Opis

Daleka przyszłość w Republice Prognostyków – niby świat idealny, tyle, że ludzie już nie są do końca sobą, są raczej cyborgami – są sterowani przez wszczepione w ich ciałach mikrochipy, a ich bogami są dawni filozofowie oraz naukowcy, których działalność doprowadziła do rozwoju techniki.

Czy ludzie przyszłości są do końca wolni? I czy ten świat jest na pewno doskonały? Wszak nie ma w nim wojen, biedy i głodu, ale wszystko jest pod kontrolą. Czy jednak do końca?

Młoda para studentów, Fabrycy i Anastazja ma powoli coraz bardziej dosyć niedopowiedzeń i sprzeczności otaczającego świata. Wyruszają na poszukiwanie absolutnej prawdy, pochodzącej z dalekiej przeszłości…

To poszukiwanie prawdy okaże się zdumiewającą i długą podróżą, także w głąb ich umysłów. Dowiedzą się dzięki temu niesamowitych rzeczy o sobie samych, a na swej drodze poznają ciekawych ludzi…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 288

lub

Witold Ptak

PROGNOSTYCY

część I:Archibald

Copyright © Witold Ptak; 2015 Copyright © Wydawnictwo Witanet; 2015

Wszelkie prawa zastrzeżone

Skład tekstu, projekt okładki: Ryszard Maksym Fotografia na okładce: 3dsculptor - Fotolia.com

ISBN: 978-83-64343-56-8

Wydawca:

Wydawnictwo WITANET ul. Brzoskwiniowa 11/1 62-571 Stare Miasto

tel.: #48 601 35 66 75

www.ebooki.c0.pl

[email protected]

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Książka ani żadna jej część nie mogą być publikowane ani w jakikolwiek inny sposób powielane w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.

Skład wersji elektronicznej:

Prolog

Tego czerwcowego dnia było niezwykle gorąco. Archibald Kurpiowski szedł ulicą ocierając pot, który spływał mu na twarz. Był to mężczyzna, którego wiek ciężko było określić, może miał trzydzieści, a może ponad czterdzieści lat. Jego głowa była zawsze nienagannie ogolona, pozbawiona jakiegokolwiek zarostu, zgodnie z ówczesną modą. Do kraciastej koszuli zakładał dżinsowe, workowate spodnie. Był osobą raczej tęgą, w ten gorący dzień z trudem powłóczył nogami. Wreszcie dotarł do miejsca przeznaczenia, czyli do szpitala, gdzie miał sprawy zawodowe. Wszak był lekarzem, przedstawicielem jednej z wyższych kast społecznych. Pragnął jednakże awansować na informatyka, miał nadzieję, że Narodowa Rada Prognostyków wyrazi zgodę na jego awans. Tak myśląc, znalazł się w końcu na siódmym piętrze szpitala, na oddziale położniczym, gdzie właśnie zaczynał się jego dyżur. Miał kilku noworodkom wszczepić zespoły chipów. Na pozór był to zabieg nieprzyjemny. Należało bowiem umieścić maszynerię wewnątrz ciała, w jamie brzusznej, tak by przylegała do rdzenia kręgowego. Zwykle rozcinano brzuch dziecka z boku, przytwierdzając zestaw chipów do kręgosłupa. Już do sześćdziesięciu lat, odkąd zaczęto przeprowadzać te zabiegi, to się udawało. 

Oczywiście ważne było aby jak najszybciej dotrzeć do dopiero co urodzonego dziecka, więc zabieg ten przeprowadzano na oddziałach położniczych, bo niezręcznie było potem prosić rodziców, by sami przynosili dzieci na zabiegi wszczepiania. Do samego zabiegu oczywiście trzeba było zaaplikować środki znieczulające, aby noworodek smacznie zasnął. No i najlepiej wykonywało się tą robotę taśmowo. Krótko mówiąc, było to proste jak robota w fabryce. Tego dnia dzieci do zoperowania było kilkoro. Archibald wiedział, że najgorszy był moment, gdy płaczące dziecko zabierano matce, która chciała je przytulić świeżo po jego urodzeniu. Co gorliwsi lekarze nie czekali tak jak to robił Archibald i bywało, że ledwo dziecko wyszło z brzucha mamy, już je zabierali, ale wówczas matki były niezadowolone, że nie mogą swojej pociechy zobaczyć przed zabiegiem. Oczywiście tłumaczono im, że wszczepienie elektronicznych implantów jest konieczne, a zarazem równie naturalne jak odcięcie pępowiny, czy też jak posłanie dziecka do szkoły. Ba, było to nie tylko naturalne, ale i obowiązkowe… Akurat Archibald należał do tych mniej gorliwych, którzy nie zabierali noworodków od razu. Najpierw uśmiechał się do pacjentek, po czym zabierał dziecko na salę operacyjną. 

Tego dnia było niezwykle gorąco, ale oczywiście w całym szpitalu pracowała klimatyzacja. Na sali operacyjnej leżało kilka noworodków. Archibald wraz z kolegami przystąpił do taśmowej roboty. A więc najpierw było znieczulanie noworodków, potem, kiedy przestawały kwilić, należało przygotować zespoły chipów. Część z nich była podpisana i miała trafić do konkretnych dzieci. Były to dzieci rodziców, którzy zamówili w Narodowej Radzie Prognostyków programy dla swoich pociech, aby mogły mieć zapewnioną wspaniałą przyszłość i mogły być wartościowymi członkami społeczeństwa. Prognostycy zlecali informatykom napisanie właściwych programów, a ci z kolei dostarczali lekarzom zaplombowane właściwe zespoły chipów, które miały być wszczepione określonym, nowo narodzonym dzieciom. Oczywiście należało dopilnować, aby kobiety zechciały rodzić w tych szpitalach, gdzie miały być dostarczone zespoły chipów dla ich dzieci. Archibald dobrze wiedział, że gdyby zdarzyła się choć jedna pomyłka, należało zoperować ponownie, bo nikt nie chciał mieć cudzego programu, bo to oznaczałoby posiadanie nie swojego życia, a byłby to koszmar nad koszmary! Tylko jedna rzecz byłaby gorsza, mianowicie nieposiadanie w ogóle żadnego zespołu chipów z programem i uleganie jakimś prymitywnym odruchom warunkowym, a może nawet bezwarunkowym…. 

Skoro już zespoły chipów były przygotowane, należało rozciąć z boku brzuch niemowlęcia, tak by mogły być połączone z rdzeniem kręgowym. Następnie należało zaszyć brzuch niemowląt – powstawał ślad po zaszyciu, który właśnie miał pokazywać, że dzieci stały się pełnoprawnymi członkami społeczeństwa, które należało już tylko odpowiednio uwarunkować i wychować… Archibald wiedział dlaczego jego zawód jest taki ważny i dlaczego przynależy do jednej z wyższych kast. 

Dyżur Archibalda tego dnia trwał tylko 10 godzin wieczorem i w nocy. Załatwił sobie skrócenie czasu pracy, aby móc następnego dnia poprowadzić wykład na uczelni. Wiedział, że dzięki temu zjedna sobie przychylność prognostyków. No i oczywiście być może awansuje do wyższej kasty…

Rozdział I

Był chłodny, ale słoneczny, październikowy poranek. Fabrycy Ondraszkiewicz szedł drogą na zajęcia na lokalnym uniwersytecie medycznym, budynek szkoły wyglądał jak ogromny, szarobiały sześcian.

Fabrycy był młodzieńcem w wieku dwudziestu lat, ale wyglądał na nieco mniej, miał bowiem delikatną, chłopięcą twarz z ledwie widocznym zarostem oraz bujną czuprynę. Chodził najczęściej w dżinsowych spodniach i wytartej koszuli, ale tego dnia założył uniform, który mieli obowiązek zakładać studenci.

Chłopak skierował się na czwarte piętro w uniwersyteckim budynku. Wiedział, że pierwszy powinien być wykład z podstaw biologii a później z podstaw informatyki. Wykładów i w ogóle zajęć było dużo. Ale, żeby przyjąć ludzi do kasy lekarzy, należało ich dobrze wykształcić. A z kolei przynależność do kasty lekarzy otwierała wstęp do kast jeszcze wyższych.

Fabrycy wszedł na salę wykładową i zajął jedno z miejsc. Dopiero rozpoczął studia i jeszcze nikogo nie znał na swoim roku. Minutę po nim włączyła się tablica holograficzna na przodzie sali i pokazał się na niej Tales Szczepłocki, profesor biologii i fizjologii. Był on dość zasuszonym staruszkiem, niemniej dość sympatycznie wyglądającym. Twarz miał czerwoną, pomarszczoną, z nielicznymi siwymi włosami. Na jego twarzy błądził często uśmiech, a okulary nadawały mu nobliwy wygląd. Na hologramach wyglądał zawsze elegancko i staroświecko.

Profesor Szczepłocki mówił zazwyczaj chaotycznie, zarazem jednak dość interesująco, przynajmniej zdaniem większości słuchaczy.

Profesor zaczął wykład:

— A więc, moi drodzy państwo, możemy się spytać, czemu to instalujemy ludziom zespół chipów, skoro, jak już kiedyś powiedziałem, człowiek ma proporcjonalnie największy mózg? Ano dlatego, że ten mózg, mimo, że stanowi szczytowe osiągnięcie ewolucji, jest narządem mało wydajnym, w porównaniu z osiągnięciami techniki, co więcej, już bardziej urosnąć nie może, bo musiałaby się wtedy powiększyć też czaszka, która i tak jest zbyt duża do dźwigania przez ludzki szkielet. Zatem musimy instalować chipy, aby ludzie mogli dorównać maszynom. Na sali rozległ się szmer. Profesor Szczepłocki słynął z tego, że mówił dużo o mniej wygodnych rzeczach, za co był lubiany przez studentów.

— Można oczywiście — ciągnął dalej profesor — zapytać się, dlaczego w ogóle mamy dorównywać maszynom. To pytanie postawiono po raz pierwszy niemal 200 lat temu, kiedy okazało się, że maszyny prześcigną człowieka pod niemal każdym względem— pomijając świat uczuć i emocji, które akurat automatom nie są do niczego potrzebne. Maszyny najpierw okazały się silniejsze od człowieka, potem także szybsze, a w końcu dostrzegliśmy, że mogą posiadać większą wiedzę od nas samych, no i także dobrze ją wykorzystywać, co jest równoznaczne z inteligencją.

Zapadła na chwilę cisza.

— Mieliśmy do wyboru — ciągnął dalej profesor — albo usunąć się w cień, pozostawiając jedynie wąską kastę wytwórców techniki, których i tak by zdominowały ich własne dzieła, albo też uczynić maszyny częścią nas samych. Jako uniwersytecki profesor mówię państwu: dzisiaj nikt z ludzi, pomijając ludy pierwotne, nie jest tworem wyłącznie biologii, lecz zarazem biologii i techniki. Dlatego, że naszym ciałem zarządza cud techniki. Bez tego cudu techniki szybko zginęlibyśmy. To, co mamy w głowach, odpowiada jedynie za najprostsze rzeczy, typu odruchy chroniące nas przed bólem i różnymi urazami. Funkcje dawnego mózgu przejmuje teraz zespół chipów.

Profesor na chwilę przerwał. Nagle na tablicy przy jego hologramie pojawił się drugi, przedstawiający przekrój ludzkiego ciała z uwidocznionym szkieletem

— Teraz — zaczął mówić profesor — winienem państwu pokazać, gdzie wszczepiamy zespół chipów. Instalujemy je po obu stronach kręgosłupa, a w zasadzie tuż pod nim, a ponad nerkami. Tam jest trochę miejsca w jamie brzusznej człowieka, które możemy wykorzystać.

Hologram profesora Szczepłockiego połączył się nagle z hologramem przekroju ludzkiego ciała. Chwilę potem studenci zobaczyli, jak profesor pokazuje środkową część przekroju

— Wkładamy zespół chipów tutaj — mówiąc te słowa, profesor pokazał punkt pomiędzy żebrami, a kręgosłupem, położony kilkanaście centymetrów ponad kością krzyżową.

— Oczywiście — mówił profesor — wcześniej rozcinamy skórę na brzuchu, rzecz jasna pod narkozą — tu Szczepłocki się lekko uśmiechnął.

— Można się jeszcze spytać — dodał profesor — dlaczego wszczepiamy zespół chipów właśnie tutaj, tuż przy kręgosłupie. Odpowiedź jest bardzo prosta, przynajmniej dla osób mających ogólne pojęcie o biologii. Mianowicie w kręgosłupie jest położony rdzeń kręgowy, który zarządza odruchami bezwarunkowymi, a poza tym przekazuje sygnały płynące z mózgu. Dzięki temu nasz zespół chipów może pełnić funkcje mózgu.

— Dlatego też — ciągnął profesor — ważne jest, aby przy wszczepianiu, zespół chipów stykał się bezpośrednio z kręgosłupem, by poprzez styki słał sygnały do rdzenia kręgowego. Zapraszam teraz na przerwę.

Zaczęła się przerwa, hologram profesora i przekroju ciała znikł. Część studentów została na sali, część natomiast wyszła. Fabrycy siedział cały czas w ławce i spojrzał na osoby, które nie wyszły na korytarz. Wśród nich wypatrzył siedzącą dziewczynę, która od razu mu się spodobała. Miała ładną figurę, była wysoka, szczupła, miała lśniące, brązowe włosy, z tyłu opadające na łopatki, z przodu przycięte w modną grzywkę.

W życiu Fabrycego dominowały kobiety, zwłaszcza matka, bowiem wychowywał się jako jedynak bez ojca. Niekiedy jego matka zapraszała do domu kuzynki, lub sąsiadki. Dlatego może w stosunku do kobiet był wybredny i do czasu podjęcia studiów nie miał dziewczyny. Zresztą nie liczył na to, że akurat na studiach znajdzie partnerkę życiową, choć na to liczyła jego matka, która nie lubiła jak jej syn za dużo czasu sam spędza w domu. Dlatego wolała, by Fabrycy uczęszczał na uniwersytet, a nie uczył się w domu, choć była taka możliwość. Matka Fabrycego nie miała być może świadomości, że w kaście lekarzy kobiet jest niezbyt dużo. Podobnie na studiach medycznych mężczyźni stanowili zdecydowaną większość. Z tych powodów po wielu latach Fabrycy uważał, że miał niesamowite szczęście, że swoją kobietę życia poznał na studiach.

W końcu przerwa minęła. Hologram profesora Szczepłockiego na nowo się pojawił na tablicy na przodzie sali.

— Jako biolog — zaczął profesor — muszę państwu zwrócić uwagę, jak bardzo skomplikowaną osobą jest człowiek, jak trudno jest napisać program odwzorowujący życie człowieka we wszystkich płaszczyznach. Człowiek z jednej strony jest zwierzęciem — musi jeść, pić wodę, oddychać, a z drugiej strony jest istotą niemal z innego świata, która potrafiłaby stworzyć swoje otoczenie od nowa. Nasz świat jest w większości dziełem rąk ludzkich — gdyby nie ludzie, nie byłoby miast, pól uprawnych, słowem, całego krajobrazu, o cudach techniki nie wspominając. Nawet to, co nazywamy przyrodą, jest zaledwie namiastką tego, co się uformowało, zanim człowiek zaczął przekształcać wszystko na swoją modłę.

— Początkowo — ciągnął profesor z hologramu — informatycy wszczepiali zwierzętom zespoły chipów, aby sprawdzić jak reagują. I tu się pojawiały problemy, bo nawet zwierzęce mózgi były zbyt skomplikowane, aby można je było zastąpić automatami. Zwierzaki często nie potrafiły się zachowywać odpowiednio — za dużo, albo za mało się ruszały, zbyt mało lub zbyt dużo jadły i w ogóle sprawiały najpierw same problemy. Najtrudniej było jednak skłonić zwierzęta do rozmnażania, aby mogły przeżyć jako gatunek. Nie chcieliśmy przecież tworzyć istot skazanych na wymarcie, które nie mogłyby przekazać swoich genów.

Hologram profesora na chwilę znikł, prawdopodobnie Szczepłockiemu zaschło w gardle i musiał wypić trochę wody. Po chwili hologram profesora ponownie się pojawił na tablicy

— Najpierw — kontynuował Szczepłocki — w ramach eksperymentu utworzyliśmy owady z wbudowanymi chipami, wystarczyło tak je zaprogramować, aby mogły latać, unikając przeszkód i zarazem siadać tam, gdzie jest pokarm. Nasze eksperymenty były ciekawe i wręcz pożyteczne dla społeczeństwa. Udało się na przykład stworzyć całą populację nieszkodliwych dla człowieka komarów, których samice, zamiast pić krew, po prostu spożywają więcej nektaru, aby móc złożyć jaja. Pewnym problemem, było to, że potomstwo tych komarów nie miało chipów, a zatem ich samice znowu były agresywne, bo kierowały się informacjami z mózgu, by atakować ludzi. Dlatego zamiast mikrochipów stworzyliśmy dla niebezpiecznych zwierząt specjalne białka, które modyfikują zachowanie zwierząt, na przykład wywołują brak tolerancji na ludzką krew, dzięki czemu te zwierzaki nas nie atakują. Białka natomiast, jak sami państwo wiedzą, są kodowane z pokolenia na pokolenie przez kwasy nukleinowe. I dzięki temu właśnie rozpowszechniły się nieszkodliwe, a nie jakieś uciążliwe komary…

Zgromadzeni na sali pokiwali głowami….

— Oczywiście — zaśmiał się profesor — dużo łatwiej jest komara zabić, aniżeli wszczepiać mu procesor wielkości setnych części milimetra, czy tym bardziej wyhodowywać specjalne białka, ale robiono to dla dobra nauki.

Na chwilę zapadła cisza, po czym profesor z hologramu kontynuował:

— Wtedy też zaświtał mądrym ludziom pomysł, aby w podobny sposób potraktować inne szkodliwe zwierzęta, na przykład zbyt agresywne psy, a nawet zwierzęta niebezpieczne z natury, jak rekiny, jadowite węże, krokodyle. Takie zwierzęta unikają ludzi, stąd nie musimy zabijać takich zwierząt, bo nie stanowią zagrożenia. Zwierzę po wszczepieniu mikrochipa, albo po modyfikacji białek i kwasów nukleinowych, staje się łagodne i nie rzuca się na człowieka. Trudno się dziwić, że w końcu zaczęliśmy wszczepiać chipy ludziom chorym psychicznie, szczególnie tym, którzy stanowili zagrożenie dla siebie lub otoczenia.

Na sali rozległ się szmer. Dla większości studentów było zaskakujące, że jakikolwiek człowiek może stanowić zagrożenie. Czyżby kogoś program został celowo źle napisany? Jedni studenci spojrzeli na siebie, inni się roześmieli.

— Widzę, — skomentował profesor — że państwo tę informację traktują z niedowierzaniem. Co więcej, problemem nie był zły program, ale brak programu! Mało tego, programu tego nie można było nigdzie wszczepić!

Tego już było za wiele. Studenci zaczęli się śmiać. Jak ktoś taki w ogóle mógł się uchować? Dzikus jakiś, czy może podrzutek, skoro nie miał zespołu chipów?

— Państwo nie wierzą? — rzekł profesor — Przecież jeszcze nieco ponad sto lat temu znaczna część ludzi nie posiadała żadnego zespołu chipów, więc o programowaniu można było sobie pomarzyć. Nawet dziś są tacy, którzy nigdy nie mieli wszczepionego zespołu chipów. Tacy ludzie żyją w prymitywnych plemionach gdzieś w Ameryce, Afryce, czy Oceanii.

Wielu studentów pokiwało z niedowierzaniem głowami, część się zaśmiała.

— Na dziś kończymy zajęcia — oznajmił profesor — do zobaczenia następnym razem.

Stało się tak jak zwykle, profesor Szczepłocki kończąc lubił zaskakiwać niesamowitą puentą.

Podczas kolejnej przerwy Fabrycy myślał o dziewczynie, która mu się spodobała, ale także o treści wykładu. Najbardziej go zaniepokoiło to, że najpierw zaczęto wszczepiać chipy ludziom chorym psychicznie. Czy zatem wszyscy są dziś chorzy psychicznie, skoro niemal każdy ma wszczepiony chip? Ta myśl nie dawała mu spokoju.

Wolnym krokiem skierował się w stronę drzwi, by dojść do automatu z napojami, bowiem zaschło mu w gardle. Po zrealizowaniu zamówienia chwycił kubek za mocno, oparzył się i wylał na siebie kilka kropel.

— Przepraszam, wylałeś na siebie kawę — rozległ się kobiecy, łagodny głos. Fabrycy podniósł głowę i zobaczył twarz dziewczyny, która mu się spodobała podczas poprzedniej przerwy.

— Taaak.. wiem — wyjąkał — dziękuję ci bardzo.

Mimowolnie utkwił wzrok w oczach dziewczyny, które z bliska okazały się szaroniebieskie.

— Nic ci nie będzie — rzekła dziewczyna — dam ci chusteczkę, to ci nie zaschnie.

— Spoko, poradzę sobie, mam chusteczki… — odrzekł zmieszany — w ogóle Fabrycy jestem — podał jej rękę

— Miło mi, Anastazja jestem — dziewczyna uścisnęła rękę i się lekko uśmiechnęła. Wówczas Fabrycy zobaczył, że ma piękny uśmiech.

— Jak ci się podobał wykład? — spytał się jej.

— Całkiem ciekawy, facet mówi dość szybko, ale ciekawych rzeczy można się dowiedzieć — powiedziała Anastazja.

— Też tak sądzę — powiedział Fabrycy

Po chwili razem poszli na wykład z informatyki. Na hologramie pojawił się mężczyzna w średnim wieku, ogolony, tęgi i dosyć niski.

Mężczyzna z hologramu zaczął mówić:

— Dzień dobry państwu. Nazywam się Arystoteles Kuźnierczyk, jestem profesorem informatyki. Przedstawię państwu trochę zagadnień z informatyki.

Na sali rozległ się szmer. Informatycy byli znani z trudnego języka. Jaki będzie ten wykład?

— Państwo powinni wiedzieć — kontynuował profesor — że era komputerowa tak naprawdę zaczęła się blisko 300 lat temu. Wówczas powstały pierwsze komputery, które początkowo były duże jak szafy.

Rozległ się śmiech na sali.

— Następnie — powiedział profesor — komputery zmniejszyły się na tyle, że mogły stać na biurku, potem mogły być chowane do kieszeni, aż w końcu mamy je we własnych ciałach.

To akurat nie było żadnym zaskoczeniem dla audytorium.

— W przypadku komputerów — kontynuował profesor — oprócz pamięci ważna jest także prędkość przesyłania danych i używania dysków wymiennych. Dzięki miniaturyzacji dysków wymiennych możemy częściej dokonywać przeprogramowań, a zatem częściej wszczepiać gotowe programy ludziom, co oznacza więcej pracy dla państwa w przyszłości. Na państwa, przyszłych lekarzach, będzie spoczywał obowiązek wszczepiania określonego nośnika danych do zespołu chipów znajdujących się w odpowiedniej osobie. Muszą państwo także pamiętać, że sam zespół chipów bez nośnika danych jest nic niewart, bo człowiek nie potrafi żyć bez nośnika danych. Pamiętajmy, że minimalna pamięć nośnika danych dla ludzkiej osoby to 500 zettabajtów.

Fabrycy, słysząc te słowa, potrząsnął głową i spytał w myślach sam siebie: Jak to możliwe, że nie można żyć bez nośnika danych, skoro jest mózg w czaszce, a jeszcze tyle innych narządów jest w ludzkim ciele…? Takie ważne pytanie było na razie bez odpowiedzi… A może to, czego ich uczono, było kłamstwem?

Rozdział II

Był piękny, wiosenny dzień.

Fabrycy miał przerwę w nauczaniu, chciał się odprężyć i uznał, że najlepiej pójść na spacer. Pomyślał, że najlepszym rozwiązaniem jest pójść z kimś i zaraz pomyślał o Anastazji, z którą przyjaźnił się już pół roku. Sięgnął po komórkę i wszedł na portal internetowy, by ją znaleźć.

— Cześć Tasiu, czy wybrałabyś się ze mną na spacer?

— Oczywiście, Fabciu — odpowiedział jej głos w słuchawce — umówmy się za około pół godziny, może być?

— Oczywiście, do zobaczenia.

Spotkali się w dużym parku, gdzie było pełno ładnych miejsc, alejki, stawy i niewielkie rumowiska skalne. Fabrycy i Anastazja szli główną alejką parku. Było ciepło, więc niektóre zwierzęta wychodziły ze swych kryjówek.

— Zobacz, Fabciu — odezwała się nagle Anastazja — jakaś jaszczurka na kamieniach.

— Rzeczywiście, Tasiu — odparł Fabrycy — a tam, patrz, właśnie żaba wskoczyła do stawu

— Tak się zastanawiam — rzekła po chwili Anastazja — dlaczego te małe zwierzęta przed nami uciekają?

— Bo się nas boją — odpowiedział Fabrycy

— A może nie mają odpowiednich programów? — zaśmiała się Anastazja.

— No co ty, przecież one w ogóle nie mają programów, bo kto by im wszczepiał? — uśmiechnął się Fabrycy.

— Tak, żartowałam przecież — uśmiechnęła się — co to za bzdura wszczepiać takim drobinkom jakieś programy.

— Ale przecież — przypomniał Fabrycy — nie pamiętasz jak nam profesor Szczepłocki mówił, że maleńkim komarom wszczepiano mikrozespoły chipów?

— Tak, ale to był eksperyment — odrzekła Anastazja — poza tym eksperyment szczytny, bo chociaż komary nie kłuły ludzi.

— Ale po co nam wszczepiają? — spytał Fabrycy— czyżbyśmy też byli szkodliwi dla kogoś?

— Może moglibyśmy być szkodliwi, gdybyśmy nie mieli zespołu chipów — zamyśliła się Anastazja i się tajemniczo uśmiechnęła.

— Ciekawe, czy byśmy się spotkali i teraz szli ze sobą, gdybyśmy nie posiadali zespołu chipów — powiedział Fabrycy i też się zamyślił.

— Może w ogóle nie poszlibyśmy na te same studia — odparła Anastazja.

— A właśnie — odparł Fabrycy — może bylibyśmy innymi ludźmi.

— Nie może, ale na pewno — uśmiechnęła się Anastazja i dodała — przecież nami kierowałby jakiś mózg, a nie zespoły chipów.

— No tak — rzekł — ale po co nam chipy i programy, skoro mamy jeszcze mózg?

— Nie uważałeś na wykładach, Misiu — odparła Anastazja i się zalotnie uśmiechnęła — przecież mózg byłby dla nas niewystarczający.

— Ale przecież jeszcze nieco ponad sto lat temu sporo ludzi żyło bez chipów, nie wiedziałaś o tym, kotku? — powiedział Fabrycy i się uśmiechnął.

— A ponad trzysta lat temu ludzie w ogóle nie używali elektryczności. I co? Dalej będziemy się przekomarzać? — uśmiechnęła się.

— Nie chodzi o przekomarzanie się — odparł — chodzi o to, czy jesteśmy rzeczywiście szczęśliwi i zarazem wolniejsi dzięki chipom?

— Nie filozofuj Fabciu — powiedziała — ładny dziś dzień, a ty takie trudne dysputy prowadzisz — cmoknęła go w policzek.

— Ale to kluczowa sprawa, Tasiu — powiedział — czy nie lubisz czasem pomyśleć, jakby to było, gdybyśmy zaczęli inaczej żyć?

— Ale to niemożliwe — odpowiedziała— wyobrażasz sobie życie bez chipów?

— A wiesz, że próbuję sobie wyobrazić — rzekł Fabrycy — ale coś mi się zdaje, że to nie byłoby łatwe, popełnialibyśmy wiele błędów.

— A może w ogóle byśmy nie przeżyli… — zamyśliła się Anastazja — albo nie pożylibyśmy długo, bo jak można żyć na każdym kroku popełniając błędy.

— Niekoniecznie — skomentował — kiedyś, zanim wymyślono chipy, ludzie też się uczyli, też się wychowywali w rodzinach i chodzili do szkół.

— Ale może uczyli się więcej — zasugerowała Anastazja.

— Pewnie masz rację — odparł Fabrycy.

Szli dalej w milczeniu, aż doszli do rozwidlenia dróg.

— Czy się kiedyś zastanawiałaś, co znaczy być wolnym? — spytał się nagle Fabrycy.

— To znaczy co? — nie zrozumiała Anastazja.

— To znaczy robić to, co się komuś podoba — wyjaśnił Fabrycy.

— Przecież robimy to, co się nam podoba — powiedziała Anastazja — więc jesteśmy wolni.

— Ale czy nie robimy tego, co nam zapisano w chipach? — spytał się Fabrycy

— Nie mów, że w chipach zapisano, że dziś razem przejdziemy się po parku — zaśmiała się Anastazja.

— Ale są też inne rzeczy — drążył Fabrycy— czy na pewno wszystko robimy, bo chcemy, czy też dlatego, że nam choć część kiedyś zapisano?

— Nie filozofuj, Fabciu — ucięła dyskusję Anastazja — zobacz lepiej, jakie są ogłoszenia odnośnie wycieczek międzykontynentalnych. Stanęli przy kolejnym rozwidleniu, gdzie był drogowskaz na lokalny dworzec wahadłowcowy, skąd organizowano międzykontynentalne wycieczki.

— Pójdziemy zobaczyć, co oferują — zaproponowała Anastazja.

— Owszem, pójdźmy — zgodził się Fabrycy.

Doszli do dworca dalekobieżnego, gdzie stało kilka wahadłowców.

— Zobacz, wycieczki weekendowe — wskazała ręką Anastazja — co wolisz, bo mają w najbliższy weekend do wyboru ujście Amazonki, Afrykę Wschodnią i rezerwat dzikich w Nowej Gwinei.

— Myślę o rezerwacie dzikich — odparł Fabrycy — będzie bezpiecznie, nie bój się — przytulił Anastazję — będziemy z przewodnikiem.

— Przecież się nie boję — zaśmiała się.

W centrum zapisów okazało się, że najbliższy dostępny termin jest dopiero za miesiąc.

— Trudno — stwierdziła Anastazja — widocznie jest tam ciekawie, skoro nie ma wolnych miejsc.

— Za miesiąc mamy wakacje, to polecimy — powiedział Fabrycy.

— Tak polecimy — przytaknęła Anastazja — a wcześniej spotkamy się na uczelni.

Spotkali się na wykładzie z bioenergetyki. Na tablicy holograficznej na początku wykładu ukazał się starszy mężczyzna, z rozwichrzoną czupryną. Był to profesor Heron Majcherczyk. Był ubrany dość nieoficjalnie, nosił często ten sam wełniany sweter i wytarte spodnie. Niektórzy studenci żartowali, że jego wygląd widoczny na hologramie to efekt doświadczeń z różnymi energiami…

— Państwo powinni wiedzieć, — zaczął profesor Majcherczyk — że dziś wykorzystujemy energie odnawialne, pochodzące z wiatru, wody i prądów morskich. Pozostaje jednak pytanie: co można zrobić, żeby zespoły chipów, położone głęboko w naszym ciele, mogły pobierać energię. Baterie, nawet najwytrzymalsze, nie wchodziły w grę — wystarczyłoby, żeby ktoś zapomniał naładować swoje baterie choćby raz na kilka, kilkanaście lat, to padłby trupem. Rozwiązaniem okazało się czerpanie energii z naszych własnych komórek. Każda nasza komórka posiada własne minielektrownie o wdzięcznej nazwie mitochondria, gdzie dochodzi do zamiany energii chemicznej w elektryczną. Tej elektryczności pojedynczej komórce jest niewiele, ale na szczęście w naszych ciałach jest na tyle dużo komórek, że wszystkie razem potrafią dostarczyć wystarczająco energii do zespołu chipów, pod warunkiem, że oczywiście do tego komórki zmusimy. Nasz mózg — kontynuował po krótkiej przerwie profesor — wiele tysięcy, jeśli nie milionów, lat robił to samo, co dziś robi zespół chipów, mianowicie karmił się ogromną ilością energii. Dziś to samo robi nasz zespół chipów.

Profesor na hologramie uśmiechnął się, po czym kontynuował:

— W niedalekiej przyszłości, kiedy nasz zespół chipów będzie mógł czerpać więcej energii z naszych ciał, nawet szkoły i studia uniwersyteckie staną się zbędne. Programy, które zawierają teraz głównie zakazy i nakazy będą w przyszłości zawierać esencję wiedzy, to co przekazujemy państwu z hologramów. Takie programy przekazujące wiedzę już istnieją, ale, żeby mogły być zastosowane, potrzebujemy o wiele większej ilości energii, aby nasz zespół chipów mógł pracować wydajniej. Do tego są potrzebne modyfikacje genetyczne naszych własnych komórek, aby mogły zmusić mitochondria do cięższej pracy i wytwarzania większej ilości energii. Kosztem będzie to, że będziemy musieli więcej jeść, by dostarczyć organizmowi, a tym samym zespołowi chipów, więcej energii. Myślę, że Najwyższa Rada Prognostyków zaakceptuje decyzję, aby móc nas genetycznie zmodyfikować. Studenci pokiwali głowami. Bądź, co bądź, genetyczne modyfikacje były, podobnie jak miniaturyzacja i wzrost wydajności w elektronice, wyznacznikiem postępu. A tylko wariat mógł przecież blokować postęp...

Profesor Majcherczyk mówił jeszcze trochę o funkcjonowaniu mitochondriów, po czym była przerwa przed kolejnym wykładem.

— W sumie wykład był ciekawy — powiedziała Anastazja do Fabrycego — ciekawe tylko, jaka będzie decyzja Najwyższej Rady Prognostyków odnośnie tych modyfikacji. Mam nadzieję, że nie utyję od nadmiernej ilości jedzenia — zaśmiała się.

— Co ty, na pewno nie utyjesz — Fabrycy się uśmiechnął i objął Anastazję, po czym dodał — przecież będzie większa wydajność naszego organizmu, więc będzie nam łatwiej utrzymać linię.

— Chyba masz rację — odpowiedziała Anastazja i pocałowała Fabrycego.

Po przerwie zaczął się kolejny wykład z historii i politologii. Tym razem pojawił się hologram przedstawiający wysokiego mężczyznę, uczesanego na jeża z krótką bródką. Wygląd miał dość sympatyczny, w ogóle był jednym z młodszych wykładowców. Był to profesor Cyceron Józefowski.

— Witam państwa — zaczął mówić — na wstępie przypomnę, że ustrój, w którym żyjemy, nazywamy technokracją. Oznacza to, że rządzą sami ludzie, którzy posiadają najlepsze dyplomy inżyniera. Ale też nie rządzą wszyscy inżynierowie, ale tylko prognostycy czyli ci, którzy mają umiejętność prognozowania, za pomocą algorytmów oczywiście. Każdy z prognostyków sprawuje swój urząd do emerytury, chyba że dwukrotnie użyje złego algorytmu do prognozowania. Wtedy jest odwoływany, a na jego miejsce wyznacza się kolejnego, wybieranego przez Kolegium Inżynierów. Państwo mogą jednakże się spytać, dlaczego tylko Kolegium Inżynierów wybiera, a nie wszyscy obywatele. Ano dlatego, że przecież inżynierowie czuwają nad naszym funkcjonowaniem, by zespoły chipów dobrze nami kierowały. Państwo, którzy w przyszłości, jako lekarze, będą wykonywać bezpośrednie polecenia inżynierów, powinni wiedzieć, jaka odpowiedzialność spoczywa na waszych przyszłych przełożonych.

Zapadła chwila ciszy, po czym profesor Józefowski kontynuował:

— Teraz przejdźmy do historii. Przez wiele wieków ludzkości nie udawało się wymyślić żadnego dobrego ustroju. Tyranie, monarchie, demokracje, oligarchie, konserwatyzmy, liberalizmy, socjalizmy, komunizmy, nawet anarchie miały być dobre, ale nie były. Nie były, bo natura ludzka z gruntu jest zła. Człowiek w gruncie rzeczy jest najgorszym zwierzęciem, jego jedyną przewagą jest mózg. I to w tym mózgu się lęgną najgorsze rzeczy, więc trzeba go przeprogramować, a raczej zastąpić programem, bo nie da się mózgu w całości zastąpić. Nasz wielki prorok Pascal powiedział kiedyś: „Człowiek jest trzciną najlichszą w przyrodzie, ale jest to trzcina myśląca”, oraz: „Cała tedy nasza potęga leży w naszej myśli”. Te słowa są aktualne po dziś dzień i dlatego uznajemy Pascala za pierwszego prawdziwego proroka i zarazem prognostyka, a nasze lata liczymy od dnia jego urodzin.

Profesor Józefowski po wypowiedzeniu tych oczywistych dla audytorium słów przerwał na chwilę, po czym kontynuował:

— Zatem wracając do słów naszego wielkiego Pascala, rozwój ludzkości powinien być oparty na rozwoju chipów, bo rozwój naszego mózgu jest ograniczony. A wspomniałem o Pascalu po to, by państwu uświadomić, że gdyby nie Pascal, oprócz tego Kartezjusz i wielu innych, nie mielibyśmy w drugim wieku naszej ery Oświecenia, czyli wielkiego triumfu ludzkiego umysłu. Potem potoczyło się jak z płatka. Pod koniec drugiego i w trzecim wieku mieliśmy rewolucję przemysłową, potem w czwartym wieku pierwsze komputery, w drugiej połowie tego wieku rewolucję informatyczną. W końcu, w piątym wieku pojawiła się nadzieja epokowej zmiany człowieka — aby wreszcie wszyscy mogli być szczęśliwi i zadowoleni. Droga do tego wiodła poprzez zmianę funkcjonowania ludzkiego ciała i umysłu. Ale ludzie musieli przeżyć wiele wojen, rzezi i rewolucji, różnych kryzysów, żeby to pojąć. To, co profesor mówił, było oczywiste zarówno dla Fabrycego jak i Anastazji. Przecież tego uczyli się też w szkole. Ale widocznie rada prognostyków uznała za stosowne, by przyszli lekarze mogli sobie o historii przypomnieć na studiach.

Rozdział III

Wreszcie nadszedł dzień wyjazdu. Fabrycy i Anastazja pojechali na dworzec dalekobieżny. Automatyczny rękaw lotniczy szybko rozwoził pasażerów, którzy chcieli wsiąść do wahadłowca. Anastazja i Fabrycy wjechali na górę i weszli do kosmicznego pojazdu. W środku było już pełno ludzi. Wewnątrz znajdowało się pełno wygodnych, choć dziwnie wyglądających siedzeń, ustawionych w około trzydzieści rzędów, z których każdy był na innym poziomie, a tablice przy wejściu nakazywały wysiąść każdemu, kto źle znosił przeciążenie, bądź stan nieważkości. Był też zakaz jedzenia i picia w wahadłowcu.

Pasażerowie zajęli wygodne fotele w wahadłowcu. Anastazja i Fabrycy zajęli miejsca tuż obok siebie.

Miły, kobiecy głos oznajmił z megafonów:

— Witam drogich pasażerów na pokładzie wahadłowca DC 10, kierunek Nowa Gwinea, dworzec międzynarodowy Jayapura. Za minutę nastąpi start. Fotele są automatycznie zapinane i odchylane w zależności od stanu bezpieczeństwa na pokładzie. Życzymy miłej podróży.

Loty wahadłowcami były co prawda najszybszym sposobem podróżowania w obrębie planety Ziemi, pozwalały dotrzeć nawet na antypody w ciągu mniej niż godziny, ale na pokładzie tych statków obowiązywał rygor, czego elementem były właśnie automatycznie zapinane fotele i zakaz picia oraz spożywania. Jedynie najbogatsi członkowie najwyższej kasty mogli sobie pozwolić na prywatne statki kosmiczne.

Zabrzmiał ponownie głos z megafonów:

— Przypominamy: cel lotu — Nowa Gwinea, poligon rakietowy w Jayapurze, długość lotu: pół godziny, z tego 20 minut w stanie nieważkości. Za 25 sekund start. Po sygnale prosimy nie opuszczać miejsc.

Kilka sekund później rozległ się sygnał, po czym z otworów na oparciu fotela wyłonił się zakończony magnesem pasek, który unieruchomił pasażerów. Niemal jednocześnie za oknami pojawiły się błyski, co oznaczało, że włączały się bezgłośne silniki fotonowe, po czym wahadłowiec wystartował.

Część pasażerów poczuła suchość w ustach, a inni senność. To zaczynało działać przeciążenie, w miarę jak rakieta z wahadłowcem unosiła się do góry.

— I pomyśleć, że kiedyś ludzie bali się latać statkami kosmicznymi — powiedział Fabrycy.

— No, ja się im nie dziwię — odparła Anastazja — przecież kiedyś wahadłowce wybuchały.

— Wybuchały? — zdziwił się Fabrycy.

— No tak, przecież była katastrofa w czwartym wieku, kiedy wahadłowiec eksplodował — rzekła Anastazja.

— To było kiedyś — powiedział Fabrycy — nie ma co sobie psuć humoru.

— Masz rację — odparła — ale przypomniała mi się historia lotów, dlaczego wahadłowce na wiele lat wycofano.

Chwilę później głos z megafonów zakomunikował:

— Opuszczamy atmosferę, wchodzimy na orbitę okołoziemską.

Rzeczywiście, pasażerowie poczuli, że nagle rozluźniają im się mięśnie, wszyscy się poczuli dziwnie lekko. Nagle nastąpiło ciche bzyknięcie — to rozpięły się pasy przy fotelach, uwalniając pasażerów.

Kobiecy głos z megafonów oznajmił:

— Jesteśmy w stanie nieważkości. Zapraszamy do popływania po wahadłowcu.

„Popływanie” to było dobre słowo, bowiem zanikało poczucie, gdzie jest góra, a gdzie dół. Zarazem do środka przestało wpadać białawe światło, natomiast zapaliły się światła w wahadłowcu.

Głos z megafonu zakomunikował znowu:

— Weszliśmy na orbitę okołoziemską

Pasażerowie zaczęli powoli wstawać z miejsc.

— Kurczę blade — powiedziała Anastazja — od tej nieważkości popsuje mi się fryzura.

— Nie martw się — powiedział Fabrycy — i tak jesteś piękna, zresztą to tylko dwadzieścia minut — mówiąc to, pocałował Anastazję, ale cmoknięcie dziwnie zabrzmiało w stanie nieważkości.

Po chwili dodał:

— Prawdę mówiąc, współczuję ludziom, którzy stan nieważkości przeżyli jedynie w wodzie, tu u nas jest chociaż sucho i ciepło — uśmiechnął się.

— A na zewnątrz, dla kontrastu jest lodowata próżnia — zaśmiała się Anastazja — zobacz jakie ładne kolorki mamy w oknach.

— To chyba pustynie Azji Środkowej — powiedział Fabrycy.

Po chwili Anastazja znów zwróciła uwagę na widok za oknami.

— Zobacz, Fabciu, to wygląda jak kości ogromnych zwierząt. Ale to chyba góry, bo widziałam podobny hologram w atlasie.

— Masz rację, to pewnie Pamir, albo już Hindukusz, czy Himalaje — odparł Fabrycy.

— W ogóle podczas każdego lotu wahadłowcem mam wrażenie , jakbym oglądała hologramy z atlasu — zaśmiała się Anastazja — tyle że jest to na żywo.

— Tylko trudno skupić wzrok, bo widoki się szybko przesuwają — skomentował Fabrycy i dodał: — zobacz, kochanie, już się góry kończą, może popływamy trochę po wahadłowcu.

Popływali trochę po statku, po czym rozległ się głos z megafonów:

— Uwaga, za dwie minuty nastąpi zejście z orbity okołoziemskiej i koniec stanu nieważkości. Pasażerów prosimy o zajęcie miejsc.

Wszyscy pasażerowie posłusznie zajęli miejsca. Chwilę później zgasły światła i na chwilę zrobiło się ciemno.

— Za chwilę wkraczamy w atmosferę — poinformował głos z megafonów.

Tymczasem pasażerowie poczuli, że ich nogi stają się ciężkie i spoczywają na twardej podłodze. W ogóle ręce i reszta ciała też się zrobiły ciężkie. Chwilę później do wahadłowca wpadło jednostajne, białawe światło, powszechnie znane światło dnia. To był znak, że wahadłowiec przelatywał już przez atmosferę.

— Za minutę lądujemy w Jayapurze — oznajmił głos z megafonów. Godzina według czasu tutejszego to 19.20. Prosimy o przestawienie zegarków.

Trochę było to dziwne, bo przecież rakieta z wahadłowcem wyleciała tuż przed południem. Ale, cóż wszak lecieli tak daleko, że czas nie musiał być ten sam…

Tymczasem wahadłowiec przecinał atmosferę, zarazem hamując i wypuszczając spadochrony. Kilkadziesiąt sekund później ustawił się do lądowania, wystawił koła i wylądował na pasie, tak jak robiły to samoloty przed wiekami. Ponownie rozległ się głos z megafonów:

— Lot zakończony, jesteśmy w Jayapurze. Dziękujemy za wspólną podróż i polecamy prezent od firmy: pastylki na dobry sen. Temperatura na zewnątrz wynosi 32 stopnie Celsjusza w cieniu.

To była cenna informacja, bowiem wskutek zmiany czasu wielu pasażerów nie mogłoby zasnąć w nocy. Po zażyciu pastylek pasażerowie wyszli przez rękaw do klimatyzowanego pomieszczenia poligonu rakietowego. Fabrycy z Anastazją mieli poczekać na elektryczny samochód, aby dotrzeć do hotelu. Chwilę później przyjechał cichy i wygodny mikrobus.

Skoro tylko przybyli do wygodnego hostelu , zaczęła działać pastylka, więc zapadli w głęboki sen.

Hostel był wyposażony w kolejkę turystyczną, która dowoziła turystów do lokalnych atrakcji turystycznych: nieczynnej kopalni złota, oraz rezerwatu dzikich.

Następnego dnia Fabrycy i Anastazja pojechali ową kolejką do rezerwatu dzikich, zawiozła ich tam w kwadrans. Jadąc, podziwiali zza okien góry i tropikalną przyrodę. Zanim wyszli z kolejki, zabrał głos miejscowy przewodnik, osoba o śniadej skórze i ciemnej czuprynie:

— Witam Państwa na naszej wycieczce do rezerwatu dzikiego plemienia, które wyróżnia się tym, że większość osób nigdy nie miała wszczepionego zespołu chipów. Ludzie ci rodzą się i umierają bez żadnego elektrycznego urządzenia we własnym ciele. Jeśli ktoś z państwa nie wierzy, to sam się za chwilę przekona.

Przewodnik otworzył drzwiczki wagonu i poprowadził grupę przez tropikalny las, który dla bezpieczeństwa był odgrodzony siatką o bardzo małych oczkach. Idąc, przewodnik mówił :

— Winienem państwu wyjaśnić, jak w ogóle doszło do tego, że nikt z tego plemienia nie ma po dziś dzień wszczepionych chipów, poza nielicznymi wyjątkami. Po pierwsze, jak u wielu innych plemion, było normalne, że dzieci tam rodzą się w prymitywnych chatach w wioskach, a nie w szpitalach. Po drugie, było to plemię wojownicze i niezwykle prymitywne, które nie pozwalało swoim kobietom na takie udogodnienia, jak korzystanie ze szpitali. Jednocześnie prowadziło ono ciągłe walki z innymi plemionami, co powodowało ciągłe napięcia w moim kraju. Nie chcieliśmy mieć ciągłych problemów z tym plemieniem, więc w końcu poszliśmy z nimi na kompromis.

Zapadła na chwilę cisza, słychać było różne odgłosy zwierząt z tropikalnego lasu. Po chwili przewodnik mówił dalej:

— Otóż, tutejsza Krajowa Rada Prognostyków zaproponowała projekt, w myśl którego zawieramy z tym plemieniem kompromis. Polega on na tym, że my nie wszczepiamy im chipów, a oni się nawzajem pilnują, by nie walczyć ze sobą i nie zagrażać sąsiednim plemionom i w ogóle cywilizacji.

Jeden z turystów spytał się przewodnika:

— Czy zdarzają się wśród nich jakieś bunty?