Wydawca: Świat Książki Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 431 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Projekt: Matka - Małgorzata Łukowiak

Opowieść o metamorfozie z kobiety w matkę.

I z matki w kobietę.

Najpierw strategiczne inwestycje: studia, staże, kursy. Praca. Ślub. Kredyt. Kalkulacje, analizy. Kolejne, coraz bardziej ambitne projekty. A projekt „dziecko”? Nie teraz, może później, nie w tym kwartale. I tak bez kwalifikacji? „Święty Mikołaju, daj mi na próbę trzylatkę. Od osiemnastej do dwudziestej, w dni robocze. Przymierzę się”. Aż któregoś dnia budzisz się i masz dzieci, dom, pracę.

Za krótką dobę. Tylko dwie ręce. Tylko jedną głowę. I coraz mniej siebie.

Książka Małgorzaty Łukowiak nie jest zapisem wyidealizowanego macierzyństwa, ale i nie martyrologii pieluchowo-smoczkowo-słoiczkowej. To reportaż o (r)ewolucji od bezdzietności do wielodzietności, rejestracja stanów ducha i ciała kobiety, z której wykluwa się matka. Ze wzrostem liczby dzieci rośnie nie tylko zmęczenie narratorki, ale i jej samoświadomość; zmienia się postrzeganie świata.

Niestereotypowa i bardzo prawdziwa opowieść wielomatki o macierzyństwie i ocalaniu siebie każdego dnia.

Książka dla mężczyzn i dla kobiet. Dla singli i matek.

Dla tych, które Nigdy Nie Mogą Odpuścić, Matek Mnie Nikt Nie Zastąpi, Matek Zaraz Oszaleję, Matek Po Co Mi To Było, Matek Dziergaczek Rzeczywistości, Matek Polek i zbuntowanych Superbohaterek Dnia Codziennego. Dla wszystkich.

Opinie o ebooku Projekt: Matka - Małgorzata Łukowiak

Fragment ebooka Projekt: Matka - Małgorzata Łukowiak

Małgorzata Łukowiak

Projekt Matka

Fragment

Bardziej od pragnienia monologowania na własny temat

powoduje mną chęć opowiedzenia pewnej historii

w istocie uniwersalnej, opowieści o instynkcie, rozumie,

kontroli i o zmianie, którą jesteśmy naznaczone.

A jednak, w moim przekonaniu, większość ludzi stara się o dzieci wtedy, gdy zaczyna w nich przygasać zapał do dalszego życia. Dziecko pozwala nam raz jeszcze zaliczyć entuzjazm, który kiedyś odczuwaliśmy na myśl o... no, o wszystkim. A kiedy minie kolejne pokolenie, nasze wnuki znów rozpalą w nas entuzjazm. Rozmnażanie to coś w rodzaju zastrzyków przypominających, które mają za zadanie podtrzymanie w nas chęci do życia.

Chuck Palahniuk, Potępieni, Warszawa 2011,

przeł. Elżbieta Gałązka-Salamon.

AB OVO

* * *

Którejś lipcowej nocy przyśniło mi się dziecko. Mała i nie moja dziewczynka, nocą z poniedziałku na wtorek.

„W dzisiejszej fazie REM – zapisałam w dzienniku sprokurowanym na potrzeby tego zdania w przypadkowym kącie kameralnego wówczas Internetu – w dzisiejszej fazie REM bawiłam się radośnie z moim dzieckiem, z moją nieistniejącą śliczną i mądrą córką, zastanawiająco dorosłą jak na swoje niebyłe dwa albo trzy lata”.

I to był początek. Wyraźny jak klaps na planie filmu. Ujęcie pierwsze, projekt: poczęcie. Akcja. Moja córka, od razu trzyletnia.

„Święty Mikołaju! – pisałam wówczas, mimo jeszcze niezaawansowanego lipca. – Święty Mikołaju, daj mi na próbę trzylatkę. Od osiemnastej do dwudziestej, w dni robocze. Przymierzę się”.

Trzylatka wydała mi się widać w tamtym czasie jeszcze dość mała na to, żeby nadal nazywać ją dzieckiem, ale wystarczająco duża, żeby już być niekłopotliwa, dawać gwarancję możliwie niewielkiej liczby elementarnych niemowlęcych problemów, bliżej niesprecyzowanych karmień, wypróżnień i jęków.

Teraz, kiedy piszę te słowa, mój najmłodszy syn, moje trzecie dziecko, mój ze wszech miar perfekcyjny Silny skończył właśnie trzy lata. Jest zarazem dość mały i wystarczająco duży – cóż, jest równie nadzwyczajny jak tamta imaginacyjna lipcowa dziewczynka ze snu, ale w przeciwieństwie do niej – on jest prawdziwy. Czasami płacze, ale częściej się śmieje, domaga się zabawy, uwagi, zbornych odpowiedzi na pytanie „a dlaczego?” oraz regularnych posiłków, standardowe trzyletnie ludzkie dziecko.

Mój pierworodny syn, zwany od czasów płodowych Nowym Człowiekiem, za pół roku skończy dziewięć lat. Regularnie i z mozołem wyławiam go z rzeczywistości gier komputerowych do odrabiania lekcji. Erna, ucieleśnienie dziewuszki z fazy REM sprzed dziesięciu lat, niedawno obchodziła szóste urodziny. Fizycznie jest moją znacznie młodszą miniaturą – o zwodnicze podobieństwo! – na moich własnych nogach w skali mini chodzi odrębna ode mnie istota o licznych talentach, które – cóż – nie są moimi.

A ja, ja dziś jestem matką trójki dzieci.

I nigdy tak o sobie nie mówię ani tak nie myślę, nie identyfikuję się z figurą „matki wielodzietnej”, wyjąwszy może chwile ekstremalnego zmęczenia. Dzieci mnie nie definiują, chociaż przecież przedefiniowały moje życie.

Jestem po prostu. Taką mam nadzieję. Wprawdzie nie tamtą sobą, którą byłam u progu PROJEKTU DZIECKO, ale – wbrew lękom, ubranym w konkrety w dawnych zapiskach – nie zniknęłam. Nie rozpuściłam się ani nie rozpadłam w PROJEKCIE MACIERZYŃSTWO.

KAŻDEGO DNIA OCALAM SIEBIE.

Nie zmienia to faktu, że tamtego lipcowego ranka przed laty, kiedy obudziłam się ze snu o nie swoim-swoim dziecku, nie uwierzyłabym, że rzeczywistość matki dzieciom, matki dziecku wygląda tak jak moja dzisiejsza.

* * *

Na dwa tygodnie przed sugestywnym snem z bystrą, żwawą laleczką w roli głównej siedziałam na którymś z tatrzańskich dwutysięczników (pamięć o tamtym dniu jest tak precyzyjna również dzięki archiwalnym zapiskom). Zmęczona intensywnym marszem odpoczywałam, oparta plecami o kamienny słup graniczny. Przede mną rozciągała się szeroka perspektywa górskich szczytów na tle bezchmurnego nieba, obrazek niczym z „Google street views” – aż chciałoby się adekwatnych podpisów, strzałek, chmurek i linków do Wikipedii, wysokości nad poziomem morza oraz zwięzłej informacji o faunie, florze, jak również o genezie nazw geograficznych (wtedy oczywiście nie mogłam tak myśleć; myślę o tym tak dzisiaj, o pogodnym letnim dniu z widokiem na słowackie Tatry). Siedziałam na szczycie, na górze, na dachu mojego świata odtąd dotąd i zeszło na mnie oświecenie.

Wspomnienie tamtego idealnego widoku wróciło, kiedy w moim starym sieciowym pamiętniku przeczytałam: „Dwa tygodnie temu coś sobie uroiłam. Może z oszołomienia górskim powietrzem, może z nagłego nadmiaru wolnego czasu, w każdym razie bez kontekstu, bez żadnego uchwytnego powodu, algorytmicznie. Całka z długiego związku z Ludwikiem, różniczka z konsekwentnego braku dzieci, pierwiastek z sumy przeżytych lat, moich i Ludwika do potęgi – i z tego otrzymałam zaskakujący wynik, że jeżeli teraz zrobimy sobie dziecko, to się urodzi w maju, w moje urodziny, urodzi mi się optymalnie, bo jeżeli ma być dziecko, to niech się urodzi w maju, niech będzie takie jak ja, no i niech bezwarunkowo będzie kobietą. Z innym dzieckiem się nie dogadam, inne dziecko to ewentualna kosmicznie chybiona pomyłka”.

Dziecko, które trafiło mi w myśli na górskim szczycie, było projektem, zadaniem, zleceniem. Co prawda nie zawodowym, ale skonkretyzowanym jak profesjonalne zamówienie. Plan do wykonania – zrobić sobie dziecko. Już, zaraz, teraz.

A później usiadłam z Ludwikiem przy stole kolacyjnym w hotelu. Zrobiłam wdech, wydech, łyknęłam przestygłej herbaty z cytryną.

– Co ty na to, słuchaj – spytałam – żebyśmy sobie zrobili młode na następny rok?

Ludwik teatralnie zsunął się z krzesła, w szerokim uśmiechu obnażył równe, białe zęby, wreszcie huknął tubalnie:

– Hee... ale... ale... ale ja jestem za młody na dziecko!

Pękliśmy z rozbawienia.

Bo w końcu to on od zawsze chciał – tak przynajmniej mówił, a ja od zawsze nie chciałam. Teraz śmialiśmy się razem, że oto, proszę, jest nagle na odwrót, jakie to komiczne. A później razem, chociaż każde z osobna, przeszliśmy ciężką nerwicę przewodu pokarmowego, potworne sensacje żołądkowe wynikłe z tej decyzji.

Wreszcie klamka zapadła, zaczęliśmy ROBIĆ DZIECKO.

* * *

Nie wiem, na jakich zasadach i w oparciu o jakie determinanty inni przedstawiciele naszego gatunku planują dzieci, gdzie i w czym szukają źródła tej decyzji, w jaki sposób i skąd ona na nich spływa.

Moja pojawiła się znikąd.

Metafizyczna otoczka macierzyńskiego Oświecenia na Górze, dosłownej zresztą, bo mierzącej ponad dwa tysiące metrów, epifanii utwierdzonej sugestywnym snem po czternastu dniach, jak po okresie ustawowego uprawomocnienia, jest oczywiście jakimś alibi. Tym mocniejszym, że co do zasady trzeźwo postrzegam rzeczywistość i nie uciekam się, w zwykłych okolicznościach, do ezoteryki. Dlatego – byłam zdrowo zaskoczona, że nagła potrzeba ZROBIENIA SOBIE DZIECKA – tak właśnie, tymi słowy, nie innymi – a więc, że nagły imperatyw rozmnożenia się, przedłużenia gatunku, puszczenia w obieg genów usunął w cień inne potrzeby. Mój mózg bezustannie dokonywał szybkich obliczeń, chociaż matematyka nie jest i nie była moją namiętnością, nigdy. Dodawałam do swojego aktualnego wieku wiek dziecka po pierwszej klasie podstawówki i po ostatniej klasie liceum, tym samym operacjom poddawałam wiek moich rodziców. Wyniki były raczej druzgocące i jednoznacznie prowadziły do konkluzji, że albo teraz tak, albo już nigdy nie. Że jeszcze moment i dziecko, którego nadal nie ma/nie mam, zastanie w swoim dziecięcym pokoju oddział geriatryczny.

Być może też – nie wykluczam, bo i tego nie pamiętam, minęło w końcu dziesięć lat – być może wystraszyłam się jędzowatej baby, w jaką niechybnie bym wyewoluowała, nadal pędząc z Ludwikiem gnuśne życie singla z singlem. Pierwsze znamiona, zaczyn na ksantypę pęczniał mi już tu i ówdzie. Więc dziecko jako impuls łagodzący obyczaje? Dość to banalna teza.

Zaglądam do starych zapisków.

„Czyli tak, malutka – pisałam w tamtym lipcu – masz się tu pojawić celem uczłowieczenia moich obyczajów. Mission raczej impossible, córeczko.

Bogowie, napisałam «córeczko»! I urosła mi kula w gardle absolutnie nie do przełknięcia. Bo na razie to jest eksperyment na jednym żywym organizmie – moim. I chyba nie do końca sobie uświadamiam, że niedługo może być na dwóch. Że «ja i dziecko» to już nie będę «ja», a przynajmniej – nie tylko ja”.

Tak, napisałam wtedy „córeczko” i przeraził mnie ten rzeczownik, bo przecież łamałam właśnie aksjomat, nigdy, powtarzam, nigdy nie chciałam mieć dzieci, przeciwnie – w milczący, ale bezdyskusyjny sposób zakładałam dożywotnią, programową bezdzietność. Cudza progenitura mnie nie zachwycała, ba, nie obchodziła, nie zaglądałam do dziecięcych wózków, nie kląskałam w uniesieniu na widok pulchnych dziecięcych policzków i krągłych paluszków. Nie aspirowałam ani do urlopu macierzyńskiego, pełnopłatnego oczywiście, ani do piaskownicy. Do huśtawki, pieluch, butelki z mlekiem też nie. W najmniejszym procencie. Promilu.

„Mała – napisałam w internetowym dzienniku – nie wiem, czyja jest ta decyzja, ta z mojej głowy, ta, żebyś była. Twoja, mała, to twoja decyzja prawdopodobnie”.

Być może behawioryści nazwaliby to instynktem.

* * *

Tak. Nigdy wcześniej nie chciałam mieć dzieci.

Nigdy znaczy nigdy, a nie jakiś lipiec czy sierpień. Nigdy to nie pewien poniedziałek czy wtorek rano we śnie, do którego przyplątują się małe dziewczynki.

Na kilka miesięcy przed lipcem od snu o dziecku siedzieliśmy z Ludwikiem w jego ulubionej pizzerii, była wczesna wiosna, marzec albo kwiecień, wokół całe to wiosenne tirli-tirli i budzenie się do życia. Jedliśmy w milczeniu, on – ulubioną calzone, ja – wegetariańską.

– Musimy w końcu mieć dziecko – bez związku z ciszą rzekł Ludwik i przełknął kawałek pizzy. – Inaczej to nie ma sensu – ciągnął uroczyście, głębokim, niskim głosem. Przestał jeść. – Pracujemy, zarabiamy, bez motywacji i bez celu. Nawet się nie widujemy. Nie można ciągle tak żyć.

– Dzieci to nie jest żaden sens! – krzyknęłam. Mężczyzna zza sąsiedniego stolika obrzucił mnie karcącym spojrzeniem. – Sens jest w zupełnie innym miejscu!

Co prawda nie wiem w jakim, ale z pewnością jest gdzieś tam.

Ludwik nie dawał się jednak zbić z tropu, nie tym razem.

– Wiem, że cię przeraża fizjologia – szepnął, chwytając mnie za palce wczepione w blat stolika. – Zaadoptujmy dziecko.

Nie, nie i nie. Co to, to nie.

Nie.

Śmiertelnie się wtedy pokłóciliśmy i ostatecznie, jak mi się wydawało, zamknęliśmy temat dziecka, jakiegokolwiek dziecka, również dziecka adoptowanego. W tamtym czasie dziecko z adopcji – o której zresztą nie mieliśmy najmniejszego pojęcia – nie było żadnym rozwiązaniem, bo żadne dziecko nie było wtedy rozwiązaniem, dla mnie temat po prostu nie istniał. Miałam zejść z tego świata bezdzietnie. Tak i już, bez żadnego intelektualnego uzasadnienia wykraczającego poza prostą deklarację „bo nie chcę”.

* * *

Tymczasem minęły nasze lipcowe wakacje w Tatrach i wróciliśmy do codzienności bezdzietnych singli, Ludwik do niewielkiej agencji reklamowej, w której był obiecującym copywriterem, ja do korporacyjnego biura tłumaczeń. Temat PROJEKTU DZIECKO przysechł niczym strup na zadrapaniu. Znowu przesiadywaliśmy całe dnie w pracy, mijaliśmy się rano między ekspresem do kawy a tosterem, wieczorem siadaliśmy na kanapie w naszym małym mieszkaniu, każde pochylone nad swoim komputerem. Wszystko było z pozoru jak zwykle i wszystko po staremu, gdyby nie prześladujący mnie cień myśli o...

Rozważając za i przeciw rozmnożeniu się, otworzyłam skrzynkę na listy. Analogową skrzynkę, w której manewruje się małym kluczem. Dłubałam w zamku, a drugą ręką podtrzymywałam drzwi wejściowe do klatki schodowej, walcząc ze sprężyną mechanicznego zamknięcia. Domofon zaskrzeczał spięciem na kablach, z klatki schodowej uderzył stężony odór obiadów i mydlin. W wąskiej szczelinie pod stertą reklam leżała pocztówka od Judyty, mojej przyjaciółki z liceum. Judyta pisała z wakacji: „Tadek podbija serca wielu osób, aż dziw bierze, że i w nas ciągle i ciągle jest jeszcze co podbijać. Jestem nieustająco zakochana!”.

Tadek miał wtedy dwa i pół roku. Zakochanie się we własnym dziecku wydało mi się absolutnie absurdalną figurą, pamiętałam Tadka jako wrzeszczące niemowlę i mało komunikatywnego użytkownika roweru na trzech kółkach. W moich wyobrażeniach ewentualny pakiet uczuć, jakimi można by było obdarzyć takiego delikwenta, mieścił się między współczuciem a wstrętem. Miałam też ugruntowane przekonanie, że tak zwany instynkt macierzyński jest swego rodzaju opcją, że nie każda dostaje go w pakiecie z jajnikami, prawdopodobnie na skutek postępującej ewolucji gatunku ludzkiego. Brak instynktu można by więc w efekcie porównać do czegoś w rodzaju braku górnych trójek. Bez górnych trójek zgryz, co prawda, wygląda nieortodontycznie, ale da się z tym/bez tego żyć.

Myśli, bo nękały mnie – cóż za pensjonarska komparacja! – kaskady myśli, sekwencje pojedynczych zdań galopujących przez głowę, związki przyczynowo-skutkowe, łańcuchy następstw ściśle powiązanych z przyczyną. Wątłemu ciału przypadło, bezsprzecznie, oprogramowanie o zbędnych parametrach. Myślałam, analizowałam, antycypowałam najgorsze scenariusze. Skutek był taki, że sparaliżował mnie lęk.

Tymczasem fakty były nieubłagane, nawiedziło mnie moje własne dziecko de profundis swojego nieistnienia i, jak to w opętaniu, z definicji nie było w tym ani krzty przyjemności. Zdarzały się – ewentualnie – sporadyczne momenty opuszczenia mnie przez opętującego.

Jechaliśmy z Ludwikiem przed siebie. Prowadziłam, Ludwik zajął miejsce pasażera. Milczeliśmy. Dziurawa asfaltowa droga nierówno zwijała się za nami.

– Wiesz, co mnie nęka? – wyrzucił z siebie Ludwik i lękliwie na mnie popatrzył.

– Co?

– Paznokcie.

– Paznokcie?

– No, paznokcie. Jak ja mu będę paznokcie u takich małych rąk obcinał? Chyba że będziemy z nim chodzić obcinać paznokcie do lekarza.

* * *

Prawdopodobnie jest tak, nie robiłam co prawda badań historycznych, ale zakładam, że to jak najbardziej możliwe, więc być może onegdaj dzieci się po prostu miało (albo się ich nie miało) i tyle, bez cywilizacyjnej otoczki wyborów i lęków. Po pierwsze – pewnie dlatego, że przemysł antykoncepcyjny nie istniał. Po drugie – w wielopokoleniowych rodzinach dzieci były immanentną i bezdyskusyjną częścią świata. Tak jak starcy, jak chorzy, jak młodzieńcy, jak okaleczeni, jak kobiety w ciąży, tę listę różnorodności można ciągnąć bez kresu. Mam głęboko ugruntowane wyobrażenie, że w rodzinie z czasów sprzed tabletki antykoncepcyjnej dziecko było naturalną częścią tła, ustaloną rzeczywistością. Tymczasem ostatnim PRAWDZIWYM DZIECKIEM, które widziałam z bliska, była moja młodsza o kilka lat siostra. Pamiętam szpital miejski z końca lat siedemdziesiątych, ponury, szary budynek z wielkiej płyty, wyrosły pośrodku niczego (dziś ten sam szpital jest ledwie cieniem owego potężnego obiektu z głębi mojej niepamięci, chociaż nie sądzę, żeby w istocie uległ zmniejszeniu). Korytarz oddziału noworodków miejskiego szpitala przedzielono wówczas szybą, po obu stronach której zamocowano telefony, czarne ebonitowe słuchawki, teraz nasuwające mi proste asocjacje z więzieniem. Pamiętam moją mamę po drugiej stronie szyby ze słuchawką w ręku, pamiętam ciężar słuchawki, którą sama trzymałam, i to, że nic nie było w niej słychać. Pamiętam moją młodszą siostrę zawiniętą w płócienny kaftanik na leżance w wąskiej dyżurce, w której odprawiano opuszczające szpital położnice. Pamiętam naszą podróż powrotną do domu przez bezbarwny styczniowy krajobraz. Siedziałam na tylnym siedzeniu fiata 126p (komu by wtedy przyszło na myśl, żeby wpiąć kilkuletnie dziecko w fotelik?), a obok mnie, zawinięta w szaro-biały koc leżała moja siostra, również bez fotelika. Tylna kanapa tyciego fiata była szeroka jak cały świat, a moja siostra wydawała się przybyszem z obcej planetoidy.

Tak więc pierwsze i ostatnie bliskie, codzienne spotkanie z małym dzieckiem miałam w czasach początków podstawówki, a przed kolejnymi ewentualnymi spotkaniami po osiągnięciu dorosłości chroniłam się odpowiednio dobranym zestawem chemii. Przetrawiłam całą tablicę Mendelejewa. Byłam znawczynią skutków ubocznych i parafizjologicznych objawów wszystkich tabletek antykoncepcyjnych dostępnych wówczas na rynku.

Jest taki wiersz Andrzeja Bursy, który mógłby być moim mottem.

Miłość

Tylko rób tak żeby nie było dziecka

Tylko rób tak żeby nie było dziecka

To nieistniejące niemowlę

jest oczkiem w głowie naszej miłości

kupujemy mu wyprawki w aptekach

i w sklepikach z tytoniem

tudzież pocztówkami z perspektywą na góry i jeziora

w ogóle dbamy o nie bardziej niż jakby istniało

ale mimo to

...aaa

płacze nam ciągle i histeryzuje

[...][1]

Kiedyś, pamiętam przez niepamięć, na początku naszego związku z Ludwikiem mieliśmy krótki, zdaje się dwumiesięczny moment, kiedy na drodze konsensusu i wzajemnego porozumienia postanowiliśmy zrobić tak, żeby otóż było dziecko. To było obce łóżko, pokój w nadmorskim hotelu, cudza czerwona pościel z kory w kolorową kratę, zsunięte z dwóch tapczanów jedno szerokie, ale niewygodne łoże. I zamiast choćby cienia przyjemności moja porażająca myśl, że właśnie ROBIMY TAK, ŻEBY BYŁO DZIECKO, i że przecież ja nie chcę. Płakałam wielkimi, przesadnymi łzami, cała w egzaltacji i nieadekwatnej rozpaczy. Ludwik gładził mnie po czole i ręce i powtarzał:

– Już nie. Uspokój się. Już nie.

* * *

Tymczasem wróćmy do tego lata, kiedy dla bliżej niesprecyzowanych przyczyn postanowiłam zainicjować PROJEKT DZIECKO. Udając przed sobą, że nic się nie dzieje, czytałam wtedy pokątnie Ericę Jong, pławiłam się w jakichś prymarnych ideach feminizmu, prawdopodobnie po to, żeby dojść źródeł swojej dotychczasowej uporczywej bezdzietności. Pokrętnie miałam też chyba nadzieję, że dogrzebię się przy okazji źródła lipcowej decyzji, tej o dziecku. Bo to raczej nie było tak, że Hipotetyczna Dziewczynka zatoczyła pętlę nad którymś z moich fabularnych snów i bęc! nagle gwałtownie zapragnęłam ją ujrzeć, więc w amoku spuściłam antykoncepcję do kanalizacji, a idąc za ciosem – przekabaciłam Ludwika na stronę Ojca.

„Na razie wolę pozostać przy wersji – zanotowałam wtedy – że to Hipotetyczna zechciała mnie”. To jedno. Mercilonu/marvelonu i reszty tablicy Mendelejewa nie wrzuciłam jeszcze do kanalizacji, to drugie. Kilka barwnych, płaskich kartoników leżało wciąż w łazienkowej szafce i czekało na upływ terminu przydatności do spożycia. Poza tym – kluczowe dla sprawy przekabacenie mnie na stronę Matki jeszcze wtedy nie nastąpiło. To trzecie.

A Erica:

Kiedy tylko pojawiało się comiesięczne krwawienie, widziałam w nim martwe miniaturowe dziecko. Opłakiwałam każde jajeczko, poświęcałam mu poematy, odczuwając zarówno upokarzający żal, jak i ulgę. Moje usiłowania, by skończyć studia i zostać pisarką, przyćmione były nieustannym zagrożeniem, że, być może, stosując tak skrupulatnie diafragmę, skazuję się na życie puste i pełne rozpaczy.

Mój ówczesny wstręt do dzieci był tak wielki, że na widok koleżanki z college’u pchającej staromodny wózek wiklinowy po West End Avenue zrobiło mi się po prostu niedobrze. Albo tak bardzo tęskniłam do macierzyństwa, że aż stałam się na nie uczulona, albo też byłam zdecydowana nigdy nie utracić kontroli nad płodnością. Ubolewałam nad losem koleżanki, która okazała kobiecą słabość, patrzyłam z nienawiścią, jak grucha i cmoka do zawiniątka leżącego w wózku. Niczego nie dokona, myślałam o niej ze wzgardą[2].

W kategoriach, które mnie wówczas dotyczyły, „dokonać czegoś” w żadnym razie nie znaczyło „obarczyć się dzieckiem” albo – jeszcze lepiej (gorzej?) – dziećmi. „Dokonać czegoś” oznaczało na początek i w pewnym, choć doprawdy nieznacznym uproszczeniu, zdławić w sobie kobietę. Jeżeli czegoś DOKONYWAŁAM, robiłam to w męskim świecie i według męskich zasad. Teraz wydaje mi się zaskakujące, że tylko momentami oburzało mnie, iż dla mężczyzn wokół mnie DOKONYWANIE było tylko tym, co ich dotyczyło i co miało związek z karierą, zawodowym i finansowym sukcesem, tak zwanym prestiżem społecznym, posłuchem et cetera. Dla mężczyzn z mojego ówczesnego, ale – na bogów! – i aktualnego świata zakupy do lodówki albo pranie w pralce działy się w innym wymiarze, obsługiwanym przez matkę, żonę, dziewczynę, KOBIETĘ. Albo odpłatne punkty usługowe. Prosty, dychotomiczny podział na męską sferę dokonań, osiągnięć i sukcesów i kobiece zaplecze organizacyjno-techniczne, co prawda niezbędne, ale o marginalnej istotności w wymiarze szerszym niż własne cztery ściany na kredyt.

W tamtym czasie działałam w męskim świecie jak walec. Słyszałam w odwecie: „zachowujesz się jak facet”. Przyjmowałam to z mieszaniną aprobaty i wstrętu. Brak wyboru był wręcz oczywisty. Albo się walcem kieruje, albo ci ten walec przejeżdża po plecach, to są proste, czytelne zasady świata dużych małych chłopców i ich zabawek naturalnej wielkości. Albo jesteś asystentką/inspicjentką, albo pozwalasz sobie wyprać mózg i zachowujesz się jak facet. Za każdą cenę.

Więc z tym większym zaskoczeniem zarejestrowałam u siebie ów ślad po trzeźwym osądzie, że otóż wreszcie dotarło do mnie dziecko. I z jednej strony popadłam w obawę co do tego, w co zaczęłam grać (bo to był zupełnie nowy świat – świat kobiet, a ja nie miałam bladego pojęcia o świecie kobiet). Z drugiej strony ze zdziwieniem odkryłam, że skupianie się na własnej fizjologii, bez wyrzutów sumienia, ale z wyrozumiałą łagodnością jest przyjemne. Po prostu przyjemne. Przyjemne są myśli prokreacyjne i przyjemnie jest się pławić w Tajemnicy Nieśmiertelności.

Bo czy nie jest boskie mieć w sobie kreację?

„Więc już nie będzie dla mnie zaskoczeniem – napisałam w dzienniku – jeżeli za jakiś czas zacznę głosić, że mieć dziecko to jest dopiero dokonanie. Iluzoryczny sukces w męskim świecie zależy wyłącznie od twardych łokci, samozaparcia i ewentualnie – od śladowych ilości talentu. Tak uwarunkowany sukces jest w zasięgu łapy średnio wyewoluowanej małpy. Sukces prokreacyjny zależy od pozytywnego nastawienia pary własnych jajników, przysadki mózgowej, podwzgórza i iluś tam złożonych reakcji biochemicznych tudzież od perfekcyjnej synchronizacji wszystkich wymienionych elementów. Na sukces prokreacyjny mimo najlepszej woli nie ma się żadnego wpływu – abstrahując oczywiście od metod chirurgicznych. Sukces prokreacyjny to jest dopiero sukces. A przy okazji niewątpliwie zasadniczy cel egzystencji każdego gatunku, nie wyłączając człowieka”.

* * *

Znowu zaglądam do archiwalnych notatek, trudno jest mi bez tamtych zapisków odtworzyć siebie ówczesną. Pamiętam, że nie chciałam mieć dzieci. Nie pamiętam, jak postrzegałam swoją bezdzietną kobiecość.

„To konstatacja na granicy banału – pisałam wtedy. – Ale złe instynkty budzi we mnie społecznie akceptowany wizerunek kobiety jako obudowy organów rozrodczych, jako przedłużenia macicy o drugoplanowej istotności. Zgadzam się, są kobiety, które same się proszą o taką etykietę (i jest to kultywowane z rezygnacją, mam wrażenie). Ale podobnie widziani są przecież faceci – jako przedłużenie swoich penisów (i to się kultywuje z dumą), co jednak nie znaczy, niestety, że obraz mężczyzny w zbiorowej świadomości jest tożsamy z personifikacją nosicielstwa materiału genetycznego w slipach.

Ech, nie jestem dobra w polityczno-etyczno-moralnych deklaracjach. Wykładnia świata wewnętrznego wychodzi mi lepiej od wykładni świata zewnętrznego.

Bo jak pasjansa stawiam sobie takie bojaźliwie feministyczne tezy. Chociaż twierdząc, że nagminne minimalizowanie społecznej roli kobiety, sprowadzanie jej do roli macicy jest krzywdzące i ogólnie złe, nie redukuję prochu za pomocą mąki i tartej bułki, wiem.

Wiem też, że miejsce kuchennej filozofii jest między kuchennym śmietnikiem a lodówką.

Bo fizjologia narzuca szereg uwarunkowań, przecież nie będę się spierać.

Ale to wszystko nie zmienia faktu, że również z powodu frustracji, o której wyżej, z powodu niezgody na stanie się macicą, gadka o macierzyństwie trafiła we mnie dopiero teraz, a nie kilka lat temu”.

* * *

Kontrola. Myślę, że to słowo jest kluczowe. Kontrola, kontrolować, dozór, inspekcja.

Przez pewną część dorosłego życia odnosiłam wrażenie, że sprawuję kontrolę nad sobą i nad swoim życiem. Szkoła, studia, nauka, kolejne kursy zawodowe i następujące po sobie szczeble zawodowego wtajemniczenia. Szczupła sylwetka. Ćwiczenia, zestawy ćwiczeń w sali treningowej, po kolei wytrenowane partie mięśni. Mózg i ciało POD KONTROLĄ. Stały monitoring siebie, kształcenie się i trening. Ćwiczenia.

„Przy zapinaniu guzików dziś rano – napisałam któregoś dnia w netowym dzienniku – zapinaniu guzików od spódnicy rozmiar 36 spłynęło na mnie nagłe oświecenie – niemożliwość zapięcia guzików od spódnicy któregoś innego dnia rano będzie prawdopodobnie niewyobrażalnym stresem. I jasne, to tylko płochość niewieścia, błahe skoncentrowanie się na swoim wyglądzie, jakaż to ignorancja, zatruć sobie dzień myślą o ewentualnym zniekształceniu sylwetki”.

Lista skutków ubocznych ciąży nie wyglądała zachęcająco. Rozstępy, hemoroidy, żylaki, ciążowe kurzajki i nadwaga. Garnitur, doprawdy, zachęcająco-obiecujący. A przecież wtedy koncentrowałam się głównie na zmianach ciała (które ostatecznie okazały się z gatunku pomijalnych), nie mając bladego pojęcia o rewolucji mentalnej, jaką czyni dziecko.

Żadnych imprez.

Kropli alkoholu.

Bez fajek jakoś wytrzymam.

Sporty wysiłkowe wykluczone, więc koniec treningów.

Nie wystawiać twarzy do słońca.

Uwaga na kremy z retinolem.

Unikać wirusów, bakterii, zakażeń drogą kropelkową,

rzęsistka tudzież toksoplazmozy.

Koty – do widzenia.

Rewolucja w garderobie, nie wspominając o lodówce.

Seks grupowy, o ile w ogóle jakikolwiek seks.

Równowaga związku wystawiona na ciężką próbę z braku równowagi.

Życie zawodowe w rozsypce.

Pójść do ginekologa, dentysty, unikać komputera, prostować się, nosić buty na płaskim, nabyć kremy na rozstępy, myśleć pozytywnie, grać Mozarta do brzucha.

Życie zawieszone do odwołania.

Na początek cudzego życia.

* * *

Ludwik wziął dzień wolny, a ja pobiegłam do pracy, zawsze biegałam przecież. Wieczorem zdał mi sprawę z tego, czym żyje osiedle w godzinach czuwania, w takich godzinach, kiedy nas tu nigdy nie ma.

– Nie dało się spać – rzekł. – Słońce od wschodu w oczy i hałas od ulicy. Patrzyłem na ulicę.

W dzień roboczy, tuż po dziesiątej rano przez okno na nasze osiedle niedospanymi oczami Ludwika widać było głównie młode, atrakcyjne matki gromadnie pielgrzymujące z niepełnoletnim potomstwem w wózkach, w nosidłach i o własnych, nieletnich siłach. Po osiemnastej matki znikały. Kryły się ewidentnie na klatkach schodowych, w piwnicach i w suszarniach przed takimi jak Ludwik i ja. Oto sekret tego, że do tej pory żadne z nas matek nie spotykało.

– Ty byś tak nie umiała – ciągnął Ludwik – jak one. Po miesiącu chodzenia po osiedlu odbiłoby ci. Na bank. To pewne.

Ludwik skończył i sugestywnie westchnął. Za krótko jednak, żeby jednoznacznie ocenić, czy bardziej z dojmującego podziwu dla mnie, czy raczej z głębokiego, nieutulonego żalu.

A może właśnie, przemknęło mi przez myśl, umiałabym?

A właśnie, pomyślałam – rewolucjonistka! – że wam to udowodnię, wam wszystkim. O.

Bo marzyłam o sandałach bez obcasów i o koszulkach zamiast garniturów, marzyłam bezustannie. I o monotonii kolejnych podobnych do siebie dni. I o niedospanych nocach, o gotowaniu butelek i gotowaniu obiadów. I o worach pod oczami nie od komputera, ale od kolki. Marzyłam bez przerwy.

Serio.

Tymczasem jednak dałam sobie kilka dni bez jakichkolwiek paraciążowych paradygmatów.

Business trip.

Professional look.

Laptop.

Suit i suitcase.

* * *

I tak oto weszliśmy z Ludwikiem w erę spermatozoiczną. W epokę seksu prokreacyjnego. Codziennie, energicznie.

Ludwik okazał się zaangażowany, żeby nie rzec – poniekąd entuzjastyczny.

Chociaż były też i takie sceny erotyczne, w których męska dłoń zsuwała się czule w dół moich pleców. A druga w dół przodu, ze wszech miar namiętnie.

– E... E...

– Ale pomyśl jednak o tym – szeptał Ludwik. Gęstniejący, wilgotny obłoczek pary z ust muskał mi małżowinę – że mimo wszystko powinniśmy.

Klaps. Koniec ujęcia. I to jest ów szczególny moment w życiu pary, owo mityczne robienie dziecka.

Któregoś dnia, po przypadkowej lekturze jakiegoś pisma dla kobiet, kupiłam kwas foliowy i konsekwentnie mierząc się z zagadnieniem, łyknęłam wieczorem jedną tabletkę. Zrobić sobie dobrze dziecko, zrobić sobie dobrze dziecko, zrobić sobie dobrze dziecko. Czyż to nie charakterystyczny odruch przykładnej uczestniczki wyścigu szczurów, idealnej kandydatki na middle class w kraju świeżo nawróconym na kapitalizm? Ta ciężka praca nastawiona na sukces, nawet jeżeli efektem ma być nie wielostronicowy raport, ale niemowlę.

Obciążenia kilku lat pracy dla korporacji nie dało się pozostawić w teczce po godzinach. Zaczęłam robić dziecko jak młoda karierowiczka. Ludwik natomiast podszedł do tematu kwasu foliowego sceptycznie, wielokrotnie się upewniał, że to tylko witamina B plus masa tabletkowa, a nie jakaś wątpliwa moralnie kombinacja bliżej nieznanych profanom związków chemicznych. Mityczny kwas foliowy był, jak sądzę, pierwszym – choć wywołanym sztucznie – objawem. Napisałam „zidiocenia”, po czym to usunęłam. Nie, zidiocenia jednak. Rządów hormonów pewnie, na razie pod kontrolą, bo wtedy poziom hormonów prawdopodobnie nadal miałam w normie. Niemniej jednak estrogen wysłał mi otóż pierwsze metafizyczne pozdrowienie.

I zrobiło się duszno.

Bo ileż można obracać w mózgu we wszystkie możliwe i niemożliwe strony jedno zagadnienie.

Powietrza.

Campari z sokiem.

Cóż, od zawsze w końcu było tak, że to, co robiłam z zaangażowaniem – robiłam maniakalnie. Z bliżej niewiadomych przyczyn któregoś dnia zapaliła mi się dioda, że dziecko ma być teraz albo nie będzie go nigdy. Nigdy nie lubiłam „zawsze” i „nigdy”. Konotacja NIGDY powodowała u mnie od ZAWSZE gęsią skórkę. Zatem – dość to prymitywny sylogizm – jeżeli nie nigdy, to już. Stąd – JUŻ.

„I jeżeli z jednej strony pociąga mnie perspektywa rozłożonej na miesiące autoanalizy do poziomu mitochondrium, to z drugiej wiem, jak ostrożnie muszę z sobą działać, bo ta konstrukcja łatwo może zmienić zdanie. Na SWOJE zdanie.

Okoliczność, że dziewięciomiesięczna wycieczka w głąb własnego DNA skończy się wizytą nowego DNA w moim mieszkaniu, jeszcze do mnie nie dotarła”.

* * *

To był dziwny etap. Nosiłam w głowie wszystkie nieistniejące ciąże i urojenia macierzyństwa, porównywałam siebie z teraz z wizją siebie JAKBY EWENTUALNIE JEDNAK, nękały mnie tak elementarnie absurdalne kwestie jak dojmujący problem, czy wraz z zaciążeniem zacznę śpiewać inaczej, czy z mety zacznę zawodzić macierzyńskim dyszkancikiem, ciuciu, ciuciu, lulu, lulu, dzidzi. Wyczuwałam to niepokojące drżenie atmosfery, wieść z kosmosu matka-i-dziecko, że się ewoluuje, że tak się dzieje, że tak czynią kobiety, że się przechodzi transformację z kobiety-zdobywcy w matkę-mamałygę.

Zamierzałam wręcz przeprowadzić swoiste badania terenowe na własnej psychice, których rezultatem byłby wykres obrazujący, na ile hormon może zmodyfikować rozumnego człowieka płci żeńskiej. Dowodziłoby to bez wątpienia, jaką część mnie stanowił trwale skonfigurowany materiał (odporny na ciąże, porody i niemowlęta), a ile było we mnie grząskiej masy pseudofizjologicznej.

Swoją drogą, czy to nie symptomatyczne, że nazwy przedmiotów DLA DZIECKA funkcjonują jako genetycznie zdziecinniałe? Wózek – a nie wóz, łóżeczko – a nie łóżko, krzesełko – a nie krzesło. I śpioszki, pieluszki, smoczki, koszulki. Inny, obcy świat. Terra incognita.

Cóż, kaftanik i kaftan (bezpieczeństwa) niosą w końcu diametralnie różne treści.

* * *

– Naprawdę myślisz, że od tego, co robimy, może być dziecko? – poranny atak śniadaniowej filozofii dopadł mnie przy krojeniu pomidorów.

– Wiesz, podobno tak to działa – odpowiedział Ludwik znad kubków, w których przygotowywał dla nas kawę. – Tak to działa, nie myślisz? – Przeciął powietrze łyżeczką, którą nabierał liofilizat ze słoika, i drobne, brązowe kudełki rozpierzchły się po blacie. – No, sama powiedz, u innych to z tego są dzieci, tak czy nie?

Podniosłam głowę znad niedokończonych kanapek i spostrzegłam z przerażeniem, że Ludwik trafiony w czuły punkt ROBIENIA DZIECKA nagle stracił rezon, odstawił kubek niedokończonej kawy i wpatrywał się we mnie świdrującym wzrokiem.

– No, Margita, skąd się biorą dzieci, jak nie z seksu, hę?

– Ha – szepnęłam niepewnie – podobno z niego właśnie.

A poza tym dzieci są z najdziwniejszych miejsc, z tabletek, z menzurek tudzież z całkiem cudzych brzuchów.

I z dobrze zapowiadającego się posiłku na dobry początek dnia nie zostało ani śladu dobrego.

A my przyznaliśmy sobie po dwói z wychowania seksualnego. To znaczy – po jedynce, po pale, pale z wykrzyknikiem, po pale minus. Pale na szynach.

Siadać, jedno z drugim, i przyjdźcie z matkami. A najlepiej od razu z ojcami też. Wstyd, słowo daję, wstyd!

Co nie zmienia faktu, że kończąc kanapki, uznaliśmy oboje, że ostatecznie wolno nam mieć w rzeczonej sprawie zdania odrębne, że mamy, my z Ludwikiem, jak również Ludwik i ja – każde z osobna, pełne prawo do uzasadnionych wątpliwości. I do nierozstrzygalnych dylematów, nawet bez kolejnej poprawki do ustawy o planowaniu rodziny. Ludzkość wszak zaledwie od kilku minut – w kontekście historii gatunku – łączy w ciąg logiczny utrzymywanie stosunków seksualnych i poczęcie. A my byliśmy tam od małej chwili dopiero, od drobnej nanosekundy z początku lat siedemdziesiątych. Więc mieliśmy prawo nie mieć pewności, skąd się biorą dzieci.

* * *

Zaglądam do archiwalnych notatek. W trzecim, w czwartym i nawet w piątym miesiącu robienia sobie dziecka nadal robiliśmy je z namaszczeniem. Nie ominęło nas nic z humorystycznego rozmnażania się na gwizdek. Zabawa w synchronizację cyklu z harmonogramem biznesowych wycieczek też nie. Miałam wówczas arcyśmieszne dylematy typu: jak nieinwazyjnie zakomunikować w pracy, że naprawdę nie mogę jechać w kolejnym tygodniu na tygodniowe zlecenie za granicę, gdyż/albowiem/poniekąd W  TYM CZASIE ROBIĘ SOBIE DZIECKO. Albo tak: poproszę o wolne wieczory na zrobienie dziecka. Jakieś zwolnienie na zrobienie, instytucja w kodeksie pracy.

Skutkiem ubocznym wejścia w erę spermatozoiczną okazało się niespodziewane zapadnięcie na chroniczny detektor kobiet w ciąży. Widziałam je wszędzie. One BYŁY wszędzie. Jak atak klonów.

* * *

Sąsiad z mieszkania o dwa piętra niżej zaczepił mnie na schodach tuż przed swoimi drzwiami. Oburącz trzymał potężną, pustą skrzynkę.

– Nie masz jakichś starych gazet? „Wyborcza”, „Głos”? – zapytał.

Musiałam mieć nietęgą minę, bo natychmiast pospieszył z obszernym wyjaśnieniem:

– Do pakowania szkła potrzebuję.

Zrozumiałam.

– A... wynosicie się?

– Tak!

Wynoszą się, bo ileż można koczować u obcych, i to za ciężkie pieniądze w czynszu. Kupili dwa pokoje w starym budownictwie zamiast tego tu cudzego luksusu.

– Starzejemy się, trzydziestka na karku – wyjaśniał sąsiad. – Dosyć kariery, chcemy w końcu mieć dzieci.

A.

Mania natręctw.

Hm.

* * *

Tymczasem – z dzidzi nici.

Najpierw nieśmiałe brudnorude plamienie, mesydż od zardzewiałych jajników. Później – bezpośrednio na rdzę bez podkładu – emalia krwistoczerwona, Hammerite. Mój organizm, pozbawiony wspomagania hormonalnego, działał według własnego logarytmu. Bodźce zewnętrzne, w tym uporczywe interwencje Ludwika, zwisały mu nisko.

I tak mijały kolejne miesiące odmierzane regularnym rytmem moich miesiączek. Paradoksalnie nagle niepożądanych, a przecież o nie właśnie chodziło mi przez wszystkie poprzednie lata związku z Ludwikiem, a teraz tak zdecydowanie już nie. Dla Ludwika NIEZROBIENIE DZIECKA stawało się w miarę upływu czasu czymś w rodzaju straty. Mnie przez ulotną chwilę przemknęło nawet przez myśl, że to jakaś wstępna lekcja pokory. Drobny zabieg ewangelizacyjny na potencjalnych rodzicach, autorstwa nieistniejącego potomka. Zabawne poniekąd.

* * *

– Nie chcę o TYM rozmawiać, bo się boję. Boję się, więc wolę nie myśleć. Skoro nie myślę, to jak mam o TYM z tobą rozmawiać? – Ludwik, indagowany o większą interaktywność słowną about a baby, rozwinął przede mną pełnię swojej męskiej logiki. Po czym z własnej inicjatywy dodał: – Facet, który po zrobieniu babce dziecka uznaje, że wysiłek z jego strony się skończył, jest idiotą. Chyba nie uważasz mnie za idiotę, hm?

I jako że sama się dopraszałam, zafundował mi litanię paraojcowskich lęków, w rytm marszowego kroku brzegiem morza – bo wyjechaliśmy na weekend – od dyskomfortu, przez moje potencjalne nieprzewidywalne humory, które będzie musiał z pokorą znosić (i donosić truskawki w lutym o czwartej nad ranem), do horroru nocnych krzyków hipotetycznej progenitury.

Biedny, ach biedny, Ludwiku, w co my się wpakowaliśmy, no w co?

* * *

Mniej więcej właśnie wtedy znajomy Ludwika został ojcem. Dzielili biuro, więc Ludwik uczestniczył niemal online w ciąży dziewczyny znajomego. Poznał jej ciążowe upodobania, aberracje i lęki, jak również przyrost masy ciała w kolejnych trymestrach stanu błogosławionego, wszystko rzecz jasna z drugiej ręki, z ust znajomego. Znajomy Ludwika okazał się postacią chronicznie gadatliwą.

Aż nadszedł dla dziewczyny znajomego czas rozwiązania.

W kluczowym dla początku ojcostwa momencie znajomy uczestniczył – jak to później zrelacjonował w czasie lunchu w firmowej kantynie – przytomnie. Obserwował, asystował, wspierał, ocierał czoło i trzymał za rękę. Robił zdjęcia wreszcie. Zdjęcia wywołał w formacie 10×15 (to był – niewiarygodne – czas sprzed czytników), ułożył je w albumie i przyniósł – w dobrej wierze i w beznadziejnym zaślepieniu, bo o nagłą utratę zmysłów wielkodusznie go nie posądziliśmy – do pracy. Po czym pokazał zdjęcia przy obiedzie.

Ludwik nie zdołał dokończyć zawartości swojego talerza. Kiedy opowiadał mi o tym wieczorem, rzekł, że mimo wszystko, mimo chwilowo pustego żołądka i generalnie nieudanego lunchu można się było dopatrzeć zasadniczo pozytywnej strony tego incydentu. Otóż Ludwikowi dostarczono bezpośrednie i wiarygodne źródło wszelkich drastycznych informacji, o jakich nie mógłby nawet pomyśleć. Reprezentatywna próbka zwerbalizowanych okołoporodowych doświadczeń znajomego Ludwika prowadziła do łatwej konkluzji, iż męska wersja TEGO WYDARZENIA jest bezwzględnie makabryczna.

* * *

Rytualna weekendowa wycieczka do empiku.

Odbębniwszy oswojone rejony Muzy, Rebisu i Zyska, podkradłam się chyłkiem w stronę półek MATKA I  DZIECKO. Konspiracyjnie pobrałam próbki. Drżącą ręką przekartkowałam kilka. Literatura generalnie obrazkowa. Przemawiające do wyobraźni przestrzennej (u kobiet ponoć w recesji) ujęcia damskich profilów, instynktowne paralele z rosyjskimi matrioszkami, wydały mi się nie do końca przypadkowe. Proste porady w stylu „kobietom w ciąży należy okazywać czułość” i obligatoryjna dla tego gatunku literatury ilustracja tekstu pisanego. Czułością jest męskie ramię wokół kobiecej gardzieli. Dalej – dziennik ciąży, tabelki do systematycznego wypełniania – „wpisz liczbę i częstotliwość skurczów, zanotuj, jak się z tym czujesz”.

Poczułam bunt i wszystkie rewolucyjne odruchy naraz, bo – do licha! – nie posiadłam przecież nagle intelektu drugiej kategorii i nie straciłam zdolności do czytania ze zrozumieniem zdań wielokrotnie złożonych tylko dlatego, że mój pierwszorzędny mózg wygenerował ideę sprowadzenia tu dziecka. Oczekiwałam rzeczowej informacji, a nie zachęty do poczynienia sprawozdania z narodzin online tudzież zdjęcia rumianego jabłka z komentarzem, żeby w ciąży obowiązkowo jeść rumiane jabłka.

I dojrzałe gruszki.

Pić mleko i zagryzać chudą szynką.

Trysnęłam obficie żółcią pod adresem WYDAWNICTWA MATKA I  DZIECKO, a jad wartkim nurtem popłynął mi z wątroby między półki w empiku.

– Zamknij to, zamknij to, proszę! – Za plecami wyrósł mi spanikowany Ludwik i rzeczowo objaśnił, że gruntownie słabnie od zdjęć cudzych porodów i wyobrażenia dziecka w macicy. Ale jako nowoczesny mężczyzna w konflikcie między własnym jang i kulturowo nabytym jin dodał: – Kupimy coś, kiedy już... no wiesz... kiedy już COŚ będzie.

Zamknęłam album ciążowy. Odłożyłam na regał. Wyszłam z księgarni z naręczem literatury pięknej.

A w domu doszliśmy do wniosku, że w większości tego, co ostatnio trafiało nam do rąk, pisali o rozmnażaniu człowieka. Ukuliśmy naprędce teorię, że oto nagle zaczęliśmy zwracać uwagę na TE RZECZY, kiedyś po prostu kartkowaliśmy dalej. Powstała też teoria inna, równie szybko i ku tej mocno się przychyliłam – że nastąpiło właśnie jakieś światowe przesilenie, zmiana składu atmosfery okołoziemskiej, promieniowanie kosmiczne o podejrzanym natężeniu. Baby boom na bis. I z pełnym pogodnej rezygnacji spokojem przyjęłam okoliczność, że moje pseudokartezjańskie nawyki umysłowe wolały to drugie, jakże racjonalne uzasadnienie.

Nie do końca brukowy miesięcznik kobiecy napisał wtedy, a ja z jakąś perfidną precyzją to wykryłam, że „Wśród dziewczyn urodzonych w latach 1971–1975 (a więc tych, które przekroczyły trzydziestkę albo się do niej zbliżają) dzieci nie ma 37 procent, a w dużych miastach nawet 40 procent. To pierwsze pokolenie kobiet, w którym jest wyraźne opóźnienie tzw. szczytu urodzeń. Ich matki urodziły je w wieku 20–24 lat. One decyzję o macierzyństwie odkładają”[3]. Cóż, nigdy nie byłam specjalnie en vogue, a tu proszę, zaskakująca, miła niespodzianka. Jestem, byłam na topie. Hm.

A dalej pisali tam tak: „Im kobieta starsza, tym mniej ma cykli owulacyjnych, czyli takich, w których pojawia się komórka jajowa [...]. Przed trzydziestką prawdopodobieństwo zajścia w ciążę w czasie jednego cyklu wynosi 20–30 procent. Powyżej czterdziestki spada do około 5 procent. Po 35. roku życia kobiety stopniowo zbliżają się do okresu przekwitania, coraz częściej mają cykle bezowulacyjne, dlatego ich szansa na zajście w ciążę maleje. [...] Ginekolodzy przypominają o tym swoim pacjentkom trzydziestolatkom. Najlepiej, by kobiety rodziły, mając 24–30 lat, mówią”.

Czytałam to Ludwikowi na głos, wracaliśmy właśnie z dwuosobowego, kameralnego weekendu. Przy ostatnim zdaniu stanęliśmy przed realnym widmem kolizji drogowej sporego kalibru. Ludwik gwałtownie zahamował na lewym pasie autostrady i spojrzał na mnie zmętniałym wzrokiem.

To nie koniec, to jeszcze nie koniec, Ludwiku.

„Nigdy nie naciskam na moje pacjentki, żeby koniecznie starały się urodzić przed trzydziestką. Ale kiedy dziewczyna skończyła 30 lat i wiem, że już myśli o macierzyństwie, ale z błahych powodów je odkłada, radzę, żeby jednak jak najszybciej zdecydowała się na dziecko. Chociaż wygląda młodziutko, jej jajniki nie są już młode. A wskazówek zegara biologicznego nie da się cofnąć. Natura rządzi się swoimi prawami” – mówi dr Medard Lech – ani bliżej, ani dalej mi nieznany. Brzmi to jednak jak wypowiedź autorytetu wysokiej, profesjonalnej rangi.

– Moje Stare Jajniki – czule szepnął Ludwik, gładząc mnie po ręce. – Moje Cykle Bezowulacyjne.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

[1] Andrzej Bursa, z tomu Wiersze, Toruń 1993, s. 35.

[2] Erica Jong, Strach przed pięćdziesiątką, Poznań, 1999, przeł. Renata Kopczewska.

[3] Joanna Mandes, Komu bije zegar biologiczny, „Twój Styl” 9/2002.

W POCZEKALNI

Intro

Dostępne w wersji pełnej

Rozmowa z Judytą

Dostępne w wersji pełnej

Piąty tydzień

Dostępne w wersji pełnej

Szósty tydzień

Dostępne w wersji pełnej

Siódmy tydzień

Dostępne w wersji pełnej

Ósmy tydzień

Dostępne w wersji pełnej

Dziewiąty tydzień

Dostępne w wersji pełnej

Dziesiąty tydzień

Dostępne w wersji pełnej

Jedenasty tydzień

Dostępne w wersji pełnej

Dwunasty tydzień

Dostępne w wersji pełnej

Trzynasty tydzień

Dostępne w wersji pełnej

Czternasty tydzień

Dostępne w wersji pełnej

Piętnasty tydzień

Dostępne w wersji pełnej

Szesnasty tydzień

Dostępne w wersji pełnej

Siedemnasty tydzień

Dostępne w wersji pełnej

Osiemnasty tydzień

Dostępne w wersji pełnej

Dziewiętnasty tydzień

Dostępne w wersji pełnej

Dwudziesty tydzień

Dostępne w wersji pełnej

Dwadzieścia i pół tygodnia

Dostępne w wersji pełnej

Dwudziesty pierwszy tydzień

Dostępne w wersji pełnej

Dwudziesty drugi tydzień

Dostępne w wersji pełnej

Dwudziesty trzeci tydzień

Dostępne w wersji pełnej

Dwudziesty czwarty tydzień

Dostępne w wersji pełnej

Dwudziesty piąty tydzień

Dostępne w wersji pełnej

Dwudziesty szósty tydzień

Dostępne w wersji pełnej

Dwudziesty siódmy tydzień

Dostępne w wersji pełnej

Dwudziesty ósmy tydzień

Dostępne w wersji pełnej

Dwudziesty dziewiąty tydzień

Dostępne w wersji pełnej

Trzydziesty tydzień

Dostępne w wersji pełnej

Trzydziesty pierwszy tydzień

Dostępne w wersji pełnej

Trzydziesty drugi tydzień

Dostępne w wersji pełnej

Trzydziesty trzeci tydzień

Dostępne w wersji pełnej

Trzydziesty czwarty tydzień

Dostępne w wersji pełnej

Trzydziesty piąty tydzień

Dostępne w wersji pełnej

Trzydziesty szósty tydzień

Dostępne w wersji pełnej

Trzydziesty siódmy tydzień

Dostępne w wersji pełnej

Trzydziesty ósmy tydzień

Dostępne w wersji pełnej

Trzydziesty dziewiąty tydzień

Dostępne w wersji pełnej

...i czterdziesty

Dostępne w wersji pełnej

NOTATKI SUPERMATKI

Poród

Dostępne w wersji pełnej

Spodnie

Dostępne w wersji pełnej

Kryzys

Dostępne w wersji pełnej

Powrót do pracy

Dostępne w wersji pełnej

Radzenie sobie

Dostępne w wersji pełnej

Judyta

Dostępne w wersji pełnej

Branie

Dostępne w wersji pełnej

Milky way

Dostępne w wersji pełnej

Ostra jazda

Dostępne w wersji pełnej

Niewyspanie

Dostępne w wersji pełnej

Kraina Siedmiu Błot

Dostępne w wersji pełnej

Etos macierzyństwa

Dostępne w wersji pełnej

Rytm

Dostępne w wersji pełnej

Delegacja

Dostępne w wersji pełnej

Mieszanka modyfikowana instant

Dostępne w wersji pełnej

Matka w pracy. Kolejne miesiące

Dostępne w wersji pełnej

Nieprzewidywalność

Dostępne w wersji pełnej

Wyjazd

Dostępne w wersji pełnej

Kiedy

Dostępne w wersji pełnej

Z niezbędnika pracującej matki

Dostępne w wersji pełnej

Święty Graal

Dostępne w wersji pełnej

Przeznaczenie

Dostępne w wersji pełnej

Obcasy

Dostępne w wersji pełnej

Prezenty

Dostępne w wersji pełnej

Brak dostępu do zasobów

Dostępne w wersji pełnej

Życie bis

Dostępne w wersji pełnej

Wycie

Dostępne w wersji pełnej

Wyjmij klocek-włóż klocek-zamknij pokrywkę

Dostępne w wersji pełnej

Idę

Dostępne w wersji pełnej

Wrzaski

Dostępne w wersji pełnej

Dla ojca ojcostwo jest trudne

Dostępne w wersji pełnej

Kino

Dostępne w wersji pełnej

Wyrzeczenie

Dostępne w wersji pełnej

Rapowanie

Dostępne w wersji pełnej

Uganianie

Dostępne w wersji pełnej

List do Malwiny

Dostępne w wersji pełnej

Egzegeza

Dostępne w wersji pełnej

Dawanie czasu

Dostępne w wersji pełnej

Religia

Dostępne w wersji pełnej

Klaps

Dostępne w wersji pełnej

Prawdziwe życie

Dostępne w wersji pełnej

Początek projektu

Dostępne w wersji pełnej

Nieznajomy

Dostępne w wersji pełnej

Uciążliwe

Dostępne w wersji pełnej

Wykradzione

Dostępne w wersji pełnej

Gil

Dostępne w wersji pełnej

Wyzysk

Dostępne w wersji pełnej

Nauka spania

Dostępne w wersji pełnej

To wcale nie był dobry dzień

Dostępne w wersji pełnej

Inni ludzie mają czas na zabawę

Dostępne w wersji pełnej

Gotowanie

Dostępne w wersji pełnej

Cud

Dostępne w wersji pełnej

Mamusie-nie

Dostępne w wersji pełnej

I nie odczuwam żadnej straty

Dostępne w wersji pełnej

Übermensch

Dostępne w wersji pełnej

Druga ciąża. Test

Dostępne w wersji pełnej

Raperka

Dostępne w wersji pełnej

Nie przemęczam się

Dostępne w wersji pełnej

Gratulacje

Dostępne w wersji pełnej

Zapaść

Dostępne w wersji pełnej

Modyfikacje wyglądu

Dostępne w wersji pełnej

Mózg

Dostępne w wersji pełnej

Dlaczego drugie

Dostępne w wersji pełnej

Jestem przekonana, że DZIECKO jest kobietą

Dostępne w wersji pełnej

Tort urodzinowy

Dostępne w wersji pełnej

A zawodowo...

Dostępne w wersji pełnej

Zagrożona

Dostępne w wersji pełnej

Szew

Dostępne w wersji pełnej

Biuro w domu

Dostępne w wersji pełnej

Menu obiadowe dla dwulatka

Dostępne w wersji pełnej

Odory

Dostępne w wersji pełnej

Feno

Dostępne w wersji pełnej

O jedzeniu. Bezustannie

Dostępne w wersji pełnej

Nadmiar estrogenu

Dostępne w wersji pełnej

Dziewięćdziesiąt dziewięć dni

Dostępne w wersji pełnej

Majaki

Dostępne w wersji pełnej

Emigracja

Dostępne w wersji pełnej

Traumy dzieciństwa

Dostępne w wersji pełnej

Celebracja obiadów

Dostępne w wersji pełnej

Dzidzi tu?

Dostępne w wersji pełnej

Balans

Dostępne w wersji pełnej

Laparo nie

Dostępne w wersji pełnej

Mediewalna piękność

Dostępne w wersji pełnej

Skurcz

Dostępne w wersji pełnej

Data

Dostępne w wersji pełnej

Trzydziesty siódmy tydzień ciąży

Dostępne w wersji pełnej

Foka

Dostępne w wersji pełnej

Partus maturus spontaneus

Dostępne w wersji pełnej

Sen erotyczny

Dostępne w wersji pełnej

Królowa świata

Dostępne w wersji pełnej

Wyprawy

Dostępne w wersji pełnej

Zawał

Dostępne w wersji pełnej

Antykoncepcja

Dostępne w wersji pełnej

Klientka

Dostępne w wersji pełnej

Dystans

Dostępne w wersji pełnej

Bon mot

Dostępne w wersji pełnej

Ledwo

Dostępne w wersji pełnej

Nagły kryzys

Dostępne w wersji pełnej

Radiostacja

Dostępne w wersji pełnej

The importance of breastfeeding

Dostępne w wersji pełnej

Meandry logiki

Dostępne w wersji pełnej

Ciężkie czasy

Dostępne w wersji pełnej

Pierogi

Dostępne w wersji pełnej

Fenomen

Dostępne w wersji pełnej

Poniedziałek rano w drodze do pracy

Dostępne w wersji pełnej

Infekcja

Dostępne w wersji pełnej

Obudź swoje sumienie

Dostępne w wersji pełnej

Pokaż

Dostępne w wersji pełnej

Pe jak poniedziałek

Dostępne w wersji pełnej

Zakupy po pracy

Dostępne w wersji pełnej

Przysypianie

Dostępne w wersji pełnej

Balik

Dostępne w wersji pełnej

Stróże moralności zostali w domu

Dostępne w wersji pełnej

Matka pytającego dziecka

Dostępne w wersji pełnej

Handel

Dostępne w wersji pełnej

Buty na zimę

Dostępne w wersji pełnej

Punktualność

Dostępne w wersji pełnej

Duchowa przestrzeń

Dostępne w wersji pełnej

Religia

Dostępne w wersji pełnej

Spotkanie zespołu

Dostępne w wersji pełnej

Dieta na sen

Dostępne w wersji pełnej

Domowe ciasto

Dostępne w wersji pełnej

Bardzo, bardzo

Dostępne w wersji pełnej

Pokora

Dostępne w wersji pełnej

Stara omega, nowa laguna

Dostępne w wersji pełnej

Dziecko w biurze

Dostępne w wersji pełnej

Organizacja

Dostępne w wersji pełnej

Ojciec. Spacer

Dostępne w wersji pełnej

Singielka

Dostępne w wersji pełnej

Lista zakupów

Dostępne w wersji pełnej

Telefon do Judyty

Dostępne w wersji pełnej

Tata pracuje i mama pracuje

Dostępne w wersji pełnej

Śniadanie

Dostępne w wersji pełnej

W PKP Eurocity

Dostępne w wersji pełnej

Wolny weekend

Dostępne w wersji pełnej

Dość

Dostępne w wersji pełnej

Superoferta

Dostępne w wersji pełnej

Czas

Dostępne w wersji pełnej

Dzień Matki

Dostępne w wersji pełnej

Życie towarzyskie

Dostępne w wersji pełnej

Opera comica

Dostępne w wersji pełnej

Jaki jesteś?

Dostępne w wersji pełnej

Trzecia ciąża

Dostępne w wersji pełnej

Jęczybuła

Dostępne w wersji pełnej

Halloween

Dostępne w wersji pełnej

Przesunięcie granic. Wzrost amplitud

Dostępne w wersji pełnej

Cyberkobieta

Dostępne w wersji pełnej

Katarek

Dostępne w wersji pełnej

Odpoczęłaś?

Dostępne w wersji pełnej

Chrzanowa

Dostępne w wersji pełnej

Wagary

Dostępne w wersji pełnej

Pandemonium

Dostępne w wersji pełnej

Stan zdrowia

Dostępne w wersji pełnej

Rekrutacja do szkoły

Dostępne w wersji pełnej

38 weeks pregnant

Dostępne w wersji pełnej

Ciąg dalszy rekrutacji

Dostępne w wersji pełnej

Lait!

Dostępne w wersji pełnej

Podróżnik

Dostępne w wersji pełnej

Zagospodarowanie

Dostępne w wersji pełnej

Ostatni etap rekrutacji

Dostępne w wersji pełnej

Pacman

Dostępne w wersji pełnej

Lala

Dostępne w wersji pełnej

Głód

Dostępne w wersji pełnej

W przychodni

Dostępne w wersji pełnej

Prawdziwy fun

Dostępne w wersji pełnej

Różnice

Dostępne w wersji pełnej

O płci

Dostępne w wersji pełnej

Pociąg ze stacji A

Dostępne w wersji pełnej

Przestrzeń

Dostępne w wersji pełnej

Guantánamo

Dostępne w wersji pełnej

Łamigłówka

Dostępne w wersji pełnej

Poranna drożdżówka

Dostępne w wersji pełnej

Perspektywa na weekend

Dostępne w wersji pełnej

Równowaga

Dostępne w wersji pełnej

Nie wychodź z domu bez sukienki

Dostępne w wersji pełnej

Napady paniki

Dostępne w wersji pełnej

Wywiad z pisarzem

Dostępne w wersji pełnej

Budzik

Dostępne w wersji pełnej

Ekipa do prania

Dostępne w wersji pełnej

Fryzjer

Dostępne w wersji pełnej

Zakupy przedświąteczne

Dostępne w wersji pełnej

Braterstwo

Dostępne w wersji pełnej

Skład się wyłącza

Dostępne w wersji pełnej

Ferie szkolne

Dostępne w wersji pełnej

Jacht

Dostępne w wersji pełnej

10 miesięcy

Dostępne w wersji pełnej

Horoskopy

Dostępne w wersji pełnej

Priorytety i inne zabawy z dwulatkiem

Dostępne w wersji pełnej

Kalendarz

Dostępne w wersji pełnej

Prywatność

Dostępne w wersji pełnej

Weekendowe odsypianie

Dostępne w wersji pełnej

Na rodzinnym wyjeździe

Dostępne w wersji pełnej

Życzliwość

Dostępne w wersji pełnej

Gotowanie

Dostępne w wersji pełnej

O upływie czasu

Dostępne w wersji pełnej

Zaraz

Dostępne w wersji pełnej

Stópka

Dostępne w wersji pełnej

Wizja świata

Dostępne w wersji pełnej

Wiara w Świętego Mikołaja

Dostępne w wersji pełnej

Szum nieba

Dostępne w wersji pełnej

Bułeczka

Dostępne w wersji pełnej

...i Marcepanek

Dostępne w wersji pełnej

Szkolna debiutantka

Dostępne w wersji pełnej

Robotyka

Dostępne w wersji pełnej

Zerówka

Dostępne w wersji pełnej

Kodeks Hammurabiego

Dostępne w wersji pełnej

Wieczność zdezintegrowana

Dostępne w wersji pełnej

Zapuakau

Dostępne w wersji pełnej

Zielona szkoła

Dostępne w wersji pełnej

Gra na planszy

Dostępne w wersji pełnej

Akolitki Mamy Muminka

Dostępne w wersji pełnej

LISTY DO JUDYTY

Kiedy stajemy się matkami, to umieramy

Dostępne w wersji pełnej

O docieraniu do skraju

Dostępne w wersji pełnej

O Matce Polce

Dostępne w wersji pełnej

O piekle kobiet

Dostępne w wersji pełnej

O pracy zawodowej matek

Dostępne w wersji pełnej

O dyskryminacji

Dostępne w wersji pełnej

O księgarni

Dostępne w wersji pełnej

O byciu sobą

Dostępne w wersji pełnej

Święta

Dostępne w wersji pełnej

...I o po świętach

Dostępne w wersji pełnej

O buncie matek

Dostępne w wersji pełnej

O gorliwości w opiece

Dostępne w wersji pełnej

O świętym Graalu

Dostępne w wersji pełnej

O karmieniu piersią

Dostępne w wersji pełnej

O łączeniu macierzyństwa z pracą

Dostępne w wersji pełnej

O bajce

Dostępne w wersji pełnej

O wyprawie

Dostępne w wersji pełnej

O Mężu, Który Nie Pozwala

Dostępne w wersji pełnej

O prymusce – jeszcze raz

Dostępne w wersji pełnej

O wyrodnej matce

Dostępne w wersji pełnej

O plemionach sieci

Dostępne w wersji pełnej

O Marzeniach i tajemnicach

Dostępne w wersji pełnej

O prywatnym święcie matki

Dostępne w wersji pełnej

O podróży koleją

Dostępne w wersji pełnej

EPILOG

Dostępne w wersji pełnej

Wydawca Agata Pieniążek

Redaktor prowadzący

Katarzyna Krawczyk

Redakcja Sylwia Bartkowska

Redakcja techniczna

Małgorzata Juźwik

Korekta Elżbieta JaroszukAgnieszka Trzeszkowska-Bereza

Copyright © by Małgorzata Łukowiak 2013 Copyright © by Weltbild Polska Sp. z o.o., Warszawa 2013

Copyright © for the e-book edition by Weltbild Polska Sp. z o.o., Warszawa 2012

Świat Książki

Warszawa 2012

Weltbild Polska Sp. z o.o.

ul. Hankiewicza 2, 02-103 Warszawa

Księgarnia internetowa: Weltbild.pl

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

ISBN 978-83-273-0368-4

Nr 90453770

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl