Wydawca: Siedmioróg Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2012

Proszę bilet na wieżę Babel ebook

Ewa Nowacka

(0)

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Proszę bilet na wieżę Babel - Ewa Nowacka

Bohaterowie za pomocą gry komputerowej mogą przenosić się w przeszłość, poznawać historię i kulturę minionych cywilizacji. Paweł i jego młodsze rodzeństwo zwiedzają sławną wieżę, poznają realia codziennego życia w Babilonie, uczą się także odpowiedzialności za siebie samych.

Opinie o ebooku Proszę bilet na wieżę Babel - Ewa Nowacka

Fragment ebooka Proszę bilet na wieżę Babel - Ewa Nowacka

Projekt okładki i ilustracje

Aleksander Karcz

© Copyright by Siedmioróg

ISBN 978-83-7568-974-7

Wydawnictwo Siedmioróg

ul. Krakowska 90

50-427 Wrocław

Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg

www.siedmioróg.pl

Wrocław 2012

Małgosia i Jasiek najpierw potulnie, jak baranki, połykali lekarstwa i przesypiali długie godziny, potem, gdy gorączka spadła, wyłazili spod kołder przybrani w piżamy zdobne w różowe miśki i robili to wszystko, czego nie wolno robić chorym dzieciom. Może pan treser z cyrku, przyzwyczajony do poskramiania lwów i tygrysów, dałby sobie z nimi radę, ale ani mama, ani Paweł, ani babcia Lusia, a nawet dziadek Władzio, nie potrafili zmusić bliźniaków, by zachowywały się tak, jak powinny zachowywać się dzieci, które właśnie przechorowały świnkę.

– Daj mi to! – Małgosia wyrywała Jasiowi z rąk szachownicę.

– Odczep się! – mały energicznie odpychał siostrę. – Ja to znalazłem.

– Ale ja to pierwsza zobaczyłam!

– Akurat! Cielę mele na niedzielę!

– A ty jesteś smerfowa ciamajda!

Przy tej wymianie zdań szachowe pudło otworzyło się i figury rozsypały się po całym pokoju. Jaś porzucił niepotrzebną już szachownicę i runął na Małgośkę, zadając na oślep wiele ciosów. Potraktowana tak brutalnie mała wybuchnęła rozgłośnym płaczem.

– Jaś się bije! – wołała przez szloch.

– Jak się bije, to ciebie nie boli – dziadek, pełniący tego dnia dyżur przy bliźniakach, nie miał zamiaru przejmować się niecnym postępkiem Jasia. Bliźniaki bijały się po kilka razy dziennie, co im nie przeszkadzało pięć minut później, w najprzykładniejszej zgodzie, chlapać wodą w łazience albo wysypywać w kuchni na podłogę cukier puder.

Paweł także nie rozbrajał zwaśnionych stron. Wiadomo było, że Małgośka ryczy z byle powodu, a Jaś szybko rezygnuje z poskramiania siostry, tak więc sprawy należy zostawić własnemu biegowi. Bliźniaki nie zrobią sobie krzywdy.

Rzeczywiście szloch ucichł i zapadła podejrzana cisza. Dziadek, usadowiony w fotelu przed telewizorem, wydawał się zadowolony z tej chwili spokoju, ale Paweł, który niedawno wrócił ze szkoły, poczuł się zaniepokojony. Kiedy Małgosia z Jasiem zachowywali się jak myszki, mogło to znaczyć, że dopuszczają się jednego ze swoich niecnych postępków. Ostatnim było otworzenie okna (w styczniu!) i wyrzucenie z szóstego piętra zawartości całej szuflady z maminej szafy. Trudno było pozbierać paski, apaszki i rajstopy rozsypane po trawniku lub wiszące na gałęziach drzew. Do dziś na samym czubku wielkiego kasztanowca powiewają poszarpane strzępy czegoś błękitno-złotego. To była ulubiona chustka mamy.

Paweł wcale nie ma ochoty na poskramianie rodzeństwa, ale ta cisza jest niepokojąca. Gdzie jest Pusia? A co będzie, jeżeli małolatom strzeli do głowy sprawdzenie, czy koty naprawdę spadają na cztery łapy po wyrzuceniu z szóstego piętra? Albo spodoba im się wylać na kotkę całą butelkę kleju? Albo…

Na szczęście Pusia ukryła się w kuchni za doniczką z paprotką, więc jest bezpieczna. Dziadek, pogrążony w śledzeniu zmagań na olimpijskiej skoczni w Hakuba, na pewno nie sprawdzi, co kryje ta cisza i spokój. A to oznacza, że Paweł będzie musiał wystąpić w roli mądrego, starszego brata.

Rany boskie! Tylko nie to! Na ekranie telewizora drga wszystkimi kolorami tęczy dobrze znana plansza, barwne linie krzyżują się i plączą w labirynt, z którego nie ma wyjścia. Małgośka trzyma joystick, stojący obok Jasiek chyba się zastanawia, który guzik przycisnąć.

– Odłóż to! – krzyczy Paweł, ile sił w płucach. – Odłóż to w tej chwili!

Małgośka nie wydaje się przejęta gniewem starszego brata, nie wypuszcza z ręki joysticka. Gdy Paweł dopada do nich i chwyta Jasia za ramię, palec małolata dziubie w przycisk.

Płaczą oboje, Małgosia i Jasiek. Płaczą, gdy mija ich karawana osiołków, każdy niesie na grzbiecie ciężkie juki, tak wielkie, że widać tylko osiołkowe uszki, ogonek i cztery nogi, depczące szarą, spękaną ziemię. Karawanę prowadzi osiołek przewodnik z miedzianym dzwonkiem na szyi, za każdym krokiem uderza miedziane serce dzwonka, podając rytm. Brodaci ludzie w luźnych szatach, towarzyszący jucznym zwierzętom, obojętnie mijają zapłakane dzieciaki w piżamkach drukowanych w kolorowe miśki. Pawła też mijają tak, jakby był kamieniem leżącym przy drodze albo pniem drzewa.

Osiołki znikają w tumanie kurzu wzniesionym ich kopytkami, wraz z nimi znikają poganiający je ludzie. Dlaczego Paweł znalazł się znowu w jakiejś nieznanej krainie? Wcale nie marzył o drugiej przygodzie. Trzeba było zostawić małolaty własnemu losowi, jeżeli odnalazły tę dziwną grę. Niechby przekonały się na własnej skórze, że to wcale nie zabawa. Tamtym razem znalazł się w nieznanym świecie w towarzystwie Pusi, tym razem z dwójką zabeczanych małolatów. Niech sobie płaczą na zdrowie, to one zabrały go w podróż, wbrew jego woli, więc nie musi stać z nimi i słuchać podwójnego łkania.

– Ma być spokój, głupole – komenderuje srogo, tak srogo, że płacz przycicha. – Nawet nie wiecie, coście narobiły.

– Mamo – popłakuje już nieco ciszej Małgośka.

– Mamo – powtarza Jaś.

– Mama tutaj nie przyjdzie – oznajmia Paweł. – I tata nie przyjdzie. Dziadek i babcia też nie przyjdą.

– A właśnie, że przyjdą – upiera się Małgośka.

– To poczekajcie na nich. Ja idę.

Tutaj też jest strasznie gorąco, chociaż to dopiero wczesny ranek. Niebem przelatują ptasie stada, tysiące skrzydeł uderza powietrze. Dokąd te ptaki ciągną? Na płaskim kamieniu wygrzewa się jaszczurka, drobne łuski lśnią w słońcu.

Paweł robi kilka kroków wydeptanym przez ośle kopytka traktem, ale już doganiają go małolaty, Małgosia czepia się jego ręki, Jasio chwyta za rękaw bluzy.

– Już będziemy grzeczni, tylko zostań z nami – proszą na dwa głosy. – Zrób tak, żeby być w domu.

Dzieciaki myślą, że mądry, starszy brat potrafi wszystko, nawet zniweczyć potężny czar. Jak im wytłumaczyć, że mądry, starszy brat wie tyle samo co one, to znaczy nic, i nie zna żadnego skutecznego zaklęcia?

– Pamiętacie bajkę o Szklanej Górze? – chyba zrozumieją takie wyjaśnienie. – Jak zła czarownica uśpiła na sto lat królewnę, króla, królową, wszystkich dworzan, a nawet pana kucharza i kuchcików?

Przerażone małolaty kiwają potakująco głowami.

– Wiecie, co to jest czar?

Ponowne kiwnięcie głowami. Chyba im ze strachu odebrało mowę.

– No, to zaczarowaliście się oboje i mnie na dodatek. Wrócimy do domu, jak się odczarujemy. Jasne?

– Zaraz się odczarujmy – proponuje Jasiek. – Ja się boję.

– Ja też się boję. Nie wiem, jak odczarować, a w ogóle chodźmy stąd, bo się ugotujemy.

Wydeptany szlak doprowadza do głównej drogi, którą ciągną juczne zwierzęta i ludzie niosący trzcinowe kosze, wygląda to trochę tak, jak ulica prowadząca na bazar w targowy dzień. Ten kosz wypełnia zboże, tamten owoce, chyba to są morele albo brzoskwinie, tu dźwigają wielkie ryby w srebrnej łusce, ówdzie z kosza wytykają główki żywe kaczki, pokwakując z oburzeniem. Niby dzioby statków w ludzką rzekę wbijają się powolnie stąpające dromadery, kroczą dostojnie, potrząsając łbami, niosąc ciężkie ładunki.

Najrozsądniej przyłączyć się do idących i w ślad za nimi wędrować tam, gdzie prowadzi droga. Małolaty trzeba prawie ciągnąć siłą; wyglądają tak, jakby się urwały z choinki albo z wariatkowa, ale jakoś nikt nie zwraca uwagi na te ich piżamy w miśki; może tutaj tak właśnie trzeba się ubierać, kto to wie? Po bokach traktu pojawia się coraz więcej lepianek skleconych z palmowych liści i zaskorupiałego błota. Przed lepiankami dymią małe ogniska, sączące gorzkawy dym, który rozwiewa się w ogromnym przestworze bladego, prażonego słońcem nieba.

Mimo woli Paweł podchwytuje strzępy rozmów, jakie prowadzą wędrowcy. „Skrzydła czasu” i tym razem zadbały, by nikt nie miał trudności językowych.

– Niskie w tym roku ceny na zboże.

– Sąsiad powiada, że ludzie wielkiego króla, oby żył wiecznie, skupują bydlęce skóry. Płacą hojnie i nie targują się.

– Kupują skóry, mówicie? To pewnie jeszcze w tym roku wyruszy nowa wyprawa wojenna.

– Ja też tak sądzę. Ze skór szyje się miechy, na których żołnierze przepływają rzeki, i skórami okrywają głowy, szturmując twierdze, by się osłonić przed ogniem miotanym z murów przez obrońców.

– Toż wie to i małe dziecko. Ale jeżeli ma być wojna, to i za zboże zapłacą lepiej. Trzeba zrobić zapasy, żołnierzy powietrzem nie nakarmisz.

Zaś innych nie ciekawiły ani ceny zboża, ani skup bydlęcych skór.

– Wielbłądnicy pewnie wiozą laudanum, mirrę i inne pachnidła do Esagila.

– Cenny musi być ładunek, skoro strzegą go zbrojni.

– Wielki Marduk i potężna Isztar, pani wojennych wozów, lubią wdychać słodkie wonie. Każda szczypta kadzidła warta jest pewnie więcej niż srebrny szekiel.

– Tanio chcecie płacić za wonności zza wielkiej pustyni przeznaczone dla potężnych bogów.

Stopy