Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 858 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Prorocy znad Fiordu Wieczności - Kim Leine

Mocna, uniwersalna powieść o starciu dwóch kultur, nagrodzona przez Radę Nordycką.

Najnowsza książka jednego z najważniejszych współczesnych duńskich pisarzy, Kima Leine – mocna, niekiedy wręcz brutalna opowieść o duńskiej kolonizacji Grenlandii. Lakoniczny styl, epicki rozmach, a przede wszystkim – jej uniwersalność niezależnie od konkretnych realiów historycznych – zostały docenione przez Radę Nordycką, która w 2013 roku przyznała Leinemu za tę powieść nagrodę literacką.

Dania, koniec XVIII wieku. Morten Falck, mimo że bardziej interesuje go medycyna niż teologia, zostaje wyświęcony na pastora i postanawia wyruszyć jako misjonarz na Grenlandię. Wyobraża sobie, że podobnie jak duńscy kolonizatorzy będzie niósł mieszkającym tam poganom chrześcijaństwo i zdobycze cywilizacji. Słyszy o nich, że są przebiegli i podstępni, żyją w zepsuciu i grzechu. W podróż zabiera ze sobą mleczną krowę i jedno zdanie Rousseau, które traktuje jako swoje życiowe motto.

Po przybyciu na miejsce okazuje się, jak bardzo się mylił. Rdzenni Grenlandczycy, choć narasta w nich gniew i opór przeciwko duńskim przybyszom, są gościnni i szczodrzy, Falck spotyka wśród nich bratnie dusze. Za to okrutny, bezlitosny klimat wyniszcza mieszkających tam Duńczyków. Szerzą się hazard, pijaństwo i rozpusta.

Pośród mroźnych przestrzeni Grenlandii Falck zagląda w głąb siebie. W mroku polarnych nocy dociera do jądra ciemności i stacza się na dno. Czy uda mu się powstać? I czy pomogą mu w tym tytułowi prorocy?


Powieść Kima Leine to krok milowy i arcydzieło. Oraz pomnik zagubionej duńskiej niewinności. – Dziennik “Information”


Leine wkłada palec w ranę i pokazuje krzywdy wyrządzone przez duńskich osadników w Grenlandii oraz ich własną zagładę w niemiłosiernym grenlandzkim klimacie. – Matthias Borngrebe


Kim Leine – pisarz pochodzenia duńsko-norweskiego. Urodzony w 1961 roku w duńskiej rodzinie w Bø w Norwegii, w wieku 17 lat przeprowadził się do Kopenhagi, gdzie zamieszkał z ojcem. Przez 15 lat mieszkał i pracował na Grenlandii. Zadebiutował w 2007 roku powieścią Kalak, w której wykorzystał przede wszystkim wątki autobiograficzne. Autor takich książek jak Valdemarsdag, Tunu oraz Prorocy znad Fiordu Wieczności, za którą otrzymał nagrodę literacką Rady Nordyckiej. Powieść została przetłumaczona na norweski, holenderski, niemiecki i włoski.

Opinie o ebooku Prorocy znad Fiordu Wieczności - Kim Leine

Fragment ebooka Prorocy znad Fiordu Wieczności - Kim Leine

Kim Leine

PROROCY ZNAD FIORDU WIECZNOŚCI

przełożyły Justyna Haber-Biały i Agata Lubowicka

Książka wydana przy wsparciu

Tytuł oryginału: Profeterne i Evighedsfjorden

Copyright © Kim Leine & Gyldendal, Copenhagen 2011

Published by agreement with Gyldendal Group Agency

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVI

Copyright © for the Polish translation by Justyna Haber-Biały, Agata Lubowicka, MMXVI

Wydanie I

Warszawa, MMXVI

Pamięci autonomii Grenlandii

(1979–2009)

i jej twórców

PrologUpadek(14 sierpnia 1793)

Wdowa weszła tu sama, nikt jej do tego nie zmusił. Najpierw wytłukła wszy ze swego najlepszego ubrania i przyodziała się w nie, następnie we wspólnej balii z moczem umyła włosy i upięła je wysoko. Odmówiła cichą modlitwę wśród obserwujących ją w milczeniu współmieszkańców, zeskrobała z policzków tłuszcz zmieszany z sadzą i spożyła smaczny posiłek, który przed nią postawiono. Na końcu lekkim krokiem weszła na górę. Teraz siedzi tutaj, przy samej krawędzi, z rozpalonymi policzkami, pełna oczekiwania i niemalże szczęśliwa. Jej nogi są przyzwoicie podwinięte, na wdowią modłę, tak jak zazwyczaj siada w domu na swej małej bocznej leżance pod otworem okiennym. W jednej ręce ściska krzyż, ciężkie ciepło złota sprawia, że ogarnia ją poczucie bezpieczeństwa. Głęboko w dole poniżej znajduje się spadek o długości przynajmniej stu sążni. Kobieta słyszy morską kipiel, wodę, która wraz z każdym uderzeniem o skałę zostaje rozbita w białą pianę, wycofującą się z sykiem. Ona jednak tego nie widzi. Zacisnęła mocno powieki, spojrzenie kierując ku swemu wnętrzu, pokonała niepokój, zmuszając oddech i bicie serca do spokojnego, miarowego rytmu, i porusza wargami, bez ustanku powtarzającymi słowa litanii: Boże Ojcze Święty, któryś jest w Niebie, zmiłuj się nad nami nędznymi grzesznikami. Synu Boży, zmiłuj się. Duchu Święty Boże. Błogosławiona i wspaniała Trójco Przenajświętsza. Czuje porywy wiejącego z dołu wiatru, który nadyma jej ubranie. Przywiera do wilgotnego torfu na skale, by przed czasem nie zostać strąconą za krawędź urwiska. Ciągle w pozycji siedzącej, odmawia litanię, czekając na swego pomocnika. Swoim strachem przed śmiercią i krwawym potem, swoim krzyżem i cierpieniem, zbaw nas, dobry Panie!

Nareszcie go słychać. Zza pleców dochodzi ją dźwięk jego skrzypiących butów, zakrada się do niej w ciszy, niemal wstydliwie, nieśmiały niczym młody zalotnik, słyszy, jak usiłuje stłumić ciężki, dyszący oddech. Z ledwością powstrzymuje się od tego, by nie uśmiechnąć do niego porozumiewawczo pod nosem. Prosimy Cię, usłysz nas, dobry Panie!

Słyszy, że przystanął, zaledwie kilka kroków za nią. Wyobraża sobie, że przygląda się jej badawczo, zupełnie jak przy ich pierwszym spotkaniu, i zastanawia się, gdzie i jak mocno ma uderzyć. Ona wie, że mężczyzna chce ją zabić, a nie wyrządzić jej krzywdę. To pocieszające, że ma go tak blisko siebie, teraz, kiedy jej życie dobiega końca, dzięki temu czuje się bezpieczna i jest w stanie się odprężyć. Pochyla głowę ku piersi i głęboko wdycha powietrze. Synu Boży, prosimy Cię, usłysz nas!

Powietrze jest łagodne; wirując ku górze, niesie ze sobą zapach muszli i glonów, obnażonych na linii przypływu. W oddali słychać krzyk mew. Mimo woli otwiera oczy, nie może się powstrzymać. Nawet teraz, na najdalszym krańcu wszystkiego, kiedy jej umysł, nastawiony na to, co boskie, powinien wznieść się ponad trywialność ziemskiego życia, po prostu musi zobaczyć, co zajmuje uwagę hałaśliwego ptactwa. Dostrzega statek kierujący się na północ, dwumasztowiec z wydętymi żaglami, oślepiająco białymi niczym skrzydła mew i rój ptaków krzyczących wokół masztów. Nie, jednak nie jest gotowa na to, aby spotkać swego Stwórcę. Nie dziś. Ale wie, że jest za późno, by się rozmyślić, za późno dla niej i dla tego, kto stoi za nią. Wszystko zostało przygotowane. Upadek już trwa, tak naprawdę rozpoczął się wiele lat wcześniej.

Słyszy jego spokojny oddech i wie, że nie dostrzegł statku. Za bardzo pochłania go to, co za chwilę ma zrobić. Czy boi się tak samo jak ona? Wolałby, żeby się to miało nie zdarzyć? Kobieta myśli o tym, że jeśli będzie w stanie sprawić, żeby zobaczył statek, być może wszystko potoczy się inaczej i uda się opóźnić tę morderczą schadzkę.

Nagle czuje jego dłoń na swojej szyi i wzdryga się gwałtownie, wydając z siebie cichy jęk. Ale jemu chodzi tylko o krucyfiks. Szybkim ruchem zdejmuje jej rzemień przez głowę i wyrywa złoty krzyż ze ściskającej go ręki.

„Bierz go sobie – myśli kobieta. – Nie potrzebuję go dłużej. Zbyt wiele korzyści mi nie przyniósł”.

Nieznacznie przekręca głowę w bok, żeby choć zerknąć na niego, dobrze wiedząc, że to niemądre, że to tylko przyspieszy bieg wypadków i uczyni go jeszcze bardziej nieodwracalnym. Na widok ciemnego cienia za swym ramieniem wzdryga się i mówi głośno: Panie Jezusie Chrystusie, zmiłuj się nad nami! But uderza ją w plecy. Głowa zostaje silnie odrzucona w tył, zaś ciało leci do przodu, przewala się ponad krawędzią urwiska i spada, łopocząc, wirując, stawiając opór. W ślad za nim ciągnie się pionowy krzyk niczym nierówna linia narysowana węglem.

Mężczyzna czyni krok do przodu. Ostrożnie stawia but na miękkim mchu zapadającym się pod ciężarem stóp, wychyla się za krawędź i dostrzega ciało spokojnie kołyszące się na spienionej fali z twarzą skierowaną w dół. Zdejmuje czapkę, przyciska ją do piersi i mamrocze: Niechaj łaska naszego Pana Jezusa Chrystusa będzie z nami wszystkimi na wieki wieków. Amen.

Część ISyn bakałarza

Rozdział 1Kopenhaga(1782–1787)

Niebo jest zachmurzone, a powietrze przesycone wilgocią, gdy Morten Pedersen przybywa do Kopenhagi 1 czerwca 1782 roku, dziesięć dni po swoich dwudziestych szóstych urodzinach. Siedzi w szalupie, kołysząc się i spoglądając na las masztów na redzie. Jest wpół do siódmej rano. Przez całą noc nie zmrużył oka, przechadzał się tam i z powrotem po pokładzie statku pocztowego z Christianii, irytując marynarzy i przeszkadzając im. Gdy wyskakuje na pomost przed Toldboden, jego ubranie wydaje się przesiąknięte wilgocią mgły, która jakby zakorkowała Sund. Czuje się lekko podziębiony, wie, że zacznie kaszleć, ale nie przejmuje się tym zbytnio. Ma silną konstrukcję, proces selekcji naturalnej wśród rodzeństwa sprawił, że postrzega się jako osobę, której dane będzie przeżyć, pomimo sporej dawki fatalizmu, w który wyposażył go los. Podróż trwała trzy dni. Po drodze miejscami silnie wiało, ale nie zapadł na chorobę morską. Czuje, że podczas swojej pierwszej morskiej podróży poradził sobie jak mężczyzna, oczekiwał jednocześnie jakiejś formy uznania od załogi albo przynajmniej uściśnięcia dłoni i paru słów na pożegnanie. Wyobraża sobie, że szeptem wymieniano uwagi o dzielnym norweskim młokosie, który nie pozwoli sobie w kaszę dmuchać. Oni jednak tylko wynoszą jego skrzynię na ląd bez jednego słowa i pozostawiają go samemu sobie. Za nim słychać uderzenia wielu innych szalup o falochron. W szarym świetle poranka na pomost wskakują różne postaci, dźwigając swoje worki i skrzynie.

– Dokąd, mistrzu? – Tragarz postawił swój dwukołowy wózek i podszedł do niego.

Wyciąga kopertę, otwiera, wręcza kartkę z adresem tragarzowi. Ten nie chce papieru. Spogląda na niego pytająco.

„Aha – wnioskuje Morten – to analfabeta”.

– Nørregade – mówi Morten, siląc się, by to zabrzmiało po duńsku. – Kamienica drukarza Schultza.

– Tędy, mistrzu – kieruje go tragarz, prowadząc do bramy, w której celnik rozkłada i studiuje jego paszport.

Po chwili otrzymuje dokument z powrotem.

– Kopenhaga wita studenta – odzywa się celnik prawdopodobnie ironicznym tonem.

Następnie wyrusza w kierunku miasta, tuż za małym, chyboczącym się wózkiem. Po podróży statkiem jeszcze niepewnie czuje się na nogach i co jakiś czas lekko się zatacza. Ruch uliczny bliżej miasta wydaje się przytłaczający. Zewsząd dochodzą różne dźwięki: wiejskich furmanek z towarami dla szynków i na rynek, wozów z beczkami piwa, dyliżansów z ciemnymi postaciami za szybami i woźnicami wysoko na koźle, żołnierzy z oczami tępo spoglądającymi przed siebie, którzy maszerują, wybijając rytm swoimi wysokimi butami. Mężczyźni dźwigają na ramionach ogromne tobołki z ubitymi gęsiami, kurami czy królikami. Chłopcy wymachują ulotkami i wykrzykują zwrotki wersów, których nauczyli się na pamięć tego poranka. Bruk wydaje się śliski jak mydło, otulony jakąś nieokreśloną powłoką. Morten potyka się, ale chwyta ramię tragarza, który odwraca się i popycha go mocno w kierunku chodnika. W pobliżu pobrzękuje zaprzęg konny. Ludzie krzyczą coś w jego kierunku, woźnica im odkrzykuje i wymachuje batem. Morten nie pojmuje, o czym mówią, duński słyszał tylko u sędziego okręgowego i pastora w domu, w Akershus, ale nie takiego duńskiego tu używają. Rozumie natomiast, że tragarz uratował go od zmiażdżenia przez koła wozu. Pojawia się zatroskana myśl o tym, ile też będzie musiał dać mu napiwku. Zauważa, że wpadł do rynsztoka. Ponownie wskakuje na chodnik, czując, że jeden z trzewików jest przesiąknięty płynem, nad którego zawartością woli się nie zastanawiać. W drzwiach i bramach stoją kobiety, ukazujące kostki i podwiązki, przesyłają mu uśmiechy, które przyprawiają go o zimne poty ze strachu. Wodzą za nim oceniającym wzrokiem i śmieją się, gdy już go otaksowały. Prowincjusz.

Tragarz wchodzi do bramy. Echo ich kroków rozbrzmiewa we wszystkich kierunkach. Zatrzymują się na dużym wewnętrznym podwórku kamienicy. Płaci tragarzowi, daje mu o wiele za dużo, gdyż mężczyzna zwraca się do niego „czcigodny studencie”, może kpiącą, może po prostu żartobliwą sugestią, i dodaje coś tym samym tonem, coś, czego on już nie rozumie. Chwilę później pojawia się jakiś mężczyzna, który przedstawia się jako prokurator Gill, Norweg, jak i on; jest to człowiek, który zgodnie z umową ojca znalazł mu kwaterę i ma się zatroszczyć o jego sytuację materialną podczas pobytu w Kopenhadze. Kamienica należy do drukarza Schultza. Ma zamieszkać w niewielkiej izbie nad drukarnią. Jakaś kobieta zajmująca się gospodarstwem drukarza wydaje mu klucze i wyjaśnia, że będzie jadał razem z pracownikami drukarni. Pokazuje mu to miejsce. Podąża tuż za nią przez podwórze. Mężczyźni w roboczych strojach zerkają w jego kierunku, nie witając się. Słyszy maszynę, która wydaje metaliczne odgłosy uderzeń. Ruchy mężczyzn są sprawne i efektywne. Wraca do prokuratora Gilla, który wręcza mu kawałek papieru ze swoim adresem. Potem kłania się uprzejmie i wychodzi. Kobieta prowadzi go w kierunku aneksu kucharza, w drugim końcu podwórka, a tam pojawia się madam, witając go.

Madam Schultz przygląda mu się i mówi:

– Tak, wygląda dość niewinnie. Pije?

Zszokowany Morten kręci głową.

– Nie, wielmożna pani.

– Zostaje przyjęty – informuje uprzejmie madam.

Morten kłania się nisko, tak jak uczył go ojciec w stosunku do osób, które stoją nad nim w zawikłanej hierarchii miasta będącego siedzibą władzy królewskiej. Najprawdopodobniej to błąd, że ukłonił się tej kobiecie, a jeszcze większy, że tytułował ją wielmożną panią, ale stało się. Stoi samotnie na podwórku z kapeluszem w dłoni. Udaje się na górę do swojej izby, wyciąga rzeczy ze skrzyni podróżnej, rozkładając je na stole i w niewielkiej szafie. Rozbiera się i wiesza na krześle wilgotne ubranie z podróży. Później kładzie się spać, ale nie może zmrużyć oka. Przez okno dochodzi do niego stukot końskich kopyt i uderzenia metalowych kół powozów o bruk. Zaledwie cztery dni temu obudził się w alkowie swojej izby w Lier w pobliżu Drammen, przysłuchiwał znajomym dźwiękom rodziców na dole i porykiwaniom zwierząt w oborze. Potem wstał, włożył podróżne ubranie, spakował ostatnie drobiazgi, zszedł na dół i zjadł śniadanie, następnie udał się do wioski odprowadzany przez ojca, bakałarza, który stał i czekał, aż dyliżans odjedzie do Christianii.

– To wydaje się całkowicie niemożliwe – rozważa Morten, leżąc na posłaniu w swojej nowej izbie – że można odbyć taką samą podróż w drugą stronę. Równie niemożliwe jak wyobrażenie sobie powrotu w czasie.

Jest najmłodszym z siedmiorga rodzeństwa, a także jedynym żyjącym chłopcem. Któreś z jego starszego rodzeństwa zawsze polegiwało w alkowie pokoju dziennego i gasło z cierpliwym uśmiechem na ustach. Często przesiadywał u nich, ciepłą dłonią ogrzewając ich zmarznięte ręce. Po pewnym czasie uścisk i uśmiech zamierały, wychudzone ciało wynoszono do stodoły, alkowę myto i wietrzono, a wkrótce pojawiała się w niej kolejna osoba. Proces umierania wydawał się stanem permanentnym, rodzajem trwałego, uroczystego okresu, w którym nie można było biegać i się śmiać. Jedną wielką ciszą. Tak właśnie zapamiętał swoje dzieciństwo. Nieprzerwana samokontrola, wyuczona powaga, która w końcu na trwałe zagościła na jego gębie, gdy śmierć zbierała swe żniwo. W końcu została tylko starsza siostra Kirstine. Przez kilka kolejnych lat przyglądali się sobie wyczekująco, ale żadne z nich nie trafiło do alkowy. Teraz siostra mieszka u rodziny pastora w Nakskov.

Gdy Morten ukończył szkołę łacińską, został nauczycielem pomocniczym w szkole ojca. Upłynęło kilka lat. Któregoś dnia oświadczył, że pragnie studiować medycynę. Skąd pojawił się ten niesłychany pomysł, nie pamięta. Ojciec nie wyraził na to zgody. Miał zostać pastorem. Ojciec sam o tym marzył, podobnie jak jego dziadek i pradziadek. Teraz nadeszła odpowiednia chwila. Teraz znalazły się na to środki. W końcu pogodził się z losem, szczęśliwy, że w ogóle dane mu było wyjechać.

Powoli odnajduje się w swoim nowym życiu, w tym mieście władzy. Każdego dnia spożywa posiłki z pracownikami drukarni, dania ubogie w mięso, w większości składające się z wodnistych papek we wszystkich możliwych odmianach, uczy się przeżuwać jedzenie, nie smakując go, i zapychać się taką ilością chleba, jaką jest w stanie pochłonąć, żeby wypełnić ściśnięty żołądek. Przesiaduje przy parapecie w swoim pokoju, czytając grecką gramatykę, od czasu do czasu zerkając na hałaśliwą ulicę, na której przechylające się na boki furmanki wiozą towary na rynek, a żołnierze przechadzają się po ulicach, zaczepiając młode dziewczyny, które w odwecie obrzucają ich wyzwiskami. Powraca do swojej greckiej gramatyki, ale jednym uchem przez cały czas śledzi przejawy namiętności i pijackie rozmowy. To dwie strony medalu, to ta walka, którą przez cały czas toczy ze sobą, walka między przyjemnością a obowiązkiem, między marzeniem, aby stać się physicusem1, a żądaniem, aby został theologusem. Uczestniczy w nielicznych przyrodniczych wykładach odbywających się na uniwersytecie i w innych częściach miasta zazwyczaj w formie prywatnych spotkań, studiuje także wielkie dzieło Linneusza. Przesiadując w czytelni uniwersyteckiej, uczy się rysować kwiaty i w ukryciu kopiuje ryciny z Flora Danica; w ukryciu, gdyż praca ta okazuje się problematyczna dla Kościoła, bo z jednej strony odtwarza wielki akt stworzenia, ale z drugiej sytuuje się ponad nim, klasyfikując go w rodzaje i gatunki. Niekiedy opuszcza mury miasta, siada na brzegu rowu ze szkicownikiem na kolanach i z węglem do rysowania przemieszczającym się po papierze, czując, jak do pewnego stopnia odzwierciedla swoją wizję młodego Linneusza w podobnej sytuacji. To prawdziwe życie zajmuje jego myśli – dziwki i kwiaty, i ruch uliczny w mieście, i strumienie fekaliów płynące ulicami, wypluwające swą zawartość do kanałów. Jednakże grzecznie uczęszcza na wykłady z teologii, przebija się przez Biblię w dwóch oryginalnych językach, konwersuje ze swoimi kolegami, używając po studencku łaciny. Nieporadnie pisze po łacinie listy do domu, mając tym samym nadzieję, że zaimponuje ojcu, podpisując się: „Wasz syn Morten Falck”. Nazwisko pochodzi od jakiegoś członka rodziny, który odniósł większy sukces niż ojciec bakałarz. Jednak gdy przychodzą listy od ojca, napisane są po duńsku i zaadresowane do „studenta Mortena Pedersena”, jest mu przykro. Ani jeden z jego kolegów studentów nie nosi nazwiska kończącego się na „-sen”, przynajmniej nie oficjalnie.

Umiejscowienie jego izby tuż nad drukarnią z całym jej hałasem powoduje, że czynsz jest niski. Od rana do wieczora, często również w nocy, pojawiają się gońcy z gabinetu Høegh-Guldberga przynoszący pilne zamówienia czy obwieszczenia, które należy roznieść po całym mieście, zecerzy z dużym hukiem wkładają czcionki do skrzynek zecerskich, a rolki dociskowe hałasują tak, że z fug w suficie jego pokoju sypie się pył. Wcześnie rano, na długo zanim strażnicy udają się po nocce do domów, pojawiają się posłańcy o zaczerwienionych oczach, odbierający druki, aby sprzedać je na ulicy lub je w jakiś inny sposób rozprowadzić, posłańcy o przeszywającym, przedmutacyjnym tembrze głosu, który czyni ich idealnymi do tego fachu, a także do tego, aby zakończyć jego nocny sen. Terkot furmanek wjeżdżających na podwórze kamienicy i wyjeżdżających przez bramę, okucia kół stukające o bruk oraz dźwięk odbijający się echem od murów i podwórza kamienicy drukarza, karety przybywające z zamówieniami do natychmiastowego druku, stosy rozporządzeń i ogłoszeń przesiąkniętych zapachem tuszu olejowego i sprasowanej masy papierowej zostają załadowane na dwukołowe wózki i wysłane do miasta. Tyle się dzieje, tyle nowego i interesującego, czego do tej pory nie potrafił sobie wyobrazić, więc pozwala łacińskim i greckim gramatykom leżeć i pokrywać się kurzem. Gdy stać go na wysłanie listu, pisuje do siostry w Nakskov i opowiada o życiu w mieście władzy. Siostra odpisuje, relacjonując wydarzenia w miasteczku, w rodzinie pastora, u której mieszka, i wynika z tego, że jej życie najwyraźniej jest równie odległe od Lier jak Kopenhaga.

Morten leży na posłaniu, a niekończący się szum i klekot na dole nie pozwalają mu zasnąć. Słyszy Schultza komenderującego ludźmi, słyszy synkopowany rytm wystukiwany przez rolkę dociskową, pokaszliwania oraz dudniące odgłosy stukających drewniaków drukarzy i zecerów, ich kłótnie, gdy tusz w prasie się rozmazał, gdy składanie tekstu poszło nie tak albo gdy coś wpadło do maszyny i zablokowało walce.

Jednak wszystko to, co z początku nie pozwalało mu zasnąć, z czasem zaczyna kołysać go do snu. Niekiedy zdarza mu się wybrać statkiem pocztowym odpływającym z nadbrzeża przy siedzibie urzędu celnego w odwiedziny do siostry w Nakskov. Stary pastor, u którego mieszka, jest dalekim krewnym ich matki. Przytłaczająca cisza panująca na plebanii w Nakskov przyprawia go o bezsenność, a gdy wreszcie udaje mu się zapaść w sen, budzą go uderzające w okno gałęzie rosnącego na zewnątrz klonu. Wraz z siostrą uczestniczy we mszach, czasami widuje grafa przejeżdżającego przez miasteczko swoim sześciokonnym zaprzęgiem, ze służącymi z tyłu karety, którym trzepoczą rąbki ubrania, gdy jedną dłonią przytrzymują się kurczowo powozu, a drugą próbują utrzymać swoje wysokie kapelusze.

Pastor wygłasza z wysokiej ambony grzmiące kazanie – wielki, rudy i silny jak kowal. Mówi o deszczu siarki i zatraceniu, jakby to były miejsca i stany, nad którymi osobiście sprawuje codzienną kontrolę. Następnie, stojąc przy mównicy, oferuje pożyczkę tym chłopom pańszczyźnianym, którzy zamierzają się wykupić, by na koniec wystrzelić salwę przeciwko szwedzkiemu wrogowi, który chroniony przez samego szatana i jego upadłych aniołów pozbawił miasto wcześniejszej świetności. Na koniec odmawia żarliwie modlitwę za rodzinę królewską, a gdy wymienia poszczególnych jej członków, drży mu głos.

Po mszy wierni wspólnoty zbliżają się do niego i dziękują mu za kazanie. Morten podchodzi bliżej. Coś jest nie tak w sposobie, w jaki ten stary podaje rękę, w jego pozbawionym wyrazu spojrzeniu.

– Czy pastor jest niewidomy? – pyta podniesionym głosem.

– Ciii – ucisza go siostra. – Zakazano o tym mówić. Ale magister Gram nie widzi od dwóch lat.

– Jak więc może piastować swój urząd?

– Nikt nie ma odwagi mu się przeciwstawić – szeptem wyjaśnia siostra. – A on zna zarówno Biblię, jak i Lutra czy Pontoppidana2 na pamięć, więc wydaje mi się, że pozostanie na urzędzie do momentu, aż Pan powoła go do siebie.

– Który Pan? – dopytuje, wskazując najpierw do góry, a potem w dół, aż siostra przykrywa usta dłonią i wybucha śmiechem.

Kirstine bierze go pod ramię i pokazuje, jak zmienia się ten kraj. Coraz mniej jest dzikiej natury, podobnie jak terenów bagiennych oraz małych jeziorek i zamieszkujących je owadów, które przez stulecia szerzyły wszelakie choroby. Lasu nie ma już od dawna, a tam, gdzie rósł wcześniej, znajdują się obecnie falujące łany zbóż, które dają o jedną piątą wyższe plony niż jeszcze dziesięć lat temu. Stare drzewa zostały ścięte, a w ich miejsce pojawiły się zadrzewienia śródpolne. Wszystko wydaje się takie uładzone i schludne, nawet krowy na polu mają w sobie jakąś nieskazitelność i płochliwość.

Gdy promenują przez miasteczko, ludzie uśmiechają się i pozdrawiają ich, niektórzy podchodzą, chcą zamienić z nią parę słów. Ta młoda dziewczyna od pastora wydaje się lubiana. Morten czuje z tego powodu dumę. Przestawiła się już całkowicie na duński, ale gdy zostają tylko we dwoje, nadal używają swojego śpiewnego dialektu z Akershus, w którym akcent pada konsekwentnie na pierwszą sylabę. Odbywają długie spacery wzdłuż plaży, stopami rozgrzebują glony, szukając bursztynu. Zbierają muszelki. Siostra zwierza mu się, że cierpi z powodu tęsknoty za domem, mieszka tu od dwóch lat, a nadal jeszcze nie przyzwyczaiła się do tego miejsca. Stary pastor stanowi oczywiście utrapienie dla wszystkich razem wziętych i każdego z osobna, ale to nie jego wina, że ona nie potrafi się tu odnaleźć. To już bardziej żona pastora, uchodząca za osobę skromną i skłonną do poświęceń, okazała się humorzastym tyranem, zwłaszcza gdy przebywa się z nią sam na sam.

– Twierdzi, że chodzi o to, abym nauczyła się obowiązków gospodyni domowej, służyła pomocą w domu, ale ja przecież doskonale znam prawdziwy powód mojego pobytu w tym miejscu.

Morten spogląda na nią.

– Jeden z czterech synów pastora ma pójść w jego ślady – tłumaczy Kirstine. – Ojciec i pan Gram korespondowali sporo na ten temat.

– Ach tak – odzywa się Morten. – Więc jak wygląda ten twój przyszły? Można go zobaczyć?

– Wyjechał konno na Fionię odwiedzić rodzinę. Właściwie to jest uprzejmy i przyzwoity. Nie mam mu nic do zarzucenia. To nie o to chodzi.

– Nie? – upewnia się.

– W dzisiejszych czasach ludzie powinni móc kierować się swoją własną głową, a nie dobrym samopoczuciem rodziców – wyjaśnia siostra.

– Droga Kirstine – tłumaczy jej – jeżeli wspomniany mężczyzna jest przyzwoitym człowiekiem, powinnaś go przyjąć. Nie wiesz, co jeszcze może przynieść ci los.

– Wiem. Jak mówiłam, nie mam nic przeciwko niemu. Tylko tego tutaj płaskiego i paskudnego kraju nie znoszę. Wiesz, że gdy brakuje pagórków, to smród i brud spowijają domy jak mgła. Sama zaczynam czuć się brudna. Nie można tego z siebie zmyć.

– Może uda mu się objąć posadę gdzie indziej – pociesza ją Morten. – Możesz mu o tym powiedzieć, gdy zacznie o ciebie zabiegać. Postawić pewne warunki, popertraktować z nim. Jeżeli jest przyzwoitym człowiekiem, posłucha, co masz mu do powiedzenia. A kto wie, może nawet bardzo chętnie rozejrzy się za posadą w naszej rodzinnej Norwegii.

– Ach, ale ci wszyscy ludzie – odpowiada niecierpliwie siostra – oni wydają się tacy dumni z tego swojego zapyziałego miasteczka. Nie można o nim nic powiedzieć, bo zaraz na ciebie napadną i wyryczą prosto do ucha o tej swojej żyznej ziemi, zachwycającej przeszłości i wspaniałościach tego kraju. Nauczyłam się, że na ten temat należy trzymać język za zębami.

– Jest jeszcze sporo czasu – zauważa Morten. – Może wszystko samo się jakoś ułoży.

Czuje się nieco poirytowany postawą siostry i nie może pojąć, że tak ją to wszystko wytrąca z równowagi. To prawie jakby wściekać się na to, że wiatr wieje przeważnie z zachodu albo że zima trwa dłużej niż lato. W zasadzie uważa, że powinna czuć się szczęśliwa, mogąc zostać żoną pastora. I jak w ogóle można tęsknić za powrotem do Lier, tego najmniej znaczącego miasteczka w całym królestwie? Nie potrafi tego zrozumieć.

Odwiedziny w Nakskov nie trwają dłużej niż kilka dni, często wyjeżdża wcześniej, niż zaplanował, wypełniony przyczajonym bólem głowy spowodowanym narzekaniami Kirstine i swoją tęsknotą za domem. Tęsknotą za miastem. Gdy statek pocztowy akurat nie odpływa, wówczas wskakuje do powozu zdążającego w kierunku Nykøbing wcześnie rano, potem przesiada się do zmierzającego na północ dyliżansu pocztowego, nocuje w Vordingborgu, gdzie zazwyczaj udaje się do gospody Kronhjorten, tam spożywa posiłek składający się z kilku pajd razowego chleba i wysmażonych kawałków boczku, a później śpi w stajni owinięty w cuchnące koce. Następnego dnia kieruje się do Køge i Kopenhagi, posilając się jabłkami i gruszkami skradzionymi w jakimś ogrodzie. W dyliżansie przywiązuje trzewiki do siedzenia naprzeciwko i próbuje skupić wzrok na egzemplarzu Podróży Guliwera, czyta o bohaterze pozostawionym w krainie olbrzymów, którym opiekuje się kobieta dwunastokrotnie od niego większa. Morten odkłada książkę na kolana, palcem wskazującym zaznaczając strony, zdejmuje perukę i kładzie ją na sąsiednie siedzenie. Dla odprężenia opiera czoło o szybę dyliżansu, który podskakuje, kołysze się i chybocze, a on rozmarzonym wzrokiem obejmuje mijane falujące pola.

„Niewiasta, która jest dwunastokrotnie większa, próbuje sobie wyobrazić, usta dwunastokrotnych rozmiarów, a także język, ręce, piersi, łono. Cały krajobraz górski stworzony z kobiety!”.

Ponownie otwiera książkę. Guliwer przybywa do krajów, w których ludzie są albo nienaturalnie mali, albo duzi, albo też w inny sposób odbiegają od normy. „Może jednak – zastanawia się Morten – to odstępstwo od normy znajduje się w samym Guliwerze, to znaczy u jego twórcy, a tym samym u czytelnika, który wczuwa się w opowiadaną historię”.

Myślami wraca do Rousseau i tego cytatu o wolności człowieka, do którego nawiązywała Kirstine: Człowiek rodzi się wolny, a wszędzie tkwi w kajdanach! Guliwer jest również ograniczony tym, jaki jest. Wszędzie taki sam, nie ma żadnych zdolności przystosowawczych. To dlatego przez cały czas ma kłopoty z mieszkańcami różnych krain. Kimś takim on, Morten Falck, nie chce zostać, nie chce zesztywnieć w stałej formie i wcześnie się zestarzeć. Taką decyzję podejmuje teraz, w dyliżansie pocztowym, kierującym się na północ wzdłuż zatoki Køge.

Podróż wkrótce dobiegnie końca. Przez moment dostrzega wieże Kopenhagi i bagniste równiny wyspy Amager, konwersuje ze współpasażerami, którzy po kolei dzielą się kawałkiem żółtego sera, chlebem i butelką. Zamartwia się siostrą, odczuwa niewielki, koliście rozchodzący się ból pod żebrami, ale jego zmartwienie okazuje się uwarunkowane geograficznie i związane z głodem. Gdy zbliża się do Kopenhagi, już z pełnym brzuchem, ponownie czuje się całkowicie zadowolony.

Jest już wreszcie w domu. Pogwizdując, wchodzi przez bramę na podwórze drukarni Schultza na Nørregade, skręca w prawo, udaje się po schodach na górę, wchodzi do środka i rzuca swój worek w róg pokoju. Kładzie głowę na zaplamionej poduszce w izbie nad maszynami Schultza, które tykają, turkoczą, dudnią, piszczą, łomoczą, stukają i huczą. Wzdycha z zadowolenia, Guliwer wypada mu z dłoni, zasypia.

To miasto będące siedzibą władzy królewskiej jest zamieszkiwane przez dziewięćdziesiąt tysięcy ludzi tłoczących się w granicach wałów okalających obszar, który można przewędrować w ciągu niecałej godziny. Przez wieki pustoszone przez epidemie, pożary, a także szereg zapijaczonych, poczętych w kazirodczych związkach, nieudolnych władców. Pomimo to miarowo rośnie liczba mieszkańców, a ścisk wewnątrz wałów zwiększa się każdego roku. Morten odnotowuje, że chociaż większość tych ludzi ma w perspektywie zaledwie krótkie życie, do tego zwieńczone bolesną i upokarzającą śmiercią, nie mają oni najmniejszych problemów z tym, żeby się za życia bawić. Wręcz przeciwnie. Rynki miasta pełne są wędrownych artystów, a wnęki bram oraz drzwi wychodzące na ulice okupują prostytutki i wygląda na to, że mają co robić.

Morten Falck spaceruje wąskimi uliczkami, w których mury domów wydają się pochylać ku sobie, wyznaczając zaledwie cienki pasek nieba pomiędzy okapami. Spaceruje po okazałych rynkach, imponującym placu przed nowym zamkiem – olbrzymim, trwałym kolosem z norweskiego granitu, podąża w kierunku bastionów, a następnie do zwodzonego mostu Langebro, którego przęsła w momencie pojawienia się statku unoszą się każde w swoją stronę. Na placu przed domem poprawczym dla upośledzonych dzieci grupa wędrownych artystów rozstawiła drewnianą scenę. Przystaje, żeby się przekonać, czy ten silny mężczyzna, Karl Johann von Eckenberg, znowu się pojawi. Von Eckenberg gromadzi zawsze wielu widzów, spacerowiczów, wytwornych dam w krynolinach i z parasolkami, zamożnych mężczyzn z domów handlowych, pośredników handlu żeglugowego, kapitanów, marynarzy, oficerów i żołnierzy, a nawet tych osadzonych w zakładzie karnym, będących właśnie na przepustce. I to nie bez powodu. Von Eckenberg jest zdolny.

Morten odczuwa fascynację tym silnym mężczyzną. Zna jego numery na pamięć, ale nigdy mu się nie nudzą – czuje, że są wyrazem czegoś prawdziwego, a nie samą biegłością w sztuce. Co jest w tym takiego prawdziwego, nie potrafi wskazać. Jednak właśnie dlatego nadal przygląda się występom siłacza.

Szczególnie trzy numery robią na nim wrażenie.

Uderzenia bębna 1. Karl Johann von Eckenberg wspina się po drewnianej konstrukcji na wysokość około dziesięciu łokci. Staje w rozkroku na poprzecznej desce i niemal niezauważalnym skinieniem daje znak swoim pomocnikom na ziemi. Pod nim na platformie pojawia się koń, na którym siedzą dwaj odziani w jednakowe stroje mężczyźni; do każdego rogu platformy jest przymocowany sznur. Von Eckenberg sięga po drugi koniec tej liny i nawija ją sobie wokół przedramienia i nadgarstka, a potem jedną ręką podnosi platformę, konia i mężczyzn na wysokość stopy, podczas gdy w drugiej trzyma róg pocztowy, na którym trąbi fanfarę.

Uderzenia bębna 2. Karl Johann von Eckenberg po zejściu z platformy kładzie się na dwóch krzesłach, jego rozciągnięte ciało unosi się na wysokości łokcia nad ziemią. Następnie ośmiu zdolnych muzykantów, odzianych w dwurzędowe czerwone marynarki, trójkątne kapelusze, podkolanówki i buty z wypolerowanymi mosiężnymi klamrami, jeden po drugim wspina się na żylaste i niespecjalnie umięśnione, ale bardzo długie ciało siłacza, które jest wsparte tylko na karku i piętach. Balansując na klatce piersiowej, brzuchu, biodrach i nogach von Eckenberga, wygrywają menuet Brentnera, podczas gdy von Eckenberg kieruje swoje brązowe, smutne oczy w niebo i wygląda, jakby myślał o dzieciństwie, swojej świętej pamięci matce i młodzieńczym zauroczeniu.

Uderzenie bębna 3. Trzeci występ Karla Johanna von Eckenberga rozgrywa się na tych samych dwóch krzesłach, jednak dopiero po tym, jak zdążył się podnieść, zbierając odpowiednie oklaski, i przez parę minut znalazł schronienie w budce na scenie. Odświeżony, rześki i rumiany wraca, jego brązowe oczy błyszczą, kłania się i ponownie kładzie na krzesłach, a dwóch pomocników umieszcza masywny, kamienny blok na jego brzuchu. Trzeci pomocnik, przebrany za kogoś pomiędzy kowalem a katem, wychodzi z kamiennym młotem, unosi go wysoko nad głową, waha się.

– Na rany Chrystusa, uderzaj – nakazuje von Eckenberg wysokim, melodyjnym głosem.

Młot uderza, a kamienny blok zostaje rozłupany na dwie części, które spadają, każda na swoją stronę. Karl Johann von Eckenberg wstaje i kłania się publiczności. Jeden z chłopców krąży z czapką wśród publiczności, podczas gdy kilku akrobatów wykonuje szaleńcze skoki. Z okien spadają na bruk monety.

Jednak pewnego dnia ten silny mężczyzna nie pojawia się już więcej. Jego scena na rynku została usunięta, grupa akrobatów również przepadła bez śladu. Morten rozpytuje o nich wśród kilku handlarzy i dowiaduje się, że podczas jednego z występów von Eckenberg doznał urazu i nieprzytomny został zabrany w jakieś odległe miejsce. Nie znajduje nikogo, kto by wiedział, co się z nim stało.

Niekiedy Morten pozwala sobie na ten luksus, żeby opłaconym powozem dostać się do jednej z bram miasta, zostawia wówczas woźnicy dodatkowy grosz i każe się wieźć kilka mil w kierunku wsi lub jakiegoś miasteczka. Gladsaxe, Husum, Ordrup, Herlev. Tam wysiada, odsyła powóz i wędruje z powrotem polną drogą. Mija miasteczka, w których smród pochodzący z wytwórni mydła i garbarń unosi się w powietrzu niczym grożąca zarażeniem mgła, tłusta i klejąca. Podąża wzdłuż pól ze spokojnie pasącymi się krowami, mija zagrody, w których skryci chłopi spoglądają na niego spod swoich czapek.

W mieście oddaje się lekturze, jednak zaniedbuje teologię na rzecz nauk przyrodniczych. Kierowany akademickim głodem śledzi wykłady i bierze udział w tych, które traktują o wszystkim innym niż Święta Trójca czy Przeistoczenie. Tym samym przysłuchuje się wykładowi jednego z profesorów o hierarchicznej klasyfikacji wszelkiego życia na Ziemi stworzonej przez Linneusza. Dochodzą go pohukiwania, ale też i aplauz. Wykład, który ma miejsce w budynku Komediehuset, gdyż uniwersytet nie zgodził się udostępnić swoich pomieszczeń, otwiera jego oczy w zupełnie nowy sposób. Świat okazuje się spójną całością! To dość banalny wniosek, ale gdy już się pojawił, całkowicie zmienił postrzegany przez niego obraz świata i jego samego. Jestem częścią spójnej całości!

Laust, jeden z jego przyjaciół, studiujący medycynę, zaprasza go do akademii chirurgicznej położonej przy Norgesgade, na co dzień zwanej Bre’gade, gdzie przysłuchuje się prelekcjom o naczyniach krwionośnych, kościach, gruczołach i przebiegu nerwów. To taka podróż w głąb, podczas gdy botanika i zoologia to podróż na zewnątrz, choć podobnie jak ta pierwsza, równie porywająca i równie nieskończona. Człowiek znajduje się w samym środku wieczności. To tu Pan nas umieścił!

Wraz z Laustem zarabiają trochę grosza, trudniąc się wyławianiem zwłok z kanałów lub przekupując nocnego strażnika, który je dostarcza i przenosi pod piwniczne sklepienie fakultetu, gdzie już czeka profesor z nożem i chłodnym spojrzeniem. Trzymając skalpel trzema palcami, jakby był piórem, a żółtawa skóra zwłok – pergaminem, na którym postanowił spisać kilka myśli, informuje studentów, na co powinni zwrócić uwagę podczas kolejnej obdukcji. Wykonuje swoje nacięcia z nonszalancką precyzją, warstwa po warstwie odsłaniając błyszczące zielonkawo mięśnie zmarłego, pozwala ulotnić się ich zawstydzającemu odorowi, podczas gdy studenci chichoczą i opowiadają dowcipy po łacinie, a tęczowa poświata wnętrzności stopniowo rozprzestrzenia się na ich twarze. Ale nie na twarz Mortena Falcka. Gdy poranny chleb i ciepły kleik bezpiecznie kołyszą się w jego żołądku, on sam stoi i z przejęciem wpatruje się w ludzi, którzy tracą swoje człowieczeństwo i zostają podzieleni na pojedyncze elementy z ich łacińską nomenklaturą. Włókna nerwowe, mięśniowe, precyzyjnie oddzielone warstwy skóry, tkanki podskórnej, tkanki tłuszczowej i organy – śmietankowe, łososiowe, fioletowo-bordowe, świecące jak lakier. Profesor oddziela członki od tułowia, jego nóż zagłębia się w tkance i rozszczepia torebki stawowe, a potem obnaża tętnice i żyły, których nazwy radośnie recytuje. Morten uważa, że to, co mówi, brzmi, jakby je wzywał do siebie, jakby to była poranna musztra w klasycznym rzymskim kolegium. Arteria carotis!, Nervus olfactorius!, Musculus mastoideus! Przysłuchuje się wyjaśnieniom profesora, które zawsze mają w sobie coś z ubolewającego sarkazmu, ale także pewną solidarność ze zmarłym. Byłeś kiedyś taki, jakimi my teraz jesteśmy, a my będziemy w przyszłości tacy jak ty teraz. Po szoku doznanym w piwnicy niektórzy ze studiujących zmieniają kierunek i poświęcają się studiowaniu prawa, inni wycofują się do ojcowskiej zagrody albo też wybierają w podróż poznawczą na południe Europy, gdzie wielu z nich kończy jako zmożone gorączką ochlaptusy. Morten Falck, który wie, że jako jedyny nie może ukończyć tego kształcenia z tytułem physicusa, zostaje.

Gdy odbywa się obdukcja, jest stałym bywalcem, także po tym, jak Laust się rozchorowuje i musi porzucić studia. Przynosi blok botaniczny i ołówki, siada gdzieś w półmroku i opracowuje szczegółowe anatomiczne szkice. Profesor je chwali, dba o to, aby pomieszczenie – zawilgocona piwniczna krypta, której pochodzenie sięga mroków średniowiecza – było porządnie oświetlone nowoczesnymi lampami. Namawia Mortena, aby ten zapisał się na zajęcia jako wychowanek szkoły. Jednak na studiach obowiązują określone kwoty, są też ograniczenia w postaci upomnień i kręcenia głową pochodzące z domu, z pokoju bakałarza w Lier, a Morten zdaje sobie sprawę, że ta pozorna finansowa beztroska, w której żyje, jest uwarunkowana ukończeniem studiów teologicznych bez zbyt długiego ociągania się. Studiuje już od dwóch lat, w tym czasie wielu zdołało skończyć studia, ale dopóki będzie przy nich trwał i nie zostawi ich dla wykształcenia, które nie zostało zaaprobowane, dopóty domowa cierpliwość do jego niskich ocen i odroczeń wydaje się niemal nieskończona. Pierwszego dnia każdego miesiąca stawia się na spotkanie z prokuratorem Gillem i po złożeniu wyczerpującego raportu o swoich postępach na uniwersytecie otrzymuje środki na utrzymanie.

Kamienica drukarza to solidna, czteropiętrowa nieruchomość położona na tyłach podwórza, wzniesiona zgodnie z najnowszymi regulacjami budowlanymi, to znaczy tymi, które opracowano po ostatnim pożarze w 1728 roku i dlatego pozbawiona muru pruskiego, uznanego za niebezpieczny z powodu ryzyka wywołania pożaru. Główne wejście wychodzi bezpośrednio na Studiestræde, ale rodzina często korzysta z drugiego, od strony podwórka. Morten nigdy nie był w mieszkaniu drukarza – jako biedny student i najemca skromnej izby po przeciwnej stronie bramy nie spodziewa się stamtąd zaproszenia. Na dziedzińcu trzy córki Schultza grają w ganianego, podskakują na jednej nodze, skaczą na skakance i bawią się w śpiewanki-pokazywanki. Słyszy stukanie ich miękkich, sznurowanych butów o kamienie, ich śmiech i kłótnie. Dorastają pod jego oknem, te małe dziewczynki, na które niemal nie zwraca uwagi, ich jasne głosy i dźwięczny śmiech odbijający się echem w wyłożonym brukiem podwórku. Potem dochodzą go poszeptywania i uderzenia skakanki, obserwuje ich sukienki, które unoszą się i zwijają, na moment odsłaniając ich stopy i nogi. Dostrzega ich loki, sprężynki tańczące im na ramionach, zauważa te nieco zbyt zaokrąglone, wypukłe i wysokie czoła, te jasne, głęboko osadzone oczy i ten harmonijny trójkąt utworzony przez nos i usta, który emanuje życzliwą skłonnością do śmiechu. Po jakimś czasie przestają skakać na skakance. Wycofują się do cienia pod klonem rosnącym na środku podwórka, gdzie stoi ławka. Przesiadują i czytają, wymachując nogami, wszystkie tę samą książkę, największa pośrodku, dwie pozostałe pochylone, każda ze swojej strony. Morten Falck mija je czasami w drodze do pomieszczenia, w którym spożywa południowy posiłek. Dostrzega, że łypią na niego i chichoczą. Nawet nie wie, jakie noszą imiona, nigdy nie zamienił z nimi słowa i nie ma powodu, żeby to robić. Jest coś takiego w dziewczętach tuż przed okresem dojrzewania, co go irytuje i odpycha – całe to zakochanie we własnej osobie, to zadowolenie z życia i przekonanie o cudownej przyszłości, która na nie czeka, te czyste białe sukienki, te schludne, miękkie buty, kokardy we włosach, wszystko to, co jest ściśnięte i zamknięte w środku. Wszystko to, czego jeszcze nie znają. Za kilka lat zostaną zaciągnięte do obory i zajdą w ciążę, będą nabrzmiewały i rodziły w bryzgach krwi i śluzu, oddając się przy tym na wpół zduszonemu sapaniu w nasączone eterem chusteczki.

„Ciała w piwnicy fakultetu wydają się bardziej interesujące niż panienki Schultz – zauważa Morten cynicznie, jak od niedawna ma w zwyczaju. – Tam przynajmniej nie ma żadnych fałszywych nadziei, tylko szczery, bezkompromisowy rozkład”.

Jedna z dziewcząt wyróżnia się z tej trójki, ta najstarsza. Nagle wystrzeliła w górę i teraz przewyższa swoje siostry o głowę. Morten zauważa, że stała się kobietą. Z jego wyliczeń wynika, że musi być w wieku następcy tronu. Panna Schultz kręci się po podwórku niezgrabnie jak kulawy źrebak. Nie zostaje pozostawiona sama sobie na dłuższy czas, gdyż matka zaraz pojawia się w drzwiach i przywołuje do siebie:

– Abelone!

Grzecznie podnosi się z ławki i wchodzi do domu. Morten próbuje sobie wyobrazić obowiązki, do których wzywa ją matka. Może do szycia swojej sukni ślubnej? Albo do prowadzenia domu, zwijania serwetek, układania planu gości przy stole, wypisywania zaproszeń? Może trzeba ją po prostu trzymać z dala od spojrzeń i rozkojarzonych myśli pracowników drukarni i innych mężczyzn, w tym tego młodego studenta.

Abelone.

„Jeżeli chce się chronić cnotę swojej córki – rozważa – należałoby utrzymać jej imię w tajemnicy”. Teraz, po tym jak poznał imię dziewczyny, ogarnia go uczucie, jakby właśnie znajdował się pod jej spódnicą i się tam rozglądał.

Abelone.

Morten Falck ma dwadzieścia osiem lat, wie co nieco o miłości. Studiował ją podczas nocnych wędrówek po mieście, w bramach, na tyłach podwórek, w wąskich przejściach w Øster Kvarter, a także przy wałach, na tej ziemi niczyjej, pomiędzy ulicą biegnącą wzdłuż nich a stromym, trawiastym zboczem, słabo lub wręcz nieoświetlonym. Poczynił wówczas obserwacje istoty miłości i jej przejawów w ciemnych korytarzach i odległych zakątkach starych domów, uchylał drzwi i z wstrzymanym oddechem szpiegował. Obserwował dziewczyny w wieku sióstr Schultz, jak unosiły spódnice, pochylały się do przodu i bez słowa, najwyżej wstrzymując westchnienie, pozwalały się wypełnić członkiem we wzwodzie jakiegoś jegomościa. Szpiegując, doskonalił swój cynizm.

„Miłość jest zadziwiająca – uświadamia sobie. – Czasami sprawia wrażenie niemal jeszcze bardziej upokarzającej niż śmierć w piwnicy na Nørregade”.

Kwoty, które otrzymuje od prokuratora Gilla, nie wystarczają, żeby samemu posmakować miłości w bramie albo na tyłach wyszynku, ale po tym, jak zostały zwiększone o wynagrodzenie, które otrzymuje, transportując zwłoki na stół obdukcyjny, może od czasu do czasu pozwolić sobie na opłacenie legalnej ulicznicy. Później czuje rozczarowanie, winę, wyrzuty sumienia, odczuwa lekkie mdłości i ochotę, żeby zrobić to ponownie. Uprzytamnia sobie, że nie tylko śmierć śmierdzi. Czuje się brudny. Odczuwa ulgę za każdym razem, gdy jest po wszystkim – rozpatruje – tego już spróbował, nie musi robić tego więcej. Jednak czyni to ponownie. Pożądanie zbiera się w płynach ustrojowych i sączy nieubłagalnie do tego samego punktu. Wciska dziewczynie kilka marek i dostaje tyłek do dyspozycji, zapada się w mrok i ciepło, w to coś żywego i uległego, coś, co odchyla się i uderza, odchyla i uderza. Morten kołysze się przez chwilę i wpatruje w falującą, wydającą klapnięcia skórę, patrzy na falbanki i plisy, na sprzączki i guziki, na cierpliwie pochyloną bladą szyję, na ręce trzymające róg stołu. Jego wargi odsłaniają zęby, odrzuca głowę i wzdycha, jakby z bólu, a potem to zło opuszcza go, a on sam się cofa, doprowadza do porządku, kłania na do widzenia i znika; później przez pewien czas czuje się wolny. Jednak to zawsze wraca tak jak woda na dnie żwirowni.

Pewnego dnia spaceruje jak zwykle w dół Vimmelskaftet, w kierunku placu Amager Torv. Kramiki stoją blisko siebie, na stołach, na świeżym powietrzu leżą wystawione towary galanteryjne, jaskrawe materiały, klatki z gotowymi do ubicia kurami i złowrogo wpatrującymi się kurczakami, sterty kunich i lisich skór. Słońce grzeje nad dachami, brzęczą muchy, Vimmelskaftet przypomina dusząco ciepłe wąskie gardło, którego nie sposób przejść ani w jedną, ani w drugą stronę. Właśnie dlatego lubi tu spacerować, w handlowym centrum miasta, wciągać do płuc ten mdły odór mięsa, zarówno ludzkiego, jak i zwierzęcego. Przepycha się przez hordy kobiet z koszami na zakupy, pań w krynolinach kołyszących się pod sukienkami. Podpici smarkacze wymachują tekstami najnowszych prześmiewczych śpiewek, wykrzykując na zachętę ich fragmenty. Chłopi i rybacy kroczą ociężale w swoich łapciach, ciągnąc za sobą dwukołowe wózki załadowane towarami lub pustymi płóciennymi workami. W tym ulicznym korku spotyka się całe miasto, niektórzy z ciekawości, inni dla rozrywki. Jakiś kancelista wymachuje laską, któryś z oficerów wietrzy swój gołębioszary mundur, sprzedawca piwa wyładowuje beczkę z wózka i przechyla ją na ramię, dwie ulicznice spacerują ramię w ramię, obracając swoimi wyblakłymi od słońca i obdartymi parasolkami, pusząc się przybrudzonymi tiulowymi spódnicami, które ciągną za sobą wilgoć rynsztoka. Mijając je, mieszczanki demonstracyjnie zatykają nos, ale jakiś oficer zatrzymuje się i kłania szarmancko, ironicznie zamaszystym gestem zdejmuje kapelusz, a one śmieją się i odkłaniają, mówiąc:

– Dzień dobry panu, lejtnancie Holm, co słychać? Czy nie musi pan wyjechać i wreszcie uderzyć na Szweda?

Morten podąża za tymi dwiema kurtyzanami, ma ochotę zobaczyć, jak zdobywają klienta. Podążają w górę Store Købmagergade, mijają plac Kultorvet i dalej wzdłuż Rosengården, aż do wału przy placu Skidentorv, gdzie przysiadają na ławce przy Hanens Bastion. Morten przechodzi wolno obok ławki, uchyla kapelusza, mijając panie. Ignorują go.

„Hmm – myśli urażony – najwyraźniej jest się zbyt wytwornym dla takiego studenta!”.

Wraca do domu w kiepskim humorze. Panienka Schultz przesiaduje pod klonem. Jej siostry podskakują. Ich sukienki unoszą się, odsłaniając nogi. Przystaje i obserwuje je, potem spogląda na panienkę pod drzewem. Ich spojrzenia się spotykają. Podchodzi, zdejmuje kapelusz, przyciskając go do piersi, i kłania się.

– Panienko Schultz, jestem jednym z najemców waszego ojca.

– Wiem, kim jest – odpowiada z uśmiechem. – Przecież tu mieszka od kilku lat. Jest studentem?

– Teologia – odpowiada i po raz pierwszy jest szczęśliwy, że jego studia okazują się przydatne do czegoś rozsądnego. – Studiuję u pana Swane’a.

Dziewczyna się uśmiecha.

– Naprawdę? Pan Swane mnie konfirmował.

Jasny, dźwięczny, dziewczęcy głos. Słyszał go już wiele razy, ale tym razem ten głos do niego przemawia.

– To zabawne – odpowiada. – Może też będzie udzielał wam ślubu?

Jej twarz wykrzywia grymas.

– Nie jestem zaręczona.

– Ach, ale bez wątpienia wkrótce będziecie, panienko Schultz.

– Tak mu się wydaje? Nigdy nic nie wiadomo. Niektórzy nigdy się nie zaręczają.

Podnosi na niego wzrok z pytającym wyrazem twarzy, jakby już był wyświęconym pastorem, który stoi gotowy na przyjęcie jej wyznań. Pyta go:

– Ale dlaczego należy brać ślub? Moja matka nie chce mi tego wyjaśnić.

Pytanie zaskakuje go. Nigdy wcześniej nie zamienił nawet słowa z panienką, a teraz prowadzą niemal intymną rozmowę.

– Takie jest powszechne podejście – odpowiada z wahaniem. – Dla kobiet takich jak panienka dobrze jest wyjść za mąż, wtedy zamiast bezczynności pojawia się cel w życiu. Bycie starą panną nie jest przecież dobrze widziane.

– Ale rodzenie dzieci – rozważa panna Schultz ponuro. – To wydaje się jeszcze bardziej przerażające.

– To przywilej kobiety – odpowiada poruszony nieco jej zakłopotaniem.

Matka najwyraźniej zapomniała pouczyć ją o stosownych i niestosownych tematach rozmów.

Spogląda na dziewczynę, oceniając jej budzący się wdzięk. Zauważa, że w ciągu ostatniego roku sporo urosła, ale nadal jest szczupła i chłopięcej budowy, jeszcze nie całkiem dojrzała.

Promienie słońca sączą się przez listowie klonu, tworząc refleksy na jej sukience i jasnych kręconych włosach. Wydaje mu się, że czuje woń potu pomieszanego z zapachem ultramaryny czy czegoś innego, co się dodaje do prania dziewczęcych sukienek. A potem słychać czyjeś wołanie.

– Moja matka! – Podrywa się, ale zatrzymuje na chwilę. – Do widzenia.

Morten się kłania. Dziewczyna znika w głównym wejściu, mijając panią Schultz, która taksuje go wzrokiem. Później drzwi się zamykają. Morten udaje się na górę do swojego pokoju, układa w łóżku na boku i zaczyna skrobać paznokciem w ścianę.

Ulica biegnąca między wałem a najodleglejszymi domami miasta, nazywana wałową, jest tylko w niektórych odcinkach pokryta kostką brukową. Większość trasy to polna droga. W czasach króla Christiana IV kostkę położono na całej długości, dokładając wszelkich starań, aby poprawić warunki sanitarne w mieście, ale kamienie już dawno zostały powyrywane pod osłoną nocy i wykorzystane do innych celów. Pozostały hałdy błota, zawartość wiader służących za latryny ochoczo opróżnianych przez mieszkańców okolic oraz odpady z produkcji piwa i wódki. Na tym obszarze roi się od szczurów i bezpańskich psów nieprzewidywalnych i agresywnych pod wpływem alkoholu, który piją wraz z wodą z wyrzucanej pulpy. Epidemie tyfusu, cholery i dżumy, od kilku stuleci regularnie pustoszące miasto, muszą zdaniem Mortena mieć swój początek właśnie tutaj, na tej ziemi niczyjej, pomiędzy gospodami, browarami, gościńcami po jednej stronie i ciemnym wałem po drugiej, gdzie ludzie pojawiają się albo z powodu desperackiego popędu, albo chęci zarobienia kilku talarów. Należałoby zatrudnić dyżurnego medyka, żeby posprzątać całe to świństwo. Takim medykiem mógłby przecież właściwie zostać on sam, Morten Falck. Uśmiecha się do tej myśli. Musi jednak przyznać przed samym sobą, że lubi ten brud i te możliwości rozwoju, jakie on stwarza.

Porusza się po terenie ostrożnie, mrużąc oczy. Jedyne światło pochodzi z okien od strony miasta, skąd dochodzą go dźwięki śmiechu i piosenek. Z mroku wyłaniają się szybko kroczące cienie, które ponownie znikają – złodzieje, strażnicy, alfonsi – nie wiadomo. Kurtyzany, najtańsze w mieście, gromadzą się przy rozproszonych wyspach światła, wystają w drzwiach, żując tytoń, z kamiennymi twarzami unosząc kiecki, za każdym razem, gdy mija je jakaś para portek. Później pojawia się strażnik z wekierą opartą o ramię, zamienia z kobietami parę słów i odchodzi w dół ulicy.

Morten snuje rozważania o ludzkiej naturze. Stojąc w cieniu, wyciszony poczuciem bezpieczeństwa zbudowanym z cynizmu i braku iluzji, obserwuje transakcje między handlującymi i klientami, a proponowany towar oferowany jest często na miejscu. Wielu mężczyzn pragnie się zabawić w taki zwyczajny wieczór, wielu z nich – z tego, co widzi – to szanowani obywatele, których pożądanie nie może zostać zaspokojone w ramach mieszczańskiego małżeństwa. Jakim kłamstwem się posłużył ten i ów, wychodząc z domu, co też powiedziała na to jego żona? Wiedziała, dokąd pójdzie, a czy on wiedział, że ona się zorientowała? Czy chodzi tu o kontrakt, o wzajemność? A może żona nawet cieszy się z tego, że istnieją miejsca, osoby, potrafiące zadbać o tę sferę małżeństwa, która jawi się jej jako mniej atrakcyjna? Morten uśmiecha się do siebie. Tutaj, w cieniu, coś się dzieje, słyszy to. Skrada się, wstrzymuje oddech, podchodzi bliżej. Szelest adamaszku, plaskanie skóry, męski głos udzielający wskazówek odnośnie do usług, których się domaga za wydane pieniądze. Oczy Mortena powoli oswajają ciemność. Dziewczyna jest młodziutka, klęczy, wygląda, jakby się modliła, i może tak też jest. Mężczyzna stoi pochylony w kierunku drzewa, sprawia wrażenie, jakby studiował gwiazdy nad wałem albo dyktował list sekretarce, gdy tak wachluje się trójkątnym kapeluszem w dusznym wieczornym powietrzu. Morten Falck wszystko obserwuje, ale nie dlatego, że go to podnieca – tłumaczy sobie – tylko ponieważ chce się czegoś nauczyć. „Wkrótce umrzecie – rozmyśla – a wtedy będę mógł narysować ładne plansze waszych pięknych rozczłonkowanych ciał”.

Zastanawia się, w jakiż to sposób kobiety dają upust swojemu pożądaniu. Owszem, wie, co robią. Idą z tym do kościoła. Do pastora. „Do mnie – myśli. – I dlatego to takie ważne, żebym był tym, przed którym życie nie ma żadnych tajemnic. To dlatego tu jestem”. Ta myśl go uspokaja.

Rozpusta uprawiana jest nie tylko przy wałach, ale w dużej mierze w całym mieście. Strażnicy zarabiają sporo szylingów, odwracając wzrok, podczas gdy spotkanie klienta z towarem rozgrywa się w swojej powtarzalnej przewidywalności. Bezzębne dziwki oddają się za kilka drobniaków. Są gotowe na wszystko dla przyzywającego je kiwnięciem mężczyzny.

Najwyraźniej nie istnieje dolna granica wieku dla tego fachu. Obserwuje mężczyzn w średnim wieku opartych o mury domów na tyłach podwórek, a także niewielkie, jasnoczerwone języki poruszające się w ciemności. Prostytuujące się dzieci wydają się nierzadko bliskie omdlenia, są blade ze zmęczenia, przywołują klientów karykaturalnymi, nieprzyzwoitymi gestami, których nauczyli je dorośli alfonsi, a które większości mężczyzn wydają się jednak uderzająco nieprawdziwe, może poza tymi, którzy naprawdę chcą w nie wierzyć, jak ci eleganccy panowie o czystych sumieniach. W ciągu dnia te dzieci połykają prawdopodobnie większe ilości spermy niż prawdziwego jedzenia. Strażnicy przeganiają je wekierami, ale one szybko wracają, jak szczury. Dość regularnie strażnik znajduje takie dzieci leżące bezwładnie lub nawet martwe. Wówczas zostają przeniesione na wózek i gdzieś wywiezione. Morten nie ma pojęcia, co się z nimi dzieje. Ich ciała nigdy nie pojawiają się w piwnicy pod fakultetem. I jest za to wdzięczny losowi. Są pewne granice jego dążenia do wiedzy. Pewnego razu pyta o to strażnika, ale ten grozi mu pobytem w strażnicy, jeżeli nie poskromi swojej ciekawości.

Po pewnym czasie wystawanie i podglądanie pod sklepieniami bram, na tyłach podwórek i w okolicach wałów zaczyna go męczyć. Odsuwa się od tego. To już nie wydaje się takie ważne. Ma dwadzieścia osiem lat. Panna Schultz wkrótce skończy szesnaście. Książę Fryderyk przejmuje władzę; przyjmując hołd, przemierza miasto otwartym powozem. Król, jego ojciec, usuwa się w cień wraz ze swoim szaleństwem, które jednak nie miało wiele wspólnego z tyranią i żądzą władzy charakteryzującymi jego przodków, ale przybrało bardziej cichą i wycofaną formę. Morten i dziewczyna często wymieniają jakieś uwagi pod klonem, niekiedy udaje się im porozmawiać przez dłuższy czas, zanim pani Schultz pojawi się w drzwiach i ją zawoła. Wyobraża sobie, tylko na próbę, panienkę pochyloną nad ławką, z podciągniętą sukienką, rozerwanym gorsetem i świecącym tyłkiem, wypiętym w kierunku jego kołyszących się bioder, ciemny członek, który znika w owłosionej i wydzielającej ostrą woń ciemności pomiędzy jej pośladkami. Jednak ta myśl w ogóle go nie pociąga, właściwie to wydaje się prawie niemożliwe, aby wyobrazić sobie coś takiego, i ta konstatacja przynosi mu sporą ulgę.

„Może jestem zakochany?” – zastanawia się.

Wędruje po królewskich ogrodach, oazie złożonej z trawników, drzew, fontann, miejscu o ograniczonym dostępie dla pospólstwa. Panienka Schultz i jej dwie siostry towarzyszą mu podczas spaceru. Otrzymały na to zgodę matki. Przystają na żółtym żwirze pośrodku głównej alejki i spoglądają na piękny renesansowy zamek Christiana IV. Z tyłu jedna za drugą tryskają fontanny z pieniącą się wodą. Drzewa zostały przycięte i przystrzyżone, przypominają kapelusze grzybów, których łodygowate pnie rozmieszczono z tak monotonną precyzją, że można nabawić się zaburzenia perspektywy. Jednak zawrót głowy może być prawdopodobnie spowodowany również innymi okolicznościami – na przykład tym, że panienki Schultz właśnie usadawiają się na zielonym trawniku. Ich rozkloszowane sukienki wyglądają jak opadające z góry margerytki, które przycupnęły na trawie. Przez moment dostrzega czubek jakiegoś buta. Morten zatrzymuje się kilka kroków dalej i zdradzając pewną wrażliwość, obraca się nieco tyłem. Domyśla się, dlaczego pani Schultz wypuściła go z podwórka razem z córkami. To nie dlatego, że mógłby uchodzić za adoratora – nie w oczach tej kobiety, a nawet nie w swoich własnych – ale ponieważ jest postrzegany jako niezagrażający i wiarygodny student teologii, a poza tym pani Schultz najwyraźniej ogólnie darzy zaufaniem swoje otoczenie, a jego osobę w szczególności.

Plusk wody w fontannie działa teraz uspokajająco. Przeszywa go chłód wilgoci unoszącej się nad trawnikami. Nad przystrzyżonym trawnikiem pojawia się pasek tęczy i znika za drzewami uformowanymi w przeróżne figury. Wyciera czoło chusteczką i wtyka ją w kieszeń kamizelki. Dochodzi go chrzęst butów na żwirze, dostrzega czyjąś spacerową laskę, po chwili mija ich jakiś szczupły kawaler odziany w zielony frak, kroczący w towarzystwie kobiety, nie całkiem już młodej, której kibić oraz nogi zostały zamknięte i schowane w krynolinie o kształcie klatki dla ptaków; z tego właśnie powodu w głowie Mortena pojawiają się myśli o jej nogach i łonie. Kobieta ma na sobie nieco nastroszoną sukienkę, wiatr bawi się jej plisowanym kantem, który najwyraźniej wchłonął, a teraz ciągnie za sobą ciemny, chlorofilowy barwnik z trawy. Kobieta uśmiecha się w specyficzny, napięty sposób, który wydaje się Mortenowi sztuczny, a nawet melodramatyczny, ale który wyzwala w towarzyszącym jej mężczyźnie poddańczą postawę. Ten odziany w białe pończochy kawaler zdaje się cicho o coś błagać. Panny Schultz wietrzą dramat, wstrzymując oddech, podążają za nimi wzrokiem, są całkowicie pochłonięte tą sceną. Za każdym razem, gdy młody mężczyzna pojawia się u boku kobiety, ta przyspiesza, ale gdy on pozostaje za bardzo z tyłu, ona ponownie zwalnia, czekając, aż ich kroki znowu się zrównają.

Gdy para znika im z oczu, trójka dziewcząt zaczyna świergotać. Dyskutują i kłócą się o to, jaka relacja łączy tego młodego mężczyznę i nie tak już młodą kobietę. Z tego, co mówią, Morten wnioskuje, że poznały już kilka romansów rycerskich. Może powinien im pożyczyć powieść o Moll Flanders, którą przeczytał zimą. Ta lektura z pewnością mogłaby je nieco poruszyć.

– A co student uważa na ten temat? – dopytuje Abelone Schultz. – Widzę, że sobie tak stoi i uśmiecha się, jakby wiedział lepiej.

– Będzie mądrzej, gdy to, co miałbym myśleć o tej wzajemnej relacji, zachowam dla siebie – odpowiada.

Droczą się z nim i nazywają magistrem sztywniakiem. Jednak gdy ruszają dalej, Abelone wsuwa mu rękę pod ramię.

Na Østergade mieści się kramik z galanterią, w którym sprzedają perfumy i jakieś intymne kobiece fatałaszki. Nabywa tu dwa flakoniki, jeden z lawendą, drugi o zapachu gorzkiej pomarańczy, i wręcza je dziewczynie od drukarza z informacją, aby przekazać je panience Schultz jako prezent. Dziś są jej szesnaste urodziny. Pisze krótki list i załącza go do prezentu: Droga panienko Schultz, racz przyjąć ten skromny prezent, by przypominał Wam o najpokorniejszym z Waszych wielbicieli, id est stud. Theol. Morten Falck.

Następnego dnia prezent zostaje zwrócony tą samą drogą, przez dziewczynę od drukarza. Odkłada go. Poniosło go. Odsłonił się. To jeszcze nie jest odpowiedni czas. Musi uzbroić się w cierpliwość. Niczego jednak nie żałuje. Teraz ona i rodzina Schultzów znają jego intencje. To wyzwalające uczucie. Tak jakby ją pocałował, a jego dłoń prześlizgnęła się po jej biodrach.

Wzrokiem pilnuje drzwi do domu drukarza. Abelone nie widać, ale siostry tam są, a i pani Schultz często przebywa na podwórku, jak zwykle nadgorliwa i radosna. Osoba o jasnym umyśle. Lubi ją i jest pewien, że nie jest do niego wrogo nastawiona. Gdy przesiaduje na parapecie pogrążony w lekturze, dwie młodsze siostry Schultz starannie unikają spoglądania w jego okno. Sposób, w jaki to robią, świadczy o tym, że doskonale zdają sobie sprawę z jego obecności.

Matka często pisuje do niego z Lier. Również ona używa jego dawnego nazwiska – Morten Pedersen – do czasu, gdy w przepełnionym złością liście prosi ją, aby posługiwała się nowym. Wówczas stosuje się do jego prośby, ale ojciec nadal pisuje swoje listy do studenta Pedersena, podobnie adresowane są pisma, które otrzymuje od prokuratora Gilla. Jednak to matka odzywa się najczęściej, przynajmniej raz w tygodniu. Musi sporo wydawać na przesyłki, zarówno do niego, jak i do Kirstine w Nakskov. W listach ostrożnie wspomina o jednej czy drugiej dziewczynie, która została konfirmowana albo osiągnęła odpowiedni wiek, cieszącej się dobrym zdrowiem, pracowitej i pilnej, grzecznej córce, o nieposzlakowanej moralności. Śledzi losy parafii z niedomagającymi pastorami, miejsca, gdzie mógłby starać się o wolną posadę po tym, jak wkrótce przyjmie święcenia. Ich własny pastor nie jest przecież jeszcze taki stary, więc to trochę potrwa, ale był tak uprzejmy, że obiecał wstawić się za Mortenem, gdy ten będzie ubiegał się o posadę. Twój ojciec ponownie choruje – pisze – od dwóch dni nie wstał z łóżka, skarży się na bóle i szum w głowie. Jeżeli jednak napisze do ciebie, by powiadomić o swym rychłym odejściu, powinieneś wiedzieć, że jest zdrów jak ryba, że te liczne choroby, na które jak twierdzi, cierpi, są tylko czystym wymysłem.

Listy nieco go przygnębiają, powodują swędzenie i ból głowy, napawają ochotą, aby się upić lub skorzystać z usług dziwki. Wraz z Laustem, który pojawił się po chorobie, spontanicznie wywołanej melancholii, która nieomal go zwyciężyła, odwiedza gospodę. Teraz przyjaciel popadł w drugą skrajność – wydaje pieniądze lekką ręką, przez cały czas korzysta z dyliżansów, płaci wszystkie rachunki i zaprasza swoich gości do Komediehuset, gdzie na stałe wynajmuje lożę. Morten siedzi na krześle obitym pluszem. Liczni widzowie i światło lamp, w którym skąpana jest sala, powodują, że zaczyna się pocić. Scenę wypełniają tupiący śpiewacy, którzy wykrzywiają twarze w okropnych grymasach, wymachując przy tym ramionami i wrzeszcząc do siebie. Przedstawiana jest włoska opera o klasycznym motywie. Publiczność głośno komentuje przebieg akcji, brawa, okrzyki zachwytu i niezadowolenia konkurują ze sobą; nieustanny ruch, trzaskanie drzwiami, szuranie krzeseł, pogaduszki i brzęk kufli do piwa uniemożliwiają śledzenie sceny. Muzyka łomocze i dudni, ktoś odpala pistolet, jakiś sopran piszczy i się przewraca, dym z prochu strzelniczego unosi się nad kanałem orkiestrowym, pomalowana tylna kurtyna podnosi się w trakcie hałaśliwej gry, inna opada z hukiem, słychać tupot i sapanie ludzi odpowiedzialnych za ustawienie sceny, koncertmistrza wykrzykującego rytm orkiestrze i usiłującego dyrygować swoim smyczkiem. Morten spogląda ze swojego miejsca obserwacyjnego prosto w dziesiątki nabrzmiałych dekoltów. Damy upudrowały się na biało, policzki w kolorze białego marmuru ozdobiły pieprzykami, niektóre umieściły je także na piersiach. Wachlują się z powodu gorąca, cały parter przypomina nagrzane słońcem pole pełne kwiatów i trzepoczących motyli. W kieszeni na piersi trzyma ostatni list od matki. Siedzi i rozmyśla o tej dziwnej mieszance dwóch tak różnych światów. „I pomyśleć, że moja stara matka mogłaby tu być”. Uśmiecha się do siebie. Ten świat teatru wydaje się tak odległy od świata matki, jak to tylko możliwe. Chciałby, żeby miała okazję to przeżyć. Prawdopodobnie doznałaby szoku, może nawet zemdlałaby z przerażenia. Nie należy do tych, którzy potrafią oderwać się od siebie i wznieść się ponad to, kim są. Jest zakuta w kajdany jak większość ludzi.

Później wyrusza z Laustem do gospody, gdzie siedzą, udając wytwornych panów, do czasu, aż zostają wyrzuceni za drzwi, a potem kierują się w stronę wałów, ciągnąc za sobą ogon prostytutek, które trzymając się pod ramiona, wykrzykują biesiadne piosenki.

Po pewnym czasie Laust ponownie znika. Do Mortena docierają pogłoski o tym, że miał wypadek, ale nie dowiaduje się niczego konkretnego. Pisze do jego ojca, celnika na Fionii, jednak nie otrzymuje żadnej odpowiedzi. Raz jeszcze odwiedza Komediehuset, ale to zbyt kosztowne i ponadto nudne bez zabawnego Lausta, wykrzykującego zniewagi i nieco zbyt intymne komplementy pod adresem pań, bez loży umieszczonej nad motłochem – gdy on sam musi stać w tłumie ludzi, nie mogąc zobaczyć ani usłyszeć czegokolwiek, a jego myśli wracają do Rousseau i do jego słów: Człowiek rodzi się wolny, a wszędzie tkwi w kajdanach! Nie może pozbyć się tego zdania z własnych myśli. To takie uczucie, jakby filozof położył rękę na jego ramieniu i osobiście coś od niego chciał.

Zima 1784–85 roku. Królewską stolicę zalewają tłumy parobków i młodzieńców zbiegłych od pańszczyzny i zniewolenia, a teraz próbujących swojego szczęścia w wielkim mieście. W styczniu nadchodzą tęgie mrozy. Dla karawanów pogrzebowych nastają pracowite tygodnie, a ciała zmarłych, które pojawiają się w krypcie pod akademią, sprawiają wrażenie dobrze zachowanych, niemal delikatnych, są pozbawione odoru i białe jak śnieg. Po zaginięciu Lausta Morten przestaje zbierać zwłoki w mieście, ale zarabia co nieco na swoich szkicach, które z czasem stały się bardziej szczegółowe niż kiedykolwiek wcześniej; niektóre z nich wiszą nawet na ścianach akademii w salach wykładowych.

Morten obserwuje powozy zatrzymujące się przy domu drukarza, z których wyskakują młodzi mężczyźni, przeskakują po schodach i zostają wpuszczeni do środka. Adoratorzy. Nie martwi się tym specjalnie. Tuż przed ukończeniem studiów poczuł apetyt na teologię i każdego dnia spędza wiele godzin w uniwersyteckiej bibliotece. Oprócz tego dostał pracę, więc przez kilka dni w tygodniu uczy małych chłopców z sierocińca Vajsenhuset. Teraz każdego pierwszego dnia miesiąca udaje się do prokuratora Gilla i sam przekazuje mu pieniądze, zamiast je od niego odbierać, otrzymuje też pokwitowanie na ciągle rosnące konto oszczędnościowe. Wydaje mało i rozsądnie, rzadko wychodzi do miasta. Gdy wybiera się na wycieczkę poza jego mury, wędruje pieszo, niekiedy nawet dalej niż do Valby Bakke. Tam zwykle usadawia się w pobliżu zamku, a potem przygląda się półkolu zamarzniętych jezior i wałowi biegnącemu aż do Vesterbrogade po prawej, głównej arterii komunikacyjnej wiodącej z i do miasta, a dalej, za wałami – szczytom kościelnych wież oraz setkom dymiących kominów. Nie ma pojęcia, czym powinien się zająć, gdy skończy latem studia. Może nadal nauczaniem? Może poszukać jakiejś posady? Jednak o nią dość trudno, jest zbyt wielu chętnych. I gdzie?

Zima. Mróz ma tę zaletę, że brudy i śmieci zamarzają, więc łatwiej poruszać się po mieście, nie narażając się na ubrudzenie czy opryskanie breją spod kół wozów. Odór z beczkowych latryn wydaje się mniej intensywny. Natomiast nad samym miastem unosi się masywna i nieruchoma warstwa dymu z kominów, a ludzie setkami umierają na gruźlicę albo po prostu zamarzają. On sam nie był w zasadzie przeziębiony od swojego przybycia tutaj, a różne epidemie ospy i cholery omijały jego drzwi. Drukarnia pod jego izbą jest zawsze dobrze ogrzana, bo w przeciwnym razie tusz by stwardniał, a ponadto w pokoju znajduje się mały kaflowy piec, w którym może palić w razie potrzeby. Węgiel przynosi sam, z piwnicy drukarza, i płaci za niego co miesiąc stałą, niewielką kwotę. Poza tym sporo czasu przebywa na uniwersytecie, który choć może nie jest dobrze ogrzewany, to z pewnością nie wydaje się lodowaty. Jeżeli o niego chodzi, to chłód i zima mogłyby trwać dłużej. Przypominają mu dzieciństwo i rodzinne strony, które z czasem zaczęły wydawać się bardzo odległe.

Pewnego wieczoru, marznąc, udaje się Vestergade w kierunku wałów. Ta część miasta zamieszkiwana jest przez wielu piwowarów i gorzelników, a w co drugim wejściu mieści się jakaś karczma, mrugająca padającym na śnieg, zapraszającym, żółtym światłem. Wchodzi do środka jednej z nich, zwabiony oświetlonym oknem i poganiany nagłą potrzebą towarzystwa innych ludzi. Wnętrze wypełnia muzyka, ktoś śpiewa, jacyś mężczyźni grają w karty, w kaflowym piecu buzuje ogień, kłęby tytoniowego dymu unoszą się nad sufitowymi belkami. Panuje tu spokojny nastrój. Przy jednym ze stolików siedzi samotnie jakiś chłopak. Morten siada naprzeciwko i zamawia kufel piwa. Napotyka spojrzenie młodzieńca, ale żaden z nich nie wypowiada pozdrowienia. Wygląda obco.

„Cygan – klasyfikuje go Morten. – Może Żyd”.

Przed Mortenem pojawia się piwo. Upija łyk.

– Zimno? – pyta chłopak.

– Tak, to zimny wieczór. Diabelsko zimny.

Chłopak zezuje w jego kierunku. Oczy zatrzymują się na ustach Mortena. Jego jabłko Adama drży. Morten nabiera ochoty, aby przenieść się do innego stolika. Słyszy jednak swój głos, który pyta:

– Dotrzymasz mi towarzystwa i napijesz się ze mną jednego?

– Czemu nie – odpowiada szybko chłopak. – Czegoś takiego się przecież nie odmawia.

Kiwa na właściciela i wykrzykuje swoje zamówienie.

– Na rachunek tego pana – dodaje, wskazując demonstracyjnie na niego.

Morten potakuje, ale unika wzroku gospodarza. Żałuje, że tu przyszedł. Nie ma pojęcia, dlaczego właściwie wdaje się w rozmowę z tym młodym łotrem. Wówczas jeden z mężczyzn siedzących obok podnosi się i zaczyna śpiewać jakąś dłuższą piosenkę, a on przechyla się w tył i przysłuchuje tej niezwykle sentymentalnej opowieści o nieszczęśliwej miłości.

Gdy utwór się kończy, chłopak dopytuje:

– Student, co?

Potakuje, ale nie odwraca się w jego stronę. Czuje, że jest obserwowany.

– Pastor? – ciągnie chłopak.

Morten zwraca się ku niemu.

– Jak zgadłeś? – pyta.

Chłopak uśmiecha się nieśmiało i wyciera usta wewnętrzną stroną dłoni.

– Znam się na tym. Mam dor.

– Dar – poprawia Morten. – Co możesz jeszcze o mnie powiedzieć?

– Mogę wam powróżyć – proponuje chłopak. – Ale to kosztuje parę miedziaków.

„To najwyraźniej jakiś wałęsający się łobuz – zauważa w myślach Morten – który zarabia na chleb, wykorzystując ludzką naiwność”.

– Ile kosztuje taka wróżba?

– Ech, to przecież zależy od wróżby. – Chłopak uśmiecha się chytrze. – Długie życie i szczęście w miłości, a do tego jeszcze bogactwo jest oczywiście droższe niż krwioplucie, przytułek dla ubogich czy rychła śmierć.

Morten prosi o napełnienie dwóch kufli. Pyta gospodarza, czy można tu dostać jakieś jedzenie.

– Śledzie – odpowiada mężczyzna.

– Dobra, to dwie porcje śledzia.

Chłopak rzuca się na jedzenie. Ustami pełnymi duszonej kapusty i tłustego śledzia opowiada, że podróżuje z grupą wędrownych artystów, a jego zadaniem jest wróżenie ludziom.

– Pan w niebiosach podarował mi taki dar, że potrafię wejrzeć w ludzi i czytać w nich jak w księdze, chociaż nie umiem czytać i ledwo potrafię się podpisać.

– I potrafisz wejrzeć we mnie? – dopytuje Morten.

– Mhm – potwierdza chłopak pomiędzy dwiema łyżkami i potakuje. – Prosto do waszego wnętrza i aż na drugą stronę. To łatwe.

– I co takiego tam dostrzegasz?

– To samo co u innych – odpowiada lekko chłopak. – Nie jesteście niczym szczególnym, jeżeli o to wam chodzi. Ale jeżeli chcecie, żeby wam powróżyć, to będzie kosztowało trzy marki. To normalna cena zimą, latem biorę pięć.

– Najpierw cię sprawdzę, czy jesteś wart tego wynagrodzenia. Powiedz mi, czy oboje moi rodzice żyją?

Chłopak studiuje swój talerz, jakby tam tkwiła tajemnica Mortena. Ponownie zaczyna wpychać w siebie jedzenie.

– Żyją. Także wasza siostra cieszy się dobrym zdrowiem. Ale kilku braci odeszło dawno temu, pokój ich duszom.

– Na razie dobrze – ocenia Morten. Czuje, jak powoli pierzchną mu usta. – A potrafisz powiedzieć, czym zajmuje się moja siostra?

– Ha, ona bawi się z pastorem w dwugłową bestię. – Chłopak wybucha przeszywającym śmiechem.

Morten czuje, że blednie.

– Kirstine? – dopytuje.

– Przecież, psiakrew, nie znam jej imienia. Ale widzę białą sukienkę i czarną, słyszę zegar z wieży kościelnej, brr, okropny dźwięk, to nie dla mnie. Pastor wyświęca jakiegoś innego pastora, uroczy widok! A suknia ślubna jest biała na zewnątrz, ale czarna i brudna w środku. – To ostatnie zdanie wypowiada ze złowrogim warkotem.

Włosy opadają chłopakowi na oczy – czarne i przetłuszczone, kropelka śliny świeci na jego ładnym, uniesionym w górę kąciku ust, a na niej osiadł okruszek chleba. Okruch porusza się, gdy chłopak coś mówi. Morten wyciąga dłoń i usuwa go czubkiem palca wskazującego.

Ich spojrzenia się spotykają, a potem Morten pyta:

– Czy jest szczęśliwa?

Chłopak się uśmiecha.

– Wydaje mi się, że jest zadowolona, w każdym razie się śmieje, ale nawet odarta ze skóry czaszka się śmieje, więc czego można być w ogóle pewnym? Jestem jasnowidzem, przenikam przez ludzi, ale nie w głąb nich, nie jestem żadną wróżką. Ludzie wokół niej są szczęśliwi, widzę to po nich, dostali, czego chcieli, ale co do niej, to nie wiem, jej twarz przypomina wodę, do której się sika. Jest cudowna pogoda, nad kościołem świeci słońce, jasno, jasno, oświetla sukienkę, białą, białą. Już się cieszę na lato, gdy zaćwierka skowronek i będzie można pójść wszędzie tam, dokąd tylko się zechce. A ty nie, pastorze? Wtedy znowu zacznę podróżować z moimi ludźmi i nocować w lesie.

– A ja? – dopytuje Morten. – Widzisz moją przyszłość?

– Widzę mnóstwo dziwnych ludzi tańczących wysoko w górach. Ale wydaje mi się, że to nie są chrześcijanie, kurka, nie wyglądają na chrześcijan, są czarni i brudni, ale są też twoimi przyjaciółmi, a ty tańczysz razem z nimi. I widzę też ogień.

– Ogień?

– Płomienie i kule ognia. Jesteście człowiekiem, który lubi igrać z ogniem, pastorze. Ale ogień was nie pali. Wydostajecie się spod tego ognia i nawet jeden włos wam z głowy nie spadł.

Chłopak kończy jeść, opróżnił trzy kufle piwa. Teraz jego broda zaczyna opadać na pierś. Pochrapuje, ramiona zwisają luźno, a tułów ślizga się o ścianę. Morten siedzi przez jakiś czas i przygląda mu się. Później rzuca na stół kilka marek i wraca do domu. Zaczyna sypać śnieg.

Wypełnia swoje