Prosto z serca - Charles Martin - ebook
Opis

Charlie Finn musiał szybko dorosnąć, w wieku szesnastu lat został zupełnie sam. Dzięki wyjątkowej inteligencji zdobył prestiżowe stypendium na Harvardzie, które pozwoliło mu przetrwać, a nawet doskonale funkcjonować na obrzeżach uprzywilejowanego społeczeństwa. Umiejętność ta zapewniła mu sukcesy w bezwzględnym świecie biznesu oraz w prowadzeniu bardziej intratnych, ale ryzykownych interesów na wybrzeżu Miami. Charlie stara się rozdzielać życie prywatne od pracy, kiedy jednak okazuje się, że jego wybory mają fatalne skutki, postanawia naprawić wyrządzone zło. Jedzie do Ameryki Środkowej, gdzie spotyka ludzi, którzy zapłacili najwyższą cenę za podejmowane przez niego decyzje. Poznaje też piękną kobietę i jej córeczkę. Czy to spotkanie pomoże mu znaleźć drogę ku odkupieniu? Czy Charlie zdoła uwolnić serce i pokochać jak nigdy wcześniej?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 477

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Moisesowi i Pauline Rickom

Rozdział pierwszy

Zwolniłem, przepływając między domami na palach w Stiltsville. W wodach Biscayne Bay odbijało się skrzące światło księżyca. Tę porę nocy lubiłem najbardziej. Obserwowałem na radarze podążającą moim śladem nieoświetloną motorówkę. Spodziewałem się ich.

Cztery silniki Mercury Verado 350 z turbodoładowaniem – o mocy tysiąca czterystu koni mechanicznych umożliwiającej osiągnięcie prędkości stu sześćdziesięciu kilometrów na godzinę… To oznacza jedno – trzeba wiedzieć, kiedy nie należy z nich korzystać. Na dachu motorówki zapaliły się reflektory. Cztery snopy światła, niczym w samo południe, oświetliły środkową część mojej trzynastometrowej łodzi motorowej. Agent Russ Spangler, były żołnierz służb specjalnych, w noce takie jak ta żył adrenaliną wywoływaną przez pełnię księżyca. Zastosował właśnie swoją taktykę szoku i przerażenia, polegającą na oślepieniu mnie trzymanym w ręku reflektorem o mocy kilku tysięcy watów. Graliśmy w to już wcześniej. Partnerka Spanglera, agentka specjalna Melanie Beckwith cierpiała na syndrom Napoleona i nadrabiała niedostatki sterydami anabolicznymi, dzięki którym miała muskuły większe od moich.

Mógłbym im się wymknąć, ale sztuka ta nie udałaby mi się. Na radarze widziałem jednostki Straży Nadbrzeżnej, poza tym agenci pewnie wezwaliby samoloty. Mogłem zawrócić na wyspę, byłby to jednak mój ostatni kurs, a nie miałem jeszcze zamiaru wycofywać się z interesu. Byłem właśnie u szczytu kariery.

Silniki za mną dyszały. Użycie ich teraz oznaczałoby, że po raz ostatni płynę tą łodzią, a że kosztowała niemal pięćset tysięcy dolarów, chciałem przepłynąć się nią więcej niż raz. Na tym właśnie polega kłopot z posiadaniem takiej łódki: jeśli chcesz pozostać w biznesie, nie możesz się zbytnio przywiązywać. W zasadzie dotyczy to wszystkiego. I wszystkich. Nie warto się przywiązywać. Na najmniejszy znak dany przez agentów, takich jak Spangler i Beckwith, musiałem być gotowy do zrzucenia w przepaść tego, co kocham.

Po niemal dekadzie w tym biznesie wiele się nauczyłem, ale zawsze kierowałem się żelazną zasadą – unikaj więzi. I dotyczyło to również ludzi. Moje życie oraz wszystko, co ceniłem, wisiało na włosku nad przepaścią i wiedziałem, że w okolicznościach zagrażających mojej wolności runą w otchłań przy pierwszym delikatnym pchnięciu. Przepadną w odmętach wodospadu Niagara. Ta myśl zawsze towarzyszyła moim radościom i nadziejom. A nawet temu, o czym marzyłem. Na wszelki wypadek nie miałem więc nadmiernych oczekiwań. Zachowywałem ostrożność. Nie rzucałem się na głęboką wodę. Zawsze trzymałem karty przy sobie. Nieustannie oceniałem straty i zyski, bo w każdej chwili mogłem zostać zmuszony do ucieczki, zrobienia uniku albo zanurkowania pod powierzchnię.

Nikomu niczego nie zawdzięczam i nie pozwalam, aby ktoś był moim dłużnikiem.

Sprawdziłem godzinę na wodoodpornym marathonie, który dostałem od Shelly. Ona twierdzi, że spóźnię się nawet na własny pogrzeb, więc nastawiła zegarek tak, że spieszył się o pięć minut. Trytowe wskazówki jarzyły się w ciemnościach nocy. Miałem czas. Wyłączyłem silniki i zawróciłem w stronę reflektorów. Agenci Spangler i Beckwith bez trudu sunęli w moją stronę po gładkiej jak lód tafli zatoki. Głos Spanglera roznosił się po wodzie: „Witaj, Charlie Finnie! Domyślasz się, w jakim jestem szoku, widząc cię w tym miejscu o tej porze”.

Włożyłem ręce do kieszeni i uśmiechnąłem się do agentki Beckwith. Po mistrzowsku odegrałem dla niej Humphreya Bogarta: „Ze wszystkich barów…”.

Agentka wskoczyła na pokład mojej łodzi i przywiązała jej dziób do rufy swojej motorówki. Uśmiechnęła się w milczeniu.

– Wygląda na to, że treningi kulturystyczne się opłaciły – zauważyłem, kiwając głową.

– Nie ruszaj się i siedź cicho – rzuciła w moją stronę.

Agencja do spraw Walki z Narkotykami, Straż Nadbrzeżna oraz Instytut Gospodarki Wodnej mają szerokie uprawnienia śledcze, Spangler i Beckwith nie przejmowali się więc zbytnio łamaniem moich konstytucyjnych praw. Wiedzieli też, że nie zamierzam ich pozwać ani dzwonić do adwokata. Spędzili kolejne pół godziny – razem z owczarkiem niemieckim o imieniu Molly – na przetrząsaniu mojej łodzi. Próbowali wywęszyć choćby ślad narkotyków. Założyłem ręce na piersi i z zainteresowaniem im się przyglądałem. Byłem pod prawdziwym wrażeniem, kiedy agent Spangler wciągnął skafander płetwonurka, żeby przeprowadzić inspekcję kadłuba. Przez około czterdzieści minut oboje przeszukiwali łódź, pozostawiwszy Molly wiernie siedzącą u moich stóp. Podrapałem ją między uszami, a potem pozwoliłem jej polizać moją dłoń. Owczarek położył jedną łapę na moim udzie i wysunął łeb w moją stronę. Kiedy nie patrzyli, nakarmiłem psa smakołykami w kształcie kości. Po niemal dwóch godzinach daremnego sapania i pocenia się agenci zdali raport komuś siedzącemu w biurze z drugiej strony telefonu, odczepili cumę i bez słowa opuścili pokład.

Ktoś dał im cynk, że tej nocy wypływam. Istotnie, wypłynąłem, ale ta sama osoba dała mi cynk, że dała im cynk. Liczy się to, kto więcej zapłaci, a Colin, mój partner w interesach, płaci więcej. Spangler i Beckwith uprzykrzali mi życie już od ładnych pięciu lat. Tak jak wcześniej zespół Miller i Marks. Nigdy jednak mnie nie złapali, choć wypływałem dwadzieścia, trzydzieści, a może nawet pięćdziesiąt razy, żeby załadować łódź. I tej nocy też nie zamierzałem dać się złapać.

Od niechcenia odpaliłem silniki i patrzyłem ze zdumieniem, jak Spangler i Beckwith kierują się na północ. Nucąc pod nosem: „Na-na-na-na, na-na-na-na, hej, hej, hej…”, wpłynąłem cicho w labirynt kanałów zasilających zatokę. Sunąłem przez mrok, mijając trzydziestometrowe jachty i rezydencje warte dwadzieścia milionów dolarów, gdzie lansował się każdy, kto coś znaczył w Miami. Robiłem interesy w wielu z tych domostw, ale jednym ze źródeł mojego sukcesu był fakt, że to, co się zaczynało ode mnie, pozostawało ze mną. Umiałem zachować tajemnicę, a także wiedziałem, co i jak ryzykować.

Płynąłem krętym labiryntem ze świadomością, że Beckwith zainstalowała na mojej łodzi więcej niż jeden nadajnik GPS. Pierwszy założyła wiele miesięcy temu i od tamtej pory bawimy się w kotka i myszkę. Dzisiejszy pokaz musiał zostać zorganizowany w celu zainstalowania drugiego nadajnika. Urządzenie pewnie zaczęło wysyłać sprzeczne sygnały z powodu korozji wywołanej przez sól morską. Oczywiście kwas solny, który wylałem na nadajnik, pewnie także zrobił swoje. W sumie trudno powiedzieć.

Zaczęli Miller i Marks. Wtedy odkryłem GPS po kilku dniach i sprzedałem łódź facetowi, który używał jej do kursowania po Kanale Panamskim. Pomyśleli, że odbieram towar w Meksyku. Wysłali łodzie, helikoptery oraz samoloty i ta nieudana operacja trochę ich kosztowała. Nie byli zadowoleni. Facet, który kupił łódkę, opowiadał, że nieco się zdziwili, widząc, że łowi marlina u wybrzeży Meksyku. Agent Miller podobno zaczął rzucać się jak dziki, kiedy pomyłka wyszła na jaw. Jeszcze bardziej zaskoczeni byli kilka godzin później, gdy odkryli, że nie ruszyłem się ze swojego ganku w Bimini i bujam się w hamaku z kubkiem kawy w ręku, obserwując horyzont. „Może kawy?”– zapytałem z szatańskim uśmieszkiem.

Wpatrywałem się w przestrzeń ponad wodą, a z tyłu rozlegał się warkot silników. Chociaż nie była to moja łódź, bardzo ją polubiłem, dlatego Colin pozwolił mi nadać jej nazwę. Nazwałem ją Legendarna Kariera. Jutro stuknie mi czterdziestka i jedno można powiedzieć o moim życiu – jest legendarne. Zacumowałem, sprawdziłem radar i zorientowałem się, że Spangler i Beckwith nie odpłynęli daleko. Nie tylko oni mieli nadajniki GPS. Obie strony mogą grać w tę samą grę. Sprawnie zarządzaliśmy przedsiębiorstwem, ale nasz model biznesowy był dość specyficzny. Prowadziliśmy niewielką ekskluzywną firmę działającą na honorowych zasadach – jeśli można mówić o honorze wśród złodziei – i staraliśmy się ograniczyć ryzyko. Sprzedawaliśmy towar wyłącznie sprawdzonym klientom. Przyjmowaliśmy płatności tylko za pośrednictwem przelewu na konta w rajach podatkowych. Sami też określaliśmy miejsce odbioru. A przede wszystkim nigdy, przenigdy nie dostarczaliśmy towaru w miejsce wskazane przez klientów ani w wyznaczonym przez nich czasie. Informowaliśmy ich o realizacji zamówienia dopiero po fakcie. Jeśli chcieli mieć towar natychmiast i do domu, musieli zrezygnować z naszych usług. Dzięki temu modelowi utrzymaliśmy się w biznesie, a tropiący nas Beckwith i Spangler zawsze pozostawali trzy kroki za nami.

Wyłączyłem silniki i nastawiłem dzbanek na kawę. Wiedziałem, że zgłodnieją w czasie przeszukiwania łodzi, umieściłem więc pudło z pączkami na podniesionej podłodze jednego z przednich włazów, obok stosu ubrudzonych smarem kamizelek ratunkowych. Na pewno szybko je znaleźli. Do pudełka przykleiłem żółtą karteczkę z uśmiechniętą buźką i nagryzmolonymi słowami: „Częstujcie się”. Na tylnym pokładzie, w pobliżu silników, również na podniesionej podłodze, obok jednej z sadz postawiłem miskę z ulubionym jedzeniem Molly – sarninę z jagnięciną.

Podniosłem spławik wskazujący umiejscowienie pułapki na kraby i rozwinąłem kombinezon piankowy. Woda nie była zbyt zimna, ale matowa czerń mniej rzucała się w oczy niż moja jasna skóra. Ubrałem się, zainstalowałem automat oddechowy, ześlizgnąłem się do wody, włożyłem płetwy i zacząłem wpław pokonywać osiemsetmetrowy odcinek dzielący mnie od brzegu. Nie spieszyłem się. Moje butle zostały podrasowane dwoma skuterami pegasus thruster. Są to urządzenia do podwodnego napędu, dzięki którym osiągałem prędkość do pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Na powierzchni równałoby się to jakimś dwóm węzłom. Trzymałem się też skutera H-160, co przypominało trochę trzymanie się torpedy. Za sprawą tych urządzeń pędziłem bezgłośnie i niezauważenie pod wodą, a jednocześnie nie byłem zmęczony, gdyby okazało się, że muszę skorzystać z nóg.

Sunąłem kanałami, aż dostrzegłem przed sobą znak świetlny. Uwolniłem się od sprzętu, wyplątałem z mokrego kombinezonu – pozwalając, aby opadły na znajdujące się dwanaście metrów pode mną dno – i wypłynąłem obok pathfindera, który trzy dni wcześniej załadowałem i przycumowałem w tym miejscu. Odwiązałem cumę i odbiłem. Pół godziny później gapiłem się na nadbrzeże, gdzie imprezowali raper ze świtą, drużyna koszykarska, artysta tworzący w stylu pop-art z zespołem, właściciel funduszu hedgingowego ze wszystkimi dziewczętami, jakie mógł kupić, i jedna czwarta elity Miami. Jeśli mieli ochotę wciągać przez nos swoje pieniądze, było to ich prawo, ich przywilej i ich problem. Ja tylko zapewniałem im nocną dostawę. Gdybym tego nie robił, znaleźliby kogoś innego. Oto prawo podaży i popytu.

Zbliżyłem się do wybrzeża, nad którym niosło się dudnienie, którego źródłem było odbywające się w domu przyjęcie. W ciemnościach wyładowałem i ułożyłem w stos kilka paczek wewnątrz ukrytego zagłębienia za zamykanym na kłódkę schowkiem na nadbrzeżu. Byłem tu już wcześniej. To był dobry klient. Dokładnie wyczyściłem szafkę, doprowadzając ją do pierwotnego stanu, wysłałem esemes z informacją o dostawie, wskoczyłem do łodzi i zniknąłem.

Godzinę później płynąłem między mangrowcami, kierując się w stronę Legendarnej Kariery. Cztery motorówki otaczały moją łódź. Była oświetlona niczym pas lotniczy. Jakby drugie przeszukanie mogło ujawnić to, czego nie udało się znaleźć za pierwszym razem. Wściekli agenci Beckwith i Spangler miotali się, rzucając mięsem i wszystkim, co nie było przytwierdzone do pokładu. Molly stała na rufie z pyskiem zanurzonym głęboko w pudełku z pączkami. Najwidoczniej zaczęła od ciastek obsypanych pudrem, bo jej zwykle czarne wargi i nos pokrywał biały proszek. Osiemset metrów od łodzi migotał szyld całonocnej pizzerii. Opłynąłem motorówki, kupiłem duży kawałek pizzy i wróciłem na pokład z pudełkiem w ręku.

– Cześć, może kawałek pizzy? ‒ zaproponowałem.

Wcale im się to nie spodobało. Ale ponieważ nie znaleźli ani narkotyków, ani gotówki, ani dowodu, że wcześniej miałem jedno lub drugie, nie mogli zrobić nic więcej poza rzuceniem kilku kolejnych przekleństw i stwierdzeniem, żebym spadał.

Co też zrobiłem.

Po przebyciu krętych kanałów przycumowałem w marinie, a następnie pieszo poszedłem do mojego motoru beach cruiser. Po kilku kilometrach znalazłem się przed tylnymi drzwiami domu Colina. Marguerite kazała zainstalować szafki w korytarzu, gdzie dzieci wrzucały wszystkie przybory szkolne i sportowe ciuchy, łącznie z cuchnącymi potem skarpetkami i podkoszulkami, kiedy wchodziły tylnym wejściem. Gdy zostałem członkiem ich rodziny, Colin kazał dodać jedną dla mnie. I jak w przypadku większości tego, co robił Colin Specter, miał po temu więcej niż jeden powód.

Wsunąłem dłoń na górną półkę mojego boksu, sięgając do tylnego narożnika, gdzie znajdowała się niewidoczna z przodu przegródka. Wystarczająco dużo, żeby schować w niej telefon komórkowy albo kartę SIM. Miałem kilka takich skrytek. Palcami wymacałem nową kartę wielkości znaczka pocztowego, szybko włożyłem ją do telefonu, wyrzuciłem starą do śmietnika, po czym wsunąłem komórkę do plecaka.

Robiłem to już wcześniej setki razy.

Na kanapie w salonie siedziała Maria. Miała włosy splecione w warkoczyki. Ozdobione kokardkami. Na jej twarzy dostrzegłem ślady kosmetyków do makijażu matki. Ubrana była w różowe trykoty do tańca. Oglądała nasz ulubiony film z kubełkiem popcornu na kolanach przyciśniętych do klatki piersiowej. Usiadłem obok niej w chwili, kiedy zakonnice zaczęły śpiewać o kłopocie, jakim była dla nich obecność Marii w klasztorze. Prawdziwa Maria – ta, która siedziała obok mnie na kanapie – poruszała stopą w takt melodii i nie potrzebowała dodatkowej zachęty, by przyłączyć się do chóru, wypełniając śpiewem salon i kuchnię. Doskonale wiedziała, że skupia na sobie całą naszą uwagę i że kurtyna na scenie jej życia poszła w górę. Stała teraz na kanapie, wyśpiewując początkowe wersy pięknym głosem. Z podniesionymi brwiami, szelmowskim uśmiechem wędrującym po ustach, figlarnym głosem zadawała mające już niemal pół wieku pytanie zawarte w piosence dotyczącej sposobów rozwiązania problemu, jakim jest Maria.

Maria i ja po raz pierwszy obejrzeliśmy Dźwięki muzyki, kiedy dziewczynka miała cztery lata. Colin i Marguerite byli zmuszeni poprosić mnie o zaopiekowanie się ich córeczką. Nie miałem pojęcia o dzieciach, zwłaszcza małych, włączyłem więc film, który miał nam pomóc wspólnie spędzić czas. Podziałało, a my od tamtej pory obejrzeliśmy go setki razy. W wieku dwunastu lat Maria znała każdą kwestię równie dobrze jak grający w filmie aktorzy.

Dziewczynka przeskoczyła z kanapy na stół bilardowy, obróciła się, zrobiła piruet i wykonała plié nad blatem, zostawiając na filcu drobne ślady stóp. Była zupełnie nieświadoma, co robi z wiszącą lampą, wymachując rękami. Jej problem ze zwróceniem na siebie uwagi „tłumu” był związany z tym, że my – dorośli – tak wiele razy oglądaliśmy jej występ, że znużeni niezmiennością przedstawienia, pragnąc odmiany, zawiązaliśmy spisek upośledzonych rytmicznie idiotów. Robiąc to, stworzyliśmy własną wersję otoczonej czcią piosenki. W kuchni Colin i Marguerite śpiewali tandetny, synkopowy rap, ja natomiast udawałem całkowitego ignoranta rytmicznego, niezdarnie stepując, pstrykając palcami i wyjąc z wyczuciem melodycznym kojota.

Małpy grające na garnkach i patelnia lepiej trzymałyby rytm.

Maria, z rękami na biodrach, odśpiewała może jedną zwrotkę, po czym spostrzegła, że pokój ogarnia całkowity muzyczny chaos. Dziewczynka uniosła brwi, zacisnęła usta, ciężko westchnęła i patrząc na nas z pogardą, wróciła do jedzenia popcornu na kanapie. Wrzucając garść prażonej kukurydzy do ust, odgarnęła kosmyk włosów z twarzy i zajęła się pisaniem na iPhonie esemesa do przyjaciółki. Jej palce przekazywały jedną wiadomość, usta inną.

– Ale wy jesteście starzy.

– Masz rację – zaśmiałem się.

Odstawiła kubełek z popcornem, usiadła po turecku na kanapie, nadęła policzki i wytarła tłuste dłonie o rękaw mojej koszuli.

Czym prędzej się do niej przysunąłem, żeby wykonać jeden z moich popisowych numerów komicznych, który niegdyś sprawiał, że zrywała boki i płakała ze śmiechu. Teraz jednak, kiedy była prawie nastolatką, już na nią tak nie działał. Zrobiła dojrzały gest dłonią i nawet nie odrywając oczu od telefonu, powiedziała:

– Gadaj zdrów.

Roześmiałem się, pocałowałem ją w czoło i poszedłem do kuchni, wcześniej jednak wysypałem jej na głowę zawartość do połowy pustego kubełka z kukurydzą.

– Wujku Charlie! – Podskoczyła i zerwała się na równe nogi z zaróżowioną buzią. ‒ Nie mogę uwierzyć, że to zrobiłeś. ‒ Miała szeroko rozwarte oczy i protestowała z nieco przesadnym dramatyzmem. ‒ Właśnie pofarbowałam włosy…

Kocham tę dziewczynkę.

– To tylko potwierdza to, co już wszyscy wiemy – odparłem.

– Co? – zapytała, patrząc na mnie zmieszana.

Przybiłem żółwika z Colinem, który wiedział, co będzie potem.

– Że rzeczywiście masz problem.

– Wujku Charlie!

Uciekłem do kuchni przed gradem popcornu. Zrobiłem nalot na lodówkę, zjadłem trochę resztek, co – jako ojcu chrzestnemu Marii i jej starszego brata Zaula – należało do moich pseudorodzicielskich praw. Nikt długo się nie boczył i Maria wkrótce pojawiła się w kuchni, żeby pokazać mi swój olśniewający tornister, a także dać okazję do wyrażenia podziwu, co też uczyniłem. Potem wzięła mnie za rękę i zaciągnęła za róg do drzwi pralni, gdzie na wieszaku wyeksponowała nowy kostium kąpielowy, który dostała od mamy. Z ręką opartą na biodrze, mrugając w rytm potupywania, powiedziała:

– Tata mówi, że muszę go zwrócić do sklepu.

Kostium był wielkości serwetki, więcej w nim było sznurka niż materiału. Odwróciłem się do Colina i kiwając głową, odparłem:

– Dobry pomysł.

Maria lekko trzepnęła mnie po ramieniu.

– Nie pomagasz.

– Niczego nie zakrywa. Poza tym jest biały – zauważyłem, biorąc kostium do ręki. ‒ Jest prawie przezroczysty – dodałem, naciągając materiał.

– O to właśnie chodzi. Widziałeś moje rywalki – odparła, trzepocząc rzęsami.

Uniosłem jej brodę i odrzekłem:

– Skarbie, ty nie masz rywalek. Nie ma innej dwunastolatki na tej planecie, która mogłaby się z tobą równać. Poza tym nie interesują cię chyba faceci dbający tylko o to, jak wyglądasz.

– To zadziałało z mamą i tatą.

– Ma rację – przyznała ze śmiechem Marguerite.

– To zupełna nieprawda. Kategorycznie zaprzeczam. Odwróciłaś moją uwagę grą na pianinie. Nigdy nawet nie widziałem cię w tym bikini w biało-niebieskie paski z cienkimi sznureczkami po bokach – odezwał się Colin.

– Colinie Specterze! – zawołała Marguerite ponad moim ramieniem – nie rozpoznałbyś nawet „do re mi”.

Maria nie sprawiała wrażenia przekonanej i nadal oczekiwała, że ją poprę.

– Spójrz na to z innej strony: rak skóry to dziś poważny problem, a twój tata i ja próbujemy cię przed nim uchronić – spróbowałem jeszcze raz.

Pociągnęła mnie za rękę i zaprowadziła do swojego najnowszego zdjęcia.

– Taaa, jasne, pomagacie mi. Pomagacie mi w staniu się największą – ułożyła dłonie w literę „L” i przyłożyła je do czoła – lamerką na plaży.

Dorastałem w raczej dysfunkcyjnej rodzinie. W zasadzie to nie miałem prawdziwej rodziny. Najwspanialsze chwile przeżywałem w domu Colinów, słuchając rozmów i śmiechów, uczestnicząc w życiu rodzinnym, trzymając Marię za rękę oraz zobowiązując się do opieki nad dziewczynką i jej bratem w razie śmierci ich rodziców. Za każdym razem, kiedy tu przychodziłem, jadłem popcorn, całowałem Marię w czoło, naśmiewałem się z Marguerite z Colina, korzystałem do woli z lodówki, kładłem nogi na stoliku, zmywałem naczynia i wyrzucałem śmieci – robiłem wszystko, żeby przedłużyć te chwile i w pełni je wykorzystać.

Rodzina Colina rzadko wychodziła tymi samymi drzwiami co ja, więc kiedy oni opuścili dom frontowymi, ja wycofałem się na tył, gdzie w przedsionku wpadłem na Zaula, który właśnie wynosił śmieci.

– Cześć, chłopaku! – zawołałem.

Uściskałem go, a raczej próbowałem to zrobić. Był chłodny. Zdystansowany. Wokół jego napakowanej mięśniami i sterydami postaci roztaczał się zapaszek nieświeżego dymu papierosowego. W wieku niespełna osiemnastu lat ulotniła się cała jego dawna bezpośredniość. Dziwny dzieciak. Na głowie miał przekrzywioną bejsbolówkę z płaskim daszkiem. Uniósł głowę w niedokończonym powitaniu.

– Charlie – odpowiedział.

Znaczący był brak słowa „wujku”. Szczerze ucieszyłem się z tego spotkania.

– Twój tata mówił, że dziś wieczór zajmujesz się siostrą.

Chłopak przytaknął. Trzymał w jednym ręku przepełnioną torbę ze śmieciami, a ja zdałem sobie sprawę, jak bardzo jest umięśniony. Kiwnął głową, mówiąc:

– Może wybierzemy się na nocną przejażdżkę Żółtą Płetwą, czy coś w tym stylu.

Żółta Płetwa to była należąca do Colina siedmiometrowa łódź napędzana silnikiem Yamaha o mocy trzystu koni mechanicznych. Wyposażona była też w najnowocześniejszą elektronikę, trudno więc byłoby im się zgubić.

– Świetny pomysł. To będzie wspaniała wycieczka. Zwłaszcza w taką pogodę.

Przytaknął z wymuszonym uśmiechem. Wskazał za siebie.

– Ona lubi stawać na mostku… i być Marią ‒ dodał, wzruszając ramionami.

Wydawało się, że przygniata go jakiś niewidzialny ciężar. Miał podkrążone oczy i zachrypły, zmęczony głos. Śmieci zaczęły wypadać z przepełnionego worka.

– Lepiej już pójdę to wyrzucić.

Zniknął w garażu, a ja wyszedłem tylnymi drzwiami w ciemność. Chwilę stałem przed domem, żeby dać uszom i oczom czas na przyzwyczajenie się do mroku nocy, po czym, myśląc o Zaulu, z ciężkim sercem ruszyłem do przystani.

Pokonałem Legendarną Karierą siedemdziesiąt kilometrów w niecałą godzinę, w nocy spałem niespokojnie, a gdy słońce wschodziło nad Atlantykiem, siedziałem już na ganku nad kubkiem kawy, wypatrując moich czterdziestych urodzin i zbliżającego się ślubu. Chociaż miałem powody do świętowania, na moim czole pojawiła się pionowa zmarszczka, kiedy zerknąłem na lewy nadgarstek. Pusty nadgarstek. Zniknął zegarek, który dała mi Shelly. Zgubiłem go w ciągu ostatniej doby i nie miałem pojęcia gdzie.

A to nie wróżyło niczego dobrego.

Rozdział drugi

Mojemu dorastaniu towarzyszyło dojmujące uczucie, które spychało na bok wszystkie inne. Że jestem brudny. Bez względu na to, co robiłem, jak bardzo starałem się wyszorować, nigdy nie osiągałem czystości i nie byłem w stanie się domyć. Matka sporadycznie opłacała rachunki za media, ciepła woda należała więc do rzadkich luksusów. Oznaczało to, że kiedy zdarzało mi się przytulić do mamy, jej włosy kwaśno cuchnęły dymem papierosowym i piwem. Wstydziłem się w szkole moich stale nieświeżych i brudnych ubrań. W naszej kuchni piętrzyły się stosy niemytych tygodniami naczyń, a dom opanowały karaluchy, które wyłaziły ze wszystkich kątów i nocą wchodziły do mojego łóżka. W dzieciństwie koledzy rzadko u mnie nocowali. Żeby ukryć swoje zażenowanie, wybierałem zacienione miejsca, gdzie nie docierało słońce, a ludzie nie zwracali na mnie zbytniej uwagi. Skupienie uwagi na sobie było ostatnią rzeczą, jakiej chciałem. To sprawiło, że zacząłem dobrze czuć się w mroku.

Dlatego pewnie tak często uciekam w noc.

Jako nastolatek przeczesywałem plaże w Jacksonville na Florydzie. Byłem bosonogim, jasnowłosym włóczęgą, który nigdy nie musiał wracać do domu o wyznaczonej godzinie i z pogardą traktował wszelkie obowiązki. Miałem dzieciństwo trochę jak Huck Finn i chociaż nie miało to żadnego związku z moim nazwiskiem, upierałem się, że on istnieje. Mieszkaliśmy z mamą po drugiej stronie ulicy, naprzeciw posiadłości stojącej frontem do oceanu, która zasłaniała nam widok, obejrzałem więc tysiące wschodów słońca z naszego bocianiego gniazda na drugim piętrze.

Nie pamiętam taty. Był kierowcą taksówki. Zginął pewnego poranka, gdy miałem trzy lata. Jeśli mama miała do czegoś słabość, to byli to mężczyźni i pieniądze. Zdawała sobie z tego sprawę, więc szybko podjęła ubezpieczenie ojca i spłaciła nasz dom. W głębi duszy była hazardzistką i ryzykantką, o czym mi powiedziała, wyjaśniając swoje uczucie do taty tym, że był partią wysokiego ryzyka, jeśli weźmie się pod uwagę jego zamiłowanie do dżinu. Spłacenie domu oznaczało, że nikt nie mógł go nam odebrać i chociaż nie zawsze mieliśmy co włożyć do garnka, mieliśmy dach nad głową, nawet jeśli ten dach przeciekał. Kiedy bank wysłał nam akt własności, matka uniosła dłonią mój podbródek i powiedziała: „Nigdy nie ryzykuj straty, na którą cię nie stać”. Na jedenaste urodziny dostałem pracę w restauracji na końcu ulicy, obsługiwałem gości za napiwki, żeby pomóc mamie zapłacić rachunki. Myślę, że spłata domu pozwoliła mamie usprawiedliwić przed sobą inne jej decyzje, takie jak przystanek na torze wyścigowym w drodze powrotnej z pracy czy cotygodniowe kupowanie losu za pięćdziesiąt dolców. Upłynęło dużo czasu, zanim zrozumiałem, że choć na pierwszy rzut oka mogło to wyglądać na brak odpowiedzialności, i czasem przez dzień czy dwa mieliśmy pustą lodówkę, mama starała się znaleźć sposób, by dać nam to, czego najbardziej brakowało nam w życiu. Co zostało nam zabrane. Czego stale mieliśmy za mało.

Nadzieję.

To nie znaczy, że jej się to udało, ale całe życie próbowała i za to właśnie ją kochałem. Bez ojca i z nieustannie pracującą matką, a przynajmniej stale nieobecną, od najmłodszych lat musiałem sam się sobą zajmować. Jeśli życie większości dzieci obracało się dookoła spraw związanych ze szkołą, to moje obracało się wokół odpływów, przypływów i kierunku wiatru, które wpływały na wielkość oraz częstotliwość fal.

W ósmej klasie na każdy dzień w szkole cztery spędziłem na plaży. Nie dbałem o to. Nie znosiłem szkoły. Z powodu mojej frekwencji, a właściwie jej braku, wychowawca wezwał matkę do szkoły. Usadził nas przed sobą. Spoglądał na kartkę papieru stanowiącą dowód moich przewin.

– Czy zdaje sobie pani sprawę, ile dni nauki opuścił syn w tym roku? Właściwie łatwiej byłoby policzyć te dni, kiedy pojawił się w szkole – dodał, śmiejąc się.

Mama uniosła brew i poprosiła o kartkę.

– Mogę?

Podał jej papier, a ona w trakcie czytania zaczęła nerwowo poruszać nogą. W końcu odgarnęła włosy i zapytała:

– No więc?

– Co pani rozumie przez „no więc”? – Nauczyciel spojrzał na nią, jakby postradała rozum. ‒ Będzie powtarzał ósmą klasę.

Mama wytarła kąciki ust chusteczką.

– Skończyliśmy? – zapytała.

Wychowawca poczerwieniał.

– Czy skończyliśmy? Proszę pani, syn ma ogromne zaległości. Nie martwi się pani o jego przyszłość?

Mama wstała, złapała mnie za rękę i poprowadziła do wyjścia, co było dziwne, bo byłem już niemal jej wzrostu. Kiedy dotarliśmy do drzwi, obróciła się i powiedziała:

– Teraz pójdziemy na cheesburgera, a później mam zamiar kupić mu nową deskę surfingową, bo najwyraźniej bardziej lubi pływać na desce, niż zajmować się tym, co tu robicie.

Uśmiechnęła się i pomachała ręką.

Wychowawcę zamurowało.

– A jego przyszłość?

Mama odgarnęła spłowiałe od słońca włosy z mojej twarzy i odpowiedziała:

– Będę na niego czekała, kiedy tam dotrze.

Mama umarła, kiedy byłem w trzeciej klasie szkoły średniej. Miałem szesnaście lat. Zabiła ją choroba serca i nałogowe palenie – po śmierci taty zaczęła kopcić jak komin. Byłem sam i robiło mi się niedobrze na myśl o tym, że miałbym słuchać kogoś innego. Skończyłem szkołę średnią, wieczorami pracując jako kelner, rozwoziciel pizzy oraz imając się każdego innego zajęcia. Owo „imanie się każdego innego zajęcia” obejmowało także sprzedawanie każdej ilości marihuany, jaką mogłem zdobyć, ćpającym surferom, którzy zamawiali pizzę. To był wygodny sposób budowania sieci klientów.

Sam, mój szef, wykorzystywał pizzerię jako przykrywkę dla dobrze prosperującego handlu narkotykami. Przywoził prochy z Mayport na łodziach do połowu krewetek, a mnie uczynił niezależnym dostawcą. Brałem od niego towar po cenie zakupu, a później dzieliliśmy się zyskami. Zarabialiśmy całkiem sporo. Później dowiedziałem się, że znał ćpunów, z którymi robiłem interesy, i wysokość mojego utargu, dokładnie więc wiedział, ile zarobiłem. Kiedy przy pierwszym rozliczeniu przedstawiłem mu dokładnie taką samą sumę, jakiej się spodziewał, zyskał pewność, że może mi zaufać. „Nie jestem chciwy, nie chcę tylko, żeby ktoś wykopał mnie z mojego domu albo wysłał do państwowej placówki”. Każdej nocy, kiedy wręczałem mu pieniądze, kręcił głową, mrucząc pod nosem: „Do czego to doszło? Uczciwy handlarz narkotyków”. W świecie pozbawionym znaczenia przybrałem tożsamość znajdującą się w zasięgu ręki.

W przerwach między dostawami Sam uczył mnie grać w pokera i szybko odkrył, że mam do tego smykałkę. Nie trzeba studiować Freuda, żeby to zrozumieć. Ciągnęło mnie do ryzyka, a nie do ciężkiej pracy, z której miałby korzyści ktoś inny niż ja sam. Skoro ktoś był wystarczająco głupi, żeby postawić swoje pieniądze w grze, ja zamierzałem być wystarczająco mądry, żeby mu je odebrać. To samo można by powiedzieć o mnie, z jednym zastrzeżeniem – wygrywałem znacznie więcej, niż przegrywałem, a więc – jak to sobie tłumaczyłem – grałem cudzymi pieniędzmi. W przyszłości miało mi się to przydać.

Sporty grupowe kłóciły się z moją potrzebą niezależności. Zapisanie się do drużyny sportowej równałoby się gotowości połączenia sił z innymi ludźmi i przyznania, że nie tylko oni mogą liczyć na mnie, lecz także ja na nich. Stwierdzenia w stylu: „pokażę, na co mnie stać”, „wykażę się w grze”, „będę ciężko pracował” były wyraźnie sprzeczne z moją skłonnością do pływania na fali. Byłem raczej nastawiony na rywalizację i nie bałem się współzawodnictwa. W istocie je lubiłem. Indywidualne zmagania, takie jak bieganie albo zapasy, to było coś dla mnie. W tych sportach wynik zależał wyłącznie ode mnie. Postanowiłem jednak pozostać elastyczny i po raz pierwszy w życiu poddałem się treningowi faceta w szortach podciągniętych niemal pod pachy. Nieczęsto wprawdzie brałem udział w treningach, co doprowadzało ich do szału, nie znoszę jednak przegrywać, i rzadko przegrywałem, dlatego trenerzy nie wyrzucali mnie z drużyny, co było o tyle interesujące, że w ogóle mi na tym nie zależało.

To samo tyczyło się szkoły. Prace domowe traktowałem jako stratę czasu. Myślałem: „Mówicie mi, co mam wiedzieć, dajcie mi więc ten test, żebym mógł zakuć i zdać”. Byłem w stanie zapamiętać większość tego, co zobaczyłem lub usłyszałem, dzięki czemu dobrze wypadałem na sprawdzianach i w większości sprawozdań z czynionych przeze mnie postępów w nauce pisano: „Charliemu brakuje etyki pracy, ale ma olbrzymi potencjał”. Nie potrafię zliczyć, ile razy pojawiały się określenia: „nadzwyczaj bystry”, „niedostatecznie zmotywowany” i moje ulubione: „kipi zdolnościami”.

Sam nie wiem, co było przyczyną: zdobycie stanowego mistrzostwa w zapasach, czas poniżej pięciu minut w biegu na tysiąc sześćset metrów, utrata obojga rodziców przed ukończeniem siedemnastego roku życia czy też fakt, że zabrakło mi tylko trzech poprawnych odpowiedzi do zdobycia kompletu punktów w teście końcowym, w związku z czym przydzielono mi doradcę, który nalegał, żebym poszedł do college’u – grunt, że ukończyłem szkołę z doskonałymi stopniami, kilkoma stypendiami i propozycjami z kilku szkół wyższych.

Mój nauczyciel angielskiego powiedział, że powinienem rozważyć wstąpienie do piechoty morskiej. Ja wybrałem jednak Harvard.

Koledzy z klasy nadali mi tytuł „Prawdopodobnie Pierwszy Prezydent Elekt z Kartoteką Przestępczą”. Anglista niezmiernie interesował się, dokąd pójdziemy po ukończeniu szkoły i czym będziemy się zajmowali. „Musisz mieć plan!” – taki tytuł nosiło nasze ostatnie wypracowanie. Po planie A mieliśmy opisać plany B i C. Zawsze uważałem, że belfer powinien się trochę wyluzować. Rozluźnić krawat. Przestać pleść bzdury. Chciał, żebyśmy napisali esej na osiem‒dwanaście stron i odpowiedzieli na kilka pomocniczych pytań. Mój składał się z jednego, bardzo krótkiego akapitu: „Mój plan A to brak planu. Logiczne jest więc, że nie mogę mieć planów B i C. Przyszłość będzie na mnie czekała tam, gdzie ją zaniosę”. Dostałem pałę z tej pracy. Nauczyciel z niedowierzaniem przyjął wiadomość o college’u, który wybrałem. A właściwie był po prostu wściekły i oświadczył, że nie zasługuję na taką szansę. Rozzłościł się jeszcze bardziej, gdy się dowiedział, że zostałem zwolniony z czesnego.

Kiedy wszedłem na scenę, wręczył mi dyplom „z wyróżnieniem za szczególne osiągnięcia”, wymamrotał coś pod nosem. Uścisnąłem mu rękę z szerokim uśmiechem i zapytałem: „Czy ten tupecik rzeczywiście tak łaskocze, jak się wydaje?”. Nauczyciel niespokojnie rozejrzał się, przygładzając włosy prawą ręką. „Wygląda na łaskoczący” ‒ dodałem.

Moja decyzja dotycząca wyboru uczelni była prosta. Harvard to droga szkoła, a nauka tam była coś „warta”. Skoro okazali się wystarczająco głupi, żeby mi dać stypendium, ja byłem wystarczająco mądry, żeby z niego skorzystać. Byłem też wystarczająco mądry, żeby wiedzieć, że nie pasuję do marynarki, bo tam wykrzykiwano by mi rozkazy w twarz. Fort Leavenworth mnie nie pociągał.

A poza tym nigdy jeszcze nie byłem w Bostonie.

Przetrwałem college w takim sam sposób jak szkołę średnią. Robiłem tylko tyle, żeby sobie poradzić, ale nic mnie nie zafascynowało. Zawsze dobrze radziłem sobie z cyframi, dlatego kiedy doszło do wyboru kierunku głównego, przedmioty związane ze światem finansów wydawały się odpowiednim tropem.

W połowie drugiego roku znużył mnie mój trener i jego nieustanne nalegania, żebym trenował według ułożonego przez niego planu. Nie przerywając biegania, powiedziałem, żeby pocałował się w dupę, i dodałem, żeby w to samo miejsce wsadził sobie stoper.

Chociaż moje stypendium pokrywało czesne, mieszkanie i wyżywienie, nie miałem wysokiego uposażenia. Jeśli dodam do tego, że nauka nigdy nie sprawiała mi zbytniej przyjemności, nietrudno będzie zrozumieć, jak wiele nocy spędziłem na grze w pokera.

Byłem dobrym graczem, ale szybko zdałem sobie sprawę, że poker nikogo nie wyróżnia i dobra passa bez ostrzeżenia może się odwrócić. Poza tym nie znosiłem przegrywać. Zacząłem więc szukać sposobów, żeby przechylić szalę na własną korzyść. Oszukiwanie narzucało się jako oczywiste rozwiązanie, czemu nie byłem przeciwny. Ten styl gry można było jednak uprawiać tylko przez ograniczony czas, a przyłapanie na kantowaniu oznacza koniec kariery. Pewnej nocy zostałem zaproszony do gry i poznałem – jak ich później zacząłem przezywać – „w czepku urodzonych”. Były to bogate dzieciaki korzystające z funduszy powierniczych, które poker traktowały jako rozrywkę. W zasadzie nie obchodziło ich, czy wygrywają, czy przegrywają. Cieszyły ich sława i działanie. Skorzystałem z ich lekkomyślności i zaoferowałem swoje usługi. Pod koniec drugiego roku miałem pieniądze na koncie i zacząłem wyrabiać sobie nazwisko.

Jako gracz miałem dwie umiejętności, które dawały mi przewagę niemal nad każdym. Po pierwsze, nigdy nie bałem się ryzyka. Po drugie, umiałem odczytywać mowę ciała, niczym pismo Braille’a. Tego nie można się wyuczyć. Albo się z tym rodzisz, albo nie. Do gry o wysokie stawki trzeba było dostać zaproszenie. Rozgrywki prowadził syn potentata z Doliny Krzemowej. Pewnej nocy usiadłem do stolika i zgarnąłem całą pulę. Ograłem wszystkich. To była dobra noc. Zarobiłem kilka tysięcy. Jeden z rozgoryczonych graczy zasugerował, że oszukiwałem, i spreparował dowód na poparcie tego oskarżenia. Przestano zapraszać mnie do stolika. Jako student przedostatniego roku nie miałem zbyt wielu możliwości, znalazłem się w kropce. Do czasu aż pewien piątoroczniak zaczął się przechwalać swoimi umiejętnościami, wyzwałem go więc na publiczny pojedynek „wygrany bierze wszystko”. Jeśli wziąć pod uwagę jego fundusz powierniczy, spędzał zaskakująco dużo czasu w Vegas i Atlantic City, próbując przekonać wszystkich, że wie, co robi. Lubił mówić o sobie, że jest „zawodowym karciarzem”, ja jednak miałem wątpliwości. Gdyby był tak dobry, jak twierdził, nie gadałby tyle. A jeśli już, to nie przez tak długi czas. Wcześniej czy później poker każdego nauczy pokory. W jego przypadku miało się to stać wcześniej.

Łatwo wygrać w pokera, jeśli wiesz, przy którym rozdaniu licytować. Proste, nie? I tu łatwo się pomylić. Mój rywal, chcąc się popisać i odebrać mi pewność siebie, w trzecim rozdaniu poszedł na całość, ale zablefował w nieodpowiednim momencie. Wyrównałem stawkę, postawiłem wszystkie żetony i sprawdziłem. Krupier położył ostatnią kartę. Wtedy mój przeciwnik pobladł, zorientowawszy się, że ful zawsze bije strita. W puli znajdowało się siedemnaście tysięcy dolarów. Połowa należała do niego. Dziewczyna wsparta na ramieniu nieszczęśnika nagle musiała pójść do toalety. Jego „przyjaciele” też się odsunęli, nie chcąc, aby łączono ich z przegranym. Dostrzegłem błysk w jego oku i – słowo daję – niemal go powstrzymałem. Znów pomyślałem jednak, że skoro jest tak głupi, żeby…

By zachować twarz, posłał uśmiech zebranym w sali.

– Wszystko albo nic.

Rzuciłem pieniądze na stół.

– Co masz?

Położył na stole kluczyki do swojego audi. Wkoło rozległy się ochy i achy. Przyjaciele zaczęli klepać go po plecach, dziewczyna wróciła z przerwy na siusiu i wślizgnęła się na miejsce obok niego. Nie miałem samochodu, a myśl o zdobyciu auta przemówiła do mnie. Kiwnąłem w stronę krupiera, który rozdał karty. Okazało się, że i tym razem mi sprzyjały.

Wyszedłem nie tylko z dodatkowymi ośmioma i pół tysiącami dolarów, lecz także z kluczykami do audi i początkami legendarnej sławy. Okazało się, że samochód należał do ojca chłopaka, który nazajutrz zadzwonił do mnie z propozycją odkupienia maszyny. Zgodziłem się na sześćdziesiąt cztery tysiące dolarów. To była dobra noc. Zarówno wtedy, jak i teraz nie chodziło o pieniądze. Chodziło o to, żeby nikt nie mówił mi, że nie mogę robić tego, na co mam ochotę.

Wiadomości się rozeszły i ze wszystkich stron zaczęły nadchodzić zaproszenia do gry. Problem polegał na tym, że zapraszali mnie faceci, którzy robili to samo, co ja wcześniej – polowali na kogoś z pieniędzmi. Słyszałem to w ich głosach i odczytywałem z ruchów. Rozegrałem kilka partii i niemało wygrałem, ale wiedziałem, że mnie urabiają. Powoli piekli, zmiękczali i filetowali, żeby odebrać mi ostatniego centa. Pracowali nade mną, czekając na odpowiednią chwilę, żeby zaatakować. Nigdy jednak nie dałem im tej satysfakcji. Ku ich skrajnemu zdumieniu w pewną czwartkową noc usiadłem do stołu i zgarnąłem wszystko, zarabiając wystarczająco dużo, żeby starczyło mi na resztę życia. Zbierałem żetony w milczeniu, ale kiedy spojrzałem im w oczy, wiedziałem, że ich to zabolało i już nigdy więcej się nie powtórzy. Okres opieki się zakończył. W następnym tygodniu miało zacząć się spłacanie długu. Przewidziawszy to, zrobiłem coś, czego zupełnie się nie spodziewali. Nie mogli uwierzyć, że kiedy zaczęło mi dobrze iść i wyrobiłem sobie nazwisko, wycofałem się z gry i sobie poszedłem.

Nie spodobało im się to, a ponieważ mieli układy na mieście, pomijano mnie w każdej rozgrywce, nie tylko w samym Bostonie i okolicach, lecz także w całej północno-wschodniej części kraju. To nie miało dla mnie znaczenia. Poker mnie znużył tak samo jak Boston. Kierowałem wzrok w stronę horyzontu, szukając nowej gry. I znalazłem ją.

W Londynie.

Rozdział trzeci

Woda sięgała mi do pasa, była przejrzysta jak dżin i przy braku najlżejszej bryzy gładka jak szkło. Kiedy stała się głębsza, turkus ustąpił głębokiemu granatowi. Z mojej prawej strony słońce chyliło się ku zachodowi, wędrując przez tę piękną scenerię. Sześć metrów pode mną homar umykał do podwodnej kryjówki. Promień słoneczny unosił się zaledwie kilka centymetrów nad dnem oceanu. Dwieście metrów dalej zakotwiczyły dwie łodzie. Dzieciaki na morzu. Fajki do nurkowania, maski. Siatki na homary. Śmiechy. Wokół na materacach dryfowali natłuszczeni olejkiem, smażący się w promieniach słońca dorośli. Unoszący się zapach soli, olejku kokosowego, rumu i zużytego paliwa wskazują, że spędzili w tym miejscu większość dnia.

Niemal każdego weekendu mieszkańcy Miami wypływają z Biscayne Bay przez Stiltsville siedemdziesiąt kilometrów w głąb oceanu. Przybywają wczesnym rankiem i wypełniają to miejsce dziesiątkami łodzi. Północne Bimini, o długości około jedenastu kilometrów i szerokości dwustu metrów – odrobinę większa niż biały punkcik na Atlantyku. Wyspa należy do Bahamów, jest miejscem połowu marlina błękitnego i albuli, przybrzeżną oazą dla socjety Miami, ulubionym miejscem Hemingwaya i jedną z ostatnich pozostałości imperium Jej Królewskiej Mości. Jest także dogodnym miejscem ucieczki dla pozbawionych złudzeń i całkiem dobrym miejscem do życia dla odnoszącego jakie takie sukcesy dilera narkotyków. Plaża za mną pozostała biała i stosunkowo nietknięta. Piasek był usiany setkami muszli. Północny kraniec wyspy, łącznie z tą plażą, przez kilka pokoleń był własnością prywatną, ale niedawno został kupiony przez kasyno, co doprowadziło do szybkiego przekształcenia krajobrazu. W rezultacie urokliwa wioska rybacka ustąpiła najgorszemu, co kasyno miało do zaoferowania. Zgodnie z miejscowym podaniem zaginione miasto Atlantyda znajdowało się dokładnie naprzeciw mojego domu, tuż za szeregiem zakotwiczonych łodzi. Legenda ta zasługuje na uwagę ze względu na niewytłumaczalnie geometryczny kształt formacji skalnych znajdujących się tuż pod powierzchnią wody. Domyślam się, że nie muszę podawać nazwy kasyna. Przedsiębiorczy właściciele już spieniężyli mit i wożą gości do skał łódkami ze szklanym dnem. Nie dziwi, że cała historia znacznie została rozbudowana. Ponoć widziano w tym miejscu syreny.

Wylądowałem na tej wyspie trochę jak Kolumb. Przez pomyłkę. Jimmy Buffett, mieszkający tu od dziesięciu lat, ujął to najtrafniej: „Lata i zimy mijają jak drzazg drobiny…”.

Nadal nie pojawiła się na plaży. Moja lewa stopa zaczęła nerwowo podrygiwać. W każdej chwili może się zjawić. Prawda? Prawda. Magistrat początkowo wzbraniał się, kiedy chciałem zamówić ceremonię ślubną na plaży o siódmej wieczorem, ale kiedy na ladzie położyłem zwitek banknotów, wszystko się zmieniło. Zaczęła się gadka o tym, jak uwielbiają udzielać ludziom ślubu na plaży przy zachodzącym słońcu. Urzędnika też nadal ani śladu, ale ma jeszcze chwilę.

Realizując swój nie tak znów bardzo romantyczny plan, zapytałem Shelly, gdzie chciałaby wyjść za mąż. „Dokładnie tu” – odparła, wskazując na swoje stopy. Co wyjaśnia powód, dla którego tu się znalazłem. Wyobrażała sobie, że zachodzące słońce oświetla jej twarz. Bryza od morza rozwiewa włosy. My trzymamy się za ręce. Wierzyła, że ślub tutaj, w tej turkusowej wodzie, zmyje pamięć o jej pierwszym małżeństwie i cierpieniu, jakiego w nim zaznała. Nigdy nie byłem żonaty, ale to nie znaczy, że nie mam wspomnień i nie zaznałem cierpienia. Stałem tam, w wodzie po kostki, patrząc na nią. Jej targane wiatrem włosy smagały oczy i policzki. Owijały się wokół kostiumu. Bosa. Opalona. Uśmiechnięta. Szła w moją stronę. Brała mnie za rękę.

Odruchowo spojrzałem na nadgarstek, żeby sprawdzić godzinę, ale zegarka nadal nie było. Tylko jasnobrązowa linia w miejscu po pasku. Shelly będzie zadawać pytania, a ja muszę wymyśleć historyjkę, która nie będzie wierutnym kłamstwem.

Colin zapowiedział, że weekend spędzi na bertramie – osiemnastometrowym wędkarskim jachcie napędzanym przez dwa dieslowe silniki z doładowaniem, z których każdy ma moc ponad tysiąca koni mechanicznych. Biorąc pod uwagę pojemność zbiorników na paliwo i wydajność silników, bertram miał zasięg kilku tysięcy mil i był idealną łodzią na dłuższe wyprawy do archipelagu Keys, a nawet do wybrzeży Kuby i dalej na południe. Jacht wyposażony był w trzy prywatne kabiny, kuchnię i część wspólną, nie wspominając rozległej przestrzeni od strony dziobu i rufy, gdzie można się wyciągnąć w odosobnieniu albo zasiąść na krześle łowieckim i stoczyć walkę z tuńczykiem lub marlinem. Bez wątpienia na łodzi nie brakowało miejsca dla Marguerite, Zaula i Marii.

Choć Floryda pod wieloma względami jest piękna, cierpi z powodu problemu, którego nie potrafił rozwiązać żaden polityk. W razie sztormu lub katastrofy naturalnej tylko kilka dróg umożliwia ewakuację. Biorąc pod uwagę liczbę osób zamieszkujących stan, drogi momentalnie zmieniają się w parking uniemożliwiający szybką ucieczkę. Colin kupił bertrama jako środek transportu dla swojej rodziny na wypadek konieczności szybkiego opuszczenia domu. Z czasem łódź zaczęła jednak służyć także do podróżowania na wyspy. Urządzali sobie takie wycieczki kilka razy w miesiącu. Osiągana przez jacht prędkość czterdziestu węzłów oznaczała, że Colin mógł odpalić silnik, przepłynąć przez kanały, minąć Stiltsville i dotrzeć do Bimini w niespełna półtorej godziny.

Shelly tego ranka miała zrobić obchód, przed południem i po południu planowała kilka zabiegów, potem chciała załatwić parę spraw, zrobić drobne zakupy i o wpół do piątej spotkać się z Colinem w porcie.

Penetrowałem horyzont, wypatrując łodzi, ale nie dostrzegłem śladu bertramu. To, że Shelly jeszcze się nie zjawiła, mogło oznaczać jedną z dwóch rzeczy: zaczęła mieć wątpliwości, w co raczej nie chciało mi się wierzyć, albo w pracy wydarzyło się coś niespodziewanego, czym musiała zająć się osobiście i co skutkowało spóźnieniem się na własny ślub. Jeśli chodzi o Colina, cieszył się moim szczęściem. Trudno mi było wyobrazić sobie inny niż kłopoty rodzinne powód tego, że jeszcze nie stał na plaży. Skoro nie rzucił kotwicy, najprawdopodobniej wydarzyło się coś poważnego i nagłego. Nieobecność obojga oznaczała, że to „coś” zatrzymało ich jednocześnie. W awarię łodzi wątpiłem. Ale być może Colin potrzebował zawodowej pomocy Shelly. To znaczy lekarza.

Wydawało mi się, że stoję w wodzie od godziny, wyszedłem więc na piasek i zapytałem starszą kobietę z psem:

– Wie pani może, która jest godzina?

– Piętnaście po ósmej – odparła, spojrzawszy na zegarek.

Coś mi tu nie grało. Stałem z założonymi rękami i zaciśniętymi ustami. Miałem wprawdzie telefon komórkowy, ale rzadko z niego korzystałem i zupełnie nie wiedziałem, jak przekazać numer, pod którym można się ze mną skontaktować. Regularne korzystanie z komórki było ryzykowne, bo organy ścigania mogły namierzyć moje miejsce pobytu. Z tego powodu Colin co tydzień, a czasem nawet kilka razy w tygodniu, dawał mi nową kartę SIM. Nowy aparat dostawałem natomiast przynajmniej raz w miesiącu. Początkowo próbowałem zapamiętać każdy nowy numer, ale zrezygnowałem, kiedy doszedłem do dwudziestego numeru i czwartego telefonu. Tylko Colin znał mój aktualny numer, a dla potwierdzenia swojego geniuszu i pamięci fotograficznej nigdy go nie zapisywał. Wszystko przechowywał w głowie. To pozwalało nam tak długo i z takim sukcesem pozostawać w grze.

Słońce zaszło, a światło księżyca zastąpiło promienie słoneczne, kiedy usłyszałem wirnik helikoptera. Colin nie cierpiał korków – gardził nieskutecznością – zwykle więc używał śmigłowca, żeby dotrzeć na ważne spotkanie biznesowe albo skoczyć na wyspę na lunch. Maszyna zatoczyła koło, wylądowała. Shelly wysiadła i wolno ruszyła w moją stronę.

Nie miała na sobie sukni ślubnej.

Jej lekarski fartuch wyglądał, jakby został opryskany purée ziemniaczanym. Podeszła z założonymi rękami i zatrzymała się w pewnej odległości. Widać było, że płakała. Po policzkach nadal płynęły jej łzy. Ruszyłem w jej stronę, a ona zrobiła krok w tył, nie patrząc na mnie. Kiedy helikopter się uciszył, rzuciła mi spojrzenie, odwróciła wzrok, a potem znów na mnie popatrzyła, tym razem przez dłuższą chwilę.

Nigdy wcześniej nie widziałem w jej oczach takiego smutku.

Wiatr chłostał plażę, a piasek smagał mnie po łydkach i kostkach. Po minucie Shelly odgarnęła włosy z twarzy i znów założyła ręce. Silniej objęła się ramionami.

Zrobiła krok do tyłu. Jej oczy znów zaszły łzami. Zaczęła mówić, odwróciwszy wzrok.

– Wczoraj wieczorem Lotnicze Pogotowie Ratunkowe przywiozło dziewczynkę. Pitbull pogryzł jej twarz. Straciła dużo krwi. ‒ Shelly spojrzała na mnie. ‒ Znalazła się między złymi ludźmi, robiącymi złe rzeczy. ‒ Wpatrywała się w swoje dłonie, po czym wreszcie spojrzała mi w oczy. Spędziłam osiem godzin, próbując… ‒ Przerwała. Cała się trzęsła.

Chciałem ją przytulić, ale odwróciła się i z całej siły mnie spoliczkowała. A później jeszcze raz.

– Weź sobie jej uśmiech – wycedziła przez zaciśnięte zęby i pokręciła głową. ‒ Nie jestem pewna, czy ona…

Czekałem. Pokręciła głową i wytarła nos ręką. Dokończyła, mamrocząc coś niezrozumiałego. Utrzymując dystans, wyciągnęła drugą rękę, jakby chciała mi coś podać. Zareagowałem, a ona nie odrywała wzroku od zaciśniętej, lekko trzęsącej się pięści. Dotknąłem jej dłoni, rozwarła palce i upuściła mój zegarek. Był lekki i miał pobrudzone szkiełko. Nie mogłem odczytać godziny.

– Maria miała go na ręku, kiedy ją przywieźli – powiedziała, patrząc na przedmiot. Załamał jej się głos, ale po chwili się opanowała. ‒ Przy nim jej rączka wydawała się jeszcze mniejsza.

Wreszcie to do mnie dotarło. Zakłuło mnie w sercu.

– Moja Maria? – zapytałem podniesionym głosem.

Shelly przełknęła ślinę, ale nic nie powiedziała. Właśnie ją straciłem.

– Przeżyje? ‒ naciskałem.

Shelly tylko wzruszyła ramionami i pokiwała głową. Zrobiła krok w stronę helikoptera i powiedziała przez ramię:

– Colin… – zawahała się, spojrzała na swoje dłonie i ciągnęła: ‒ powiedział mi… wszystko. Począwszy od dnia, kiedy się spotkaliście. ‒ Pokręciła głową z niedowierzaniem. ‒ Odparłam, że nie znam człowieka, o którym mówi. Nigdy go nie spotkałam. Mężczyzna, którego kochałam, nigdy by mnie nie okłamał. Nie wystawił na niebezpieczeństwo. Nigdy nie wykorzystałby mnie w taki sposób – dodała ostrym tonem. Zamilkła. ‒ Kiedy wychodziłam ze szpitala, zobaczyłam trzech gliniarzy siedzących w samochodach i piszących raporty. Silni faceci. Tatuaże. Czarne mundury. Byli z Marią, kiedy ją przywieziono. Zapytałam, czy kogoś podejrzewają. Rzucili tylko: „Corazóna Negro” i dodali, że ścigają go od dziesięciu lat. Twierdzili, że jest jak duch. ‒ Znów spojrzała mi w oczy. Zadrżała. ‒ Powinieneś był mi powiedzieć.

Shelly mieszkała w Miami od dawna, bardzo dobrze mówiła po hiszpańsku. Znacznie lepiej ode mnie. Nie proponowała tłumaczenia, a ja nie prosiłem.

Wiedziałem, co to znaczy, a także, że ona to wie.

Fala sięgnęła naszych stóp. Shelly uklękła, zanurzyła dłoń w wodzie i obmyła krew, którą na ręce pozostawił brudny zegarek. Pilot helikoptera zrozumiał mowę jej ciała i śmigło maszyny zaczęło się kręcić. Wirować. Kiedy wstała, otarła oczy z łez i spojrzała na mnie. Miała spuchniętą, spowitą ciemnością twarz, a jej oczy przypominały tlące się węgielki.

– Charlie, czy ty kiedyś pomyślałeś, że życie nie jest partią pokera, a my nie jesteśmy żetonami, które rzucasz na stół, bo „tak ci się podoba”? ‒ Jej oczy i twarz znów stały się stalowo zimne. ‒ Jest w tobie zło. I… ‒ wskazała dłonią ślady krwi – ono plami wszystkich z wyjątkiem ciebie. Koniec. ‒ Podeszła do mnie. ‒ Nigdy więcej nie próbuj się ze mną skontaktować. ‒ Odwróciła się i popatrzyła na wodę. ‒ Nigdy.

Obejmowała się ramionami, wiatr szarpał jej ubranie i targał włosy. Wsiadła do helikoptera, który uniósł się nad plażą, skierował na zachód i zniknął w ciemnościach nocy. Nie byłem w stanie powiedzieć słowa. Jej odejście złamało mi serce. Nie jestem pewny, czy równie mocno pragnąłem ożenić się z Shelly, jak nie chciałem jej stracić. Ślub mówił coś o niej. Nasze rozstanie mówiło coś o mnie. I to oskarżenie mnie przerażało.

Rozdzieliła nas prawda o mnie.

Tytuł oryginału: Water From My Heart

Copyright © 2015 by Charles Martin

„O kopaniu studni” copyright © 2015 by Charles Martin

Copyright for the Polish Edition © 2018 Edipresse Polska SA

Copyright for the Translation © 2018 Jakub Jedliński

Edipresse Polska SA

ul. Wiejska 19

00-480 Warszawa

Dyrektor ds. książek: Iga Rembiszewska

Redaktor inicjujący: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska

Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51), Barbara Tekiel (tel. 22 584 25 73),

Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Redakcja: Agnieszka Betlejewska

Korekta: Ewa Mościcka, Ewdokia Cydejko

Okładka © 2015 Hachette Book Group, Inc.

Projekt okładki: Jody Waldrup

Zdjęcie na okładce: Steve Clancy/Getty Images

Skład i łamanie: Master, Łódź

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl

mail: [email protected]

tel.: 22 584 22 22

(pon.–pt. w godz. 8.00–17.00)

www.facebook.com/edipresseksiazki

www.instagram.com/edipresseksiazki

ISBN 978-83-8117-725-2

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.