowe poglądy, skutkiem tego podczas pobytu z Zofią Buyno w Genewie nie lgnęła do miejscowej młodzieży, ale do anarchistów rosyjskich, to znaczy do lewicujących studentów rozmaitych orientacji, którzy po wydarzeniach 1905 roku musieli opuścić Rosję i kontynuowali studia na wielu uniwersytetach zachodniej Europy.

Po Szwajcarii, której poetka nigdy nie polubiła, przyszedł czas na pobyt w Anglii – w Oksfordzie kształciła się w kolegium dla cudzoziemek. Z kolei przeniosła się do Krakowa, by studiować filologię polską oraz angielską na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wtedy poznała przyszłego twórcę Legionów i bywała w mieszkaniu Piłsudskich, spotykając tam ludzi, z którymi przyszło jej potem współpracować już w wolnej Polsce.

Nie zdążyła zwieńczyć swoich studiów pracą dyplomową, bo wybuchła I wojna światowa. Poetka wróciła do domu i jako „poddana carska” – jak się wówczas określało obywatelstwo – zgłosiła się ochotniczo do służby sanitarnej przy armii rosyjskiej, zresztą do oddziału finansowanego przez polskich ziemian, w którym służbę pełnili Polacy. Po krótkim przeszkoleniu stała się członkinią tak zwanej czołówki sanitarnej. Była pielęgniarką w zespole medycznym poruszającym się konnym wozem tuż za frontem, by nieść pomoc rannym, rokujących nadzieję odsyłać do polowych szpitali, ciężej rannym zapewniać ludzkie warunki umierania. Służbę tę pełniła dwa lata, nabawiła się przy tym dyzenterii i z trudem uniknęła śmierci.

Najgorszy czas rewolucyjnego napięcia oraz chaosu, jaki ogarnął Imperium Rosyjskie od 1917 roku, przeżyła w Petersburgu i w jego podmiejskiej okolicy, gdzie jedna z gałęzi rodziny Plater-Zyberków miała swoją willę. Poetka przenosiła siebie i swoje otoczenie w tym czasie w świat fantazji za pomocą tworzonej i głośno odczytywanej co wieczór gronu przyjaciół Baśniowej opowieści o królewiczu La-fi-Czaniu, żołnierzu Soju i dziewczynce Kio, utworu w zamyśle autorki bynajmniej nie adresowanego do dziecięcych czytelników.

Poetce udało się opuścić zrewolucjonizowaną Rosję i w sierpniu 1918 roku znalazła się w Warszawie, wkrótce rozpoczęła pracę urzędniczki państwowej w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Praca kobiety na wysokim stanowisku administracyjnym w ministerstwie była w tym czasie czymś niezwyczajnym, ale jeszcze większym ewenementem było przejście Iłłakowiczówny do Ministerstwa Spraw Wojskowych, gdy po przewrocie majowym objęła urząd sekretarza ministra spraw wojskowych – tak oficjalnie nazywało się jej stanowisko, a praktycznie jej funkcja sprowadzała się do prowadzenia korespondencji w imieniu Józefa Piłsudskiego. Była wówczas jedyną kobietą w bliskim otoczeniu Marszałka w kierowanym przez niego ministerstwie, gdzie współpracownikami Józefa Piłsudskiego byli głównie oficerowie wysokiej rangi. Po śmierci Marszałka Iłłakowiczówna powróciła do MSZ i pracowała tam do wybuchu wojny, kiedy wraz z rządem polskim została ewakuowana do Rumunii.

Okres międzywojenny był dla poetki także czasem uczestniczenia w różnych oficjalnych spotkaniach i uroczystościach, często z udziałem zagranicznych gości piastujących ważne funkcje polityczne czy dyplomatyczne w swoich krajach. W jeszcze większym stopniu okazję do rozmaitych spotkań z osobistościami różnych narodowości dawały liczne wyjazdy zagraniczne Iłłakowiczówny z odczytami na temat Polski, objaśniające polską rację stanu i broniące jej. Iłłakowiczówna podróżowała wówczas po wielu krajach Europy Zachodniej i Środkowej. Wychowanie w arystokratycznym domu z pewnością pomogło jej odnaleźć się w sytuacjach, w których należało wykazać się znajomością obowiązującej etykiety, a ta wtedy była znacznie rygorystyczniej przestrzegana niż obecnie. Poetka potrafiła sprostać tym wymaganiom i dobrze się zaprezentować w roli eleganckiej damy.

Dwudziestolecie należało do szczęśliwych okresów w jej życiu. Procentowało wówczas zdobyte wykształcenie, biegła znajomość czterech języków obcych – francuskiego, niemieckiego, angielskiego i rosyjskiego – inteligencja, przedsiębiorczość, obycie i zalety towarzyskie, pracowitość, ambicja. Niestety, we wrześniu 1939 roku czas ten skończył się bezpowrotnie.

Kolejny etap życia Iłłakowiczówny to wychodźstwo. Poetka znalazła się w rumuńskim Klużu i tam się zatrzymała na czas wojny, a nawet dwa lata dłużej. Przez osiem lat zarabiała na utrzymanie, nauczając języków obcych. Już po wojnie charakteryzowała tę swoją działalność zarobkową w korespondencji do prasy polskiej, ukazując harmonogram jednego dnia nauczania: „Rosyjski, potem dwie godziny angielskiego i trzy francuskiego, z językiem wykładowym na przemian rumuńskim, węgierskim i niemieckim”. Obu nowych dla niej języków, rumuńskiego i węgierskiego, nauczyła się w czasie wojny w tym stopniu, że mogła tłumaczyć literaturę tych narodów, w tym poezję – najtrudniejszą do przełożenia. Przy okazji nauczania zaszczepiała uczniom zamiłowanie do różnojęzycznej literatury jako jej znawczyni i miłośniczka. Bywało, że lekcje odbywały się w skrajnie niesprzyjających warunkach, co Iłłakowiczówna wspominała: „Jakie to dziwne uczyć Topielca Puszkina w węgierskiej piwnicy, po cichu, żeby nie przeszkadzać modlącym się”.

Sytuacja polityczna w pogranicznym Siedmiogrodzie zmieniała się bardzo dynamicznie. Do rumuńskiego Klużu weszli Węgrzy i miasto zmieniło się w węgierski Kolozsvár. Potem wkroczyli Niemcy, a ich rządy oznaczały przede wszystkim zagładę licznie zamieszkujących miasto i okolicę Żydów. W końcu Niemców wyparli Sowieci, a z nimi do miasta powrócili Rumuni, którzy wcześniej musieli opuścić Kluż. Każdorazowa zmiana władzy oznaczała dezorganizację życia i pogłębienie wojennej biedy. Iłłakowiczównie przyszło kilkakrotnie na nowo organizować swój pobyt w Siedmiogrodzie.

Dopiero w 1947 roku, po rozmaitych perypetiach, poetka wróciła do kraju, a do powrotu szczególnie ją namawiał zaprzyjaźniony z nią Julian Tuwim. Na krótko zamieszkała w Warszawie; miała nadzieję, że znajdzie się dla niej odpowiednia praca w administracji państwowej. Bardzo chciała być przydatna dla kraju, sądziła, że jej kompetencje, które sprawdzały się przez wiele lat przed wojną, będą wykorzystane w nowej rzeczywistości. Dopiero gdy znalazła się w stolicy, zorientowała się w powojennej sytuacji kraju i zrozumiała, że urzędniczka przedwojennego ministerstwa, a w dodatku sekretarz Marszałka Józefa Piłsudskiego, nie ma żadnych szans na stanowisko w administracji nowego rządu. Usunęła się zatem i osiadła „w Poznaniu na wygnaniu”, jak napisała w jednym z wierszy. Zamieszkała w sublokatorskim pokoju, w warunkach, które nie miały nic wspólnego z jej przedwojenną pozycją społeczną. Znowu zarabiała lekcjami języków obcych, ale też tłumaczeniami obcojęzycznej literatury na język polski. Była aktywna, dopóki pozwalały jej na to siły. Doczekała się sędziwej starości, lecz pod koniec życia coraz bardziej zawodziło ją zdrowie, pogarszał się wzrok, który w końcu całkiem utraciła. Potrzebowała pomocy innych i uzyskiwała ją w dużej mierze dzięki Duszpasterstwu Akademickiemu poznańskich dominikanów. Życie poetki obfitowało w wydarzenia, spotkania z ludźmi. Została pochowana na warszawskich Powązkach.

Baśń dla dorosłych –Bajeczna opowieść o królewiczu La-fi-Czaniu, żołnierzu Soju i dziewczynce Kio

Pierwszy utwór prozatorski, wspomniana już Bajeczna opowieść o królewiczu La-fi-Czaniu, żołnierzu Soju i dziewczynce Kio, pierwotnie pełnił funkcję terapeutyczną wobec samej autorki i gromadki jej przyjaciół codziennie wysłuchujących kolejnego „odcinka” baśni. Pisanie oraz słuchanie fantastycznego utworu rozładowywało napięcie tych, którzy znaleźli schronienie w willi Plater-Zyberków pod Petersburgiem. Zimą z 1917 na 1918 rok na skutek rewolucji bolszewickiej mogli się oni spodziewać najdramatyczniejszych wydarzeń i największych nieszczęść. Literacka baśń, zgodnie z poetyką gatunku, ukazuje zmaganie się dobra ze złem, które ostatecznie musi zostać pokonane. Cechą swoistą Bajecznej opowieści… jest to, że ukazany w niej konflikt ma wymiar społeczny, przyjmuje postać przewrotu polityczno-społecznego, powodującego radykalne zmiany w królestwie, we wszystkich dziedzinach jego organizacji, także w płaszczyźnie obowiązujących przekonań oraz wierzeń. Ciekawy i niejako futurystyczny jest pomysł autorki, która rządzącemu uzurpatorowi pozwoliła użyć armii sztucznych ludzi, swego rodzaju żołnierzy robotów. Chociaż liczne ich oddziały pozostają w dyspozycji władcy, okazują się one bezsilne w starciu z ludźmi walczącymi w słusznej sprawie, dążącymi do przywrócenia porządku opartego na sprawiedliwości, do oddania rządów królewiczowi, któremu zależy na dobru mieszkańców jego państwa, nie na samej władzy.

Można z utworu pisanego w czasie rewolucji odczytać poglądy Iłłakowiczówny na sprawę niedoskonałości władzy monarszej, buntu wobec niej, krwawego przewrotu, niesprawiedliwości i pozornych wartości prezentowanych przez uzurpatorów, chaosu, do jakiego został doprowadzony kraj pod ich rządami, w końcu konieczności odzyskania władzy przez prawowitego jej dziedzica, ale po jego gruntownej przemianie i oczyszczającej ofierze.

Okładkę do pierwszego wydania utworu zaprojektował w 1918 roku Stanisław Ignacy Witkiewicz, którego Iłłakowiczówna spotkała w Petersburgu. Także on zakosztował rewolucyjnego chaosu w Rosji, a w swoich utworach ukazał pesymistyczny obraz jego skutków. W związku z funkcją, jaką pierwotnie pełniła Bajeczna opowieść…, Iłłakowiczówna była zdziwiona, gdy po II wojnie światowej Czytelnik postanowił wydać ją ponownie (wyszła w 1958 roku) jako baśń dla dzieci, co dało początek takiemu właśnie funkcjonowaniu kilkakrotnie później wznawianego utworu. Nie protestowała jednak, zresztą wyjaśnianie istoty pomyłki w tamtym czasie nie byłoby zbyt bezpieczne. Bez wiedzy o warunkach, w jakich powstała historia o królewiczu La-fi-Czaniu, bez podpowiedzi Iłłakowiczówny zawartej w jej wspomnieniach, nietrudno utwór o baśniowym, wschodnim kolorycie zaliczyć do działu literatury dziecięcej, tym bardziej że autorka pisała również wiersze dla dzieci. Jednak to, że posługiwała się baśniowymi postaciami i wątkami, że wiele jej utworów dla dorosłych, zwłaszcza z wcześniejszego okresu twórczości, przenikniętych jest atmosferą niezwykłości, fantazji oraz magii, pomaga umieścić Bajeczną opowieść… we właściwym kontekście.

Urok wielkości i dyskrecja – Ścieżka obok drogi

Powstanie kolejnego tomu prozy także wiązało się ściśle z konkretnym okresem życia Iłłakowiczówny – z czasem sekretarzowania Marszałkowi Józefowi Piłsudskiemu, które rozpoczęło się wkrótce po przewrocie majowym w 1926 roku, a zakończyło wraz ze śmiercią Marszałka w maju 1935. Tekst tomu Ścieżka obok drogi został opatrzony datą: „Warszawa, luty 1936”, co wskazuje, że wspomnienia poetka napisała w niecały rok od śmierci Piłsudskiego. Ukazały się one drukiem w roku wybuchu II wojny światowej i wywołały burzliwą dyskusję. Już sam fakt, że wydanie Ścieżki obok drogi nastąpiło trzy lata po jej ukończeniu, dowodzi, że nie było łatwo znaleźć wydawcę wspomnień. Otoczenie Józefa Piłsudskiego było im niechętne, wielu uważało, że uchybiają one pamięci wielkiego przywódcy wojskowego i politycznego. Po ukazaniu się Ścieżki… środowisko dziennikarskie podzieliło się na zwolenników i przeciwników wspomnień poetki. Maria Jehanne Wielopolska, pisarka i publicystka, w broszurce Pliszka w jaskini lwa zaprotestowała przeciw wizerunkowi Marszałka nakreślonemu przez poetkę – była to najobszerniejsza i najbardziej krytyczna opinia o wspomnieniach Iłłakowiczówny.

Z perspektywy czasu nietrudno zauważyć, że spór zasadzał się na różnym rozumieniu tego, jak powinno się przedstawiać osobistość, którą był Józef Piłsudski. We wspomnieniach poetki pełniącej funkcję sekretarza ministra nie znajdzie czytelnik niczego, co mogłoby w jakikolwiek sposób zdyskredytować osobę Marszałka, zwłaszcza jeśli patrzymy na Ścieżkę… z perspektywy pierwszych dekad XXI wieku. Twierdzenie to jest jednak prawdziwe, o ile nie przyłoży się do czasów i ludzi ukształtowanych w XIX wieku lub na przełomie wieku XIX i XX miary standardów obowiązujących obecnie. W przeciwnym razie niektóre zrelacjonowane przez poetkę sytuacje mogą się wydawać dziwne, a nawet szokujące. Tak na przykład można ocenić scenę, w której Iłłakowiczówna, jako sekretarz ministra spraw wojskowych, całuje swego zwierzchnika w rękę. Zrozumiałe byłoby współcześnie, gdyby Piłsudski, jako mężczyzna, szarmancko cmoknął w rękę kobietę, która odrabia za niego korespondencję, zwłaszcza tę najbardziej uciążliwą, niszczy złośliwe anonimy, a z drugiej strony robi, co może, by pomagać tym, którzy są w najtrudniejszej sytuacji życiowej i znikąd nie mogą spodziewać się pomocy. Należy jednak pamiętać, że opisana przez Iłłakowiczównę scena rozegrała się w czasie, gdy nie tylko mężczyźni składali pocałunki na dłoniach kobiet; także dzieci, również dorosłe, całowały ręce rodziców i było przyjęte wykonywanie takiego gestu wobec osób obu płci, wobec których czuło się szczególny szacunek czy wdzięczność.

Co zatem we wspomnieniach poetki drażniło czytelników, zwłaszcza ludzi podkreślających osobisty, a także społeczny szacunek wobec Marszałka? Problem polega na tym, że zwłaszcza wojskowi i polityczni zwolennicy Józefa Piłsudskiego uważali, iż dla ogólnego dobra powinno się akcentować wielkość oraz historyczne zasługi tego niezwykłego przywódcy. Tymczasem poetka w swojej wypowiedzi nie ukazała wizerunku zwycięskiego wodza ani nie zbudowała piedestału dla hieratycznej figury męża stanu. Piłsudski przedstawiony w Ścieżce… w ogóle nie jest monumentalny, a wyeksponowana zostaje przede wszystkim jego ludzka dobroć. Okazuje się wyrozumiałym zwierzchnikiem, nieraz wykraczającym swym zachowaniem poza reguły urzędniczych konwenansów, człowiekiem godnym zaufania, bardzo zapracowanym, ale chętnym do żartów, niemłodym mężczyzną o aparycji pozostawiającej wiele do życzenia, jak to ukazuje jeden z najpełniejszych jego portretów:

Pracuję sama, samiutka, bez palących i gadających towarzyszy. […] Za ścianą, u siebie, jest pan Marszałek. Wyjdzie zaraz i coś powie albo tylko życzliwie zamruczy. Spojrzy szaro albo niebiesko ze starej, pięknej twarzy, źle ogolonej, pod źle strzyżonymi, siwiejącymi włosami. Ma wygnieciony, jak psu z gardła wyciągnięty, mundur. Cały jest w poprzeczne fałdy, obsypany popiołem z papierosów, ręce i paznokcie ma szare od tego popiołu. Wyszedł od siebie i stoi – bardzo jasny od dobroci, jaka od niego bije.

Taki wizerunek osobistości, która w radykalny sposób wpłynęła na przebieg historii polskiej oraz europejskiej, nie wszystkim odpowiadał. Całościowy portret Marszałka, a także ujawniony we wspomnieniach stosunek do niego Iłłakowiczówny może prowokować pytanie, czy młodsza od niego o pokolenie sekretarka przynajmniej po części nie żywiła wobec Piłsudskiego uczuć, jakie mogłaby okazywać ojcu, którego nigdy nikt jej nie zastąpił.

Poetka nie tylko ujawnia swój szacunek do Marszałka i fascynację jego osobą, ale też chętnie wymienia z imienia i nazwiska innych podwładnych oraz współpracowników Piłsudskiego, cechujących się wobec niego oddaniem, gotowych z pełnym zaangażowaniem wykonywać zlecane im zadania. Zgodnie ze stanem faktycznym wskazuje również, że jej zwierzchnik miał licznych politycznych oponentów, jednak nigdy nie podaje ich nazwisk, dbając w ten sposób, by kogoś o poglądach opozycyjnych nie narazić na jakiekolwiek nieprzyjemności. Ponadto poetka oddaje sprawiedliwość tym spośród oponentów Piłsudskiego, których przedstawia jako swoich dobrych znajomych, nawet przyjaciół. Decydując się na objęcie funkcji sekretarza ministra spraw wojskowych, była przekonana, że jednocześnie rezygnuje z towarzyskich relacji z nimi. Tymczasem została mile zaskoczona faktem, że nie zmienili oni swojego osobistego stosunku do niej, jedynie w rozmowach z nią czy też w jej obecności nigdy więcej nie pojawiło się nazwisko Józefa Piłsudskiego. Trudno dziś osądzić, czy ludzie tamtej epoki, inteligencja dwudziestolecia międzywojennego, potrafili pięknie się różnić, czy też osobowość Iłłakowiczówny, wówczas damy z wielkiego świata, w ten sposób oddziaływała na „należących do dobrego towarzystwa”.

W okresie późniejszym, w końcowych dekadach XX i na początku XXI wieku, wielokrotnie sięgano do wspomnień Iłłakowiczówny, zastanawiając się nad charakterem relacji łączącej wielkiego polityka i przywódcę ze znakomitą poetką. Pełna dyskrecji postawa autorki wspomnień wobec spraw osobistych Marszałka nie daje podstaw do domysłów o nieoficjalnej stronie jego życia. Jeśli współcześnie stawiano autorce Ścieżki… jakieś zarzuty, nie dotyczyły już one niegodnego sportretowania Marszałka, ale raczej językowego i kompozycyjnego ukształtowania wspomnień, rzekomej ich naiwności, pensjonarskiej postawy poetki. Nie zwracano przy tym dostatecznej uwagi na przyjętą konwencję wypowiedzi ani na adresata, do którego była skierowana.

Ścieżka… jest zbiorem gawęd dotyczących tego, w jakich okolicznościach poetka poznała Józefa Piłsudskiego, jakie były jej kontakty z nim w latach 1911–1926, a przede wszystkim po przewrocie majowym, przez dziewięć lat urzędowania Iłłakowiczówny w Ministerstwie Spraw Wojskowych. Poetka zadedykowała tom swojej prozy dwóm nastoletnim siostrzenicom. Przed pierwszą ze swych gawęd zwraca się do nich bezpośrednio – a poprzez nie do innych dziewcząt w ich wieku – wyrażając pragnienie, by jej „pamiętnik” stał się lekturą szkolną, by czytelniczki stające u progu dorosłości mogły poznawać osobę „bardzo wielkiego, drogiego całej Polsce człowieka” nie tylko od strony dokonań historycznych, czego miały się uczyć na lekcjach historii, ale też od mniej oficjalnej strony. Tak dookreślony adresat wspomnień tłumaczy strukturę wypowiedzi Iłłakowiczówny, gdyż po każdej z gawęd autorka zamieszcza Uwagi – rodzaj różnorodnych objaśnień oraz pouczeń. Pamiętając o zaprojektowanym odbiorcy, łatwiej zrozumieć pewną pozorną zresztą naiwność wypowiedzi, jej niepoprawny romantyzm oraz dydaktyzm. Zrozumiałe staje się również, że Iłłakowiczówna zdecydowanie dystansuje się w swych wspomnieniach od polityki – pod łatwym do obalenia pretekstem, że się zupełnie na niej nie zna.

Dydaktyzm wspomnień jest jednak zdecydowanie łagodzony przez budowanie atmosfery bliskości – jak przystało na gawędowe opowiadania, w których można zwierzyć się gronu bliskich z tego, co się osobiście przeżyło. W aurze zaufania odsłaniane są przeżycia, chwile wzruszeń, osiągnięcia, jak również ukazywane własne pomyłki, czasem komiczne błędy. Okazuje się, że odsłonięte wzruszenia i słabości nie degradują, a postawa dystansu wobec siebie, zdolność do humorystycznego potraktowania tak otoczenia, jak i własnej osoby, do wyraźnej lub dyskretnej autoironii, paradoksalnie uwiarygodnia przekaz.

Prozatorskie miniatury – Z rozbitego fotoplastikonu

Kolejny zbiór prozy wspomnieniowej powstał po II wojnie światowej, a został wydany, gdy już zakończył się najtwardszy socrealizm, w 1957 roku, kiedy na fali odwilży wydawano utwory, które nie mogły ukazać się wcześniej, bo nie były pisane zgodnie z komunistyczną receptą. Krótkie prozaiczne teksty, składające się na tomik Z rozbitego fotoplastikonu, w stosunku do pozostałej prozy Iłłakowiczówny w największym stopniu są przesiąknięte żywiołem lirycznym. Zbiór liczy czterdzieści jeden tekstów, a chociaż każdy z nich stanowi oddzielną, zwartą kompozycję literacką, nie zostały one obdarzone oddzielnymi tytułami, tylko ponumerowane cyframi rzymskimi. Nie stanowią jednego ciągu tematycznego, przedstawiają ludzi, scenki, krajobrazy, zawsze w jednej tylko odsłonie. Z rzadka tylko to, co ukazane w jednym utworze, wiąże się z sytuacją przedstawioną w poprzednim lub następnym. Rzeczywiście można te miniatury porównać do fotografii, które niegdyś oglądano w urządzeniu zwanym fotoplastykonem; patrzący na nie miał odczucie postrzegania głębi obrazów – ich trzeciego wymiaru – niemniej sceny czy krajobrazy, które oglądał, pozostawały nieruchome, niczym wyjęte z upływającego czasu. Tytuł zbioru sugeruje dodatkowo, iż urządzenie do oglądania fotografii zostało rozbite, a prezentowany zbiór obrazów stanowi tylko część tego, co ocalało. Metafora wyraźnie nawiązuje do sytuacji zaistniałej w rozbitym przez wojenny kataklizm świecie; czy także do ograniczeń swobody pisarskiej w powojennej Polsce, trudno rozstrzygnąć.

Tylko kilka miniatur utrwaliło sceny z okresu sprzed II wojny światowej. Na wstępie czytelnik poznaje zimową przygodę podlotka, który przez zaśnieżone pola wiózł zaprzężonymi w konia sankami zakupy z miasteczka. Nietrudno zidentyfikować tę historię jako wydarzenie z czasów, gdy przyszła poetka zamieszkiwała w majątku przybranej matki w Inflantach. Niedaleka podróż okazuje się wstępem do kolejnych, odbywanych w dwudziestoleciu międzywojennym – to wtedy autorka miała okazję widzieć w Szwecji domy rozkwitłe bukietami w zimowych miesiącach, a w duńskim miasteczku Maribo spotkać dzielnych polskich harcerzy.

Większość utworów rejestruje sytuacje, których obserwatorką lub uczestniczką była Iłłakowiczówna na wychodźstwie, na pograniczu rumuńsko-węgierskim. Kolejność tekstów nie jest uzależniona od chronologicznego porządku. Pośrodku siedmiogrodzkiego cyklu wspomnień zamieszczony został cykl wewnętrzny, dotyczący całkiem innego miejsca i czasu – najwcześniejszych lat życia poetki, nad którymi zaciążyła śmierć jej matki, Barbary. Nieszczęście to jest dominantą wewnętrznego cyklu, niezrozumiałą w czasach, kiedy zbiór Z rozbitego fotoplastikonu został wydany. Nie dość, że cztery tworzące go miniatury (od utworu XXIII do XXVI) zostały zamieszczone bez żadnych objaśnień wśród siedmiogrodzkich obrazków, to jeszcze czytelnik nieznający skomplikowanej historii rodzinnej poetki nie był w stanie zrozumieć sensu zdania dwukrotnie użytego w wyeksponowanym miejscu – na zakończenie dwóch utworów XXIV i XXV: „Barbara, nieślubna synowa promienistego Tomasza, umiera”. W zbiorze poetyckiej prozy dotyczącej przede wszystkim przeżyć z czasów wojennych zamieszczona została skrzętnie ukrywana przez Iłłakowiczównę informacja, że była nieślubnym dzieckiem Barbary Iłłakowiczówny i Klemensa Zana, syna przyjaciela Mickiewicza i założyciela Związku Promienistych. W dzisiejszych czasach trudno już odtworzyć, co znaczyło być nieślubnym dzieckiem w XIX i pierwszej połowie XX wieku. Barbara Iłłakowicz, chcąc swoje dwie córki uchronić przed wiążącymi się z ich pochodzeniem trudnościami, postarała się, by w metrykach obydwu dziewczynek zatrzeć ślady faktu, którego konsekwencje mogły być przykre. Jako rodzice Kazimiery w dokumencie podani zostali brat matki i jego żona, natomiast nazwiska prawdziwych rodziców zostały zapisane jako nazwiska rodziców chrzestnych.

Poetka najwyraźniej czuła potrzebę powiedzenia prawdy o sobie, jednak wypowiedziała ją szyfrem czytelnym tylko dla wtajemniczonych. Nawet w 1957 roku, kiedy po II wojnie światowej zarówno sytuacja prawna, jak i obyczajowa uległa daleko idącym zmianom, Iłłakowiczówna nie zdecydowała się ujawnić, iż to ona była jedną z dwóch małych sierot po zmarłej Barbarze, nieślubnej synowej „promienistego” Tomasza. Przyjęty w całym tomie styl bezosobowego przedstawiania przeżyć sprzyjał zaszyfrowaniu informacji. W dodatku w rozbitym fotoplastykonie utwory dotyczące okoliczności śmierci matki autorka ukryła wśród siedmiogrodzkich obrazków.

Poznając te ostatnie, można dziwić się, że tak mało w nich wojennych realiów. Poświęcone są krajobrazowi, zwierzętom, kwiatom, zwyczajom odmiennym niż polskie, poznanym ludziom różnych narodowości, środowisk, charakterów, w tym dzieciom, służącym, ubogim mieszkańcom miasta i podmiejskiej wsi. Można zadawać pytania, czy autorki takich obrazków nie cechuje naiwne widzenie świata, skoro na przykład wojenną biedę i niedostatek żywności ukazuje, opisując kłopoty właścicieli kanarka, który nie chce jeść niczego prócz konopnego ziarna, a tego brakuje podczas wojny. Może zadziwiać fascynacja pięknem drobnych szczegółów rzeczywistości w czasie, gdy trwają zmagania wojenne albo przez miasto przetacza się front. Niewiele jest też śladów wojennych trudności dotykających samą autorkę wspomnień. Wskazówką interpretacyjną do właściwego rozumienia takiej perspektywy widzenia świata okazują się utwory zamieszczone na wstępie. Pierwszy pokazuje dziecięcą ufność w to, że w trudnościach można zawsze liczyć na czyjąś pomoc. Drugi mówi o konieczności odbycia podróży parowcem z Tallina do Helsinek w lutym, przy niesprzyjającej pogodzie i groźnym wietrze. Z powodu wichury „kandydatów na pasażerów” z poczekalni na statek prowadziło po dwóch silnych marynarzy pomagających przedrzeć się przez niebezpieczny Nord-West i dostać się do zacisznej kabiny, gdzie jednak podróżny niekoniecznie miał szansę odprężyć się ze względu na regulamin, który narzucał się jego uwadze:

Było się nagle w ciszy i samotności, oko w oko z plakatem, który wisiał nad pościelą:

„Towarzystwo okrętowe XYZ w Szczecinie nie bierze na siebie żadnej odpowiedzialności za uszkodzenie zdrowia i bagażu lub utratę życia pasażerów.

1 dzwonek oznacza pożar statku.

2 gwizdki oznaczają rozbicie statku.

Gong oznacza posiłki”.

Komiczne jest zestawienie grozy dwóch pierwszych przypadków przewidzianych przez towarzystwo okrętowe z informacją o prozaicznej organizacji życia pasażerów. Potraktowana z humorem sytuacja oddaje charakter Iłłakowiczówny – zdolność wyostrzonego obserwowania rzeczywistości przy jednoczesnym dystansowaniu się od niej na tyle, by możliwe było dostrzeżenie jej zwyczajnych i komicznych aspektów.

Jednocześnie miniatura ukazująca tę sytuację może być potraktowana jako metafora, w której konieczność odbycia podróży oznacza ludzką sytuację, nieuchronność życiowej drogi, konieczność przebycia jej przez każdego, kto się urodził. W kondycję człowieka wpisane jest stałe zagrożenie życia, przy czym trudno byłoby kogokolwiek obarczyć odpowiedzialnością za ten ogólny brak bezpieczeństwa. Jednak bezsensowne byłoby trwanie w grozie, zresztą konieczność przesądza o tym, że na co dzień trzeba zajmować się wieloma drobnymi i prozaicznymi sprawami, choćby jedzeniem. We wspomnieniach Iłłakowiczówny wydarzenia, w których autorka uczestniczyła, traktowane są zgodnie z takim rozumieniem ludzkiego losu. Te wielkie zazwyczaj są tylko sygnalizowane i pozostają gdzieś w tle, a szczegółowej obserwacji poddane są ich prozaiczne skutki, na przykład bezdomność oraz bieda na wychodźstwie, ale także różnego rodzaju ciekawostki czy dziwności w świecie ludzi i przyrody, a wcale nie ostatnie miejsce zajmują różnego rodzaju miłe doznania, przeżycia estetyczne, radość z poznawania nowych aspektów rzeczywistości.

Tylko raz wyrywa się autorce cyklu Z rozbitego fotoplastikonu krzyk protestu, gdy daje świadectwo temu, czego była świadkiem w maju 1944 roku, a chodzi o wywózkę Żydów skazanych przez niemieckich okupantów na śmierć. Zaplanowana zagłada narodu woła o pomstę do nieba, wzbudza gniew Boży, ściąga plagi podobne do egipskich:

Dotychczas jeszcze huczy boży gniew nad Siedmiogrodem; susza wypala zbocza pagórków, powysychały ruczaje; popękały w zimie kamienie od mrozów; wyginęło bydło po oborach; mór przeszedł i rękę położył na wsiach i miastach.

Ale nawet wizja zagłady Żydów, jak i cały cykl wojennych wspomnień kończy się optymistyczną puentą:

Mocny jest każdy naród mocą swoich dzieci, mądry ich mądrością, twardy ich wytrzymałością, wesoły ich radością. Nie na nie pada klątwa, nie ich się ima kara. Mocny jest naród: patrzy bystro ich piwnymi i niebieskimi oczyma…

A za Magórą – takie samo niebo jak zawsze.

Wspomnieniowe rozmaitości – Trazymeński zając

Obszerniejszy oraz bogatszy tematycznie jest cykl wspomnieniowy Trazymeński zając, wydany po raz pierwszy w 1968 roku. Inaczej niż w poprzednio omówionym, Iłłakowiczówna nie unika w nim wypowiedzi w pierwszej osobie, śmiało też ukazuje siebie w różnych fazach swojego życia, więc w różnych sytuacjach. Ale też zarówno na siebie, jak i na innych spogląda z dystansem, najczęściej z pobłażliwym humorem, z delikatnie zazwyczaj wprowadzaną ironią. Wstępem do takiego klimatu wspomnień jest pierwszy z esejów, zatytułowany Niektórym to nie przechodzi, dotyczący czasu sprzed II wojny światowej. Zostało w nim ukazane towarzyskie spotkanie, w którym wzięło udział wielu polityków, z Gabrielem Narutowiczem na czele, także urzędników Ministerstwa Spraw Zagranicznych, ówczesnych kolegów Iłłakowiczówny. Jak się w rozmowie okazało, niemal każdy z obecnych w młodości pisał, a nawet publikował wiersze. Puentą tego wspomnienia jest wypowiedź i gest dyrektora protokołu dyplomatycznego, hrabiego Stefana Przeździeckiego, który kłaniając się z ironią obecnej w towarzystwie Iłłakowiczównie, stwierdził, że „za lat dziecinnych wszyscy pisują wiersze”, ale „niektórym to nie przechodzi”. Dał do zrozumienia, że uprawianie poezji jest dziecięcą przypadłością i powinno się z niej wyrosnąć, co poetka, w którą wymierzone zostało ostrze ironii, z właściwym sobie humorem czyni wstępem do zbioru esejów. Jego finał przedstawia triumf autorki nagrodzonej za twórczość poetycką w rodzinnym mieście Wilnie zarówno oficjalnie, jak i nieformalnie poprzez entuzjazm miłośników jej utworów.

Być może stosunek Przeździeckiego do twórczości urzędniczki MSZ był reprezentatywny dla środowiska polityków i wysokich urzędników administracji państwowej. Mogłoby to tłumaczyć postawę Iłłakowiczówny, która wielokrotnie podkreślała, że głównym jej zajęciem i absorbującym ją obowiązkiem jest praca zawodowa, natomiast twórczość jest tylko aktywnością uboczną. Tłumacząc się urzędniczymi obowiązkami, nie przyjęła wyboru do Polskiej Akademii Literatury. Wstępny esej wspomnieniowy dobrze wprowadza w atmosferę Trazymeńskiego zająca, w którym tak niewiele miejsca poświęciła autorka swojej aktywności twórczej.

Tematyka zbioru jest dość różnorodna, a eseje w nim zamieszczone podzielone zostały na dziesięć grup tematycznych. Pierwsza ma charakter wprowadzający, dominantą drugiej są motywy „angielskie”, trzecia zawiera szereg obrazków ze służby Iłłakowiczówny w „czołówce sanitarnej”, czwarta jest poświęcona spotkaniom z wybitnymi osobistościami świata literatury oraz kultury itd. Najmniej wyrazista jest część dziewiąta, którą można by zatytułować Varia – poetka zgromadziła w niej eseje, które nie mieściły się w innych grupach tematycznych.

Bogate życie autorki pozwoliło jej na ukazanie w migawkowych zbliżeniach wielu znanych postaci ze świata polityki, literatury, kultury. Można wśród nich wymienić reżysera Leona Schillera, namiestnika Galicji prof. Michała Hieronima Bobrzyńskiego, literaturoznawców prof. Tadeusza Chrzanowskiego oraz Stanisława Windakiewicza, pisarzy i poetów: Jarosława Iwaszkiewicza, Tadeusza Micińskiego, Józefa Łobodowskiego, Stefana Żeromskiego, piosenkarkę i aktorkę Hankę Ordonównę, generała i dyplomatę Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego, polityków polskich jak ministrowie Karol Bertoni czy Gabriel Narutowicz (nim ten ostatni został prezydentem) oraz obcych, choćby pierwszego prezydenta niepodległej Czechosłowacji Tomáša Masaryka lub Josepha Goebbelsa (Obiad z Goebbelsem, jak kilka innych dotyczących osoby Piłsudskiego oraz tematyki komunistycznej, nie ukazał się w 1968 roku ze względu na treść niezgodną z linią ideologiczną ówczesnej władzy). Listę nazwisk można by znacznie wydłużyć, zwłaszcza dodając rozmaitych arystokratów, w tym arcybiskupa Edwarda Roppa. Chociaż różne osobistości często są przedstawiane z uchwyceniem jakiegoś ich rysu humorystycznego, nie są pozbawione cech wzbudzających sympatię do nich.

Do wyjątków należy eseistyczny portret Meksykańska poślica (taka forma była wówczas używana na określenie kobiety pełniącej funkcję posła), w którym to utworze autorka ukazuje członkinię meksykańskiego korpusu dyplomatycznego, przedstawicielkę Meksyku rządzonego wówczas przez lewicową Partię Rewolucyjno-Instytucjonalną. Iłłakowiczówna daje wyraz osłupieniu, w jakie wprawiło ją wyznanie kobiety, że nie czuje najmniejszych wyrzutów sumienia z powodu roli, jaką odgrywała w prowadzonych przez państwo prześladowaniach katolików. Cała rzecz w tym, że bohaterka eseju przedstawiła się jako katoliczka, jednocześnie chlubiąc się, iż jako wierząca łatwo tropiła w wizytowanych szkołach przenikanie katolickich poglądów do nauczania, a praca jej była owocna i przydatna władzy.

Można w zbiorze wskazać wątki, które przewijają się przez eseje zamieszczone w różnych grupach tematycznych. Do takich należy na przykład wątek przyjaźni, a dotyczy ona nie tylko osób z wyższych warstw społecznych, ale też ludzi niewykształconych, niezamożnych, wykonujących najprostsze obowiązki, ludzi, których pracowitość, zaradność, często wierna sympatia jest wielokrotnie podkreślana. Dwa eseje poświęcone są charakterystyce powojennej rzeczywistości w Polsce, a liczne uwagi dotyczące tego tematu rozsiała Iłłakowiczówna w wielu innych utworach. Czytelnik obserwuje, jak z humorem, choć czasem też z nutą goryczy, Iłłakowiczówna przedstawia absurdy świata, w którym znalazła się po powrocie do kraju z rumuńsko-węgierskiego pogranicza. Ze zdumieniem odkrywa, że całkowitemu przewartościowaniu uległo wszystko, z czym się zrosła, że umiejętności oraz kompetencje nie są ważne tam, gdzie najważniejsza jest ideologia, że nie ma już miejsca na potrzeby kulturalne pojedynczego człowieka wobec – pozornej zresztą – dbałości o „masy”, że podejrzliwość wobec interesanta jest pierwszym odruchem człowieka, który podejmuje decyzję choćby w najbłahszej sprawie. Ostatecznie przedwojenna dama musi się zgodzić na życie w ubogim sublokatorskim pokoju, bez żadnych względów dla jej wcześniejszych zasług dla kraju, dla wielkości talentu literackiego i dokonań twórczych. Jednakże zgodnie z postawą, która cechowała ją zawsze, wydobywa także pozytywne aspekty powojennej rzeczywistości. Podoba jej się na przykład znacznie uproszczona etykieta w kontaktach z osobistościami, zwłaszcza w czasie wizyt zagranicznych, a jako osoba praktyczna i wyczulona na czystość zauważa, że powojenny tłum jest odwszony.

Tematem, do którego autorka stale wraca, jest też kwestia jej przekonań religijnych, na tyle przenikających życie, że czuje potrzebę, by wspominać o nich przy ukazywaniu różnych jego momentów. Wiara jej wcale nie była oczywista; spontanicznie przejęta od otoczenia w dzieciństwie, została odrzucona w okresie młodzieńczego ateizmu, który wspomina „jak jakiś pobyt w egzotycznym, pełnym przygód i niezwykłych spotkań kraju, podobny do takiego snu, w którym śni się o tym, o czym się śnić pragnie, wiedząc, że to nie jawa, ale sen”. W wieku dojrzałym Iłłakowiczówna wielokrotnie daje sygnały dojrzałej religijności, będącej podstawą jej przekonań i pomocą w trudnych sytuacjach.

Jeśli złożyć wspomnienia Iłłakowiczówny w całość oraz uświadomić sobie ich zatarty przez kompozycję tomów chronologiczny porządek, pozwolą one na odczytanie niemal całej biografii poetki. Oferuje ona czytelnikowi również bogaty, optymistyczny, z dobrotliwym humorem ukazywany obraz świata, choć wiek XX obfitował w wojny i przewroty, a ich skutków autorka wielokrotnie doświadczała na sobie. Pozwala złapać oddech pomiędzy lekturą dzieł przypominających okrucieństwa czasów minionych a tych oddających chaos współczesnej rzeczywistości. Zdecydowanie nie lubowała się Iłłakowiczówna w eksponowaniu mrocznych aspektów świata, w którym była zanurzona. Dojrzałość poetki sprzyjała dystansowi do wydarzeń, z kolei inteligencja – umiejętności operowania humorem oraz łagodną ironią.

Wspomnienia, odczyty, publicystyka – Niewczesne wynurzenia

Dłuższe i bardziej usystematyzowane chronologicznie wspomnienia zamieściła Iłłakowiczówna w tomie Niewczesne wynurzenia wydanym w 1958 roku, w którym też znalazły się teksty publicystyczne z dwóch powojennych lat, kiedy jeszcze pozostawała w Klużu i wysyłała artykuły do czasopism w kraju. Ujawnił się wówczas jej talent felietonistki i korespondentki prasowej obdarzonej zmysłem obserwacyjnym i zacięciem dziennikarza, który poprzez wyrazistą prezentację faktów oraz subtelne aluzje ma ambicję, by wpływać na postrzeganie i zmianę rzeczywistości, choćby w niewielkim tylko zakresie. W końcu czytelnik może przekonać się, że jako prelegentka zabierająca głos czy to w sprawach społecznych, czy też literackich lub, szerzej, kulturalnych, Iłłakowiczówna nie tylko ma coś do powiedzenia, ale też potrafi zabiegać o uwagę odbiorcy przez odpowiednią kompozycję wypowiedzi, przez przywołanie ciekawostki, w końcu odwołując się do doświadczeń tak własnych, jak i odbiorców.

Czasem do zabrania głosu skłania ją poczucie powinności – jak wówczas, gdy na zebraniu Związku Literatów Polskich w 1955 roku stanęła w obronie wolności twórcy, a konkretnie ujęła się za Adamem Ważykiem atakowanym za jego Poemat dla dorosłych. Broniąc poety, który nigdy nie był jej ideowo bliski, użyła różnych, dobrze przemyślanych argumentów. Przypomniała, że w dwudziestoleciu międzywojennym także stawała w obronie twórców piszących utwory o wymowie opozycyjnej wobec władzy. Oskarżycielom Ważyka musiało być niemiłe zestawienie ich z sanacyjną władzą. Puenta wypowiedzi poetki, mająca formę bezpośredniego zwrotu do adresata, jest przewrotna: „Niebezpiecznie jest być poetą. A może to jest właśnie przyjemnie, koledzy poeci, aż tak serio być traktowanym i móc podnosić aż tyle wrzawy?!”. Komunikat zawarty w tych zdaniach w istocie brzmiał: „Koledzy poeci, nie dajmy się zwariować, nie czyńmy tyle wrzawy o to, co ostatecznie jest wytworem sztuki słowa i wyobraźni”.

***

Ekscentryczna Iłła, jak o niej często mówiono w dwudziestoleciu międzywojennym, lubiła zaskakiwać swoimi wypowiedziami. Jako wielbicielka i tłumaczka różnojęzycznych utworów wystąpiła na jednym z poznańskich Czwartków Literackich w 1955 roku z pogadanką Dlaczego nie lubię książek. Ukazała w niej siebie jako tę, która nie lubi książek, bo nie potrafi oprzeć się urokowi lektury, żyć jednocześnie w świecie dzieła literackiego i rzeczywistym. „Tedy naj-najmocniej i z wielkim naciskiem ostrzegam państwa przed książkami. Im lepsza – tym nas łatwiej połknie”, zwróciła się do swoich słuchaczy. Naśladując Kazimierę Iłłakowiczównę, należałoby przestrzec czytelników, że jej proza wciągnie ich w świat odmienny od tego, którego doświadczają poza literaturą. Spotkają na przykład ludzi, którzy kierują się w życiu dziwnymi zasadami, bo dbają o to, by w rozmowie z adwersarzem nic nie przekręcić z jego myśli i poglądów, a przede wszystkim, by koniecznie powiedzieć mu jakiś komplement. Znajdą świat, w którym jest wiele mankamentów, jednakże w przedstawianiu ich dominuje dobrotliwy, akceptujący niedoskonałości i odmienności komizm. Dystans poetki wobec słabości własnych i cudzych w połączeniu z akceptacją swojego życia i gotowością do nawiązania przyjaznych relacji ze spotykanymi ludźmi tworzy w jej wspomnieniowej prozie niepowtarzalny klimat, któremu warto dać się na jakiś czas „połknąć”, by jednocześnie coś z niego wchłonąć w siebie.

BAJECZNA OPOWIEŚĆ O KRÓLEWICZU LA-FI-CZANIU, O ŻOŁNIERZU SOJU I DZIEWCZYNCE KIO1919

I

Kiedyś, kiedyś, przed wiekami panowali w Bombonii król i królowa. Oboje byli szczęśliwi, piękni, mądrzy i kochani przez poddanych; trapiło ich tylko to, że nie mieli dzieci. Szczególnie martwiła się królowa. Pewnej nocy, kiedy płacząc, zasnęła, ukazał się jej dobry bożek, Pan Spełnionych Marzeń, i obiecał, że będzie miała syna, byleby się tylko udała do Wielkiej Czarownicy po radę, a jemu ofiarowała czarne koźlę i kosz dojrzałych wiśni. Królowa obudziła się pełna radości i natychmiast kazała służebnicom dać sobie szarą z płótna szatę, mocne sandały i kij podróżny, postanowiła bowiem sama i pieszo odbyć pielgrzymkę do potężnej wróżki, aby umartwieniem tym bardziej zjednać sobie łaskę Niebios. Szła długo, bardzo długo i ciągle pod górę, pośpieszając co tchu, aż nareszcie doszła do klonowego lasu. Las ten był ciemny, liście drzew miały kolor rudy lub rdzawoczerwony i nie ruszały się nawet w czas największej wichury. W samym środku lasu na pagórku z czarnego kamienia stała chatka Wielkiej Czarownicy. Ściany miała z grubych błon spojonych ostrymi kośćmi zwierząt, pod spodem zaś gołębią nóżkę, na której obracała się z błyskawiczną szybkością.

Królowa, nauczona przez Bożka Spełnionych Marzeń, wyrzekła uroczyście:

Chatko, chatko z gołębią piętką,

przestań się obracać tak prędko,

bo bombońska królowa

do Wielkiej Czarownicy chce powiedzieć dwa słowa.

Na to zaklęcie chatka stanęła jak wryta, a królowa weszła do jej wnętrza, gdzie Wielka Czarownica, siedząc na trupiej czaszce, skubała żywą kurę. Na widok królowej kura zapiała wielkim głosem, a czarownica powiedziała: „Wiem, po co przychodzisz, królowo, i chętnie ci usłużę. Oto masz tę kurę, zabierz ją do domu, karm i paś dobrze, a nim trzysta razy zapieje, będziesz miała ślicznego syna”. Królowa chciała dziękować, ale nie było czasu, bo jakaś niepojęta i niewidzialna siła wypchnęła ją z chatki, drzwi za nią zatrzasnęła i obracać chatkę z błyskawiczną szybkością poczęła. Królowa szczęśliwie wróciła do domu i w złotej klatce zamknęła podarowaną kurę. Czary pomogły, bo wkrótce urodził się królewicz. W całym kraju zapanowała niesłychana radość, bito w dzwony świątyń i ratuszów, a nawet wyszedł rozkaz, aby dzwoniono we wszystkie dzwonki, jakie gdziekolwiek w państwie istniały. Hałas był nie do opisania. Nazwano królewicza La-fi-Czań, co oznacza Kwiat Wiecznej Radości. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że królowa, nie wiadomo, ze szczęścia czy z wrodzonego roztargnienia, zapomniała złożyć żądaną ofiarę Bożkowi Spełnionych Marzeń. Minął tydzień od narodzin królewicza, gdy w nocy ukazał się śpiącej bożek, rozgniewany i straszny. „O niegodziwa, niewdzięczna niewiasto – powiedział. – Przyjęłaś dobrodziejstwo, a warunków nie dopełniłaś. Dla przykładu, aby pokazać śmiertelnym, jak bogowie karzą niewdzięczność, stanie się, że syn, którego ci dałem, nigdy śmiać się nie będzie”. Powiedział i znikł, a królowa, obudziwszy się, natychmiast zemdlała, ocucona – zemdlała znowu i tak trwało aż do wieczora, kiedy kazała się zanieść do pokojów królewicza i tam płacząc gorzko nad nim, umarła. Z żalu po niej zakończył życie i małżonek jej, król.

Od wieków było w Bombonii przyjętym zwyczajem, że każdy Bombończyk winien był, mówiąc, jedząc, a nawet śpiąc, uśmiechać się. Uczono różnych uśmiechów, a król był zawsze wzorem i mistrzem tej sztuki. Niepodobieństwem było, aby panował król pozbawiony zdolności uśmiechania się. Toteż kiedy Wielka Dozorczyni nianiek królewicza przekonała się naocznie o tym, o czym donosiły ze wszech stron podwładne niańki – to jest o strasznym kalectwie królewicza, który poważnie patrzył na różnokolorowe szklane kule, jakimi go zabawiano, i nie uśmiechnął się nawet do grzechotki złotej w czerwone smoki – poszła natychmiast do Tymczasowej Rady. Tymczasowa Rada składała się z Kanclerza, Kuchmistrza i Koniuszego i miała rządzić aż do pełnoletności osieroconego w kolebce La-fi-Czania.

Dostojnicy przyjęli wiadomość z przerażeniem. Natychmiast zawezwano najsławniejszych lekarzy, którzy przyjeżdżali ze wszech prowincji Bombonii i przez cały rok badali królewicza. Okazało się, że La-fi-Czań był zdrów zupełnie, i lekarze jeden po drugim odjechali, orzekając, że władza ich jest bezsilna. Po lekarzach sprowadzono czarowników i czarownice: pod królewskim miastem stanął cały ich obóz. Wyglądało to zbiorowisko nader cudacznie. Jedni z czarowników byli okryci łachmanami, inni świecili złotem i purpurą, jedni spali w dzień, a w nocy zbierali zioła i gotowali czarodziejskie napoje, był nawet taki, który nigdy nie spał w życiu i umiał czytać przyszłość z włosów spalonych na węgiel. Czarownice ubierały się mniej więcej tak samo jak czarownicy, tylko inne nosiły obuwie i inne nakrycia głowy, a oprócz wspólnych czarów umiały latać na łopacie, tak że w nocy nad ich obozem powietrze było zupełnie czarne od latających czarownic. Na żądanie Tymczasowej Rady ludzie ci pokazywali, co umieli. Jeden z nich zaczarował wszystkie ptaki okoliczne, tak że przestały latać i biegały po ziemi prędko jak myszy, aż im znowu latać pozwolił. Drugi kazał rzece, żeby płynęła wspak, od morza do źródła, co tak osuszyło cały kawałek morza, że już go potem nigdy woda nie zalała: pobudowano tam miasta i teraz jest to urodzajny, zamieszkały kraj, a rzekę czarownik odczarował i znowu płynie po dawnemu, tylko znacznie mniejsza i jakaś słona. Jedna czarownica postawiła królewiczową kolebkę na polu, zrobiła dokoła niej koło zieloną kredą, sama stanęła w kole i czyniła przez trzy dni i trzy noce zaklęcia tak straszne, że słońce się zaćmiło, gwiazdy pobladły, a księżyc zrobił się mały, w czarne plamy i już taki na zawsze pozostał. Ale to wszystko było na nic: królewicz był zdrów i grzeczny nad podziw, ale się nigdy nie uśmiechał.

II

Po tych nieudanych próbach przywrócenia królewiczowi władzy uśmiechania się i śmiechu dano mu spokój, na długo sądząc, że może czas uleczy kalectwo, a mądre wychowanie nauczy La-fi-Czania tego, czego mu nie mogły dać ani lekarstwa, ani czary. Do siódmego roku życia królewicz pozostawał pod opieką stu nianiek, nie licząc Wielkiej Dozorczyni. Cały ten dwór miał przeznaczony na mieszkanie obszerny ogród, będący jednocześnie kwietnikiem i sadem. W ogrodzie były domki z kolorowej laki, każdy z nich zamieszkały przez jedną niańkę, a w pośrodku – duży, niski, z białej porcelany – stał pałac La-fi-Czania.

Ponieważ w tej okolicy Bombonii, gdzie leżało stołeczne miasto, panuje wieczne ciepło, pałac nie miał szyb ani okiennic, tylko zasłony z jedwabnych ciężkich tkanin, którymi zasuwano drzwi i okna, gdy słońce zbytnio dopiekało. Od deszczu chronił olbrzymi żółty parasol, który rozpinano nad pałacem. Dach był płaski i tak jak i ściany domu zrobiony z białej porcelany. W pośrodku dachu ustawiono prześliczną fontannę, z której przez jedenaście otwartych smoczych pysków z czerwonej laki lała się z szumem dzień i noc woda. Po bokach dachu nawieziono ziemi i zasadzono najpiękniejsze rośliny: nigdzie niewidziane pnącze o kwiatach zupełnie podobnych do bratków, tylko tak wielkich jak dłoń, wielkie czerwone dzwonki o dziwnych czarnych znakach na dnie kielichów i drzewka hiacyntowe, odurzające wonią, na których każdy kwiat był innego koloru. Z tarasu na pałacowym dachu widać było jak na dłoni cały ogród z jego cienistymi alejami, laurowymi zaroślami i całym mnóstwem najróżniejszych drzew owocowych, wśród których tu i ówdzie ukazywały się kolorowe domki królewiczowych nianiek, przezroczyste zygzaki rzeczek, tafle jezior i strzeliste strugi wodotrysków. Pola narcyzów białych i żółtych, grzędy umiejętnie dobranych kwiatów o przedziwnych barwach i słodkiej woni dopełniały widoku.

Siedem pierwszych lat życia La-fi-Czania upłynęło w tym ogrodzie, który słynął pod nazwą Ogrodu Niewymownego Szczęścia. Niańki, dobrane spomiędzy najpiękniejszych i najweselszych dziewcząt Bombonii, uczyły go najucieszniejszych gier i zabaw, budziły śpiewem piosenek, a usypiały dźwiękiem srebrnych fletów.

La-fi-Czań miał własnego białego słonia, na którym jeździł co dzień pod namiotem z szafirowego jedwabiu, i zaprząg z szesnastu wspaniałych czarnych kotów, którymi wolno mu było powozić w wielkie święta i w uroczysty dzień urodzin. Miał stado swojskich saren i trzodę swojskich królików, które nosiły złote obróżki z dzwoneczkami i przychodziły jeść chleb i kapuściane liście z jego ręki.

Ilekroć chciał, szedł nad wielkie jezioro, gdzie dla jego uciechy wpuszczano i hodowano foki i ciężkie morskie słonie, albo do palmowego gaju, gdzie po drzewach wisiały sznury maleńkich małp, trzymających jedna drugą za ogony, lub huśtały się stubarwne papugi, mówiące najśmieszniejsze słowa od świtu do nocy. La-fi-Czań chodził pośród tego wszystkiego z powagą i wdziękiem, ale nikt nigdy nie widział na jego twarzy pożądanego uśmiechu.

Kiedy zaczął rok ósmy, miejsce nianiek zajęli nauczyciele, mędrcy i towarzysze zabaw wybrani spomiędzy dzieci najlepszych rycerskich rodzin. W dniu, kiedy mały La-fi-Czań napisał pierwszą literę w sposób doskonały i zgodny z nauką największych mędrców bombońskich, urządzono bal, na którym spalono tysiąc ogni sztucznych. Dzieci zaproszone ze wszystkich miast i wiosek kraju odegrały wspaniały teatr pod nazwą Król Kwiatów, czyli Wesele Konika Polnego z Rezedą. Dziesięć tysięcy biało ubranych dziewczynek obrzuciło królewicza fiołkami, a po stawach i jeziorach Ogrodu Niewymownego Szczęścia pływała cała flota ozdobnych łódek, których maszty uginały się pod ciężarem różnokolorowych lampionów. O tym balu długo mówiono w całym kraju, ale królewicz, chociaż podejmował swoich małych gości z godnością i uprzejmością, która wzbudziła ogólny zachwyt – nie uśmiechnął się ani razu.

Główny nauczyciel królewicza, obdarzony tytułem Skarbca Wiedzy, otoczył La-fi-Czania bezprzykładną pieczołowitością i z bezgranicznym poświęceniem oddał się wychowaniu i wykształceniu przyszłego monarchy Bombonii. Trudno wyliczyć te wszystkie gałęzie wiedzy, w jakich przez szereg lat doskonalił się młody La-fi-Czań. Prócz tych rzeczy, których uczy się każdy człowiek, poznać jeszcze musiał Naukę Uprzejmości dla Ludzi i Zwierząt, której zgłębienie zajęło Skarbcowi Wiedzy dwadzieścia lat życia, a którą wychowańcowi swemu zdołał wyłożyć całą w ciągu zaledwie siedmiu miesięcy. Inni nauczyciele też nie próżnowali, tak że kiedy nadszedł dla królewicza czas zajęcia się wiedzą wyższą pod przewodnictwem Kanclerza i nadwornego Czarownika Skarbu, był on zaopatrzony we wszelką naukę, jaka człowiekowi jest dostępna, a prócz tego nader biegły w sztuce wojennej.

III

Zchwilą ukończenia lat czternastu opuścił La-fi-Czań Ogród Niewymownego Szczęścia, z pałacu z białej porcelany przeniósł się do pałacu monarszego położonego w samej stolicy i zamieszkał w królewskich komnatach, gdzie na ścianach wisiały portrety jego przodków, a po korytarzach stały we framugach posągi ich zbrojne, a czasami konne. Wolno mu już było wdziewać ojcowską zbroję: pancerz był cały w czarowne zaklęcia, których strzały przebić nie mogły, a na hełmie znajdowało się orle pióro, znalezione kiedyś przez pra-pra-pra-dziadka La-fi-Czania w świątyni głównego bożka, pióro, które odwracało nieszczęście, a w nocy świeciło jak słońce. Szabla damasceńska od wieków przez królów bombońskich używana wisiała u wezgłowia La-fi-Czania, ale miał ją wziąć w posiadanie dopiero w dzień koronacji, po dojściu do lat osiemnastu. Tymczasem musiał się zaznajomić ze sprawami państwa, których część Kanclerz umiał na pamięć, a część spoczywała w księgach złożonych w Królewskiej Bibliotece. Co rano szedł królewicz do biblioteki, gdzie przez szereg godzin słuchał mądrych opowiadań Kanclerza i odczytywania ksiąg państwowych. Prócz tego obowiązkiem każdego następcy tronu było przeliczyć pieniądze i zważyć kosztowności w skarbcu królewskim. Była to ciężka praca i możliwa jedynie przy pomocy Czarownika Skarbu, zwanego tak dla jego zdolności wyliczania w każdej chwili na żądanie zarówno ilości różnych monet, zawartych w skarbcu, jak i wagi, i właściwości każdego poszczególnego złotego lub srebrnego przedmiotu, drogiego kamienia lub perły. Taki Czarownik Skarbu od straszliwego natężenia pamięci, w którym ciągle pozostawał, żył zwykle bardzo krótko, nie więcej niż lat dwadzieścia pięć, i dlatego miał stale przy sobie małego pomocnika, którego kształcił bezustannie na przyszłego następcę. Czarownik Skarbu i jego pomocnik, zamknięci z królewiczem w skarbcu, co dzień przez kilka godzin wraz z nim liczyli, ważyli i spisywali szeregi cyfr. Królewicz, zmęczony pracą, wsiadał na konia i z Wielkim Koniuszym oraz orszakiem młodych dworzan szlachetnego pochodzenia jechał na polowanie lub na objazd prowincji, gdzie po wioskach rzucano mu pod nogi gałęzie wiśniowe i wonne kwiaty pomarańczy. Nad zajęciami i rozrywkami królewicza baczny nadzór miała Rada Tymczasowa.

Kanclerz, Koniuszy i Kuchmistrz nie mogli nie uznawać pełnej wdzięku mądrości La-fi-Czania ani nie spostrzegać bystrości jego pamięci i ujmujących cnót obejścia. Trapili się jednak srodze tym, że nikt nigdy nie widział na jego twarzy uśmiechu. Sprowadzony najpierwszy nie tylko w Bombonii, ale w Chinach i Bengalu, Nauczyciel Śmiechu pracował cały rok wraz z dwunastoma pomocnikami nad królewiczem, któremu Kanclerz w słowach pełnych smutku i powagi wyjawił ogrom nieszczęścia, jaki nań sprowadzało jego kalectwo. La-fi-Czań dowiedział się dopiero wtedy o dziwnej, nagłej śmierci obojga rodziców i o tym, że niezdolność uśmiechania się pozbawić go może tronu. Wiedziony roztropnością, zaczął dokładać najusilniejszych starań, aby się uśmiechnąć podług przepisów Nauczyciela, a gdy mu się to nie udawało, próbował siłą unosić ku górze kąty ust. Nic to jednak nie pomogło. Gdy po upływie roku Nauczyciel Śmiechu przekonał się, że dostojny jego uczeń nie zrobił najmniejszego postępu – wraz z dwunastu pomocnikami popełnił samobójstwo z rozpaczy.

La-fi-Czań po tej klęsce otoczył się bandami kuglarzy i śmieszków.

Po uciążliwie spędzonym poranku w bibliotece lub skarbcu, zamiast jechać na łowy, królewicz zasiadał w mniejszej sali tronowej na brązowym krześle, pod baldachimem haftowanym w białe i czarne ptaki, i przed oblicze jego wpuszczano kuglarzy. Niepodobna opisać, jak śmiesznie byli poubierani i jak dziwnymi Niebo obdarzyło ich kalectwami ani jakie wyprawiali ucieszne miny i ruchy. Każdy z nich prześcigał drugiego dowcipem i królewicz szczerze bawił się ich widokiem i mową, ale próżno wyglądano na jego twarzy uśmiechu. Tymczasem kuglarze i dowcipnisie, nie mogąc rozśmieszyć dostojnego dziedzica tronu, tym skuteczniej bawili cały dwór, który wkrótce brzmiał śmiechem od podziemi do wież. Doszło do tego, że nawet Czarownik Skarbu, tak zwykle z natury swego zaszczytnego zajęcia poważny, któregoś wieczora zasiedział się z kuglarską zgrają aż do północy i nazajutrz, zapytany znienacka przez Kanclerza o wagę perły zdobytej na księciu Bengalu w czasie ostatniej z nim wojny, odpowiedział dowcipem. Kanclerz, przerażony takim nieznanym do tego czasu w Bombonii wydarzeniem, wziął go za niebezpiecznego wariata, dotkniętego straszną chorobą spowodowaną ukąszeniem bąka Zo-Zo, co znaczy Dawca Nieszczęścia. Obawiając się, aby Czarownik Skarbu w napadzie furii nie rzucił się na królewicza, a także chcąc zakończyć spodziewane męczarnie biednego szaleńca, zapobiegliwy Kanclerz polecił, aby go natychmiast powieszono. La-fi-Czań, gdy dowiedział się o tym wydarzeniu, gorzko zapłakał i kazał precz wypędzić wszystkich kuglarzy i dowcipnisiów. Chociaż królewicz właściwie jeszcze nie miał prawa wydawania rozporządzeń, Tymczasowa Rada chętnie spełniła jego żądanie, gdyż i tak do koronacji pozostawało już tylko kilka miesięcy.

IV

Po wypędzeniu kuglarzy na dworze bombońskim zapanowało prawdziwe zniechęcenie; nie wiedziano, jakiego środka się chwycić, aby uleczyć królewicza. La-fi-Czań rozumiał doskonale powagę chwili. Wiedział, że jeśli nie nauczy się uśmiechać – ominie go tron, a Bombonia w braku prawego monarchy zostanie pogrążona w odmętach wojen domowych. Ponieważ liczenie kosztowności i pieniędzy w skarbcu było już ukończone, akta zaś państwowe – przeczytane, nastały dla królewicza przepisane przez prawo Tygodnie Rozmyślań, w czasie których pozostawiony sam sobie następca tronu winien był zastanawiać się nad wysoką godnością, jaka nań spaść miała, i prosić rozmaitych bogów o łaskę i pomoc w trudnych rządach. La-fi-Czań chodził tedy samotnie po wielkich ogrodach przylegających do pałacu i rozmyślał. Naturalnie myśl jego ciągle obracała się dokoła nieszczęsnego kalectwa, które miało stanowić dlań przeszkodę do objęcia tronu ojcowego.

Dnia pewnego, kiedy więcej niż zwykle czuł się udręczony, zatrzymał się, przechodząc przed posągiem, który pobożna jego matka wystawiła na wiele lat przed jego urodzeniem Bożkowi Spełnionych Marzeń. Był to posąg prześlicznej roboty z zielonego marmuru wsparty na czterech koźlętach z czarnego połyskliwego kamienia. Królewicz, stojąc przed tym kamiennym obrazem, złożył podług zwyczaju głęboki pokłon i pobożnie pocałował stopę bożka, prosząc go w krótkich słowach o pomoc i radę. Tak się zdarzyło, że Bożek Spełnionych Marzeń, co zwykle niewidzialny, na szerokich skrzydłach buja po całej Bombonii, w tej chwili spoczywał w posągu, przed którym modlił się La-fi-Czań. Usłyszał więc jego prośbę, a widząc piękną postać, szlachetny układ, a nade wszystko czyste i cnotliwe serce królewicza, wysłuchał go natychmiast i odezwał się, poruszając kamiennymi wargami posągu: „Głos twój, La-fi-Czaniu, miły jest uszom moim. Idź niezwłocznie do Wielkiej Czarownicy, a ona udzieli ci rady i pomocy, gdyż zna najlepsze sposoby na wszystkie nieszczęścia. Gdy ona cię uleczy, ofiaruj mi dwoje czarnych koźląt i kosz wiśni, a nie przestanę cię otaczać życzliwą opieką”. To rzekłszy, bożek wyleciał z posągu i wzniósł się w powietrze niedostrzeżony przez królewicza, który w gorącej wdzięczności padł twarzą u podstawy z kamienia i dziękował w słowach wymownych i pełnych pobożności za udzieloną radę. Po czym powstawszy, natychmiast wyruszył w podróż, nie mówiąc o tym nikomu prócz strażnika przy bramie pałacowej, któremu polecił oznajmić Tymczasowej Radzie, że jego królewiczowska mość udał się do Wielkiej Czarownicy.

Królewicz szedł wprost przed siebie, nikogo o drogę nie pytając, gdyż wierzył, że Bożek Spełnionych Marzeń, który go tak niespodziewanie wziął w opiekę, nie opuści go i natchnie we właściwym kierunku. Nie mylił się też wcale, gdyż droga, którą obrał, była właśnie drogą prowadzącą do klonowego lasu o liściach czerwonorudych i rdzawych, których żadna wichura niezdolna była poruszyć. Królewicz śpiesznym krokiem mijał wsie i miasteczka, gdzie z niskich kolorowych domków wybiegały małe pstro odziane dzieci i ze zdumieniem patrzyły na bogato ubranego młodego wędrowca, idącego samotnie i bez żadnego tłumoczka. Piękna postać La-fi-Czania wzbudzała dlań przyjaźń kobiet pracujących w polach i ogrodach, toteż nieraz i królewicz zasiadał wraz ze żniwiarkami pod cieniem małego klonu albo jaworu i hojnie pokrzepiony ryżem, owocami i mlekiem odchodził, błogosławiąc ręce, które mu dały posiłek. Dużo przyjaźni doznał także od robotników, wożących kamienie z gór i kłody drzewa z wielkich lasów dębowych. Dobrzy ci ludzie pozwalali mu siadać na swoich niskich, szerokich wozach i rozmawiali z nim długo, opowiadając o różnych swoich biedach i radościach. Nikt z nich jednak nigdy, powodowany natrętną i niestosowną ciekawością, nie zapytał, skąd i dokąd podąża. Być może, że złe psy po wioskach i złośliwe małpy po lasach mogłyby były dokuczać królewiczowi, ale ten z Nauki Uprzejmości dla Ludzi i Zwierząt znał setki przeróżnych sposobów, jakimi można i należy obłaskawiać wszelkie zwierzęta, tak że pozostawiał za sobą ogólną przyjaźń śród nich i dobrą o sobie pamięć.

Królewicz powoli przeszedł okolice zamieszkałe i dążąc ciągle pod górę, wszedł wreszcie w krainę kamienistą i pagórkowaną, gdzie ludzie mieszkali w namiotach i zajmowali się wyłamywaniem płyt z bazaltu, marmuru i innych gatunków pięknego kamienia. Dzicy byli i półnadzy, a że nigdy nie widzieli wspaniałych szat i jasnego koloru nieobrośniętej twarzy, wzięli La-fi-Czania za boga wiosny, zwanego Erla-Czań, co znaczy Słońce Radości, i zdumieni, że przychodzi nie w swojej porze, bo pod jesień, zrozumieli to jako szczególną łaskę. Toteż nie szczędzono przechodzącemu oznak czci i na znak radości przyozdobiono przydrożne kamienie w dziwaczne rysunki w kolorach zielonym, żółtym i czerwonym, które w Bombonii oznaczają wesołość, zadowolenie i miłość. Kapłani tych ludzi wychodzili naprzeciw La-fi-Czania ubrani w piękne skóry kozie i grali na jego cześć hymny pochwalne na instrumentach muzycznych, które wyglądały jak filiżanki, ale miały głos prześliczny, podobny do srebrnych dzwoneczków. La-fi-Czań zatrzymywał się na noc zwykle pod gołym niebem, ale kiedy nocleg wypadał mu w jakim koczowisku ludzkim, to kapłani otwierali dlań jako dla Erla-Czania świątynię i musiał spać na ołtarzu zrobionym z drogocennego drzewa i pokrytym pięknymi skórami kun i lisów.

Nareszcie, kiedy zostały daleko za nim gościnne namioty czcicieli Erla-Czania, trafił królewicz do klonowego lasu, w którym znajdowała się chatka Wielkiej Czarownicy. Chatka stała, jak za czasu odwiedzin królowej, na jednej gołębiej nóżce i obracała się z szybkością niepojętą. Królewicz z początku nie wiedział, co począć, ale po chwili zastanowienia przemówił w następujący sposób:

Chatko, chatko na gołębiej nodze,

ja, La-fi-Czań, do ciebie przychodzę,

przestań się kręcić z szybkością kołowrotka,

zatrzymaj się i wpuść mnie do środka.

Na to zaklęcie chatka natychmiast stanęła jak wryta, a królewicz wszedł do jej wnętrza, gdzie Wielka Czarownica, siedząc na ogromnej trupiej czaszce, obierała ze skóry dojrzałe jabłko. Na widok La-fi-Czania jabłko krzyknęło wielkim głosem, a Czarownica powiedziała: „Wiem, po co przychodzisz, królewiczu, i chętnie ci usłużę. Masz tu jabłko, rzuć je na ziemię, gdy wyjdziesz z klonowego lasu, a potoczy się ono aż do brzegu morza. Tam na piasku leży wielka, od dawna zeschła na słońcu ryba. Jeżeli chcesz pozyskać dar uśmiechu, musisz stanąć przy niej na warcie i wytrwać tak rok cały, nie oddalając się ani na chwilę, w zupełnym milczeniu”. Królewicz chciał dziękować, ale nie było czasu, bo jakaś niepojęta i niewidzialna siła wypchnęła go z chatki, drzwi za nim zatrzasła i obracać chatką z błyskawiczną szybkością poczęła. Królewicz, podniósłszy z ziemi jabłko, które zapomniał wziąć, ale które na szczęście wyleciało z nim razem, pośpiesznie oddalił się z zaczarowanego miejsca. Po wyjściu z klonowego lasu rzucił, podług wskazówki Wielkiej Czarownicy, jabłko na ziemię i, o dziwo, potoczyło się ono przed nim jak żywe.

V

Droga, którą królewicz podążał w ślad za Zaczarowanym Jabłkiem, nie była bynajmniej tą, po której przyszedł do Wielkiej Czarownicy. Ze stolicy bombońskiej szło się, jak wiadomo, do klonowego lasu ciągle pod górę. Do morza trzeba było iść w dół w stronę przeciwną. Przewodnik królewicza toczył się bez ustanku aż do wieczora dnia pierwszego podróży, a że bezdroże, którym podążali, było leśne, grunt zaś pokryty krótkim zielonym mchem, widać było jabłko bardzo dobrze i La-fi-Czań ani razu nie zbłądził. Kiedy słońce zaszło i królewicz z niepokojem zaczął rozmyślać, jak trafi w ślad po nocy, ujrzał nagle, że jabłko podskoczyło i zawisło u gałęzi rozłożystego cedru. Gdy wszelkie próby oderwania go od gałęzi nie udały się, zrozumiał La-fi-Czań, że tutaj ma zanocować, co też uczynił, kładąc się na gołej ziemi tuż pod rozłożystym cedrem, u którego wisiało jabłko. Ze świtem obudziło go ono, spadając mu na piersi, i poszli w dalszą drogę. Trzydzieści dni podążali tak przez lasy, które zdawały się nie mieć końca, aż pod wieczór posłyszał La-fi-Czań szum i ryk, a w kilka chwil potem po raz pierwszy zobaczył wzburzone morze i przerażony widokiem nieskończoności padł bez zmysłów na ziemię.

Kiedy się ocknął, było już rano, przewodnik jego znikł bez śladu. Przed nim, jak daleko sięgał wzrok, widać było spokojną, lazurową powierzchnię wody. La-fi-Czań rozglądał się jeszcze chwilę, sądząc, że zaczarowane jabłko może doń wróci, ale nie dostrzegając go nigdzie, ruszył ku morzu. Prędko stanął nad samą wodą i wezwawszy w myśli natchnienia, począł iść brzegiem, który w tym miejscu był piaszczysty. Po prawej ręce królewicza wznosiły się skały poszarpane i urwiste: nagie ich grzbiety zdawały się grozić niebu, dokoła nich z żałosnym krzykiem krążyły mewy i groźnie krakały orły morskie. Morze było cichutkie i nierówna linia wyrzuconych na brzeg zielonych alg i różowych muszelek leżała na piasku jak graniczna wstęga – bez ruchu.

La-fi-Czań posilił się kilkoma ostrygami i małą rybą, którą zjadł na surowo, nie zatrzymał się jednak, pełen niecierpliwości, aż ku zachodowi, kiedy po nagłych, szybkich uderzeniach serca poznał, że cel jego podróży jest niedaleki. O kilkaset kroków przed nim na wąskim pasie złotego piasku leżał jakiś olbrzymi przedmiot okryty chmurą morskiego ptactwa. Skały, które dotąd świeciły nagością, tutaj miały grzebień z sosen. Potężne drzewa nosiły ślady długoletnich zażartych walk z wichrami, pnie ich, grubości nigdy przez królewicza niewidzianej, były pokręcone, konary koszlawe i powyginane. Na samym skraju urwiska, zaczepiona o jakiś szmat urodzajniejszej ziemi, wyrosła młoda wiśnia; gałęzie jej osypane różowym kwieciem wisiały nad próżnią. Za zbliżeniem się królewicza powstał straszny zamęt pośród zgrai ptasiej: całe tysiące mew, albatrosów i innych ptaków podniosły się z przeraźliwym wrzaskiem w ciche powietrze. Wtedy La-fi-Czań zobaczył ogromny zeschły trup jakiejś potwornej ryby. Skóra na niej, stwardniała od soli i słońca, była jak skorupa, tak że nawet dzioby skrzydlatych rozbójników przebić jej nie zdołały, tylko wielkie dziury na miejscu oczu świadczyły o ich drapieżnym głodzie. La-fi-Czań pomyślał, że za chwilę zmieni się w niemego wartownika, i wyciągając ręce w górę, zmówił zwykłą modlitwę wieczorną oraz wezwał pomocy Bożka Spełnionych Marzeń, po czym założył ręce na piersiach i stanął przed Zgniłą Rybą.

Natychmiast niebo pociemniało, łagodny wietrzyk zmienił się w orkan. Przemiana ta w przyrodzie szła nie od oceanu ku brzegowi, ale przeciwnie – zdawało się, że królewiczowa obecność zamąciła całe nadbrzeżne powietrze, które rzuciło się precz od lądu i goniąc przed sobą spokojną wodę, leciało potężnym wichrem na pełne morze. Kilka chwil trwało to natarcie, w czasie którego woda uciekła od brzegu na kilkaset kroków. Potem, jakby po namyśle i naradzie, która podniosła falę na kilkupiętrową wysokość i napełniła całą linię widnokręgu wrzawą, morze wróciło.

Napad bałwanów na brzeg był tak szybki, że nieszczęsny La-fi-Czań nie zdążył nawet zamknąć oczu. Przez chwilę zobaczył nad sobą w powietrzu jakby błysk krzywego zielonego oręża. Potem gwałtowne uderzenie rzuciło nim o ziemię. Chciał powstać, kiedy runęło nań drugie piętro wodne. Oślepiony słoną falą, dygocący z zimna, poraniony ostrymi muszlami, które wbijały mu się w ciało za każdym rozpędem wody, objął rękami skamieniałą straszną głowę Ryby i dźwignął się na klęczki. Trzymając się z całej siły potwora, którego miał strzec, popełznął ostrożnie dokoła ślepej jego głowy i ukrył się za Rybą, jak za wałem. Mało go to chroniło od napaści morskiej, ale przynajmniej fale nie mogły go porwać ze sobą.

Strach niewypowiedziany napełniał duszę La-fi-Czania. Przed nim, nad nim, dokoła – szalała burza. Nadbrzeżnego piasku nie było widać wcale: zewsząd nacierała przypływająca lub odrzucana od skał woda. Już uprzedniego dnia wzburzone morze pozbawiło królewicza przytomności. Tego wieczora był jak obłąkany, nie rozumiał napaści, nie widział sposobu walki. Czuł, że wszystko się kończy, że siły słabną, ręce, zaplecione dokoła Rybiej głowy, drętwieją. Powoli opuszczała go przytomność, powieki zamykały się, jakby zaciskane czyjąś przemożną ręką, wreszcie zamknęły się zupełnie. „Umieram” – pomyślał La-fi-Czań i raz jeszcze otworzył oczy.

Noc zapadała już prawie zupełnie, świat przysłonięty wodą był cały ruchomy i przerażający. Królewicz, szarpnięty przez nową jakąś falę, trzymając się tylko jedną ręką Ryby, obrócił głowę ku brzegowi, chcąc pożegnać ziemię, gdy spostrzegł tuż za sobą twarz jakąś, nie wiadomo – ludzką czy zwierzęcą – oplątaną włosiem, które świeciło zielonawym światłem. Trochę niżej ruszało się cielsko bezkształtne, fosforyzujące trochę, i sterczały łapy-ręce zakończone tępymi palcami. Twarz wyrażała pogardę i śmiała się złośliwym zadowoleniem. Jak uderzony tym wejrzeniem zerwał się mdlejący La-fi-Czań. W jednej chwili odleciał od niego strach, znikła nikczemna niemoc. Porwał z mętów wody zmieszanej z piaskiem wielką wyszczerbioną muszlę, która chwiała się koło niego już od jakiegoś czasu, i uderzył z całej siły po tępych, obrzydliwych łapach potwora. Bluznęło coś – nie wiadomo, krew czy słonogorzka woda – na olbrzymią wysokość, ochrypły krzyk zabrzmiał nad całym wybrzeżem, coś przewaliło się tuż obok La-fi-Czania i rzuciło się do ucieczki w morze. Za uciekającym, jak wojsko za wodzem, pośpieszyło kilka fal zalegających piasek, jeszcze i jeszcze jedna…

Coraz opadało spiętrzenie morza, coraz oddalał się huk burzy, niebo zaświeciło gwiazdami w spokojnym błękicie. Zielona wstęga alg, powiększona przez wyrzucone świeżo trawy i muszle, zaległa spokojną granicą na piasku. Wicher gdzieś się zapodział, mały ciepły wietrzyk rozkołysał rosochate sosny na skałach i potrząsnął kwitnącymi gałęźmi wiśniowymi.

Królewicz stał zadumany: poszarpana odzież wisiała na nim w łachmanach, włosy zmieszane z piaskiem ciążyły skołatanej głowie, bolały wysilone, zdrętwiałe ręce i nogi. Ale w duszy La-fi-Czania była radość, bo miał za sobą niewątpliwe zwycięstwo. Tak minął pierwszy wieczór La-fi-Czania.

VI

Cóż się działo tymczasem w opuszczonej przez prawowitego następcę tronu Bombonii? Trudno temu uwierzyć, wiadomo jednak na pewno ze świadectw ludzi tej epoki, że nieobecność królewicza nie od razu została zauważona przez otoczenie dworskie. Trzeba sobie wszakże zdać sprawę – że La-fi-Czań w ciągu przepisanych mu Tygodni Rozmyślań wziął zupełny rozbrat zarówno ze światem Uczonych, jakim był otoczony w dzieciństwie, jak i z Dostojnikami Rady Tymczasowej, którzy napawali go mądrością państwową w młodzieńczym wieku. Nieraz nie wracał on na noc do pałacu, lecz spędzał czas aż do świtu w ogrodach, i nikt nie śmiał przerywać wątku jego dumań. Stąd wynikło to straszne wzburzenie, jakie zapanowało w stolicy, gdy któregoś ranka zaczęły krążyć wieści o zniknięciu ukochanego przez ludność królewicza. Było to na kilka dni przed mającą się odbyć koronacją.

Po całym pałacu i ogrodach zarządzono najszczegółowsze poszukiwania. Na służbę padły straszne kary, a Marszałek Pałacowy został nawet ścięty, gdyż przewinienie jego zaliczono do rzędu państwowych i ukarano podług paragrafu, który opiewał, że „Sprawca umyślnego zniszczenia powierzonego mu ważnego mienia państwowego odpowiada za zbrodnię swoją gardłem”. Uroczyste ścięcie odbyło się publicznie, dla zaspokojenia gniewu ludności, która tłumnie była zebrana w mieście w oczekiwaniu koronacji.

Biednego skazańca, za którym płacząc, szła żona i biegło kilkoro małych dzieci, motłoch obrzucił kamieniami. Nikt nie chciał słuchać jego przedśmiertnej mowy i tylko kat z litości upewnił go po cichu, że on wierzy w jego niewinność i zetnie go bez bólu. Ledwie jednak spadła głowa i krew oblała rusztowanie, tryskając na estradę, gdzie siedzieli Panowie Rady Tymczasowej, i obryzgując szatę Kanclerza, który znajdował się najbliżej – kiedy ktoś z tłumu oblegającego rusztowanie zawołał, że głowa skazańca płacze. Na groźne żądania kat, drżąc ze strachu, podniósł głowę za włosy i pokazał ją tłumowi. Rzeczywiście – dwa strumienie łez płynęły po bladych policzkach, jako wyraźne świadectwo, podług najstarszych bombońskich wierzeń, że zabito niewinnego.