Protektor - Jola Czemiel - ebook
Opis

Benedict Rutherford, najemnik zmęczony życiem, otwiera w Londynie biuro detektywistyczne. Już pierwszy klient uświadamia mu, że nie da się uciec od przeszłości. Mimo że zlecenie wydaje się banalnie proste: odnalezienie notesu i odebranie kilku starych skrzyń, jego wykonanie okaże się największym wyzwaniem w karierze Rutherforda. Gra, w którą został wplątany, może mieć tragiczne konsekwencje dla niego i całej ludzkości. Towarzyszy mu piękna agentka Sara i grono przyjaciół, którzy nieprzypadkowo wplątali się w tę misterną intrygę. Tropieni przez bezlitosnych zabójców, próbują dotrzeć do osoby, która za tym wszystkim stoi. Czy uda im się wyjść cało z niebezpiecznej misji? Jaką mroczną historię skrywają mumie sprzed kilku tysięcy lat? I kim tak naprawdę jest tajemniczy Protektor?

Odpalił laptopa. Potrzebował kilku godzin, żeby dokonać niezbędnych zakupów.
Wszedł na znaną mu od dawna stronę www, która przekierowuje na kolejną i tak kilkukrotnie, zanim doszedł do właściwej. Zamówił:
– Welrod, kaliber 7,65 x 17 SR Browning, z tłumikiem
– dziesięć paczek naboi
– dziesięć sportowych masek antysmogowych z filtrem HEPA
– kevlar, rozmiar L, type III
– kuszę bloczkową z lunetą, dziesięć bełtów
– hełm kevlar
– trzy wojskowe drewniane skrzynie transportowe, zamykane z zawiasami, wymiary 44 x 43 x 45 cm
– saperkę.
Resztę niezbędnych narzędzi posiadał lub mógł dokupić w zwykłym sklepie.


Czy taka wizja przyszłości czeka współczesny świat? Tajemnicza i intrygująca lektura, od której ciężko się oderwać.
ADRIAN BEDNAREK
AUTOR THRILLERÓW


Protektor to wciągająca historia, która wbija w fotel, porażając wszelkie czytelnicze zmysły. Sięgnijcie po ten tytuł koniecznie i wejdźcie do gry wraz z Benedictem Rutherfordem.
TOMASZ KOSIK
CZYT-NIK.PL


Akcja pędzi jak szalona, a z każdą kolejną przeczytaną stroną serce bije coraz mocniej. Czy i Ty dasz się wciągnąć w tę niebezpieczną grę?
Damian Pełkowski
damianooczyta.blogspot.com

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 330

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Prolog

Przed Pałacem Westminster, dokładnie naprzeciwko słynnej wieży zegarowej, stał mężczyzna. Nie rzucał się w oczy, ale ktoś, kto ma jakiekolwiek pojęcie o modzie, zwróciłby uwagę na jego wyrafinowany styl. Nienagannie skrojony szary garnitur, śnieżnobiała koszula, cholernie drogie, wypastowane do granic możliwości półbuty i elegancki kapelusz. Wyglądał jak avatar wycięty z plakatu reklamującego usługi bankowe. A jednak się poruszył.

Wyciągnął z kieszeni telefon i zrobił jedno ujęcie tarczy zegarowej Big Bena. Właśnie dochodziła ósma.

– Roześlij to zdjęcie do wszystkich. Jeśli nie zrozumieją, wytłumacz – rzucił beznamiętnym głosem do niewielkiego mikrofonu przypiętego do klapy marynarki. – Zdajesz sobie sprawę, jak ważne jest dotrzymanie terminu? Tempus fugit.

– Kilkadziesiąt ośrodków właśnie zakończyło wszczepianie implantów. – Major nie był przygotowany na dokładniejszą odpowiedź. – Z tego, co wiem, potrzebujemy jeszcze dwóch tygodni – poprawił się szybko.

– I ani dnia dłużej. Nie możemy ryzykować. Jakieś problemy? – spytał pro forma.

– Właśnie chciałem poinformować. Pan mnie uprzedził swoim telefonem. – Czuł, że coraz bardziej się pogrąża. – Ale na pewno sam sobie z tym poradzę. – Wycofał się szybko. Nie czekał, aż Protektor podda w wątpliwość jego kompetencje.

– Czyli rozumiem, że za godzinę złożysz szczegółowy raport.

– Tak jest, podłączę się w naszym centrum dowodzenia. – Major chciał dodać coś jeszcze, ale ściśnięte gardło nie pozwoliło mu na wypowiedzenie nawet jednej sylaby.

Prorektor podniósł głowę i spokojnie wyczekał, aż duża wskazówka przesunie się na dwunastkę. Dokładnie z wybiciem godziny ósmej wcisnął w telefonie przycisk z napisem PLAY. Tarcza londyńskiego zegara zmieniła kolor na czerwony, następnie na żółty. Potężna kula światła uniosła się nad pałacem i poszybowała w niebo. Potem wszystko zniknęło. Na ekranie telefonu wyświetlił się napis. TESTING COMPLITED.

Rozdział 1

Benedict Rutherford – prywatny detektyw.

Nieźle nawet zabrzmiało – pomyślał, wkładając wizytówki do kieszeni. Co prawda, w dzisiejszych czasach ktoś może uznać je za staromodne, ale liczył, że się jednak przydadzą. Zakończył misję i postanowił coś zrobić ze swoim życiem. Nie nadawał się na płatnego zabójcę, chociaż zdobył pewne doświadczenia w tym zakresie. Posługiwanie się bronią nie nastręczało mu specjalnej trudności. Po prostu męczyły go ciągłe przeprowadzki i podróże. Potrzebował spokoju. Nie chciał się zanudzić, stąd koncept na otwarcie agencji.

Dość zabawnym pomysłem wydało mu się umiejscowienie jej na Baker Street i żałował nawet, że pod adresem 221b figurowało Muzeum Sherlocka Holmesa, którego zresztą nie omieszkał odwiedzić. Prawdę mówiąc, ten numer naprawdę nie istniał, a budynek tkwił między 237 i 241. Zielony szyld umieszczony nad wejściem wprawiał go w dobry nastrój. Zmartwił się jednak, że sama ulica nie przypomina już tamtej zatopionej we mgle, którą Sir Artur Conan Doyle opisywał w swoich powieściach.

Dzielnica City of Westminster jawiła mu się dość ciekawie, a uliczka Baker odwiedzana przez rzesze turystów wypadających falami z pobliskiej stacji metra, zaopatrzona w puby i sandwich bary, niezmiernie przypadła mu do gustu.

Kuta żelazna brama, przez którą można wejść na dziedziniec starej, odrapanej kamieniczki, za dnia stała otworem. Działo się tak z powodu licznych firm wynajmujących pomieszczenia w tym budynku, a co za tym idzie przelewającego się tłumu, któremu to cierpliwy portier nie nadążał otwierać. Na pierwszym piętrze, w lokalu numer 8 usadowił się właśnie nowy lokator. Przysadzisty jegomość, który chciał skorzystać z usług agencji, zastał go przed drzwiami.

– Pan też do pana Rutherforda? – zapytał uprzejmie.

– W zasadzie tak, tylko muszę się uporać z zamkiem.

Zdziwiona mina nieznajomego oraz drgający pod wielkim nosem sumiasty wąs zmusiły go do dodania w trybie natychmiastowym.

– Pan do mnie? Przepraszam, nie przedstawiłem się. Benedict Rutherford. Zapraszam do środka. Jak pan widzi, udało się w końcu dopasować klucz. – Nie zamierzał tłumaczyć, że jest tu właściwie pierwszy raz. Kto chciałby zlecać sprawę nowicjuszowi?

Gabinet urządził dość ciekawie. Nie straszył klientów zbytnim przepychem. Ciężkie dębowe biurko, biblioteczka, fotel z zielonym obiciem i żakardowe zasłony nadawały mu powagi, ale nowoczesny stół z przysuniętymi do niego sześcioma krzesłami równoważył nieco jego barokowy charakter, dodając lekkości i świeżości. Doświadczenie i nowoczesność. Takie chciał zrobić wrażenie i trzeba przyznać, wybornie mu się to udało.

– Proszę spocząć. – Benedict wskazał miejsce przy stole. – W czym mogę panu pomóc? – użył chyba najbardziej oklepanego pytania w dziedzinie zdobywania informacji. Może by się nawet zaczerwienił, ale na szczęście już dawno z tego wyrósł.

– Ja, proszę pana, chciałbym skorzystać z pańskich usług, które, jak zapewnia mój przyjaciel, są absolutnie niezrównane. Chodzi mianowicie o odzyskanie pewnej przesyłki. Po prostu trafiła pod zły adres, a ktoś ją bezczelnie odebrał i teraz się tego wypiera. Rozumie pan. – Położył na kolanach staromodny czarny kapelusz i nerwowo szarpnął lewy wąs. – Należałoby udowodnić, że ten ktoś znalazł się w jej posiadaniu. Co ja mówię, udowodnić nie wystarczy. Trzeba ją koniecznie odzyskać.

– No tak, czy mógłbym poznać więcej szczegółów, bo nie wiem, czy zdołam się tego podjąć. Może nie leży to w zakresie moich usług. – Skrzywił się lekko, gdyż sprawa wydała mu się nad wyraz nieciekawa.

– Nie powiedziałem jeszcze najważniejszego. – Wąsacz pochylił się w stronę detektywa. – Proszę się trochę przysunąć – szepnął.

Benedict mimowolnie skłonił głowę. Po chwili jego oczy zrobiły się okrągłe, a krawat dziwnie mocno zaczął uciskać szyję. Wstał. Sekundę później znalazł się przy oknie. Nalał wody ze stojącego na parapecie dzbanka i wypił ją jednym haustem. Żałował, że nie ma pod ręką whisky.

– I jeszcze jedno. – Mężczyzna wyjął kopertę z wewnętrznej kieszeni marynarki. – Sam pan rozumie, że więcej z nikim nie mogę rozmawiać. Proszę przyjąć to zlecenie. Na kopercie jest adres. Proszę się skontaktować z panem Potterem. Co do honorarium, mam nadzieję, że proponowana kwota okaże się satysfakcjonująca. Notabene – umieściłem ją na pańskim koncie. Dołożyliśmy nieco na koszty, które zapewne pan poniesie – na moment zawiesił głos, jakby chciał coś dodać. – Nie zamierzam pana dłużej niepokoić. Żegnam. Nie do widzenia. – Położył kopertę na stole, z łoskotem odstawił krzesło i wyszedł.

– No, to pierwsze i ostatnie zlecenie, jak mniemam – Benedict burknął pod nosem i zajrzał do koperty, w której znalazł karteczkę z dwoma numerami: konta i telefonu, następnie podszedł do biurka, otworzył laptopa i wpisał kod. – O kur… – wymknęło mu się – niezła suma, pięćset tysięcy funtów. – Zerknął raz jeszcze na ekran i z wrażenia wylądował na zielonym fotelu, zdając sobie sprawę, że się pomylił o jedno zero. Na monitorze komputera w rubryce stan konta zobaczył okrągłe pięć milionów. Instynktownie spojrzał na drzwi.

Pustynia Nazca, Peru

Młody mężczyzna w jasnym, sportowym ubraniu usiadł na ziemi. Tuż obok drobna brunetka namiętnie fotografowała przedmioty znajdujące się w trzech kartonowych pudełkach. Nakręciła też krótki filmik.

– No nie, nie możemy im tego oddać – chłopak głośno wyraził swoje zdanie. – Zrobią z nas głupków i tyle. Lepiej poszukajmy niezależnych ekspertów, którzy bezstronnie ocenią nasze znalezisko. – Zakrył twarz dłońmi. Silny wiatr poderwał drobinki piachu, tworząc lekką mgłę.

Dziewczyna należała do osób raczej sceptycznych. Nie wierzyła, że w dzisiejszych czasach ktoś postawi na szalę swoją reputację i tak bezinteresownie się wypowie.

– Poczekajmy trochę, może coś wymyślimy – próbowała grać na zwłokę. – Prawdopodobnie zginęli, tak jak większość mieszkańców pechowego miasta, z powodu lawiny piroklastycznej.

– Zwariowałaś? – nie odpuszczał. – Przecież nie mamy pojęcia, jak się tym zająć. Znajdźmy specjalistę. Nawet przy transporcie możemy je zniszczyć. Wiesz, ile one mogą mieć lat? – Opuścił dłonie, splunął w krzaki i zerknął znacząco na pudła.

– Dobra, opatulimy je tym piachem i zawieziemy do hotelu. Potem postanowimy, co dalej. Na razie puszczam info do sieci, bo później nikt nam nie pozwoli.

Delikatnie zasypali piaskiem drobne, zmumifikowane ciała. Za małe, jak na dorosłych, za dobrze wykształcone, jak na dzieci. Pudła wstawili do bagażnika wynajętego samochodu i ruszyli w drogę. Chcieli na wieczór dotrzeć do Limy.

– Uważaj przy zamykaniu, położyłem obok swój plecak. Nie chcę, żeby się suwały na zakrętach – poprosił.

– Pojedziemy teraz Panamericaną. Nie musimy nigdzie zbaczać. Czterysta pięćdziesiąt kilometrów to jakieś siedem godzin, jeżeli starczy nam paliwa, bo wiesz, że zostało nam tylko parę soli. – Usadowiła się za kierownicą. – Kierujemy na zmianę, po dwie godziny.

– Mam jeszcze setkę. – Chłopak przechylił się przez siedzenie i sięgnął do plecaka. – Zawsze coś trzymam na czarną godzinę. Możemy kupić wodę.

– Nie ma potrzeby. Nabrałam w kanister na ostatnim postoju, powinno wystarczyć. W sumie dobrze, że schowałeś, bo wydałabym na jeszcze jeden peruwiański kocyk – zaśmiała się zalotnie.

Spojrzał na dziewczynę i odwzajemnił uśmiech. Takie rzeczy się nie zdarzają – pomyślał. Tak naprawdę oboje nie mogli w to uwierzyć. Chociaż z wiarą to wiele wspólnego nie miało. Zdawali sobie jednak sprawę, że do rozwikłania tej zagadki należy użyć nauki. I to nauki na bardzo wysokim poziomie.

Rozdział 2

Korytarz jak zwykle o tej porze nieco się zaludnił. Pracownicy Agencji Berkins&Potter spieszyli na lunch lub prywatne spotkania. Ponieważ zgodnie z regulaminem agencji nie można w godzinach pracy opuszczać budynku, Sara również została przy swoim biurku, próbując załatwić zaległe sprawy. Wydzwaniała jak szalona, aby po kilku niesatysfakcjonujących pogawędkach dać sobie spokój. Zgłodniała. Nie należała do ostatnich. Kilka innych osób podążało w stronę, z której dochodził zapach kawy.

W ciągu kilku minut przed przerwą dałoby się nalać ze trzydzieści kubków kawy, by później tylko wydawać. Ale odbywało się to zupełnie inaczej. Ten głupi rytuał wkurzał ją już od dawna. Każdy podchodził, cmokał, zastanawiał się, a i tak wybierał taką samą kawę, co zwykle. Dzisiaj, wczoraj i sto lat temu. Taką też wybierze jutro. Bo innej po prostu tam nie sprzedają. Ogonek po małą czarną należał do najbardziej zatłoczonych miejsc w lunch barze i dawno zastanawiała się nad jego fenomenem.

– No to może poproszę dużą, czarną, bez mleka. – Wreszcie przyszła jej kolej. Zaterkotał młynek i po chwili trzymała w ręku wielką porcelanową filiżankę dymiącego napoju. Cały sekret jego doskonałości polegał na tym, że nie podawano go w papierowym kubku, tylko w stylowym, eleganckim naczyniu z wielkim uchem. Chwila wytchnienia od nowoczesności, wszechobecnych monitorów, smartfonów należała się każdemu. Do jadalni, jak nazywali lunch bar, nie wnoszono telefonów. Na klientów czekało tylko jedzenie, relaks, miłe rozmowy. Całkowita regeneracja.

– Można się przysiąść? – Czarujący uśmiech rozpromieniał twarz nieznajomego.

– Zdawało mi się, że tak dawno tu pracuję, że znam tu nawet kamień węgielny – odwzajemniła uśmiech. – Proszę. Miejsca wystarczy dla wszystkich. Wskazała mu krzesło naprzeciwko, uprzedzając o sekundę jego zamiar, by usiąść obok niej.

– To miło z pani strony. Benedict – przedstawił się.

– Sara – podała mu rękę. – Pracujesz tu?

– Od dzisiaj. Próbuję się zaadaptować. O co chodzi z tą kawą?

– Sam zobaczysz. Nie mogę ci zdradzać wszystkich tajemnic Agencji. Bo co to by była za sekretna organizacja? – zażartowała.

– A jest sekretna? – ciągnął zabawę.

– Wkrótce się dowiesz. – dopiła kawę i wyszła, trochę zła, że nie zdążyła nic zjeść. Po drodze zadzwoniła do przyjaciółki.

– Mamy nowego pracownika – zaczęła od razu.

– Aha i to jest news? – kobiecy głos ironicznie bojkotował wiadomość.

– No, nie. Czy ja muszę do ciebie dzwonić tylko w sprawach służbowych?

– Tak ustaliłyśmy. Ale słyszę, że nie wytrzymasz do wieczora. Mów, wysłucham łaskawie.

– Ogorzały blondas, ujmujący uśmiech, maniery, poczucie humoru, zapach…

– Skąd go wytrzasnęłaś? Może ci się przyśnił? – ciągnęła tym samym tonem.

– Potter go zatrudnił.

– O, to już nie jest zazdrosny?

– Daj spokój, dawno nas nic nie łączy.

– Do zobaczenia w pubie. – Wyłączyła się, ignorując jej kolejne wyznania.

Sara przez chwilę myślała o nowym podwładnym. Zauważyła, że był od niej wyższy, ale gdyby włożyła szpilki, pewnie mogłaby mu spojrzeć prosto w oczy. No i ten nienagannie skrojony garnitur. Wzruszyła ramionami i wróciła do rzeczywistości.

– Przynieś teczkę tego nowego – rzuciła do asystenta, ale dokładnie w tym momencie William Potter wszedł do gabinetu. Teczkę trzymał w ręku.

– O, widzę, że już cię zainteresował – krzywy uśmiech zmienił jego twarz.

– My to temat zamknięty, więc proszę, oszczędź mi tych złośliwości. Kto to? – zawiesiła wzrok na dokumentach.

– Z polecenia. Od bardzo ważnego klienta. Z naciskiem na bardzo – próbował żartować.

– Dobra, daj, przejrzę, ale i tak już go zatrudniłeś, prawda? Spotkałam go w jadalni.

– Nie do końca. Podpisaliśmy umowę dotyczącą pewnej sprawy. Znajdziesz tu cały opis. Jednak dałem mu kawałek biurka, żeby korzystał z naszych zasobów. Zresztą poczytaj i się odezwij. – Wyszedł. Sara pomyślała, że coraz bardziej ją wkurza i trudno im przyjdzie razem dotrwać do emerytury w jednej firmie.

Rozdział 3

– Możemy to podzielić między badaczy. Przecież przyjadą trzy eksponaty – przekonywał kolegę Alex. – Nie musimy nikomu udowadniać, że jesteśmy najlepsi. Nasze laboratorium nie ma sobie równych. To perełka. Długo nie odbiorą nam pierwszeństwa.

– Trochę daleko, pewnie dlatego nie chcą tego wysłać – próbował dociec, choćby hipotetycznie, rozmówca na drugim końcu świata. – Nie martw się, jak tylko się czegoś dowiem, dam znać i na pewno poprę wasz zespół. Sam chętnie przyjechałbym do Polski.

– Trzymam za słowo. W takim razie do zobaczenia w Białymstoku. Przypominam, że oprócz laborantów ściągnęliśmy do siebie kilku cennych fachowców. Antropolog, bioarcheolog, paleopatolog, mamy też specjalistę z zakresu tafonomii i zooarcheologii. Takie nowe twarze, ale solidny materiał na naukowców. – Alex naciągał sprawę, ale naprawdę planował powiększyć zespół.

– Ok. Przecież wiem. Działasz z wyprzedzeniem. – Richard podszedł do tematu ze zrozumieniem.

Alex wyłączył facetime’a i wrócił do pracy. Ostatnie wykopaliska, w których brał udział, nie wniosły niczego nowego do jego badań, ale nad każdą sprawą pracował namiętnie i skrupulatnie. Zawsze żył nadzieją, że coś się wyjaśni, chociażby na samym końcu.

– Podaj mi ten skrypt – poprosił przebywającego w laboratorium studenta. – Przejrzymy ostatnie wyniki, zanim przejdziemy do konferencyjnej. Coś mi się tu nie zgadza.

Pochylił się nad wydrukiem, który rano przysłała Wyniosła – jak ją potajemnie przezwano – paleopatolożka z Warszawy.

– Przepraszam, jednak zajmie nam to zbyt wiele czasu, zerkniemy później. Idę do auli – Alex zamknął zeszyt, wypił jak co dzień łyk zimnej kawy i ruszył w stronę drzwi, zabierając po drodze pendrive’a.

Doskonale wyposażony obiekt umiejscowiono na obrzeżach miasta. Oprócz zaangażowanego szefa posiadał jeszcze jedną zaletę. Niezależność. W ostatniej chwili przed złożeniem wniosku o dofinansowanie do instytucji rządowych pojawił się inwestor. Fundacja wspierająca rozwój badań i nowych technologii. Zapewnili, że nie zamierzają ingerować w zlecenia ani sterować placówką. Skomplikowane badania, jakie można tu wykonywać, powinny im zapewnić niezły profit i na to oczywiście czekają.

Studenci zapełnili salę. Alex rozsiadł się wygodnie w pierwszym rzędzie. Podłączył pendrive’a i przypiął do klapy mikrofon. Poprosił o zgaszenie światła i rozpoczął zajęcia. Projekcja filmu miała poprzedzić późniejszą dyskusję.

Trzy mumie „obcych” znaleziono w miejscowości Nazca w Peru. Odkrycia dokonała amatorska grupa badaczy zjawisk paranormalnych.

Po zebranych przebiegł dreszcz. Każdy z nich czekał na taką wiadomość. Każdy student odbywający praktyki w instytucie marzył, że odkryje coś ważnego dla ludzkości. Nie chodziło oczywiście o kosmitów, tylko o nowe pierwiastki, a może nawet panaceum na nieuleczalne choroby. Wszystko, co nie zostało jeszcze odkryte, fascynowało ich ogromnie. Śledzili jak zahipnotyzowani każdy kadr dwuminutowego materiału.

– Może to jakaś ściema, profesorze? – ktoś z sali próbował się upewnić.

– Może, ale chciałem wam oznajmić, że nasz instytut czyni starania, aby badania na obiektach wykonać właśnie tutaj. Jak nam się uda, to się dowiemy, czy to nie fałszywki. Chociaż moim zdaniem wykonanie tak doskonałych podróbek wymagałoby ogromnej wiedzy, czasu, pieniędzy i oczywiście zaangażowania wielu znawców, czyli kogoś z nas. Nie poradziłaby sobie z tym jedna osoba, a grupę trudniej ukryć. Jeżeli to blaga, ktoś wcześniej czy później się ujawni. – Poprawił mikrofon, który zjechał mu do brustaszy. – A jeżeli nie, to cóż, możemy tylko walczyć o prawo do wyłączności. Mamy niezbędną aparaturę i doskonałą kadrę, a i na waszą pomoc, jak mniemam, można liczyć.

W auli rozległy się brawa. Wszyscy zapewniali, że poświęcą na udział w planowanym projekcie każdą swoją wolną chwilę, nie licząc czasu naukowego przydzielonego im w ramach praktyk.

Rozdział 4

– Hej, Ben, chyba pomyliłeś korytarz, ledwo za tobą nadążam. – Zziajany pucołowaty chłopak tupał głośno po kamiennej posadzce, uśmiechając się zza okularów. – Jeszcze trochę się musisz pouczyć. Jak chcesz, to będę przez kilka dni ci towarzyszył?

– Super, dziękuję – odparł Benedict. – Faktycznie się zgubiłem. Prowadź. – Musiał zawrócić. Nie chciał pierwszego dnia zwracać na siebie zbytniej uwagi.

Sam, zadowolony, że może się przydać nowemu koledze, odwrócił się na pięcie i pomaszerował we właściwą stronę.

– Czym zajmuje się ta Sara, wiesz, ta, przy której stoliku usiadłem w jadalni? – Benedict chciał jakoś podtrzymać rozmowę.

– Człowieku, więcej tego nie rób. To twoja szefowa. I moja też, oczywiście. To szefowa wszystkich. Sara Berkins. To kto cię przyjmował do pracy? – odwrócił się i spojrzał na niego nieco zdziwiony.

– Pan Potter.

– To jej zastępca. I wspólnik oczywiście – trajkotał jak najęty. – Ona przeważnie nikomu nie przepuści. Widać była mocno zajęta. No jesteśmy. Prawe skrzydło. Gabinet 17. Może zapamiętasz. Że stołówkę nazywamy tu jadalnią, już wiesz. I nie siadaj z nią. Ona zawsze je sama. – Dodał lekko mentorskim tonem.

Weszli do gabinetu i każdy zajął się swoimi sprawami. Sam, co prawda, wiercił się i co chwila wyglądał zza swojego monitora, ale Benedict wyłączył się zupełnie. Kiedy pracował, świat wokół nie istniał. Opanował to do perfekcji.

– Pan Rutherford? – Asystent Sary Berkins stał w uchylonych drzwiach. – Pan Rutherford? – powtórzył głośniej.

Sam wstał i podszedł do Benedicta, który właśnie przeszukiwał zasoby archiwum firmy Berkins&Potter i potrząsnął go za ramię.

– O co chodzi? – zdziwiony oderwał wzrok od komputera.

– Pani Berkins zaprasza na rozmowę. Jeżeli oczywiście nie koliduje to z pana obecnym zajęciem.

– Za chwilę przyjdę. – Wrócił wzrokiem do monitora.

Asystent stał w drzwiach nieporuszony.

– Jakby to powiedzieć. Pani Berkins kazała pana przyprowadzić – wypowiedział to zdanie ze szczególnym naciskiem na słowo kazała. – Sam wrócić nie mogę – uśmiechnął się przepraszająco.

Głośne zamknięcie laptopa sprawiło, że w oczach Sama zabłysły iskierki podziwu, a jednocześnie dumy, że oto znalazł się ktoś, kto właśnie w ten sposób manifestuje swoje niezadowolenie. I to pierwszego dnia. Benedict dostrzegł spojrzenie i domyślił się, że Sara Berkins należy do osób, którym nie należy się przeciwstawiać.

– Chodźmy więc – włożył ciemnoszarą marynarkę i udał się w ślad za asystentem.

Sam jeszcze chwilę kontemplował sukces kolegi, z którym jako współlokator się identyfikował, ale gdy tylko kroki oddalających się mężczyzn ucichły, podszedł do jego biurka i delikatnie otworzył laptopa. Tapetę zdobiło zdjęcie Manhattanu zrobione z okna jakiegoś wysokiego budynku. Oczywiście dostęp zabezpieczono hasłem, więc usiadł rozżalony, że tak niewiele odkrył. Intrygował go ten nowy znajomy. Od trzech lat, czyli od chwili, kiedy zatrudnił się w agencji, siedział w pokoju sam. No, może z wyjątkiem dwóch tygodni, kiedy remontowano sąsiedni pokój i dwie osoby koczowały przy sąsiednich biurkach. Nie udało mu się z nimi zaprzyjaźnić. Teraz się rozmarzył. On też pojedzie do Ameryki, a może nawet zwiedzi cały świat. Kto wie? A może nowy przyjaciel – jak go w duchu nazwał – pojedzie tam razem z nim?

Rozdział 5

W instytucie wrzało. Podekscytowani studenci nie mogli się doczekać indywidualnej rozmowy z Alexem. Po wykładzie miał zwyczaj prowadzenia konsultacji w gabinecie, jak to nazywał – do wyczerpania baterii. Nigdy tego nie nadużywali, ale dzisiaj pod drzwiami kłębiło się kilkanaście osób.

Alex wyszedł na korytarz. Nie sądził, że przetrzyma nawałnicę. Zmęczenie dawało się we znaki. Zaprosił studentów do laboratorium.

– Nie ma szans, żebym się ze wszystkimi dzisiaj spotkał, dlatego zamiast konsultacji proponuję udział w ciekawej analizie. Kto jest zainteresowany, to zapraszam. – Z ulgą zauważył, że większość się wycofała, chcieli omówić tylko własne problemy.

– Dziękuję wszystkim i przepraszam – jestem do dyspozycji jak zwykle za tydzień, ale w sprawach pilnych proszę o kontakt, postaram się znaleźć trochę czasu w sobotę.

W pomieszczeniu zostało sześć osób. Alex, jego asystent Pablo i czworo studentów – trzy dziewczyny i jeden chłopak.

– W takim razie zaczynamy. Proszę zrobić sześć kopii. – Profesor podał najbliżej stojącej dziewczynie skrypt. – Nie ma tego w komputerze i nie będzie, musi nam wystarczyć papier. – Zresztą może powiększ do A3, bo te bazgroły będziemy odszyfrowywać z lupą.

Studentka otworzyła teczkę, w którą wciśnięto plik kartek niedbale zapisanych odręcznym pismem. Zerknęła na profesora, ale po chwili bez komentarza wyszła na korytarz.

– Rozlokujcie się jakoś. – Alex rozdał skopiowane dokumenty. – Przeczytajcie całość, później cofniemy się do fragmentu trzeciego. To znaczy, do strony trzeciej – poprawił się.

Po około dwudziestu minutach nabrał pewności, że dobrze zrobił. Każdy z obecnych z zaangażowaniem zaznaczał poszczególne moduły i robił notatki.

– Kto gotowy? – Wszyscy unieśli ręce w górę. – To może zacznijmy od pani.

– Zauważyłam pewną niespójność między metodologią badań a wnioskami. Mianowicie: nie ma możliwości ustalenia bez badań laparoskopowych, jakie ślady i po jakich chorobach bądź urazach znajdują się na zmumifikowanych obiektach. Wiadomo, że w miejscu, gdzie wykonano wstępne analizy, nie ma laboratorium, dlatego nie rozumiem, skąd wynik badań stwierdzający przebycie przez obiekt chorób metabolicznych. Reszta chyba ok.

– Ktoś jeszcze to zauważył? – Alex omiótł wzrokiem pozostałych.

– Ja. – Asystent podniósł rękę.

– I ja.

– I ja też.

– Ja również.

– Można powiedzieć, że szykuje się nam niezły zespół. Dziękuję państwu. To wszystko na dziś. – Alex podszedł do każdego i pożegnał się uściskiem dłoni. Ponieważ wcześniej tego unikał, zrobiło to na zebranych duże wrażenie i poczuli, że to spotkanie nie należało do konwencjonalnych. Odebrali je raczej jako test, który może przynieść profity. Rozeszli się zadowoleni, o nic nie pytając.

Asystent został jeszcze chwilę z Alexem w celu napisania odpowiedzi, a nawet reprymendy za podrasowane analizy Wyniosłej. W zasadzie to profesor ją już napisał, a on powinien ją rano doręczyć osobiście, przed śniadaniem, do hotelu, w którym się zatrzymała. Odpowiedź brzmiała dokładnie tak:

Szanowna Pani,

Niezmiernie jestem wdzięczny za przekazanie notatek z ostatniej wyprawy badawczej, niemniej jednak podstawowe błędy, dostrzeżone nawet przez studentów, dyskwalifikują Pani pracę, jak też uniemożliwiają dalszą współpracę z naszym instytutem. Jutrzejszy wykład zostaje odwołany, a na ręce rektora Pani macierzystej uczelni przesyłam kopię prac z naniesionymi uwagami. Jeśli łaskawie się Pani z nimi zapozna, to nie będzie zapewne rościć pretensji o utracone honorarium.

Z poważaniem

Profesor Alex Grant.

Zamaszysty podpis prawie zniszczył papier. Na szczęście pióro ocalało.

– Nie spóźnij się proszę z tym listem, bo nie chciałbym więcej oglądać tej kobiety w naszych progach. Karierowicze mnie nie interesują. Aurora musis amica1. Dobrej nocy.

1 Łac. jutrzenka muzom sprzyja.

Panamericana, dystrykt Lima

Zmęczeni, ale szczęśliwi dotarli do obrzeży miasta. Jeszcze kilkanaście kilometrów i odpoczną w hotelowych łóżkach. Naładują baterie w laptopach, telefonach, odzyskają kontakt ze światem, za którym tęsknili. Dotychczas nie mieli szans na sprawdzenie, czy ich informacja o znalezionych artefaktach odbiła się jakimkolwiek echem, czy przyjęto ją może jako żart łaknących sławy studentów.

Młoda kobieta, oparta o duży drelichowy plecak, próbowała zatrzymać samochód. Machała rozpaczliwie mapą, ale chłopak się nie zatrzymał. Towarzyszka podróży spojrzała z wyrzutem i kazała mu stanąć.

– Zwariowałeś? Mogłeś ją przejechać. – Skinęła ręką, lekko wychylając się z okna.

– Jestem zmęczony, na pewno nigdzie jej nie podwiozę. Może wysiąść tylko po drodze do hotelu – uprzedził.

– Hej, do centrum? – autostopowiczka podbiegła zadowolona.

– Nie bardzo, niedaleko mamy hotel.

– Nie szkodzi, jeśli mogę, to się zabiorę, tam już sobie poradzę – uśmiechnęła się.

– Wskakuj, pomóc ci z bagażem?

– Dzięki, dam radę. – Wrzuciła plecak na skrzynie.

– Amerykanka?

– Brytyjka, z Londynu. – Oxfordzki akcent rozwiał wątpliwości.

– Podróżujesz w pojedynkę? – chłopak włączył się do rozmowy.

– Nie, z chłopakiem, ale trochę się poprztykaliśmy. Nie chciałam jechać ciężarówką z lamami, do której on się zapakował. Zapewniłam, że dam sobie radę i proszę. Zaraz będę w Limie – zaśmiała się. – Może zadzwonię, żeby się nie martwił. – Wyjęła telefon. – Albo wyślę wiadomość, później porozmawiamy – rozmyśliła się.

Po kilku minutach minęli rozkraczoną na poboczu ciężarówkę, obok której stał jeep.

– O matko, zaczekajcie – krzyknęła. – To tym wozem się zabrał!

Chłopak znowu wcisnął hamulec.

– Wysiadasz?

– Tylko szybko zerknę, czy nie stało się nic złego, proszę. Możesz trochę cofnąć? – spojrzała na niego błagalnym wzrokiem.

– Ok, tylko się pospiesz, bo my także jesteśmy wykończeni. – wycofał samochód i zaparkował tuż przed ciężarówką.

Turystka wysiadła i skierowała się w stronę jeepa. Na chwilę zniknęła z pola widzenia i wtedy coś huknęło, jakby pękła opona. Chłopak zerknął przez okno. Nic więcej nie jechało.

– Dziwne. Zobaczę, o co chodzi – chciał wyjść z auta, ale rzut okiem na przyjaciółkę skutecznie go odwiódł od tego pomysłu. Nieznajomy mężczyzna przykładał lufę pistoletu do jej policzka.

– Wysiadać – rzucił. – Ty pierwszy – skinął na chłopaka – wyjdź i stań z rozstawionymi nogami, ręce połóż na głowie.

Otworzył ostrożnie drzwi, żałując w tej chwili wszystkiego. Po pierwsze tego, że zabrali autostopowiczkę, po drugie, że się zatrzymali, po trzecie, że zgasił silnik. Z jego strony stał kolejny, podobnie uzbrojony facet. Nie ponaglał go, tylko czekał, aż wysiądzie. Zabrał kluczyki i otworzył bagażnik.

– Są skrzynie – oznajmił, wyraźnie usatysfakcjonowany. – Zabierajmy się stąd. Uderzył chłopaka w kark i bezwładnego wepchnął do jeepa. Za chwilę trafiła tam jego przyjaciółka, którą wcisnął między niego a ciało kierowcy ciężarówki. Chłopak ciężko podniósł jedną powiekę. Jak przez mgłę widział kobietę biegnącą w kierunku ich auta. Zatrzasnęła bagażnik i wsiadła do środka, pokrzykując. – Prędzej, do cholery, bo spóźnię się na samolot do Warszawy.

Mężczyźni zamienili ze sobą kilka słów. Jeden z nich wyciągnął z jeepa kanister z benzyną. Polał samochód, ale nie znalazł zapalniczki. Wrócił na chwilę do kolegi. Chłopak otworzył drzwi od strony pobocza i gwałtownym ruchem wytoczył się na ziemię, pchając przed sobą nieprzytomną dziewczynę. Odciągnął ją za ciężarówkę ze zwierzętami, które zaniepokojone dziwnym zapachem robiły nieco hałasu. Wciągnął ją do przydrożnego rowu i sam się tam wturlał. To była jedyna kryjówka, ponieważ okolica nie obfitowała w zieleń. Leżał bez ruchu i czekał na rozwój wypadków. Przez chwilę miał wrażenie, że przykryło ich coś w rodzaju gęstej mgły i zrobiło się dziwnie zimno.

– Pewnie od uderzenia mam jakieś omamy – pomyślał. W tym momencie buchnął płomień, a złodzieje odjechali w stronę Limy ich autem. Wstał najszybciej, jak umiał i wskoczył do ciężarówki. Na szczęście w środku tkwiły kluczyki. Udało mu się uruchomić silnik i odjechać około stu metrów od płonącego auta. Pobiegł z powrotem i odciągnął dziewczynę od źródła ognia. Nie odzyskiwała przytomności.

– Dlaczego nic nie jedzie, do cholery? Na pomoc! – bezsilnie potrząsał ramionami dziewczyny.

Rozdział 6

– Proszę usiąść. – Sara Berkins doskonale panowała nad emocjami. – Zaprosiliśmy pana do współpracy ze względu na dość delikatną sprawę, którą chcielibyśmy zamknąć bez rozgłosu. Mieliśmy na uwadze pana referencje od dobrze nam znanej osoby – wyrzuciła na jednym oddechu. – Musisz zrozumieć – szybko przeszła na ty, powołując się na spotkanie w jadalni – że jesteśmy tylko wykonawcami pewnego zlecenia. Prawdę mówiąc, mogę się tylko domyślać, kto jest zleceniodawcą. Środki na ten cel otrzymaliśmy z pewnej kancelarii prawnej, oczywiście tytułem porady biznesowej. Ustna dyspozycja, którą przekazano mnie oraz panu Potterowi musi nam wystarczyć. – Odgarnęła włosy opadające na policzek. – Za to reklamacji też być nie powinno. – Czekała na reakcję Benedicta.

– Mam milczeć, czy mogę zdawać pytania?

– Jak sobie życzysz, ale temat już wyczerpałam, nic więcej nie wiem. Mam Tobie tylko do przekazania wiadomość, z której może wyniknie coś jeszcze, a może nie. Nie zaglądałam. – Podała mu jasnoszarą kopertę.

– Jest otwarta, nie wierzę, że nie zerknęłaś. – Benedict z uśmiechem zajrzał do środka.

– Jest niezaklejona, a nie otwarta – sprostowała. Poza tym, czasem nie warto być wścibskim, szczególnie w takich sprawach. – Jeszcze coś?

– Jest pusta. Co mam z nią zrobić?

– Nie wiem, może wyrzuć, ale ja na twoim miejscu nie śpieszyłabym się tak. Może to jakiś atrament sympatyczny albo inne staromodne cholerstwo. Sam sprawdź. Gdyby przekazano ją mnie, już dawno wiedziałabym, jak się do tego zabrać.

Wyjął zapalniczkę i zaczął podgrzewać kopertę z jednej, później z drugiej strony.

– Faktycznie – zdziwił się, że jeszcze ktoś się bawi w takie rzeczy. – Mam przeczytać na głos, czy od razu spalić? – zażartował.

– Czytaj.

– Sara Berkins to przemądrzała jędza – literował z premedytacją. – Podpalił kopertę i wrzucił do kosza.

– To nie zabawa, Rutherford.

– Napisali, że mam się kontaktować z nimi za pośrednictwem pana Pottera. – Nie miał pojęcia, czy mu uwierzyła, ale taki właśnie napis odczytał na spalonej przed chwilą kartce.

Poczuła złość. Chociaż twarz nie pokazywała żadnych emocji. Rutherford wyciągnął rękę na pożegnanie, Sara skinęła tylko głową i zatonęła w czeluści przepastnego fotela.

Londyn, Baker Street

Postanowił nie likwidować swojej nowej siedziby. Na drzwiach przykleił niewielką kopertę z informacją: WYJAZD SŁUŻBOWY. KONTAKT TYLKO PRZEZ POCZTĘ ELEKTRONICZNĄ. Do środka włożył wizytówki z nazwiskiem i adresem. Zamknął drzwi od środka i zgasił światło. Odpalił laptopa. Potrzebował kilku godzin, żeby dokonać niezbędnych zakupów. Wszedł na znaną mu od dawna stronę www, która przekierowuje na kolejną i tak kilkukrotnie, zanim doszedł do właściwej. Zamówił:

- Welrod, kaliber 7,65 x 17 SR Browning, z tłumikiem

- dziesięć paczek naboi

- dziesięć sportowych masek antysmogowych z filtrem HEPA

- kamizelka kuloodporna kevlar, rozmiar L, type III

- kuszę bloczkową z lunetą, dziesięć bełtów

- hełm kevlar

- trzy wojskowe drewniane skrzynie transportowe, zamykane z zawiasami, wymiary 44 x 43 x 45 cm

- saperkę.

Resztę niezbędnych narzędzi posiadał lub mógł dokupić w zwykłym sklepie. Nie chciał wzbudzać podejrzeń.

Rozdział 7

Telefon wibrował już od samego rana, ale Alex spał snem sprawiedliwego od ponad dwunastu godzin. Tak go wyczerpał wczorajszy dzień, że w zasadzie nie pamiętał, o której się położył. Nie nastawił też budzika i dlatego z przerażeniem zerkał na ekran. – Dwadzieścia trzy nieodebrane wiadomości – mamrotał sennie. – Co u licha? Pali się?

Przestraszył się, kiedy zerknął ponownie. Dawno minęło południe, a to mogło oznaczać tylko jedno. Przespał wideokonferencję z Chińczykami i spodziewał się z tego powodu przykrości. Nie ukrywał, że od dawna liczył na współpracę w dziedzinie tafonomii, bo jak się zorientował, doktor Liu Sakura uchodziła za najlepszą specjalistkę w tym obszarze. Poza tym na ostatnim spotkaniu wyraziła chęć przyjazdu do Polski, jeżeli pojawią się nietypowe eksponaty.

Wziął szybki prysznic, przypalone grzanki wyrzucił do kosza i wpakował do kieszeni płaszcza dwa banany. Trzasnął drzwiami. Po dwudziestu minutach dotarł do instytutu.

Nie uszczęśliwił go bynajmniej widok gabinetu, gdyż jego własny fotel zajmowała Wyniosła. Przystojna czterdziestolatka o nienagannej aparycji. Z jej ust nie schodził pogardliwy uśmiech, kiedy Pablo tłumaczył się z zaistniałej sytuacji.

– Nie wpuściłem jej, sama weszła, oddałem list z samego rana, jak pan kazał, profesorze. – Nachylił się w jego stronę. – Niczego nie ruszała na biurku, pilnuję jej cały czas – wyszeptał.

– Pani do mnie? Nie byliśmy umówieni, pani wybaczy, ale naprawdę nie mam dziś czasu. Może porozmawiamy jutro? Przez telefon. – Próbował się jej jak najszybciej pozbyć.

– O nie, drogi profesorze. Nie pozwolę szargać mego nazwiska. Za długo nad tym pracowałam. Jeden nic nieznaczący błąd nie przekreśli mojej kariery. A pan niech się trzyma ode mnie z daleka, bo potrafię być bardzo niedobra. – Wstała z fotela i podeszła do Alexa. – Jeśli ośmielisz się to wysłać komukolwiek, to naprawdę pożałujesz – wycedziła przez zaciśnięte zęby i wyszła.

Alex patrzył w ślad za oddalającą się kobietą. Trochę jej zazdrościł tej determinacji. Napięta jak struna szła pewnym krokiem po swoje.

– Co z Chińczykami? – Grant spojrzał wymownie na asystenta.

– Wszystko załatwione. Powiedziałem im, że szwankuje nam łącze i ustaliliśmy nowy termin. Na czternastą. Naszego czasu, oczywiście – dodał.

– Za trzy minuty – stwierdził profesor i pobiegli do konferencyjnej.

Monitory już uruchomiono, a na panelu głównym migała lampka, sygnalizująca gotowość drugiej strony do rozmowy. Zajęli miejsca i Alex wcisnął przycisk.

– Hello – dość poprawny angielski zabrzmiał w głośnikach. – Dziękujemy, że pan mógł przełożyć tak ważne spotkanie, by móc z nami konferować. Nazywam się Wang Yuan, a to pani doktor Liu Sakura, którą pan już poznał wcześniej na konferencji.

– Profesor Wang Yuan – sprostowała Sakura.

– Miło mi. Nazywam się Alexander Grant, jestem szefem instytutu, do którego w najbliższym czasie chcielibyśmy zaprosić kogoś z pańskiego zespołu – zwrócił się do profesora Wanga, starając się wybadać czy wolno mu od razu powiedzieć, o co chodzi.

– Mamy dużo pracy, ale jak pan zapewne słyszał: powiedz mi, a zapomnę, pokaż mi, a zapamiętam.

– Pozwól mi zrobić, a zrozumiem – dokończył Alex.

– Tak właśnie – Wang ucieszył się, że Konfucjusz nie tylko dla niego ma znaczenie. – Możemy wysłać do państwa doktor Liu. Proszę po konferencji ustalić termin. Teraz może zajmiemy się dzisiejszym tematem. W tej sprawie, nie ukrywam, liczymy na pańską pomoc.

Profesor Wang przysunął do kamery zdjęcie trzech postaci. Ten sam obraz, który prezentował wczoraj profesor Grant przed grupą słuchaczy miejscowego uniwersytetu. Spodziewał się, że cały świat zainteresuje się tym znaleziskiem, ale prawdę mówiąc, spocił się jak szczur w oczekiwaniu na wyjaśnienia.

– Słyszałem, że ten właśnie temat pana zainteresował szczególnie – usłyszał. – A my wiemy, że tylko pod pańskim kierownictwem uda się tę sprawę wyjaśnić rzetelnie i do końca. – Wang spojrzał na Sakurę – Pani doktor pomoże panu właśnie w tym temacie. Myślę, że w ciągu kilku dni otrzyma pan eksponaty do badań.

Alex miał niewątpliwie minę najgłupszą z możliwych, w czym upewnił go śmiech Sakury.

– Proszę nie dziękować. To my jesteśmy wdzięczni, że zgodził się pan z nami współpracować przy rozwiązaniu tej tajemnicy. Z mojej strony to już wszystko. Czy możemy się pożegnać?

– Do zobaczenia profesorze, dziękuję – wydukał i spojrzał na Sakurę. – Pani doktor, to może zamówię pani bilet na poniedziałek?

– Zgoda, będziemy w kontakcie. Do zobaczenia. – połączenie zostało przerwane.

Rozdział 8

Nie wszystko szło po jego myśli. Zamówienia złożone przez Internet musiał odebrać za trzy dni, a jeszcze nie stworzył planu działania. Lakoniczna wiadomość zapisana sympatycznym atramentem wcale nie ułatwiała sprawy.

Osobiście decydował, jakich informacji potrzebuje, a na co nie warto tracić czasu. Nie jest śledczym, który zbiera wszystkie materiały, a dopiero później próbuje coś z nich wydedukować. Przynajmniej tak sobie zawsze wyobrażał ich robotę.

Dzisiejsza londyńska mgła wślizgiwała mu się nawet pod koszulę. Wzdrygnął się i skręcił do sandwich baru, żeby się trochę ogrzać. W środku znajdowało się kilka osób, ale na oko nieuciążliwych. Młodzież zatopiona w swoich instagramach czy innych facebookach, dwie starsze panie, pogrążone w cichej rozmowie i mężczyzna, na oko czterdziestoletni, przeglądający gazetę. Zajął ostatni wolny stolik pod oknem i zamówił dużą kanapkę z bekonem, jajkiem i awokado oraz szklankę soku z pomarańczy. Za oknem krople deszczu już nieśmiało bębniły o trotuar.

– Coś jeszcze? – kelnerka postawiła zamówienie na stoliku.

– Dziękuję, to wszystko.

– To proszę o zapłatę. U nas jest samoobsługa – dodała.

Dał dziewczynie 20 funtów i machnął ręką na resztę. Podziękowała i zniknęła za barem.

Zanim zabrał się za kanapkę, sprawdził jeszcze powiadomienia. Kiedy wszedł na swoją pocztę, nieco się przeraził. Miał osiemdziesiąt dziewięć wiadomości. Pobieżnie przejrzał wszystkie i z ulgą stwierdził, że były to głównie zapytania o cenę usługi śledzenia niewiernych małżonków bądź oferty od firm ubezpieczeniowych dotyczące oczywiście ubezpieczenia na życie. Uśmiechnął się na myśl, że praca „detektywa od rozwodów” może być aż tak niebezpieczna.

– O, widzę, że ty również jesteś zwolennikiem kanapek. – Nowo poznany kolega z agencji już sadowił się obok. – Można się przysiąść, czy na kogoś czekasz?

– Nie czekam. Ale w tym barze jest samoobsługa.

– Wiem, wiem, często tu zaglądam, chciałem się tylko przywitać, a raczej pożegnać, bo po wizycie u szefowej już nie wróciłeś do pokoju.

– Tak, a skąd w takim razie wziąłem płaszcz? – wskazał głową wieszak.

– Oj, to chyba musiałem wyjść, chociaż ja naprawdę rzadko opuszczam swoje stanowisko. – Sam nie dał się wytrącić z równowagi. Podszedł do lady i po chwili wrócił zadowolony. – Zamówiłem to samo. Jak tobie smakuje, to i mnie powinno. Mam wrażenie, że jesteśmy tacy podobni.

Robiło się zbyt „rozkosznie” i Benedict postanowił bezkonfliktowo wycofać się z zaistniałej sytuacji. Wcisnął alarm w telefonie.

– Halo, tak. A czy to konieczne? Właśnie jem kolację z przyjacielem. Dobrze, zaraz będę. – Spojrzał na Sama. – Cholera jasna, muszę iść. Nawet nie zdążyłem się posilić. – Wypił sok i klepnął kolegę w ramię. – To smacznego. Zaopiekuj się też moją kanapką. – Włożył płaszcz i wybiegł na deszcz.

Sam jeszcze długo rozmyślał nad słowami: jem kolację z przyjacielem. Zjadł dwie kanapki, wypił sok i pobiegł skulony do metra.

Rozdział 9

– Które to imię? Liu czy Sakura? – asystent był jak zwykle dociekliwy.

– Sakura. W Chinach zawsze najpierw podają nazwisko. Chyba że ktoś się robi znany w Europie czy w Ameryce, to wtedy zamienia sobie kolejność. Jak Bruce Lee.

Alex już to sprawdził, zaraz po poznaniu Sakury na konferencji. Koniecznie chciał się zwracać do niej po imieniu, ale nie odważył się tego zaproponować. Teraz, to co innego.

– Dziękuję, profesorze. Pan to zawsze wszystko wie.

– A może ty wiesz, gdzie jest mój notes? Miałeś poszukać. Przecież nie zapadł się pod ziemię. W kieszonce był pendrive z ostatnią prezentacją i on mi jest dzisiaj bardzo potrzebny.

– No właśnie szukałem, ale nigdzie nie ma. Rano sam widziałem, że leżał na pańskim biurku.

– Na pewno nie spuszczałeś z oka tej Warszawianki? – Alex wolał to jeszcze raz usłyszeć.

– Na pewno, od momentu, kiedy poprosiła o szklankę wody nawet się stamtąd nie ruszyłem.

– A wodę kto przyniósł?

– No ja oczywiście – oznajmił Pablo nieco łamiącym się głosem.

Alex zrobił szybko wizualizację spotkania. Duża czarna aktówka tkwiła w ręku Wyniosłej. Na szczęście wszystkie materiały wrzucił do chmury, a notes nie zawierał specjalnie istotnych informacji. Postanowił nie drążyć tematu. Nie lubił tracić czasu na sprawy niezwiązane z nauką.

– Pablo, dajmy już temu spokój. Przynieś kawę.

Usiadł przy biurku i skupił się na bieżącej korespondencji. Nie nazbierało się jej zbyt wiele. Instytut otworzył nową siedzibę dopiero kilka miesięcy temu i na szczęście wiele niechcianej papierologii tu wcale nie docierało. Broszury reklamowe wyrzucał asystent, a reszta poczty została już otwarta i ułożona w równy stosik. Tym razem na wierzchu tkwiła zaklejona koperta z dopiskiem „do rąk własnych”, ostemplowana w Londynie.

Proszę się nie dać nabrać, nic nie jest takie, na jakie wygląda. Będę w niedzielę w instytucie, Przyjaciel (15.00) – przeczytał i odłożył na stertę „do wyrzucenia”. Po chwili wsadził list z powrotem do koperty i schował do szuflady. Zastanawiał się, czy ma to związek z ostatnim zleceniem, czy może chodzi w tym o coś zupełnie innego. Uznał, że do niedzielnego spotkania i tak niczego nie jest wstanie wyjaśnić i zabrał się do pracy. Do końca dnia odpowiadał na e-maile, oddzwaniał i zajmował się sprawami administracyjnymi. Niestety, jako dyrektor placówki naukowej czynił też takie bardzo nielubiane przez niego obowiązki. Około godziny dwudziestej drugiej wyszedł i udał się do samochodu. Pożegnał się jeszcze z ochroną i wyjechał za bramę, która powoli zasunęła się za ostatnim pasjonatem.

Za zakrętem stała taksówka. Nie zbudowano tu żadnych domów ani niczego, co mogłoby zachęcić kogokolwiek do zatrzymania się w tym miejscu. Zwolnił, żeby zerknąć, czy może w czymś pomóc. Przez okno z tylnego siedzenia kiwała na niego Wyniosła. Zatrzymał samochód równolegle i otworzył okno od strony pasażera.

– Co pani tu robi o tej porze? – jego głos wyrażał zdziwienie i niepokój.

– Mam dla pana interesującą propozycję. Proszę, niech mnie pan tylko wysłucha. Proszę jechać za mną. Nie mam zamiaru niepokoić pana na takim pustkowiu. Do centrum – rzuciła taksówkarzowi i odjechała.

Chłód zaczął już dawać się we znaki, zamknął więc okno i ruszył przed siebie. Za kolejnym zakrętem zauważył, że taksówka zatrzymała się znowu, jakby czekając na jego decyzję. Mrugnął światłami i oba auta oddaliły się w stronę miasta. – Co mi szkodzi porozmawiać? I tak nie zasnę. Za dużo się dzisiaj wydarzyło – pomyślał. Poza tym miał wielką ochotę z kimś się napić.

Rozdział 10