Proszę mnie nie budzić - Wojciech Kuczok - ebook
Opis

Sny i koszmary Wojciecha Kuczoka.  Laureat nagrody NIKE i Paszportów Polityki powraca w znakomitych, onirycznych opowieściach.

Każdy ze snów Wojciecha Kuczoka to smakowita miniopowieść. Czego tam nie ma! Jest powstanie warszawskie, w którym pisarz bierze udział, są rozmowy z kolegami po piórze, ba!, we snach nie zabraknie Jarosława Kaczyńskiego i Grzegorza Schetyny. Historie te, czasem przerażające, najczęściej są tak absurdalne, że nie sposób nie parsknąć śmiechem.

Wojciech Kuczok – prozaik, krytyk filmowy, scenarzysta i speleolog. Za powieść Gnój był kilkukrotnie nagradzany: Paszportem „Polityki” (2003), Nagrodą Literacką NIKE (2004)
i Krakowską Nagrodą Miesiąca. Napisał scenariusz do filmu Pręgi Magdaleny Piekorz (film zdobył w 2004 r. główną nagrodę na Festiwalu Filmowym w Gdyni). Od
1992 r. publikował wiersze i opowiadania w prasie kulturalnej i literackiej.

Jest autorem i współautorem kilkudziesięciu publikacji książkowych, m.in. Opowieści słychane (1999), Widmokrąg (W.A.B. 2004), Opowieści przebrane (W.A.B. 2005), To piekielne kino (W.A.B. 2006), Senność (W.A.B. 2008), Moje projekcje (W.A.B. 2009), Spiski. Przygody tatrzańskie (W.A.B. 2010), Poza światłem (W.A.B. 2012), Obscenariusz (W.A.B. 2013).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 104

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wojciech Kuczok

PROSZĘ MNIE NIE BUDZIĆ

Copyright © by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVI

Wydanie I 

Warszawa MMXVI

Człowiek jest ofiarą snu, nie zaś jego autorem.

C.G.J.

Osnowa

To nie ja napisałem tę książeczkę.

Napisała się sama, we śnie, z inspiracji mojej Żony Agafii, kultywującej rodzinną tradycję robotności. Agafia na co dzień prezesuje fundacji, więc lubi dobrze doglądać. Tępi w zarodku wszelkie znamiona gnuśności, jest nieprzejednaną prześladowczynią mężczyzn leniwych. Zalec w jej obecności na kanapie pośrodku dnia to grzech śmiertelny, a poobiednia drzemka to świętokradztwo najwyższej rangi. Aby pofolgować swoim upodobaniom do sjesty, musiałem więc przekonać ją, że śpiąc, także ciężko pracuję.

Przez kilkanaście miesięcy spisywałem zapamiętane sny, początkowo rozbawiony, z czasem nieco zażenowany, wreszcie z niejakim popłochem zmierzający do zakończenia eksperymentu. Podmiot marzeń sennych, które spisywałem co rano, wydał mi się niepokojący. Powiada się, że w każdym z nas, grających w życiu role dorosłych mężczyzn, drzemie chłopiec. Większość wstydzi się swojego chłopca, śmiertelnie boi się zostać na chłopcu przyłapana, chłopca swojego trzyma w ryzach, dybach i okowach. Mój chłopiec budził się, kiedy zasypiałem, i hasał w snach do upadłego. Postanowiłem dostosować język do jego profilu psychologicznego. Stąd narracje naiwne, nierzadko wprost sztubackie. Zwłaszcza Komediesą zestawem rojeń samczyka omega, który kurczowo trzyma się centrum swojej życiowej osi czasu – okresu późnego dziecięctwa i wczesnej młodości.

Większość znanych mi autorów posługuje się czasem teraźniejszym przy zapisywaniu snów. Mnie wydaje się to zakładaniem okularów zerówek na twarz z nadzieją na to, że będzie się wyglądało inteligentniej. Pozostawiłem sny w ich spontanicznej infantylności, zrezygnowałem z makijażu, aby zachować efekt obnażenia.

Wydaje mi się, że obecnie w modzie jest pisać książki mądrzejsze niż autor; pisarze publikują raptularze nadziewane raczej wiedzą niż niewiedzą, przemawiają w nich raczej, niż mówią, raczej dbają o ubiór, niż się rozbierają, a myśli mają uczesane i nabalsamowane odżywką. Istnieje ryzyko, że wobec tej tendencji mój senniczek ucznia okaże się czymś w rodzaju literackiego autodafe.

Cóż, skoro się chciało, by się samo pisało, trzeba ponieść tego konsekwencje.

Tragedie

1

Podczas okupacji przyjęliśmy do domku na wsi sporą, kilkunastoosobową grupę uchodźców. Byli w ogólnie dobrym stanie, choć przygnębieni i zmęczeni tułaczką. Stworzyliśmy im godziwe warunki, na które nigdzie indziej nie mogliby liczyć – oddaliśmy im do dyspozycji całą suterenę i piwnicę, mieli też swobodny dostęp do kuchni i, o ile nikt się nie kręcił w okolicy, mogli wychodzić do ogrodu, a nawet na spacery w stronę skał. Niestety właściwie od pierwszego dnia zaczęło się nieszczęście. Najpierw umarła babcia z wnuczką, chociaż dzień wcześniej dziewczynka żwawo biegała po łące, a babcia płakała ze śmiechu podczas gry we flirt towarzyski (wygrzebała w piwnicznych szpargałach starą talię). W ciągu kolejnych dni umierali następni. Nikt nie mógł pojąć, dlaczego tak się dzieje. Chcieliśmy, żeby czuli się u nas jak najlepiej, i tak właśnie było; ojciec pomyślał, że może w piwnicach zalągł się toksyczny grzyb, zaprosiliśmy ich więc na górę, żeby zamieszkali z nami. Jakoś nam się udało pomieścić – jedliśmy to samo, piliśmy to samo, spędzaliśmy razem czas, ale oni wciąż budzili się martwi. Czasem zdarzył się dzień bez śmierci, innym razem konało ich kilkoro naraz. Ogród zmieniał się nam w cmentarz. W końcu, kiedy zostało ich już naprawdę niewielu, ojciec zaryzykował i wezwał lekarza z gminy, który po przebadaniu pozostałych przy życiu wziął nas na bok, pokręcił głową i powiedział:

– Nic się nie da zrobić. Oni umierają z wdzięczności.

2

Spotkałem Krzysztofa Zanussiego; nakazał mi obejrzeć swój najnowszy film pt. Powstanie Warszawskie. Prowadząc mnie do salki projekcyjnej, szydził niemiłosiernie z Miasta 44; powiedział, że czuł się w obowiązku nakręcić swój film w odpowiedzi na tę głupotę. Kurtuazyjnie się z nim zgodziłem, bo Komasa rzeczywiście pojechał po barykadzie, ale nie chciało mi się oglądać kolejnego filmu o powstaniu, przy czym nie miałem pomysłu, jak się z tego wymigać, tym bardziej że nie trzeba było jechać aż do Lasek – pan Krzysztof udostępnił mi salkę w swoim starym domu na Kaniowskiej, w którym najwyraźniej znowu pomieszkiwał. W salce zebrała się już grupka młodzieży ukraińskiej i paru studentów z Polski, którzy wraz ze mną mieli stanowić publiczność. Zanussi poprzedził film słowem wstępnym, ale przedłużyło się ono tak bardzo, że wszyscy wyszli i w efekcie zostałem tylko ja – czego zresztą zapamiętały w swojej prelekcji Zanussi nawet nie zauważył. Film był zaskakujący, bo skupiał się na bombardowaniu kościołów, niemal zupełnie pomijając tragedię ludności cywilnej. Owszem, mówiło się o cierpieniach ludzi, ale reżyser z pietyzmem pokazywał ruiny świątyń, zdewastowane ołtarze, powalone krzyże, splądrowane skarbce; towarzyszyła temu bardzo uduchowiona muzyka Kilara. Pan Krzysztof zaglądał co pewien czas do salki i sprawdzał, czy nie zasnąłem, a kiedy zacząłem obmyślać, jak się stąd wydostać przed końcem projekcji, film nagle zupełnie zmienił oblicze i przeniósł się w czasy Księstwa Warszawskiego. Z podziwem przyglądałem się scenie, w której Daniel Olbrychski i Ewa Wiśniewska grali polskich arystokratów niepotrafiących uzgodnić sposobu traktowania rosyjskiego służącego (w tej roli Cezary Kosiński). Wiśniewska chciała być dla niego okrutna, Olbrychski zaś przyjazny, Kosiński natomiast grał służącego, który grał służącego, żeby państwu nie sprawić przykrości, ale tak naprawdę służącym już dawno być przestał. Co najciekawsze, była to scena niema, wszystko rozgrywało się w subtelnościach mimicznych. Chciałem Zanussiemu pogratulować, więc zacząłem go szukać. W gabinecie go nie było, za to na półkach tłoczyły się dziesiątki wydań książek jego autorstwa. Przeszukałem cały dom, ale nigdzie nie znalazłem reżysera; niestety nie mogłem też trafić do wyjścia, aż wreszcie w piwnicy natknąłem się na właz do kanału. Zszedłem do niego. Początkowo było nawet dość obszernie, przeszkadzał mi tylko smród fekaliów oblepiających ściany; dalej robiło się coraz ciaśniej i coraz smrodliwiej, aż w końcu trzeba było czołgać się w gównie. Zaczęło mi być duszno; zrobiło się jeszcze gorzej, kiedy zrozumiałem, że to pułapka, do której zwabił mnie Zanussi. Chcąc przebić realizmem wszystkich poprzedników, scenę kanałową, w której umiera zaczadzony powstaniec, postanowił nakręcić w konwencji dokumentalnej, rejestrując prawdziwą śmierć statysty. Jako że nikt nie chciał umierać dla sztuki, musiał podstępnie zwabić ofiarę do kanału, i to mnie właśnie trafił się ten los. Wiedziałem, że zaraz umrę w oparach kanalizacji, Zanussi dostanie za to kolejnego Złotego Lwa w Wenecji, a mnie nie czeka nawet nagroda pośmiertna, bo w napisach końcowych będę wymieniony jako „i inni”.

3

Wyskoczyłem z kolejki na Kasprowy do wylotu Doliny Kasprowej, omijając bramki, strażnicówki, a także przejście graniczne, bo potok Bystra akurat oddzielał Polskę od Słowacji, w górach granice są płynne. Myślałem, żeby przenieść tam firmę, nie musiałbym wspierać swoimi podatkami rządu, ale kiedy zasiadłem przy piwie ze słowackimi góralami, wytłumaczyli mi, że ich rząd wcale nie lepszy, to znaczy oni mi to wytłumaczyli niechcący, zachwalając ksenofobiczną politykę pana Fico. Zniechęcony, poszedłem w górę Suchej Kasprowej, gdzie nie było żywej duszy, a śniegi jak z obrazka, i byłbym tak sobie spacerował dalej, ale wpadłem na patrol w jeepie. Oczywiście zacząłem udawać, że zgubiłem szlak, jestem bardzo wyziębiony, i dziękowałem im, że uratowali mi życie, czym skutecznie odwróciłem uwagę filanców od nielegalnego przekroczenia granicy rezerwatu ścisłego. Zwieźli mnie kawałek, do szlaku, gdzie reanimowano właśnie współczesnego polskiego prozaika, którego definitywnie zawiodła kondycja w drodze na szczyt – na Kasprowym odbywały się właśnie Targi Książki, przeniesione ze Stadionu Narodowego. Był to poczytny autor, którego książek nie znałem, ktoś w rodzaju Wita Szostaka; niestety reanimacja nie przyniosła skutku, pisarz zmarł, jego ciało zapakowano do toboganu. Korzystając z zamieszania, znowu zszedłem na stronę rezerwatu i nieniepokojony wlazłem na szczyt własną drogą. Na górnej stacji kolejki spotkałem Jacka Dehnela, który wręczył mi swoją książkę z autografem, ale kiedy poprosiłem, żeby wybrał sobie w zamian jedną z moich, zaczął sprawiać wrażenie człowieka, którego siły to przekracza, nawet w ramach kurtuazji. Przy okazji zauważyłem, że oprócz Gnoju i Spisków dysponuję jeszcze tomem opowiadań amsterdamskich, o których zupełnie zapomniałem; istniało nawet podejrzenie, że to nie ja napisałem tę książkę, lecz mi ją przypisano. Miałem dylemat, czy się do tego przyznać, wszakże pozycja sprzedawała się wcale nieźle, na stoisku mojego wydawnictwa cieszyła się większą popularnością niż którakolwiek inna.

Zasiadłem do podpisywania, w kolejce czekało już kilkunastu fanów. Pierwsza podeszła do stolika bardzo brzydka dziewczyna, złapała mnie za dłoń i z niesmakiem stwierdziła obecność na moim palcu obrączki.

– Rozumiem, że już nie chcesz, żebym ci zważyła jądra?

– Słucham?!

– Już mnie nie pamiętasz?

Przyjrzałem jej się uważnie i przypomniało mi się, że ostatnią imprezę sylwestrową spędziliśmy razem w ciasnej mansardce, prawdopodobnie głównie na przekomarzaniu się, bo byłem zalany w trupa. Nie zapamiętałem jej w ogóle jako osoby brzydkiej, rozczarowanie było tym większe, że wyraźnie rościła sobie do mnie pretensje

– Czy coś ci obiecałem?

– Gdybyś jeszcze chciał, mogę ci je zważyć – powiedziała z odpychającą mieszaniną nieporadnej uwodzicielskości i sarkazmu, po czym odeszła, by ustawić się w kolejce do Dehnela.

Następna pani chciała ze mną zrobić wywiad do ultraprawicowej gazety, to znaczy wywiad już był gotowy, choć nigdy go nie udzieliłem, podsunęła mi go do autoryzacji, zastrzegając, że bez względu na moje zdanie i tak go opublikuje. Poczułem, że mam już dość tych targów, i wsiadłem do wagonika, a tam poinformowano mnie, że w Kuźnicach czeka gestapo, więc znowu powinienem wyskoczyć, ale byłem już tym wszystkim zmęczony, postanowiłem niczego nie zmieniać. Próbowałem sobie przypomnieć, do czego doszło między mną a tą grubaską, ale pamiętałem tylko, że nazajutrz obudził mnie w jej pustym mieszkaniu gwizd czajnika.

4

Marek Bieńczyk oglądał w Katowicach mecz Ruch Radzionków–Tanzania i właśnie podczas tej potyczki zawaliła się opodal kamienica. Odpadły tylko dolne piętra, pozostało najwyższe, jako rodzaj pomostu mieszkalnego, wklinowanego między sąsiednie budynki. Na Marku ten widok zrobił tak silne wrażenie, że natychmiast postanowił napisać esej o pustce po upadłym domu, z wolna wypełniającej się melancholią.

5

Penetrowałem jaskinię, w której zejście do dolnego obszernego piętra zakamuflowano starym materacem i śmieciami; gdyby nie plan groty, nie znalazłbym przełazu. Dolne piętro było czyjąś kryjówką, już oczyszczoną przez poszukiwaczy skarbów ze wszystkich rzeczy, które mogły się na cokolwiek przydać, może poza parą śpiworów, wyglądających obrzydliwie, ale po bliższych oględzinach wciąż całkiem zdatnych do użytku. Pomyślałem, że przynajmniej jeden z nich mogę zabrać, wyczyścić jakoś i wręczyć Agafii w prezencie; znalazłem też parę kartonów, które po osuszeniu mogłyby się nadać na legowisko. Wychodząc, natknąłem się na mieszkańców groty. Spali w niszy skalnej, pozawijani w swoje szmaty, zbyt rozleniwieni, żeby się z nich wygramolić, zwłaszcza że było strasznie zimno i wilgotno, taki wydatek energetyczny mogli przypłacić głodem, którego nie mieliby czym zaspokoić.

– Nie świeć po oczach – usłyszałem. – I coś tam znalazł ciekawego?

– Nic. Tylko ze starego barłogu śpiwór wziąłem.

– No właśnie. Wszystko już zabrali przed tobą. Nigdzie nic nie ma. Myśmy niedawno jeszcze szukali, tak jak ty, ale niedługo sam zobaczysz, że nie ma sensu się ruszać na darmo. Jak masz gdzie leżeć, to już nie wstawaj, bo ci ktoś zajmie miejsce. A śpiwór to po wujku, możesz go sobie zabrać. Zdrowy był chłop, nie ma zarazków.

– Jak zdrowy, to co się z nim stało? Poszedł gdzie indziej?

– Zima sroga, trzeba było kogoś na mrożonki zatłuc. Na wujka padło, bo nikt go nie lubił. Idź już, bo od gadania mi ciepło przez gębę ucieka.

6

Moi rodzice wiecznie wysługiwali się fachowcami, w efekcie w oczekiwaniu na fachowców wszystko w ich domu się rozsypywało. Ani matka, ani ojciec nie znali się na niczym na tyle dobrze, żeby samemu podejmować decyzje.

– Trzeba kogoś wezwać w tej sprawie – powtarzali, kiedy zepsuła się pralka, ale nie wzywali, matka prała więc ręcznie.

– Trzeba kogoś poprosić, żeby się tym zajął – mówili, gdy stara grusza obrodziła i cały ogród był wprost zawalony dojrzałymi gruszkami, ale nikogo nie znaleźli do pomocy, więc owoce fermentowały i gniły, a trawnik roił się od pijanych os, kołujących przyciężkim lotem tuż nad ziemią.

– Trzeba zadzwonić po specjalistę – mówili, kiedy okazało się, że dach w garażu przecieka, ale nie zadzwonili, wobec czego którejś zimy dach się zawalił pod ciężarem śniegu i uszkodził samochód pana, który wynajmował u nich miejsce. Musieli mu pokryć koszta naprawy, ale nie mieli z czego, wzięli więc kredyt, ale że nie porozumieli się przedtem z żadnym doradcą finansowym, procent był lichwiarski, zabójczy dla nich, emerytów ledwo wiążących koniec z końcem. Ojciec nie wytrzymał tego i pękło mu serce. Przyjechałem na wezwanie matki dopiero po kilku dniach, musiałem przebukować bilet lotniczy, żeby zdążyć na pogrzeb. Kiedy wszedłem do domu, zobaczyłem, że tata, by tak rzec, rozłożył się na kanapie. Zapytałem, dlaczego mama nic z nim nie robi. Odpowiedziała, że zwłokami muszą zająć się fachowcy, tylko trzeba ich wezwać.

7

W Katowicach odbywał się konwent