Producenci - Antoine Bello - ebook
Opis

Sliv Dartunghuver niedawno dołączył do organu zarządzającego Konsorcjum Fałszowania Rzeczywistości, tajnej międzynarodowej organizacji, która stara się utrzymać nasz świat we względnej równowadze, tworząc z wszelkich dostępnych elementów potrzebne ludzkości legendy. KFR przechodzi jednak kryzys, zagrożony wyciekiem wewnętrznych dokumentów i zdyskredytowany z powodu kilku poniesionych porażek (do których zalicza się powołanie do życia Al-Kaidy, czysto fikcyjnego tworu zrodzonego z umysłów fałszerzy KFR-u w celu uświadomienia światu niebezpieczeństwa związanego z islamskim ekstremizmem). Z pomocą przyjaciół, Youssefa i Magi, oraz pięknej i przerażającej Leny Sliv angażuje się w serię coraz śmielszych mistyfikacji, które poprowadzą go z Hollywood do Hongkongu, z Sydney do Veracruz, rzucając nowe światło na wybór prezydenta Obamy, epidemię grypy H1N1 oraz odkrycie fascynującego miasta Majów. Radość, jaką autor czerpie z budowania oszałamiających scenariuszy, przebija z każdej strony tej rozrywkowej, a jednocześnie głębokiej opowieści.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 568

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

LES PRODUCTEURS

Copyright © Éditions Gallimard, 2015.

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Agnieszka Radtke

Korekta: Emilia Grzeszczak, Magdalena Bargłowska

ISBN: 978-83-8110-419-7

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

StreszczenieFałszerzy orazWywiadowców

W 1991 roku Sliv Dartunghuver, młody Islandczyk z dyplomem z geografii, zostaje zatrudniony przez biuro badań środowiskowych Baldur, Furuset i Thorberg. Jego przełożony, Gunnar Eriksson, wyjawia mu, że agencja służy za przykrywkę dla tajnej organizacji o nazwie Konsorcjum Fałszowania Rzeczywistości, w skrócie KFR. Jej agenci, rozsiani po setkach biur i stacji na całym świecie, tworzą scenariusze, które następnie starają się wprowadzić w życie, fabrykując źródła lub modyfikując istniejące dokumenty. I tak na przykład suczka Łajka, która rzekomo okrążyła Ziemię na pokładzie satelity Sputnik, nigdy nie istniała. Pomimo nalegań Sliva Gunnar odmawia zdradzenia celu KFR-u oraz tożsamości jego szefów.

Sliv zgadza się dołączyć do Konsorcjum, nie do końca zdając sobie sprawę ze wszystkich implikacji swojej decyzji. Niedługo potem wychodzą na jaw jego wyjątkowe zdolności scenopisarskie, a pierwsza teczka (opis zabiegów międzynarodowej korporacji mających na celu wysiedlenie Buszmenów z ziem ich przodków) przynosi mu nagrodę za najlepszy debiutancki scenariusz. Podczas rozdania trofeów na Hawajach spotyka Kameruńczyka Angouę Djiba, dyrektora Planu KFR-u, a także dwoje młodych agentów, Indonezyjkę Magawati Donogurai oraz Sudańczyka Youssefa Khrafedine, którzy zostaną jego najlepszymi przyjaciółmi.

W 1993 roku Sliv obejmuje nowe stanowisko w argentyńskiej Córdobie. Tamtejsze biuro specjalizuje się w operacjach falsyfikatorskich, domenie stanowiącej słaby punkt Sliva. Pracuje pod rozkazami Leny Thorsen, niewiele od siebie starszej Dunki, która przed nim zaczynała u Baldura, Furuseta i Thorberga. Między Slivem, nadzwyczaj uzdolnionym, lecz niedbałym scenarzystą, a piękną Leną, która jak nikt inny opanowała sztukę podrabiania źródeł, tworzy się zdrowa rywalizacja. Pewnego dnia, kiedy Slivowi spieszy się, by wyjechać na wakacje z Magą i Youssefem, zapomina zweryfikować źródło w teczce dotyczącej galosza – ryby, która w tajemniczy sposób pojawiła się w wodach Pacyfiku. Na jego nieszczęście nowozelandzki rząd interesuje się kwestią galosza, wiążąc ją z francuskimi próbami nuklearnymi na Pacyfiku. Sliv ogarnięty paniką na myśl, że zostanie odkryty, usiłuje zatrzeć za sobą ślady, ale udaje mu się jedynie zwrócić na siebie więcej uwagi. Lena czuje się w obowiązku wezwać na pomoc Operacje Specjalne. Nazajutrz zjawia się dwóch wyjątkowo niepokojących agentów, Jones i Khoyoulfaz. Thorsen, zatroskana o własną karierę, pogrąża Sliva, którego zażarte protesty nie mogą jednak sprawić, że pozostali zapomną, iż swoją nieostrożnością naraził bezpieczeństwo KFR-u na szwank. Zapada wyrok: aby zniwelować ryzyko, należy usunąć nowozelandzkiego urzędnika, Johna Harkleroada. Lena podpisuje rozkaz wykonania misji, Sliv jednak odmawia i zaczyna się burzyć: nikt nigdy nie poinformował go, że KFR nieraz jest zmuszony kogoś zabić. Thorsen oskarża Sliva o naiwność – gdyby zastanowił się dwie minuty, zrozumiałby, iż sekretny charakter organizacji obliguje ją czasem do sięgania po radykalne środki. Na koniec Khoyoulfaz ogłusza Sliva. Kiedy ten się budzi, jest już za późno: Harkleroad nie żyje.

Sliv składa rezygnację i wyjeżdża z Córdoby, nie spotkawszy się ponownie z Thorsen. Znajduje schronienie u matki na Islandii, gdzie ogłupia się pracą fizyczną, aby zapomnieć o swojej zbrodni. Chociaż planował wystąpić z organizacji, zdaje sobie sprawę, że falsyfikacja jest jak narkotyk, i prosi Gunnara, żeby przyjął go z powrotem. Kilka dni później otrzymuje nowy przydział: wyrusza do Krasnojarska na Syberii, gdzie ma odbyć kurs w Akademii kształcącej przyszłych szefów KFR-u.

W Krasnojarsku panuje atmosfera pilności i współzawodnictwa. Pod koniec pierwszego roku najlepsi studenci mogą wybrać jeden z trzech elitarnych organów: Plan, Główny Inspektorat albo Operacje Specjalne. Sliv bez trudu utrzymuje się w czołówce, a w czasie wolnym redaguje niezwykle udaną teczkę o archiwach Stasi – tajnej wschodnioniemieckiej policji. Mimo że początkowo zamierzał wstąpić do Planu, zarządzanego przez jego mentora Angouę Djiba, pod wpływem impulsu decyduje się na Operacje Specjalne, których dyrektorem jest nie kto inny, jak Yakoub Khoyoulfaz, który przed rokiem ogłuszył go w Córdobie. Towarzyszy mu Lena Thorsen, od której nie sposób się uwolnić.

Następnie Gunnar wyjawia Slivowi, że epizod w Córdobie został wyreżyserowany. John Harkleroad żyje. KFR chciał zademonstrować nowicjuszowi, na jakie niebezpieczeństwa może narazić organizację swoją beztroską. Sliv z początku ma to wszystko Gunnarowi za złe, ale uświadamia sobie, że opiekun działał dla jego dobra.

Sliv wiele się uczy, przestając z Khoyoulfazem. Przez dwa lata podróżuje po sieci KFR-u i rozminowuje dziesiątki delikatnych sytuacji, nigdy nikogo nie zabijając. Porządkuje starą teczkę o mapie Winlandii (wedle której Wikingowie odkryli Amerykę pięć wieków przed Krzysztofem Kolumbem) i przy okazji zyskuje przekonanie, że KFR powinien zaprzestać fizycznej falsyfikacji i skoncentrować się na jej elektronicznym, mniej niebezpiecznym odpowiedniku. Komitet Wykonawczy KFR-u przyznaje mu słuszność i prosi, aby objechał biura z wykładem na temat reformy. Inny wielki projekt Sliva – pomoc Buszmenom w utworzeniu niezależnego państwa – zostaje jednak odrzucony.

Po ukończeniu Akademii Lena osiedla się w Los Angeles i nie daje znaku życia. Sliv z kolei wraca do Reykjavíku, by być blisko Gunnara, który niedawno stracił żonę. Odnawia kontakt ze starą znajomą ze studiów, Niną Shoeman, która została swego rodzaju zawodową bojowniczką walczącą z wszelką niesprawiedliwością. Mimo że coś w Ninie go pociąga, Sliv uznaje jej aktywizm za odrobinę niedorzeczny.

Podczas ataku na WTC 11 września 2001 roku Sliv przebywa w Sudanie z okazji ślubu Youssefa z Magą i jest świadkiem scen zbiorowej radości po zawaleniu się bliźniaczych wież. Po powrocie zostaje wezwany do Nowego Jorku, gdzie dowiaduje się, że KFR od dwudziestu lat spiskuje, by zapewnić Timorowi Wschodniemu, dawnej portugalskiej kolonii, akces do ONZ-u. KFR, który potajemnie finansuje kandydaturę Timoru, liczy na ogromne korzyści, między innymi na możliwość posługiwania się immunitetem dyplomatycznym we wszystkich stolicach świata. Ale po 11 września Stany Zjednoczone, zaniepokojone eksplozją ruchów niepodległościowych na całym świecie, naciskają na Narody Zjednoczone, aby zaostrzyły warunki przyjęcia. Djibo, bojąc się, że dwadzieścia lat pracy pójdzie na marne, wysyła Sliva na Timor, by wspomógł działającą tam ekipę podczas zapowiedzianej wizyty komisji ewaluacyjnej ONZ-u.

Na miejscu Sliv ze zdumieniem odkrywa, że operacjami zarządza jego odwieczna rywalka Lena Thorsen. Komisja ewaluacyjna, której przewodniczy Turek nazwiskiem Buruk, wstępnie wydaje negatywną opinię. Sliv i Lena, niezrażeni, postanawiają połączyć siły, aby odmalować Timor jako nieźle prosperujący kraj, po którym w każdej chwili można się spodziewać zrywu gospodarczego. Sliv w pewnym sensie funkcjonuje niczym osoba dotknięta łaską: przez tydzień uważa się za Boga i dokonuje cudu za cudem. Komisja zmienia decyzję i kandydatura Timoru zostaje zaakceptowana.

Relacje pomiędzy Slivem a Leną, które poprawiły się dzięki tej współpracy, na nowo ulegają pogorszeniu, kiedy przed Komitetem Sliv przypisuje sobie zasługę za ich wspólny sukces. Przełożeni proponują mu miejsce w zespole kompletowanym przez Yakouba Khoyoulfaza, którego celem będzie zminimalizowanie ryzyka tego, iż dojdzie do starcia między Zachodem a światem arabskim. Wykracza to poza zwykły zakres obowiązków KFR-u, ale Angoua Djibo wyznaje, że organizacja czuje się odpowiedzialna za ataki z jedenastego września. W latach dziewięćdziesiątych Djibo podsycał antyamerykańskie nastroje wśród ugrupowań islamistycznych, żeby uświadomić Białemu Domowi, jaką niechęć wzbudza w świecie arabskim jego polityka. Plan KFR-u całkowicie spalił na panewce: nie tylko nie załagodził napięć między Islamem a Zachodem, lecz wręcz je zaostrzył.

W ciągu kolejnych miesięcy Sliv obserwuje, jak administracja Busha dokłada wszelkich starań, by usprawiedliwić plan inwazji na Irak. Sliv, dogłębnie zbadawszy tę kwestię, jest jednak pewien, że Irak nie dysponuje bronią masowego rażenia i nie brał udziału w zamachach z jedenastego września. Ale sprawa okazuje się jeszcze poważniejsza: zdaje się, że niektóre dokumenty, na które powołują się neokonserwatyści, zostały sfabrykowane przez agentów KFR-u. Sliv wypytuje Djiba – chce wiedzieć, czy KFR wykonuje czarną robotę dla CIA. Djibo zaprzecza. Mężczyźni muszą spojrzeć prawdzie w oczy: w KFR-ze działa zdrajca. Djibo porucza Slivowi zidentyfikowanie go. Sliv zapewnia sobie pomoc Gunnara, Youssefa i Magi. Lena zaś odmawia pracy pod jego rozkazami.

Gdy Youssef pojmuje, że Stany Zjednoczone szykują się do wojny na podstawie informacji sfałszowanych przez KFR, grozi, że ujawni wszystko prasie, aby zapobiec konfliktowi. Sliv błaga go, by tego nie robił, powołując się na wyższe dobro organizacji. Ale ponieważ nie znają celu przyświecającego pracodawcy, Sliv i Youssef nie są w stanie ocenić, czy warto dla niego pozwolić na wybuch wojny. Wreszcie Sliv, Youssef i Djibo dochodzą do porozumienia: w następnym tygodniu amerykański sekretarz stanu Colin Powell ma przedstawić Zgromadzeniu Ogólnemu ONZ dowody na istnienie broni masowej zagłady. Jeśli nie wytoczy żadnych nowych argumentów, Djibo wyjawi misję KFR-u Slivowi, ten zaś będzie musiał w zgodzie z własnym sumieniem zdecydować, czy organizacja zasługuje, aby przetrwać.

Colin Powell traci honor 5 lutego 2003 roku, na oczach kamer z całego świata broniąc amerykańskiego stanowiska, które wydaje się nie do obronienia. W obecności członków Komitetu Sliv, po raz kolejny dotknięty łaską, bezlitośnie obala wszystkie argumenty Powella, wykazując, że nawet amerykańskie tajne służby nie dają się nabrać na własne pokrętne rozumowanie.

Djibo dotrzymuje słowa i opowiada Slivowi, jak przed dwoma wiekami KFR został założony przez francuskiego szlachcica nazwiskiem Pierre Ménard, który przesiąknąwszy ideałami oświecenia oraz amerykańskich ojców założycieli, poświęcił fortunę na powołanie do życia stowarzyszenia ludzi dobrej woli. Ménard miał świadomość, że żadnemu skonkretyzowanemu projektowi, jakkolwiek szlachetny czy ambitny by był, nie uda się zjednoczyć setek ludzi różnych ras i kultur. A zatem, zatrudniwszy trzech pierwszych agentów, wyreżyserował własną śmierć, pozwalając, by jego dzieło go przeżyło. Sliva ogarniają zawroty głowy: a więc KFR nie ma celu. Djibo, a zwłaszcza Gunnar pomagają mu zrozumieć, że to właśnie stąd bierze się jego piękno: to wciąż otwarty projekt, narzędzie w rękach tych, którzy chcą czynić dobro.

Pozostaje zadecydować o losie KFR-u. Komitet wysłuchuje najpierw wyznania Leny Thorsen, gdyż to ona okazuje się zdrajczynią, która dostarczała sfabrykowane raporty Amerykanom. Twierdzi, że chciała w ten sposób zaprotestować przeciwko bezwstydnemu faworyzowaniu scenarzystów (uosabianych przede wszystkim przez Sliva) w strukturach KFR-u, i dumnie przyjmuje fakt, że zostaje zatrzymana. Nadchodzi pora na głosowanie. Trzy osoby opowiadają się za rozwiązaniem KFR-u, trzy za jego utrzymaniem. Decydujący głos należy do Sliva, którego właśnie przyjęto do Komitetu. Dostrzega w tym okazję, by nadać organizacji nową misję: chce, żeby ukazywała prawdę, a nie tylko ją modyfikowała. Głosuje za przetrwaniem KFR-u, po czym wskakuje w samolot do Londynu, gdzie wraz z Niną zamierza uczestniczyć w manifestacji przeciwko wojnie.

Julienowi

Część pierwszaHollywood

1

Dzwonek telefonu obudził mnie około piątej. Wyciągnąłem rękę, pomstując na drani, dla których mój sen tak niewiele znaczył. Moi bliscy nigdy nie wiedzieli, na jakim przebywam kontynencie, dlatego nabrali nieprzyjemnego zwyczaju telefonowania o każdej porze dnia i nocy. Na ich usprawiedliwienie powiem, że nie byli świadomi, iż regulamin KFR-u zabrania mi wyłączania komórki.

– Halo? – rzuciłem, zastanawiając się, w jakim języku przyjdzie mi zwymyślać natręta.

Po krótkiej chwili ciszy odezwał się metaliczny głos:

– Konieczna jest pańska obecność na nadzwyczajnym spotkaniu, które odbędzie się dziś o szóstej zero zero. Nie przyjmuje się żadnych usprawiedliwień. Koniec wiadomości. Aby odsłuchać nagranie ponownie, proszę wcisnąć gwiazdkę.

Trzymałem aparat przy uchu, na próżno czekając na jakieś dodatkowe informacje, aż kliknięcie oznajmiło koniec połączenia. Yakoub wspominał kiedyś o procedurze pozwalającej na wezwanie członków Komitetu w trybie nagłym, ale w ciągu pięciu lat, które spędziłem w tym organie, nigdy się to nie zdarzyło.

„Co się mogło stać?”, zastanawiałem się, biegnąc pod prysznic. Zrobiłem w głowie przegląd trwających operacji w poszukiwaniu takiej, która mogła się wykoleić. Żadna nie była szczególnie delikatna. Nawet jeśli Narody Zjednoczone zorientowały się, że bilans strat po cyklonie Nargis jest mocno przesadzony, podejrzewałyby, że to Birma usiłuje wpłynąć na opinię międzynarodową. Chińskie politbiuro też nie zareagowało, kiedy zhakowaliśmy sieć agencji prasowej Xinhua, żeby ogłosić, że ze względu na trzęsienie ziemi, które nawiedziło Syczuan, mieszkańcy tej prowincji wyjątkowo otrzymali zgodę na posiadanie drugiego dziecka. Ale osiem lat w Operacjach Specjalnych nauczyło mnie, że problemy nigdy nie wypływają tam, gdzie się ich spodziewamy.

Zszedłem na parking. O tej porze droga zajęła mi niecałe dziesięć minut. Nastawiłem radio na BBC International. Spiker melorecytował wiadomości z ubiegłej nocy z tym flegmatycznym dystyngowaniem, które jeszcze długo będzie podtrzymywało iluzję brytyjskiej wielkości. Ehud Barak, izraelski minister obrony, żądał dymisji szefa rządu w związku z korupcją; nepalskie Zgromadzenie Konstytucyjne zebrało się tego dnia po raz pierwszy; holenderskim naukowcom udało się zsekwencjonować kobiece DNA. Doniesienia zdawały się raczej spokojne. Nie było mowy o zamachu stanu, aresztowaniu fałszerzy czy wymarłym gatunku, od którego zaroiło się w amazońskim lesie. Zacząłem rozważać ewentualność, że to tylko ćwiczenia – albo kiepski żart Yakouba.

KFR zajmował w biznesowej dzielnicy Toronto wieżę ze szkła i stali, której budowa trwała kilka lat, a kosztowała paręset milionów. W kabinie windy czekała mnie druga niespodzianka. Lampka umieszczona pod przyciskiem zamykania drzwi błyszczała groźną czerwienią. Nigdy nie widziałem, by świeciła inaczej niż na zielono, nawet w 2004 roku, w najgorszym okresie kongresowej komisji śledczej do spraw irackiej broni masowego rażenia.

Hipoteza o ćwiczeniach do reszty się rozwiała, kiedy przed gabinetem natknąłem się na moją sekretarkę Jessicę. Nie posunęliby się do tego, żeby wzywać asystentki, uznałem, odwieszając płaszcz. Jessica wręczyła mi kubek kawy.

– Pomyślałam sobie, że będzie pan tego potrzebował.

– Dziękuję. Co się dzieje?

– Miałam nadzieję, że to pan będzie wiedział. Yakoub prosił, żebym go poinformowała o pańskim przybyciu. Jest na górze razem z innymi.

Coraz bardziej zaniepokojony wjechałem na ostatnie piętro, prosto do sali konferencyjnej, w której zbieraliśmy się średnio trzy razy w tygodniu. Na mój widok Yakoub Khoyoulfaz, który wisiał na telefonie, pożegnał się z rozmówcą i wyszedł mi na spotkanie.

– Dziękuję, że przyszedłeś – zaczął, chwytając mnie za ramię. – Czekamy już tylko na ciebie.

Rozejrzałem się wokół. Nie byliśmy w komplecie.

– Ching i Martin się nie zjawią?

– Ching wskoczyła w pierwszy samolot do Londynu, a Martin jest na rodzinnych wakacjach na Karaibach. Połączy się z nami przez wideotelefon.

– Londyn? – powtórzyłem, grzebiąc we wspomnieniach. – To ma związek z Lady Di?

– Nie. Cierpliwości, wkrótce się wszystkiego dowiesz.

Odebrał kolejny telefon, przepraszając mnie gestem. Skorzystałem z okazji, żeby przywitać się z kolegami i koleżankami. Zoe Karvelis, Greczynka zarządzająca naszym Działem Kadr, wyglądała na wymiętą. Zwykle taka elegancka, dziś ledwie zdążyła się uczesać i miała na sobie sweter z dziurą na łokciu, który chyba należał do jej męża. Z kolei po Sophie Onobanjo, Nigeryjce, która zastąpiła Claasa Verplancka, nie było widać śladu zmęczenia. Mówiło się, że potrzebuje zaledwie dwóch czy trzech godzin snu dziennie. Niewątpliwie była już na nogach, kiedy zadzwonił telefon.

Nagle na ekranie pojawiła się twarz Martina Suareza. Amerykanin był świeżo po kąpieli, ogolony. Jak przystało na byłego żołnierza marines, prawdopodobnie też starannie zaścielił łóżko i wyczyścił broń.

– Dzień dobry, Martin – odezwał się Yakoub, podczas gdy zajmowaliśmy swoje zwyczajowe miejsca wokół stołu w kształcie podkowy. – Właśnie mieliśmy zaczynać.

Suarez skinął głową. Nigdy nie strzępił języka na darmo.

– Dzisiaj około trzeciej nad ranem czasu uniwersalnego – zaczął Yakoub – Nigel Jones, agent drugiej klasy z centrum w Londynie, zapomniał swojego neseseru z taksówki, która zawiozła go do dzielnicy Knightsbridge. Neseser zawierał kilka niegroźnych dokumentów oraz jeden, który niegroźny nie jest, a mianowicie listę pięćdziesięciu scenariuszy, które miały zostać przeanalizowane podczas najbliższego zebrania komitetu oceny teczek.

– Słucham?! – żachnęła się Onobanjo. – Jak agent drugiej klasy mógł…?

– Nie ulega wątpliwości, że Jones pogwałcił niejedną zasadę bezpieczeństwa – przerwał jej Yakoub. – Jedynie agenci trzeciej klasy mają dostęp do dokumentów przygotowawczych komitetu, których zresztą nie mogą wynosić z biura, o ile ich wcześniej nie zaszyfrują…

– To ta lista nie była zakodowana? – Onobanjo nieomal się udusiła.

– Obawiam się, że nie. Żeby wszystko było jasne: popełniono błędy i polecą głowy. Ale naszym priorytetem jest odzyskanie walizki, zanim komuś uda się ją otworzyć.

Niepokój Onobanjo nie umknął niczyjej uwadze. Jako zwierzchniczka Głównego Inspektoratu, gałęzi KFR-u ustanawiającej procedury wewnętrzne i czuwającej nad ich przestrzeganiem, bez wątpienia będzie musiała odpowiedzieć za tę sprawę.

– Jak długo neseser może opierać się wysiłkom złodzieja? – zapytałem.

– Trudno stwierdzić. Zamek szyfrowy został pomyślany tak, żeby blokować się na godzinę po trzech nieudanych próbach. Osłona wytrzymuje nacisk kilku ton, a wyrzynarka nawet nie zarysuje powłoki z włókna węglowego. Ale nie róbmy sobie złudzeń: im bardziej niezniszczalna wyda się walizka, tym większe pożądanie wzbudzi jej zawartość.

– Czy neseser został wyposażony w nadajnik? – spytałem.

– Niestety nie, w przeciwnym razie nie wyciągałbym was z łóżek.

– Następna generacja będzie miała nadajniki – obiecała Onobanjo. – Będziemy mogli śledzić trasę każdego agenta.

– O ile jacyś się uchowają – rzucił Yakoub gorzkim tonem.

Oboje przygotowywali już argumenty z myślą o zbliżającym się dochodzeniu. Yakoub zarzuci Inspektoratowi, że spóźnił się z wdrożeniem prostego i wydajnego systemu lokalizacji, podczas gdy Onobanjo zasłoni się cięciami budżetowymi, które Komitet nałożył na jej wydział.

– Kiedy Jones zgłosił zaginięcie walizki? – zapytał Suarez z pokoju hotelowego na Karaibach.

– To drugie nieszczęście – westchnął Yakoub. – Ten kretyn potrzebował godziny na zorientowanie się, że popełnił głupotę, i dodatkowe pół godziny na uzmysłowienie sobie, że nie uda mu się jej zaradzić w pojedynkę. Zadzwonił do firmy taksówkowej, podając numer auta widniejący na paragonie. Kierowca utrzymuje, że nie znalazł neseseru. Po Jonesie obsłużył czworo pasażerów: trzech mężczyzn i jedną kobietę.

– Pamięta, gdzie ich zawiózł?

– Mniej więcej.

– To już coś – uznał Suarez z nieco wymuszonym optymizmem.

– Mamy więc pięcioro podejrzanych – oznajmiła Karvelis. – Czworo klientów plus taksówkarz.

– Zacznijmy od niego – zasugerowała Onobanjo. – Znamy przynajmniej jego nazwisko.

Yakoub podniósł rękę, żeby uciąć nasze spekulacje.

– Tak jak się pewnie spodziewacie, nasze londyńskie ekipy już podążają tymi tropami. Pytanie, które nasuwa się w tej chwili, to czy zgłaszamy kradzież do Scotland Yardu.

– Ależ skąd! – wykrzyknęła Onobanjo. – Żeby policja ustaliła związek pomiędzy walizką a pracownikiem KFR-u?!

– Już może być za późno – zauważyłem. – Wiemy, czy Jones podał swoje nazwisko firmie taksówkowej?

– Nie podał – odparł Yakoub. – Miał na tyle przytomności umysłu, żeby zadzwonić z budki telefonicznej i posłużyć się pseudonimem.

– Po co więc zawiadamiać policję? Nie zrobią nic, żeby odzyskać neseser, jeśli nie zdradzimy im, co zawiera.

– Przeprowadźmy własne śledztwo – włączył się Suarez. – Mamy dużo większe środki niż Scotland Yard.

– Zoe? – zagadnął Yakoub.

– Przychylam się do ogólnej opinii.

– Dobrze, a więc się zgadzamy. Przed wyjazdem Ching uzgodniliśmy wspólnie kilka osi poszukiwań. W chwili gdy my tu sobie rozmawiamy, nasi informatycy włamują się do londyńskiego systemu monitoringu. Z trzystoma tysiącami kamer jest to najgęstsza sieć na świecie; przy odrobinie szczęścia uda nam się odtworzyć trasę taksówki i zidentyfikować czworo pasażerów. Zhakujemy też serwery centrali telefonicznej, na wypadek gdyby któryś z pasażerów zamówił taksówkę w ten sposób albo gdyby samochód był wyposażony w urządzenie rejestrujące trasę podróży.

Machinalnie skinąłem głową. Yakoub nie tracił czasu.

– Umieściliśmy kierowcę pod nadzorem: śledzimy, kiedy wychodzi i wraca, linie telefoniczne, transakcje bankowe, nic nam nie umknie. Jeśli, jak sądzę, okaże się niewinny, zahaczymy go, żeby pomógł nam przygotować portrety pamięciowe pasażerów. Macie jeszcze jakieś sugestie?

– Tak – rzekł Suarez. – Spróbujmy sami otworzyć jedną z tych przeklętych walizek. To nam pokaże, jakim czasem mniej więcej dysponujemy.

– Dobry pomysł. Coś jeszcze?

– Puśćmy ogłoszenie w gazetach, obiecując sowitą nagrodę osobie, która odniesie nienaruszony neseser – zaproponowałem.

– Świetnie. Zrobimy to jutro z samego rana.

– A czemu nie dziś wieczorem? „Evening Standard” pójdzie do druku dopiero za godzinę czy dwie.

– Masz rację.

Po tym, jak Yakoub wdusił przycisk interkomu, żeby przekazać instrukcje swojej asystentce, Zoe Karvelis zadała pytanie, które wszystkich nas gnębiło.

– Co jeśli nie znajdziemy walizki?

Yakoub najwyraźniej przygotował sobie odpowiedź, chcąc zapobiec wybuchowi paniki.

– Na początek przypomnę, że KFR nigdy nie używa papieru z nagłówkiem i że poza bardzo rzadkimi wyjątkowymi sytuacjami żaden dokument nie nosi podpisu. Lista, którą wiózł Jones, jest niestety dość wymowna. Podaje położenie geograficzne jednostki, w której powstała każda teczka, tytuł fałszerstwa oraz kilkuzdaniowe streszczenie. Na przykład: „Jednostka: biuro w Pradze. Tytuł: Lauda i Ferrari oszukiwali w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym szóstym. Opis: wrzesień siedemdziesiątego szóstego, Ferrari naciska na Nikiego Laudę, by stanął do wyścigu w Monzie, zaledwie sześć tygodni po wypadku podczas Grand Prix Niemiec, w którym nieomal stracił życie. Lauda, mimo że potrzebuje punktów, jeżeli chce zdobyć mistrzostwo świata, nie czuje się na siłach, aby wystartować. A zatem to Carlos Reutemann, trzeci kierowca Ferrari, jedzie zamiast niego, dyskretnie zastępując widniejącego w rankingu Laudę. Kończy jako czwarty, zdobywa trzy cenne punkty w wyścigu o tytuł”.

Yakoub, obdarzony fotograficzną pamięcią, zawsze przemawiał bez notatek.

– Mimo że nie padają takie słowa jak „fabrykacja” czy „fałszerstwo”, pierwszy lepszy amator Formuły 1 od razu zorientuje się, że coś tu nie gra – uznałem.

– A osoba, która znajdzie neseser, z pewnością będzie się znała na jednym czy dwóch spośród pięćdziesięciu tematów – dodała Zoe.

– Wiem – przyznał Yakoub. – Może zabrzmi to pompatycznie, ale sądzę, że możemy śmiało stwierdzić, że to jeden z najpoważniejszych kryzysów, jakim musieliśmy dotąd stawić czoła. Nie śmiem nawet myśleć, co by się stało, gdyby ta walizka wpadła w niepowołane ręce: dziennikarzy, szantażystów, policji, tajnych służb… KFR z pewnością by tego nie przetrwał. Zarządziłem więc czerwony alarm: z samego rana we wszystkich jednostkach odbędą się ćwiczenia, dzięki którym sprawdzimy, czy jesteśmy w stanie opuścić lokale i zniszczyć obciążające dokumenty w mniej niż półtorej godziny. Wzmocnimy też zabezpieczenia informatyczne, zróżnicujemy umiejscowienie środków pieniężnych i ponownie przeanalizujemy procedury ewakuacji personelu.

Ktoś doszedł do wniosku, że „ewakuacja” brzmi lepiej niż „paniczna ucieczka”. A jednak zamysł był ten sam: w sytuacji awaryjnej mieliśmy wszyscy rozpłynąć się jak we mgle dzięki timorskim paszportom, które otrzymaliśmy w 2004 roku. Swój wsadziłem na dno szuflady. Nie mógłbym przysiąc, czy jest nadal ważny.

– I na koniec – podjął Yakoub – jestem pewien, że zgodzicie się z moją decyzją, by tymczasowo zawiesić wszystkie teczki wymienione na liście.

– To się rozumie samo przez się – odparła głośno Onobanjo w nadziei, że dzięki tej gorliwości zapomnimy o niedociągnięciach jej podwładnych.

Podczas gdy kolejno kiwaliśmy głowami, z melancholią dumałem o agentach, którzy wypruwali sobie żyły nad tymi teczkami. W szaleńczych męczarniach wybrali temat, zapełnili notatkami setki kartek, stworzyli pierwsze szkice, zrodzone z dobrych intencji i bardzo często niedorzeczne, zastosowali się do mniej lub bardziej delikatnych uwag swoich opiekunów prowadzących i wreszcie z uwielbieniem patrzyli, jak drukarka wypluwa tych kilka stron, od których będzie zależała ich przyszłość oraz – niektórzy byli o tym przekonani – całego świata. Pamiętałem, jakby to było wczoraj, dzień, w którym złożyłem scenariusz o Buszmenach przed Gunnarem Erikssonem, aby przekazał go do Londynu. Co bym wtedy pomyślał, gdyby jakiś imbecyl zostawił go na tylnym siedzeniu taksówki?

– Ile pierwszych teczek znajdowało się na liście? – spytałem.

– Cztery – odrzekł Yakoub, pewnie tknięty tym samym impulsem.

Coś ścisnęło mnie za gardło.

– Zadzwonię dziś do nich. Obawiam się, że będą tego potrzebowali.

2

Minęły dwa dni, a neseser w dalszym ciągu pozostawał nieuchwytny. Owszem, nasi informatycy znaleźli nagranie z taksówką, począwszy od miejsca i przybliżonego momentu, w którym wysiadł z niej Jones, ale nie udało im się śledzić pojazdu dłużej niż przez minutę czy dwie. Kierowca skręcił w jeden z tych dickensowskich labiryntów uliczek, które wciąż – ile to już czasu? – wymykają się nadzorowi kamer. Godzinę później samochód pojawił się obok Westminsteru, by niemal natychmiast zniknąć ponownie. Jeśli chodzi o pasażera pogrążonego w lekturze „Financial Timesa”, dało się rozróżnić tylko jego lewą dłoń. Nosił bransoletkę, nie miał obrączki. Był to jakiś początek.

Nasze ogłoszenia, które ukazały się w „Timesie”, „Guardianie” i paru innych, mniej szanowanych tytułach, pozostały bez odpowiedzi. Co do taksówkarza, prędko go wykluczyliśmy. Wiódł poukładane życie i od wieków oszczędzał na zakup licencji. Wielokrotnie zgłaszał zgubione torebki, telefony, a nawet portfele.

Zgodził się, odpłatnie, sporządzić portrety pamięciowe swoich klientów. Rzadko kiedy KFR miał do czynienia z tak źle wydanymi pieniędzmi. Taksówkarz przechwalał się, że ma pamięć do twarzy. Zamiast odpowiadać na nasze pytania, wskazywał na podobieństwa z najróżniejszymi osobistościami. Kobieta, którą zawiózł z Saint Pancras na dworzec Victoria, miała jego zdaniem usta Britney Spears, nos Keiry Knightley, włosy Victorii Beckham oraz podbródek Margaret Thatcher. Gdy pokazaliśmy mu rezultat – dość potworny, trzeba przyznać – obraził naszego eksperta.

Nasze podejrzenia koncentrowały się na drugim pasażerze, wytatuowanym mężczyźnie koło trzydziestki, który kazał się wysadzić w Soho, na rogu Oxford Street i Tottenham Court Road. Wygramolił się z auta schylony, jakby chciał ukryć jakiś nieporęczny przedmiot, choć taksówkarz pamiętał, że wsiadał z pustymi rękoma. Przez wspomniane skrzyżowanie przewala się codziennie kilka tysięcy osób. Obserwuje je około tuzina kamer, z których nagrania przejrzeliśmy na próżno. Wyglądało na to, że wytatuowany rozpłynął się w powietrzu.

Napięcie na korytarzach KFR-u było wręcz namacalne. Zarządzone przez Yakouba ćwiczenia ewakuacyjne wywołały poruszenie. Asystentki spędzały całe godziny w kuchni, porównując swoje wersje wydarzeń i spekulując, jakie są szanse nalotu kanadyjskiej policji konnej. Tajemniczy wirus wybrał akurat ten moment, by zdziesiątkować personel. Zelektryzowani agenci wyjeżdżali wypocząć w głębi lasu, a nawet, w przypadku tych najbardziej żądnych przygód, do krajów, które nie podpisały z Kanadą umowy o ekstradycji. Niepokój nie oszczędził też jednostek terenowych. Dysponując jeszcze bardziej skąpymi informacjami niż ich koledzy z Toronto, pracownicy biur w Paryżu, Bangkoku czy Limie wymyślali skrajnie alarmistyczne scenariusze, my zaś robiliśmy co w naszej mocy, żeby rozbić je w pył podczas niekończących się wideokonferencji.

Niebezpieczeństwo zdawało się zresztą o tyle groźniejsze, że nie wiedzieliśmy, jaką przybierze formę. Jessica bombardowała mnie pytaniami. Co by się stało, gdyby walizka wpadła w ręce organizacji kryminalnej? Czy Komitet zgodziłby się zapłacić okup, aby chronić swoich agentów? Czy dziennikarz skontaktowałby się z KFR-em, zanim podałby do wiadomości publicznej informację o jego istnieniu? Całe mnóstwo trafnych pytań, na które nie odpowiadałem, utrzymując, że nie jestem do tego uprawniony, a które stawiałem sobie co najmniej tak samo często jak ona.

Ponad wszystko baliśmy się łapanki ze strony FBI, ponieważ przykład Guantanamo najlepiej dowodził, że Amerykanie niewiele sobie robią z zasady habeas corpus, kiedy ktoś zagraża ich bezpieczeństwu. Yakoub, którego przerażała perspektywa zamrożenia środków KFR-u, poprosił dyrekcję finansową, aby zgłaszała mu każdą najmniejszą podejrzaną aktywność na naszych kontach bankowych. Rozłożył sobie w gabinecie łóżko polowe i spędzał noce przy telefonie, uspokajając szefów biur.

Ching Shao wróciła z Londynu trzeciego dnia w paskudnym humorze, grzmiąc na zdumiewającą beztroskę Anglików. Tak jak Onobanjo, musiała się czuć, jakby zasiadała na ławie oskarżonych. Centrum w Londynie, odpowiedzialne za zatwierdzanie nowych teczek, istotnie podlega Planowi, któremu przewodniczyła od czasu dymisji Djiba. Nie licząc się z ryzykiem, z jakim wiązało się dla niej podobne wyznanie, Ching zwierzyła nam się, że straciła już nadzieję na odnalezienie neseseru. Jones zbyt późno podniósł alarm, a kierowca nie rozpoznałby królowej Anglii, gdyby ta zaszczyciła jego taksówkę swoją czcigodną obecnością. Skalpy zdarte z Nigela Jonesa, jego bezpośredniego przełożonego oraz dyrektora londyńskiej placówki, które przywiozła w walizce, nie mogły niestety niczego zmienić.

Ching poszła za radą Martina Suareza. Zatrudniła najlepszy zespół włamywaczy łamaczy sejfów w całym imperium brytyjskim i rzuciła im wyzwanie, by otworzyli taki sam model neseseru, jak ten należący do Jonesa, nie niszcząc przy tym zawartości. Siedem godzin później rozwiązała umowę KFR-u z producentem walizek, który twierdził, że jego wyroby są nienaruszalne.

Po tym wyjątkowo deprymującym wystąpieniu Yakoub ponownie zabrał głos. Jeżeli, jak przewiduje Ching, nigdy nie odnajdziemy neseseru, powinniśmy przygotować się na najgorsze. Polecił Suarezowi i Zoe Karvelis opracować wachlarz potencjalnych rozwiązań kończący się, ni mniej, ni więcej, tylko na całkowitym rozwiązaniu KFR-u.

Celowo trzymałem się w tamtym okresie na uboczu. Ten pożałowania godny epizod jedynie potwierdzał obawy, które żywiłem od dłuższego czasu. KFR Djiba, a może nawet KFR Khoyoulfaza to przeżytek. Wisiało nad nim zbyt wiele niebezpieczeństw.

Falsyfikacja fizyczna, z początku nasz najpotężniejszy oręż, zwyczajnie nie była już możliwa. Wyrobiłem sobie taki pogląd w 1999 roku, kiedy kazano mi uwolnić KFR od plotek otaczających fałszywą mapę Winlandii. Owa mappa mundi, rzekomo pochodząca z XV wieku, w rzeczywistości była dziełem jednego z naszych agentów, który umieszczając na niej kontynent północnoamerykański, pragnął potwierdzić tezę, jakoby Wikingowie odkryli Amerykę przed Krzysztofem Kolumbem. Mimo że po zastosowaniu pewnego szachrajstwa udało mi się przypisać mapę innemu fałszerzowi, nabrałem przekonania, że dni falsyfikacji fizycznej są policzone. „Produkcja przekonujących fałszywek, zdolnych oprzeć się dogłębnemu naukowemu badaniu, będzie stawała się coraz trudniejsza, by nie powiedzieć: absolutnie niemożliwa. W naszej organizacji nie ma już miejsca na takie teczki, jak ta dotycząca mapy Winlandii. Narażają ją na niebezpieczeństwo, przynosząc krótkotrwałe zwycięstwa, które będą okazywały się coraz bardziej ulotne” – napisałem wówczas. W następstwie mojego apelu Komitet najzwyczajniej w świecie zakazał fizycznej falsyfikacji albo – ściślej mówiąc – zabronił czynić z niej główny element teczki. Nadal mogliśmy postawić fałszywy kamień nagrobny dla uwiarygodnienia jakiejś legendy, ale nie wolno nam już było puszczać w obieg nowych całunów turyńskich.

Jak w pierwszej części pisma dałem dowód pewnej zdolności przewidywania, tak w drugiej dokonałem całkowicie błędnej interpretacji. Internet, twierdziłem, pomnoży możliwości agentów KFR-u, zmniejszając jednocześnie ryzyko, że zostaną zdemaskowani. Stało się jednak zupełnie odwrotnie. Internet sprawił, że fałszerstwa, o których jeszcze przed dziesięcioma laty uczono w Akademii, stały się niewykonalne. Dodanie dzieła do bibliografii duńskiego dramaturga w Wikipedii nie stanowiło najmniejszego problemu; za to wprowadzenie jakichkolwiek znaczących zmian w biografii lidera politycznego czy gwiazdy rocka graniczyło z cudem, tak czujni byli administratorzy.

Ale nie to było najgorsze. Między rokiem 1994, kiedy internet stał się dostępny dla szerokiej publiczności, a 2003, gdy Komitet położył kres najbardziej niebezpiecznym praktykom, niektórzy agenci fałszowali w sieci na całego, nieświadomi zagrożeń, na jakie się narażają. Ich błędy rozciągały się od nieszkodliwych (mój następca w Reykjavíku z własnego domu wprowadził w Wikipedii tysiące modyfikacji w dziewięciu różnych językach) po bardzo poważne (szef biura w Limie zostawił swój adres IP na serwerach KGB). Od dwóch czy trzech lat Operacje Specjalne spędzały najlepsze lata swojego życia na naprawianiu pomyłek tych entuzjastycznych partaczy.

I wreszcie, w roli wisienki na torcie, po sieci krążyli straszliwi hakerzy poszukujący numerów kart kredytowych, tajemnic przemysłowych oraz wszelkich innych informacji, które da się spieniężyć u rosyjskiej mafii albo chińskiego rządu. KFR przeznaczał stale rosnące kwoty na ochronę, co nie zmieniało faktu, że regularnie padał ofiarą ataków.

Ale moim zdaniem główne zagrożenie płynące z internetu było zupełnie innej natury. Plotka puszczona z telefonu komórkowego jakiegoś podrostka miała prawie tyle samo szans, by obiec świat, co teczka, która wymagała całych miesięcy pracy. Na forach kwitły teorie spiskowe, które cieszyły się popularnością odwrotnie proporcjonalną do swojego prawdopodobieństwa. Strony podawały całe ich listy, a spośród propozycji każdy mógł wybrać te, które zgadzały się z jego uprzedzeniami etnicznymi, politycznymi lub religijnymi: FBI zorganizowało zamachy z jedenastego września, niewielka klika przywódców rządziła losami świata, rząd amerykański wspomagał szerzenie się AIDS wśród społeczności czarnoskórych i tak dalej. Te bzdurne historie nie zrodziły się wczoraj, ale internet jednocześnie przyspieszył ich propagację i dodał im autentyczności. Sieć dostarczała argumentów zwolennikom wszystkich poglądów, zarówno syjonistom, jak i osobom szukającym powodów, by wybić Żydów, zarówno wyznawcom teorii ewolucji, jak i kreacjonizmu. Wszystko było prawdą, a zatem nic nie było prawdą; wszystko było kłamstwem, a zatem nic nie było kłamstwem. Dla KFR-u, którego zasady działania opierały się na tym fundamentalnym rozróżnieniu, pojawienie się globalnej sieci okazało się katastrofą.

Czułem, że to na mnie, jako na najmłodszym członku Komitetu, spoczywa odpowiedzialność położenia podwalin pod nowy model. Khoyoulfaz, Karvelis i Ching należeli do starego pokolenia. Suarezowi brakowało wyobraźni. Jeśli chodzi o Onobanjo, Główny Inspektorat, któremu przewodniczyła, z zasady miał się sprzeciwiać zmianom.

Świadom trudności związanych z reformowaniem systemu, w którym się wyrosło, stale oscylowałem między pokusą, by zagłębić się w detale funkcjonowania KFR-u, a chęcią zachowania dystansu, prezentując schizofreniczną postawę, która często stawała się przyczyną konfliktów z kolegami i koleżankami. Przez dwanaście lat, których potrzebowałem, żeby osiągnąć szczyt piramidy, wyobrażałem sobie naiwnie, że rola członków Komitetu polega na nieustannym aktualizowaniu misji KFR-u, na szczegółowych dyskusjach dotyczących władzy oraz granic falsyfikacji jako wektora postępu ludzkości. Nic bardziej mylnego. Byliśmy w pierwszej kolejności i przede wszystkim supermenadżerami, szefami organizacji zrzeszającej kilkadziesiąt tysięcy osób. Spędzałem czas na spotkaniach w sprawie budżetu, poprawianiu notatek służbowych napisanych przez kogoś innego albo na zachodzeniu w głowę, czy zwierzchnik biura w Tajpej powinien raportować Pekinowi czy Toronto. Nikogo za to nie winiłem. Ogólnie rzecz biorąc, szefowie jednostek terenowych odwalali kawał dobrej roboty; samodzielnie podejmowali ogromną większość decyzji i zwracali się do nas z prośbą o opinię zaledwie dwa czy trzy razy do roku, w najdelikatniejszych kwestiach, takich, które mogły mieć znaczenie symboliczne albo groziły stworzeniem precedensu. Niestety, skoro istniało dwadzieścia centrów, sto pięćdziesiąt biur i prawie tysiąc stacji, mój zawód można by porównać do pracy sędziów amerykańskiego Sądu Najwyższego, którzy spośród nieprzerwanego zalewu zapytań muszą wybierać te zasługujące na ich uwagę.

Do tego dokładał się problem mojego wieku. Czasem odnosiłem wrażenie, że Khoyoulfaz i Shao, od których byłem prawie piętnaście lat młodszy, nie traktują mnie poważnie. Regularnie dostawałem projekty, których nikt inny nie chciał, i ta forma pastwienia się nad żółtodziobem wydawała mi się coraz mniej usprawiedliwiona.

Nigdy wcześniej tak bardzo nie potrzebowałem nad czymś się zastanowić i nigdy wcześniej nie miałem tak niewiele czasu do namysłu. Byłem zawalony pracą, ale nie przemęczony. I – tak jak urzędnicy Sądu Najwyższego – wymierzałem sprawiedliwość od rana do wieczora, nie mając ani chwili na refleksję, co tak naprawdę oznacza dla mnie to słowo.

3

Nazajutrz czerwona lampka w windzie nadal się świeciła. Przeczuwałem, że jeszcze długo tak zostanie.

Przekazując mi klucze do gabinetu, który poprzednio należał do niego, Djibo dorzucił hojny prezent, szesnastowieczną mapę przedstawiającą wymyśloną wyspę zwaną Fryzlandią. Z braku czasu oraz gustu zadowoliłem się spartańskim umeblowaniem. Półki zdobiło kilka bibelotów przywiezionych z podróży, a także szklana rzeźba, którą przyniosła mi moja pierwsza teczka.

Na biurku czekały na mnie dwa raporty. Pierwszy pochodził z centrum w Dżakarcie i dotyczył sytuacji gospodarczej Timoru Wschodniego. Przed siedmioma laty uczestniczyłem w ostatnim etapie jednej z największych inicjatyw w historii KFR-u. W zamian za znaczne korzyści dla naszej organizacji Lena Thorsen i ja towarzyszyliśmy krajowi w jego marszowi ku niepodległości. Przekonanie ekspertów Narodów Zjednoczonych, że timorska gospodarka spełnia wszystkie wymagania, nie było rzeczą łatwą. Musiałem podrasować statystyki, podkolorować faktury eksportowe, rozdmuchać perspektywy wpływów z wydobycia ropy, a nawet zatrudnić figurantów, aby stworzyć iluzję, że pewien kamieniołom marmuru pracuje pełną parą. Szef oenzetowskiej delegacji wyjechał w przekonaniu, że Timor Wschodni to przyszły azjatycki tygrys. Nie zaznałem spokoju, odkąd dałem mu do tego powód.

Pomimo niezaprzeczalnego postępu sytuacja Timoru w dalszym ciągu była niepokojąca. Ledwie jedna trzecia domostw miała elektryczność, tylko połowa społeczeństwa potrafiła czytać, a ludzie na wsiach wciąż umierali w razie złych plonów. Rozwijał się eksport kawy, ale w tempie niewystarczającym do podniesienia ogólnego poziomu życia. Zagraniczne firmy kręciły nosem, przerażone faktem, że w kraju nie istnieje prawo dotyczące własności intelektualnej.

Z początku niewesoły raport, w miarę dalszej lektury stawał się całkiem przygnębiający. Kraj zaczynał eksploatować swoje ogromne zasoby ropy i gazu. Tę długo wyczekiwaną wiadomość, na której oparliśmy scenariusz gospodarczego zrywu, przyćmiewał fakt, że tylko niewielki odsetek zysków trafił do państwowego budżetu. Reszta rozpłynęła się w rękach skorumpowanych urzędników, których pośrednio sami pchnęliśmy do władzy. Zwyrodniały system sprawiedliwości otwierał drzwi wszelkim nadużyciom: mogło się okazać, że rolnik z dnia na dzień zostanie pozbawiony swoich zbiorów, wyroki sędziów sprzedawano tym, którzy najwięcej płacili, i tak dalej. Na domiar złego rząd ustanowiony w 2007 roku już chwiał się w posadach; prezydent Ramos-Horta i premier Gusmão dopiero co cudem wyszli cało z prób zamachów.

KFR niezaprzeczalnie wiele zyskał na tej teczce. Od tamtej pory dysponowaliśmy siecią około pięćdziesięciu ambasad na całym świecie, mieliśmy oczy i uszy w największych międzynarodowych organizacjach, a wszyscy agenci KFR-u posiadali timorskie paszporty na sytuacje awaryjne. Jednakże, mimo że moja rola polegała przede wszystkim na bronieniu interesów pracodawcy, czułem się w pewien sposób odpowiedzialny wobec Timorczyków. Mówiąc najbardziej ogólnikowo, nie miałem na tym etapie pewności, czy skierowaliśmy ich na właściwą drogę.

Drugi raport, poświęcony Buszmenom, leżał na biurku od tygodnia. Do tej pory nie znalazłem odwagi, aby go otworzyć, przeczuwając, że przypomina wszystkie poprzednie. Od dwudziestu lat liczba Buszmenów żyjących na pustyni Kalahari spadała wolno, acz nieubłaganie na skutek powtarzających się wysiedleń, alkoholu oraz chorób przenoszonych drogą płciową. Dzieci, które nie uczyły się już polować, szykowały się na życie pod znakiem państwowej zapomogi, mając błogosławieństwo botswańskiego rządu, który od dawna zezował w stronę tych terytoriów bogatych w diamenty i wszelkiego rodzaju minerały.

Przeszedłem od razu do konkluzji raportu przygotowanego przez szanowaną niemiecką fundację. „Trzeba przyznać, że różnorodne strategie międzynarodowych stowarzyszeń nie przyniosły spodziewanych efektów. Buszmeni obecnie są mniej liczni, gorzej uzbrojeni i bardziej uzależnieni od władzy centralnej niż kiedykolwiek wcześniej w całej swojej historii. Patriarchowie, z którymi się spotkaliśmy, wątpią w możliwość odwrócenia tej tendencji. Ci najbardziej pesymistyczni mówią nawet o swoich dzieciach jako o »ostatnim pokoleniu Buszmenów z Kalahari«”.

Zamknąłem raport, wzdychając. Oto dwie teczki, którym poświęciłem długie miesiące swojego życia; zapewniły mi one zaszczyty i awanse, teraz zaś niemal żałowałem, że je stworzyłem. Nie, zdecydowanie, byliśmy dużo mniej wpływowi, niż nam się wydawało.

Jessica zajrzała przez szparę w drzwiach, żeby poinformować, że Yakoub pragnie się ze mną widzieć. Przemierzyłem korytarz i pchnąłem drzwi do jego biura. Oparty plecami o okno dyskutował z Leną Thorsen.

Lena, tak jak ja, zamieszkała w Toronto. Po tym, jak przyznała się albo – ściślej mówiąc – pochwaliła się, że zdradziła KFR, Komitet musiał zadecydować o jej losie. Yakoub, Claas Verplanck i Pierre Ménard byli zwolennikami uwięzienia Dunki na czas nieokreślony, wykazując nie więcej troski o jej prawa obywatelskie, niż administracja Busha demonstrowała wobec zatrzymanych w Guantanamo. Zoe i Ching usatysfakcjonowałaby dymisja. Tylko ja prosiłem dla Thorsen o łaskę, ze względu na jej wyjątkowe zdolności i przysługi, jakie mogłaby nam jeszcze oddać.

Moim nowym kolegom i koleżankom – dołączyłem do Komitetu ledwie parę godzin wcześniej – nie bardzo spodobało się moje wezwanie do aktu miłosierdzia. Wierna swojemu temperamentowi Lena nie ułatwiła mi zadania, powtarzając każdemu, kto chciał słuchać, że wolałaby umrzeć, niż przeprosić. Spotkałem się kolejno z członkami Komitetu, próbując ugrać sprawę agentki, której nie wystarczyło knucie mojej zguby, która na dodatek pogrążyła KFR w jednym z najpoważniejszych skandali w całej jego historii. Przy zastosowaniu istnych skarbów dyplomacji udało mi się skłonić większość członków do poparcia tymczasowego wniosku: Lena miała zostać w Toronto, zachowując status agentki trzeciej klasy; zabronimy jej kontaktu z innymi jednostkami, a usługi będzie świadczyła wyłącznie członkom Komitetu; każdą zmianę miejsca pobytu będzie musiała zgłaszać Yakoubowi, ale wolno jej będzie tworzyć teczki o ściśle ograniczonym budżecie, który miał hamować jej zapędy. Zatwierdzając to porozumienie, Yakoub bardzo wyraźnie dał do zrozumienia, że wykorzystałem w ten sposób cały swój limit wpływów wobec Komitetu.

Na szczęście dla nas obojga Lena wywiązała się ze swojej części umowy. Sprzedała mieszkanie w Los Angeles i znalazła sobie lokum dwa kroki od biura. Tak jak się obawiałem, moi koledzy początkowo nie pchali się jeden przez drugiego, żeby zlecać jej pracę. Ja przekazałem jej kilka teczek, co – jeśli mam być szczery – pozwoliło mi skoncentrować się na nowych obowiązkach. Lena wykonała te niewdzięczne zadania ze swoją zwykłą wydajnością, nie skarżąc się, że musi harować pod moimi rozkazami, ale też mi nie dziękując.

Z biegiem czasu koledzy nauczyli się doceniać zalety Dunki. Wszyscy zwrócili się do niej przynajmniej raz, najczęściej w tematach związanych z informatyką, domeną, w której wyprzedzała nas wszystkich o kilka długości. Od amerykańskich hakerów nauczyła się dostawać na serwery cieszące się reputacją niezdobytych i zmieniać dane bez pozostawiania śladów. Kiedy włamanie okazywało się nieco trudniejsze, naprędce pisała program w jednym z dziesiątek języków, które opanowała, wypluwając z siebie tysiące linijek kodu w czasie krótszym, niż byłby potrzebny Jessice na przyniesienie mi kawy.

– Ach, Sliv, bardzo dobrze – rzucił Yakoub, prostując się.

Lekko skinąłem Lenie głową. Ona musiała odwzajemnić gest jeszcze delikatniej, bo nawet tego nie zauważyłem.

– Potrzebujesz mnie? – spytałem Yakouba.

– W istocie potrzebuję was obojga.

Zajęliśmy miejsca wokół stołu konferencyjnego. Przejęta mina Yakouba pozwalała przypuszczać, że ma dla nas złe wieści.

– Dziś rano dostaliśmy teczkę Safe Haven – oświadczył.

W listopadzie 2007 roku Komitet skierował do wszystkich placówek pismo. Agenci podejrzewający, że któraś z ich teczek sprzed roku 2003 nie spełnia wszystkich wymogów bezpieczeństwa, mogli bez obaw zgłosić się do biura w Hong Kongu. Chcąc pozbyć się wszystkich ukrytych min, przewodniczący KFR-u osobiście gwarantował zainteresowanym agentom, że nie spotkają ich żadne sankcje.

Dotychczas spłynęło osiemdziesiąt siedem teczek, z których dwie trzecie zostały poddane dogłębnej rewizji. We wszystkich bez wyjątku przypadkach Lenie i jej ekipie informatycznych mozartów udało się oddalić zagrożenie. Napływ teczek stopniowo słabł. Nie dostaliśmy żadnej już od miesiąca.

– Klaus Würth, Niemiec, czterdzieści cztery lata, agent drugiej klasy urzędujący w Helsinkach – wyrecytował Yakoub.

– I teraz się obudził? – mruknęła Lena.

– Pracował w tamtym czasie w Dortmundzie – kontynuował Yakoub, nie zważając na jej wtręt. – Wszystko zaczęło się w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym piątym, kiedy pan Würth, przekonany o tym, że człowiek ponosi odpowiedzialność za ocieplenie klimatu, wbił sobie do głowy, żeby sfałszować dane termometryczne amerykańskiego National Climatic Data Center. Planowi nie brakowało śmiałości. Zauważył, że około jedna trzecia danych na temat temperatury zgromadzonych przez NCDC podana jest w formie liczb całkowitych, co zwykle tłumaczy się faktem, że aż do lat siedemdziesiątych małe i średnie stacje nie odnotowywały temperatury z dokładnością do dziesiętnych części stopnia. Kilka miesięcy później zewnętrzny konsultant opłacony przez Würtha zwrócił uwagę informatyków NCDC na buga, który im umknął: to błąd formatowania uniemożliwiał zapoznanie się z prawdziwymi danymi, z których prawie wszystkie miały wartość po przecinku!

– I całkowitym przypadkiem – powiedziałem – nowe liczby wskazywały na ocieplenie klimatu…

– Oczywiście. Czternaście stopni z tysiąc osiemset osiemdziesiątego zmieniło się w trzynaście i siedem dziesiątych stopnia, podczas gdy szesnaście stopni z tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego ósmego – w szesnaście i dwie dziesiąte, a nawet szesnaście i cztery dziesiąte. Klimat ewoluuje na tyle wolno, że zwykła wariacja o dwie czy trzy dziesiąte stopnia w ciągu wieku wystarczy, aby wyznaczyć tendencję.

Pozwoliłem sobie na pełne podziwu gwizdnięcie. Pomysł był wspaniały. Szkoda, że nie można było powiedzieć tego samego o wykonaniu.

– W jaki sposób sfałszował wyniki? – spytała Lena. Desperacko pragnąłem pewnego dnia ujrzeć, jak zachwyca się zręcznością jakiegoś scenarzysty. – Tego rodzaju organizacje nie mają w zwyczaju przechowywać danych w jednych miejscu.

– To pierwsze, co powiedział Hong Kong. Wysyłają nam pocztą dyplomatyczną wszystko, co mają: kolejne szkice teczki, ówczesne analizy ryzyka, protokoły informatyczne NCDC i tak dalej. Co do Würtha, czeka na telefon od was. Zajmijcie się nim, zdaje się, że nie śpi po nocach.

– Jeśli tylko przestrzegał regulaminu, nie ma się czym martwić – odparła Lena, nie zdając sobie sprawy, że właśnie tego rodzaju uwagi mogą przerazić biednego Klausa.

– Które centrum kontrolowało wtedy jego pracę? – spytałem.

Teczki przebywają niezmienną drogę. Po pierwszej filtracji dokonywanej przez szefów jednostek przekazuje się je do Londynu, który wydaje opinię o jakości scenariusza, a następnie do jednego z trzech centrów specjalizujących się w falsyfikacji źródeł, w Hong Kongu, Córdobie lub Vancouver.

– Córdoba – odrzekł Yakoub z pamięci. – Pokwitowanie dostarczono siedemnastego grudnia dziewięćdziesiątego piątego.

Lena spojrzała na mnie. Najwyraźniej myślała o tym samym co ja. W roku 1995 była zastępczynią dyrektora centrum w Córdobie, kiedy nagle została zawieszona za błąd, za który odpowiedzialność ponosiłem wyłącznie ja. Gdyby nie moja niezdarność, osobiście zajęłaby się teczką Würtha i nie siedzielibyśmy tu teraz. Miała jednak na tyle taktu, by o tym nie wspomnieć.

– Co się dzieje, Yakoubie? – chciałem wiedzieć. – Jasne, projekt Safe Haven to nigdy nie jest dobra wiadomość. Ale ten ma prawie piętnaście lat. Czego tak naprawdę się boisz?

– Nie podoba mi się zachowanie Würtha. Pewnie roztrząsa tę historię od sześciu miesięcy. Skoro decyduje się puścić farbę w dniu, w którym Jones zgubił walizkę, to albo popełnił cholernie poważny błąd, albo przeczuwa, że te dane zostaną wkrótce poddane dokładnej analizie.

– Rzeczywiście, trudno o bardziej popularny w mediach temat niż globalne ocieplenie.

– Teraz, kiedy Al Gore dostał Nagrodę Nobla, a jego film wyświetla się w szkołach, istnieje ryzyko, że stanie się jeszcze popularniejszy. Nie wspominając już o tym, że Stany Zjednoczone odmawiają ratyfikacji Protokołu z Kioto, ponieważ środowisko naukowe wciąż jest w tej kwestii podzielone.

– Nie jest podzielone. Ogromna większość klimatologów podtrzymuje ustalenia z Kioto.

– Ustalenia, które częściowo opierają się na liczbach Würtha. Wyobrażasz sobie to poruszenie, gdyby dowiedziono, że są fałszywe? Lobby paliwowe i naukowcy przeciwni aktualnie panującemu konsensusowi zacieraliby ręce z radości, i mieliby rację.

– Ruchy ekologiczne nie podniosłyby się po czymś takim – wymamrotałem.

– Zważywszy na stawkę, o jaką toczy się gra, gotów jestem iść o zakład, że prędzej czy później, i to raczej prędzej niż później, dane NCDC zostaną wzięte pod lupę. Bardzo bym nie chciał, żeby nosiły na sobie nasz podpis.

Podczas tej wymiany zdań Lena milczała. Nasze rozważania epistemologiczne zupełnie jej nie obchodziły. Interesowała ją wyłącznie misja. To zawsze stanowiło jej siłę – i jej słabość.

– Czego od nas oczekujecie? – spytała.

– Że wymaże pani wszelkie ślady naszej ingerencji, nawet kosztem przywrócenia oryginalnych danych, jeśli uzna to pani za konieczne.

– A ja? – dociekałem.

– Ty w razie potrzeby przerobisz scenariusz. Przedstaw Würtha jako jakiegoś oszołoma, jeśli będzie trzeba.

– A jeżeli historyczne dane przeczą hipotezie o ociepleniu klimatu?

– Bezpieczeństwo KFR-u przede wszystkim – skwitował Yakoub.

Wstał. Nie było już nic więcej do dodania.

4

Islandczyk wypatruje nadejścia wiosny z zapałem trudnym do pojęcia dla mieszkańców kontynentu. Radością przepełnia go nie tyle łagodność – jakże względna – temperatury czy eksplozja roślinności, co raczej spektakularne wydłużanie się dnia i ustępowanie nocy. Od połowy maja słońce wschodzi o czwartej; kawiarnie i piekarnie otwierają podwoje; podczas gdy Amsterdam i Mediolan się budzą, wszyscy w Reykjavíku są już pochłonięci swoimi sprawami.

Urodziny matki dostarczały mi co roku idealnego pretekstu, by wrócić do kraju i na kilka dni zapomnieć o szarzyźnie Toronto.

Stało się już rytuałem, że po przystanku w Húsavíku, maleńkiej mieścinie na północy wyspy, gdzie mama hoduje owce, zachodziłem do Baldura, Furuseta i Thorberga, żeby przywitać się z Gunnarem Erikssonem i dawnymi kolegami. Ci spośród nich, którzy nie znali prawdziwej natury mojej działalności, sądzili, że pracuję jako menadżer w anglosaskim biurze doradztwa ekologicznego. Niektórzy, znając więzi łączące mnie z Gunnarem, a także, w mniejszym stopniu, z Perem Baldurem, podejrzewali, że negocjuję powrót do firmy na stanowisko dyrektora.

Do recepcji zeszła po mnie Margrét, sekretarka, a od pewnego czasu również małżonka Gunnara. Odcisnęła na moich policzkach dwa głośne całusy, a potem cofnęła się o krok i zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów.

– Kiepsko wyglądasz – oświadczyła. – I przybrałeś parę kilo. Nie, nie, nie zaprzeczaj, mam oko do tych rzeczy.

Po śmierci Kristin, pierwszej ukochanej żony, Gunnar pogrążył się w głębokiej neurastenii. A ponieważ od leków na uspokojenie wolał soczyste miodowe pączki z Bernhöftsbakari, prędko wyhodował sobie pokaźne brzuszysko. Margrét wstąpiła na wojenną ścieżkę z katastrofalnymi nawykami żywieniowymi szefa. Opróżniała jego cukiernicę, konfiskowała smakołyki, które upychał w szufladach, i obdzwoniła okoliczne restauracje, przekazując swoje drakońskie instrukcje. W końcu Gunnar zrozumiał, że troska Margrét – rozwódki, tak jak on bezdzietnej – wynika z uczuć, które ta do niego żywi. Pobrali się niedługo później i wydawali się bardzo szczęśliwi.

– Sliv! – wykrzyknął Gunnar, podnosząc się zza biurka i wychodząc mi na spotkanie. – Co za radość! Chcesz przyjść dziś do nas na kolację? We wtorki jemy potrawkę z gotowanej wołowiny.

– Bardzo chętnie, ale mam już inne zobowiązania.

– To może jutro?

– Będę już z powrotem w Toronto.

– Ależ ci uprzykrzają życie – mruknął Gunnar, jakby mój rozkład zajęć zależał od grona sadystycznych biurokratów.

– Nigdy nie przeszkadzało mi latanie – odrzekłem z uśmiechem.

– Mnie obecnie przeraża; zobaczysz, jak będziesz w moim wieku. Ale usiądź, nastawię wodę.

Zająłem miejsce w wygodnym fotelu obitym czekoladową skórą, w którym spędziłem tyle godzin. Wokół nic się nie zmieniło, nie licząc kolekcji egzotycznych herbat, którą wzbogacałem w miarę moich kolejnych peregrynacji. Sposób, w jaki zyskiwała coraz więcej miejsca kosztem firmowych segregatorów, wymownie świadczył o słabnącej motywacji Gunnara. Odliczał dni do przejścia na emeryturę, zaplanowanego na koniec roku. Słuchając go, odnosiło się wrażenie, że nastanie wówczas era z niczym nieporównywalnej szczęśliwości, kiedy to jego dni będą podzielone między lekturę gazety, mecze hokeja w telewizji i degustowanie przysmaków upichconych przez Margrét.

– Jesteśmy w trakcie zakupu domku w Dyrholaey, na skraju rezerwatu przyrody – poinformował, wyciągając w moją stronę szkatułkę z co najmniej setką różnych saszetek. – Margrét interesuje się ptakami; wbiła sobie do głowy, że będzie prowadziła obserwatorium. Osobiście uważam, że to trochę kretyńskie unieruchamiać kapitał. Przy obecnych doniesieniach rynkowych… Pamiętasz, jak w dwa tysiące trzecim wyprowadziłem się z mieszkania przy Leifsgata? Zysk ze sprzedaży powierzyłem mojemu bankierowi. No i cóż, w przeciągu pięciu lat praktycznie podwoiłem swój wkład.

– Naprawdę? – spytałem, po raz kolejny wyrzucając sobie, że zbyt ostrożnie zarządzam swoimi finansami.

– Ależ tak, to nie żadne czary. W tej chwili wszystkie aktywa idą w górę. Zdaje się, że to dzięki internetowi: produktywność firm gwałtownie rośnie, a wraz z nią zyski. Nie, naprawdę, mając do dyspozycji tę małą fortunkę i nasze dwie emerytury, będziemy wiedli sielską egzystencję.

Zasmucał mnie kierunek, jaki obierało życie Gunnara. Jak ktoś, kto odwiedził sto krajów, pracował przy upadku Muru Berlińskiego i przy konstrukcji międzynarodowej stacji kosmicznej, może ograniczać swoje zainteresowania do osiągów własnego pakietu oszczędności albo dokonań sześciu z ośmiu islandzkich klubów hokejowych? A jednak to zawężenie horyzontów nie było, niestety, świeżą sprawą. Od czasu śmierci Kristin Gunnar bardzo zwolnił tempo. Nie zatrudnił żadnego agenta od 2000 roku i nie pamiętałem już nawet, kiedy stworzył ostatnią teczkę. Podróżował jedynie wówczas, gdy zmusiła go do tego siła wyższa, i to w warunkach ekstrawaganckiego luksusu, przez co zgrzytali zębami aż w Toronto. Również tematy prowadzonych przez niego konwersacji znacznie się zredukowały. Nieustannie wracał w swych wypowiedziach do dumy, jaką odczuwa w związku z uformowaniem dwunastu należących do elity agentów, do rozczarowania, którego przysporzyła mu Lena Thorsen, gwałtownie zrywając z nim kontakt po odejściu ze stacji w Reykjavíku, do satysfakcji z faktu, iż samą tylko siłą refleksji udało mu się rozgryźć sekret KFR-u, na którym tylu geniuszy połamało sobie zęby. Nie uważałem, by to Margrét była odpowiedzialna za tę zmianę. Gunnar po prostu się nudził. Stracił zmysł ekscytacji; pozostało mu jedynie smakowanie uciech.

– A więc wygląda na to, że zostaniesz wkrótce mianowany wiceprzewodniczącym Planu – rzucił, wybierając dla siebie czarną herbatę z Madagaskaru.

– Skąd pan wie? Ogłoszą to dopiero w poniedziałek.

– Ha, mam swoich informatorów – odparł i wykonał niejasny gest oznaczający, że nie powie nic więcej. – Będziesz pracował dla Shao, prawda?

– Tak jest, to ona zarządza Planem, odkąd odszedł Djibo.

Dymisja Angoui Djiba w 2003 roku, a następnie, trzy lata później, śmierć Pierre’a Ménarda sprawiły, że na szczycie KFR-u rozpoczęła się zabawa w gorące krzesła, która dopiero co dobiegła końca. Claas Verplanck, szef Głównego Inspektoratu, po raz kolejny usiłował stanąć na czele Komitetu, nie odniósł jednak większego sukcesu niż przy poprzednich próbach. Wraz z kolegami i koleżankami poparłem kandydaturę Yakouba Khoyoulfaza, charyzmatycznego dyrektora Operacji Specjalnych. Wobec takiej odmowy Verplanck skorzystał z prawa do wcześniejszej emerytury. Jego następczynią – także w Głównym Inspektoracie, gdyż przewodniczący trzech najważniejszych organów automatycznie zasiadają w Komitecie – uczyniliśmy Sophie Onobanjo, czterdziestotrzyletnią Nigeryjkę dotychczas pełniącą funkcję dyrektorki biura w Paryżu. Po raz pierwszy w ciągu dwustu dwudziestu lat wśród zwierzchników KFR-u znalazła się taka sama liczba mężczyzn (Yakoub Khoyoulfaz, Pierre Ménard i ja) i kobiet (Zoe Karvelis, Ching Shao, a teraz także Sophie Onobanjo).

Skład Komitetu miał jednak wkrótce ponownie ulec zmianie. Pierre Ménard od lat cierpiał na raka kości, który zdaniem lekarzy wszedł w fazę terminalną. Ménard, który nie robił sobie już złudzeń co do szans wyzdrowienia, przerwał leczenie i chudł w przerażającym tempie. Nadal jednak uczestniczył w naszych spotkaniach, wyciągnięty w fotelu z na wpół zamkniętymi oczyma. Nie wtrącał się już w debaty techniczne czy administracyjne, wolał zachować siły na kulminacyjny punkt obrad, to jest przegląd będących w toku falsyfikacji. Czy chodziło o powołanie do życia afrykańskiego boga, czy o zredagowanie lipnego kodeksu honorowego kalabryjskiej mafii, w każdej teczce dostrzegał element, który nam umknął, wadę, która mogła umniejszyć znaczenie projektu, albo wręcz przeciwnie, kąt widzenia, który, o ile dobrze go wykorzystać, pomnoży jego siłę oddziaływania. Ponieważ choroba niemal odebrała mu głos, szeptał mi swoje uwagi do ucha, a ja powtarzałem je zebranym, mimo woli małpując jego komiczny francuski akcent.

Nasz senior tym chętniej czepiał się swojego fotela, że nikt nie popychał go w stronę wyjścia. Od dwóch wieków w Komitecie zasiadał jakiś Pierre Ménard, ale tradycja ta miała skończyć się wraz ze śmiercią naszego kolegi, który był bezdzietny. Taką wiernością zasłużył sobie na pewne względy. Mimo że w każdej chwili spodziewaliśmy się, iż Francuz utnie sobie drzemkę w samym środku porywającej tyrady o stosunku fałszywek do autentyków w dziale sztuki Starożytnego Egiptu w Luwrze, nigdy nie wspominaliśmy o tym, kto zajmie jego miejsce.

A jednak mijały miesiące, a Ménard wciąż żył. Jego stan zdrowia przestał się pogarszać, fenomen, który lekarze określali „szczęśliwym zbiegiem okoliczności”, „anomalią kliniczną” albo – w przypadku najbardziej bezpośrednich – „kurewskim cudem”. Osobiście przypisywałem wytrzymałość starszego mężczyzny jego nieumiarkowanemu zamiłowaniu do ucztowania. Podjadał w trakcie naszych posiedzeń, spłukując następnie posiłek kieliszkiem sauternesa, którego kosztował małymi łyczkami, kląskając językiem. Robert, jego francuski pielęgniarz, zawoził go wieczorami na wózku inwalidzkim do najlepszych restauracji w Toronto, gdzie miał stałe rezerwacje. Mówiło się, że w piwniczce trzyma ponad sześć tysięcy butelek.

Zachowałem złe wspomnienia z tego z założenia przejściowego okresu, który trwał prawie cztery lata. Wszyscy wiedzieliśmy, że nie uda się rozpocząć reformy KFR-u, o ile więzy Komitetu z przeszłością nie zostaną zerwane. Zamiast tego trwaliśmy w zawieszeniu ze względu na stan zdrowia starca, któremu nikt oczywiście nie życzył śmierci, lecz mimo to żywiliśmy nadzieję, że będzie miał na tyle przyzwoitości, żeby nie stać zbyt długo na drodze biegowi historii.

Ostatecznie Ménard odszedł we własnym łóżku, 24 grudnia 2006 roku, podczas gdy Robert otwierał mu ostrygi. Kiedy Yakoub przekazywał mi tę wiadomość, z trudem skrywał ulgę.

Tydzień później na miejsce Ménarda dokooptowaliśmy Martina Suareza. Mężczyzna, jeden z dwóch wiceprzewodniczących Operacji Specjalnych, posiadał dwojaką zaletę: był Amerykaninem, a naród ten nie był zazwyczaj reprezentowany w Komitecie; miał też latynoskie pochodzenie – jego rodzicami byli Meksykanie, którzy osiedlili się w Arizonie wkrótce po jego narodzinach. Ukończył akademię w West Point, spędził dziesięć lat w jednostce marines i brał udział w licznych operacjach militarnych w Zatoce Perskiej. Zrekrutował go Yakoub we własnej osobie, podejmując mnóstwo środków ostrożności, współmiernie do ryzyka, na jakie obaj się narażali. Ale gra niezaprzeczalnie warta była świeczki, bo przejawiana przez Martina znajomość amerykańskiego trybu podejmowania decyzji wojskowych wielokrotnie okazała się decydująca.

– A więc – zagadnął Gunnar, sadowiąc się naprzeciwko mnie – co nowego w Toronto?

– Nic wielkiego, obawiam się.

– To papierkowa robota, co? Papierologia i polityka? Gdy tylko administracja osiąga pewien rozmiar, zawsze jest tak samo. To nie dla mnie! Yakoub mógłby mnie błagać na kolanach, i tak zostałbym w ciepełku na Islandii.

Kolejna stara śpiewka Gunnara, być może ta, która najbardziej mnie mierziła. Przez całą swoją karierę odrzucał propozycje awansu przez zbytnie przywiązanie do własnego komfortu. W rezultacie wykonywał tę samą pracę od trzydziestu lat, pod skrzydłami szefa – Baldura – który przychodził do biura w spodniach golfowych, oraz z kolegami, którzy wszystko mu zawdzięczali, nie ryzykowali więc podważania jego autorytetu. Gunnar w dalszym ciągu regularnie usiłował mnie przekonać, że popełniłem błąd, przenosząc się do „siedziby głównej”.

– Sam wybrałeś Plan? – zapytał.

– Powiedzmy, że nagle zwolniły się trzy stanowiska i Ching zaproponowała mi jedno z nich.

Filiżanka zatrzęsła się w dłoni Gunnara i trochę herbaty wylało mu się na spodnie. Machinalnie osuszył plamę krawatem.

– Zwolniła trzech wice mianowanych przez Djiba?

Skinąłem głową.

– Wezwała ich razem do swojego gabinetu. Dwie minuty później było po wszystkim. Wydawało się, że zupełnie się tego nie spodziewali.

– Podała im powód?

– Ten sam co Komitetowi: straciła zaufanie do personelu wybranego przez Djiba.

– I?

– Komitet zrozumiał – oświadczyłem lakonicznie.

Wyglądało na to, że moja uwaga wstrząsnęła Gunnarem. Wiedział, że zajmowane przeze mnie stanowisko nie pozwala mi na najdrobniejsze nawet zwierzenia w kwestiach związanych z bezpieczeństwem czy instancjami rządzącymi KFR-u. Jednakże do jego uszu musiały dotrzeć jakieś pogłoski dotyczące dawnego druha. W ciągu piętnastu lat zwierzchnictwa nad Planem i trzynastu w Komitecie Djibo wyniósł na różne posady setki osób, przy czym, co spostrzegliśmy dopiero po jego odejściu, ich kompetencje nie zawsze odgrywały najważniejszą rolę. Jedyną zaletą niektórych szefów placówek i przynajmniej jednego dyrektora funkcjonalnego zdawała się ich lojalność wobec Djiba, a także służbistość, z jaką wykonywali jego polecenia, nawet jeśli te stały w sprzeczności z decyzjami podjętymi zwykłym trybem. Wiceprzewodniczący Planu (za godnym wzmianki wyjątkiem Ching, która została powołana przez poprzedniego zwierzchnika Komitetu) zajmowali poczesne miejsce w fortelu Djiba. Przyklaskując geopolitycznym analizom Kameruńczyka, dodawali wagi jego często ryzykownym scenariuszom, które ten składał następnie przed Komitetem. To w ten sposób zrodziła się fałszywa fatwa bin Ladena wymierzona w Amerykę czy zwłoka Unii Europejskiej w zajęciu stanowiska wobec rozpadu byłej Jugosławii, a więc przynajmniej dwa epizody, o których można powiedzieć, że nie przyniosły KFR-owi chwały.

Ale nic bym nie zyskał, wywlekając przy Gunnarze brudy Komitetu.

– Więc drużyna z Akureyri zdobyła w tym roku mistrzostwo? – spytałem, pochylając się w przód, by pokazać, że nie mam nic przeciwko wysłuchaniu opowieści o perypetiach, które towarzyszyły triumfalnemu marszowi Vikingów ku ich trzynastemu narodowemu tytułowi.

Twarz Gunnara się rozjaśniła.

– Oglądałeś? Chociaż sezon zaczął się cholernie kiepsko… W pierwszej minucie meczu otwarcia Gudmundsson dał się zdjąć za nieistniejącą przewinę, a Skúlason spartaczył daleki strzał. No naprawdę, wyobrażasz sobie?

Gestem dałem do zrozumienia, że wyobrażam sobie doskonale, i zbliżyłem herbatę do warg. Była jeszcze wrząca. Na szczęście miała dużo czasu, by ostygnąć.

5

Gunnar zgodził się mnie uwolnić, dopiero gdy się dowiedział, że mam spotkanie z Niną Schoeman.

– No wreszcie! Od kiedy to ona już do ciebie wzdycha! – zawołał, zaszczycając mnie lubieżnym mrugnięciem.

Poznałem Ninę na uniwersytecie w Reykjavíku, gdzie oboje studiowaliśmy geografię. Nasze drogi skrzyżowały się ponownie w 2001 roku, kiedy pracowała na zastępstwo u Baldura, Furuseta i Thorberga. Ponieważ zapamiętałem ją jako błyskotliwą i pełną determinacji dziewczynę, zdziwiło mnie, że trudni się zajęciami tak bardzo poniżej swoich kwalifikacji. Ale sens jej życia, wyjaśniła, leżał gdzie indziej. W charakterze wolontariuszki walczyła w różnych stowarzyszeniach; praca na zastępstwo służyła jedynie po to, by opłacić rachunki. Spotkałem się z nią kilka razy przed przeprowadzką do Toronto, która na nowo nas rozdzieliła.

Niedawno dołączyła do Jöro, największego – albo jedynego, jak powiedzieliby złośliwcy – islandzkiego stowarzyszenia na rzecz ochrony środowiska, gdzie piastowała tyleż mętne, co obiecujące stanowisko dyrektorki do spraw rozwoju. Byłem ciekaw, jakim sposobem wślizgnęła się w kołowrót pracy etatowej.

Wiedziałem, że przekonania zabraniają Ninie wydawać na jeden posiłek sumy odpowiadającej miesięcznemu dochodowi rodziny z Burkina Faso, zarezerwowałem więc stolik w niedrogiej knajpce przy Vonarstraeti specjalizującej się w rybie z grilla. Posadzono mnie na szczęście z dala od baru, gdzie grupka pracowników biurowych hucznie świętowała zwolnienie szefa.

Potrzebowałem kilku sekund, żeby rozpoznać Ninę. Gdy widziałem ją po raz ostatni, ubrana w ogrodniczki i kalosze rozdawała ulotki podczas marszu. Młoda kobieta, która szybko szła mi na spotkanie, miała na sobie ciemne dżinsy, białą dopasowaną koszulę i świetnie dobraną, zwężaną w talii marynarkę w kolorze ochry. Kilkucentymetrowe obcasy oddawały sprawiedliwość jej atletycznej sylwetce.

– Wiem, cóż za transformacja, prawda? – rzuciła, składając całusa na moim policzku.

– Zdumiewająca. Gdyby mi ktoś powiedział, że pewnego dnia włożysz coś zamszowego…

– O czym ty gadasz? – Zmusiła mnie, bym dotknął jej rękawa. – To syntetyk. Jeszcze nie całkiem zaprzedałam duszę diabłu. Dobra, co jemy? Umieram z głodu…

Przyglądałem się Ninie ukradkiem, podczas gdy ona studiowała kartę. Metamorfoza nie ograniczała się do garderoby. Zapuściła swoje kasztanowe włosy, spięte tego wieczoru w nienaganny koński ogon, który uwydatniał rysy jej twarzy. Brwi miała wyregulowane. No i – choć nie dałbym sobie za to ręki uciąć – zdawało mi się, że leciutko pociągnęła rzęsy tuszem.

Zamknęła menu.

– Dla mnie halibut. A ty wybrałeś?

– Yyy, nie, jeszcze nie.

– Nie spiesz się. Ale ja nie mogę dłużej czekać.

Przywołała kelnera i zamówiła talerz przystawek oraz kufel piwa.

– Ja stawiam – oznajmiła tonem, który nie pozostawiał pola do jakiejkolwiek dyskusji.

– Z jakiej to okazji?

– Żeby podziękować ci za twoje rady, o które zresztą czasem wcale nie prosiłam, udzielane w ciągu ostatnich lat. Ostatecznie postanowiłam cię posłuchać i zatrudnić się na pełen etat w jednym stowarzyszeniu.