Wydawca: Wydawnictwo BIS Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 256 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Projekt Breslau - Magdalena Zarębska

Grupa wrocławskich gimnazjalistów przypadkowo odnajduje wejście do ukrytego przedsionka w starym budynku swojej szkoły. Uznają to pomieszczenie za doskonałe miejsce spotkań swojej paczki, postanawiają je więc w tajemnicy przed wszystkimi uporządkować. Oprócz starych książek i map znajdują tam pamiętnik napisany po niemiecku. Decydują się go wspólnymi siłami przetłumaczyć i w ten sposób poznają zapiski prowadzone tuż po wojnie przez niemieckiego chłopca, Hugona. Hugo z rodziną ma wkrótce opuścić miasto, przydarzają mu się  jednak niezwykłe wyprawy w czasie, przenosi się bowiem do odległych momentów historycznych Breslau. Wkrótce każde z gimnazjalistów ma zaznać podobnej przygody. To motywuje ich do próby odnalezienia autora pamiętnika, a także do poznania historii swojego miasta.

Opinie o ebooku Projekt Breslau - Magdalena Zarębska

Fragment ebooka Projekt Breslau - Magdalena Zarębska

Projekt okładki: Elżbieta Chojna

Copyright © Magdalena Zarębska

Copyright © Wydawnictwo BIS 2016

ISBN 978-83-7551-491-9

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01–446 Warszawa

tel. 22 877-27-05, 22 877-40-33; fax 22 837-10-84

e–mail: bisbis@wydawnictwobis.com.pl

www.wydawnictwobis.com.pl

Skład wersji elektronicznej: Tomasz Szymański

konwersja.virtualo.pl

Dla moich Córek

Wieczorem zaczął padać deszcz. Kiedy następnego dnia wyszłam z domu, całe miasto skrywała gęsta mgła. Trudno było rozpoznać, gdzie kończy się ziemia, a gdzie zaczyna niebo. Poruszałam się po omacku, błądząc w mlecznej wilgoci. Nawet światło lamp ulicznych nie mogło przebić się przez zawiesiste opary, rozpraszało się niemal pod samym kloszem. Kiedy przechodziłam przez ulicę, rozglądałam się ostrożnie, rozpędzone samochody pojawiały się przede mną zupełnie nieoczekiwanie. Omal nie spóźniłam się na pierwszą lekcję.

Nie tylko ja miałam problem z dotarciem na czas. Inni też wślizgiwali się chyłkiem do klasy, pospiesznie zajmowali swoje miejsca. Wszyscy byli rozkojarzeni, nawet nauczycielka zapomniała sprawdzić listę obecności, od razu przeszła do tematu lekcji.

Próbowałam podążać za tokiem wykładu, posłusznie robiłam notatki w zeszycie. Miałam jednak wrażenie, że pomiędzy mną a polonistką rozciąga się ogromna przepaść, bo sens jej słów docierał do mnie ze sporym opóźnieniem. Odetchnęłam z ulgą, kiedy wreszcie rozległ się dzwonek. Nie potrafiłam nawet zmusić się do tego, żeby szybko spakować rzeczy do plecaka, chociaż kolejna lekcja zaczynała się już za pięć minut.

Dopiero kiedy wyszłam na korytarz i zobaczyłam Leona stojącego przy krużganku, uświadomiłam sobie, że nie było go na pierwszej lekcji.

– Co się stało? – pierwsza spytała Olga.

– Zaspałeś! – odkrywczo stwierdził Adam.

– Miałeś szczęście, nie sprawdzała obecności! – ożywiła się Ada.

Zdawało się, że Leon nie do końca rozumie, o czym mówimy.

– Znalazłem fantastyczne miejsce na nasze spotkania! – uciszył nas ogromnie podekscytowany.

– Gdzie?

– Tutaj? W szkole?

– W tym budynku. W sam raz na spotkania po lekcjach.

– Ekstra!

Leon był jak zwykle małomówny i zanim udało mu się sformułować kolejne zdanie, zadzwonił dzwonek.

– Później wam powiem! – rzucił i pobiegliśmy na biologię.

Męczyliśmy go na każdej przerwie, próbowaliśmy dowiedzieć się czegoś więcej. Niestety, tłumaczył tak zawile, że za nic nie mogliśmy sobie przypomnieć, gdzie znajduje się nieużywane wejście do szkoły.

Wreszcie, kiedy ostatnia lekcja dobiegła końca, zbiegliśmy po schodach i wypadliśmy na dwór. Leon bez słowa wyszedł na ulicę, a potem prowadził nas wzdłuż płotu, którym ogrodzony jest budynek szkoły.

– No i gdzie jest to twoje ekstramiejsce? – niecierpliwił się Maks.

– Zobaczcie, tu są jakieś drzwi! – zauważyła Ada.

– A tam jeszcze jedne – wtrącił Adam. – Widać, że nikt ich nie używa od wielu lat.

– Rano trochę się pogubiłem – odezwał się Leon, jakby nas wcale nie słuchał. – A potem musiałem się spieszyć. Biegłem ulicą, kiedy nagle zauważyłem, że do szkoły można wejść również od strony Reja. Byłem pewien, że tymi drzwiami dostanę się na szkolny korytarz. Wtedy odkryłem to!

Zatrzymał się, a my stłoczyliśmy się za jego plecami. Pomalowane na brązowy kolor drewniane drzwi wyglądały niemal identycznie jak te, którymi codziennie wchodziliśmy do szkoły.

– Nie zauważyłeś tabliczki? – zapytał kpiąco Maks.

Jedynie Leon mógł być tak rozkojarzony.

– Wejście do Gimnazjum numer 13 znajduje się od strony ulicy Grunwaldzkiej – przeczytałam.

– Chodźcie do środka! – Leon nacisnął klamkę.

Znaleźliśmy się w niewielkim przedsionku. Panował w nim półmrok, światło wpadało jedynie przez wąską szybkę znajdującą się nad drzwiami. W nielicznych promieniach słońca wirował kurz, pajęczyny oplatały wszystkie kąty. Kamienna posadzka prowadziła na schody wiodące do wnętrza budynku. Po tej stronie zostały tylko cztery stopnie, wyżej znajdowała się ściana.

– Wciąż widać ślad po drzwiach! – zauważył Maks i odrysował w powietrzu prostokąt jaśniejszego tynku. Chwilę później zaczął kichać i pocierać załzawione oczy, był uczulony na kurz.

Czym prędzej wyszedł na ulicę, a my włączyliśmy latarki w telefonach, żeby przyjrzeć się dokładniej pomieszczeniu. Na schodach leżało mnóstwo książek, a o ściany opierały się ciasno zwinięte rulony.

– Strasznie tu brudno! – wzdrygnęła się Olga. – Ohyda!

– To chyba jakiś składzik? Może na niepotrzebne szpargały?

– No właśnie, całkiem niepotrzebne i zupełnie zapomniane. – Adam przytaknął siostrze.

– Nikt tu od dawna nie zaglądał. – Sięgnęłam po pierwszą z brzegu książkę. – Łaał!

Dmuchnęłam na okładkę, a potem przetarłam ją dłonią, pozbywając się resztek kurzu. Tytuł i nazwisko autora zapisano ozdobnym pismem.

– Po niemiecku! Jak się nazywa ta czcionka?

– Gotyk – odpowiedział Maks głucho. Zdołał już zabezpieczyć się przed kurzem – naciągnął na głowę kaptur, a usta i nos ukrył w bandanie.

Teraz już wszyscy pochyliliśmy się nad książkami. Mimo upływu czasu wciąż były w dobrym stanie. Tylko niektóre miały lekko pożółkłe strony.

– Łeeee… To są podręczniki? – Olga się skrzywiła.

– Za to jakie porządne! – doceniła Ada. – Nasze rozwalają się już po kilku tygodniach.

– A jakie mają piękne ilustracje! – włączyłam się.

Rzeczywiście, rysunki były niezwykle precyzyjne. Czasami nawet dokładniejsze od fotografii we współczesnych podręcznikach.

– Ciekawe, ile to może być warte? – Maks w skupieniu przeglądał jakiś album.

– Pewnie całkiem sporo! Trzeba by się dowiedzieć w antykwariacie.

– Pomóżcie mi! – Adam uniósł jeden rulon i z trudem balansował z ciężkim płótnem.

Odłożyliśmy książki i ostrożnie rozwinęliśmy zwój. To była mapa.

– Deutsches Kaiserreich – sylabizował Leon.

– Breslau, rok 1906 – wczytałam się w legendę.

– Gdzie jest Polska? – zapytała znienacka Olga.

– Pamiętasz, że było coś takiego jak zabory? – przypomniał jej Adam.

– To było wieki temu! – odpowiedziała obrażona.

– Raptem sto lat temu – uściślił Leon. – Choć dla Wrocławia zabory nie miały żadnego znaczenia, wtedy to miasto należało do Niemiec.

– Pamiętacie tablicę, która wisi na korytarzu w szkole? Zaraz przy wejściu? – przypomniałam sobie. – Ten budynek został zbudowany jeszcze przed drugą wojną światową. Zawsze mieściła się w nim szkoła.

– Czyli to są podręczniki? Dla niemieckich uczniów?

– Ciekawe tylko, skąd się tutaj wzięły?

– Trzeba by ustalić, kiedy zamurowano przejście. – Maks przeskoczył zgrabnie ponad książkami i zbliżył się do ściany. – Mogli to zrobić zaraz po wojnie, ale równie dobrze mogli wpaść na ten pomysł kilka lat temu.

– Lepiej nikogo nie pytać! Zaraz zaczną interesować się tym miejscem! – zdenerwował się Adam.

– A mnie najbardziej interesuje, co kryje ten kufer. – Leon kucnął przed zakurzonym meblem.

Dopiero teraz zauważyliśmy sporą skrzynię, która stała tuż przy drzwiach. Była zrobiona z drewna, a boki wzmocniono metalowymi okuciami.

– Zamek zardzewiał. – Leon poświecił latarką do środka. – Brakuje też klucza, żeby go otworzyć.

– Może leży gdzieś za kufrem? – zasugerował Adam. – Spróbujmy go przesunąć.

Chłopcy chwycili za metalowe uchwyty przyczepione do boków skrzyni.

– O choroba! Ale ciężki!

Dołączyłyśmy do nich, ale i tak nie byliśmy w stanie przesunąć kufra nawet o milimetr.

– Co tam może być schowane? – Przesunęłam dłonią po wieku, szukając szczeliny, przez którą można by zajrzeć do środka.

– Może jakieś tajne dokumenty?

– Słuchajcie, jutro zaczynamy później lekcje. Przyjdziemy tu wcześnie rano i spróbujemy otworzyć kufer – zaproponował Maks.

– Przyniosę narzędzia! – zapalił się Leon.

– Hola, hola! Najpierw powinniśmy tu posprzątać! – zarządziła kategorycznie Olga. Od dłuższej już chwili próbowała doczyścić ręce za pomocą chusteczek higienicznych.

– Ta ilość kurzu jest rzeczywiście potworna. – Ada kichnęła, po czym odgarnęła włosy z twarzy, zostawiając na policzku ciemną smugę.

Spojrzeliśmy na siebie. Mundurki były szare od kurzu i pajęczyn, a ręce mieliśmy brudne aż po łokcie. Pył unoszący się w powietrzu drażnił oczy, wpychał się do nosów i gardeł. Jak na komendę zaczęliśmy kaszleć i ocierać mokre od łez policzki.

– Chcecie żelka? – Sięgnęłam do kieszeni.

Zawsze noszę je przy sobie, świetnie nawilżają moje przesuszone gardło.

– Ten jeden jedyny raz przyznam wam rację, dziewczyny – odezwał się Adam. – Musimy tu posprzątać.

– Ej no! – zaprotestowałyśmy błyskawicznie.

– Inaczej nie będę mógł tu przychodzić – przytaknął Maks.

– Umawiamy się o wpół do ósmej. Niech każdy przyniesie jakieś ścierki, ale przede wszystkim potrzebna będzie ciepła woda z płynem do mycia. Najlepiej w dużych plastikowych butelkach – zarządziła Olga.

Jeśli chodzi o sprzątanie, była prawdziwą ekspertką. Tak samo jak jej mama.

– Tak jest, pani kierownik! A teraz już chodźmy, wszystko zaczyna mnie swędzieć! – poganiała Ada.

Nagle coś mnie tknęło i zatrzymałam się w pół kroku.

– Szkoda, że nie możemy zamknąć tych drzwi. Teraz każdy może tutaj wejść…

– A właśnie że możemy! – Adam stanął na palcach i zdjął klucz z gwoździa wbitego w ścianę. – Żeby tylko pasował!

Mieliśmy szczęście, bo klucz gładko przekręcił się w zamku, jakby ktoś regularnie konserwował mechanizm.

Wyszliśmy już na ulicę, ale wciąż nie mogliśmy się rozstać.

– Nie mogę uwierzyć, że znalazłeś takie świetne miejsce! – Spojrzałam z wdzięcznością na Leona, a on nie wiadomo dlaczego się zaczerwienił.

– Po prostu fantastyczne! – dodała Ada.

– Będę mógł w nim zostawiać strój na treningi – cieszył się Adam.

Tylko Olga się nie odzywała. Od dłuższej chwili przetrząsała plecak, wreszcie z triumfalną miną wyciągnęła żel do mycia rąk bez wody.

– Przynajmniej tyle mogę zrobić – gderała, spryskując dłonie. – Nie znoszę być taka brudna!

– To jeszcze nic! Leon, masz pajęczynę we włosach! – roześmiałam się.

– Za chwilę zaczyna się trening. – Maks zwrócił się do Adama, a Ada zerknęła na zegarek.

– Muszę pędzić na autobus!

– Kto weźmie klucz? – zapytał na odchodne Leon.

– Ja – postanowiłam. – Postaram się dorobić kopie dla wszystkich. Na mojej ulicy znajduje się taki punkt.

– Świetnie, Natalia! – Olga pociągnęła mnie za sobą. – Nie przeciągaj, proszę! Marzę tylko o tym, żeby zdjąć z siebie te zakurzone ciuchy!

Rozstałyśmy się pod jej domem. Mieszkałyśmy przy tej samej ulicy, tyle że ja miałam dalej do szkoły. Od razu poszłam do punktu dorabiania kluczy, nie lubię niczego odkładać na później.

Ślusarz długo oglądał klucz, podziwiał precyzyjne nacięcia i ząbki.

– Misterna robota. – Podrapał się po głowie. – Niemiecka jakość.

– Skąd pan wie? – spytałam zaintrygowana.

– Nikt już nie używa takich stopów! – roześmiał się. – Kiedy mój ojciec przyjechał tu po wojnie, zatrudnił się w zakładzie ślusarskim. Pracował na niemieckich maszynach, innych przecież nie było. Miał mnóstwo pracy, ludzie wymieniali zamki, dorabiali klucze do poniemieckich mieszkań. Zresztą do dzisiaj używam niemieckiego imadła, nadal jest sprawne – dopowiedział z dumą.

– Niesamowita historia! – Uśmiechnęłam się. – Bo ja właśnie potrzebuję kopii tego niemieckiego klucza!

– To nie będzie takie proste. Przyjdź do mnie w przyszłym tygodniu. Muszę odnaleźć karton ze starymi materiałami. Bez nich niczego nie zrobię.

Weszłam do domu zupełnie wytrącona z równowagi. Poniemieckie maszyny, przedwojenne materiały… Dla ślusarza to było zupełnie normalne. Ja dopiero teraz przypomniałam sobie o niemieckiej przeszłości mojego miasta. Przeszłości ciągle mającej wpływ na rzeczywistość, w której żyję. Choćby ten przedsionek i szkoła, w której uczyły się całe pokolenia niemieckich uczniów. Korzystali z tych samych klas, chodzili po korytarzach, biegali po schodach… Teraz my zajęliśmy ich miejsce.

Następnego poranka wzięłam ze sobą całą torbę wyładowaną środkami czystości. Po drodze spotkałam Olgę. Trzymała w ręce plastikowe wiaderko i wyglądała na bardzo nieszczęśliwą.

– Żenada! – wyjęczała. – Mam nadzieję, że nikt mnie z tym wiadrem nie zobaczy.

– Ale masz problem! – wyśmiałam ją.

– Chodźmy szybciej – poganiała. – To mnie naprawdę upokarza!

Chwilę później byłyśmy już przed szkołą. Zanim otworzyłam przedsionek, dołączyli do nas Leon i Maks, a potem Ada z Adamem.

Ochoczo zabraliśmy się do pracy. Chłopcy pościągali pajęczyny, a my odkurzyłyśmy wszystkie kąty. Przetarliśmy okładki książek suchą ścierką i ułożyliśmy je z powrotem na czystych już stopniach. Na koniec umyliśmy podłogę. Wreszcie w przedsionku było czysto i schludnie.

– Po prostu przepięknie! – podziwialiśmy efekty naszej pracy, tylko Olga ze zgrozą wpatrywała się w swoje dłonie.

– Możemy przynieść tu jakieś koce i poduszki – powiedziałam. – Będzie przytulniej.

– Przyniosę pled, którego nie używamy. Według mojej mamy ma obrzydliwy kolor. – Olga wcierała w ręce grubą warstwę kremu.

– U nas też są jakieś niepotrzebne koce, prawda Ada? – zastanawiał się Adam.

– Przydałaby się też latarka, nie tylko w telefonie. Nie ma tu żadnego oświetlenia, a niedługo zacznie się szybciej ściemniać.

W tej samej chwili Leon cicho zaklął, bo śrubokręt wypadł mu z ręki.

– Nie dam rady temu zamkowi! – pieklił się.

Nikt nawet nie zauważył, że od dłuższej chwili próbował otworzyć kufer.

– Może jednak poszukajmy klucza? – zaproponował Adam.

– Przecież wszystko przejrzeliśmy. Gdzie mógł się ukryć?

– Pod skrzynią? – Adam klęczał już na podłodze.

– Później się tym zajmiemy – Ada przytomnie spojrzała na zegarek. – Teraz musimy już lecieć na lekcje.

– Ale najpierw pójdziemy do łazienki. – Olga zlustrowała nas krytycznym wzrokiem. – Musimy się doprowadzić do porządku!

– Oczywiście, mamo! – Maks zasalutował posłusznie. – Dawno już nikt mnie tak nie pilnował!

Przez cały dzień rozmawialiśmy tylko o przedsionku.

– Przydałaby się jakaś impreza na otwarcie – zażartował Leon, a Olga ten pomysł błyskawicznie podchwyciła.

– Jeej! Urządzimy przyjęcie!

– Tylko kiedy? Dzisiaj siedzimy w szkole do późna.

– Jutro mam kółko biologiczne – przypomniała sobie Ada.

– Może w piątek? Nie macie dodatkowych zajęć?

– Ja jestem wolny!

– Ja też!

– Jestem za!

– Niech każdy przyniesie coś dobrego do jedzenia – zaproponował Adam, a wszyscy mu przytaknęli.

Miałam doskonały humor. Nawet niezapowiedziana kartkówka z angielskiego nie mogła mi go popsuć. Znaleźliśmy fantastyczne miejsce tylko dla siebie. Nie mogłam się doczekać piątku.

W drodze do szkoły znów spotkałam Olgę. Tym razem dźwigała torbę wypchaną pledem i dwa jaśki.

– Pomożesz mi? – wysapała.

– Twoja mama naprawdę nie będzie miała nic przeciwko? – Ruchem głowy wskazałam poduszki w zdobionych poszewkach i chwyciłam za torbę.

– Coś ty! Od dawna są już niemodne! – prychnęła lekceważąco.

– Nie miałam pojęcia, że wzory pościeli się zmieniają! – roześmiałam się.

– No jasne! – fuknęła. – Wystarczy zajrzeć do jakiegokolwiek magazynu o dekoracji wnętrz!

Od kiedy pamiętam, Olga pasjonowała się modą. Oglądała pokazy wielkich projektantów i była na bieżąco z najnowszymi trendami. Nie sądziłam jednak, że jej zainteresowania są tak szerokie.

Przy wejściu do przedsionka spotkałyśmy Maksa, który też przyniósł ze sobą koc. Wnieśliśmy wszystko do środka, a Maks wyciągnął z plecaka litrową colę i kilka paczek chipsów.

– To na imprezę – powiedział, bardzo z siebie zadowolony.

– Ja na pewno tego nie zjem – skomentowała z przekąsem Olga.

– Nie musisz – uspokoił ją Maks.

– Nawet nie chcę – przekomarzała się z nim.

– Chodźcie, bo się spóźnimy – zakończyłam bezsensowną dyskusję i zamknęłam drzwi na klucz.

Na niemieckim nauczycielka rozdała nam poprawione sprawdziany. Całkiem nieźle nam poszło, wszyscy dostali dobre oceny.

– Widzę, że od początku wzięliście do pracy – powiedziała germanistka z satysfakcją. – Nauka języka obcego nie jest prosta, ale właściwe podejście to połowa sukcesu!

W tej samej chwili pomyślałam, że ona naprawdę może mieć rację. Zapał do nauki niemieckiego nie wziął się znikąd, zwłaszcza że wcześniej za tym językiem nie przepadałam. Nagle nie miałam najmniejszego problemu z uczeniem się słówek. Mogłam zrozumieć moją motywację – kusiły mnie te przedwojenne podręczniki, miałam ochotę je przeczytać albo przynajmniej przejrzeć ze zrozumieniem. Ale co wpłynęło na Olgę, która nie przepadała za czytaniem? Czy dostęp do jednego niewielkiego przedsionka mógł zmienić nasze nastawienie do nauki niemieckiego?

To byłoby naprawdę niesamowite.

Wybiegliśmy ze szkoły równo z dzwonkiem. W biegu wyciągnęłam klucz z kieszeni i szybko otworzyłam drzwi. W przedsionku pachniało starymi książkami.

– Uwielbiam ten zapach! – Ada z przyjemnością wciągnęła powietrze.

– To co? Zaczynamy? – Adam wyciągnął z plecaka paczkę ciastek.

– Nie tak prędko! Najpierw musimy zrobić miejsce do siedzenia – dyrygowała Olga. – Położymy koce na stopniach. Przełóżcie książki pod ściany!

– Chciałabym je wszystkie przejrzeć. – Pogłaskałam z czułością okładkę podręcznika do matematyki.

– Też masz pomysły! – Olga parsknęła śmiechem.

– A to co takiego? – Leon podniósł stos, spomiędzy którego wysunął się niepozorny czarny notes i spadł na podłogę.

Ada podniosła go i otworzyła na pierwszej stronie. Widniał tam odręczny napis:

Hugo HarnischTAGEBUCH

– Co to jest? – Stłoczyliśmy się wokół Ady.

– To chyba jakiś dziennik?

– Albo pamiętnik?

Na kolejnej stronie znajdował się pierwszy wpis opatrzony datą 10 września 1945 roku. Tekst napisano po niemiecku wyraźnym, czytelnym pismem.

– Skąd wziął się Niemiec w powojennym Wrocławiu? – zdziwił się Adam.

– Myślałem, że po wojnie byli tu sami Polacy – nie krył zaskoczenia Maks.

– Pewnie pisze o tym w pamiętniku! – Byłam bardzo podekscytowana. Pochyliliśmy się nad pierwszym zdaniem i w skupieniu literowaliśmy słowa.

– Bez słownika nie damy rady! – westchnął Leon.

– Zrobił sześć wpisów, potem pamiętnik się urywa. – Ada w skupieniu przeglądała notes.

– Akurat po jednym! Dla każdego z nas – podchwyciłam.

– Powinniśmy je przetłumaczyć!

– Trzeba by je skserować! – zapalił się Leon.

– Chwila moment! – Olga zareagowała, kiedy byliśmy już przy drzwiach. – Jesteście pewni, że chcecie się w to bawić? Wiecie, ile to roboty?

– Olga, daj spokój! Przecież to fantastyczne!

– Pamiętnik z przeszłości! Może dowiemy się czegoś ciekawego?

– Pewnie! To będzie z pewnością fas-cy-nu-ją-ce! – Skrzywiła się.

– Powinniśmy przynajmniej spróbować – poparł Maks.

– To co? Od razu idziemy na ksero czy jednak zjemy te słodycze?

– Szkoda, żeby się zmarnowały… – Adam już rozrywał celofan na ciastkach.

To była najkrótsza impreza, na jakiej w życiu byłam. Trwała może dziesięć minut. Chłopaki błyskawicznie rozprawili się ze słodyczami. Dobrze, że załapałam się choć na jedną mufinkę.

– Idziemy? – naciskał Leon, ale Olga znów zaczęła marudzić.

– Zobaczcie, jaki tu syf! Najpierw musimy posprzątać. – Spojrzała na nas groźnie.

– Odpuść, Olga! – Maks z jękiem wypuścił powietrze z płuc.

– Nie ma mowy!

– Powinnaś raczej zaprzyjaźnić się z moją matką, nie ze mną – psioczył pod nosem, ale posłusznie zebrał śmieci z podłogi.

Dopiero kiedy wszystkie okruszki zostały zamiecione, pozwoliła nam wyjść. Zamknęłam drzwi i dwa razy sprawdziłam, czy na pewno są dobrze zamknięte.

– Możesz mi dać klucz? – zapytał Leon. – Jutro mam zajęcia na politechnice, chciałbym zostawić w przedsionku rower.

– No to masz problem, bo ja potrzebuję tego klucza w poniedziałek rano – włączył się Maks. – Muszę gdzieś zostawić gitarę.

– Po co ci gitara w szkole?

– Nie mówiłem wam? Dostałem się do szkolnego zespołu. W poniedziałek mamy pierwszą próbę.

– Będziesz grał w Crossoverze?

– A my nic o tym nie wiemy?

– Zapomniałem. – Maks uśmiechnął się rozbrajająco. – Tyle się wydarzyło w tym tygodniu…

– Świetnie!

– Super, że się dostałeś! – cieszyliśmy się.

– Umówmy się w przedsionku tuż przed ósmą rano – zaproponował Leon. – A teraz chodźmy już zrobić to ksero!

Każdemu przypadły mniej więcej cztery strony do przetłumaczenia; ja wybrałam pierwszy wpis.

– Nie mogę uwierzyć, że się na to zgodziłam! – Olga przyglądała się kartkom z niesmakiem. – Drugi wpis? Nie dajecie mi zbyt dużo czasu.

– Kurczę! Przecież ten Hugo mógł chodzić przed wojną do naszej szkoły! – Adę nagle olśniło.

– Kiedy jeszcze była niemiecka!

– Ciekawe tylko, czy był uczniem, czy nauczycielem?

– Jeśli był nauczycielem, to pewnie te wszystkie podręczniki do niego należały. Oni uwielbiają takie rzeczy!

– Jedno z drugim może nie mieć nic wspólnego. Książki po prostu zostały w szkole, a Hugo postanowił ukryć pomiędzy nimi swój pamiętnik.

– Nie mogę się doczekać, kiedy rozwiążemy tę zagadkę! Co on tu robił po wojnie?

– Mam nadzieję że wszystkiego się dowiemy. – Ada wyciągnęła kartki z dłoni Adama i włożyła je do papierowej teczki. – Adam, ty tłumaczysz trzeci, a ja czwarty wpis.

– O ile nam się uda!

– To nie może być takie trudne! – powiedziałam z przekonaniem.

– Obyś miała rację! – roześmiali się wszyscy na koniec.

Byłam ogromnie podekscytowana. Wracałam do domu z Olgą i przeżywałam przez całą drogę.

– Najpierw znaleźliśmy przedsionek, teraz ten notes… Ciekawe, co się jeszcze wydarzy?

Niestety, przyjaciółka nie podzielała mojego entuzjazmu.

– Też coś! – marudziła. – Naprawdę nie szkoda ci czasu na ślęczenie nad słownikami?

– Jak chcesz, pomogę ci przy twoim wpisie – zaproponowałam nierozważnie.

– Miałam nadzieję, że to powiesz! – Wreszcie się uśmiechnęła.

– Pamiętaj tylko, że nie przetłumaczę go za ciebie! – zastrzegłam.

– Pewnie, pewnie! – mrugnęła porozumiewawczo.

– Olga!

– Przecież dla ciebie to żaden problem, a dla mnie męczarnie! – Roześmiała się dźwięcznie i weszła do bramy swojego domu.

Naprawdę Olga dobrze mnie znała. Nie mogłam się doczekać, kiedy zabiorę się do pracy. Zaraz po obiedzie usiadłam za biurkiem i włączyłam komputer. Zdjęłam też z półki słownik niemiecko-polski. Dostałam go w czwartej klasie, kiedy zaczynałam się uczyć niemieckiego. Zdążył się nawet zakurzyć. Biedaczek, stał bezczynnie przez tyle lat!

Pomyślałam, że najłatwiej będzie skorzystać z tłumacza internetowego. Wpisywałam do niego zdanie po zdaniu, a potem kopiowałam polskie tłumaczenie do Worda. Czasami treść od razu była zrozumiała, jednak niekiedy nie potrafiłam odnaleźć znaczenia skomplikowanych, niemieckich wyrazów. Wypisałam je na osobnej kartce, szybko powstała całkiem długa lista. Nie znalazłam ich nawet w słowniku papierowym, może wyszły już z użycia? Zastanawiałam się gorączkowo, jak sobie poradzić z tym fantem, kiedy do mojego pokoju weszła mama.

– Natalia, czym ty jesteś zajęta w piątek po południu? – spytała z niepokojem.

– Eee… przygotowuję tłumaczenie z niemieckiego – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

– Chcemy oglądać film. Może się przyłączysz?

– Raczej nie. Wolałabym to skończyć.

– Za dużo wam zadają. – Pokręciła z niezadowoleniem głową. – Dopiero co zaczęła się szkoła, a wy już dostajecie teksty do tłumaczenia?

– No wiesz, jestem w grupie zaawansowanej. Zresztą to praca dodatkowa – uspokoiłam ją. – Tylko dla chętnych.

– W takim razie nie przeszkadzam. – Uśmiechnęła się. – Cieszę się, że się przekonałaś do niemieckiego. Zobaczysz, w przyszłości na pewno ci się przyda!

– W poznaniu przeszłości też – mruknęłam, ale mama już tego nie usłyszała.

Na tłumaczeniu zszedł mi cały wieczór, a kiedy wreszcie się położyłam i zamknęłam oczy, pod powiekami widziałam tylko niemieckie słówka. Moje zainteresowanie postacią Hugona wzrastało z każdym przetłumaczonym zdaniem. Może to już obsesja? Zastanawiałam się. Byłam pewna, że przejdzie mi dopiero wtedy, kiedy wszystko dokładnie przetłumaczę. Tylko gdzie, do diaska, znajdę tłumaczenie tych dawno nieużywanych wyrazów?

Z samego rana zadzwoniłam do Ady. Byłam taka zaaferowana, że nie wpadłam na to, iż mogę ją obudzić.

– Kto tam? – odezwała się nieprzytomnie.

– To ja. Słuchaj, mam mały problem z tłumaczeniem – od razu przeszłam do rzeczy. – W słowniku nie ma słów używanych przez Hugona!

– Naprawdę nie masz poważniejszych problemów w sobotę rano? – Ziewnęła szeroko.

– Sorry, nie pomyślałam.

– Do twojej wiadomości, niedawno minęła ósma. Może te słowa wyszły już z użycia? – zastanawiała się. – Czemu nie pójdziesz do biblioteki? Pewnie tam mają większy wybór słowników.

– Nie pomyślałam o tym! – ucieszyłam się. – Chcesz pójść ze mną?

– Dzięki, ale nie. Dzisiaj mam inne zajęcia. Zbieranie jabłek i takie tam wiejskie rozrywki.

– Brzmi kusząco!

– Taaa… Uwielbiam przez cały dzień stać na drabinie. To po prostu fascynujące!

– Adam nie może cię zastąpić?

– Będzie zanosił jabłka do piwnicy. To już wolę drabinę, skoro mam wybór!

– Wiesz, że nigdy w życiu nie musiałam podejmować takich decyzji?

– Ja też nie. To będzie mój pierwszy raz! Powodzenia z tłumaczeniem!

– Powodzenia z drabiną!

Bliźniacy, czyli Ada i Adam, całkiem niedawno przeprowadzili się do domu swoich dziadków. Ich rodzice się rozwiedli, a mama postanowiła wrócić do rodziców na wieś. Jeszcze przed wakacjami mieszkali niemal naprzeciwko szkoły, teraz musieli dojeżdżać autobusem podmiejskim. Adę wciąż stresowała nowa sytuacja, denerwowała się tym, że mogliby się gdzieś spóźnić.

Ja od urodzenia mieszkałam w tym samym miejscu i nie zanosiło się na to, by coś miało się zmienić. Moi rodzice chwalili sobie mieszkanie w śródmieściu Wrocławia – mieli stąd blisko do pracy, a ja do szkoły i wszędzie mogliśmy dojść na piechotę.

W drodze do biblioteki przeszłam obok gimnazjum. Tęsknym wzrokiem spojrzałam na zamknięte drzwi przedsionka. Szkoda, że nie miałam klucza! Z chęcią przejrzałabym wszystkie książki. Może znalazłabym w nich coś równie intrygującego jak pamiętnik?

Najpierw muszę skończyć tłumaczenie, powtarzałam sobie do znudzenia.

Poprosiłam bibliotekarkę o najstarszy słownik niemiecko-polski i zajęłam stolik w czytelni. Już po pierwszych wyszukiwaniach wiedziałam, że Ada miała rację. Niektórych określeń nawet w języku polskim nikt już nie używał. Język się zmieniał z każdym nowym pokoleniem.

Trzeba było tylko znaleźć polskie odpowiedniki niemieckich słów…

Żaden problem!

Po kilku godzinach miałam je wszystkie. Co do jednego.

Nieco otumaniona wyszłam na zewnątrz, szczelnie wypełniona niemieckimi słówkami. Od stóp aż po czubek głowy. Czułam ogromną satysfakcję. Wpis tajemniczego Hugona powoli się krystalizował, musiałam go tylko zapisać.

Ale już teraz jednego byłam pewna. Pierwsze miesiące po zakończonej wojnie nie były dla nikogo łatwe. Szczególnie jednak dla Niemców, którzy nadal mieszkali w nowo ustanowionym polskim mieście.

Późnym wieczorem moje tłumaczenie było już napisane, poprawione i wydrukowane. Wciąż nie byłam pewna niektórych zwrotów, ale miałam nadzieję, że udało mi się zachować ich sens. Przeżycia tego chłopaka były naprawdę niesamowite. A najbardziej szokujące było to, że zdarzyły się właśnie tutaj. Niemal przed oknami mojego domu.

W poniedziałek wyszłam do szkoły wcześniej niż zwykle. Chciałam jak najprędzej podzielić się z przyjaciółmi, opowiedzieć im, czego się dowiedziałam. Najlepiej od razu, jeszcze przed lekcjami.

Wszystko potoczyło się zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałam. Na ulicy Reja zauważyłam Maksa. Czekał przed przedsionkiem z gitarą ukrytą w grubym futerale. Rozglądał się na wszystkie strony i co chwilę przykładał telefon do ucha.

– Od razu wiedziałem, że lepiej nie zostawiać mu klucza! – wściekał się. – Głąb jeden, nie odbiera.

– Przecież Leon umówił się z tobą. Na pewno zaraz przyjdzie.

– Miał tu być piętnaście minut temu. Moja gitara to nie jego problem!

– Nie wierzę. – Pokręciłam głową. – Na niego zawsze można liczyć.

– Widocznie coś się zmieniło. – Maks bezradnie rozłożył ręce.

– A jeśli zgubił telefon? – zasugerowałam. – Każdemu może się zdarzyć.

– To i tak powinien już tu być! – odpowiedział, mocno zaciskając szczęki.

Dochodziła ósma, a Leona wciąż nie było. Nadal nie odbierał telefonu ani nie odpisywał na SMS-y.

– Maks, musimy już iść.

– Niech ja go tylko dorwę! – odgrażał się.

– Szkoda, że gitara nie zmieści się w szafce – westchnęłam, kiedy szliśmy już korytarzem do klasy.

Każdy uczeń w naszej szkole miał swoją szafkę zamykaną na kluczyk. Niestety, mieściły się w niej tylko kurtka i buty na WF.

– Gdybym wiedział, że tak będzie, zostawiłbym pudło w domu. – Maks, ogromnie niezadowolony, minął swoje miejsce i usiadł w ostatniej ławce. Gitarę oparł o ścianę. Nawet na krótką chwilę nie chciał jej stracić z oczu.

Leon wsunął się do sali równo z dzwonkiem. Dziwnie zgarbiony, z nisko pochyloną głową usiadł na krześle i zapatrzył się w przestrzeń niewidzącym wzrokiem. Nie zareagował nawet na dźwięk własnego nazwiska podczas sprawdzania listy obecności. Dobrze, że Adam był w miarę przytomny i szturchnął go w odpowiednim momencie.

– Co się stało? – zapytała szeptem Ada, ciągnąc Leona za rękaw, ale on tylko pokręcił głową, unikając jej wzroku.

Przez całą lekcję przyglądałam mu się ukradkiem. Leon zawsze był dziwny, ale tak się nigdy nie zachowywał. Może coś niedobrego stało się w jego rodzinie?

Jak tylko zadzwonił dzwonek, zasypaliśmy go pytaniami.

– Co się stało?

– Jesteś chory?

Leon z wysiłkiem uniósł głowę i spojrzał na nas dziwnie wystraszony.

– Zdarzyło się coś nieprawdopodobnego – powiedział przyciszonym głosem, tak że z ledwością go słyszeliśmy.

– Oh, really? Zapomniałeś o tym, że się umówiliśmy? To faktycznie nieprawdopodobne – złośliwie odezwał się Maks.

– Zgubiłem telefon. Nie miałem jak cię uprzedzić – wyjaśnił ze spokojem Leon.

– Możesz dać mi teraz klucz? Naprawdę nie mam ochoty targać ze sobą gitary przez cały dzień.

– Nie! Lepiej, żebyś tam nie chodził! Przedsionek jest niebezpieczny!

– Co??? – Popatrzyliśmy na niego zdumieni.

– Co wy tu jeszcze robicie? – nieoczekiwanie wtrąciła się nauczycielka. – Idźcie na korytarz, muszę zamknąć salę.

– Czy ty czasem nie przesadzasz? – zapytał Adam, gdy wchodziliśmy po schodach na drugie piętro. – Co takiego się wydarzyło?

– Później wam wytłumaczę. – Leon syknął. – Ale mam zakwasy.

To dopiero było dziwne.

Wszyscy wiedzieli, że Leon nie przepada za uprawianiem sportu. Wolał spędzać czas przed komputerem. W przeciwieństwie do Maksa i Adama sam z siebie nigdy nie zabrałby się do ćwiczeń fizycznych.

Próbowaliśmy go przycisnąć, zmusić do tego, by powiedział nam coś więcej. Tak jak zawsze jego tłumaczenia były mętne, niewiele udało nam się zrozumieć. Nie miał jedynie żadnych wątpliwości co do niebezpieczeństwa czyhającego na nas w przedsionku. Nie powinniśmy w ogóle tam chodzić, a już na pewno nie pojedynczo.

– Skończmy wreszcie tę durną dyskusję! – Maks był naprawdę poirytowany. – Pójdziemy do przedsionka zaraz po lekcjach i przyjrzymy się tym „strachom”. Może wtedy przestaniesz świrować.

Nawet ten pomysł był dla Leona przerażający.

Ledwo wyszliśmy na podwórko, zatrzymał się, i za nic nie chciał pójść dalej.

– Naprawdę nie chcę was narażać!

– Możesz przestać się wygłupiać?

– Powiedz przynajmniej, co tam się stało.

– Olga, może pójdziemy do ciebie? – Spojrzał błagalnym wzrokiem.

– Nie ma