Profesor Skalski - Katarzyna Kojzar - ebook

Profesor Skalski ebook

Katarzyna Kojzar

0,0

Opis

- O tym człowieku będą pisać książki – powiedział ktoś o profesorze Januszu Skalskim. I jest książka, autorstwa dziennikarki Katarzyny Kojzar. O lekarzu ratującym najmniejsze, bo dziecięce serca, którego mistrzem i przyjacielem był sam profesor Zbigniew Religa.

Krakowski kardiochirurg zasłynął uratowaniem skrajnie wychłodzonego Adasia, który w pewną zimową noc wyszedł z domu z samej piżamce. Nie tylko Polska, ale cały świat poznał wtedy pooraną zmarszczkami twarz Janusza Skalskiego i widział uśmiech, jaki pojawił się na niej, kiedy lekarz powiedział: mam pełną odwagę mówić o cudzie!

Takich cudów, czyli dzieci, którym profesor i jego zespół uratowali życie, w krakowskim szpitalu w Prokocimiu było więcej. To dwutygodniowy Dawidek, który urodził się bez lewej komory serca i dwóch zastawek - nie miał żadnych szans, a dzisiaj śmieje się, biega, żyje. I roczna Zuzia, pierwsze na świecie dziecko podłączone do płucoserca. Jej operacji Profesor Skalski omal nie przepłacił życiem – jego własne serce nie wytrzymało napięcia, dostał zawału w drodze na salę operacyjną.

- Jak myślę o pacjentach, zapominam o bożym świecie – mówi o sobie Janusz Skalski, który przez małych pacjentów został uhonorowany Orderem Uśmiechu.

Ale profesor ma również własne, dorosłe już dzieci – Grzegorza i Barbarę, a także ukochanego wnuka, Ignasia. Jakim jest mężem, ojcem, dziadkiem człowiek, który poświęcił życie małym pacjentom? Dzięki Katarzynie Kojzar zajrzymy do jego prywatnego domu, poznamy rodzinę profesora, przeniesiemy się w czasy jego dzieciństwa, kiedy mały Januszek, wiecznie niespokojny duch, zjeżdżał po schodach na nartach. Poznamy go jako studenta, który zorganizował wyprawę do Iranu w czasach, gdy trudno było z Polski gdziekolwiek wyjechać.

O Januszu Skalskim wypowiedzieli się także jego przyjaciele i współpracownicy. Z ich opowieści wyłania się człowiek, którego cieszą sukcesy innych. Dla swoich pracowników chce być takim nauczycielem, jakim dla niego był Zbigniew Religa. Nie jest to jednak książka jedynie o profesorze, ale i o historii kardiochirurgii. O tym, że dzięki takim właśnie lekarzom, jak Janusz Skalski, polska kardiochirurgia dziecięca stoi na światowym poziomie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 338

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Projekt okładki:

Redakcja:Izabella Wit-Kossowska

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Kamil Kowalski

Zdjęcia: Archiwum rodzinne, Magdalena Oberc (zdjęcie: Janusz Skalski ze swoim prokocimskim zespołem)

Zdjęcie na okładce: Joanna Urbaniec

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych i przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu bez pisemnej zgody posiadacza praw.

© for the text by Katarzyna Kojzar, 2016

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2016

ISBN 978-83-287-0325-4

MUZA SA

Warszawa 2016

Wydanie I

Tym, którzy znaczą dla mnie najwięcej – Rodzicom

To jest człowiek, o którym będą pisać książki…

Mam przed oczami taką scenę: tłum dziennikarzy otacza profesora Skalskiego, zadając pytania o stan zdrowia dwuletniego Adasia – słynnego już nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie chłopca, który przeżył, mimo że trafił do szpitala w stanie skrajnego wychłodzenia. Profesor cierpliwie odpowiada. Po jego twarzy widać jednak, jak bardzo jest zmęczony. Wzdycha, przeciera oczy, ale mimo to się uśmiecha.

Jest luty 2015. Media od kilku tygodni stacjonują w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym w Krakowie-Prokocimiu, relacjonując proces leczenia Adasia. Dokładnie wtedy, tego zimnego lutowego dnia, podczas konferencji z okazji wyjścia chłopca ze szpitala, spotykam profesora osobiście.

Janusza Skalskiego znałam już wcześniej z prasy i telewizji – regularnie się tam pojawiał, mówiąc, jak czuje się Adaś. Twarz profesora kojarzy chyba cała Polska. Ma fizjonomię idealną dla pediatry. Nic dziwnego, że dzieciaki nazywają go „dziadkiem”. Trudno sobie wyobrazić inny przydomek dla siwego, uśmiechniętego pana z wąsami. Maluchy często domagają się zrobienia z nim zdjęcia – na pożegnanie, przed wyjściem ze szpitala. Profesor takich pamiątek ma w swoim telefonie całe mnóstwo.

Zgłaszam na kolegium redakcyjnym, że chcę zrobić z Januszem Skalskim wywiad. Słyszę: rób. Dzwonię do profesora, umawiamy się.

– Ale proszę bardzo ustalić to jeszcze z sekretarką, ja zapominam o takich spotkaniach, ona mnie pilnuje. No i proszę się przygotować, że mogę spotkanie odwołać w ostatniej chwili. O której pani przyjdzie? O 18.00? To ja do 17.00 potwierdzę na sto procent, czy będę mógł panią przyjąć. Dojedzie pani w godzinę?

Przekonuję, że nawet w dwadzieścia minut – redakcja nie jest daleko od szpitala.

– No, to dobrze, bo mamy kilka trudnych przypadków na oddziale. Nie wiem, czy nie będę musiał operować. Nie wiem. Trudno mi cokolwiek planować. Jak myślę o pacjentach, zapominam o bożym świecie.

Przyjeżdżam do Prokocimia. Gabinet profesora jest spory, z ogromnymi oknami. Za nimi widok na dachy sąsiednich budynków. Naprzeciwko stoi półka, cała zapełniona książkami. Na ścianach – dyplomy, odznaczenia, ale także drzewo genealogiczne, karykatura profesora, obraz podarowany przez lekarzy ze Śląska – na pożegnanie. Są też zdjęcia: ukochanego wnuczka Ignasia i tego słynnego pacjenta, Adasia z Krzeszowic. Kawałek dalej fotografia mistrza i nauczyciela Janusza Skalskiego – Zbigniewa Religi. Ta najbardziej znana, którą zrobił James L. Stanfield z „National Geographic” w nocy z 4 na 5 sierpnia 1987 roku. Religa, wymęczony po kilkunastogodzinnej operacji, monitoruje pracę serca pacjenta, u którego dokonał przeszczepu serca. W różnych miejscach gabinetu porozstawiane są zabawki – żeby w razie czego można było dać zestresowanemu dziecku jakiegoś misia. Na biurku stoi model serca, leży sterta papierów. Sekretarka rzeczywiście przypilnowała profesora – na monitorze komputera przyklejona jest żółta karteczka z moim nazwiskiem.

Wchodzę do gabinetu ze świadomością, że profesor Skalski, ma już nas, dziennikarzy, trochę dosyć. Ale nie daje mi tego odczuć. Po dwóch pierwszych pytaniach, zapominam o tym, co sobie przygotowałam. Wywiad toczy się sam. Rozmawiamy kilka godzin.

Parę dni później ktoś mi mówi: „to jest człowiek, o którym będą pisać książki”.

No i stało się. Napisałam o profesorze książkę. Chociaż wtedy nie przewidywałam, że to jedno spotkanie przerodzi się w całą serię, z której ona powstanie.

Przez kolejne miesiące takich wywiadów, jak ten pierwszy, kilkugodzinnych, odbyliśmy wiele. Nasze rozmowy były dla mnie niczym długa podróż. Bywało, że przenosiłam się w przeszłość – do czasów, kiedy przeszczep serca był czymś niespotykanym, gdy polscy młodzi lekarze musieli wyjeżdżać za granicę, żeby zobaczyć chociaż kawałek medycznej nowoczesności, a Polska zakochiwała się w otoczonym dymem papierosowym Zbigniewie Relidze. Potem dotarłam do teraźniejszości, a nawet do tego, co czeka nas w kardiochirurgii przyszłości.

Janusz Skalski okazał się dla mnie świetnym przewodnikiem.

Teraz to ja chciałabym oprowadzić Państwa nie tylko po życiu profesora Skalskiego, ale także po historii kardiochirurgii. To dość młoda i, jak twierdzą niektórzy, najpiękniejsza dziedzina medycyny – jest w niej coś magicznego, niewytłumaczalnego. Lekarze potrafią ożywić niedziałające już serce, skonstruować ludzkie życie na nowo. Czego się o nich dowiedziałam? Że sami uważają się za rzemieślników, podczas gdy społeczeństwo traktuje ich jak bogów. Nie lubią tego, bo, jak zgodnie twierdzą, Bóg nie ma tu nic do rzeczy. To medycyna, umiejętności i odrobina szczęścia decydują o tym, czy operacja się powiedzie.

Kardiochirurdzy to ludzie niezwykli, którzy mają w sobie coś ze sportowców – potrzebują adrenaliny. A ludzkie serce zapewnia im ją w stu procentach.

Trudne operacje, jak mówi profesor Skalski, są jak skok na bungee. Jego uczeń, docent Ireneusz Haponiuk, porównuje pracę kardiochirurga do lotu w stratosferze, a komplikacje do lądowania bez podwozia. Nie ma dnia bez niespodzianek – zarówno tych dobrych, jak i złych. Trzeba umieć opanować emocje, nie dać się im ponieść. Kardiochirurg musi być przygotowany zarówno na sukces, jak i na porażkę. A nią najczęściej jest śmierć pacjenta.

– To zawód tylko i wyłącznie dla pasjonatów. Dla kogoś, kto jest w stanie poświęcić się w pełni temu, co robi – powtarza jak mantrę profesor.

W tej książce znajdą Państwo cały tłum takich właśnie pasjonatów – od dziewiętnastowiecznego lekarza, który założył pierwszy w Polsce szpital pediatryczny po samego profesora Janusza Skalskiego.

Dlatego zapraszam w tę podróż. Mam nadzieję, że porwie Państwa tak bardzo, jak porwała mnie.

Siedem minut głupot

Profesor Janusz Skalski zerka na monitor stojącego w gabinecie komputera. Na ekranie ma podgląd na to, co się dzieje w sali operacyjnej. Pacjentem jest miesięczny chłopczyk, ważący mniej niż cztery kilogramy maluch z poważną wadą serca.

– Jeszcze tną, jeszcze mogę tutaj zostać przez chwilę – myśli. Mały pacjent jest w dobrych rękach – do zabiegu przygotowuje go jeden z ulubionych uczniów profesora Skalskiego, docent Tomasz Mroczek. Razem przeprowadzą operację. Obaj wiedzą, że będzie trudna.

Na ekranie widać, jak docent Mroczek nadal otwiera klatkę piersiową, więc profesor szybko sprawdza mejle, ustala z sekretarką, panią Małgorzatą, jakie spotkania go czekają w tym tygodniu. Podpisuje list do Pierwszej Damy z prośbą o patronat nad biegiem charytatywnym, czyta wiadomości.

– Oho, trzeba iść! – rzuca pod nosem.

Do sali operacyjnej wchodzi po kilku minutach. Każdego z członków zespołu operacyjnego wita z osobna, żartuje. Atmosfera jest spokojna, jakby wcale na stole nie leżał chłopczyk z otwartą klatką piersiową. Małe serce bije regularnie, ale lekarze wiedzą, że zaraz przestanie – na jakąś godzinę, może półtorej. Zabieg jest na tyle skomplikowany, że wymaga wprowadzenia pacjenta w stan hipotermii z zastosowaniem krążenia pozaustrojowego, żeby było łatwiej i bezpieczniej go zoperować. Mówiąc prościej: pacjenta trzeba „zamrozić”. Schłodzić jego ciało do 12 stopni. Na czas trwania operacji serce i płuca zostaną zastąpione maszyną, która sztucznie podtrzyma funkcje. To ochroni mózg, serce i naczynia dziecka przed skutkami niedotlenienia.

Profesor Skalski staje przy stole operacyjnym. Za jego plecami perfuzjonista kontroluje działanie sztucznego płucoserca. Maszyna zostaje uruchomiona.

– To teraz mamy siedem minut na gadanie o głupotach – mówi profesor. I gadają: o sondażach wyborczych, o filmach, komentują to, co usłyszeli akurat w radiu. Serce chłopczyka, jeszcze przed chwilą czerwone i bijące, staje się nieruchome. Dotykając ciała, ma się uczucie, jakby dotykało się lodu. Skóra jest blada. Pacjent jest przygotowany do zasadniczej części operacji.

Wtedy w sali zapada cisza. Lekarze pochylają się nad stołem w milczeniu, rzucając jedynie co chwilę polecenia dla instrumentariuszki. Skalpel, ssak, szew. Profesor Skalski z docentem Mroczkiem, pochyleni nad nieruchomym sercem, operują je przez ponad godzinę.

Ostatni szew, ostatnie ruchy rąk.

– Można grzać – decyduje Skalski, prostując plecy. Trochę bolą. Jak chyba każdy kardiochirurg, ma problemy z kręgosłupem.

– Dogrzanie pacjenta po hipotermii to pestka – uśmiecha się profesor. Ciało chłopczyka powoli wraca do normalnej temperatury, skóra znowu nabiera normalnego, zdrowego koloru. Serce zaczyna bić, najpierw powoli, a za chwilę coraz szybciej. Jakby umarło i nagle cudownie ożyło.

Docent Mroczek odchodzi od stołu operacyjnego – jest po całonocnym dyżurze i wreszcie może iść do domu. Profesor wykonuje ostatnie szwy, sprawdza, czy wszystko jest w porządku, a zszycie klatki piersiowej zostawia jednemu z młodych lekarzy. Jak uważa, młodzi muszą próbować, bo samą teoretyczną wiedzą ludzi nie wyleczą. Potrzeba praktyki i wyćwiczonej ręki.

– To była trudna operacja – mówi, wychodząc z sali. Trudna i niemożliwa do przeprowadzenia bez sztucznego płucoserca i hipotermii. Dzisiaj obie te rzeczy to w kardiochirurgii codzienność. Ale jeszcze kilkadziesiąt lat temu nikt nie wyobrażał sobie nawet, że serca dzieci w ogóle będą operowane.

Zmowa milczenia

Jest początek lata 1908 roku. Do Warszawy przyjeżdża 17-letni Kantor Josif Charitonowicz. Chłopak pochodzenia żydowskiego jest niezwykle utalentowany muzycznie, ma piękny głos. Przebył ze swoimi rodzicami długą trasę, aż z Moskwy.

Pobyt w Warszawie nie jest jednak dla niego szczęśliwy. Pewnego dnia zostaje pchnięty nożem prosto w serce. To w tamtych czasach niemal wyrok. Ambulans przewozi chłopaka do Szpitala Św. Ducha, na ulicę Elektoralną. Tam ogląda go znany i ceniony, choć nielubiany przez władze, chirurg Jan Borzymowski. Diagnoza: dwie głębokie rany drążące do prawej komory serca. Borzymowski już wcześniej ratował takich pacjentów. Pierwsze udane zszycie ranionego serca, które z sukcesem przeprowadził w 1903 ro-ku, było prawdopodobnie czwartym takim zabiegiem na świecie. Ale Borzymowski nigdy nie spotkał się z podobnym przypadkiem u dziecka. Serce młodej osoby jest inne, a chirurgia dziecięca wymaga jeszcze większej precyzji niż w przypadku dorosłych. Lekarz jednak się nie waha i decyduje: operujemy!

Młody Żyd trafia na stół. Operacja jest trudna i męcząca – Borzymowski wycina kilka chrząstek żeber i obrys mostka. Dociera do serca, gdzie ostrożnie zszywa rany. Operacja się udaje, ale lekarze powstrzymują entuzjazm. Trzeba poczekać, jak chłopak będzie się czuł po wybudzeniu, czy się dobrze wyrehabilituje.

Kantor Josif Charitonowicz nie ma gorączki ani żadnych problemów z płucami. Na jego twarzy i szyi pokazują się „baloniki” wypełnione powietrzem, ale to nic poważnego. Zwykła odma podskórna, normalne i niegroźne powikłanie, które zniknie po paru dniach. Trzy tygodnie po zabiegu chłopak zaczyna chodzić. Po kolejnych trzech lekarze usuwają mu spod serca setony, czyli gaziki tamujące krwawienie.

Trzy miesiące – tyle czasu Kantor Josif Charitonowicz spędza przy ulicy Elektoralnej. Wyjeżdża później do Odessy. Uczy się żyć życiem, które cudem uratowano. Ma dziwne uczucie, że serce układa się w nim na nowo. Jakby starało się przyzwyczaić do innej pozycji niż dotychczasowa. Trochę choruje, ale to nie przeszkadza mu w budowaniu swojej kariery. Zostaje śpiewakiem operowym, jest jednym z dygnitarzy partyjnych w Rosji. Zakłada rodzinę i żyje szczęśliwie.

50 lat po operacji postanawia odnaleźć swojego wybawcę i ogłosić światu, kto uratował mu życie. Wie, że ta historia, dotychczas nigdzie nieopisana, jest bardzo ważnym krokiem w polskiej i światowej chirurgii. Pisze list do prezesa Akademii Nauk Medycznych ZSRR Aleksandra Nikołajewicza Bakulewa. Bez odpowiedzi. Dlatego zwraca się do warszawskiego oddziału PAN.

(…) Proszę o odpowiedź, może za pośrednictwem ambasady, czy list ten doszedł i jaka instytucja go otrzymała; czy jest coś wiadomo o losie chirurga Jana Borzymowskiego lub jego rodzinie i uczniach. W Szpitalu Św. Ducha pracowali wtedy jeszcze chirurdzy Kalinowski i Skabowski. Borzymowski mieszkał wtedy przy ul. Złotej 14. Czego jeszcze mógłbym się w tej sprawie dowiedzieć? (…) Niezapomniany Jan Borzymowski i jego asystenci i tutaj dali dowód godności medycyny polskiej. Zeszyli po mistrzowsku serce przed 50 laty, kiedy o operacjach takich prawie się nie słyszało…

Kiedy list dociera do Warszawy, Borzymowski już nie żyje, a naukowcy na pismo nie reagują. Śpiewak nie otrzymuje odpowiedzi i nie może nagłośnić swojej historii. Świat więc przez wiele lat nie dowiaduje się, że to na ziemiach polskich przeprowadzono prawdopodobnie pierwszą na świecie udaną operację serca u dziecka.

Kantor Josif umiera w 1967 roku.

„Łatwo się domyślić, że patriotyczna przeszłość Borzymowskiego uniemożliwiała, aby władze sowieckie dopuściły do upublicznienia historii Kantora Josifa. Przykre, że nawet dla prof. Bakuliewa, jak wynika z listu, ważniejsze były względy polityczne i niechęć do Polski i Polaków niż pokusa ujawnienia na forum szerszych kręgów medycznych oczywistego sukcesu chirurgicznego i naukowego Polaka. W tym samym duchu, najgorszych czasów zakłamania i zafałszowywania losów Polski i Polaków, odczytuję brak reakcji, w owym czasie, adresatów na list Kantora Josifa Charitonowicza z 1958 roku”. – Ponad sto lat po sukcesie Borzymowskiego pisze w artykule Historia polskiej kardiochirurgii profesor Janusz Skalski.

Przegonić Europę

Rok 1938. W Monachium zostaje podpisany układ w sprawie przyłączenia części Czechosłowacji do Rzeszy, w Dublinie odbywa się zaprzysiężenie pierwszego prezydenta Irlandii, Douglasa Hyde’a, a w Los Angeles Oscara dostaje film Życie Emila Zoli. W tym samym czasie w szpitalu w Bostonie nieśmiało rodzi się kardiochirurgia dziecięca. To za sprawą niepokornego chirurga Roberta Grossa, który pod nieobecność i bez wiedzy szefów podwiązuje przetrwały, niepotrzebny przewód tętniczy u małej pacjentki. Dziewczynka ma zaledwie siedem lat. Operacja się udaje, chociaż, jak na tamte czasy, jest niezwykle ryzykowna. Dziś ten zabieg jest uznawany za pierwszy na świecie korygujący wrodzoną wadę serca.

Polska na te dokonania patrzy z zazdrością. Nad krajem wisi widmo wojny, mimo że wciąż nie pozbierał się po poprzedniej. To hamuje rozwój chirurgii, choć nie brakuje naszym lekarzom odwagi ani umiejętności. Brak jest środków i warunków.

Kiedy nadchodzi koniec II wojny światowej, pojawiają się większe możliwości. Nasza medycyna może zacząć doganiać zaawansowany zachód. Na leczenie dzieci kładzie się duży nacisk. To naturalne, bo przecież pediatria to u nas wciąż spora luka. Lekarze wiedzą, że jeśli uda im się wyleczyć wadę u dziecka, nie będzie trzeba jej leczyć w późniejszych etapach życia, u dorosłego człowieka, kiedy wada zacznie się pogłębiać.

Lekarze, zachęceni sukcesami zachodnich kolegów, chcieli działać. W tamtym czasie polska kardiochirurgia dziecięca ma dwie twarze: Leona Szoege-Menteuffla i Jana Kossakowskiego.

Manteuffel kończy medycynę na Uniwersytecie Warszawskim i zostaje chirurgiem w 1928 roku. Po wybuchu wojny dostaje rozkaz pracy w Szpitalu Wolskim. Tam cudem unika śmierci – Niemcy podczas masakry na Woli w 1944 roku postanawiają rozstrzelać wszystkich pracowników kliniki. W ostatniej chwili jeden z oficerów zauważa w tłumie Stefana Wesołowskiego, który kilka dni temu usunął mu kulę z pośladka. Wyciąga go z kolejki, ale Wesołowski nalega, by uratować jeszcze jego przyjaciela i mentora – Leona Manteuffla. Oficer się zgadza, okłamując pozostałych, że niemieckiemu lekarzowi sztabowemu potrzebni są chirurdzy. Dzięki temu obaj lekarze przeżywają wojnę.

W 1945 roku Manteuffel zostaje ordynatorem chirurgii w warszawskim Szpitalu Wolskim, który pięć lat później stał się kliniką chirurgii przy Instytucie Gruźlicy i Chorób Płuc. Jest takim typem człowieka, którego wszyscy lubią. Towarzyski, silnie związany z rodziną, ceniący przyjaźń. Uchodzi za symbol dobroci i profesjonalizmu. Do tego jest szalenie uparty.

Dlatego już w 1948 roku przeprowadza pionierską w Polsce operację – zamknięcie przetrwałego przewodu Botalla, czyli specjalnej struktury, która w życiu płodowym pełni kluczową rolę. To ona łączy tętnicę płucną z aortą tak, aby krew omijała rozwijające się, zapadnięte płuca. Kiedy dziecko się rodzi, bierze pierwszy wdech, przewód powinien sam się zamknąć. Jeśli jednak to się nie dzieje, maluch wymaga operacji, bo jego układ krążenia staje się niewydolny. Dziś to standardowy zabieg, bardzo prosty i niepowodujący większych komplikacji. Wtedy jednak całe środowisko medyczne patrzyło na sukces Manteuffla z podziwem. Ten, zachęcony, dalej pnie się w górę. Trzy lata po jego pionierskim zabiegu zamknięcie przewodu Botalla staje się codziennością, a lekarz pracuje nad kolejnymi innowacjami. W 1959 roku do jego kliniki w Szpitalu Wolskim trafia pierwsze w Polsce sztuczne płucoserce, dzięki czemu Manteuffel może wprowadzić operacje z krążeniem pozaustrojowym. Po miesiącach prób postanawia wykorzystać aparaturę podczas zabiegu. Operacja się udaje.

Leon Szoege-Menteuffl, podobnie jak niegdyś chirurg Jan Borzymowski, nie jest pupilem władz. Rządzący pamiętają, że był silnie związany z Armią Krajową (nosił pseudonim Krab), a jego brat został rozstrzelany w Katyniu. Mimo to jego autorytet i sława nie pozwalają na przeszkadzanie mu w dalszym rozwoju. Ma powiedzenie, które będzie powtarzane przez lekarzy przez następne kilkadziesiąt lat: „Jeśli chirurg w 99% stara się uratować pacjenta, to w tym 1% popełnia zbrodnię. Trzeba dać 100% z siebie”.

*

Równolegle z rozwojem kliniki Manteuffela w Warszawie rośnie drugi ważny ośrodek, pierwszy taki w kraju – chirurgia dziecięca w Klinice Chirurgii Pediatrycznej Akademii Medycznej w szpitalu przy ul. Litewskiej. Szefuje jej Jan Kossakowski, chirurg, rzeźbiarz i malarz. Jest w zbliżonym wieku do Leona Manteuffla i ma podobne wojenne doświadczenia.

Kossakowski od początku kariery ma żelazną zasadę: lekarz musi odpowiadać za swoje słowa i czyny. Dlatego chce się wciąż kształcić. W okresie międzywojnia, zaledwie kilka lat po skończeniu przez niego studiów na horyzoncie pojawia się okazja wyjazdu na staż zagraniczny do kliniki prowadzonej przez profesora Louisa Ombredanne’a w Paryżu, w Hôspital des Enfants przy rue de Serves. Przyjaciele go namawiają, a rodzina zgadza się pomóc finansowo.

W Paryżu Kossakowski dokonuje przerażającego dla siebie odkrycia – czuje, że nic nie wie o chirurgii dzieci. Obserwuje francuskich lekarzy, widzi, jak czasami zawodzi ich technika, ale wiedza – nigdy.

Zapisuje w swoim pamiętniku: Pojąłem, że należy teraz zrobić jak największy wysiłek i dokształcić się teoretycznie, a wówczas będę miał może szansę dogonienia, a nawet może i kiedyś dystansowania uczniów Ombredanne’a. Był to dla mnie olbrzymi bodziec do dalszych wysiłków, a realizacja moich zamierzeń nie wydawała mi się nieosiągalna. Ze zdwojoną energią wziąłem się do wykorzystania dobiegającego już końca mego pierwszego pobytu naukowego za granicą.

Wraca do Warszawy pełen zapału i chęci do pracy. Wydaje się, że wszystko zmierza w dobrym kierunku – razem z dyrektorem kliniki pediatrycznej, profesorem Mieczysławem Michałowiczem, chcą utworzyć oddział pediatrii zabiegowej. Plany krzyżuje wojna.

Kossakowski początkowo pracuje jako lekarz w szpitalu polowym w Kowlu. W 1940 roku zostaje aresztowany przez gestapo i uwięziony na Pawiaku w Warszawie. Stamtąd trafia do szpitala dziecięcego przy Kopernika, do miejsca, w którym zaczynał swoją pracę, jeszcze przed okresem paryskim. Powstanie Warszawskie przeżywa w klinice na ulicy Śliskiej. Przez niemal całą wojnę ratuje i ukrywa żydowskie dzieci.

Pięć lat po zakończeniu wojny zostaje pierwszym profesorem chirurgii dziecięcej w Akademii Medycznej w Warszawie i obejmuje kierownictwo w klinice chirurgii dziecięcej. Znowu może wyjeżdżać i zdobywać doświadczenie. W Zurychu przygląda się przygotowaniom do operacji serca u dziecka. Marzy, że niedługo sam przeprowadzi taką w swojej klinice.

Profesor skupia wokół siebie młodych i ambitnych lekarzy. Zaraża ich entuzjazmem, dyskutują godzinami o tym, co można zrobić, żeby dogonić resztę Europy. A może nawet przegonić. W klinice po raz pierwszy w Polsce przeprowadzone zostaje cewnikowanie serca, czyli zabieg umożliwiający pomiary ciśnienia w jamach serca i naczyniach, stopień wysycenia krwi tlenem, a także zobrazowanie struktur serca na kliszy rentgenowskiej. Lekarze używają, a jest początek lat pięćdziesiątych, prototypu aparatu do wykonywania seryjnych zdjęć rentgenowskich, skonstruowanego przez kardiologa profesora Antoniego Chrościckiego. Maszyna jest duża i niezbyt praktyczna, bo trzeba ją przesuwać ręcznie. Jej niedoskonałość powoduje także, że większość pracowników szpitala ma przedawkowane napromieniowanie. Jednak jak na owe czasy jest to wielkie ułatwienie przy diagnozowaniu chorób serca.

Kossakowski w swoich działaniach jest uparty, a w środowisku szanowany i lubiany. To łączy go z Leonem Manteufflem.

Rok 1954. Obaj panowie, razem, powtarzają osiągnięcie swojego kolegi z Bostonu, Roberta Grossa, i 16 lat po nim podwiązują przewód tętniczy. To drugi taki zabieg w Polsce.

Ale to dopiero początek. Rok później Kossakowski przeprowadza innowacyjną operację Blalocka-Taussig. Zabieg polega na połączeniu tętnicy podobojczykowej z tętnicą płucną. Stosuje się go u „błękitnych dzieci”, czyli takich, które chorują na zespół Fallota – przez ciągłe niedotlenienie organizmu najmniejszy wysiłek, jak chociażby płacz, nasila sinicę. Ich skóra, usta, język przybierają niebieskawą barwę – stąd określenie „błękitne”. Operacja w tamtych czasach jest dla polskich lekarzy wielkim wydarzeniem. Przed jej przeprowadzeniem Kossakowski rozmawia z profesorem Janem Glatzelem z Krakowa o podobnym osiągnięciu u zachodnich kolegów.

– To musiał pan coś pokręcić, panie kolego, to nie wydaje mi się możliwym – Glatzel niedowierza, że w ogóle można dokonać takiego wyczynu.

Ponad trzydzieści lat później okazuje się, że obie operacje były perfekcyjnie przeprowadzone – pacjenci nie tylko cieszą się dobrym zdrowiem, ale pracują fizycznie na roli.

Lata pięćdziesiąte w klinice Kossakowskiego są przepełnione ostrymi dyżurami. Pracownicy mają je co drugi dzień, w miesiącu na osobę przypada ich przynajmniej siedemnaście. Młodzi lekarze pracują w pocie czoła, cały czas pod okiem mistrza. Kossakowski często zostaje z nimi na dyżurach, żeby pomagać i wspierać swoim doświadczeniem. Do szpitala trafiają dzieci z urazami po wypadkach tramwajowych. Kossakowski nie tylko je leczy, ale też apeluje do władz o pomoc. Dzięki temu udaje się przekształcić tramwaje z otwartych w bezpieczniejsze, zamykane – dzieci już nie mogą jeździć, stojąc na schodkach lub wieszając się po zewnętrznej stronie wagonu. Liczba małych pacjentów z urazami powypadkowymi wyraźnie spada.

Kardiochirurgia dziecięca rozwija się w niezwykle szybkim tempie. Kossakowski bardzo chce operować na otwartym sercu. Użycie sztucznego płuco-serca, czyli maszyny do krążenia pozaustrojowego, wydaje się do tego celu niezbędne. Musi skompletować sprzęt, żeby móc zacząć ćwiczenia, a później operacje.

Zespół zapala się do pomysłu. Jedna z podopiecznych Kossakowskiego, Irena Giżycka, nawiązuje kontakt z Polonią kanadyjską. Ta kupuje płuco-serce i wręcza je w darze klinice, a lekarze mogą zacząć doświadczenia. Każdy uczestnik operacji ma wyznaczone i rozrysowane na planie zadanie, każdy wie co i jak robić. Pierwszymi pacjentami są psy. Pomimo usilnych starań, zwierzęta początkowo nie przeżywają podłączenia do krążenia pozaustrojowego. W sumie lekarze przeprowadzają 55 takich zabiegów.

W 1963 roku są już gotowi. Na stół operacyjny trafia pięcioletnia dziewczynka z częstą wadą: ubytkiem w przegrodzie międzykomorowej serca. Operacja się udaje. To wielkie osiągnięcie, a radość zespołu ogromna – chociaż wiedzą, że nie są pierwszymi, którzy zoperowali pacjenta z wyłączeniem krążenia. Wyprzedził ich nie tylko Leon Szoege-Menteuffl, ale i koledzy z innej kliniki oddalonej od stolicy o jakieś 400 kilometrów – wrocławskiej.

*

Wrocław, lata pięćdziesiąte. Z rekonesansu w Stanach Zjednoczonych wraca Wiktor Bross – kardiochirurg wizjoner, buntownik. Ma wielkie plany i ogromną wiarę, że wszystko się uda. Zaraz po przyjeździe dostaje posadę szefa II Kliniki Chirurgii. Ściąga na Dolny Śląsk specjalistów ze Lwowa, gdzie kiedyś pracował.

Bross uchodzi za geniusza. „Ten wielki Bross” – mówią o nim. Każdy chce się u niego uczyć, nie zważając nawet na apodyktyczny charakter chirurga. Profesor przychodzi do pracy o siódmej i nie wychodzi przed północą. Jest autorytetem i postrachem w jednym. Potrafi późnym wieczorem zarządzić nagłe wizyty u pacjentów. Współpracujący z nim lekarze pędzą wtedy z domów, żeby na ten obchód zdążyć. Nikt nie ma taryfy ulgowej, bo profesor nie uznaje sprzeciwów.

Jego sposób zarządzania wywołuje wewnętrzne napięcia w zespole, ale jednocześnie mobilizuje do pracy. Jest realistą, ma swoje twarde zasady i zwyczaje (na przykład jada posiłki zawsze o tej samej porze), lubi być adorowany przez swoich uczniów. Nie potrafi wyrażać uczuć – nie tylko jeśli mowa o sympatii wobec pracowników, ale także w życiu prywatnym. Chłodny, profesjonalny i głęboko wierzący. Podczas gdy ze wszystkich szpitali zwalnia się pielęgniarki-zakonnice, u niego pracują jedynie siostry służebniczki, mieszkające w wyznaczonej części kliniki. Dzięki temu pozostają do dyspozycji przez całą dobę, na każde wezwanie. Bross cieszy się takim autorytetem, że socjalistyczne władze, wówczas walczące z Kościołem, nawet nie próbują namówić go do zatrudnienia świeckich pielęgniarek.

Jego perfekcjonizm szybko daje wymierne efekty. W 1958 roku dokonuje historycznej, pionierskiej operacji. 12 lutego do szpitala trafia piętnastoletni chłopiec z ubytkiem w przegrodzie międzyprzedsionkowej serca. Bross decyduje: otwieramy serce. Nikt w Polsce nie ma jeszcze aparatury, która pozwoliłoby na zatrzymanie krążenia i łatwiejsze zoperowanie wady. Bross ryzykuje i postanawia zszyć ubytek na bijącym sercu. Aby to zrobić, wprowadza pacjenta w stan hipotermii.

Razem z pozostałymi lekarzami schładza ciało chłopca do 28 stopni. Usypiają go już na wózku, okładają lodem i mokrymi chustami. Dopiero potem pacjent trafia na stół, przenoszony na specjalnych materacach z rurkami, które po operacji pomogą w ogrzaniu ciała. Cały zabieg trwa kilkanaście godzin, ale samo otwarcie serca – zaledwie parę minut. Bross je rozcina i we wnętrzu żywego, pulsującego organu zakłada szwy. Serce zszyte, ale pacjent wciąż jest skrajnie wychłodzony. Stopniowo trzeba ogrzać organizm, dlatego przez odpowiednio przygotowane rurki przepuszcza się wodę o temperaturze 40 stopni. Cała procedura zajmuje mnóstwo czasu. Nikt nie ma pewności, czy wszystko pójdzie zgodnie z planem.

Operacja się udaje, chłopak przeżywa. Bross, na fali sukcesu, decyduje się na kolejny taki zabieg zaledwie po tygodniu. Tym razem pacjentką jest dziewięcioletnia Jadzia Porwoł. Znowu się udaje. O Brossie i jego zespole robi się coraz głośniej.

Profesor po tak spektakularnym sukcesie zaczyna starania o płuco-serce dla swojej kliniki – aparaturę, która oznaczałaby jedno: jeszcze większe możliwości. Pozwoliłaby na operowanie w krążeniu pozaustrojowym, bez takiego ryzyka, jakie podjął, otwierając bijące serce. Dzięki płuco-sercu można wyłączyć pracę serca na ponad godzinę, co bardzo ułatwia zabieg chirurgom. Posiadanie takiego sprzętu jest jego wielkim marzeniem.

Bross nie znosi sprzeciwu, dlatego nie wyobraża sobie, aby jego plan miał się nie powieść. Dziennikarce „Słowa Polskiego”, Irenie Osińskiej, mówi: „Jestem pewien, że już niedługo maszyna trafi do kliniki”. Jest pełen determinacji. Entuzjazm studzi jedna rzecz – pieniądze. Koszt sztucznego płuco-serca jest mniej więcej taki, jak dwóch dobrych samochodów. Osińska jest pod wrażeniem uporu profesora. Postanawia pomóc w zbiórce funduszy, dlatego regularnie publikuje w „Słowie Polskim” artykuły opisujące działania Brossa, jego osiągnięcia i plany. Razem z dziennikarzami „Dziennika Zachodniego” namawiają czytelników do wpłacania dowolnych kwot. Cel – 50 tysięcy dolarów. Pieniądze spływają z różnych źródeł – wpłacają je przypadkowi ludzie, pomaga też Ministerstwo Górnictwa i górnicze związki zawodowe.

Tymczasem Bross dostaje stypendium Fundacji Rockefellera i wyjeżdża do Stanów Zjednoczonych. Jeszcze we Wrocławiu dokładnie planuje swój pobyt. Rozpisuje każdy adres i każde nazwisko osób, które chce poznać podczas tych trzech miesięcy za oceanem. Chce dowiedzieć się jak najwięcej o pracy ze sztucznym płuco-sercem i operacjach w hipotermii. Oczywiście, liczy także na zdobycie odpowiednich kontaktów i wsparcie w walce o pieniądze na nową aparaturę.

Nie zawodzi się. Poznaje wielu przedstawicieli amerykańskiej Polonii. Ci deklarują pomoc i organizują komitet zbiórki pieniędzy. Dzięki temu kolejna suma wpływa na konto.

Bross wie, że jest bardzo blisko celu, i nie daje za wygraną. Zbiera fundusze nie tylko w Stanach, ale i we Wrocławiu oraz w Warszawie. W końcu się udaje. Aparat trafia do wrocławskiej kliniki. Przekazuje go Polski Instytut Naukowy w Stanach Zjednoczonych. Jest rok 1960.

Bross nie chce zwlekać, planuje wprowadzić operacje z użyciem nowej aparatury jak najszybciej. W eksperymenty z użyciem płuco-serca angażuje nie tylko chirurgów, ale także perfuzjonistów, anestezjologów i pracowników laboratorium. Chce zgrać cały zespół, żeby wszystko przebiegło perfekcyjnie. Grupa pracuje od rana do nocy w specjalnie przygotowanym pomieszczeniu w piwnicach kliniki. Lekarze trzymają przygotowania w tajemnicy – eksperymenty są przeprowadzane na psach, a żeby wypełnić aparaturę, potrzeba od 5 do 7 litrów krwi. To wiąże się z wykrwawieniem przynajmniej kilku psów. Bross boi się konfliktu z Towarzystwem Przyjaciół Zwierząt.

Po roku eksperymentów zespół pod kierownictwem profesora jest już gotowy. 12 kwietnia 1961 roku stają nad stołem operacyjnym. Podłączają sztuczne płuco-serce i zamykają dwa ubytki – w przegrodzie międzyprzedsionkowej i trudniejszy – w międzykomorowej. To pierwszy taki zbieg w Polsce. Kolejny sukces.

Wiktor Bross, jak przystało na geniusza, ma swoje dziwactwa. Jest bardzo przesądny, co czasami komplikuje pracę całej kliniki. Jeśli, idąc do pracy, widzi zakonnicę, jest pewien, że pacjent mu umrze. Podobne obawy dopadają go, kiedy przy wejściu do szpitala spotyka starego portiera Duka. Dlatego asystenci często robią wszystko, żeby Bross i Duk nie spotkali się rano przed zabiegiem.

Jednocześnie ma nieprzeciętną zdolność nawiązywania znajomości. Ma dobry kontakt z mediami. W 1966 roku przeprowadza pokazową operację na otwartym sercu, która jest transmitowana do auli Politechniki Wrocławskiej. Zabieg obserwują setki osób. Całą akcję przygotowała telewizja, promując wprowadzenie na polski rynek kolorowego obrazu.

Bross współzawodniczy z resztą liczących się polskich kardiochirurgów. Jego największym konkurentem jest Leon Manteuffel – nie tylko na polu kardiochirurgicznym, ale także w chirurgii klatki piersiowej. Manteuffel ma dobre układy z ministerstwem, Bross z działaczami ze Śląska i kilkoma generałami, dzięki czemu łatwo zdobywa pozwolenia na wyjazdy za granicę. Obaj biegle mówią po angielsku i po niemiecku. Obaj cieszą się ogromnym szacunkiem, są autorytetami. Ich współzawodnictwo nigdy się nie skończy.

*

Trzecim, który próbuje rywalizować z Brossem i Manteufflem, jest młodszy od nich chirurg z Łodzi – Jan Moll. Podczas gdy dwaj mistrzowie chcą osiągać jak najwięcej w torakochirurgii, czyli chirurgii klatki piersiowej, Moll skupia swoją uwagę na sercu. W 1958 roku zostaje kierownikiem Kliniki Chirurgii AM w Szpitalu im. Seweryna Sterlinga i od razu zaczyna realizować swój cel – stopniowo rozwija metody operacji wad serca. Operuje także dzieci i młodzież. Już rok po objęciu stanowiska wykonuje pierwszą w Polsce operację w hipotermii głębokiej.

„Profesor jest wysokim, szpakowatym, dystyngowanym mężczyzną. Ma piękne ręce. Lubi muzykę, sam chętnie grywał na skrzypcach. Zna liczne języki obce” – napisze o nim Hanna Krall w Zdążyć przed Panem Bogiem. Młodzi lekarze, którzy zostają zatrudnieni w klinice Molla, patrzą na niego jak na bóstwo. On, choć przyjaźnie do nich nastawiony, trzyma swoich pracowników na dystans. Czasami nawet, kiedy idzie zamyślony przez korytarz, nie odpowie na „dzień dobry”. Ale młodym to nie przeszkadza. Pracują przecież z żyjącą legendą.

Oprócz tego, że Moll jest bardzo sprawnym chirurgiem („Chirurg musi wciąż ćwiczyć palce. Jak pianista” – powie Hannie Krall), świetnie sobie radzi także jako inżynier – razem z pracownikami poznańskich Zakładów Hipolita Cegielskiego konstruuje pierwszy w Polsce aparat do krążenia pozaustrojowego. To niezwykła rzecz – jego koledzy po fachu latami starają się zdobyć fundusze na zakup takiej aparatury. Moll nie chce tracić czasu i energii na zbiórkę ogromnej kwoty, dlatego zaczyna współpracować z poznaniakami.

Czasami na spotkania w Zakładach Cegielskiego zabiera swojego syna Jacka. Chłopiec jest żywo zainteresowany budową maszyny. Nikt nie przewiduje, że kilkadziesiąt lat później stanie się jednym z najlepszych kardiochirurgów dziecięcych w Polsce.

Jan Moll ma ogromny atut – poparcie ówczesnych władz, dzięki czemu może z łatwością kupować za granicą specjalistyczny sprzęt: szwy, dreny, utleniacze krwi, sztuczne zastawki, rozruszniki serca. Udaje się to załatwić dzięki znajomości z ówczesnym ministrem zdrowia Marianem Śliwińskim. W jednym z późniejszych wywiadów dla „Gazety Wyborczej” – Profesor Moll przeszczepia serce – profesor Antoni Dziatkowiak, jeden z ulubionych uczniów Molla, powie: „Żeby kupić sprzęt z importu, trzeba było znaleźć dojście do kogoś, kto miał dolary. Dewizy były w Ministerstwie Zdrowia. A my tam mieliśmy Śliwińskiego”.

Moll chce innowacji. Sztuczne płuco-serce jego własnej produkcji jest unikatem, ale profesor pragnie więcej. Ma jedno, największe i najgorętsze marzenie, o którym woli nie mówić głośno – przeszczepić serce.

Jezu, działa! Ono pracuje!

– Jedyną szansą dla pana jest nowe serce – Christiaan Barnard, chirurg z Kapsztadu, patrzy z uwagą na pacjenta. Jest nim żydowski emigrant z Litwy, Louis Washkansky. Przyjechał z podwileńskiej Słobódki do RPA, mając dziewięć lat. Był bardzo aktywny: grał w piłkę, biegał, pływał, podnosił ciężary. Okaz zdrowia.

Schody zaczęły się, kiedy Washansky zachorował na cukrzycę. To ona niszczy mu serce, powoduje trzy zawały. Lekarze w szpitalu Groote Schuur w Kapsztadzie nie pozostawiają złudzeń – pacjent ma 54 lata, ale kolejnych urodzin nie dożyje.

– Skąd takie serce można wziąć? – zastanawia się pacjent.

Doktor Barnard uspokaja: znajdziemy – to przecież tylko tkanka. Lekarz wie, że Washansky jest pacjentem, jakiego sobie wymarzył. Idealny kandydat do przeszczepu. Pozostaje czekanie na odpowiedniego dawcę.

Ten zjawia się 2 grudnia 1967 roku. Jest nim 25-letnia Denise Darval, urzędniczka bankowa. Miała wypadek samochodowy, jest w ciężkim stanie.

Godzina 17:30: jej mózg umiera. Kiedy umiera mózg, umiera cały człowiek. Jednak serce w piersi młodej urzędniczki wciąż bije, jest zdrowe. Idealne dla Washansky’ego. Lekarze nie wyłączają aparatu, który podtrzymuje oddychanie pacjentki. Dzwonią do Barnarda.

Chirurg zadaje tylko jedno pytanie:

– Czy kobieta jest kolorowa?

– Nie, jest biała – lekarz po drugiej stronie słuchawki jest zaskoczony tym pytaniem. Spodziewał się bardziej, że Barnard zapyta o stan serca, o przyczyny śmierci. Ale kolor skóry?

Pytanie jest zasadne, ale Barnard, działając pod presją czasu, nie chce tłumaczyć tego swojemu rozmówcy. Sprawa jest jednak bardzo prosta: w tym czasie w RPA obowiązuje segregacja rasowa. Chirurg boi się, że jeśli przeszczepiane serce pochodziłoby od czarnego dawcy, a operacja by się nie udała, zostanie poddany publicznemu linczowi. Władze mogłyby oskarżyć go o eksperymenty na czarnoskórej ludności.

Lekarze pytają ojca dziewczyny, Edwarda Darvalla, o zgodę na pobranie serca. To bardzo trudna rozmowa, ale na decyzję nie trzeba długo czekać. Cztery minuty. Po czterech minutach Edward mówi:

– Skoro nie mogliście uratować mojego dziecka, niech ono uratuje innego człowieka.

Jest 3 grudnia, około godziny 1:00: Washansky, pomimo strachu, godzi się na operację. Lekarze mówią mu, kto jest dawcą.

– Przestał to być tylko kawałek ciała. Serce zyskało tożsamość, imię, nazwisko i cały życiorys. Gdy operacja się zaczynała, myślałem o tej nieszczęsnej dziewczynie – powie później.

Barnard przygotowuje się do zabiegu. Widział eksperymentalne przeszczepy podczas swoich wizyt w USA. Obserwował Normana Shumwaya i Adriana Kantrowitza, chirurgów, którzy od dawna pracowali nad takimi operacjami. Później, już w RPA, ćwiczył to wiele razy – głównie na psach. Wyobrażał sobie ten moment wielokrotnie, wiedząc, że kupuje bilet w jedną stronę. Albo zostanie największą gwiazdą światowej chirurgii, albo największym przegranym.

Wciąż pamięta, co stało się z jego znajomym po fachu, Jamesem Hardym z Missisipi. W 1964 roku wszczepił swojemu umierającemu pacjentowi serce szympansa. Chory zmarł kilka minut po zabiegu, a na Hardego spłynęła lawina krytyki. Wyzywano go od zabójców i eksperymentatorów. Uznano, że przeszczepienie serca jest po prostu niemożliwe. Barnard się z tymi oskarżeniami nie zgadza, dlatego wciąż myśli o transplantacji. Wie, że serce to jedynie mięsień. Wystarczy go tylko dobrze dobrać, żeby przeszczep się udał. Tylko i aż.

3 grudnia, godzina 2:30: Barnard zaczyna operować. Za znieczulenie Washansky’ego podczas operacji odpowiedzialny jest polski anestezjolog, doktor Józef Oziński.

Lekarze przygotowują zarówno serce dawcy, jak i biorcy. Wyciągają je z klatek piersiowych. Barnard będzie potem wspominał, jak wielkie wrażenie robi człowiek z dziurą zamiast serca. Niby nie żyje, a jednocześnie jest podtrzymywany przy życiu przez specjalną aparaturę.

Godzina 5:30: lekarze zespalają tętnicę główną biorcy i dawcy i wpuszczają ciepłą krew do „nowego” serca. Nic się nie dzieje. Cisza. Chirurdzy przyglądają się reakcji ciała na obce serce z zapartym tchem i ściśniętym żołądkiem. Aż nagle, kiedy Barnard już traci nadzieję, serce gwałtownie rusza.

Po odłączeniu od aparatury znowu zamiera, jest nieruchome. Lekarze, pomimo skrajnego wykończenia długą i ciężką operacją, nie odchodzą od stołu. Po czterech godzinach ich wysiłków Barnard krzyczy: Jezu, działa! Ono pracuje!

Następnego dnia pacjent się budzi. Czuje się dobrze, choć trochę dziwna jest dla niego świadomość, że ma w sobie serce obcego człowieka. Jednak jego układ odpornościowy jest mocno osłabiony. Pacjent umiera na zapalenie płuc jeszcze w tym samym miesiącu.

Barnard, mimo śmierci Washgansky’ego, staje się gwiazdą. Czuje, że ma świat u stóp. Przyjmuje odznaczenia, udziela wywiadów, wygłasza prelekcje. Rozwodzi się, żeni z dziewiętnastoletnią modelką, ma romans z włoską seksbombą Giną Lollobrigidą. Do końca życia będzie najsłynniejszym transplantologiem na świecie.

– To, że stało się to w Kapsztadzie, ma historyczne znaczenie. Zespół pod kierunkiem mego brata był pierwszy, ale gdybyśmy tego nie zrobili w Kapsztadzie, przypuszczam, że nie trzeba byłoby długo czekać, by taką operację przeprowadził inny szpital, w innym kraju – powie potem jego brat, Marius Barnard, który także uczestniczył w operacji.

– Długo uważałem za niesprawiedliwe to, że wyprzedził nas lekarz z RPA. Potem uznałem, że dobrze się stało. On ściągnął na siebie media i konsekwencje sławy. My dzięki temu mogliśmy spokojnie pracować – stwierdzi inny wielki chirurg, marzący o przeszczepie serca, Norman Shumway. To on kilka lat później wprowadzi użycie cyklosporyny, leku, który zapobiega odrzutom.

Wszyscy wiedzą, że o pierwszeństwie Barnarda zadecydował przypadek. Wielu lekarzy było w tym samym czasie doskonale przygotowanych na przeprowadzenie przeszczepu. Jednym z nich jest nowojorczyk, Adrian Kantrowitz. Na jego odpowiedź na sukces Barnarda nie trzeba czekać długo – zaledwie trzy dni.

Adrian Kantrowitz jest bardzo zdeterminowany i pełen pasji – podobno o zostaniu lekarzem marzył od trzeciego roku życia. Od czterech lat ćwiczy transplantacje serca na psach. Był nawet moment w 1963 roku, kiedy prawie udało mu się przeszczepić serce człowieka – do operacji jednak nie doszło, bo u dawcy nie stwierdzono śmierci mózgowej. Wieść o dokonaniu Barnarda jest dla niego jak policzek.

Profesor Janusz Skalski wspomina: „Kantrowitz był znakomicie przygotowany do przeszczepu, znacznie lepiej niż Christiaan Barnard. Prowadził cały czas badania, które Barnard tylko podpatrzył. Dlatego trzy dni po pierwszej transplantacji wykonał pionierski zabieg”.

6 grudnia 1964 roku Kantrowitz staje nad stołem operacyjnym i po raz pierwszy na świecie przeszczepia serce niemowlęciu. Maluch umiera po sześciu i pół godzinach, ale chirurg dopina swego – robi wielki krok w historii światowej transplantacji.

Cały świat w tym czasie z wypiekami na twarzach obserwuje to, co się dzieje w kardiochirurgii. Lata sześćdziesiąte okazują się być najbardziej przełomowym czasem dla tej dziedziny.

*

Polska, Łódź, 1966 rok. Profesor Jan Moll, patrząc na osiągnięcia kolegów z RPA i USA, zaczyna eksperymenty. W szpitalu imienia Sterlinga działa nie tylko pracownia eksperymentalna, ale także psiarnia – podobnie jak inne próbne operacje na sercu, także pierwsze próby przeszczepienia tego organu odbywają się właśnie na psach. Miejscowi pijaczkowie wiedzą, że za jednego zwierzaka można dostać pół litra wódki. Dzięki temu w pracowni psów nie brakuje.

Antoni Dziatkowiak, uczeń Molla, powie reporterowi „Gazety Wyborczej”: „Przy jednym stał prof. Moll i ja. Przy drugim najczęściej docent Kazimierz Rybiński. Psom wyjmowaliśmy serca, płukaliśmy je w lodowatym roztworze. Potem trzeba je było szybko przyszyć. Po transplantacji podejmowały czynność i biły miarowo. Jedna suka przeżyła kilka eksperymentalnych zabiegów. To była prawdziwa święta krowa w naszej zwierzętarni, bo nikt nie miał jej prawa tknąć. Oprócz niej wszystkie psy zdychały z powodu szoku pooperacyjnego”.

Czasami lekarze eksperymentują też na zwłokach – wystarczy zgoda kierownika prosektorium i dyrektora szpitala. Tę pomaga załatwić doktor Marek Edelman, który jest szefem oddziału kardiologii w szpitalu im. Pirogowa. Zespół w składzie: Jan Moll, Antoni Dziatkowiak i Kazimierz Rybiński, zjawia się w prosektorium codziennie przed świtem. Pracują od rana do nocy, wycinając serca i przekładając je do innych ciał. Przykładają ogromną wagę do tego, by serce wróciło do swojego „właściciela” i zostało z nim pochowane. Dziatkowiak tej części operacji nienawidzi. Wie jednak, że tak trzeba.

Żywią nadzieję, że niedługo powtórzą sukces Barnarda, choć oczywiście z tyłu głowy mają mnóstwo wątpliwości.

Hanna Krall napisze o Mollu w swojej książce Zdążyć przed Panem Bogiem: „Boi się, że koledzy powiedzą: «ON EKSPERYMENTUJE NA CZŁOWIEKU». A to jest najgorsze z oskarżeń, jakie mogą paść”.

Nie tylko Moll myślał o przeszczepieniu serca. W polskim środowisku medycznym robiono zakłady – kto odważy się jako pierwszy? Bross? Sitkowski? A może uda się Mollowi?

Boże Narodzenie 1968 roku. Lekarze wyjeżdżają na święta. Rodzina Mollów spędza je w Zakopanem, Dziatkowiaków w Międzyrzeczu.

31 grudnia w domu Molla dzwoni telefon.

– Panie profesorze, jest dawca – słyszy. Odkłada słuchawkę i zaczyna pakować rzeczy. Nie mówi rodzinie, dlaczego wyjeżdża.

Podobny telefon odbiera Antoni Dziatkowiak:

– Przyjeżdżaj. Szykuje się przeszczep – mówi lekarz dyżurny. Dziatkowiak także, podobnie jak Moll, porzuca plany sylwestrowe i natychmiast jedzie do Łodzi.

Dawcą ma być dwudziestoczteroletni chłopak z poważnym uszkodzeniem mózgu, związanym z powikłaniami po zapaleniu ucha wewnętrznego. W jego mózgu przestała krążyć krew. Jest utrzymywany przy życiu tylko dzięki aparaturze medycznej. Docent Krzysztof Stengert, szef oddziału anestezjologii i reanimacji, uznaje, że to dobry kandydat na dawcę.

Biorca to trzydziestodwuletni rolnik spod Bydgoszczy. Najpierw był leczony w swoim mieście, ale tamtejsi lekarze nie widzieli dla niego żadnych szans. Poza jedną: przeszczep.

Wszyscy w środowisku wiedzą, że Moll przygotowuje się do takiej operacji. Zaproponowano więc pacjentowi pionierski zabieg. Mężczyzna nie ma wątpliwości, że to jedyne wyjście, i zgadza się od razu. Wie, że jeśli nie zdecyduje się na taki krok, jego szanse na przeżycie będą praktycznie zerowe. Przeszczep to światełko w tunelu.

Lekarze docierają do Łodzi, gotowi na przeprowadzenie operacji. Ostateczna decyzja należy do Molla. Ten wciąż ją odkłada.

Dziatkowiak opowie potem w jednym z wywiadów: „W szpitalu miałem pokój, w którym pomieszkiwałem. Był okropny, sąsiadował z kominem kotłowni i cały rok było w nim strasznie gorąco. Siedziałem w tym pokoju, pociłem się i myślałem: Do cholery! Jak długo będziemy czekać? W końcu poszedłem do szefa i powiedziałem: «Panie profesorze, po co my tu siedzimy. Robimy przeszczep czy nie robimy?»”.

Moll konsultuje się z prokuratorem. Nie istnieją przepisy dotyczące transplantacji, więc boi się konsekwencji wyjęcia bijącego serca z ciała człowieka. Prokurator orzeka, że zadecydować powinna komisja lekarska.

4 stycznia 1969, rano. Dawca zaczyna gorączkować, co może oznaczać infekcję. Moll wie, że nie ma czasu do stracenia. Trzeba operować.

W zespole pracującym przy biorcy są Jan Moll i Antoni Dziatkowiak. Przy dawcy Kazimierz Rybiński i Janusz Zasłonka.

Godzina 16:00: Dziatkowiak otwiera klatkę piersiową. Wszyscy są bardzo zdenerwowani, każda czynność wydaje się trudniejsza niż zazwyczaj.

Godzina 16:50: Jan Moll podłącza aparaturę do krążenia pozaustrojowego i przygląda się sercu. Jest bardzo duże i pracuje nierówno. Razem z Dziatkowiakiem zastanawiają się, czy w drugiej sali, przy dawcy, wszystko idzie zgodnie z planem. Czy Rybiński dobrze wyciął serce?

Godzina 17:17: Serce dawcy jest wycięte. Przynoszą je do sali biorcy w specjalnym roztworze, który zastępuje ludzką krew. Moll przycina brzegi naczyń, żeby były dobrze dopasowane. Potem wkłada serce do jałowego, zimnego płynu i zaczyna wyjmować serce biorcy. Klatka piersiowa bez niego wygląda dziwnie, trochę smutno. Wielka dziura, a w worku osierdziowym – pustka. Pacjenta przy życiu utrzymuje specjalna aparatura, a lekarze przystępują do najważniejszej części – przyszywania nowego organu.

Udaje się. Najpierw lewy przedsionek, potem prawy, dalej aorta i tętnica płucna. Maszyneria do krążenia pozaustrojowego wprowadza do serca ciepłą krew. Kilka sekund, może minuta oczekiwania wydaje się ciągnąć w nieskończoność. Po chwili chirurdzy mają ochotę klaskać i skakać z radości. Serce bije!

Półtorej godziny później entuzjazm stygnie. Ciśnienie zaczyna się obniżać, serce pracuje coraz trudniej. Lekarze podłączają krążenie pozaustrojowe, żeby odciążyć narząd. Nie pomaga.

Serce zaczyna puchnąć. Widok jest niepokojący, ale już nic nie można zrobić. Nawet rozrusznik nie wywołuje skutecznych skurczów. Po dwóch godzinach już wiedzą – przeszczep się nie udał. Serce staje.

Zwłoki dawcy i biorcy trafiają do Zakładu Medycyny Sądowej. Stamtąd Moll dostaje opinię: „Serce u biorcy przyszyte prawidłowo. Wniosek końcowy: to była operacja na granicy klinicznego eksperymentu”.

Media są bezlitosne. Pierwsza polska transplantacja serca nieudana, Porażka polskiej kardiochirurgii, Moll uśmierca pacjenta na stole operacyjnym, Kto decyduje – lekarz czy natura? – tych nagłówków gazet profesor Moll nie zapomni nigdy.

Padają oskarżenia: był źle przygotowany, nie miał odpowiedniej wiedzy i warunków.

Prokuratura rozpoczyna śledztwo, ale w efekcie nikomu nie stawia zarzutów. Moll mimo tego załamuje się. Już nigdy nie przeprowadzi żadnej transplantacji.

Profesor Antoni Dziatkowiak w swojej książce Serce i skalpel