Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 442 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Proces - Marta Zawadka

Moja książka to opowieść o przyjaźni, miłości do ludzi i zwierząt, szacunku i tolerancji dla innych. Nie miałam wątpliwości, że powinnam ją napisać. Być może jej lektura pomoże komuś w wyjaśnieniu zawiłości proceduralnych przy odzyskiwaniu alimentów we Francji. Mam nadzieję, że tak, że dla wielu będzie wsparciem i przykładem, iż mimo mnożących się po drodze problemów są one do przezwyciężania. Zachęcam, by po nią sięgnąć. Marta Zawadka

Opinie o ebooku Proces - Marta Zawadka

Fragment ebooka Proces - Marta Zawadka

Redakcja: ZOFIA ROKITA
Korekta: JADWIGA PILLER, Redaktornia.com
Projekt okładki: MICHAŁ JANICKI
Zdjęcie na I stronie okładki: Shutterstock
Redaktor prowadzący: AGNIESZKA RADZIKOWSKA
Redaktor techniczny: MARIUSZ TELER
Skład i łamanie: Katka, Warszawa
Copyright © 2014 by Marta Zawadka All rights reserved. Copyright for the Polish Edition © 2014 Burda Publishing Polska Sp. z o.o. Spółka Komandytowa
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
Wydanie I elektroniczne
Warszawa 2014
ISBN 978-83-7778-668-0
Burda Publishing Polska Sp. z o.o. Spółka Komandytowa ul. Marynarska 15, 02-674 Warszawawww.burdaksiazki.pl Dział handlowy: tel. (48 22) 360 38 41–42, 360 38 42; fax (48 22) 360 38 49 Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77
Konwersja: eLitera s.c.

Francuz, dziecko i co dalej?

„Jesteś w czepku urodzona” – mówiła moja babcia. I rzeczywiście, moje, bądź co bądź, bujne niemowlęce owłosienie pokrywała błonka, popularnie zwana czepkiem, więc babcia chyba miała rację. Tym bardziej że z wszelkich opresji spadałam jak kot na cztery łapy i to już od najmłodszych lat. Zawsze udawało mi się wywinąć od sprania moich drobnych czterech liter. Babcia, często doprowadzana przeze mnie do ostateczności, biegała za mną wokół ogromnego dębowego stołu, wymachując szerokim wojskowym pasem mojego wujka, pułkownika Wojska Polskiego. Nigdy mnie nie złapała i nigdy nie zlała. Chciała mnie tylko postraszyć, ale o tym powiedziała mi dopiero kilka lat później. Dla mnie, pięcioletniej wówczas dziewczynki, cała akcja wyglądała bardzo wiarygodnie, a że powtarzała się w miarę regularnie, postanowiłam ukrócić ten proceder i jak tylko nadarzyła się okazja, potajemnie wyrzuciłam ten pas do osiedlowego śmietnika. Było to dla mnie nie lada zadanie, bo babcia nie pozwalała mi samej wychodzić z domu. Musiałam więc wziąć do pomocy dwie koleżanki – miały zrobić w pokoju sztuczne zamieszanie i uprosić babcię, żeby wyszła się z nami pobawić. Kiedy były już za drzwiami, szybko i niepostrzeżenie wyjęłam ze schowka w kuchni znienawidzony pas i wrzuciłam go do swojej torby z foremkami. Cała akcja zakończyła się powodzeniem. Jak minął najbardziej awanturniczy okres w moim życiu, stałam się łagodną, miłą, lecz bardzo nieśmiałą dziewczynką.

Przez całe swoje wczesne dzieciństwo mieszkałam z babcią i ciocią, siostrą mojej mamy, bo rodzice znaleźli pracę w innym mieście i nie mogli mnie ze sobą zabrać. Wyjechali kilka miesięcy po moich narodzinach. Nie było ich przez sześć lat, ale odwiedzali mnie regularnie. W sporym, trzypokojowym mieszkaniu babci miałam swój pokój. Babcia pochodziła z Ukrainy, z małej miejscowości niedaleko Lwowa. Podobno pretendentów do ręki babci było kilku, lecz jej srogi ojciec wszystkich kandydatów, ku babcinej rozpaczy, odrzucił. Pogrążona w smutku, popadła w krótkotrwałą depresję. Na szczęście niedługo potem poznała dziadka.

Drewniany dom, w którym mieszkała z rodzicami i rodzeństwem, otoczony był sadem. Drzewka rosły w równych rzędach, a przez środek, jak rozłożony dywanik, wiła się wąska ścieżka z szarych kamieni. Prowadziła do zielonej drewnianej furtki, zamykanej na haczyk. Właśnie do tego sadu dziadek przychodził podrywać babcię i zgrabnie balansując pomiędzy jabłonkami, śpiewał dla niej piosenki. Nie wiem, czy były to przeboje polskie czy ukraińskie, ale na pewno bardzo romantyczne, bo babcia wspominała je zawsze z błyskiem w oku. Ach, gdyby teraz jakiś pretendent do mojej ręki chciał mi pośpiewać, wymagałoby to zainstalowania nagłośnienia, podłączenia elektrycznej gitary albo przynajmniej mikrofonu, żeby głos dotarł do siódmego piętra. Jego śpiew usłyszeliby wszyscy sąsiedzi, może nawet rzuciliby monety... Wydarzenie byłoby z pewnością tak samo podniosłe i znaczące jak za babcinych czasów.

Dziadek chwalił się kolegom, że poderwał fajną sztukę. Zabierał babcię na bale oficerskie, potem grzecznie odprowadzał ją do domu. Na żadne bara-bara nie mógł absolutnie liczyć, bo nie zgadzała się na to przed ślubem. Przynajmniej tak mi mówiła. Była jedną z piękniejszych panien w okolicy, wspaniale tańczyła i zawsze królowała na parkiecie. Myślę, że właśnie po niej odziedziczyłam talent do tańca. Potrafię przetańczyć całą noc, chociaż w zupełnie innym stylu niż ona.

Kiedy w 1940 roku NKWD wysiedlało na Sybir Polaków z Podola, dziadek, polski oficer, i babcia, Ukrainka – wtedy już szczęśliwa matka dwojga dzieci – wzięli nogi za pas i jakimś cudem przedostali się do Zamościa, chociaż i tu trwała wojna. Spłodzili kolejną trójkę dzieci. Ja jestem niewątpliwie udanym potomstwem jednego z nich.

Dziadka nigdy nie poznałam i bardzo tego żałuję. Podobno był bardzo fajnym facetem, z niesamowitym poczuciem humoru. Z zawodu szewc. Lubił jednak zaglądać do kieliszka.

„Co to za szewc, który nie pije?” – mawiano.

Dziadek nie pozostawał w tyle za obowiązującą w tym zawodzie modą i wlewał w gardło czasami nadmierne ilości alkoholu. Na szczęście, nie za często. Choć szczycił się herbem szlacheckim, reperowanie butów było jego ulubionym zajęciem. Otworzył swój warsztat i nigdy nie narzekał na brak klientów.

Obdarzony był również bardzo pożytecznym darem. W okolicy słynął jako znachor, który z niezwykłą precyzją potrafił składać kości. Połamani nieszczęśliwcy pukali więc do drzwi jego domu i zawsze otrzymywali fachową pomoc, za którą nigdy nie żądał wynagrodzenia. Z dziadka usług skorzystał też kiedyś mój tata i dzięki temu stanął na nogi i chodzi.

Dziadek zmarł na zawał, upadając na schody wejściowe do szpitala, gdzie był umówiony z lekarzem w sprawie uporczywego kłucia w klatce piersiowej. Miał 55 lat. Zostawił rozżaloną babcię i dzieci bez żadnego źródła dochodu, jako że był jedynym żywicielem rodziny. Z czasem babcia jakoś sobie poradziła. Otworzyła sklepik spożywczy, który nawet nieźle prosperował.

Babcia zabierała mnie ze sobą na Ukrainę – pewnie nie miała mnie z kim zostawić. Nie pamiętam od kiedy, ale pamiętam do kiedy, bo miałam wtedy siedem lat i mówiłam już nieźle po rosyjsku. Jeździłyśmy tam mniej więcej trzy razy w roku. Dla niej nie była to zbyt komfortowa podróż: dwa pociągi, przesiadka, bagaże i kilkuletnia dziewczynka. Mnie też droga wydawała się nieskończenie długa, ale bardzo lubiłam jeździć, bo na miejscu czekały na mnie najpiękniejsze lalki na świecie. Babcia zawsze mi jedną kupowała. Miałam tam też koleżankę. Była w moim wieku i mieszkała w domu obok. Prawie całe dnie bawiłyśmy się w sadzie i biegałyśmy po podwórku, gdzie niczym zasłonki wisiały sznurki z suszonymi rybami, dumnie przechadzał się kogut, dreptało kilka kur i śliczne żółte kurczaczki. Pamiętam, jak raz prababcia, słusznego już wówczas wieku, ale jeszcze pełna werwy, robiła wielkie pranie. Pocierała bieliznę o metalową tarę, a zapach mydlin roznosił się po całym podwórku. Pamiętam też szarą, metalową balię, w której babcia mnie kąpała. Niedługo potem podupadła jednak na zdrowiu i już więcej nie pojechałyśmy razem na Ukrainę.

Kiedy miałam sześć lat, do Zamościa powrócili moi rodzice. Ale to babcia szykowała dla mnie cały ekwipunek, z którym we wrześniu pierwszy raz przekraczałam mury szkolne. Pamiętam, że byłam z siebie bardzo dumna, bo znałam już tabliczkę mnożenia. Do zerówki zostałam zapisana pod innym imieniem i nazwiskiem. Bynajmniej nie dlatego, że byłam córką agenta obcego kraju czy wysoko postawionego dygnitarza ukrywającego się przed szpiegami i trzeba było zmienić moją tożsamość. Moje dane z żadnych powodów nie wymagały utajnienia. I do dzisiaj nie wiem, dlaczego tak się stało. Mama też sobie tego nie przypomina, a babcia od lat nie żyje. Wiem tylko, że od najmłodszych lat nie lubiłam swojego pierwszego imienia, wręcz się go wstydziłam. Jak tylko posiadłam umiejętność sklecania logicznych zdań, zakazałam całej rodzinie nazywać mnie Martą. No, ale jakoś musieli mnie nazywać, więc wybrałam sobie drugie imię, Ania. I tak już zostało. Jedynie tata stawiał opór i nie dał się szantażować. Natomiast babcia wykombinowała jeszcze inaczej. Przejęła opiekę nade mną, kiedy miałam zaledwie kilka miesięcy, i postanowiła nieoficjalnie nadać mi swoje nazwisko, podejrzewam, że trochę na złość tacie. I to też tak zostało.

Podstawówkę przebrnęłam więc pod pseudonimem „Ania Skarczewska” i nikt by mi nie uwierzył, że wszystkie świadectwa z czerwonym paskiem były moje, gdyby nie zdecydowana interwencja taty. Wcześniej nie chciał wywoływać zamieszania. Kiedy skończyłam podstawówkę, postawił sprawę jasno: „Trzeba z tym zrobić wreszcie porządek! Masz się nazywać tak, jak naprawdę się nazywasz!”. Wyrosłam już wtedy na wdzięczną nastolatkę i wybierałam się do liceum. To był dobry moment na zmianę moich danych osobowych i ojciec zyskał moje poparcie, tym bardziej że nagle zaczęło mi się podobać moje pierwsze imię. Wszystko zostało odkręcone, a ja niemal z dnia na dzień zmieniłam imię i nazwisko. Znowu byłam Martą. Tak zwracali się do mnie nauczyciele, koleżanki i koledzy. Także wszyscy w rodzinie musieli się do tego przyzwyczaić. Najtrudniej było mnie samej. Doprawdy dziwne uczucie.

Czy imię odzwierciedla osobowość każdego z nas? Chyba coś w tym jest. W każdym razie ja przez lata przechodziłam stopniową metamorfozę. Z nieśmiałej Ani przeobrażałam się w niezależną, uparcie dążącą do celu Martę, dziewczynę o ciekawej osobowości. Taką charakterystykę tego imienia przeczytałam kiedyś na pocztówce przysłanej mi z okazji imienin.

– Tato, chciałabym się uczyć francuskiego – oświadczyłam pewnego dnia.

W ciągu trzech lat nauki tego języka w liceum poczyniłam wprawdzie znaczne postępy, ale moja ambicja nie została w pełni zaspokojona.

– Przecież się uczysz, masz w szkole. – Ojciec przerwał czytanie książki i popatrzył mi prosto w oczy, a mama wyszła z kuchni, zaciekawiona, co wyniknie z tej rozmowy.

Tata zawsze czytał książki. W domu było ich pełno. Miałam wrażenie, że ciągle którąś trzymał w ręku. Nawet gdy już leżał w łóżku, czytał. Jak byłam mała, często zabierał mnie do biblioteki. Kiedy przeglądał dłużej jakąś książkę, ja przechadzałam się pomiędzy rzędami i czytałam tytuły. Lubiłam tu przychodzić. Wydawało mi się, że to miejsce kryje wiele tajemnic. Zazdrościłam tacie, że może czytać te „dorosłe” książki, a ja jeszcze nie.

– Wiem, ale dla mnie to za mało. Mógłbyś załatwić mi dodatkowe lekcje? – Przekręciłam na bok głowę, czekając na odpowiedź.

– Dobrze – odpowiedział krótko i posłał mi uśmiech, co oznaczało, że na pewno coś wymyśli. Czułam, że mój genialny pomysł bardzo go zainteresował. Od kiedy z żalem pogodził się z brakiem czerwonych pasków na moich świadectwach, gotów był popierać każdą naukową myśl, jaka przyszła mi do głowy. Potem jednak nastał niepokojący brak jakichkolwiek informacji na temat mojej prośby. Aż pewnego dnia...

– Pojedziesz do Francji – oznajmił triumfalnie po powrocie z wywiadówki.

Najwyraźniej mój wyjazd uzależniony był od szkolnych sukcesów. Nie obawiałam się krytyki w tej kwestii. Wypracowane, zmyślne techniki ściągania z matematyki, fizyki i chemii pozwalały mi utrzymywać się na bardzo przyzwoitym poziomie. Muszę przyznać, że byłam perfekcjonistką w tworzeniu ściągawek-harmonijek, miniaturowych książeczek oraz innych niezwykle skutecznych metod wprowadzania w błąd nauczycieli. Z moich doświadczeń i porad chętnie korzystali też inni towarzysze niedoli. Natomiast przedmioty humanistyczne szły mi niezwykle gładko, szczególnie historia, która zawsze mnie fascynowała. Poza osiągnięciami naukowymi w dziedzinach humanistycznych szczyciłam się rzadką specjalizacją podrabiania podpisów i różnych charakterów pisma. „Usprawiedliwienia, zwolnienia, inne...” – napisałabym na szkolnej wizytówce, gdybym ją wtedy miała.

– To cudownie! Kiedy jadę? Jak to załatwiłeś? – Jeszcze nie dowierzałam, że to może być prawda.

– Pamiętasz mojego kolegę, Sławka?

– Tak, ale już dawno go nie widziałam.

Sławek był najlepszym kolegą taty z podstawówki, profesorem języka francuskiego, wykładowcą na Uniwersytecie Warszawskim. Widywałam go, ale rzadko.

– Sławek ma przyjaciół niedaleko Paryża. Powiedzieli, że chętnie cię przyjmą.

– Kiedy jadę?

– Na ferie zimowe.

Nie wierzyłam wprost swojemu szczęściu. Niedługo zobaczę kolorowy świat. Podróż do Paryża wydawała mi się czymś nieosiągalnym. Połowa lat osiemdziesiątych malowała się w moich oczach w szaroburych kolorach, ale niebawem ten obraz miał się zmienić. No i pierwszy raz miałam lecieć samolotem. Już na samą myśl o tym czułam na ciele ekscytujące drgania, które zupełnie zdominowały i wyparły mój lęk przed lataniem. To, że samolot może latać, było dla mnie zjawiskiem niepojętym. Moje komórki mózgowe były odporne na taką wiedzę, dlatego nigdy nikt nie umiał mi wytłumaczyć, w jaki sposób tyle żelastwa może unieść się w górę. Po prostu nie jestem zbyt „lotna” w tej kwestii.

Kiedy nadszedł ten pamiętny dzień, linie lotnicze postarały się, żeby był to dla mnie niezapomniany lot. Zaoferowały, zupełnie gratisowo, dodatkową atrakcję – saunę. W samolocie bowiem zepsuła się klimatyzacja i do końca lotu nie udało się jej uregulować. Zewsząd buchało ciepłym powietrzem, a temperatura nieubłaganie się podnosiła. Całe szczęście, do pewnej granicy, czyli 28 stopni Celsjusza. Powietrze stało. Nagrzewało się jeszcze naszymi oddechami. Każdy wachlował się, czym mógł, i zdzierał z siebie, co mógł, tak że o mało nie doszło do zbiorowego striptizu. Mimo wszystko mogliśmy uważać się za szczęśliwców, bo nie odcięto nam tlenu. Czułam się, jakbym w wełnianym golfie, spodniach i zimowych butach spędzała dwie godziny w afrykańskich tropikach. Najważniejsze jednak, że ludzie nie wpadli w panikę i zachowali spokój w sytuacji, na którą i tak nie mieli wpływu. Nikt też nie zasłabł ani nie wyzionął ducha.

Samolot wreszcie wylądował. Dysząc i sapiąc, wychodziliśmy szczęśliwi, że za chwilę zrobi się chłodniej. Byłam oszołomiona. Hala przylotów wydała mi się olbrzymią przestrzenią wypełnioną masą ludzi. Odebrałam bagaż i kompletnie zagubiona szłam za innymi do wyjścia, modląc się, żeby Sophie mnie odnalazła.

Czekała, trzymając przed sobą wielką kartkę formatu A4 z moim nazwiskiem. Stała na wprost wyjścia. Świetnie ją widziałam.

– Dzień dobry, mam na imię Sophie. Chodźmy. Samochód jest na parkingu – przywitała mnie miłym głosem.

Wzięłam głęboki oddech i rzuciłam się na nią, wykonując mocne trzymanie w uścisku. Doznałam uczucia ogromnej ulgi, że ktoś się mną zaopiekuje i nie zostanę tu sama.

– Mnie też miło cię widzieć.

Roześmiała się i uwolniła z moich objęć.

Po tym wylewnym powitaniu ruszyłyśmy w stronę windy. Sophie dobiegała już pięćdziesiątki. Dla mnie, licealistki, był to wiek późnej starości i żal mi się zrobiło, że biedaczka ma tyle lat na karku. Szczerze mówiąc, wyglądała na młodszą. Miała twarz gładką, prawie nietkniętą zębem czasu, podejrzewałam nawet małe naciąganie. Krótkie brązowe włosy, uczesane jakby właśnie wyszła od fryzjera. A jej nienaganną sylwetkę od góry do dołu okrywały markowe ciuchy, wszystkie w dobrym guście i dobrane z klasą.

Zjechałyśmy windą na parking. Było zimno. Miałam wrażenie, że powietrze tutaj jest lepkie i śmierdzi mieszanką benzyny, smarów i stęchlizny. Wśród rzędów zaparkowanych samochodów Sophie bez problemu odnalazła swój.

„Jak ona to zrobiła?” – pomyślałam z uznaniem. „Ja w życiu nie zapamiętam, gdzie zostawię samochód na tak olbrzymim parkingu. Będę pewnie czekać, aż wszyscy wyjadą, żeby odnaleźć swoje auto”.

– Jak minął lot? – zapytała, pakując moją walizkę do bagażnika.

Spodziewałam się takiego pytania, więc przygotowałam już wcześniej kilka zdań na temat przebiegu lotu. Ale te zupełnie nieoczekiwane warunki, w jakich przyszło mi podróżować, oraz mój marny francuski nie były w stanie wyrazić emocji i opowiedzieć o prawie ugotowanych pasażerach.

– Dobrze, ale gorąco – odpowiedziałam, wachlując ręką przed twarzą.

– Za gorąco? – Sophie zgrabnie uchwyciła wątek.

– Tak. Dużo.

– Bardzo – poprawiła.

– Dziękuję. Proszę poprawiać, chcę się nauczyć.

– Poradzisz sobie. – Na ustach Sophie pojawił się szeroki uśmiech.

Jechałyśmy, wydawało mi się, że bez końca. Nigdy jeszcze nie jechałam taką długą i szeroką ulicą. Sophie niczym kierowca rajdowy przeskakiwała z pasa na pas, zgrabnie omijając inne samochody, a ja umierałam ze strachu.

– Dzisiaj jest luźno. Nie ma korka. Ça va? – Na chwilę przerzuciła na mnie wzrok i się uśmiechnęła. Ciągle się uśmiechała. Należała do osób, które od pierwszego wejrzenia wzbudzają sympatię.

– Ça va – odpowiedziałam niepewnym głosem. Siedziałam wbita w fotel i zastanawiałam się, czy uda nam się bezkolizyjnie dotrzeć do domu. Poziom stresu i adrenaliny szybował przy każdej zmianie pasa ruchu. Nie byłam przyzwyczajona do takiej jazdy. Zazwyczaj przemieszczałam się na piechotę albo jeździłam autobusem.

„Dzięki ci, Panie” – pomyślałam, kiedy w końcu dotarłyśmy na miejsce.

Szeroka brama wjazdowa była uchylona. Sophie mocowała się z pilotem, ale dziesiątki kilogramów żelastwa ani drgnęły.

– Znowu coś się popsuło. To już nie pierwszy raz. – Pokręciła przecząco głową, ponownie wciskając guzik pilota.

Udało się. Żelazne pręty powoli odsłaniały wjazd, wydając nieprzyjemny, charczący dźwięk.

– Koniecznie trzeba to naprawić – powiedziała sama do siebie i odpaliła silnik.

Samochód ruszył. Myślałam, że wjechałyśmy do lasu. Po prawej drzewa, po lewej drzewa, a przez środek kręta droga pod górę.

– Już jesteśmy. Nie przestrasz się psa, jest bardzo łagodny. – Sophie zaparkowała przed garażem.

Wysiadłam z samochodu i zaparło mi dech. Przede mną stał ogromny dom. Wydawało mi się, że blok, w którym mieszkam, jest niewiele większy od niego. Później dowiedziałam się, że dom został zaprojektowany przez męża Sophie, Claude’a. Dziewięćset metrów kwadratowych powierzchni rozkładało się na trzech pagórkach. Najniżej były basen, wejście główne i garaż na jeden samochód. Środkowy pagórek zajmowały duży i mały salon, gabinet, kuchnia i garaże na dwa samochody. Najpiękniejszą częścią domu było patio wypełnione kolorowymi kwiatami i ozdobnymi krzewami, stanowiące punkt centralny całego budynku. Na najwyższym pagórku mieściły się apartament Sophie i Claude’a, pokój ich córki oraz dwa pokoje gościnne z łazienkami i WC. Ten dom był czymś więcej niż zwykłą rezydencją. To była prawdziwa mała forteca.

– Dzień dobry. Mam na imię Claude. – Mąż Sophie wyszedł nam na spotkanie. Za nim wybiegł Bruno, słusznych rozmiarów owczarek niemiecki. Jako dobrze wychowany pies nie skakał na mnie, wydał tylko szczek ostrzegawczy, że on tu pilnuje i muszę się z nim liczyć. Obwąchał mnie, moją walizkę i nie znalazłszy niczego podejrzanego, pomerdał zadowolony ogonem.

– Dzień dobry. Mam na imię Marta – wyrecytowałam, podając rękę na powitanie. Tego zdania uczyłam się już na pierwszej lekcji francuskiego.

– Zapraszam. Czuj się jak u siebie w domu. – Teraz uderzył mnie błysk lśniącej bieli jego zębów. Był trzy lata starszy od Sophie, trochę od niej wyższy. Wysportowana sylwetka na pewno odejmowała mu kilka lat. Stanowili bardzo ładną parę.

Sophie zaprowadziła mnie do pokoju w końcu korytarza. Bruno został przy schodach. Popiskiwał i przestępował z łapy na łapę. Najwyraźniej był wkurzony, że nie może nam towarzyszyć, chociaż dobrze wiedział, że ma prawo buszować tylko w środkowej części domu.

– To będzie twój pokój. Odpocznij chwilę, rozpakuj się. Za pół godziny kolacja. Trafisz do kuchni? – Roześmiała się. Sophie mówiła do mnie wolno, prostymi zdaniami, za co byłam jej szczerze wdzięczna.

– Chyba tak. A dasz mi jakąś mapę? – Odwzajemniłam uśmiech. Naprawdę obawiałam się, czy w tym ogromnym, nieznanym mi jeszcze domu trafię bez nawigacji do kuchni. Tym bardziej że matka natura zapomniała do mojego pakietu dołączyć zmysł orientacji.

Mój pokój był niewielki. W powietrzu unosił się zapach pasty do mebli, który nie zdążył jeszcze wywietrzeć. Ściany wyklejone zieloną wykładziną o nieco ciemnym odcieniu, w wyżłobione desenie jeszcze trochę go pomniejszały optycznie. Ale ten kolor dobrze komponował się z antycznymi meblami. Pogładziłam materiał dłonią od góry do dołu. Był przyjemny w dotyku, jak miękki meszek. Przyglądałam się dwóm kapeluszom słomkowym, chyba z początku XIX wieku, wpasowanym w złotobrązowe stylowe ramy. Wisiały po obu stronach lustra. Jeden opleciony ciemnożółtym aksamitem, udekorowany zielonymi sztucznymi listkami. Drugi, trochę większy, pokryty kwiatami w kolorze zakurzonej bieli. Zastanawiałam się, kto kiedyś je nosił...

Położyłam torebkę na komodzie. W lustrzanym odbiciu zobaczyłam swoją twarz z wyraźnymi oznakami zmęczenia po upałach w samolocie i stresie podróży, a za nią – piękną dwudrzwiową szafę. Odwróciłam się i otworzyłam prawe drzwi. Cichutko zaskrzypiały. Między szafą a oszklonym wyjściem do ogrodu znajdowały się drzwi do miniaturowej łazienki. Zamknęłam je za sobą, zdjęłam ubranie i odkręciłam prysznic. Po chwili przyjemne ciepło i para rozprzestrzeniły się w całym pomieszczeniu. Nie miałam ochoty wychodzić. Usłyszałam szczekanie. Za szklanymi drzwiami, w ogrodzie, stał Bruno. Może wołał mnie na kolację? Pomachałam mu przez szybę i zasunęłam ciężkie zasłony.

Do kuchni trafiłam po nęcącym zapachu pysznych potraw przygotowanych przez Sophie.

– Ça va? – Roześmiała się, nie przerywając mieszania jakiejś potrawy na kuchence. – Claude jest w salonie. Dołącz do niego, proszę. Tam nakryłam stół.

Tego wieczoru niepostrzeżenie weszłam w ich życie, choć nic jeszcze na to nie wskazywało. Będę z nimi związana przez długie lata, aż do ich śmierci. Staną się moją przyszywaną rodziną, babcią i dziadkiem, na których wsparcie będę mogła liczyć. Oni pierwsi pokazali mi Paryż, a ja pokochałam to miasto od pierwszego wejrzenia. Bliżej poznałam je w czasach studenckich, kiedy przyjechałam tu pracować jako opiekunka do dziecka.

– Może chciałabyś trochę popracować? – zapytał kiedyś Claude, zaskakując mnie mocno tym pytaniem. Pomyślałam, że uznał, że już czas, bym zarobiła na swoje u nich utrzymanie. Jak błyskawica przeleciała mi przez głowę wizja, kiedy to w pocie czoła zbieram suche gałęzie w przydomowym lesie, przekopuję ogród, a potem słaniając się na nogach pod ciężarem chrustu i belek drewna, zrzucam je przed kominkiem, dostając w nagrodę miskę ciepłej strawy.

– Tak, oczywiście – pogodziłam się już ze swoim losem i decyzją dziadka Claude’a.

– Wiesz, są rodziny, które szukają kogoś do opieki nad dziećmi, może to by cię zainteresowało?

„A jednak nie będę musiała pracować w lesie”– odetchnęłam z ulgą.

– Wspaniale! – pomysł uznałam za bardzo trafiony.

– Rozejrzę się, zadzwonię do agencji. Coś ci załatwię.

Dziadek Claude nigdy nie schodził poniżej pewnego, ustalonego przez siebie poziomu. Dlatego długo wybierał, aż w końcu wybrał rodzinę, której poziom uznał za odpowiedni. Przecież nie mógł posłać mnie byle gdzie. Znalazł bogatą rodzinę mera, w bardzo małej miejscowości, gdzieś niedaleko Paryża. Nie wiedziałam nawet, dokąd mnie wiezie, do dzisiaj nie wiem i już się nie dowiem. Późnym popołudniem zajechaliśmy dziadkowym citroenem XM przed dom mera. Rozejrzałam się wokół.

„Co ja tu będę robić? Claude, w co ty mnie wpakowałeś?” – pomyślałam z przerażeniem.

Głośno przełknęłam ślinę, ale nic nie powiedziałam. Wśród przepastnych pól pszenicy stały kościół, pięć domów i budynek merostwa. Poza tym nie było nic. Zastukaliśmy w drzwi wielką pozłacaną kołatką, po czym z wisielczą miną skazańca weszłam do środka.

Powierzono mi opiekę nad dwuletnim synkiem córki mera. Moje obawy okazały się przedwczesne, gdyż już następnego dnia zostałam przetransportowana luksusową czarną limuzyną do posiadłości, w której mieszkał dwulatek z rodzicami. No, no, cóż to był za widok! Za wielką bramą, w otoczeniu pięknego niedużego parku, stał niewielki zamek, którego prawe skrzydło okalały rusztowania. Po kamiennych schodach weszliśmy do lewego skrzydła, zamieszkałego i już odrestaurowanego. Przywitano mnie serdecznie, a mały pulchny Olivier od razu się do mnie przytulił. Gospodarze, młodzi ludzie, w wieku może trzydziestu lat, oprowadzili mnie po wszystkich pomieszczeniach. Zagospodarowano tylko kilka pokojów, inne pozostały puste i pachniały jeszcze świeżą farbą.

Pierwszej nocy spałam krótko. Nie mogłam znaleźć sobie miejsca w nowym łóżku. Około ósmej rano obudziły mnie strzały i krzyki. Przerażona wyjrzałam przez okno, na wszelki wypadek wychylając tylko kawałek głowy.

– Matko święta! – powiedziałam przyciszonym głosem sama do siebie, nie bardzo jeszcze przytomna z niewyspania. – Podczas gdy ja słodko spałam, we Francji wybuchła wojna! Ale przecież jeszcze wczoraj wieczorem nic na to nie wskazywało!

Po podwórku, na tyłach zamku, biegali esesmani. Jedni wrzeszczeli coś po niemiecku, inni rozstrzeliwali jakiegoś nieszczęśnika. Przebiegło mi przez głowę, że może w zamku ukrywał się ktoś z ruchu oporu. Przy każdym strzale kuliłam ramiona. Akcja trwała kilka minut, a ja ze strachu klekotałam zębami. Nagle ktoś wrzasnął „stop” i moim oczom ukazał się dziarski brunet w dżinsach i sportowej marynarce. Wymachując ręką, nacierał wprost na grupę niemieckich żołnierzy. Rozstrzelany przed chwilą nieboszczyk wstał, a blondyna w kusej sukience podbiegła domalować mu więcej krwi. Rozstrzeliwano go jeszcze dwa razy. Na zamkowym podwórku wojna trwała kilka dni, pod czujnym okiem mera. W tym czasie ja z Olivierem zażywaliśmy wakacyjnego spokoju u dalszej rodziny, w posiadłości nad Loarą.

– Chciałabyś opiekować się kilkumiesięczną dziewczynką? – zapytano mnie, gdy mój czas u córki mera dobiegał już końca. – Nasi znajomi po powrocie z wakacji będą potrzebowali opiekunki.

– Oczywiście, czemu nie – zgodziłam się bez namysłu.

Na odchodnym, oprócz zasłużonego wynagrodzenia we frankach francuskich, dostałam miłe słowa i książkę o zamkach nad Loarą. Wróciłam do stojącego wśród szumiących łanów pszenicy domu mera, skąd odebrał mnie dziadek Claude, a potem wylądowałam w samym sercu Paryża.

„Avenue des Champs Elysées”, to był mój pierwszy paryski adres, najbardziej prestiżowy, o jakim mogłam marzyć. Osiadłam tu na kilka długich miesięcy, przez co, ku rozpaczy moich rodziców, zawaliłam cały rok akademicki. Ale gdzie najlepiej uczyć się francuskiego, jak nie u Francuzów? Rozpierała mnie duma, że mogłam mieszkać przy głównej alei. Moi polscy znajomi, często poupychani w nieciekawych domach przy jeszcze mniej ciekawych ulicach, zazdrościli mi tego adresu. Nieważne, że mieszkałam w małym pokoiku na ostatnim piętrze i żeby wydostać się z budynku, musiałam pokonać nieskończoną ilość wąskich stromych schodów. I tak zazwyczaj całe dnie, a często także wieczory, spędzałam w pięknym przestronnym apartamencie. Towarzyszyła mi angielska koleżanka, która dzieliła ze mną obowiązki. Z trzeciego piętra zjeżdżałam windą z wielkimi, zawsze wypucowanymi lustrami, lub w wersji sportowej, czyli zbiegałam po lśniąco błyszczących schodach. W głębi podwórka znajdowało się wejście do ogromnego studia urody. Widywałam czasami eleganckie paryżanki przemykające przez podwórko do „Institut de Beauté”. Bardzo im wtedy zazdrościłam, bo ja nie mogłam sobie pozwolić nawet na dotknięcie wacikiem.

Budynek, w którym mieszkałyśmy z moją angielską koleżanką, łączył prostopadle „Institut de Beauté” i ten stojący frontem do Pól Elizejskich. Na pięciu piętrach mieściły się mniejsze lub większe pokoje dla, hmm, za przeproszeniem, służby. Myślę, że moi francuscy chlebodawcy nigdy tam nie zaglądali, bo kiedy dali mi klucz do jednego z nich, okazało się, że nie było w nim absolutnie nic, oprócz gołych ścian i dwóch małych okien z widokiem na podwórko. Przerażona zapytałam, czy rzeczywiście tam mam mieszkać. Dopiero wtedy szybko zorganizowali, co trzeba. W obskurnym, lecz czystym korytarzu był tylko jeden kran z wodą cieknącą kap, kap, kap do nieco zardzewiałej umywalki i jedna toaleta na całe piętro. Szczęśliwie mogłyśmy korzystać z wszelkich wygód w luksusowym apartamencie naszych pracodawców.

Pierwszej nocy nie mogłam zasnąć. Wyobrażałam sobie tupot małych stópek biegających po mnie, gdy tylko zmrużę oczy. Na wszelki wypadek zostawiłam więc zapaloną lampkę. Całe szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Oprócz mojej angielskiej koleżanki i mnie żadne inne stworzenia na tym piętrze nie mieszkały, tylko konsjerż i jego żona, ale na parterze. Bardzo mili ludzie. Wszystko o wszystkich wiedzieli. Lubili mnie i chętnie ze mną rozmawiali. Ta piękna paryska kamienica kryła w sobie różne dziwne dla mnie zakamarki. Zastanawiałam się na przykład, po co w kuchni zainstalowano okno z widokiem na ścianę w kształcie szarej tuby i czy z tej tuby na parterze było jakieś wyjście. A może to przejście do przyległej kamienicy? Podobno tak. W dużym półokrągłym korytarzu apartamentu odkryłam z kolei tajemnicze drzwi pokryte taką samą tapetą jak ściana. Chyba nikt ich nigdy nie otwierał. Dokąd prowadziły? Kamienicę z budynkiem służbowym łączyło przejście na półpiętrze. Często z niego korzystałam, żeby nie biegać przez sześć pięter po schodach. To był taki zaczarowany tunel. Przejście ze świata szarych, ponurych ścian i kapiącego kranu do jasnego świata obfitującego w bogactwo. Przekraczając bramę zacisznego wypielęgnowanego podwórka, znajdowałam się w samym sercu Pól Elizejskich. Znałam tu każdy kamień i każde drzewo w pobliskim parku. Potrafiłabym z zamkniętymi oczami wskazać, w którym miejscu znajdują się kina, restauracje, salony samochodowe, sklepy, od placu Concorde aż po Łuk Triumfalny. Tutaj nawet w późnych godzinach wieczornych życie toczyło się pełną parą. Gdy wieczorami zostawałam sama, a dziewczynka już spała, często siadałam przy ogromnym oknie oświetlonym neonami, obserwując nocne życie Pól Elizejskich. W salonie rozbrzmiewały ciche dźwięki piosenek Serge’a Gainsbourga i Jane Birkin.

Osiem miesięcy minęło nie wiadomo kiedy. Musiałam wracać. Trzeba było pomyśleć o nauce i wrócić do narzeczonego, który, jak zapewniał, z utęsknieniem na mnie czekał. Ze łzami w oczach przytulałam prześliczną czarnowłosą dziewczynkę, na której pierwszy raz ćwiczyłam zmienianie pieluszek, a ona przy mnie uczyła się chodzić.

– Do widzenia, Zelda. Może jeszcze kiedyś cię spotkam. – Pocałowałam ją w policzek i w obie rączki.

Więcej jej nie spotkałam. I już nigdy nie opiekowałam się dziećmi. Z bólem serca opuściłam Pola Elizejskie. Pozostało mi dużo miłych wspomnień związanych z tym miejscem i zawsze, kiedy tu wracałam, popadałam w nostalgię. Paryż ma swój niepowtarzalny urok i klimat. To moje ukochane miejsce na ziemi.

– Nareszcie jesteś! – Na lotnisku w Warszawie czekał Piotrek z naręczem pięknych czerwonych róż.

Tak dawno go nie widziałam. Umierałam z tęsknoty. Przed moim wyjazdem do Paryża planowaliśmy ślub.

– Tęskniłam za tobą.

– Ja za tobą też. – Przytulił mnie mocno i pocałował w czoło. – Chodźmy. Wieczorem jest impreza w akademiku, może nie przyjedziemy zbyt późno. Jeśli nie jesteś zbyt zmęczona...

– Dam radę. Chętnie się spotkam ze znajomymi.

Piotrek zapakował moje dwie walizki do bagażnika samochodu i ruszyliśmy do Lublina. Sprawa naszego ślubu trochę przycichła. Ustaliliśmy, że zajmiemy się nią po skończeniu studiów. I zajęliśmy się. Została ustalona data ślubu, a liczni goście mieli przybyć na huczne wesele. Moja rodzina zacierała już ręce, wprost tryskając szczęściem, że nie zostanę starą panną.

Pojechałam do Warszawy w celu poszukiwania odpowiedniej sukienki. Sama, czułam bowiem nieodpartą potrzebę skorzystania z luzu i wolności. Chciałam przez jakiś czas po prostu nic nie robić i skupić się na mierzeniu sukni ślubnych. Zatrzymałam się u dalekiej krewnej. Miałam tu spędzić dwa tygodnie, a zostałam na całe życie. Nieoczekiwane wydarzenia spadły na mnie zupełnie nagle. Moje plany nicnierobienia umarły, zanim zdążyłam dobrze o nich pomyśleć. Zawsze odnosiłam wrażenie, że prześladuje mnie data moich urodzin – Święto Pracy. Zapewne z tego powodu nigdy nie miałam czasu na odpoczynek.

– Dzień dobry, to ja, Claude, ça va? – usłyszałam przez telefon francuskiego dziadka.

– Ça va, et toi?

– Ça va – zakończyliśmy wymianę najbardziej powszechnego francuskiego zwrotu „ça va”. Nawet gdyby Francuzowi wymarła cała rodzina, gdyby stracił dom i samochód, jego pies został otruty, a kanarek powiesił się w klatce, to i tak na pytanie, czy ça va, odpowie, że tak. To tylko zwrot grzecznościowy, którego wszyscy używają, często w nadmiarze.

– Wiesz, Sophie była wczoraj u znajomych... – głos w słuchawce trochę się urywał. – Byli tam jeszcze inni znajomi... – połączenie się urwało, ale po chwili dziadek znowu zadzwonił. – No i wiesz, ci znajomi niedługo jadą do Polski – teraz już słyszałam bez zakłóceń. – Chcą założyć firmę. Mają kilka spotkań w Warszawie. Pomyśleliśmy z Sophie, że mogłabyś ich odebrać z lotniska, a potem tłumaczyć spotkania. Nikogo w Polsce nie znają... – Dziadek Claude wydawał się bardzo zadowolony z pomysłu, a ja próbowałam szybko zebrać myśli. Zupełnie nieoczekiwana propozycja była jak uderzenie obuchem.

– Kiedy przyjeżdżają? Jestem teraz w Warszawie.

– W takim razie dobrze się składa. Za cztery dni. Rozumiem, że się zgadzasz – dziadek Claude nie zostawił mi ani chwili na zastanowienie.

– Czym się zajmują? – zdążyłam jeszcze zapytać, zanim odłożył słuchawkę.

– Materiały budowlane i metalurgiczne. Zadzwonię jutro i wszystko ci dokładniej wyjaśnię.

„Po prostu świetnie. Jak ja sobie poradzę w tłumaczeniach? Dziadek chyba mnie przecenił”– nerwowo próbowałam wyszperać w pamięci jakieś zasoby słownictwa w tym temacie, ale nic nie przychodziło mi do głowy, poza „podaj cegłę”, „utnij rurę” czy też wolny przekład wyrażenia, którego używałam kiedyś w stosunku do pewnego francuskiego kolegi: „ale z ciebie beton”. Chyba jestem do niczego.

Moje obawy szczęśliwie się nie potwierdziły. Rozmowy poszły gładko, bez specjalnych technicznych zawiłości. Francuzi, upewniwszy się, że jednak na coś im się przydam, zaproponowali współpracę. Nie myślałam, że ta decyzja zaważy na moim losie. Pozytywnie, całe szczęście.

Zadzwoniłam do rodziców.

– Zostaję w Warszawie.

– Jak to? A ślub?

– Mam pracę – i opowiedziałam ze szczegółami o wspaniałym pomyśle dziadka Claude’a i rozmowach z Francuzami. – Ślub przecież w pracy nie przeszkadza. Oczywiście przyjadę, będę jutro po południu. Kupiłam już sukienkę. Potem na kilka dni wrócę, bo muszę znaleźć lokal na biuro. We wrześniu zaczynam. Mogę mieszkać u cioci... – chciałam powiedzieć o wszystkim naraz.

Wystukałam następny numer.

– Cześć, kochanie – uznałam, że Piotrek jako mój przyszły mąż też powinien dowiedzieć się o moich zawodowych planach.

– Cześć, chyba ściągnęłaś mnie myślami. Właśnie wziąłem telefon, żeby do ciebie zadzwonić. Muszę z tobą porozmawiać. To bardzo ważne, nawet nie wiesz, jak bardzo – głos miał trochę niepewny i sprawił, że ogarnął mnie dziwny niepokój.

– O co chodzi?

– Nie chcę przez telefon. Jutro do ciebie przyjadę.

– Ale ja jutro wracam.

– Nie, zaczekaj tam na mnie.

– Dlaczego mam nie przyjeżdżać? Chyba wszystko jedno, gdzie mi to powiesz. Ale skoro wolisz w Warszawie, dobrze. Możesz chociaż w dwóch słowach streścić, o co chodzi? – próbowałam wycisnąć z niego jakąkolwiek informację, lecz był nieugięty. Denerwowało mnie, że muszę czekać jeszcze cały dzień, zanim wyjawi mi tę owianą wielką tajemnicą wiadomość.

– Przyjadę przed południem, pa.

Poszliśmy na obiad. Zabrał mnie do eleganckiej restauracji. Prawie nikogo nie było i mogliśmy wybrać sobie miejsce. Zauważyłam stolik w rogu sali, do połowy schowany za parawanem w pastelowych kolorach. Pomyślałam, że to idealne miejsce na intymne tête-à-tête z moim przyszłym mężem. Zgrabnie wskoczyłam na podest i równie zgrabnie opadłam na skórzaną kanapę. Jak najszybciej chciałam usłyszeć, co ma mi do powiedzenia. Już mi się oświadczył, więc ten temat odpadał. Jednak przez skórę wyczuwałam coś złego.

Piotrek usiadł naprzeciwko i patrzył na mnie, wygładzając ręką biały obrus. Uśmiechnięta kelnerka podeszła przyjąć zamówienie.

– Poprosimy o lampkę szampana i proszę dać nam jeszcze chwilę na zastanowienie – swoim szarmanckim głosem wprost przyprawił mnie o podniecające dreszcze. Następnie wydał bardzo pochlebną opinię o moim wyglądzie i wetknął nos w kartę win, nie zatrzymawszy nawet wzroku na moim głębokim dekolcie. Byłam oburzona.

– Wolisz czerwone czy białe?

Patrzyłam na niego z uwielbieniem. Był tak przystojny, że aż sama sobie pozazdrościłam, że będę miała takiego męża. Wysoki i szczupły, o bardzo proporcjonalnej sylwetce, przyprawiał o ekscytujące drżenie niejedną moją koleżankę. Ostrość rysów twarzy łagodziły dość mocno uwydatnione usta. Jego głos był po prostu samą poezją dla uszu. Poza tym, co było dla mnie ważne, świetnie tańczył. Wyczuwał moje ruchy i wspaniale potrafił opanować na parkiecie mój temperament.

– Więc jakie? – zostałam wyrwana z marzeń o idealnym mężczyźnie, którym on dla mnie był.

– Białe poproszę.

Odnalazł wzrokiem kelnerkę i skinieniem głowy dał jej sygnał, że jesteśmy gotowi złożyć zamówienie. Znowu przez chwilę wygładzał obrus, a potem ujął moje obie dłonie i popatrzył mi prosto w oczy. To był cudowny moment. Bardzo brakowało mi jego dotyku, wzroku, głosu... Przymknęłam oczy, żeby intensywniej czuć dotyk jego dłoni. Delikatnie i pieszczotliwie poruszałam swoimi, upajając się myślą o dzisiejszym wieczorze, który chciałam z nim spędzić.

– Jestem gejem – te dwa słowa nagle i brutalnie zakończyły moje romantyczne marzenia.

Otworzyłam oczy natychmiast. Znieruchomiałam i zbladłam. Serce o mało mi nie stanęło. Powietrze jakby zgęstniało i nie miałam czym oddychać. Podłoga chyba się pode mną zapadła. „Może źle usłyszałam?”– pocieszałam się w myślach. Nie docierało do mnie to, co właśnie powiedział. Wizja ślubu właśnie prysła jak bańka mydlana. „A może nie? Może to nie on powiedział? Przecież miałam zamknięte oczy”. Dla pewności, z bijącym sercem rozejrzałam się wokół, ale dostrzegłam tylko parawan i ściany.

– Słucham? – Moje oczy w jednej chwili napełniły się łzami. Uwolniłam dłonie z uścisku, wzięłam wielki łyk wina i czekałam, aż powie, że to nieprawda, że tylko tak głupio zażartował. Nie do wiary! Nigdy, przenigdy bym go o to nie posądziła. „A może mi się to śni i zaraz się obudzę?”.

– Jestem gejem – powtórzył już pewniejszym tonem. Znowu ujął moje dłonie i jeszcze bardziej ścisnął, tak że prawie zabolało.

– Dlaczego wcześniej mi tego nie powiedziałeś? – starałam się nadać własnemu głosowi spokojny ton. Kompletnie zdruzgotana nieoczekiwanym wyznaniem, płakałam.

– Nie wiedziałem, to nie takie proste. Niedawno miałem małą przygodę i dopiero to mi uświadomiło, jaki jestem naprawdę.

– To niemożliwe! – Płakałam, ale to nie mogło niczego zmienić.

– Kocham cię i nie chcę cię skrzywdzić...

To wyznanie jeszcze mocniej ukłuło mnie w serce.

Siedział naprzeciwko, nieruchomo jak posąg, i patrzył swoimi pięknymi oczami, jak skręcam się z żalu i rozpaczy. Moje łzy niewątpliwie wzbudziły w nim współczucie.

– Długo nad tym myślałem i uwierz mi, że to, co teraz powiem, jest bardzo szczere i prawdziwe. – Złapał wielki haust powietrza i powoli je wypuszczał. – Jeżeli za mnie wyjdziesz, obiecuję, że do końca życia będę wierny tylko tobie, ale ja się już nie zmienię. To nie jest choroba, którą można wyleczyć.

Sytuacja zrobiła się niezręczna. On patrzył na mnie w oczekiwaniu na jakąś odpowiedź, a ja łkałam, szlochałam i w tej całej mojej rozpaczy próbowałam zebrać myśli. Obojgu nam było ciężko. Nie wiem, komu bardziej. Niewątpliwie była to niepowetowana strata dla rodzaju żeńskiego, ale w szczególności dla mnie. Właśnie straciłam superprzystojnego niedoszłego męża i cały świat mi się zawalił. W najśmielszych wyobrażeniach nie spodziewałam się takiego wyznania. Wcześniej nie poznałam żadnego geja, choć może nie zdawałam sobie z tego sprawy. To była dla mnie nowa i zupełnie zaskakująca sytuacja. W jednej chwili musiałam uporządkować myśli i podjąć życiową decyzję. Zastanawiałam się nerwowo, co powiedzieć, żeby to w ogóle miało jakiś sens.

Kelnerka przyniosła zamówione dania i wino do degustacji. Widziała, że płakałam, ale starała się na mnie nie patrzeć, choć mogę przysiąc, że zżerała ją ciekawość. Nastąpiła chwila obowiązkowej celebracji. Piotrek obwąchawszy najpierw zawartość kieliszka, zgrabnie nim potrącił. Żółtawy płyn zatoczył krąg i ponownie został badawczo obwąchany i spróbowany. Patrzyłam na to z tępym wyrazem twarzy.

– Tak, świetne – Piotrek zwrócił się do kelnerki i odstawił kieliszek. Nalała wino i odeszła.

– Nie mogę za ciebie wyjść – zabełkotałam, choć sama nie wierzyłam, że to powiedziałam. Tak bardzo nie chciałam go stracić, ale nie mogłam dzielić życia z kimś, kto udawałby przede mną, że jest kimś, kim nie jest. – Nie mogę też cię widywać, przynajmniej przez jakiś czas. To będzie zbyt trudne. – Udało mi się już opanować płacz. Nie zastanawiałam się, czy jeszcze kiedyś go zobaczę.

– Musimy powiedzieć rodzicom. – Widziałam, że mówiąc to, poczuł ulgę. – Wracajmy jeszcze dzisiaj, trzeba to szybko załatwić. Co im powiemy? Nie mogę powiedzieć, że jestem gejem, nie jestem jeszcze gotowy. Nie mogę.

– Powiemy po prostu, że doszliśmy do wniosku... Nie wiem... – Znowu się rozpłakałam. Ogarnął mnie żal, że nie wystąpię przed ołtarzem w pięknej białej sukni.

„Dobrze, że teraz mi o tym powiedział i nie doznałam upokorzenia w kościele”– pomyślałam.

– Wymyślimy po drodze jakąś wiarygodną wersję – rzuciłam.

Rozdzieliło nas przeznaczenie, siła wyższa, na którą nie mieliśmy wpływu. Wspólne życie nie było nam pisane. W naszych rodzinach zapadła grobowa atmosfera. Wszyscy przełknęli pigułkę goryczy, a moja mama łykała nawet jakieś inne, na uspokojenie. Ślub odwołano, sukienkę udało mi się zwrócić, ale przez długi czas nie udało mi się posklejać rozbitego na kawałki serca. Musiałam zebrać siły psychiczne i wracać do Warszawy. Kończył się lipiec i został tylko miesiąc na znalezienie biura.

Poszłam na pierwsze spotkanie, mając nadzieję, że będzie owocne. Żar lał się z nieba. Wyskoczyłam z nagrzanego tramwaju i biegłam ulicami Warszawy, żeby zdążyć na „dwunastkę”. Dotarłam na miejsce z pięciominutowym opóźnieniem. Byłam już ugotowana. Sapiąc z wycieńczenia, rozejrzałam się w prawo i w lewo, ale przedstawiciela agencji nieruchomości jeszcze nie było. Przechadzałam się więc leniwym krokiem przy jednym z budynków przy ulicy Hożej. Letnia sukienka na ramiączkach opinała mój biust wypchnięty puszapem. Biel sukienki świetnie eksponowała opaleniznę, a mini – nogi, wydłużone niewielkim obcasem na szpilce. Jednym ruchem wywinęłam torebkę na plecy i chodziłam nerwowo w tę i z powrotem. Minęło dziesięć minut. „Może się spóźni”. Ulicą wolno przejechało granatowe bmw. Samochód cofnął się i zatrzymał, parkując niedbale. Pomyślałam, że zrobiłabym to lepiej, odwróciłam się i poszłam w drugą stronę.

– Ile bierzesz? – usłyszałam nagle za plecami. Odwróciłam głowę. Zatkało mnie. Elegancki mężczyzna średniego wzrostu, w średnim wieku, powtórzył pytanie.

– Dzisiaj nie pracuję, zrobiłam sobie wolne. – Nie wiem, skąd zebrało mi się na takie żarty. Byłam przerażona i kompletnie zaskoczona. Mężczyzna zniknął tak szybko, jak się pojawił, a ja nie dowierzałam temu, co mi się przed chwilą przytrafiło.

Agent nieruchomości wciąż nie przychodził. Nie miałam telefonu, więc nie mogłam zadzwonić. Minęło może piętnaście minut.

– Pójdziemy? – jakiś mężczyzna wymamrotał pod nosem, zatrzymując się obok mnie. Propozycja nie była dwuznaczna.

– Spadaj pan, ale już!!! – przybrałam bardzo agresywny ton i byłam gotowa zdzielić go obcasem centralnie między nogi, gdyby nalegał. Tego już było za wiele. „To, że spaceruję po ulicy, nie znaczy, do diabła, że szukam klientów!” – wściekałam się w myślach. Mężczyzna jakby zapadł się pod ziemię. Chciałam jak najszybciej oddalić się od tego miejsca. Szłam szybkim krokiem i miałam wrażenie, że wszyscy na mnie patrzą i wiedzą, że zaczepiali mnie jacyś faceci.

Wróciłam do domu i zadzwoniłam do agencji. Okazało się, że agent nieruchomości czekał na mnie przez czterdzieści minut w podwórku kamienicy. Brama była zamknięta, więc nie widzieliśmy się nawzajem.

W ciągu kolejnych dwóch tygodni odwiedziłam jeszcze cztery godne uwagi adresy, dbając tym razem o szczegółowe ustalenie miejsca spotkania. Udało mi się wynająć całkiem przyjemne biuro w samym centrum Warszawy. Francuzi byli zachwyceni.

Rzuciłam się w wir pracy, chcąc zapomnieć o Piotrku. Firma prosperowała świetnie. Z czasem zatrudniono czterech nowych pracowników. Fundowałam sobie częste podróże do Sophie i Claude’a. W Paryżu chodziłam do kina, teatru, buszowałam po sklepach, dając upust swojej frustracji.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki